282 osoby interesują się tą książką

Opis

 

Życie nie zawsze układa się tak, jak byśmy chcieli. Bywa skomplikowane, zwłaszcza gdy wyobraźnia zaczyna pracować na naszą niekorzyść.

 

Historia Zuzy, Natalii i Jagody to opowieść o tym, jak bardzo możemy się mylić w ocenie życia innych ludzi i swoich problemów. A także o miłości, ukrytych pragnieniach, drugich szansach i kobiecej przyjaźni, która daje siłę, by uwierzyć, że szczęście może być wyborem, nie przypadkiem.

 

Inni mają lepiej to idealna lektura dla tych, którym wydaje się, że życie sąsiadów, znajomych, wszystkich bliskich i dalekich „innych” jest bardziej kolorowe i dla tych, którzy potrzebują zachęty, by ruszyć z miejsca.

 

Warto przyjrzeć się historiom bohaterek, by na co dzień nie ulegać iluzjom, a walczyć o to, co jest dla nas naprawdę ważne.

 

Krystyna Mirek - jest autorką powieści obyczajowych, które czytelniczki kochają za wartką akcję, ciepły humor i życiowe obserwacje.

 

Napisała już ponad dwadzieścia powieści, które ciesząsię niesłabnącym powodzeniem i zdobywają listy bestsellerów. Pisanie było jej pasją, stało się także zawodem i sposobem na realizację marzeń.

 

Z wykształcenia jest polonistką wiele lat pracowała w szkole. Prywatnie żona i mama czwórki dzieci.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 307

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright for the Polish Edition © 2020 Wydawnictwo Edipresse Sp. z o.o. Copyright for the Text © 2020 by Krystyna Mirek

Wydawnictwo Edipresse Sp. z o.o. ul. Wiejska 19 00-480 Warszawa

Dyrektor Zarządzająca Segmentem Książek: Iga Rembiszewska Senior Project Manager: Natalia Gowin Produkcja: Klaudia Lis Marketing i promocja: Renata Bogiel-Mikołajczyk Digital i projekty specjalne: Tatiana Drózdż Dystrybucja i sprzedaż: Izabela Łazicka (tel. 22 584 23 51)

Redakcja: Katarzyna Wojtas Korekta: Beata Turska, Katarzyna Wojtas Projekt okładki i stron tytułowych: Paweł Panczakiewicz/ /PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN – www.panczakiewicz.pl Zdjęcie: Renato Abati/Pexels

Biuro Obsługi Klienta mail: [email protected]pl tel.: 22 278 15 55 (pon.-pt. w godz. 8:00-17:00) facebook.com/edipresseksiazki facebook.com/pg/edipresseksiazki/shop instagram.com/edipresseksiazki

ISBN 978-83-8177-460-4

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych w całości lub w części tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Wersję cyfrową przygotowano w systemie Zecer firmy Elibri

Rozdział 1

Pomysł Jagody

Zuza wpadła do mieszkania niczym piorun kulisty do płytkiej studni. Od razu zrobiło się jej pełno na niewielkim metrażu. Cud, że nie przeleciała na wylot, lecz w porę zatrzymała się przed zewnętrzną ścianą. Jak się rozpędziła, to niełatwo było ją zastopować. A dziś spieszyła się wyjątkowo.

Umówiła się z przyjaciółkami na kawę o szesnastej. Taka wczesna pora to był oczywiście pomysł Jagody.

Co ona mogła wiedzieć o godzinach pracy zwykłych kobiet? – pomyślała Zuza, przewracając wymownie oczami. Biegała właśnie między kuchnią a pokojem córki, zbierając rzeczy i jednocześnie bijąc rekordy prędkości. Żeby zdążyć, zerwała się wcześniej z biura i teraz pospiesznie przygotowywała się do wyjścia. Błyskawicznie odebrała córeczkę z przedszkola, następnie szybciutko nakarmiła, po czym zostawiła na chwilę pod opieką dziadka, żeby w spokoju zebrać myśli, a także potrzebne rzeczy. Niestety, tradycyjnie wszelkie drobiazgi miały tendencję przemieszczać się w dziwne lokalizacje i robić bałagan, choć przecież ciągle się sprzątało.

Jagoda na pewno wszystko już ma przygotowane.

Zuza westchnęła i spojrzała w lustro. Jak zawsze zobaczyła własne brązowe oczy przepełnione wyrzutem sumienia. Choćby nie wiem, jak szybko biegała i tak zwykle z czymś nie mogła zdążyć.

Co innego Jagoda. Ona miała wszystko na czas. Jej nie ograniczały sztywne godziny pracy. Przyjmowała w swoim gabinecie, kiedy chciała. Była coachem, trenerem rozwoju osobistego, cokolwiek to znaczy. Ludzie płacili jej za udzielanie dobrych rad. Im bardziej śrubowała stawki, tym więcej osób chciało się z nią umówić. Taki paradoks.

Może dlatego, że Jagoda sama stanowiła żywą reklamę swoich umiejętności? Kobieta sukcesu, spełniona pod każdym względem. Szczupła, piękna mama dwóch grzecznych synów i jednej grzecznej córeczki. Miała fajnego męża, wygodny dom i własne, całkiem niezłe pieniądze. Do tego jeszcze osobiście uprawiała ogród i piekła fantastyczne ciasta.

– Na dodatek zdrowe i niskokaloryczne! Psiamać! – wyszeptała ze złością Zuza, po czym z trudem wbiła się w nowe dżinsy i zapięła guzik. Na chwilę straciła dech, ale dała radę. Oczywiście nie powinna była kupować tego rozmiaru, zdawała sobie z tego sprawę, ale akurat mieli taki świetny model w promocji, a ona liczyła się z każdym groszem. Uznała, że schudnie. Tylko jakoś się na razie nie udawało.

Spojrzała na pączki, które zamierzała ze sobą zabrać na wspólny babski wieczór. Może to nie był najlepszy wybór? Pokręciła głową, ale szybko przestała się nad tym zastanawiać. I tak nie miała innego pomysłu. W piekarni na osiedlu sprzedawali wyłącznie bardzo słodkie, tuczące pyszności, które kusiły ją każdego dnia. Skutecznie.

Zatrzymała się na chwilę, bo coś za oknem przyciągnęło jej wzrok.

Mimo wcześniejszego pośpiechu stanęła jak wmurowana. Miała wrażenie, że znów widzi tego mężczyznę. Z trudem przełknęła ślinę. Poczuła, że bardzo chce jej się pić. Emocje zasznurowały jej gardło.

Czy życie musi się z nią tak droczyć? Zerknęła jeszcze raz. Ale pod drzewem na skwerku już nikogo nie było.

Wydawało mi się – pomyślała jak zwykle, a jednak serce mocno jej się ścisnęło.

Przeogromną tęsknotą.

Są kobiety, które nigdy w życiu nie poznały smaku prawdziwej miłości i boleją z tego powodu. Nie wiedzą, co mówią. Czasem tak jest lepiej. Nie ma się porównania. Nie wie się tak naprawdę, co człowieka ominęło. Bo o tym nie da się poczytać ani sobie wyobrazić, trzeba doświadczyć, czasem zapłacić cenę. Jeśli się tego nie zna, można żyć we względnym spokoju. Najgorzej jeśli los coś da na chwilę, a potem gwałtownie odbierze.

Spieszyła się, ale jeszcze raz podeszła do okna.

– Gdzie jesteś? – wyszeptała. – Czy to naprawdę ty?

Wpatrywała się tak intensywnie w to miejsce, że aż zaczęły ją piec oczy. Ale nic więcej nie zobaczyła. Już od kilku dni miała wrażenie, że widzi w różnych dziwnych miejscach Tomasza. Lub kogoś bardzo do niego podobnego.

Niemożliwe! – Popukała się w czoło. – Skąd by się tu nagle wziął? Weź się uspokój! – nakazała sobie stanowczo. – Masz dziecko. Nie możesz zwariować. Ktoś musi mieć głowę na karku i wychować Marysię.

Szybko spakowała pączki i starała się już nie patrzeć w okno. Kolejne zwidy nie były jej teraz potrzebne. Skupiła się na bieżących problemach. Ale serce wciąż łomotało jej jak oszalałe. Chwilę jej zajęło, zanim je uspokoiła.

Jagoda pewnie zdąży sama przygotować jakąś gryczaną szarlotkę albo inne wypasione zdrowotnie cudo – pomyślała z rozżaleniem, pełna wyrzutów sumienia, że nie piekła wczoraj do nocy, a zamiast tego wciągnęła się w stary amerykański serial na Netfliksie i obejrzała aż trzy odcinki. Do tego zjadła czipsy. Niedużo, ale jednak.

Jagoda by pewnie tego nie pochwaliła.

W jaki sposób to cię przybliży do osiągnięcia twoich celów? – Takie pytania słyszeli jej klienci. Czasami opowiadała o swojej pracy. Zuza otrząsnęła się na samą myśl, że miałaby na nie odpowiedzieć.

– Psiamać jedna! – podsumowała swój życiowy rachunek sumienia i zaczęła szukać kluczy do samochodu. Zawsze się chowały, gdy ich najbardziej potrzebowała. Choć to było tylko zwykłe niezobowiązujące spotkanie towarzyskie, nie chciała się spóźnić. Z nieznanych przyczyn starała się w obecności przyjaciółek wypaść jak najlepiej. Jagoda podnosiła poprzeczkę.

Najgorsze, że nie sposób było jej znienawidzić, mimo że czasem człowiek naprawdę miał ochotę. Ta dziewczyna była jak słońce. Chciało się obok niej być. Chociaż przez chwilę. Ogrzewała swoim wewnętrznym światłem, energią życiową i szczerym przekonaniem, że wszystko się ułoży, wystarczy tylko znaleźć rozwiązanie.

Zuza nie do końca w to wierzyła. Ale czasem jak każdy potrzebowała takich słów, by przetrwać. Słodkiej nadziei, która nie tuczy. Znajdowała ją w amerykańskich filmach hojnie szafujących happy endem, wypożyczanych z biblioteki powieściach obyczajowych i spotkaniach z Jagodą.

Wszystkie te elementy traktowała jak jedną kategorię – fikcję, która nie ma nic wspólnego z życiem. Dlatego też, choć zwykle podczas wspólnych spotkań gadały we trzy jak najęte, ona nigdy się nie zwierzała z tego, co ją najbardziej boli. Za czym tęskni, jakie marzenia sprawiają, że nie może w nocy zmrużyć oka. Jej problemy pochodziły bowiem z realnego świata. Prawdziwego.

Co Jagoda mogła o nich wiedzieć? Taka szczęśliwa kobieta! – Zuza westchnęła z zazdrością, a potem pohamowała te niskie odczucia i wrzuciła klucze do torebki. Znalazły się wreszcie w kuchni, pod stertą opakowań budyniu w różnych smakach, choć Zuza mogłaby przysiąc, że po przyjściu do domu odłożyła je na stoliczek w przedpokoju.

Zatrzymała się na chwilę i wsłuchała w harmider, jaki czyniła za drzwiami jej pięcioletnia córeczka Marysia. Dokazywała z dziadkiem na całego. Nie pozwalała staruszkowi ani chwili odpocząć. On to jednak bardzo lubił. Ta mała dziewczynka, która niespodzianie pojawiła się w ich domu, całkiem zawładnęła jego sercem.

Od pierwszej chwili.

Zuza czasem myślała, że jej ojciec mimo ukończonych siedemdziesięciu pięciu lat wciąż jeszcze trzyma się, chodzi i całkiem nieźle radzi sobie w codziennych sprawach, ponieważ pcha go ogromne pragnienie, by zastąpić ukochanej wnuczce tego najważniejszego w życiu dziewczynki faceta, który zawiódł ją na całej linii.

Również od pierwszej chwili.

Zuza poczuła znajomy skurcz w żołądku. Znów spojrzała w stronę drzewa przed blokiem. Biegał tam teraz jakiś pies. Zadrżała, choć przecież Tomasza z pewnością tu nie było. Zastanawiała się, czy kiedykolwiek przyjdzie taki moment, że to przestanie boleć. Bywały nawet chwile, że zapominała, zajęta pracą, domem i nawałem codziennych trosk, ale to ciągle wracało.

Ogromne poczucie niezrozumienia, jak można zostawić tak świetną, słodką i bezbronną dziewczynkę? Nie szukać kontaktu, nie być w żaden sposób obecnym w jej życiu? To jak ostry kolec w sercu. Wbity mocno, poruszający się przy każdej czynności i ciągle na nowo powodujący ból. Wszystko mogło jej przypomnieć o tym okropnym poczuciu odrzucenia. Przypadkowe słowo, widok dwojga rodziców z dziećmi, jakiś ojciec odbierający córkę z przedszkola, film, scena w książce, piosenka usłyszana w radiu.

Świat Zuzanny Janikowskiej pełen był aluzji. Jakby się uparł pokazywać przede wszystkim to, czego jej najbardziej brakowało.

Potarła dłonią czoło i wzięła kilka głębokich oddechów. Chciała iść na spotkanie z koleżankami. I dlatego musiała się uspokoić. Zdenerwowanie wywołałoby lawinę pytań, a ona za nic nie chciała wpaść w profesjonalne sidła Jagody. Jeszcze by jej kazała wziąć się za siebie. Na to Zuza nie miała siły. Szybko porzuciła rozważania o swoim życiu.

Spakowała jeszcze do torby ulubiony sok córki i rozejrzała się wokół. Musiała być gotowa, zanim wywoła Marysię z pokoju dziadka. Dziewczynka tak bardzo się nie mogła doczekać spotkania ze swoimi ukochanymi przyjaciółkami, że z pewnością nie poczeka spokojnie, aż mama się spakuje, tylko będzie skakać po całym przedpokoju, popędzać i wciąż mówić, wystrzeliwując z siebie słowa z prędkością messerschmitta.

Czas gonił. Zuza nacisnęła klamkę i usłyszała radosny pisk córeczki.

– Jedziemy! Jedziemy! – powtarzała, jakby wypowiedzenie czegoś tylko raz niedostatecznie podkreślało wagę wydarzenia. Podskakiwała przy tym, a dwa warkocze ozdobione różowymi gumkami odbijały się od jej ramion.

Zaczęły się ubierać.

– Pa, tatusiu! – powiedziała Zuza, wchodząc jeszcze do pokoju ojca, żeby się pożegnać. Pocałowała go w głowę. Był taki kruchy, jakby porcelanowy. Przezroczysta skóra, cieniutkie palce, wąskie ramiona. Kiedyś silny mężczyzna, dziś delikatny jak szklane naczynie. Czasem bała się mocniej go uścisnąć. A jednocześnie wiedziała, że czułość jest tym, czego on teraz potrzebuje najbardziej.

– Kiedy wrócicie? – zapytał i spojrzał na nią. Jego oczy kiedyś też były czekoladowe. Z pasją opowiadał, jak z tego powodu wzdychały do niego koleżanki w liceum. Teraz tęczówki miały kolor słabej, źle zaparzonej herbaty.

– Wieczorem – odparła i pogłaskała go po ramieniu. Starała się zawsze dawać mu dużo czułości i dotyku, jakby to mogło dodać mu sił i zatrzymać tutaj na dłużej. – W razie czego dzwoń. Dobrze? – poprosiła.

– Pewnie. Nie martw się. Dam sobie radę – uśmiechnął się tata, a zmarszczki wokół jego oczu ułożyły się w wachlarzyk.

Podziwiała go za tę dzielność. Jego organizm musiał się poddać procesowi upływu czasu. Stawy wysiadały, serce ledwo pompowało krew, ciśnienie szwankowało, ale duch wciąż był mocny. Tata nie użalał się nad sobą i nie pozwalał innym tego robić.

– Bawcie się dobrze – dodał na koniec.

– Dziękuję. – Pocałowała go jeszcze raz i pogłaskała po szczupłych dłoniach. – Do zobaczenia. – Odwróciła się, stając w drzwiach. Od lat żyła w podświadomej niepewności, czy to nie jest ostatnie „do widzenia”, jakie sobie mówią. Nawet jeśli wychodziła tylko na chwilę. Starała się tak nie myśleć, nie pozwalać, by zawładnął nią strach. Ale to się czasem działo samo.

Wcześnie i nagle straciła mamę, więc ta obawa o bliskich towarzyszyła jej zawsze.

Do zobaczenia – powtórzyła w myślach niczym zaklęcie i mocniej ścisnęła dłoń Marysi. Ruszyły w drogę.

***

Natalia jeszcze sprzątała, choć dom od rana prezentował się nieźle. Jednak znana to powszechnie zasada, że ile by człowiek nie porządkował, zawsze coś jeszcze można poprawić, odłożyć na miejsce, przetrzeć. Lubiła ład wokół, działał na nią uspokajająco.

Ziewała przy tym niczym krokodyl. Córeczka znowu budziła się co dwie godziny aż do szóstej rano. Wtedy obie zasnęły snem tak głębokim, że ledwo zdążyły do przedszkola na dziesiątą. Czwarta kawa nie zdążyła wystygnąć w filiżance, została pochłonięta natychmiast, jak tylko przestała parzyć podniebienie. Bez tego wsparcia Natalia zasnęłaby na stojąco.

Teraz obie przygotowywały się na przyjście gości. Mała Lilka włożyła różową tiulową spódniczkę, poukładała już wszystkie laleczki Lol w jednym rzędzie, wybierając do tego najgorsze możliwe miejsce. Środek pokoju stołowego. Nie dało się przejść, żeby się nie potknąć o jakąś cenną sukienkę, plastikowego pieska lub inne akcesoria.

Nawet popołudniowe inhalacje, których mała zwykle nie cierpiała, dziś odbyła szybko i sprawnie. Nie mogła się doczekać spotkania.

Natalia też się cieszyła. Wprawdzie wstyd jej było trochę, że tata Lilianki, Jakub, ewakuował się do garażu, kiedy tylko usłyszał, co jest planowane na dzisiejszy wieczór. Ale co mogła na to poradzić? Wystraszył się chyba kobiecego zlotu, choć z zawodu był strażakiem i nieraz dawał dowody prawdziwej dzielności.

Mąż Jagody także należał raczej do milczków, a jednak kiedy to u niej odbywało się tradycyjne spotkanie trzech małych i trzech dużych przyjaciółek, zawsze przychodził choć na chwilę i zamieniał parę słów. Był miły.

Jagoda zapewne umiała go do tego skłonić. Miała swoje tajne sposoby. Natalia nigdy o to nie zapytała. Bała się przyznać do problemów w związku. I bez tego czuła się trochę przegrana.

Jak to kiedyś powiedziała bez ogródek jej własna babcia, sama była sobie winna. W końcu wiedziała, co robi, biorąc sobie chłopa z tak zwanego odzysku. Po rozwodzie i drugim nieudanym związku. Z trudną przeszłością oraz synem z pierwszego małżeństwa.

To skomplikowane. Zuckerberg, właściciel Facebooka, wymyślając ten status, zaglądał chyba Natalii w duszę. Lepiej by swojego związku nie zdołała określić.

Nie spodziewała się takiego rozwoju wypadków, gdy bez pamięci zakochała się w przystojnym blondynie, który podjeżdżał pod jej dom na czarnym motorze, by ją porwać w nieznane. Za każdym razem w jakieś niezwykłe miejsce. Dzięki niemu poznała Kraków z zupełnie innej strony. Małe urokliwe kawiarenki w bocznych uliczkach na starym mieście, górujący nad leniwą srebrną rzeką tyniecki klasztor, parki, o których istnieniu nie miała pojęcia, zagubione w czasie kamieniczki i place targowe, gdzie wśród zwykłej chińszczyzny można było znaleźć prawdziwe cuda. To tam Jakub kupił jej złoty pierścionek z szafirem, najcenniejszą rzecz, jaką kiedykolwiek w życiu dostała. Nosiła go do tej pory. Ponoć liczył ponad sto lat.

Uznała go za zaręczynowy, choć jasna deklaracja dotąd nie padła.

Natalia zawsze była nieśmiała i nigdy wcześniej spontanicznie się nie zakochała, ale ten mężczyzna całkiem zawładnął jej sercem. Miał głowę pełną marzeń i zdawał się czytać jej w myślach.

Dziś to jej bardzo by się przydała taka umiejętność. Dawne porywy namiętności teraz zostały zastąpione zaledwie lekkimi podmuchami. Motocykl od miesięcy stał w garażu. Marzenia na razie odłożyli na bok. Prozaiczne sprawy i małe domowe kłopoty zaczęły dominować w ich życiu.

Nawet nie wiedziała, czy Jakub jeszcze ją kocha. Kim dla niego była? Partnerką, jak to się powszechnie określa? Wcale nie czuła równości w tym związku. Za bardzo się bała, że go straci. Po czterdziestce stał się jeszcze przystojniejszy niż wcześniej, dojrzał, zmężniał, a nieliczne siwe włosy na skroniach dodawały mu atrakcyjności. Jej w tym czasie tylko przybywało zmarszczek i zmartwień. Sama się kiedyś zastanawiała, jak te słowa są do siebie podobne. Jakby pochodziły z tego samego źródła. Może tak właśnie jest?

Lilka kochała tatę i to także dla niej Natalia tak uporczywie walczyła o pełną rodzinę. Ale gdzieś z tyłu głowy cały czas słyszała okrutne słowa babci. Że skoro Jakub raz już zostawił kobietę i swoje dziecko, może to znowu zrobić. Udowodnił, że potrafi.

Ta obawa była jak groźba wiecznie wisząca nad głową. Miecz Damoklesa na cienkim włosie. Byle drobiazg mógł go przerwać i doprowadzić do katastrofy.

Natalia powstrzymała cisnące się do oczu łzy.

Nie teraz – pomyślała. – To najgorszy możliwy moment. Nie jest przecież tak źle. Zuza na przykład sama wychowuje dziecko, pracuje. Jeszcze ma czas i siłę, by zająć się ojcem. A nie płacze nad sobą. Ale ona i tak ma lepiej, nie musi się martwić o związek.

Natalia wzięła głęboki wdech, po czym przyniosła z kuchni koreczki z ogórka. Pokrojone plastry z zieloną skórką, ozdobione serkiem posypanym żółtymi i czerwonymi kawałeczkami papryki, prezentowały się bardzo ładnie.

Wzięła kolejny głęboki wdech.

Pomyślała szybko o Jagodzie, która tak wiele potrafiła osiągnąć. Zawsze uśmiechniętej i pełnej energii. To ją zwykle stawiało do pionu.

Z drugiej strony może to nie było odpowiednie odniesienie. W końcu Jagoda nie musiała zastanawiać się, kim jest dla Marka. Żoną i święty spokój. Kochali się, choć pozornie kompletnie do siebie nie pasowali. Atrakcyjna blondynka z sukcesami zawodowymi na koncie i nieco okrągły szatyn, cichy informatyk, który miewał trudności ze skorzystaniem z automatu do kawy. Kiedyś Natalia była świadkiem, jak Marek, odprowadziwszy córkę na balet, walczył dłuższą chwilę z oporną maszyną, aż pomogła mu jedna z mam.

Jagoda coś w nim jednak widziała i to musiało być niezwykłe. W przeciwnym razie taka kobieta na pewno by go zostawiła i zamieniła na bardziej wypasiony model. Choć może pod tym akurat względem Markowi niczego nie brakowało, był okrąglutki jak bułeczka. Natalia uśmiechnęła się nieco złośliwie, po czym skarciła samą siebie.

Znajdowanie rys w wizerunku Jagody czasem ją wciągało, choć się tego wstydziła.

Rozejrzała się wokół. Sprawdziła, czy wszystko w porządku. Zasadniczo nie przepadała za takimi domowymi obowiązkami. Późno urodziła córkę i nie planowała więcej dzieci. Nawet to pierwsze macierzyństwo ją zaskoczyło. Nie spodziewała się takiego zwrotu akcji. Sądziła, że na zajście w ciążę zwyczajnie jest już za późno. Zwłaszcza że kiedyś bardzo się o to starała i wszelkie sposoby zawiodły. Pogodziła się z tym i porzuciła nadzieję. Gdy już zupełnie inaczej poukładała sobie życie, los ją zaskoczył. Kompletnie nieprzygotowaną.

Zaangażowała się jednak w macierzyństwo. Opiekowała się małą z entuzjazmem, najlepiej jak umiała. Nie była specjalnie towarzyska, wolała samotność, książki i ciszę. Ale dzielnie woziła Lilkę na urodziny koleżanek i piła kawę z innymi matkami. Debatowała o kaszkach, katarach oraz pełnym dziur i pułapek systemie edukacji.

Zaprzyjaźniła się też z Jagodą i Zuzą. Ich córeczki razem się bawiły, a one w tym czasie rozmawiały o swoich sprawach. Jednak Natalia nie wprowadzała koleżanek zbyt dokładnie we własne kłopoty. Tych miała bowiem za dużo, by się zmieściły w konwencji przyjaznych popołudniowych pogaduszek. Za ciężki kaliber.

Dziś Jagoda miała jakiś pomysł. Chciała się nim podzielić podczas spotkania. Z tego powodu między innymi zostało ono zorganizowane.

Natalia była ciekawa, choć jednocześnie czuła strach, jakby właśnie miało się wydarzyć coś, co zachwieje kruchą równowagą jej świata. Dziwne nieracjonalne przeczucie trzymało jej się od rana i ani na moment nie chciało opuścić.

***

Chwilę później rozległ się dzwonek i Lila pobiegła do drzwi, ślizgając się w rajstopkach po gładkich płytkach w przedpokoju. Z cienkich blond włosków zsunęły się spinki, które dopiero co ładnie upięła jej mama.

– Włóż pantofle! – Natalia miała wrażenie, że to polecenie śmiało mogłaby nagrać i puszczać co pięć minut. Ciągle było aktualne i niestety nieskuteczne. Ledwo otwarły się drzwi, trzy dziewczynki zaczęły piszczeć. Jagoda i Zuza spotkały się na parkingu i teraz weszły razem ze swoimi córkami.

W ciasnym przedpokoju zrobił się straszny harmider. Sweterki, buty, powitalne uściski, pocałunki, przekazywanie sobie tac oraz paczuszek z jedzeniem, sześć osób jednocześnie robiących kilka rzeczy. Radosny rejwach oraz mnóstwo zamieszania.

Natalia źle się czuła w takich sytuacjach. Bardzo chciała mieć teraz obok siebie Jakuba. Choćby po to, żeby pomógł opanować czyniony przez dzieci chaos, na przykład zabrał ich wierzchnie ubrania. Uśmiechnął się krzepiąco, jak to potrafił, po prostu był. Przy nim zawsze czuła się lepiej, opuszczała ją na chwilę ta okropna nieśmiałość. Obejrzała się nawet, ale tata Lilianki wciąż przebywał w garażu, swoim bezpiecznym azylu.

Natalia uśmiechnęła się słabo. Chciała być dzielna. Starała się robić jednocześnie wszystko. Rozmawiać, odbierać od dzieci sweterki i odpowiadać na pytania.

– Cześć, kochana – przywitała się Jagoda i chciała podać jej tacę z domowym ciastem. Natalia miała ochotę rzucić ubrania na podłogę, żeby szybko wziąć podarunek i odłożyć do kuchni. Jednocześnie córeczka ciągnęła ją za spódnicę.

– Patrz, patrz! – wołała. – Jaką Rozalka ma fajną lalkę. Ja też taką chcę! – To był stały refren wielu wypowiedzi dziewczynki. Natalia nauczyła się więc puszczać go mimo uszu. Zerknęła tylko kątem oka na malutką figurkę trzymaną przez córkę Jagody, głowiąc się jak zawsze nad geniuszem producentów zabawek, którzy z takiego kawałka plastiku potrafili zrobić prawdziwy przebój. Milionowy biznes.

Ona nie umiała znaleźć pracy nawet za średnią krajową, choć ponoć bezrobocie w Krakowie nie istnieje.

Jagoda sama odłożyła ciasto do kuchni, a Natalia rzuciła sweterki na komodę i zapędziła dzieci w głąb domu. Jakoś sprawy się układały.

Rozłożyła na talerzach pączki od Zuzy, a także kokosowe, dietetyczne, pysznie pachnące ciasto Jagody.

– Co nas nie zabije, to nas wyliftinguje – zachwalała swoje słodycze Zuza. – Ponoć odrobina tłuszczu na policzkach działa lepiej niż botoks. A tańszy jest, przyjemniejszy i nie trzeba się kłuć.

Dziewczyny się roześmiały.

Chaos i gwar w przedpokoju ustał równie nagle, jak się zaczął, po czym z całą swoją obfitością przeniósł się do salonu.

– Czy możemy obejrzeć bajkę? – Z tym pytaniem Lilka wpadła do kuchni, ślizgając się na rajstopkach, już zdążyła zgubić zarówno włożone przed momentem pantofle, jak i spinki z włosów.

– Nie możecie – odparła bez wahania Natalia. – Dziewczynki dopiero przyszły. Pobawcie się najpierw.

Córeczka zgodziła się nawet chętnie i bez targowania. Nie zawsze szło tak gładko. Gdyby jej nie pilnować, spędzałaby przed telewizorem lub tabletem długie godziny.

– Pomogę ci – powiedziała Zuza, podchodząc do niej, i zaczęła wyciągać kubki z szafki. Wrzuciła do nich torebki herbaty, po czym zalała wrzątkiem.

– Jak wam idzie? – Do kuchni weszła Jagoda wraz ze swoim ciepłym uśmiechem. A razem z nią radość. Natalia uśmiechnęła się, zapominając na chwilę o gryzących ją troskach.

– Dobrze – odpowiedziała, bo uważała, że przy osobach zajmujących się rozwojem osobistym inaczej nie wypada.

– Zaniosę do pokoju talerzyki – zaproponowała Jagoda. Dobrze dziś wyglądała. Miała na sobie kremową bluzkę i dopasowane dżinsy. Jasne półdługie włosy gładką kaskadą opadały jej na plecy. Skórzany pasek podkreślał szczupłą talię, a dwa delikatne złote łańcuszki na szyi dodawały uroku. Wszystko to było dobrze skomponowane, przemyślane oraz pasujące do sytuacji.

Natalia poprawiła swoją bluzeczkę, po czym wciągnęła brzuch. Wprawdzie jej figura także prezentowała się nieźle, włosy miały równie ładny połysk, a oczy koloru letniego nieba śmiało mogły stać się wielkim atutem, ale ona wcale nie czuła się atrakcyjna. Przegrywała z garażem w walce o czas mężczyzny, na którym jej zależało i to jej mocno podcinało skrzydła.

– Co u ciebie słychać? – Jagoda spojrzała na nią z troską. Pewnie odczytała z wyrazu oczu, i kto wie czego jeszcze, jej ukryte zmartwienia.

– Wszystko w porządku – oparła Natalia pewnym tonem. Zabrała tacę z kubkami, po czym pospiesznie ruszyła do pokoju. Wystraszyła się trochę i zamknęła mocno drzwi do serca, a także do swojego prawdziwego świata. Usiadła razem z koleżankami na kanapie. Dziewczynki robiły na podłodze taki harmider, że ciężko było rozmawiać. – Tylko nie spałam za dobrze – zaczęła się pospiesznie tłumaczyć. – Lilka co chwilę się budziła. Ciągle nie śpi, ale tym razem było jeszcze gorzej niż zwykle. Mam nadzieję, że to nie zwiastun kolejnej choroby.

Wszystkie kobiety jak na komendę spojrzały w stronę bawiących się dzieci. W przedszkolu zanotowano już kilka przypadków jelitówki. Natalia trzymała pepsi w lodówce na wszelki wypadek. Dziś zauważyła, że Jakub wszystko wypił. Z jednej strony to zabawne, ale też pokazywało, do jakiego stopnia nie było pomiędzy nimi porozumienia.

Wszędzie widziała na to dowody.

– Niewyspanie potrafi dać się we znaki – potwierdziła Jagoda. – Zbyt krótki lub często przerywany sen, późne chodzenie do łóżka sprawiają, że system odpornościowy pada, kreatywność się osłabia, a siły witalne maleją.

Zuza opuściła wzrok. Miała pod tym względem swoje na sumieniu. Wolałaby żyć inaczej, bo rzeczywiście takie na przykład siły witalne, czymkolwiek były, zdecydowanie by jej się przydały. Ale nie miała odwagi zapytać, z jakiego źródła je czerpać. Gdzieś w głębi serca uważała, że to rarytas niedostępny dla zwykłych śmiertelników.

– Idziecie na urodziny do Jasia? – zapytała Natalia.

– Tak – odpowiedziały zgodnie Jagoda i Zuza.

– A co kupujecie w prezencie?

Rozmowa zeszła na bezpieczniejsze tory. Dziewczynki bawiły się doskonale. Ze stołu znikały niezdrowe pączki i dietetyczne ciasto. A także ogórkowe koreczki. Atmosfera była wesoła. Natalia nie żałowała, że nie przyznała się do swoich zmartwień. Miała takie fajne koleżanki, lubiła się z nimi spotykać. Obie silne i zaradne. Co by sobie pomyślały, gdyby wiedziały, do jakiego stopnia ona sobie nie radzi? Nawet nie umie znaleźć pracy, choć dziecko już od dwóch lat chodzi do przedszkola. Może by ją przestały lubić, a na pewno szanować.

– Wreszcie robimy remont kuchni – powiedziała Jagoda. – Umówiłam się z tak zwanym majstrem na przyszły miesiąc. Mam wrażenie, że dokonałam największego czynu w swoim życiu. To chyba ostatni żyjący prawdziwy fachowiec. Nie macie pojęcia, jak ciężko kogoś takiego znaleźć. A przy okazji żywa skarbnica ludowej mądrości. Powiada, że nie ma co marudzić, trza się brać do roboty. Chyba go lubię – uśmiechnęła się.

Kuchnia Jagody rzeczywiście była już nieco stara, ale Zuza lubiła jej przytulne wnętrze. Miała wrażenie, że wciąż pachnie tam drożdżowym ciastem i sernikami, które przyjaciółka piekła, zanim się zaczęła doktoryzować w zdrowym odżywianiu. Zuza czuła się tam trochę jak w domu rodzinnym, choć z Jagodą znały się dopiero od roku. Czasem musiała odeprzeć silną pokusę, by się do niej przytulić jak do mamy i o wszystkim opowiedzieć. Ale to by było nie na miejscu, zdawała sobie z tego sprawę.

– Słuchajcie, co mam! – zawołała Jagoda, jak zawsze tonem pełnym entuzjazmu.

Zuza poczuła dreszcz oczekiwania i strachu jednocześnie. Nadchodził ten zapowiedziany wcześniej pomysł.

– Jedna z firm, dla której robię szkolenia, dała mi trzy bony wyjazdowe. – Jagoda wyciągnęła z ładnej brązowej torebki gładkie koperty. – Na weekend w góry do fantastycznego hotelu – dodała radośnie. – Wcale nie były przeznaczone dla mnie. Po prostu nagle zerwali rozmowy z jakimś ważnym partnerem i zostało. Dostałam, bo prezes mnie lubi, a dla siebie wziąć nie mógł. Dla swojej kochanki też. Za bardzo się boi skandalu. Więc ja dostałam niby dlatego, że firma stawia na rozwój.

Natalia wpatrywała się w Jagodę jak w istotę z innej planety, a nawet innej galaktyki. Gdzieś widać były takie światy, w których ludzie na wyjazd nie ciułali przez pół roku i nie szukali tygodniami okazji na Grouponie. Dostawali zaproszenia za darmo. Na dodatek trzy. Dla niej była to czysta abstrakcja. Jej byłemu szefowi nigdy, przenigdy nie przyszłoby na myśl, żeby dać jej taki prezent, a przecież harowała jako księgowa i kadrowa w jednym przez osiem godzin oficjalnie, a wiele dodatkowo w domu. Wszystko po to, by chronić szefa przed podatkami i przed prokuratorem. Nie chciał płacić fiskusowi, ale do więzienia też się nie palił. Ciężko spełnić tak wykluczające się oczekiwania. Wiecznie balansowała na cienkiej linie pomiędzy kombinowaniem a literą prawa. To ją wykańczało psychicznie. Jednak nigdy jej wysiłki ani starania nie zostały docenione.

– Kiedy zobaczyłam trzy koperty, moja pierwsza myśl była oczywista! – zawołała Jagoda. – Los to zrobił z myślą o nas – uśmiechnęła się. – Każde zaproszenie jest dla dwóch osób, dopłacimy za dzieci i będzie super. Co wy na to? – zapytała i spojrzała na nie.

Jej niebieskie oczy błyszczały. Miała zaróżowione policzki i wyglądała jak młoda dziewczyna, a nie kobieta, która jakiś czas temu świętowała czterdzieste urodziny.

Pesel nie ma znaczenia. Liczy się stan ducha – Zuza uświadomiła to sobie po raz kolejny. Zaraz potem gwałtownie odwróciła głowę. Jasne, że miała ochotę jechać. Marysia nie była już dawno na prawdziwych wakacjach. Dzieci w przedszkolu chwaliły się greckimi plażami i chorwackim słońcem. Jej córka wolny miesiąc spędziła z dziadkiem. Parę razy była z mamą na basenie lub w parku. Spotykała się z Lilką i Rozalką pomiędzy ich wyjazdami, ale poza tym siedziała w domu i oglądała bajki.

Zuza wyobrażała sobie, jak wielką radością byłby dla córeczki taki wspólny wyjazd z przyjaciółkami. Jak bardzo będzie jej przykro, jeśli tylko ona zostanie w domu, a reszta pojedzie. Sama też chętnie by chwilę odpoczęła. Zjadła posiłek, który ktoś zrobi dla niej, popływała w basenie, popatrzyła na piękno gór, które kochała. Tak dawno już nigdzie nie była. Najpierw ciąża, potem małe dziecko i tata, któremu też musiałaby zorganizować opiekę.

Pewnie poprosić brata o pomoc. Wzdrygnęła się na samą myśl. Artur, dużo starszy brat, był trudnym człowiekiem. Łatwiej żyrafę nauczyć gry na skrzypcach, niż jego skłonić do współpracy. Kiedyś się lubili, mimo dużej różnicy wieku, ale z czasem ich drogi się rozeszły. Artur na pewno nie zgodzi się zostać z ojcem.

A jednak bardzo chciała jechać.

Czy mogła powiedzieć „tak”?

Była przecież sama. Jak się będzie czuć w towarzystwie dwóch szczęśliwych, zakochanych kobiet? Wszystko będą robić w parach. Kolacja we dwoje, śniadanie wspólne, łóżko podwójne, zmienianie się przy opiece nad dzieckiem. A ona zawsze sama. Będzie niezręcznie.

Pewnie Marysia wtedy boleśniej odczuje, że jako jedyna nie ma taty. To, co ginie w tłumie, w mniejszej grupie stanie się bardziej widoczne. Zuza starała się często rozmawiać o tym z córeczką, ale mała nie drążyła tematu, niewiele o tym mówiła i trudno było dociec, co naprawdę czuje.

Zuza spojrzała na Natalię. W pierwszym momencie miała wrażenie, że ona też jest z jakiegoś powodu przestraszona tą propozycją, ale koleżanka szybko odwróciła wzrok.

– To świetny pomysł – powiedziała natychmiast pewnym głosem. – Ale nie wiem, czy to wypada. Przecież możesz zaprosić kogoś z rodziny albo zabrać swoje starsze dzieci bez konieczności dopłacania.

– Ależ daj spokój. – Jagoda machnęła dłonią. – Chodzi o to, żeby być razem. Dziewczynki się ucieszą.

Co do tego nikt nie miał wątpliwości. Obdarzona czujnym słuchem Lilka już piszczała, podskakując z radości, a Rozalka i Marysia wpatrywały się w nią roziskrzonym wzrokiem. Decyzja właściwie została podjęta.

Ostatecznie Zuza i Natalia zgodziły się. Wyraziły entuzjazm i razem z córeczkami obejrzały na laptopie zdjęcia hotelu. Rzeczywiście był piękny. Marysia aż westchnęła z zachwytu na widok basenu, wielkiego placu zabaw i pokoju z kulkami. Każda z tych atrakcji była stokroć fajniejsza z tego powodu, że dziewczynki będą tam razem. Paplały jedna przez drugą, opowiadając sobie, co będą robić.

Na jakikolwiek odwrót było już za późno.

***

Natalia nałożyła na talerz spory kawałek kokosowego ciasta. Musiała się czymś zająć, by nie siedzieć nieruchomo jak słupek przydrożny. Dlaczego się zgodziła? Ta myśl przyszła za późno. Teraz dopiero, gdy Jagoda podawała datę i wszystkie szczegóły, przypomniało jej się mnóstwo wymówek, których mogła użyć.

Przecież Jakub mógł mieć dyżur w przyszły weekend. Był strażakiem. To wymagający zawód. Ona mogła czuć się źle, musieć pojechać do matki, mieć wcześniejsze plany.

Ale już się zgodziła, a dzieci ogromnie się cieszyły. Ich mamy również. Zuza sprawiała wrażenie zadowolonej. Ustalały z Jagodą szczegóły wyjazdu. Próba wycofania się oznaczałaby konfrontację z nimi obiema. Tłumaczenie się. Jagoda zrobiłaby wszystko, by jej pomóc pokonać wszelkie przeszkody. Lilka by się rozpłakała i zrobiła scenę.

Dziewczynki pobiegły się właśnie bawić do pokoju małej i w salonie zapanowała chwila błogiej, jakże cennej ciszy, ale słychać było, jak po drodze opowiadają sobie o swoich kostiumach, w których będą się kąpać, i wyrażają żal, że nie będą mogły spać razem w jednym łóżku. Miały też zamiar pochwalić się wspólnym wyjazdem koleżankom w przedszkolu.

Jak miała teraz powiedzieć córce, że nici z wyprawy?

– Cieszę się, że nam się uda. – Jagoda zamknęła laptop i oparła się wygodnie. Sprawiała wrażenie zrelaksowanej i zadowolonej. – Termin krótki, liczyłam się z różnymi komplikacjami. Ale los najwyraźniej nam sprzyja. Pojedziemy w piątek po południu, a wrócimy w niedzielę wieczorem. Z pokojów musimy się wprawdzie wymeldować do południa, ale śmiało możemy zostawić bagaże i jeszcze skorzystać z tego wspólnego czasu.

Spojrzała na nie, a one kiwnęły głowami. Zgodziły się, choć każda skrywała w sercu góry wątpliwości.

Rozdział 2

Wielkie plany kontra prawdziwe życie

Do wyjazdu zostało tylko półtora tygodnia. Z tą myślą Zuza weszła do mieszkania po wieczornym spotkaniu z przyjaciółkami.

– Szmat czasu – wyszeptała z optymizmem, bo po wypiciu trzech herbat w towarzystwie Jagody czuła się na siłach, by stawić czoła całemu światu. Uznała, że zdąży schudnąć z pięć kilo, znaleźć wymarzonego partnera, uzupełnić garderobę o wystrzałowe ciuchy, wymienić olej w silniku i odmłodzić tatę przynajmniej o lat trzydzieści, żeby go można było spokojnie zostawić samego.

To był taki plan minimum na najbliższe dni. Z tego wszystkiego olej chyba miał największe szanse na sukces.

Ale póki co musiała położyć do snu zmęczoną Marysię.

– Pojedziemy w góry? – Córeczka była ledwo przytomna, ale najwyraźniej chciała jeszcze upewnić się w tej najważniejszej dla niej sprawie.

Było już późno. Dziewczyny zagadały się, potem nie mogły wyciągnąć córeczek z pokoju Lilki, na drodze były korki i tak jakoś zeszło. Dochodziła dziewiąta. Marysia od godziny powinna już była leżeć w łóżku. Zuza szybko odwiesiła do szafy jej sweterek i zapędziła dziewczynkę do łazienki. Na szczęście kolację miały już za sobą, bo Natalia przygotowała dla dzieci pyszne tosty z serem i szynką, więc dorośli też się załapali. Zjadła nawet Jagoda, po czym wzięła dokładkę, co mogło sugerować, że jednak jest człowiekiem i też czasem się łamie wobec tuczących kulinarnych pokus. Ale pewności nie było.

– Pojedziemy w góry z Lilą i Rozalką? – powtórzyła pytanie córeczka i spojrzała na mamę. Z jakiegoś powodu wyraźnie się niepokoiła, choć przecież wszystko zostało wspólnie ustalone w każdym najdrobniejszym szczególe.

– Tak. Oczywiście – Zuza starała się, żeby to zabrzmiało pewnie. Nawet się uśmiechnęła, co akurat nie było takie trudne, mimo trawiących ją wątpliwości, bo Marysia była bardzo rozczulającą, kochaną dziewczynką. Człowiek się od razu lepiej czuł, kiedy znajdowała się obok.

– Będziemy bez tatusia? – To pytanie padło znienacka pomiędzy ściąganiem bluzki a nakładaniem pasty do zębów.

Zuza omal nie upuściła szczoteczki. Szybko ją odłożyła. Powstrzymała nagłe drżenie rąk i kucnęła obok córeczki. Położyła jej dłonie na ramionach.

– Tak – powiedziała, po czym szybko zaczęła tłumaczyć sytuację, używając tych samych co zawsze słów. – Wiesz, rodziny bywają różne. Nasza jest taka. Masz mamusię, dziadka, wujka i ciocię…

– Wiem – przerwała jej Marysia. – Tylko tak pytam, żebyś ty się nie martwiła. Damy sobie radę.

Zuzie opadły ręce. Czuła się bezsilna wobec tej dzielności pięcioletniego dziecka. Marysia weszła na swoje krzesełko stojące obok umywalki, wzięła do ręki szczoteczkę i zaczęła myć zęby. Zwykle był z tym problem, marudziła, że sama nie umie, i chciała, żeby mama jej pomagała. A teraz szorowała co najmniej jak córka dentysty. Wyglądała na spokojną, ale przecież coś się w niej działo. Jak do tego dotrzeć? Nie wiadomo było, co myśli. Jakich użyć słów, by jej pomóc?

– Na pewno pojedziemy? – upewniła się jeszcze dziewczynka, kiedy już wypluła różową pastę, chlapiąc dookoła.

– Tak – Zuza powiedziała to, jakby składała uroczystą przysięgę i już wiedziała, że nie ma odwrotu.

Będzie musiała wykonać te wszystkie magiczne czynności, łącznie ze znalezieniem kapsuły czasu dla dziadka. Choć to i tak wydawało się bardziej realne niż spotkanie sensownego faceta, który pokocha kobietę z czterema kilogramami nadwagi, a także dzieckiem z poprzedniego związku. Romantyczną duszę, tak bardzo pragnącą ciepła i czułości, że mogłoby to wystraszyć najodważniejszego śmiałka. Ponoć mężczyźni takich nie lubią, Zuza czytała kiedyś artykuł na ten temat. Jej życie potwierdzało tę tezę.

Tęskniła za miłością, a jednak wciąż była sama.

Można się nawet było pokusić o stwierdzenie, że im bardziej pragnęła miłości, tym dalej ona od niej uciekała. Taki pokręcony los.

Włożyła Marysi piżamę z księżniczką Elsą, po czym zaprowadziła dziewczynkę do niewielkiego, wąskiego pokoiku. Kiedyś należał on do Zuzy i na ścianie wciąż wisiał jej ulubiony obrazek z kotem. Ale poza tym był to zgodny ze współczesnymi trendami przytulny zakątek miłośniczki Krainy Lodu i – trochę drogich niestety, ale jakże słodkich – angielskich króliczków, których domek zajmował honorowe miejsce na niskim stoliku. Jedyny luksus w skromnym mieszkaniu.

Zuza zakupiła ten domek z alimentów i ile razy patrzyła, jak córka go uwielbia, zastanawiała się, czy nie powinna powiedzieć jej, że w pewnym sensie to od taty. Ale uraza i żal nie pozwalały jej na to. W końcu przecież to ona wybrała tę zabawkę i kupiła, to ona wiedziała, co Marysia najbardziej lubi. Była przy niej. A ten drań pomknął w siną dal i nawet się nie obejrzał za siebie.

Poczuła dreszcz jak zwykle na myśl o Tomaszu, a potem postanowiła zapomnieć.

– Śpij, kochanie – powiedziała i pogłaskała córeczkę po głowie. Otuliła kołdrą i zapaliła malutką niebieską lampkę. – Jutro musimy wcześnie wstać. Ja do pracy, ty do przedszkola.

– Możemy się zamienić – zaproponowała Marysia. Uwielbiała swoje koleżanki, ale niezbyt chętnie zrywała się rano. Najbardziej lubiła soboty, gdy mogła się dłużej wylegiwać w łóżeczku i bawić z dziadkiem. Bardzo ją też fascynowała praca mamy. Wydawało jej się, że dzieją się tam stokroć ciekawsze rzeczy niż w grupie „Słoneczka”.

– Jestem za – uśmiechnęła się Zuza. Też się nie paliła, by pędzić do biura. Jutro miało się odbyć zebranie. Każdy powinien przygotować propozycje obcięcia kosztów w firmie, bo ponoć nadchodził jakiś kryzys. Trudno sobie wyobrazić bardziej nieprzyjemne zadanie. Jedyny pomysł, jaki Zuza miała, to sprzedać dziurkacz i przebijać kartki własnymi zębami.

Oczywiście wszyscy wiedzieli, na co szef liczy. Że zaproponują rezygnację z premii czerwcowej albo w ogóle obniżkę pensji. A przecież i tak nie zarabiali zbyt dużo. Tyle że atmosfera w pracy była w porządku. Dziewczyny w dziale obsługi klienta miały mało czasu na pogaduszki, ale się lubiły. Pomagały sobie nawzajem. Zamieniały dyżurami, parzyły sobie kawę, a w czasie krótkich przerw miło gawędziły. Nie było też widać oznak żadnego kryzysu. Ludzie zamawiali żaluzje, rezerwowali terminy na montaż, rzadko zdarzały się reklamacje. Produkt był niezły. Ale szefa to nie satysfakcjonowało.

Zuza westchnęła i poprawiła Marysi kołderkę. Dziewczynka już zasnęła. Rzeczywiście była bardzo zmęczona. Często długo trzeba było przy niej siedzieć wieczorem, zanim na dobre odpłynęła. Nie można jej było zostawić samej, bo bała się ciemności, nawet jeśli obok łóżka paliła się lampka. Żadne sposoby nie pomagały.

Zuza chwilę patrzyła na jej twarz. Ładne łuki rzęs, delikatne, miękkie włosy, usta jej ojca.

Znowu on!

Poczuła nagłe uderzenie gorąca. Powinna oczywiście teraz rozczulić się nad losem swojego dziecka, jak przystało na kochającą mamę, a tymczasem jej się przypomniały tamte pocałunki w górskim schronisku. Gwałtowne i pełne namiętności.

Wstała. Zrobiła kilka kroków w niewielkim pokoju. Poprawiła zasłony i przestawiła pluszowego królika w inne miejsce. Zastanawiała się, co jeszcze mogłaby zrobić, żeby ugasić tęsknotę rozognionego nagle ciała.

– Psiamać jedna! – wyszeptała. – Jak ja to wytrzymam? Całe życie sama.

Miała dopiero trzydzieści lat. Ostatni raz czuła czyjeś dłonie na piersiach sześć lat temu. Kiedy zaszła w ciążę z Marysią. Potem wszystko gwałtownie się skończyło. Nawet nie najgorsze było to jej życie, dawała radę. Gdyby tylko nie ta okropna tęsknota…

Szybko wyszła z pokoju, jakby się bała, że jej gwałtowne emocje obudzą dziecko. Dotarła pod kuchenne okno i wyjrzała. Pod drzewem nikogo nie było. Latarnia oświetlała teren dość dokładnie. Tajemniczy mężczyzna nie zdołałby się ukryć.

Potarła czoło. Nie wiedziała, co o tym wszystkim sądzić. Kilka razy w ciągu ostatnich dni miała wrażenie, że gdzieś daleko widzi Tomasza. Że on pospiesznie znika, kiedy tylko zostanie zauważony. Ale to było raczej mało prawdopodobne. Ojciec Marysi znał ich adres, mógł się tutaj pojawić, kiedy tylko chciał. Zuza nie zmieniła numeru telefonu, to do niego nie dało się dodzwonić. Gdyby chciał się z nimi skontaktować, nie musiałby się trudzić ukrywaniem w krzakach. A jednak coś dziwnego działo się wokół niej.

Odetchnęła kilka razy głębiej, po czym postanowiła przestać o tym myśleć.

Zajrzała jeszcze do taty. Leżał już w łóżku w swojej piżamie w kratę, która – starannie wyprasowana z wyłożonym na boki kołnierzykiem – wyglądała prawie jak garnitur. Dziadek zawsze starał się trzymać fason.

– Nie śpisz? – zapytała, wchodząc do środka.

– Już się wyspałem.

– Kiedy? – zdziwiła się. – Wieczór przecież dopiero się zaczyna.

– Przez całe życie – odparł. – Szmat czasu. Tysiące nocy. Myślę o nich teraz często.

Miała ochotę zapytać, czego najbardziej żałuje, ale bała się odpowiedzi. Czytała kiedyś książkę na ten temat i znała statystyki. Ludzie pod koniec życia zawsze mówią podobne rzeczy. Że chcieliby bardziej żyć w zgodzie ze sobą, więcej czasu spędzać z bliskimi i przyjaciółmi, mniej pracować, cieszyć się każdą chwilą. Odważnie stawiać na miłość.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki