Instytut Badań Pozaziemskich - Jarosław Bloch - ebook

Instytut Badań Pozaziemskich ebook

Jarosław Bloch

4,0
25,20 zł

lub
Opis

W pierwszej chwili myślał, że to żart, bo o takim instytucie nikt z naukowców nie słyszał, nie było o nim nawet wzmianki w internecie. Z pewnością ty też o nim nigdy nie słyszałeś. Ale mamy powody, aby się nie afiszować. Jakie? Przeczytaj, a wszystkiego się dowiesz. Profesor Swierdłow już wie...

Instytut Badań Pozaziemskich, pod płaszczykiem literackiego żartu, niesie ważny przekaz. Przesłanie dla garstki istot rozumnych w tym coraz bardziej zidiociałym świecie. Dla ludzi szukających ucieczki i odpowiedzi na odwieczne pytania: Skąd jesteśmy? Dokąd zmierzamy? Gdzie to wszystko ma kres? Chęć odpowiedzi na te pytania definiuje każdą cywilizację, która ma ambicję przetrwać. Czy chcesz te pytania zadać?

Książkę dedykuję pamięci braci Strugackich, zapomnianych mistrzów gatunku. Moich mistrzów.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 149

Oceny
4,0 (1 ocena)
0
1
0
0
0



Jarosław Bloch

      

Instytut Badań Pozaziemskich

     

     

2020

 

Copyright © by Jarosław Bloch 2020 Copyright © by Wydawnictwo Witanet 2020

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Ilustracje i projekt okładki: Tomasz Chrobok

Skład tekstu, łamanie: Ryszard Maksym

 

ISBN: 978-83-66149-54-0

 

Wydawca:

Wydawnictwo WITANET

tel.: #48 601 35 66 [email protected]

 

 

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Książka ani żadna jej część nie mogą być publikowane ani w jakikolwiek inny sposób powielane w formie elektronicznej oraz mechanicznej bez zgody wydawcy.

 

Skład wersji elektronicznej:

„Granice pojmowania są jedynie odbiciem naszych własnych ograniczeń”

Książkę dedykuję pamięci braci Strugackich

Powrót do Rosji

Krajobraz, za oknem pędzącego pociągu, nie zmieniał się od wielu godzin. Do stacji docelowej pozostało zaledwie kilkanaście kilometrów. Monotonny widok stepu sprawiał, że Oleg Swierdłow kilkakrotnie podczas podróży zasypiał, kołysany miarowym dudnieniem kół o łączenia torów. Matka Rosja... Nie spodziewał się tak szybkiego powrotu do ojczyzny a już zupełnie nie przypuszczał, że będzie musiał przez tyle godzin tłuc się koleją. Kilka ostatnich lat spędzonych na zachodzie skutecznie przyzwyczaiły go do wygodnych i tanich podróży samolotami, szybkimi autostradami i supernowoczesnymi pociągami. Tym większe było jego zdziwienie, gdy na ulotce dołączonej do zaproszenia, które otrzymał niedawno, była adnotacja „dojazd jedynie koleją”. Niestety w tym rejonie, kolej nie zmieniła się od ostatnich dwudziestu lat. Chcąc zaoszczędzić czas, próbował wynająć na lotnisku w Wołgogradzie śmigłowiec, oferując całkiem przyzwoite stawki, niestety, po przedstawieniu celu podróży, każdy pilot rzucał krótkie „nie da się” i na tym rozmowa się kończyła, mimo podbijanej przez Swierdłowa ceny. Zresztą, nawet sama treść zaproszenia był dziwna, znał ją już na pamięć.

Drogi profesorze Swierdłow,

pragniemy Pana zaprosić na serię konsultacji dotyczących Pana ostatnich odkryć w zakresie występowania życia pozaziemskiego. Tematyka przez Pana poruszana znajduje się w kręgu naszych zainteresowań i jest od dawna przedmiotem badań naszego Instytutu. Po lekturze Pańskich prac postanowiliśmy zaprosić Pana do współpracy, która może przynieść obopólne korzyści. Ze względu na specyfikę naszych badań oraz Pańskie bezpieczeństwo, sugerujemy by spotkanie odbyło się w jednej z siedzib naszego Instytutu (aktualny adres zostanie dostarczony Panu na trzy dni przed terminem wizyty). Spotkanie wyznaczono na dzień 15 lipca bieżącego roku (proszę koniecznie trzymać się wyznaczonej daty, z tolerancją do jednego dnia na plus lub minus).

Z wyrazami szacunku

Komitet Naukowy Instytutu Badań Pozaziemskich

Najdziwniejsze było to, że na zachodzie, nikt o takim instytucie nie słyszał. Przeszukał zasoby sieciowe, katalogi kilku bibliotek, rozmawiał z kolegami po fachu, niestety nikt nie był w stanie wskazać choć jednej pracy naukowej opublikowanej pod szyldem tego instytutu. Żart – stwierdził i na jakiś czas zapomniał o dziwnym zaproszeniu, aż do dnia, w którym znalazł w skrzynce pocztowej, grubą kopertę z plikiem dokumentów. Okazało się, że są to zapiski i spostrzeżenia z badań, wszystkie opatrzone pieczęcią dziwnego Instytutu. Dwa dni nie wychodził z domu, z coraz większym podnieceniem przeglądając kolejne dokumenty. Były tam opisane zagadnienia nad którymi pracował, których wnioski pokrywały się z jego wnioskami, a nawet wybiegały dalej. Były tam też opracowane pomysły, które w jego głowie dopiero kiełkowały. Spakował więc trochę ubrań, trzy pękate teczki notatek z kilku ostatnich lat badań i ruszył w tę dziwną drogę. Kierując się logiką, nie powinien przyjmować tego zaproszenia, ale z drugiej strony... być może była to właśnie jego życiowa szansa, na którą czekał od wielu lat. Wielokrotnie podczas tej podróży rozważał plusy i minusy swojej decyzji. Rozważał nawet możliwość, że ktoś chce go po prostu ośmieszyć i ostatecznie zdyskredytować w świecie nauki. Już i tak jego teorie uważane były za, delikatnie mówiąc, kontrowersyjne. Brał też pod uwagę ingerencję służb specjalnych, zastanawiał się, czy może przez przypadek odkrył coś, co nie miało ujrzeć światła dziennego i służby chcą go odizolować, co tłumaczyłoby tę dziwną konspirację. Na wypadek spisał testament i zostawił u znajomych informację, gdzie i po co jedzie, z adnotacją: „Otworzyć, gdy nie zgłoszę się po to w ciągu roku”.

A w ogóle co to znaczy „aktualny adres”? – zastanawiał się. Jest jakiś inny, mniej aktualny? Są w trakcie przeprowadzki? Przeniesiono go z innego miejsca na chwilę? Zaraz zniknie? Mimo woli Swierdłow uśmiechnął się. Po raz kolejny podczas tej podróży pytał sam siebie: Co ja tu robię? Przecież to wszystko nie miało sensu... Przecież nikt nie słyszał o takim instytucie, nie było o nim wzmianek w literaturze, nie było broszur, książek sygnowanych jego nazwą. Nawet w sieci internetowej, gdzie jest podobno wszystko, wyszukiwarki nie dały rady wyszukać choćby jednej wzmianki o takim przedsięwzięciu. Instytut jakby nie istniał, a on, jak jakiś dureń, tam właśnie jechał. Marzyciel niepoprawny – zarzucał sobie co najmniej raz w ciągu dnia. Może to, co o nim mówiono, co wywoływało u niego nieraz reakcję oburzenia, zawierało jakąś część prawdy? Może za bardzo chciał stać się naukowym autorytetem, wizjonerem, kimś wyznaczającym nowe kierunki w nauce? A może po prostu kilku kumpli ze studiów w Moskwie zrobiło sobie z niego obiekt żartu, ściągając go na imprezę w samym środku stepu, z okazji którejś tam rocznicy obrony dyplomu? Będzie mnóstwo wódki i ogórków, na tydzień straci przytomność, by wrócić znów do swoich marzeń o sławie. Takie myśli krążyły po głowie Swierdłowa przez całą podróż. Niedługo miał się przekonać, na ile jego obawy były prawdziwe.

W Charabali czekała na niego niespodzianka. Transport zapewniony przez instytut. A więc jednak ten instytut istnieje – pomyślał z nadzieją. Uprzejmy, aczkolwiek niezbyt rozmowny człowiek, zaprosił go do nieco zdezelowanego samochodu terenowego marki ZIŁ. Jechali około pięciu godzin, w tym czasie Swierdłow kilkakrotnie próbował nawiązać dialog z kierowcą, który jednak nie dawał się wciągnąć w żadną dłuższą rozmowę dotyczącą instytutu, twierdząc, że wszystkiego dowie się na miejscu. Rozmawiał za to z chęcią o pogodzie, o sytuacji w Rosji i na świecie. Zaskakująco dużo wiedział też o jego badaniach, w trakcie rozmowy Swierdłow ze zdziwieniem musiał przyznać, że były mu znane prace, które nigdy nie wyszły poza grono zwolenników jego teorii, a z pewnością nie mogły być znane zwykłemu kierowcy. Dlatego z każdym kwadransem upewniał się, a pod koniec podróży był już pewien, że kierowca był kierowcą jedynie z konieczności, a w rzeczywistości ma do czynienia z pracownikiem instytutu. Podróż przebiegała na ogół spokojnie, nie licząc dwóch kontroli milicji i dziwnego zachowania zwykłych ludzi, ilekroć dowiadywali się o tym, dokąd zmierzają. Ludzie na ogół byli tu serdeczni i gościnni jednak, gdy tylko padała nazwa instytutu jako celu podróży, ich nastawienie się zmieniało. Nie była to wrogość, czy też strach, lecz raczej chłodna postawa dystansu wobec wszystkiego co miało związek z instytutem. Okoliczna ludność wiedziała, że w okolicy taki instytut działa, ale widać było, że nie podchodzą do tego faktu entuzjastycznie. Dystans ten dało się odczuć także w trakcie kontroli milicyjnej, co nie powinno dziwić, gdyż milicjanci także wywodzili się z okolicznej ludności.

Na miejsce dotarli przed zachodem słońca. Wjechali przez bramę, której nikt nie pilnował i zatrzymali się na prowizorycznym parkingu, na którym stało jeszcze pięć takich samych, równie zdezelowanych wozów.

– Niech pan odpocznie po podróży. W skrzydle zachodnim pawilonu B jest hotel, powinny być wolne pokoje, to te z kluczami w drzwiach, zresztą jest tam portier, który wie że pan przyjeżdża, więc pana pokieruje, no chyba że śpi – powiedział kierowca na odchodne i z uśmiechem uścisnął jego rękę. – A w ogóle to skończmy z tym pan, Sierioża jestem.

– Oleg. Dzięki za miłą podróż.

– Nie ma problemu – uśmiechnął się Sierioża. – Mam nadzieję, że będziemy się czasami widywać, na pewno w stołówce.

– Nad czym pan pracuje?

– A różnie. Jestem z personelu technicznego.

– Technik?

– Nie, nie – zaśmiał się Sierioża. – Doktor inżynier, innych technicznych tutaj się nie zatrudnia.

Wskazany przez kierowcę budynek, który nosił dumną nazwę hotelu, był parterowym barakiem, w którego konstrukcji dominowały deski i blacha falista. Zresztą, idąc przez główny plac instytutu w kierunku wskazanego budynku, stwierdził, że materiał ten dominuje w tutejszej architekturze. Jedynie dwa budynki na tyłach instytutu zbudowane były z cegły osiągając wysokość dwóch pięter. Sam ośrodek ogrodzony był siatką drucianą, choć nie był to chyba zbyt znaczący środek bezpieczeństwa, gdyż dookoła jak okiem sięgnąć, rozciągał się step. Do najbliższej osady, według tego co mówił kierowca, było piętnaście kilometrów. Podobno składała się z paru domów i nawet nie było tam sklepu. Do najbliższego miasteczka, takiego w którym można zrobić zakupy, naprawić samochód, załatwić coś w banku lub w ubezpieczalni, oddaleni byli o pięćdziesiąt kilometrów w linii prostej, a jadąc szosą prawie osiemdziesiąt. Zresztą drogi były tu w fatalnym stanie, odczuł to podczas podróży samochodem. Taka typowa niedoinwestowana prowincja, bez szans na rozwój. Swierdłow zastanawiał się jak tutaj można żyć? W ogóle położenie w takim miejscu instytutu naukowego przeczyło zasadom logiki. Rozglądał się wokół ale nie widział ani mieszkań, ani sklepów, ani szkół, czyli wszystkiego co charakterystyczne jest dla miejsc w których mieszkają rodziny. Ten kto zdecydował się na pracę na takim odludziu musiał być z pewnością pasjonatem albo szaleńcem. Oddalenie od siedzib ludzkich wskazywałoby raczej, że prowadzi się tutaj jakiś supertajny projekt, jednak stan zabezpieczeń stanowczo temu przeczył. Nic tutaj się nie zgadzało. W końcu stwierdził, że na pewno więcej się dowie od dyrektora instytutu. Zmęczenie w końcu wzięło górę ciekawością i Swierdłow poczuł nieodpartą potrzebę odpoczynku.

Sam budynek sprawiał wrażenie zaniedbanego. Odchodząca tu i ówdzie farba, przybrudzone szyby, skrzypiące drzwi. Korytarz okazał się równie zapuszczony. Przy wejściu po prawej stronie, znajdowała się oszklona portiernia, dobiegały z niej dźwięki rozmowy dwóch mężczyzn. Swierdłow zajrzał do środka. W fotelu drzemał siwiuteńki staruszek, kątem oka dostrzegł też, że na stoliku stał przenośny telewizor starego typu, jeszcze z kineskopem. Nadawano właśnie jakiś program publicystyczny, skąd dobiegał dźwięk rozmowy. Zapukał w szybę portierni, staruszek ocknął się i podskoczył na fotelu, spojrzał w jego stronę, jednak nie wydawał się zaskoczony.

– Pan Swierdłow! – zawołał rześko staruszek. – Czekamy tutaj na pana od rana. Miło w końcu poznać. Kola jestem.

– Pan mnie zna?

– Znam pana prace. Ciekawe, przyznam. Czytałem w biuletynie, że pan przyjedzie.

– Bez urazy, ale nie wiedziałem, że tutaj portierzy czytają opracowania naukowe – zaśmiał się Swierdłow.

– Bo i u nas zwykłych portierów nie zatrudniają. Jestem emerytowanym naukowcem. Budowałem ten instytut, gdy byłem jeszcze młodszy od pana. No ale lata już nie te, skleroza, no więc siedzę na portierni. Robota fajna, poczytać można. A ja lubię czytać, już mi tak pozostało. A i jakiś projekcik się na boku rozkręci i człowiek ma poczucie, że jeszcze jest potrzebny.

– A to w takim razie przepraszam. Nie przypuszczałem...

– Nie, nie, nic się nie stało. Mam nadzieję, że poświęci pan trochę czasu emerytowi i porozmawia czasem, mam zacną naleweczkę w szafie, akurat do wieczornych rozmów. Przez pierwsze tygodnie ludzie są zagubieni a ja dużo wiem, mogę wyjaśnić. Potem zapomni pan co to sen, jak reszta.

– Obawiam się, że aż tyle czasu tu nie zabawię – zaśmiał się Swierdłow.

– Czas, czas... czas jest pojęciem względnym.

– Nie dla mnie, muszę wracać do pracy, w Londynie.

– Niech mi pan wierzy, że na to także jest tu lekarstwo – portier uśmiechnął się zagadkowo. – A na razie niech pan odpocznie i wykąpie się. Pokoje z kluczami są wolne. Zamykać pan nie musi. Jestem tutaj zawsze, a jakby mnie nie było, to mieszkam pod trójką. Prysznice znajdzie pan na końcu korytarza po prawej. Miłego pobytu i jeszcze raz zapraszam na nalewkę!

Powielacz

Swierdłow pożegnał miłego staruszka i skierował się do pierwszego wolnego pokoju. Zapalił światło i rozejrzał się. Pokój wyglądał skromnie ale w miarę schludnie. Łóżko, szafa na ubrania, stolik z dwoma krzesłami. Przypominał raczej skromną kwaterę u jakiejś babci na wsi, aniżeli obiekt klasy turystycznej. Otworzył szafę i rzucił do niej torbę podróżną. Na komodzie obok łóżka leżała zaklejona szara koperta z przypiętą spinaczem niewielką kartką opatrzoną logo instytutu. Treść wiadomości (napisana na maszynie!) okazała się dość lakoniczna, lecz dość uprzejma:

„Proszę rozgościć się i czuć swobodnie. Z początku nasz Instytut może wydać się Panu dziwnym miejscem, ale zapewniam, że w końcu Pan się tutaj odnajdzie i przyzwyczai do obyczajów tutaj panujących. Proszę rozglądać się do woli i dużo pytać. Zapewniam, że każdy pracownik Instytutu z chęcią postara się zaspokoić Pańską ciekawość (oczywiście w zależności od tego, ile pan zdoła przyjąć). Ludzie tutaj są życzliwi. Kiedy już Pan się rozejrzy, porozmawiamy o ewentualnej współpracy”.

Bonawentura II – dyrektor IBP

Pod tekstem dopisane było ręcznie:

„Koniecznie musi Pan zapoznać się z Instrukcją IBP oraz z listą miejsc, do których wstęp jest ograniczony ze względu na trwające eksperymenty grożące utratą zdrowia, także psychicznego. Lista jest aktualizowana raz w tygodniu na tablicy informacyjnej w stołówce Instytutu. Materiały znajdzie Pan w szarej kopercie, na którą pan właśnie patrzy. Obiady podajemy w godzinach 13–15 (czasu moskiewskiego) w pawilonie F, śniadania między 7 a 9, natomiast kolację między 18 a 19.

Co to znaczy, gdy się pan rozejrzy? Czyli kiedy? Co za nieprecyzyjne określenie – pomyślał wzburzony Swierdłow. Coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że padł ofiarą żartu, a cała ta historia jest wyreżyserowana, aby go skompromitować. Bo co znaczy uwaga „ile pan zdoła przyjąć”? Chcą go sprawdzić? Traktują jak niedouczonego studenta? A co to za nazwisko: Bonawentura? I jeszcze na dodatek drugi... Spojrzał na zegarek, dochodziła dwudziesta, a więc dzisiaj kolacji już nie dostanie, na szczęście zostało mu parę kanapek, których nie zdołał zjeść w pociągu.

Nagle dopadło go pewne podejrzenie. Bo właściwie skąd tutaj ta kartka? Skąd wiedziano, że wybierze akurat ten pokój? Przyczepił spinaczem kartkę do koperty, położył na stolik i wyszedł z powrotem na korytarz. Po cichu, aby nie ściągnąć uwagi portiera, zajrzał do kolejnego pokoju z kluczem w drzwiach. Pokój wyglądał identycznie i tak jak w poprzednim, na stoliku leżała koperta z przypiętą spinaczem kartką. Wziął ją do ręki i przeczytał. Wiadomość była taka sama. Wrócił na korytarz i skierował się do kolejnego pomieszczenia z kluczem w drzwiach. Sytuacja powtórzyła się. Dla pewności sprawdził jeszcze dwa kolejne pokoje. Wszystko wyglądało tak samo. A więc przygotowano pięć identycznych pomieszczeń! Po co zadali sobie tyle trudu? – zastanawiał się Swierdłow, czytając po raz piąty wiadomość od dyrektora instytutu. W końcu stwierdził, że zapyta o to jutro portiera, a na razie pójdzie się wykąpać i spać. Zmiął kartkę, rzucił na podłogę i skierował się z powrotem do pierwszego pokoju, w którym zostawił w szafie rzeczy.

Z początku wszystko wydawało się w porządku. Wyjmował właśnie z szafy torbę a z niej ręcznik i przybory toaletowe, rzucił wszystko na łóżko, gdy kątem oka dostrzegł kartkę, którą czytał przed chwilą. Zmięta leżała na podłodze. Zdziwił się, bo przysiągłby, że zmiął kartkę, tylko... w innym pomieszczeniu. Podbiegł od razu do sąsiedniego pokoju, zgnieciona kartka leżała na podłodze, a na łóżku znajdowała się torba z rozrzuconymi przyborami toaletowymi i ręcznikiem. Pobiegł do kolejnego, tak samo. W końcu wrócił do pierwszego pomieszczenia. Przez chwilę stał bez ruchu zupełnie zdezorientowany. Zaintrygowała go pewna myśl. Skoro w pokojach zachodzą takie same zmiany, to coś je musi powodować, czyli skoro on jest tutaj, to... nie, to niedorzeczne – pomyślał – jednak szalona myśl nie dawała mu spokoju. A może jednak. Może w sąsiednim pokoju jest w tej chwili on sam. Uśmiechnął się. Wariuję – pomyślał – na pewno ktoś robi sobie z niego żarty. Jednak postanowił sprawdzić, czy ktoś jest za ścianą. Rozejrzał się po pokoju. Na szafce nocnej obok łóżka stało stare radio tranzystorowe, nastawił głośność na maksymalną wartość i znalazł częstotliwość najpopularniejszego w Rosji programu, który miał największy zasięg nadawania. Po chwili nacisnął włącznik. Pięciokrotnie zwielokrotniony dźwięk popularnej piosenki rozniósł się po całym pawilonie. Swierdłow wyskoczył na korytarz w nadziei, że dostrzeże żartownisiów wybiegających z sąsiednich pomieszczeń, ale... stał na korytarzu sam. Po chwili z portierni na końcu korytarza wybiegł portier Kola krzycząc:

– W powielających pokojach nie używać radia! No niech pan wejdzie do któregoś i zgasi to, bo zaraz nam bębenki w uszach popękają!

– Już to gaszę!

Swierdłow pobiegł do swojego pokoju i po chwili przeraźliwie głośne dźwięki muzyki ustały. W tym momencie rozległo się pukanie do drzwi i po chwili do pokoju wsunął się portier Kola.

– Skleroza – zaczął. – To moja wina, zapomniałem panu powiedzieć, że będzie pan zakwaterowany w pokoju powielającym, bo inne albo zajęte, albo remontowane. W instrukcji pisze o pokojach powielających, ale pan dopiero przyjechał, no a ja nie uprzedziłem.

– Nie czytałem jeszcze instrukcji – przyznał szczerze Swierdłow.

– To czytać, czytać do snu! Bezpieczeństwo przede wszystkim.

– O co chodzi z tymi pokojami? Naprawdę można się tam powielić?

– Tak, tak. Stary eksperyment. Pracowałem nad tym w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Niech pan pomyśli jakie to praktyczne. Psuje się statek kosmiczny. Astronauta wchodzi do powielającego pomieszczenia i wychodzi z niego cała ekipa serwisowa o takich samych umiejętnościach, nawykach, zdyscyplinowaniu. Zwykle najlepiej nam się pracuje z samym sobą. Nie uważa pan?

– No to niby dlaczego stałem na korytarzu w jednej, a nie w pięciu osobach? – przytomnie zapytał Swierdłow, który przez cały czas spoglądał na staruszka jak na wariata.

– Bo wychodził pan wejściem, czyli przez drzwi. Gdyby wyszedł pan oknem, to proces powielenia zostałby utrwalony. A tak na marginesie, niech pan nie wychodzi przez okno, bo mnie szef wyśle na Wenus, a wie pan jaka tam pogoda.

– To niemożliwe. To znaczy, gdyby to było możliwe, to coś bym o takich eksperymentach słyszał.

– Nie mógł pan słyszeć, bo pracujemy niezależnie od ekip naukowców z zewnątrz. Zresztą... nie wszystko jest jeszcze dopracowane, więc w praktyce zastosowanie powielającego pokoju jest jeszcze małe. Eksperyment ma też pewne wady.

– Wady?

– Niestety nie wszyscy powieleni, chcieli wracać z powrotem do poprzedniego stanu. Na pewno spotka pan tutaj takiego rumuńskiego fizyka, nazywa się Petrescu. Na ochotnika poddał się kiedyś eksperymentom w pokoju powielającym i jego jedna kopia do dzisiaj biega po instytucie, bo wróciły tylko cztery. Prawdziwy Petrescu ma przez to kłopoty z pamięcią i chodzi po instytucie w szaliku, by reszta mogła rozróżnić oryginał od kopii. Poza tym były kłopoty, gdy jakaś kopia zginęła.

– W trakcie eksperymentów, ktoś zginął? Jak zginął? Umarł czy zaginął?

– No niestety. Wypadek. Zginął w stanie powielenia. To znaczy dwie kopie zginęły tragicznie. Wtedy też ograniczono mój program, jako niebezpieczny, ale potencjalnie przydatny, dlatego wciąż w wolnych chwilach, z pomocą dwóch młodych chłopaków z Charkowa, eksperyment kontynuujemy, z tym, że na mniejszą skalę. Kiedyś ich panu przedstawię, na razie nie ma ich na Ziemi, prowadzą inne eksperymenty. A wypadek był na Tytanie. Powielony astronauta zbierał próbki w trudnych warunkach, wybuchł wulkan i dwie kopie zginęły. Ponieważ kopii było pięć a dwie zmarły, chłopak nigdy już nie wrócił do stanu sprzed wypadku. Przykra historia.

– Przecież my nie latamy na Tytana – Swierdłow był już zirytowany opowieścią staruszka, którą traktował jako wyraźny objaw demencji. – Latamy na Marsa i to nie zawsze z powodzeniem.

– Panie Swierdłow – uśmiechnął się staruszek. – Moje gadanie nic nie da. Na pewno myśli pan, że stary dziad zwariował.

– Nie, nie ależ...

– Myśli pan tak na pewno, widzę to w pana oczach. Ale niech pan zapamięta. W tym instytucie zobaczy pan różne rzeczy i albo pan uwierzy, albo stąd ucieknie. Jeśli pan uwierzy, to pan zostanie. Jeśli pan ucieknie, to nigdy, przenigdy nikomu pan nie powie o tym co pan tu widział, bo tam na zewnątrz będzie panu wstyd o tym mówić. Wszyscy na pana spojrzą tak, jak teraz pan patrzy na mnie. A ja panu powiem, że podróżujemy na Tytana i dalej też.

– No dobrze, nie będę się z panem kłócił – Swierdłow czuł się już zmęczony rozmowa z portierem i chciał jak najszybciej znaleźć się w łóżku, wskazał na środek pokoju. – Czy mogę tu bezpiecznie przebywać?

– Tak. Jeżeli pan nie wyjdzie przez okno. Tego proszę nie robić.

– A pan tam wchodzi czasami?

– Oczywiście. Prowadzę jeszcze ten projekt, mimo wieku emerytalnego. Na przykład, gdy chcę przeczytać jakąś grubą książkę, wchodzę do pokoju i w każdym czytam inny rozdział, wychodzę, wszystko wiem i oszczędzam mnóstwo czasu. W moim wieku czas jest cenny a nie należę do tych, którzy mają ambicje żyć wiecznie.

– No ale wchodząc tam, każda kopia pańskiej osoby czyta ten sam rozdział.

– Tylko