Inni niż my - Tommi Kinnunen - ebook + audiobook
Opis

Kontynuacja rodzinnych historii z bestsellerowej powieści "Cztery drogi".

Inni niż my” to historia nowego miejsca – domu powstającego na powojennych gruzach i w cieniu traumatycznej przeszłości. Ciepła, pełna wzruszeń opowieść o losach najmłodszego pokolenia rodziny poznanej w powieści „Cztery drogi”.
Losy głównych bohaterów – niewidomej Heleny, homoseksualnego Tuomasa i Johannesa, poszukującego własnego miejsca w świecie – przynoszą sugestywny obraz życia rodzinnego i, dokonującej się nieuchronnie, pokoleniowej zmiany warty.

Inni niż my” jest powieścią o tym,  jak pozostać wiernym sobie,  starając się nie krzywdzić innych i nie łamać zasad wyniesionych z domu rodzinnego. A także o tym, że życie jest nieustannym tworzeniem samego siebie w otoczeniu innych, niekiedy bardzo nam bliskich ludzi.

To wzruszająca historia miejsca, do którego wraca się we wspomnieniach, kreujących postawy i rodzinne relacje. Podczas lektury, czytelnik wybiera się w podróż do miejsc znanych z własnych doświadczeń, bo każdy z nas ma swoje własne Lopotti.

Tommi Kinnunen – (ur. 1973) fiński nauczyciel i pisarz, autor spektakli i tekstów kabaretowych. Cztery Drogi to jego debiutancka książka, która otrzymała szereg nagród i nominacji, m.in. nagrodę Finnish Grand Journalism Prize za najlepszą powieść 2014 roku oraz nagrodę Fińskiego Stowarzyszenia Księgarzy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 400

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 40 min

Lektor: Andrzej Hausner

Popularność


Tommi Kinnunen

INNI NIŻ MY

przełożył Sebastian Musielak

Książka ukazała się dzięki pomocy finansowej FILI – Finnish Literature Exchange

Tytuł oryginału: Lopotti

Copyright © Tommi Kinnunen and WSOY

First published in Finnish by Werner Söderström Ltd. (WSOY) in 2016 with the original title Lopotti

Published by arrangement with Bonnier Rights Finland, Helsinki, Finland

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXVII

Copyright © for the Polish translation by Sebastian Musielak, MMXVII

Wydanie I

Warszawa MMXVII

Ojcu, po którym odziedziczyłem ciekawość,

i Matce, od której próbuję jeszcze nauczyć się cierpliwości

***

Znamy się, chociaż Ty jesteś tam w środku, a ja tutaj, na zewnątrz brzucha Twojej mamy. To ja Ci śpiewałem. To ja pytałem Twoją mamę, czy mogę spróbować dotknąć i pogładzić to, co w moim przekonaniu było Twoim czołem. Kocham Cię, chociaż jeszcze Cię nie widziałem.

Będziesz mówić mi „tata”. Mam oczywiście własne imię, ale nie będzie Ci ono nigdy potrzebne, bo dla Ciebie nauczę się tego nowego imienia. Wystarczy, że zawołasz na pomoc tatę, a wtedy ze wszystkich ludzi na świecie właśnie ja usłyszę Twoje wołanie i natychmiast do Ciebie przybiegnę. Obiecujesz, że zawsze będziesz przybiegała przytulić się do taty, jeśli coś się stanie? Pocieszę Cię, kiedy się skaleczysz albo przewrócisz. Tata umie przepędzić zło. Przy tacie dziecko czuje się bezpieczne.

Ale będziesz przychodziła przytulić się do Taty także wtedy, kiedy wszystko będzie w porządku, dobrze? Usiądziemy sobie i będziemy się cieszyć, że mamy taki piękny letni wieczór albo że dostałaś dziesiątkę z historii. I nie będziesz się bać opowiedzieć mi o swej pierwszej miłości? Ja Ci wtedy powiem, że zakochać się łatwo, ale by potem jeszcze kochać, to trzeba się już trochę napracować. Będę miał dla Ciebie wiele innych rad, nie wiem tylko, czy na coś Ci się zdadzą. Bo życie nie zawsze układa się tak zgrabnie, żeby dało się na jego podstawie wykreślić mapę dla drugiego człowieka. To Ci jednak mówię już teraz, że cokolwiek będzie leżeć Ci na sercu, ja chcę razem z Tobą myśleć, co z tym fantem zrobić. Nie będzie takiej sprawy, o jakiej nie mogłabyś mi powiedzieć. Chcę słyszeć wszystkie Twoje słowa. Nigdy Cię nie odtrącę, nigdy nie przestanę być Twoim tatą. Będę Cię chronił aż do mojej śmierci i jeszcze zza grobu.

Piszę ten list w tajemnicy przed Twoją mamą, bo gdyby się o nim dowiedziała, toby mnie nazwała sentymentalnym głuptasem. Włożę tę kartkę do koperty i napiszę na niej imiona, o których myśleliśmy dla Ciebie. Nie wiem, czy się zachowa do czasu, kiedy nauczysz się czytać. Może wszystko pozostanie na etapie dobrych chęci, może sam o tym liście zapomnę i papier gdzieś się zawieruszy w bałaganie życia. Możemy Ci przecież dać zupełnie inne imię i za jakiś czas będziemy się dziwić, czyj to list znaleźliśmy w starych szpargałach. Ale wszystko może się również skończyć całkiem dobrze: koperta zachowa się między książkami w regale i natkniesz się na nią, kiedy będziesz starsza. Może zdążę do tej pory napisać dziesiątki podobnych listów. Może będę pisał jeden na każde urodziny. Mamy przed sobą całe lata, kilkadziesiąt lat, żeby się poznać i siebie nauczyć.

Urodziłabyś się już. Czekają tu na Ciebie zabawki i ubranka. I miejsce obok mnie.

Tata

Część pierwsza

Najwcześniejsze dzieje majątku

Niektórzy twierdzą, że majątek w Mocznie otrzymał nazwę od Moczyska, mulistego wodospadu, który na dole wzbija na powierzchni nurtu żółtawą pianę. Inni znów utrzymują, że najważniejszym czynnikiem toponimicznym jest znaczna wysokość, z jakiej woda wpada do lejowatego kanionu, zwłaszcza zaś wydawany przez nią odgłos. Przypomina on bowiem chlupot uryny lejącej się do nocnika byle jakim, nierównym strumieniem. Żadne z tych wyjaśnień nie jest jednak prawdziwe, jako że wbrew miejscowej famie wodospad przyjął nazwę od majątku, a nie odwrotnie.

W sierpniu roku Pańskiego 1778 król Szwecji wyciął sobie ten sam numer, który od niepamiętnych czasów wycinali sobie wszyscy panujący przed nim królowie Szwedów, Gotów i Łużyczan: wypowiedział wojnę Rosji. Przygotowania przebiegały zgodnie z planem: panowie oficerowie zostali starym zwyczajem zaokrętowani w Sztokholmie i wysłani do Turku, a w głębi lądu, w Häme i Sawonii, przeprowadzono zwyczajową brankę. Potem Szwed zwyczajowo uderzył na Rosję, dostał po mordzie i wycofał się aż pod wschodnią stolicę. Jak dobrze wiedział każdy Fin, teraz panowie oficerowie wsiądą na okręt i pożeglują z powrotem do zachodniej stolicy. Wschodnia prowincja natomiast na bliżej nieokreślony czas dostanie się pod ruską okupację, aż w końcu, na późniejszym etapie rokowań pokojowych, car zagarnie upatrzony kawałek wschodniej Finlandii. Podczas zaokrętowania szwedzcy chorążowie będą rozprawiać o tym, jak też nazwać ten okres historii. Wojna północna już była, mała i duża. Średnia brzmiała głupio, a środkowej należało właściwie użyć wcześniej.

Król stał w otoczeniu adiutantów w brudnym, rozdeptanym śniegu na skalistym brzegu i przyglądał się zaokrętowaniu swojego wojska. W dole, na nabrzeżu, ustawieni podług szarży panowie oficerowie czekali w kolejce do szalup. Nikt nie był mocno posiekany, wiadomo – odnoszenie najcięższych ran było zadaniem infanterii. Piechota dotrze do portu w ariergardzie trzy dni później, kiedy panowie oficerowie będą już het za Kastelholmem, a może nawet zdążą minąć Alandy.

– Byłby już czas wchodzić na pokład, Ers Majestät1. – Pachołek mówił zdumiewająco dobrze po szwedzku, chociaż płowa szczeciniasta czupryna i nochal jak przemrożony kartofel od razu zdradziły jego fińską proweniencję.

– Vi tackar2.

Droga w dół była długa, pokrywający skały mech całkiem przesiąkł wodą. Król schodził roześmiany. Tuż przed zejściem na nabrzeże postanowił jeszcze opróżnić pęcherz. Nie wycelował swojej królewskiej krócicy w panów oficerów bynajmniej nie z powodów obyczajowych – władcy bowiem stoją ponad obyczajami – lecz dlatego, że z uwagi na porywisty południowo-zachodni wiatr oszczałby swoje piękne gobelinowe trzewiki. Pokazał więc panom oficerom plecy i zwrócony przodem do miejscowych kmieci dobył kusia, którego – jak głosiła fama – szwedzka królowa w życiu nie widziała. Pachołek się odwrócił, przeczuwał bowiem zamiary Jego Wysokości, nie ośmielił się jednak odstąpić od króla. Ten spojrzał na stojącego przed nim chłopaka i wypchnąwszy biodra w przód, próbował dosięgnąć strumieniem moczu lewego bota fińskiego ciury.

Władca czuł, że jest kolejną perłą na długim sznurze panów tej ziemi. Wszystko układało się tak, jak miało się ułożyć. Król poczuł radosne ciepło w dołku, być może dlatego, że w końcu sobie ulżył. Tę chwilę trzeba zapisać w historii. Po tej wyprawie wojennej musi pozostać trwały ślad w pamięci.

– Ej, hultaju! – krzyknął. – Hören mina ord! Zaraz zrobię z ciebie barona.

Pachołek nie ośmielił się odpowiedzieć, lecz zmiana w jego postawie zdradziła, że nadstawił uszu.

– Calle wynajdzie ci jakiś dobry las lub górę na lenno.

Jeden z adiutantów skinął głową z poważną miną. Rzeczonemu można by dać tyle bagien i wzgórz na północy, ile zdoła objechać konno w siedem dni. Ziemi w tym ciemnym kraju jest pod dostatkiem.

Chłopak spojrzał na swe mokre boty. Król nie był młody. Wzdychał już tylko do czasów, kiedy mógł wykaligrafować w śniegu siurem swoje imię równie zgrabnie jak piórem na papierze. I jeśli dawniej strumień królewskiej szczyny ciął śnieg ostro niczym floret, teraz lał się ciężko jak fontanna w drottningholmskim pałacu. Jego Wysokość potrząsnął armatą, wyciskając z pęcherza ostatnie krople moczu.

– A ty pomyślisz nad odpowiednią nazwą dla swojego majątku. Niech upamiętni twojego króla.

Świat dziecinnych lat, wskrzeszony znów

Mama ujmuje mnie pod pachy, podnosi wysoko i znowu sadza, gdzieś głęboko.

– Posiedź no tu.

Trzewik uderza o dno, które odpowiada głucho jak beczka. Nie wiem, gdzie jestem. Ciasno mi. Macam rękami dokoła, jedną sięgam krawędzi. Jest chłodna, niemal zimna. Głos mamy dobiega z góry, ze słabym echem.

– Helena, przytul no Johannesa.

Mama sadza przede mną mojego braciszka i siedzimy oboje w rozkroku, jedno za drugim. Obejmuję go, bo Johannes boi się wszystkiego, co dla niego nowe. Pytam mamę, gdzie jesteśmy, lecz nie odpowiada. Z drugiej strony słyszę głos babusi. Mówi, że jesteśmy w takim wagoniku, co się nim wozi piasek po torach, które Niemcy położyli od wojny. Że mama chce tę kolejkę sfotografować, choć podobno nie wolno tego robić.

Johannes się wywija, ale go nie puszczam, tylko zaczynam kołysać i mówię mu jeszcze „szuru-buru”, i wtedy się uspokaja. Mama staje za nami i każe nam się nie ruszać. Zaraz nam zrobi zdjęcie. Dziwi się, że te tory takie wąskie, ale babusia mówi, że takie żołnierzom zupełnie wystarczają. Nagle w głosie mamy słyszę łobuzerską nutę, kiedy zastanawia się głośno, czy dałoby się taki wagonik poruszyć z miejsca. A co, niech i nasze dzieciary choć raz w życiu przejadą się pociągiem. Babusia się śmieje i staje obok niej, za nami. Mówi, że biedni to zawsze kiełbie we łbie mają. Babusia chodzi inaczej. Mama idzie po piasku żwawo, szur-szur-szur-szur, za to babusia utyka, szur-szuuur-szur-szuuur. Tata mówi, że babusia Maria kuśtyka.

Oddechy babusi i mamy słychać blisko siebie.

– Lahja, gotowa? – pyta babusia.

– Gotowa – odpowiada mama.

– No to dawaj, rzekł stary gospodarz do swej młodej żony.

Piasek zgrzyta im pod butami. Obie sapią. Mama wydaje z siebie dziwaczny, skrzypliwy odgłos, niby oddycha, lecz wstrzymuje oddech. Tak samo skrzypiał tata, kiedy na urlopie odsunął swoje łóżko od łóżka mamy i wytaszczył je z komory. Nagle czuję szarpnięcie w przód, takie samo jak wtedy, gdy koń rusza z miejsca i tata każe się trzymać. Mówię Johannesowi, że jedziemy, boby się przestraszył. Powtarza za mną: „dziemy”. Nie umie jeszcze wszystkich słów. Kręci główką, rozgląda się.

Mama się śmieje. Babusia też rechocze.

– Mało kiszki nie wysrałam, ale co tam!

– Nie mówcie tak – syczy mama.

Głaszczę Johannesa po włosach i mówię mu, że babusia się wygłupia. Braciszek chwyta mnie rączkami za palce i miętosi je. Mama się śmieje i mówi, że jestem dzielna, bo umiem zająć się bratem, i że od tego właśnie są starsze siostry. Ja zajmuję się Johannesem, a Anna zajmuje się mną. Odwracam głowę i pytam, dokąd dochodzą te tory. Mama odpowiada, że chyba aż na samo południe, ale nie wie na pewno. Najdalej w życiu była w Oulu, za to babusia to się najeździła pociągami, jak uczyła się kiedyś w takiej ogromnej Szkole Położnych na samiuteńkim południu, gdzie jest już tylko morze i nic więcej. Tam jest zupełnie inaczej niż u nas, inne są drzewa i inne domy, z kamienia budowane.

Puszczam Johannesa, bo już się nie boi, i badam rękoma, co jest za plecami. Sterta piachu. Kładę się na niej, ale Johannes siedzi mi na sukience. Bok wagonika jest chłodny. Już w ogóle nie czuć, że jedziemy, nic nie szarpie, nie kolebie. Czasem tylko zadrży dno i wtedy coś stuknie. Babusia mówi, że tak właśnie śpiewają żelazne koła wagonów.

Słońce grzeje twarz. Otwieram oczy szeroko. Czasem światło przesłania jakiś cień. To drzewa. Tata mówi, że jak byłam mała, to widziałam wszystko wszyściutko i dopiero potem zachorowałam, lecz ja już tego wcale nie pamiętam. I taty też już nie ma w domu, bo teraz jest na wojnie. Przyciskam oczy kciukami. Lubię to robić. W drzewach szumi wiatr. Jest niedziela.

Babusia śpiewa do taktu postukujących kół:

Będę łaził po wsi w tę i z powrotem,

aż butów całkiem nie znoszę.

I będę całował, którą tylko zechcę,

i żadna mi się nie oprze.

Mama nie lubi piosenek babusi. „A, dalibyście już spokój z takimi”, mówi zawsze, kiedy babusia zaczyna śpiewać.

– Gdzie jedziemy? – pytam, a mama mówi, że do domu.

Babusia tłumaczy, że do samego Lopotti tory jeszcze nie dochodzą. Niemcy je ciągną z południa i wkrótce dojdą do wsi kościelnej, a potem tory pójdą dalej, hen do ruskiej granicy i murmańskiej kolei. Ale na razie jest, jak jest i dlatego musiały wziąć konia. Mama mówi coś babusi. Nie wiem co, ale w jej głosie nie słyszę już śmiechu. Wagonik zwalnia i w końcu staje. Mama staje obok wagonika.

– Nie mieszkamy w żadnym Lopotti – mówi jeszcze babusi surowym tonem.

– Aj, już ty się, Lahja, przez żarty nie obrażaj. Daj spokój.

Dla mamy Lopotti zaczyna się dopiero za naszym domem i ludzie są tam zupełnie inni niż we wsi kościelnej. Dla babusi to tylko słowo, nazwa jak nazwa. Nagle czuję, że ktoś podrywa Johannesa w górę. Przestraszona próbuję zatrzymać go przy sobie, lecz mama każe mi go puścić. Głos ma zimny.

– Co ty wyprawiasz? – dziwi się babusia.

– Idziemy stąd precz.

Nie chcę iść, chcę pojechać pociągiem do samego domu, ale babusia bierze mnie pod pachy i stawia na piachu. Ziemia przy torach opada mocno w dół. Ledwo mogę ustać, muszę się oprzeć ręką o wagonik.

– Co to jest to Lopotti? – pytam, lecz nikt nie odpowiada.

Babusia chwyta mnie za rękę.

– Chodź, Helenko, i nam już pora do domu. A nuż twojego tatę puścili na urlop?

Próbuję iść po stoku, zginając tę nogę, co jest bliżej torów. Babusia kuśtyka kawałek przede mną. Woła za mamą. Dziwi się, co jej te stare nazwy zawsze przeszkadzają.

– Przecież w tym całym Lopotti są tylko dwie baby o złej reputacji, ty i ja!

Mama nie odpowiada. Babusia rechocze.

Żyli wśród róż, nie znali burz

Mama wali pięścią w drzwi komory ojca i krzyczy, że wszystkiego się domyśla. Wścieka się na niego, bo nie chce z nią rozmawiać.

Leżę w łóżku i zatykam uszy palcami, ale i tak słyszę jej krzyk. Używa grubych słów, które odskakują od ścian świetlicy jak piłki i lecą daleko, aż tutaj. Czy babusia ich nie słyszy, czy też znowu zabrali ją gdzieś daleko do porodu? W takie wieczory często wychodzi ze swojej komory i prosi, żeby już byli cicho i żeby takie rzeczy to nie od razu na głos. Przyciskam uszy dłońmi mocno do głowy. Nie słyszę już słów, tylko sam krzyk.

W takie noce upiór spod podłogi wypełza od razu, wystarczy na chwilę przysnąć. I jeśli muszę wtedy wyjść z łóżka, podłoga zaczyna opadać. Odwracam się i chcę uciekać, ale i tam jest spad. Mogę próbować zdążyć do komody albo do okna, ale nic z tego, bo wszędzie deski stają dęba. Dokądkolwiek bym chciała pójść, zjeżdżam po nich jak do ciemnej mogiły. To taki wielki dół, do którego się wrzuca trupy żołnierzy i dzieci zabite przez bomby. I ja do niego wpadam. Choćbym się czepiała skraju dywanu, osuwam się w lodowate nic, gdzie słychać tylko taki niski głos, który nie jest głosem człowieka ani kota, ani psa, ani żadnego innego zwykłego zwierzęcia.

Próbuję trzymać dłonie na uszach, lecz oczy mam otwarte, żeby tylko nie zasnąć. Pod kołdrą jest za gorąco. Wierzgam, żeby ją skopać na bok, ale tata podłożył ją w nogach pod materac. Zawsze otula nas na noc, kiedy przyjeżdża na urlop, choć raz mu powiedziałam, że mama robi to lepiej. Spytał mnie wtedy, czy już nie jestem córeczką tatusia, to mu powiedziałam, że nie, bo jestem córeczką mamy. Proszę go ciągle, żeby mi opowiedział, jak jest na tej wojnie, lecz on nigdy nie chce.

Muszę wystawić nogi na chłodne powietrze. Muszę oderwać dłonie od uszu i wpuścić do środka krzyki. Mama każe tacie natychmiast otwierać. Z góry, ze strychu, słychać kroki Anny. Do jej pokoju wchodzi się po schodach od podwórka, ale samej mi nie wolno. Ona też nie śpi. Wyszarpuję pierzynę spod materaca. Obracam się i przywieram uchem do poduszki. Straszydło jest blisko.

Skrzypią deski w łóżeczku Johannesa. Unoszę głowę i nasłuchuję. Johannes popłakuje. Wołam go i chlipanie cichnie.

– Chodź tu do mnie – mówię cicho.

Nie odpowiada.

– Biegnij, szybko, zanim przyjdzie upiór!

Mama w świetlicy wyje jak pies. Johannes mówi, że nie przyjdzie. Słowa rwą się od szlochu.

– No, biegnijże do mnie – namawiam go jeszcze i w końcu łóżeczko skrzypi, Johannes się podnosi.

Wtem przez krzyki mamy słyszę jakiś ruch, lodowaty i ciemny. Deski podłogi zaczynają drżeć. Każę Johannesowi przybiec jak najprędzej. Wyskakuje z łóżeczka i pędzi w moją stronę. Czy zdąży? Słyszę go, jest na dywanie, teraz z niego zbiegł.

– Dalej, szybko! Uważaj na upiora! – krzyczę i Johannes biegnie, płacze i biegnie.

Bose stópki klepią o podłogę, poskrzypują deski. Johannes dopada krawędzi łóżka, pomagam mu się wdrapać. Uderza mnie łokciem w brew. Boli, ale go nie besztam, przecież to niechcący. Lodowaty odgłos się uspokaja, przed nim słyszę teraz, jak mama zawodzi na całe gardło.

Głaszczę Johannesa po włosach. Braciszek tuli do piersi misia i nadal nie może się uspokoić. Szukam jego pachy, próbuję go łaskotać, ale ciągle płacze. Teraz w świetlicy nie słychać mamy, tylko głos taty. Nie rozróżniam słów. Tata nigdy nie krzyczy. Johannes się wierci. Kładę się obok niego.

– Już sobie poszedł. Już po strachu.

Wycieram mu łzy i głaszczę po głowie. Starsza siostra się nim zajmie. Przykładam mu usta do brzucha i dmucham, lecz Johannes wciąż chlipie.

– Płaksa – mówię.

Wiem, czego mu trzeba. Siadam na łóżku i wsłuchuję się w dom. Anna przestała chodzić w kółko, mama tłumaczy coś cicho i szybko. Podłoga się nie trzęsie, lecz wiem, że pod deskami pływa zimnoskóra larwa. Przednie łapy trzyma razem przed łbem, a tylnymi kopie, tak jak nam pokazywał tata, żaba tak pływa w wodzie. Larwa wszystko słyszy przez szpary w podłodze i pływa za mną pod ścianami z komory do komory. Mimo to przełażę przez Johannesa i cichutko opuszczam stopy na ziemię. Rękami trzymam się krawędzi łóżka i sprawdzam, czy deski już się kolebią. Mówię Johannesowi, żeby tu na mnie zaczekał i siedział cichutko jak mysz pod miotłą.

– Nie możesz iść za mną. Musisz być teraz dzielny.

Idę wzdłuż łóżka, robię krok w stronę komody. Szukam ręką brzegu mebla. Kiedy go znajduję, puszczam krawędź łóżka. Poruszam się ostrożnie. Larwa chyba pływa pod inną komorą. Dochodzę do progu i otwieram drzwi, nasłuchuję. Mama mówi chrapliwym głosem. Słowami dorosłych, których dzieci nie mogą używać. Jak się takie słyszy, to trzeba od razu zrobić w tył zwrot i odejść jak najdalej. Kucam i wczołguję się za tapczan. Johannes powiedział mi wczoraj, że jest tam świetna kryjówka. Babusia zawsze mnie pyta o różne rzeczy, w której izbie je znajdzie, w którym dokładnie miejscu. Dlatego znam na pamięć cały dom i umeblowanie.

Prowadzi mnie krawędź dywanu w świetlicy. Tata mówi coś do mamy, lecz nie chcę tego słyszeć. Deski zaczynają drżeć. Pod nimi pływa upiór, którego nic nie zatrzyma. Nieruchomieję i wstrzymuję oddech. Nasłuchuję. Przepłynął. Mama śmieje się pod nosem, ale w jej słowach nie ma wcale radości.

– Już nigdy mnie nie dotkniesz.

Tata nie mówi nic.

Na rogu dywanu skręcam w stronę pianina. Dawniej tata na nim grał, a teraz mówi, że nie ma ochoty. Stąd już niedaleko do szafy z pościelą. Wstaję, robię dwa kroki i sprawdzam drogę. Teraz nie mogę niczego potrącić, niczego przewrócić. Wchodzę na kolumnę z kwiatem, ale ta tylko się chwieje i nie robi hałasu. Kiedyś stała pośrodku świetlicy, lecz babusia przestawiła ją pod ścianę, żeby mi nie stała na drodze. Obracam się i prawą dłonią dotykam szafy. Szukam klucza, powinien siedzieć w dziurce. Dotykam zimnego metalu. Przekręcam klucz i odchylam lewe skrzydło szafy. Druga półka od dołu. Wsuwam rękę między pachnące słońcem poszwy, jest. Stary smoczek Johannesa. Znalazłam go w zeszłym tygodniu. Mamie go było żal, albo babusi, a może Annie.

Domykam cichutko szafę i szukam kolumny z kwiatem. Obracam się na pięcie i ruszam z powrotem. Tata mówi cicho. Dziwi się, czego jeszcze nie zrobił i czego jej jeszcze niby brakuje.

– Onni, czy ty jesteś w ogóle jak normalny chłop? – pyta go mama.

Nagle tata podnosi głos. Wali od środka w zamknięte drzwi. Ten krzyk już wcale nie brzmi jak głos taty, tylko kogoś zupełnie innego. To już nie jest ten sam tata, którego włosy pachną słodko brylantyną i z którym się wymyśla głupie historyjki. Ten przeraźliwy odgłos przypomina raczej rżenie spłoszonego konia albo ryk wielkiego byka w zagrodzie sąsiada. Coś takiego nie wydobywa się człowiekowi z ust, tylko głęboko z trzewi. Rozpłaszczam się na dywanie i czuję, że deski zaczynają drżeć. Wolałabym się teraz nie ruszać, lecz podłoga już faluje. Larwa robi nawrót pod kuchnią, odbija się od ściany domu i już się wynurza spod podłogi świetlicy. Skórę ma lodowatą i oślizgłą jak ryba. Zatrzymała się i węszy, bo oczu toto nie ma. Słyszy krzyki taty, lecz on jej nie interesuje. Larwa szuka dzieci do swojej mogiły.

Tata prosi o choćby chwilę kamiennego snu bez koszmarów, bez lęków. Mama nie odpowiada, więc tata ryczy, że na froncie, w powietrzu szarym od pyłu, musi szuflować piach na oczy zabitych towarzyszy. W polowej saunie zmywać z siebie ich krew, ich flaki i kawałki czaszek. I ciągle myśleć, czy Ville od sąsiadów długo się męczył, czy może od razu stracił przytomność. A w domu na urlopie rzuca się na niego nagrzana klacz, żeby ją ciągle kryć, i człowiek nie może nawet chwili po prostu sobie być. Słyszę, że Johannes płacze w komorze. A tata jeszcze bardziej podnosi głos:

– Do jasnej cholery, czy ja nie mogę mieć choć tej minuty dla siebie?! Jednej głupiej chwili, żeby ktoś się czegoś ode mnie nie domagał?!

Uderzam w krzyk i drę się na całe gardło, żeby tylko nie słyszeć taty, ale zdradzam przez to larwie moją kryjówkę. Upiór odbija się od ściany i płynie w moją stronę. Deski się unoszą i zsuwam się z nich tyłem. Muszę się podnieść, muszę stąd uciec. Biegnę. Podłoga się rozstępuje. Gubię się. Kolumna się przewraca i wpadam na pianino, lecz biegnę dalej. Gorąco. Ślepi nie mogą biegać, bo wtedy wpadają na meble i robią sobie krzywdę. Nie mogę złapać oddechu. Staram się biec prosto, miotam ręką na prawo i lewo, szukam po omacku drogi.

Mama woła za mną, lecz nie mogę stanąć. Deski spadają, pochylają się, stają dęba. Słyszę zgrzyt klucza w drzwiach komory taty. Muszę biec jeszcze szybciej, lecz uderzam głową w ścianę, a zaraz potem kolanem w tapczan. Mam gęsią skórkę.

– No i patrz, do diabła, co się narobiło!

To mama krzyczy na ojca, ale się nie odwracam, nie mogę się zatrzymać. Muszę dać braciszkowi smoczek. Biegnę, przyciskając go do brzucha. Ręka muska po zimnej szybie, obracam się i szukam komory. W którą stronę?

Żeby tylko Johannes nie wstał i nie pobiegł do salonu. Nie utrzyma się nawet na brzegu dywanu, kiedy podłoga zacznie się rozpadać na kawałki.

– Stój! – krzyczę. – Nie biegnij tu!

Słyszę płacz Johannesa, on mnie kieruje. Znajduję drzwi komory i wbiegam do środka. Przekręcam klucz w zamku. Uderzam w brzeg łóżka, chwytam ramę i siadam. Za drzwiami są już mama i tata. Kładę się przy Johannesie i przyciskam go do siebie. Rozwieram dłoń i podsuwam mu smoczek. Gumka jest wydłużona. Kiedy sprawdzam, Johannes już ma go w buzi. Głaszczę go po włosach.

Za drzwiami tata przeprasza. Śpiewam Johannesowi piosenkę o nieustraszonej Myszce Miki, a on wtula stópki pod moje nogi.

Odwiedza pochód sław mój dom

Dźwigienki maszyny do pisania wyglądają jak odnóża komarnicy. Albo jak poprzyklejane w kilku szeregach pająki, które wyciągają po kolei nogi i odciskają paluszkami na papierze swoje ślady, a każdy jest inny. Tuomas patrzy, jak mama naciska klawisze, niektóre częściej niż inne, i co chwila pociąga za lśniącą metalową rączkę, która przesuwa z powrotem na drugą stronę maszyny czarny wałek z kartką. Na tej kartce jest narysowana płacząca szara chmura. Na kartkach z takim rysunkiem mama pisze listy do ludzi, którym tata dał aparat albo zdjęcia za darmo, bo w sklepie akurat nie mieli przy sobie pieniędzy. Są jeszcze inne kartki, z burzą i błyskawicą, ale na takich kartkach mama wysyła listy tylko do tych, do których wcześniej zatelefonował tata, a potem jeszcze raz ona, w tajemnicy przed nim.

Tuomas bawi się kapslem kasety z filmem, ściąga go i z powrotem wciska na metalowy cylinder. Od czasu do czasu zaciąga się ostrym zapachem plastikowej kliszy, a potem znowu zamyka kasetę w dłoni. Kiedy ściska cylinder z boku, ścianki łatwo wgniatają się do środka, ale gdy próbuje naciskać jednocześnie z obu jego końców, nic się nie dzieje. Kiedyś postawił kilka kaset na nowym asfalcie na podwórku i zaczął kłaść na nich cegły z rozebranego pieca, które leżały pod ścianą garażu, ale w końcu cała ta konstrukcja runęła, a kasety nawet się nie zgięły.

Od strony sklepu słychać kroki taty. Woła mamę.

– Kaarina, pozwolisz na sekundkę? Przywitasz się z naszym gościem.

Mama wypuszcza powietrze tak samo jak babusia Lahja przy stole, kiedy mówi, że kartofle źle obrane lub sos za cienki. Wystukuje na maszynie linijkę do końca i ciągnie za rączkę. Wstaje i wychodzi za tatą.

Tuomas wie, co jest grane. Tata nie może sobie przypomnieć nazwiska albo adresu jakiegoś klienta. Nikogo nie poznaje z twarzy. A ludzie, którzy dzień w dzień stają przed ladą w sklepie, są święcie przekonani, że fotograf doskonale pamięta ich i ich dzieci, bo przecież robił im zdjęcie do konfirmacji, a babusia Lahja robiła ich dziadkom zdjęcia weselne. I tata raz za razem kiwa głową, że niby poznaje, wypytuje o stare czasy i plany na przyszłość, podpytuje ostrożnie o wsie, drogi i wspólnych znajomych, o miejsca pracy, rodzinę i krewnych. Klienci rozwodzą się o ocielonych krowach, wyścigach reniferów i chronicznych zapaleniach uszu u dzieci. I w końcu tata przypomina sobie nazwisko i imię rozmówcy, może więc wreszcie wypełnić pokwitowanie na kopercie zlecenia. Ludzie się cieszą, jak fotograf pamięta ich imię. Mówią, że Johannes Löytövaara to sympatyczny gość.

Czasem jednak się zdarza, że opowieść klienta nic tacie nie mówi. Wtedy przerywa rozmowę i odwraca się do zaplecza.

– Poczekaj, pójdę po Kaarinę, też cię chętnie zobaczy.

Tylko że mama nie zawsze siedzi na zapleczu i wypisuje rachunki albo nakleja zdjęcia na koperty z podziękowaniami. Tacie zaczyna się wtedy palić grunt pod nogami.

– Jedna chwilka, zajrzę tylko do kuchni! – krzyczy do klienta i z nowego skrzydła, gdzie mieści się sklep ze studiem, biegnie przez podwórze do domu, wołając mamę już od sieni na dole i wchodząc na piętro po dwa stopnie naraz.

– Nie mogę sobie przypomnieć jego imienia! Tego, co w latach pięćdziesiątych chodził tak długo z Kaisą Nevalą, a potem ni z gruszki, ni z pietruszki ożenił się z tą ładną dziewczyną z Salli.

Mama wtedy wzdycha, zestawia garnek z pieca, kładzie na ziemi rurę odkurzacza, wyłącza kosiarkę, kończy sprzeczkę z babusią, upuszcza do miski w połowie obrany ziemniak i biegnie z nim do pracowni. Na widok klienta od razu się rozpromienia.

– Jaska Määttä! Co tam u ciebie? – pyta i spogląda znacząco na tatę.

On bierze porzucony na ladzie długopis i wypisuje na kopercie imię i nazwisko. Pyta o format, czy będziemy robić dziewięć na dziewięć, czy dziesięć na dziesięć. A zdjęcia będą na wtorek po niedzieli.

Mama wstaje więc i teraz od maszyny i idzie do sklepu. Tuomas przysiada na jej krześle i naciska kilka klawiszy, ale nie za mocno, żeby na papierze nie odcisnęły się ślady pająków. Parę razy tak zrobił i mama była zła. Ale usiedli z Tuomasem razem do maszyny i wypisali rachunek od nowa. Tłumaczyła synowi cierpliwie, co trzeba po kolei zrobić.

– Teraz naciśnij taki klawisz z kreską, która idzie z góry na dół. Poszukaj, jest tam taki jeden. Szukaj, szukaj. Dobrze.

Tuomas schodzi z krzesła mamy i idzie do sklepu. Patrzy na zegarek: mała wskazówka patrzy już prawie na tę kreskę, kiedy Tapio przychodzi ze szkoły. Tuomas też chciałby już chodzić do szkoły, tak jak starszy brat, ale musi zjeść jeszcze wiele talerzy owsianki, zanim go tam wezmą. Wślizguje się do sklepu i nurkuje pod ladę. Dawniej mieścił się tam bez trudu, teraz jednak odległość od podłogi do deski jakby się skurczyła. Na ladzie stoi kasa, na której mama wciska najpierw szary klawisz z dwójką, potem czarną szóstkę i zero, a na koniec duży czerwony i wtedy maszyna dzwoni i wysuwa szufladę. Tuomas też chciałby spróbować, ale kasy nie wolno mu ruszać. Tata czasem pozwoli mu wcisnąć pięć penni, ale mama nigdy.

Tata demonstruje komuś drogi aparat i Tuomas wie, że w takiej sytuacji nie wolno mu przeszkadzać. Mama mu mówiła, że kiedy postanowił przyjść na świat, tata akurat sprzedawał taki sam drogi aparat jednemu turyście z Niemiec. Stała właśnie na drabinie przed regałem z ramkami i ścierała kurz, aż tu nagle mówi tacie, że chyba muszą jechać do szpitala. Mama zawsze się śmieje, kiedy opowiada tę historię gościom.

– Do końca życia tego nie zapomnę. Johannes mi na to, czy nie mogłabym dać sobie jeszcze trochę na wstrzymanie, bo chciałby sprzedać ten aparat. I sprzedał.

Mama szuka w szufladzie zdjęć Raatikainena. Tuomas widzi spod lady tylko obuwie klientów. Brązowe półbuty. Kalosze. Dźwięczy dzwonek nad drzwiami i do środka wchodzą jeszcze czerwone szpilki. Kalosze się odwracają. Półbuty odstępują krok na stronę. Tuomas nasłuchuje pytań mamy i odpowiedzi butów. Półbuty chciałyby się umówić na zdjęcie konfirmacyjne dla syna. Mama pyta, czy mają własne kwiaty. Kalosze szukają taniej ramki z takimi różyczkami w narożnikach, na pogrzeb teściowej. Mama podchodzi do regału i pokazuje dwie ramki, miedzianą i srebrnoszarą. Ta druga jest droższa. Kalosze mówią, że się zastanowią, niech mama w tym czasie obsłuży kolejnego klienta. Czerwone szpilki zbliżają się do lady i proszą o kartonik filmu czterysta. Kalosze uznają, że teściowej wystarczy miedziana, zostawiają na ladzie odliczone pieniądze i wychodzą ze sklepu.

Tuomasa coś drażni w głosie czerwonych szpilek, lecz nie potrafi powiedzieć, co by to mogło być. Wychodzi spod lady, siada na podłodze i opiera się o kontuar. Mama idzie do półki po kartoniki z filmami. Dostrzega syna i marszczy brwi. Może też lekko pokręciła głową? Tuomas znów się bawi starą kasetą po filmie, ściąga kapsel i wciska go z powrotem w rowek. Odwraca się i podnosi, głowę ma teraz na wysokości kasy. Mama podaje kartoniki wysokiemu panu w usmarowanym niebieskim kombinezonie. Pan dziękuje, przekłada je do lewej ręki i prawą maca tylną kieszeń, ale nie znajduje tego, czego tam szukał.

– Gdzie ja ją wsadziłem?

Tuomas się pochyla i zagląda pod ladę. Czerwone szpilki przestępują z nogi na nogę. Tuomas znowu przenosi spojrzenie do góry. Usmarowany kombinezon kładzie na kontuarze obok filmów piękną podłużną portmonetkę z pomarańczowymi koralikami i fioletową metalową rozetką na zatrzasku. Otwiera ją, wyciąga starannie złożony duży banknot i podaje go mamie.

Tuomas kuca i na czworakach przechodzi na koniec lady, do pomarańczowego plastikowego kosza na śmieci. Mama wyciąga z niego zawsze pudełeczka po kasetach, które wyrzuca tam tata, pakuje je do woreczków i każe komuś zanieść do klubu parafialnego. W takich samych pudełeczkach Tapio i Minna dostają kieszonkowe – trzy marki w pięcio- i dziesięciopennówkach. Maarit jest już duża i dostaje pięciomarkowy banknot. Tuomas spogląda znad kosza w górę akurat w chwili, kiedy pan wyciąga rękę po resztę. Taki sam kombinezon ma mechanik w warsztacie, gdzie tata oddaje do naprawy auto i kosiarkę. Z bocznej kieszeni usmarowanego drelichu zwisa czyściwo. Pan pięknie składa banknoty na pół i jeszcze raz na pół, wsuwa do portmonetki i zamyka rozetkę. Koraliki błyskają jeszcze raz i pomarańczowe cudo znika w przepastnej kieszeni niebieskiego kombinezonu.

Klient, który chciał kupić aparat, mówi, że na wszelki wypadek spyta jeszcze żonę o zdanie. Tata odkręca obiektyw i kiwa głową na pożegnanie. Dostrzega Tuomasa. Syn otwiera usta, ale tata kręci powoli głową, najpierw w prawo, potem w lewo.

Pan w kombinezonie dziękuje i idzie w stronę drzwi. Z tylnej kieszeni wyciąga zaplamiony niebieski kaszkiet i zakłada go na głowę, a potem popycha ciężkie drzwi i wychodzi na dwór. Przed sklepem wsiada do ciemnozielonego forda. W sklepie robi się pusto. Tata zakłada osłonę na soczewkę.

– To spawacz. Głęboko wierzący. Dzieciaków już siódemka.

Tuomas nic nie mówi, bo o nic nie pytał. Tata odstawia obiektyw na półkę.

– Sympatyczny człowiek. Każdy jest, jaki jest.

– Nie wzywali go jeszcze do zboru na zebranie? – dziwi się mama.

– Nie widział potrzeby, żeby się na nie stawić. Jak człowiek tak bardzo różni się od innych, ludzie przestają w końcu zwracać na niego uwagę. Byleby nie rzucał się w oczy bardziej niż dotychczas.

Mama jest zła, bo znajduje w szufladzie lady pokwitowanie sprzedaży aparatu bez nazwiska nabywcy i macha nim tacie przed nosem. Mała wskazówka zegara mówi, że Tapio niedługo wróci do domu. Tuomas wychodzi mu naprzeciw. Niedługo przyjdą też ze szkoły Maarit i Minna.

Strzeże ziemi swej rodzinnej

Mama przyniosła już choinkę do domu. Z początku drzewko pachniało lasem i żywicą, lecz teraz już ich nie czuć. Przesuwam grzbietem dłoni po gałązce, czuję delikatne drapanie setek igieł. W świetlicy zza okna dobiegają mnie szepty i skrzypienie śniegu, ale nie przejmuję się tym.

Idę do studia. Pachnie tam proszkiem magnezowym, który potrzebny jest do tego, żeby było dosyć światła. Mama codziennie robi niemieckim żołnierzom zdjęcia do książeczek wojskowych i przepustek. Dlatego nazywają ją Fotomamą. Pukają do drzwi na dole i pytają: Ist die Fotomama zu Hause?, i jak mama jest w domu, to trzeba im otworzyć i powiedzieć: Bitte. Teraz każą nam drzwi zawsze zamykać na klucz od środka, bo jest wojna, a granica tuż-tuż.

Idę przejściem do jadalni. Czuć już zapach ciasta. Mama wygarnia węgiel z pieca chlebowego, Anna ubija coś w misie. Johannesa słyszę od razu. W ogóle nie umie się chować – najpierw biegnie przez cały dom, a potem się tłucze jak mara, robiąc mnóstwo hałasu. Mówię mu, żeby szukał nowych kryjówek, pod łóżkiem albo w skrzyni na drewno, lecz on nie chce mi wierzyć, że i tam go znajdę, więc stoi zawsze za którymiś drzwiami i sapie, bo dla mnie niby musi być łatwiej. Czasem celowo go mijam i udaję, że błądzę po innych pokojach, wtedy parska śmiechem. Chłopcom trzeba czasem pozwolić wygrać. Tym razem nie chce mi się tak długo bawić, więc wchodzę do kuchni, zamykam drzwi i sięgam do kąta, żeby go złapać za rękę. Stoi bez ruchu, żebym się nie spostrzegła.

– Już cię znalazłam.

– Skąd niby wiedziałaś, że tu jestem?

Szepty się przenoszą pod okno w przejściu, ale ja się tam krasnali nie boję. Anna powiedziała mi w zeszłym tygodniu, że ich w ogóle nie ma. Johannes suszy mi głowę, chce się jeszcze bawić. Pod drzwiami w sieni psykam na niego, bo babusia wróciła z porodu dopiero nad ranem. Niby zawsze mówi, że to już ostatni raz, lecz ludzie przyjeżdżają do nas jak dawniej, kiedy tylko nowa położna jest gdzieś w tundrze. Przy drzwiach studia słyszę skrzypienie podłogi nad głową, w wynajętym pokoju. Dawniej mieszkała tam mama, jak była młoda, i jeszcze niedawno Anna, ale teraz w izbie na piętrze chodzi w kółko niemiecki pułkownik. W każdym domu wsi kwateruje jakiś oficer. Ten ich nastawia czasem adapter tak głośno, że muzykę słychać na dole i babusia zaczyna śpiewać do melodii fińską wersję Eriki. Do jego pokoju wchodzi się schodami od podwórka i dlatego pułkownika za często nie widać. Niekiedy schodzi do nas, puka do drzwi i siada z babusią w świetlicy. Ona przynosi wtedy ze swojej izby piękne kieliszki i karafkę ze żłobionymi rowkami, które biegną po bokach z góry na dół.

Anna krzyczy z jadalni:

– Mama kazała się jeszcze zająć Johannesem, pierniki będą za chwilę!

On piszczy z radości, ja nie mam już ochoty, ale tuż przed Gwiazdką lepiej się nie buntować.

Johannes zostaje na tapczanie w świetlicy i liczy, choć nie zna jeszcze wszystkich cyfr. Wymyśliłam już, gdzie się schowam, idę w stronę werandy. Drzwi są ciężkie, za nimi jest już mróz i z początku kłuje mnie w płucach, kiedy robię wdech. Zamykam drzwi i idę ku szafie, w której wisi grube wilcze futro babusi. Jak w taki tęgi mróz ktoś z daleka przyjeżdża po babusię, trzeba je najpierw wnieść do środka, żeby się nagrzało. W nim się schowam, wsunę ramiona w rękawy i może sobie Johannes szukać do samego końca świata.

Czekam. Brat staje raz w progu, lecz wraca do środka. Futro pachnie babusią. Otulam się nim, lecz mróz zaczyna szczypać mnie w stopy. Słyszę kroki Johannesa za drzwiami do świetlicy.

– Sygnał, daj sygnał – domaga się.

Krzyczę z futra: „Tutaj!”, ale nie za głośno, żeby nie od razu znalazł. Ale mnie usłyszał i otwiera drzwi werandy. Woła mnie.

Nie odpowiadam. Znów domaga się sygnałów, lecz teraz siedzę cicho. To dobra kryjówka i przyda mi się jeszcze nie raz. Johannes jest już zły.

– Musisz dać sygnał, taka była umowa!

Co to, to nie. Nie odezwę się. Johannes nasłuchuje, ale nic nie słyszy, więc wraca do sieni.

Nagle ktoś puka do drzwi wejściowych. Cały czas słuchałam Johannesa i nie zwróciłam uwagi na skrzypienie butów na zmarzniętym śniegu. Johannes wraca na werandę i pyta, kto tam.

– Otwórzta. Do położnej.

Chłop, ale mówi dziwnie. Musiał przyjechać po babusię z daleka, spod granicy, a może z Paanajärvi. Johannes nie otwiera, bo wieczorem dzieciom nie wolno nawet dotykać klucza od drzwi wejściowych, otwierać mogą tylko dorośli. Johannes odpowiada, że musi iść po matkę.

– Najpierw ta otwórz. Do położnej ja.

Chłop szarpie za klamkę, lecz Johannes już poszedł. Podzwaniają szyby werandy, słyszę jakiś szept. Wyciągam ramiona z rękawów futra, otwieram drzwi szafy i wychodzę. Zza szyby słyszę tamtego:

– Piękna dziewczyna, otwórz, a?

Otwierają się drzwi werandy. Mama pyta, o co chodzi.

– Ważna sprawa.

Mama podchodzi do okna, zeskrobuje szron z szyby.

– Wy z daleka? Konia macie?

Otwieram znowu szafę, wyciągam futro babusi. Za drzwiami słychać teraz głos innego mężczyzny. Ten gada, że fotografia potrzebna. Na paszport.

– O tej porze?

Zamykam szafę.

– A ty co z tym futrem? – dziwi się mama.

Mówię, że trzeba wnieść do środka, żeby się nagrzało, bo babusia przemarznie na saniach.

– Przecież o zdjęcie chłopu się rozchodzi.

Mówię jej, że na początku pytał o babusię. Mama się zatrzymuje i chwilę nic nie mówi. Potem wraca pod drzwi.

– Na co ta fotografia?

– Na bumagę.

Mama natychmiast każe mi wracać do środka. Chwyta mnie za ramiona, odwraca i popycha w stronę sieni. Pytam, czy zabrać futro do domu.

– Bierz, bierz, ale sprowadź mi tu babusię, tak na jednej nodze.

Sunę palcami po boazerii, aż po lewej stronie natrafiam na drzwi, które prowadzą do przejścia. Składam futro na stole pod ścianą i pukam do drzwi babusi.

– Proszę!

W izbie śmierdzi kamforą, poza tym powietrze jest tam zawsze stęchłe. Babusia leży na łóżku.

– I z czym to przychodzi moja Helena?

Tłumaczę, że mama kazała jej zaraz przyjść na werandę. Że przyszli jacyś ludzie i że chcą zrobić zdjęcie na bumagę.

– Na bumagę?

Babusia wstaje i wciąga na nogi skarpety. Wyciąga szufladę komody, wyjmuje z niej coś małego, a potem otwiera szafę i wyciąga z niej coś większego. Mija mnie i wychodzi. Idę za babusią na werandę.

– A ty co, z tym…? – słyszę przestraszony głos mamy.

– Bądźże już lepiej cicho – ucina babusia.

Pytam, co babusia wyjęła z szafy, lecz mama tylko syka. Odciąga mnie na bok i kładzie mi ręce na ramionach. Babusia podchodzi do drzwi wejściowych.

– Tu położna. Czego?

Nikt się nie odzywa.

– Z której wsi jedziecie?

Nadal cisza.

– Ciągle tam są – mówi mama.

– Z Käylä, co? – dopytuje się babusia.

– Tak! – dochodzi zza drzwi.

– Skąd? Nie słyszę! Mówcie głośniej!

– Nu, z Kii… – Głos za drzwiami zawiesza się w pół słowa.

– Zabieraj mi stąd to dziecko! – rozkazuje babusia.

Mama ciągnie mnie do świetlicy i zamyka drzwi. Z werandy dobiega głos babusi:

– Won mi stąd, ale już! Liczę do pięciu i strzelam przez drzwi i zaraz się tu zlecą wszyscy Niemcy z całej wsi!

Mama ściska mnie mocniej za ramiona.

– Johannes jeszcze się gdzieś chowa? Może go poszukamy, co? – pyta mnie i choć tak naprawdę nie chce, ciągnie mnie w stronę kuchni. Kiedy jesteśmy pod drzwiami studia, na werandzie rozlega się huk jak od uderzenia pioruna.

– Boże święty! – wrzeszczy mama, puszcza mnie i biegnie z powrotem, uderzając w sufit kijem od szczotki.

– Niech pan tu zaraz zejdzie!

W kuchni piszczy Anna, w pokoju dziecięcym płacze Johannes.

– Co się dzieje?! – krzyczę, lecz mama nie odpowiada.

Muszę zaraz do Johannesa. Mama wybiega na werandę, nad głową już słyszę szybkie kroki. Johannes jest już przy mnie, chwyta mnie za rękę i płacze ze strachu, płacz Anny dobiega teraz z werandy. Mnie też się zbiera na płacz, ale nikt mi niczego nie wyjaśnia. Szyby od podwórza dzwonią, to pułkownik zbiega ze strychu po schodach.

– Co się dzieje w tym domu? – pytam Johannesa, lecz brat nie może wydusić z siebie ani słowa.

Podchodzę do drzwi werandy i wołam:

– Co z babusią?! Nic się jej nie stało?!

Otwierają się drzwi domu i na werandę z dworu wchodzi pułkownik. Mama rozmawia z nim po ichniemu, Annę słychać najgłośniej, bo ciągle ryczy. Was was was i die Partisanen. Słyszę, jak babusia bluźni gdzieś na werandzie. Kamień spada mi z serca.

Wieczorem babusia siedzi z mamą i pułkownikiem przy stole w kuchni. Niemiec bierze na kolana najpierw Johannesa, a potem mnie, szczypie w policzki i mówi:

– Entschuldigung schöne Kinder.

Babusia tłumaczy, że pan pułkownik nas przeprasza. Też ma dzieci, które zostały w domu, daleko stąd.

Na łóżko w przejściu został już dokwaterowany młody niemiecki żołnierz, a dzieci dostają zakaz otwierania drzwi domu obcym nawet za dnia. Nawet jeśli za drzwiami stoi znajomy, to i tak trzeba go zapytać najpierw o jakieś słowo z „äy”.

Babusia znowu bluźni i mówi mamie, że tak ją kopnęło, że ma na brzuchu krwiak. Nikt nie mówi, co kopnęło.

– Pod każdym oknem przeszli, a do okna na strychu nie przyszło im do głowy zajrzeć – mówi babusia i z rowkowanej karafki nalewa coś do kieliszka na wysokiej nóżce. – Ale jeden dostał.

W izbie nocą Johannes pyta, czy babusia trafiła tego krasnala.

Widzę cię z bliska

Minna tłumaczy Tuomasowi, jak się rysuje pisakiem koty z wielkimi oczami.

– Najpierw jedno kółko, to będzie głowa, potem wąsy, potem drugie kółko i na koniec ogon.

Mama rozłożyła na podłodze dwa duże arkusze pożółkłej tektury z witryny sklepu i dała Tuomasowi kolorowe flamastry. Przykazała też Maarit i Minnie, żeby zajęły się młodszym bratem, który bał się trochę nadchodzącej wizyty Świętego Mikołaja, i dziewczynki wciągnęły się do zabawy. Tapio przyglądał się rozbawionemu rodzeństwu z kanapy, wreszcie sam chwycił za mazak. Teraz chce pożyczyć czarny, żeby zrobić kłęby dymu wylatujące z rury wydechowej auta. Maarit rysuje jakiś znak w kształcie herbu, który ma pośrodku wypisane dużymi literami słowo „Hurriganes”.

Stukają drzwi w korytarzu i do salonu sączy się ze schodów ostry smród papierosów. Kari prowadzi pod rękę Helenę, starannie omijając choinkę, i sadza ją na kanapie. Ciocia ma na sobie workowatą brązową sukienkę, którą babusia podarowała jej wczoraj, kiedy tata przywiózł z lotniska gości ze stolicy.

Kari siada w fotelu, pstryka włącznikiem lampy i zaczyna czytać opowiadanie miesiąca z „Reader’s Digest”, który odłożył jakiś czas temu na stół. Tuomas spytał go, czy mają w Helsinkach dziecko, ale Kari nie odpowiedział. Zazwyczaj wujek jest fajny, bawi się z nimi i opowiada śmieszne historyjki, tylko teraz jest w kiepskim humorze.

Helena wsłuchuje się w pokój.

– Kto tu jest? – pyta.

– My wszyscy – odpowiada za rodzeństwo Maarit. – Ja i Minna, i chłopcy.

– Co robicie?

– Rysujemy.

Helena wstaje z kanapy i szuka lewą ręką krawędzi stołu, idzie wzdłuż niego i natrafia na fotel.

– Meble są inaczej ustawione niż latem – stwierdza.

W głębi salonu wydzielono regałami pokój dla Minny. Helena mija fotel i obraca się w lewo. Maarit przesadza Tuomasa, żeby zrobić przejście dla ciotki.

– Gdzie teraz stoi pianino?

– Tuż obok ciebie. Na lewo – odzywa się Kari, nie odrywając wzroku od książki.

– Pod oknami?

– Między nimi.

– Wszystko tu teraz zupełnie inaczej niż kiedyś.

Helena obraca się w lewo, zatacza ręką łuk na wysokości biodra, robi krok i znowu zatacza łuk. Przy trzecim kroku natrafia na pianino. Odnajduje taboret, siada i unosi klapę.

– To może ja coś zagram.

Ręce unoszą się nad klawiaturę. Helena naciska delikatnie jeden klawisz i po chwili ustawia palce we właściwym położeniu. Tuomas zna kolędę ze szkółki parafialnej i wstaje, żeby popatrzeć na palce cioci. Mama bardzo zważa na to, żeby nazywać Helenę ciocią. Nie strofuje dzieci, kiedy do cioci i wujków zwracają się po imieniu, lecz za każdym razem, gdy dziecko się zapomni, spogląda na nie i poprawia: „ciocia Helena”, „wujek Kari”. Pokrewieństwo to dla mamy ważna sprawa.

Palce prawej dłoni cioci szybko wygrywają melodię. Trafiają na właściwe klawisze, mimo że oczy patrzą nieruchomo w górę. Lewa dłoń szuka akordów, ale jej się tak nie śpieszy jak prawej. Czasem mały palec albo kciuk sięgnie w bok, żeby wcisnąć lekko biały klawisz – Helena słucha dźwięku i pozostałe palce odnajdują szybko swoje miejsce na klawiaturze. Tuomas ma wrażenie, że ręce cioci poruszają się niezależnie od siebie, jedna zaczynać grać Wigilię krasnali, a druga dorzuca do melodii różne ciemne nuty, ale z tej niezależnej pracy rąk powstaje znana mu dobrze kolęda.

– Maarit, gdzie się wybierasz po podstawówce? – pyta Helena.

– Do liceum – odpowiada Maarit, kolorując eskę w swoich Hurriganesach.

– Chce zostać fryzjerką – zdradza Minna.

Maarit marszczy czoło.

– A ty się nie wtrącaj.

Krasnale przechodzą płynnie w Noc sinych wzgórz. Tuomas wraca na podłogę i maluje zieloną plamę na pomarańczy. Minna podziękowała Maarit za wypaplanie jej planów czerwoną plamką na policzku. Maarit ślini palec i machinalnie ściera ślad, patrząc ze złością na siostrę. Obie mierzą się wzrokiem.

– Tata mi każe, a sam do szkół nie chodził.

– Wasz dziadek wysłał mnie do Helsinek, nie było gadania – mówi Helena.

– Łe, tam to też bym chciała.

– Każdy czyni, jak mu się podoba.

Kari przerywa lekturę i spogląda na Helenę, ale nic nie mówi.

Tuomas patrzy na Tapia, który świetnie narysował auto. Sam próbuje narysować na kartce żółte opony. Minna rysuje jeszcze jednego kota, ale patrzy na rysunek starszej siostry i przychodzi jej do głowy pomysł.

– Umiesz Hurriganesów?

Maarit próbuje uszczypnąć Minnę, ale nie dosięga. Helena przerywa granie.

– Nie znam ich. To jakiś nowy zespół?

– Tak.

– Zaśpiewaj kawałek.

– Grają to Get on baby, get on.

– Ale co to jest?

– No, taki utwór.

– To jest rock – odzywa się Tapio.

Helena na chwilę zastyga w bezruchu. Opuszcza dłonie na uda i nastawia ucha w stronę korytarza.

– A gdzie wasza babusia?

– Pojechała z tatą zapalić świeczkę na grobie dziadka Onniego.

Helena podnosi dłonie z powrotem na klawiaturę. Prawy kciuk trąca lekko klawisz i pozostałe palce rozstawiają się wkoło niego. Mały palec lewej ręki wybija szybko dwie nuty, potem uderzają serdeczny, środkowy i wskazujący. Po kciuku rytm wybijają z powrotem wszystkie palce po kolei, od wskazującego po mały. Włącza się prawa ręka, podaje melodię. Tapio poznaje rytm i podnosi głowę.

– Rockabilly!

Nie przerywając grania, Helena odgarnia prawą dłonią opadający na oczy pukiel. Kari odkłada czasopismo i unosi spojrzenie. Minna i Maarit też zadzierają głowy i słuchają.

Tuomas zostaje sam nad tekturą i myśli o palcach Heleny. Porównuje ciocię, która jest matką chrzestną Tapia, ze swoją matką chrzestną. Cioci Annie nie można niczego zarzucić, fajna jest. Zawsze pamięta o jego urodzinach i imieninach, robi mu na drutach zielone skarpety i zaprasza do siebie. Mimo to coś w tym wszystkim nie daje mu spokoju, choć nie potrafi tego nazwać. Tuomas wychyla się i sięga po leżący obok Maarit czerwony pisak. Ściąga nasadkę, przykłada końcówkę do samochodu Tapia i zamazuje go gęstym ściegiem.

Odważnie stań na scenie

Tuomas się boi, lecz ręka babusi uspokaja. Nie jest taka jak dłoń mamy, ma zmarszczki, a żyły biegną zupełnie pod wierzchem. Palce mamy są długie i cienkie, a babusia ma krótkie, takie same jak tata.

Tata robi właśnie zdjęcia ślubne. Denerwuje się, bo nadciągająca burza może zerwać linie i nie wiadomo, czy lampy błyskowe będą działać. Mama mu pomagała, bo lamp błyskowych się nie boi, tylko błyskawic. Teraz siedzi w piwnicy. Ciągle powtarza, że burze w tundrze nie są wcale takie straszne i że kiedy była jeszcze mała i mieszkała z rodzicami na południu, to dopiero waliło i błyskało, nawet dziadunio się bał, ale i tak schodzi do sauny w podziemiu, ledwo na horyzoncie pojawią się błyski. W piwnicy nie ma okien. Później babusia się z niej śmieje i wyzywa od trusi, ale mama się nie obraża.

– No więc dobrze, i ja mam jakiś słaby punkt. Możecie się cieszyć.

Mama zwraca się do babusi zawsze na wy, nigdy na ty, i tak samo babusia mówi do niej. Tata twierdzi, że to przez uprzejmość, lecz Tuomas widzi to inaczej.

Kiedy zerwał się wiatr, Tuomas był z Tapiem w dużym pokoju. Już szedł do piwnicy do mamy, ale babusia złapała go za rękę.

– Człowiek musi sam postanowić, czy bać się tego świata, czy nie.