Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 217 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Innego życia nie będzie - Maria Nurowska

Innego życia nie będzie Marii Nurowskiej to wzruszająca, oparta na faktach opowieść o miłości, której źli ludzie i zły czas nie dali rozkwitnąć. O gorzkim romansie z komunizmem.
Była bardzo ładna, głupia i wpatrzona w niego jak w obrazek. Taką zobaczył ją któregoś dnia, gdy tuż po wojnie objął urząd szczecińskiego wojewody. On, Stefan, miał raptem dwadzieścia cztery lata, skórzaną kurtkę i nadopiekuńczą matkę. Ona, Wanda - o pięć lat młodsza - była jego sekretarką. Wkrótce została żoną i urodziła mu dwóch synów. Jednak matka Stefana robiła wszystko, by rozbić to małżeństwo. Kiedy tego dopięła, zabrała do siebie starszego wnuka i powiedziała mu, że Wanda nie żyje.
Teraz Stefan jest już stary. Z trudem wchodzi na trzecie piętro. Po zmianie ustroju jest nikim. Pewnego dnia dostaje przesyłkę pocztową z kilkoma zeszytami. Są to sekretne dzienniki, które Wanda prowadziła przez całe życie. Za kilka dni z Ameryki przyleci jego drugi syn z jej trumną. W oczekiwaniu na to spotkanie Stefan czyta zapiski żony. I odnajduje utracone człowieczeństwo.

Opinie o ebooku Innego życia nie będzie - Maria Nurowska

Fragment ebooka Innego życia nie będzie - Maria Nurowska

Maria Nurowska

INNEGO ŻYCIA NIE BĘDZIE

Redaktor prowadzący: Dariusz Sośnicki

Redakcja: Małgorzata Denys

Korekta: Beata Wójcik

Redakcja techniczna: Anna Gajewska

Projekt okładki i stron tytułowych: Magda Wolna

Fotografia wykorzystana na okładce: © Condé Nast Archive/Corbis/FotoChannels

Fotografia autorki: © Alicja Wesołowska

Skład i łamanie: Tekst – Małgorzata Krzywicka

Piaseczno ul. Żółkiewskiego 7a

Wydawnictwo W.A.B.

02-386 Warszawa, ul. Usypiskowa 5

tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11

wab@wab.com.pl

www.wab.com.pl

ISBN 978-83-7747-340-5

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Żadnej mojej winy. Żadnej – pomyślał, ciężko podnosząc się z fotela. Coraz trudniej mu było poruszać się po pokoju i małej kuchni. Mieszkanie to kolejny błąd. Dawali mu do wyboru to, na trzecim piętrze, i nieco ciekawsze na parterze. W tym mieszkaniu kuchnia była obszerniejsza, ale przedpokój kiszkowaty i ciemny, trzeba było od progu zapalać światło. No i dalej do Śródmieścia. Nie miał się kogo poradzić, sam musiał zdecydować. Wybrał to tutaj, blisko Łazienek. Trzecie piętro już wtedy trochę go niepokoiło, chociaż czuł się nieźle. Teraz schody, ich przemierzanie kilka razy dziennie, stały się torturą. Ostatnio starał się wychodzić tylko raz w ciągu dnia. Ale wszystkiego nie sposób przewidzieć. Wczoraj czekał na listonosza, który miał przynieść rentę, a dzisiaj wyszedł po zakupy i, wracając, zastał awizo na list. Gdyby chodziło o paczkę, mógłby sobie podarować i zaczekać do jutra, ale list to było coś nowego. Może ten amerykański syn, nie syn napisał. Rozmowy telefoniczne z nim do niczego nie doprowadziły.

Był już starym człowiekiem. Nawet jeżeli miał to być jego syn, to też nic nie znaczyło.

Co go wtedy napadło, żeby zboczyć z drogi i wstąpić na tę cholerną plebanię. To był błąd. Duży błąd. W ogóle nie powinien był się z Wandą żenić, ale w końcu jak się miało te dwadzieścia parę lat, robiło się głupstwa. No i palnął głupstwo. Mamusia miała sto procent racji: to małżeństwo było bez sensu od początku do końca. Mamusia wszystko umiała przewidzieć, raz tylko trochę przesadziła, ale można ją było zrozumieć. Chodziło o przyszłość jedynego syna. To chyba naturalne, że się starała.

Wanda mogła kogoś mieć i nie przyznać się ze strachu przed ciotką. Wolała winę zwalić na niego. Winę, czy raczej odpowiedzialność, bo czy można mówić o winie, gdy się rodzi dziecko? Swoją drogą, ciotunia też była dobra. Zachciało się jej ich godzić. Najpierw spiła go księżowską nalewką, a potem sama im rozesłała tapczan. Właściwie można powiedzieć, że wepchnęła mu Wandę do łóżka. Ta sama by na to nie wpadła. Siedziała pod ścianą i wpatrywała się w niego jak w obraz. Zawsze tak na niego patrzyła. Denerwowało go to, a jednocześnie budziło pożądanie. Myśl, że za chwilę wsadzi rękę za majtki tej rozmodlonej dziewczynie i wyczuje pod palcami wilgoć i pulsowanie, powodowała natychmiastową gotowość. Wiedział, że ona też tego pragnie, ale że się jednocześnie bardzo wstydzi, i ten jej wstyd rozpalał go chyba najbardziej. Wyłuskiwał z ubrania jej białe ciało i wszystko w nim zaczynało podnosić się, ożywać. Dziwne.

Miał tyle kobiet w życiu, niektóre z nich kochał, a nigdy nie odczuwał takiego zwierzęcego pożądania. Unosił się na rękach i kazał jej na siebie patrzeć. Było coś takiego w jej oczach, co doprowadzało go niemal do utraty zmysłów. Wdzierając się w nią coraz głębiej, zagarniał dłońmi duże, rozchylone na boki piersi i nie obchodziły go jej ciche prośby przechodzące w obolały jęk. Nie wiedział, co się z nią działo. Nie rozmawiali o tym; raz jeden tylko, kiedy była pijana, powiedziała, że na jego widok zawsze się jej robi mokro w majtkach. Orgazmy przeżywała inaczej niż wszystkie kobiety, nie miotała się, nie wydawała okrzyków, przymykała tylko oczy.

Ta podróż w Białostockie… Gdyby nie to, nie przyszłoby mu do głowy odwiedzać ją na plebanii. Jej ciotka prowadziła tam księdzu gospodarstwo. Wzięła do siebie Wandę po ich rozwodzie. Ciotunia musiała być kiedyś całkiem niczego, wszystko, co trzeba, miała na swoim miejscu. Wanda była podobnie zbudowana: masywne piersi, biodra. Z latami upodobniła się pewnie jeszcze bardziej do tej starej dewotki. Do końca nie znalazła sobie faceta, nawet w tej Ameryce. Zresztą kto ją tam wie. Zawsze mało mówiła.

Błąd, straszny błąd ta wizyta na plebanii. Rano wychodził chyłkiem, jak złodziej. Ksiądz i kobiety jeszcze spali. Obudził kierowcę. Wydawało mu się, kiedy wyjeżdżał z podwórka, że w oknie za firanką widzi czyjąś twarz, ale nie mógł rozpoznać, czy to była ona, czy ciotka. Nieważne. Wszystko nieważne. Ona poszła w swoją stronę, on w swoją. Po co obarczać kogoś winą za popełnione grzechy. One też już straciły znaczenie po tylu latach…

Rozległ się dzwonek i przez chwilę nie bardzo wiedział, gdzie się znajduje. No tak, tak. To mieszkanie. I on w nim, w roli emeryta.

Za drzwiami stał Michał. Zawiedzione nadzieje. Miał zajść daleko, a z trudem dobrnął do matury, potem wzięli go do wojska, tam się wyuczył zawodu. Jeździ teraz taksówką. Mamusia do końca dni swoich nie mogła się z tym pogodzić. Gryzła się, może dlatego tak wcześnie umarła. Ciągle powtarzała, że to krew matki wzięła w nim górę. To po niej Michał nie miał żadnych ambicji. A przecież tamten drugi, którego nie widział na oczy, w młodym wieku został profesorem uniwersytetu, i to amerykańskiego. Prawdziwa kariera.

– Jesteś samochodem? – spytał syna.

Michał potwierdził skinieniem głowy.

– Nie podrzuciłbyś mnie na pocztę? List przyszedł.

– Od kogo?

– Może od Amerykanina, a może z urzędu, chcą mi cofnąć emeryturę jako staremu komuchowi…

– Nie ma obawy – Michał się zaśmiał – kumple ojca znowu u władzy.

Krew uderzyła mu do twarzy.

– Gdyby to byli moje kumple, miałbym teraz konto w Szwajcarii i wygrzewał się na słońcu pod jakąś palmą.

– Teraz pod palmą najmniej bezpiecznie, ojciec, lepiej już siedzieć w swoich czterech kątach.

W taksówce Michał powiedział:

– Ja to bym się nie upierał. Co ojcu szkodzi. Miejsca w grobowcu dosyć.

– Nie lubiły się z babcią.

– Tam lubiły, nie lubiły. Trumny się nie pogryzą.

List okazał się pękatą przesyłką, w której znajdowały się zniszczone zeszyty. Niektóre jeszcze stąd, można było poznać po papierze. Kiedy otworzył pierwszy z nich, znalazł małą kopertę. Była w niej kartka. Poznał pismo Wandy.

Moją wolą jest, aby po mojej śmierci przekazać to pisanie mężowi Stefanowi Gnadeckiemu, a gdyby umarł pierwszy, włożyć je należy do mojej trumny pod śmiertelną poduszkę.

Pochowania życzę sobie wgrobie rodzinnym Gnadeckich na Bródnie, obok męża mojego albo żebym tam na niego czekała. Amen.

Wanda Gnadecka

To było do niej podobne. Milczała całe lata, żeby teraz niepokoić go na starość. I jak to sobie wszystko obmyśliła. Podpisała się jego nazwiskiem, mimo że po rozwodzie wróciła do panieńskiego.

Wziął do ręki pierwszy zeszyt, przerzucił kilka kartek.

27 lutego 45 roku

„Dzisiaj był u nas chrzestny i rozmawiał z rodzicami o moim losie. Co ja bym miała robić. Mówił, że papier o szkole średniej ukończonej wystara się dla mnie i tylko mam się uczyć z całej siły. Na urzędniczkę mnie wykieruje, żebym tylko błędów ortograficznych nie robiła, bo za to od razu bym wyleciała pierwszego dnia. Pisania na maszynie też mam się wyuczyć, ale to szybko by poszło. Wojna się niezadługo skończy i wtedy będzie potrzeba ludzi do urzędów. Ojciec na to nosem kręcił, bo chciałby, żebym została się na gospodarce, ale chrzestny i mama zaraz na niego wsiedli, że urodę mam i wykształcenie (przez całą wojnę chodziłam do nauczyciela), to ma się to wszystko zmarnować przy ciężkiej pracy.

A ja sama nie wiem. Jestem jak ten groch przy drodze. Tu czy tam, wszystko jedno. Roboty się nie boję, mogłabym i w domu się zostać, ale jak tak chrzestny zarządził, to niech już będzie.”

A więc jakiemuś chrzestnemu zawdzięczał sekretarkę. W wieku dwudziestu czterech lat został wojewodą miasta S. i właściwie miał nieograniczoną władzę, którą czasami musiał dzielić z komendantem bezpieki. Sekretarz partii, Giełas, był mięczakiem i można nim było manipulować.

Pamięta dokładnie ten dzień, kiedy Giełas wprowadził go na piętro pałacu, gdzie miało się odtąd rozpocząć jego panowanie. Przedstawił mu sekretarkę. Nie zrobiła na nim dobrego wrażenia. Niezgrabnie podniosła się zza biurka, podając mu spierzchniętą dłoń o pulchnych, krótkich palcach. Wymamrotała coś i zaraz opadła na krzesło, jakby nagle zabrakło jej sił.

Oni przeszli do gabinetu.

– Wszystko gra – powiedział Giełas. – Sekretarkę macie sprawdzoną, polecił ją ktoś godny zaufania. A poza tym jest całkiem niczego. Z taką warto nawet zgrzeszyć.

Sekretarz puścił do niego oko, a on wykrzywił się, co miało oznaczać uśmiech. Giełas od początku forował Wandę, więc może tym godnym zaufania człowiekiem był on sam. Zdziwił się, kiedy sekretarz pochwalił jej urodę. Potem, jak się jej lepiej przyjrzał, dostrzegł parę pozytywów. Miała obfite, kształtne piersi, dobre wcięcie i całkiem niczego biodra. Nosiła obcisłe spódnice i wysokie obcasy, więc chodziła, lekko kołysząc się na boki. To robiło wrażenie. Z czasem, jak już się trochę oswoiła i przestała na jego widok oblewać się rumieńcem, okazało się, że miała ładną, może tylko zbyt banalną twarz. Duże niebieskie oczy, mały zadarty nosek i usta pełne, z wywiniętą lekko dolną wargą. Jasne włosy nosiła poskręcane w drobne loczki, bo taka się zaczynała wtedy moda.

„Pół roku nie ma, jak tu przyjechałam. Teraz będę miała lepszą pracę. Pensja wyższa, może starczy, żeby jakiś własny kąt wynająć, bo przy ludziach mieszkać jakoś krępująco. Człowiek nie wie, czy może wejść do łazienki coś sobie przeprać, czy się będą krzywili, że wodę się wylewa i światło pali. Zapłacone mają, ale pewnie myślą, że więcej mogli policzyć.

Ojciec spytał, czy już ten, co miał przyjechać, przyjechał. To mu powiedziałam, że jeszcze nie. Ciągle sama siedzę i nic nie robię, ale pensja mi idzie. Jeszcze tam o paru sprawach pogadaliśmy, a potem wyłuszczył swoje. Chodziło o to, że Zdzicho od Machów z wojska wrócił i z wódką był u rodziców. Żenić by się chciał ze mną. Ojciec niby to obojętnie mówi, ale wiedziałam, czego jego serce pragnie, jakiej mojej odpowiedzi. Nie mogłam tak mówić, jak on chciał. Jak już raz się zdecydowałam ze wsi pójść, to wracać nie będę. Taka już jestem, nigdy się za siebie nie oglądam, żeby tam nie wiem co. Ojciec głowę zwiesił i taki żal mnie chwycił, że bym mu do kolan przypaść chciała, ale siedziałam przy stole, jakbym kij połknęła, i ani okiem nie mrugnęłam. Potem niedługo zaczął się zbierać. Wyjął z teczki, co tam matka dała: pęto kiełbasy, kawałek słoniny, miód. Słoninę oddałam z powrotem, bo i na co. Nic tu sobie nie gotowałam, tylko tyle co wrzątku do herbaty z kuchni przyniosłam. Nie było gotowania w umowie. Tak sobie zażyczyła gospodyni, żebym jej się po kuchni nie kręciła. To po co słonina, do jajecznicy by mogła być, a tak to oddałam.

30 marca 46

No i dziś przyjechał. Weszli we dwóch do pokoju, jeden taki wysoki, w skórzanej kurtce, drugi niższy, w szarym ubraniu. Od razu pomyślałam, że mój to ten niski, bo tak jakoś szczęścia ostatnio nie mam, ale poszczęściło się. To ten drugi. Trochę może za wysoki i za chudy jak na mój gust, ale buzię ma ładną. Młodziutki. Wąsy dopiero co mu się zaczęły pod nosem sypać. Aż się nadziwić nie mogłam, że taki młody i od razu tak wysoko zaszedł. A jaki służbista. Pani będzie uprzejma to, tamto.

Śmiać mi się zawsze chce, jak on tak do mnie, ale słucham, co mu tam potrzeba. Podobno mieszka z matką. Takie plotki chodzą, że tu za nim z Warszawy przyjechała, żeby go pilnować. Też to można zrozumieć, boi się kobieta. Młody, głupstw jakich narobi. Przecież taką władzę ma w rękach.

Pokój zmieniłam. Na mieszkanie samodzielne jakoś nie mogłam natrafić, ale warunki mam lepsze, bo kuchni mogę używać. Obiadu czasem nie zjem, bo mi się nie chce w stołówce tych zapachów wąchać, i sobie coś tam wieczorem upitraszę. Roboty to mamy teraz, bo ciągle ludziom czegoś potrzeba. Sprawy czekały, aż się odpowiedni człowiek znajdzie do ich rozwiązania. No i znalazł się taki. Głowę to on ma. Wszystko umie w dwóch zdaniach wyłuszczyć. Nie rozwodzi się jak niektóry inny.

A to to, a to tamto. Mówi, jak ma być, i nie ma odwrotu. Taki jest jak ja, jak raz coś powie, to się nie cofnie. Podoba mi się to. Zadowolona jestem, że z nim pracuję. Nie żal mi i do wieczora zostać, jak robota jakaś pilna. On chodzi w tą i z powrotem z rękami w kieszeniach i dyktuje prosto z głowy, a ja piszę na maszynie. Jeszcze nikogo nie spotkałam, co by tak szybko i tak mądrze myślał. Czasami wypowie zdanie, że aż pisać przestanę z zadziwienia, jak on to wymyślił. A on mnie pogania i te swoje brwi marszczy. Zdaje mu się, że przez to będzie doroślejszy. A to dzieciuch jeszcze. Jak spojrzę na te jego gładkie policzki, to aż mnie coś za gardło ściśnie. Starszy jest ode mnie pięć lat, ale jakby był z dziesięć młodszy. U kobiet starzenie szybciej idzie. A oni tak długo dorastają. Nie mówię o rozumie, rozum to on ma, ale doświadczenia ani za grosz. Nie zna się na ludziach. Czasem muszę swoje słówko mu podsunąć, żeby na oczy przejrzał. Myśli pani – mówi i z ukosa na mnie spogląda. Potem brwi namarszczy. Nie przyzna racji, ale wiem, że po mojemu zrobi. Aby tylko pierwszy swojego słowa nie powiedział, bo wtedy już nic nie pomoże. Ma być, jak on zarządził.

12 kwietnia 46

Dzisiaj zjawiła się w biurze jego matka. Taka wystrojona, w srebrnym lisie, z parasolką. Porozmawiałyśmy sobie jak dwie kobiety. Mówi do mnie, niech go pani pilnuje, żeby jakichś głupstw nie narobił. On jest taki naiwny, ten mój Stefan. Tak to jakoś powiedziała, że aż mi się ciepło zrobiło koło serca. Zaraz jej obiecałam, że na wszystko będę miała oko. Herbaty zrobiłam na maszynce i jej podałam, a ona do mnie, czy przy niej nie przysiądę i też się nie napiję. No to zaraz dostawiłam drugą szklankę. Na to on wchodzi. I od razu widać, że niezadowolony, że my tu tak we dwie siedzimy. Ma pani za mało pracy, mówi, a matka zaraz, że sama mnie zaprosiła. Mamusia ma zawsze pomysły, odrzekł na to, ale już nie był taki zły jak na początku.

4 maja 46

Zbliża się święto zwycięstwa i wszystko poprzewracane do góry nogami. Jacyś mają przyjechać z Warszawy, na skwerze pomnik odsłonić: czołg z czerwoną gwiazdą namalowaną po obu bokach. Będzie się nazywać pomnikiem dziękczynienia dla żołnierzy radzieckich. Bo oni tu pierwsi po Niemcach przyszli.

Musieliśmy sto spraw załatwić, zanim ten czołg udało się do miasta ściągnąć. Na czym postawić już było, bo artysta szybko się uwinął, tylko tego najważniejszego ciągle nie przysyłali. Jak tylko przychodziłam do biura, to zaraz łapałam za telefon i zamawiałam międzymiastową. On się denerwował, krzyczał do słuchawki. Że będzie kompromitacja i w ogóle. To ważne dla kraju, żeby w takim dniu i w takim mieście, gdzie przedtem Niemcy siedzieli, zbratać się z naszymi jedynymi przyjaciółmi, jakich mamy, zza wschodniej granicy. W telefonie mu powiedzieli, że i Niemcy nie wszyscy są źli. To on poczerwieniał na twarzy i krzyczy do słuchawki: cholera tam, wiecie, o co chodzi. Macie dostarczyć to, co obiecaliście. A potem mówi do mnie: widzi pani, nic nie rozumieją, matoły. No to ja na to, że najlepiej załatwiać na własną rękę. Pojechać do jednostki i się z komendantem dogadać. Patrzył na mnie jak na głupią, ale na drugi dzień kazał się z jednostką łączyć. No i się dogadali. Czołg się znalazł, artysta tylko gwiazdy domalował. I nie trzeba było niczyjej łaski.

25 maja 46

Święto dawno już minęło, goście się rozjechali, a ja chodzę jak błędna. Czasem zdarzy się, że na ulicy stanę zagapiona i dopiero jak zaczną mnie przechodzący trącać, to ruszę dalej. Bo tyle się nadziało, że starczyłoby na dziesięciu ludzi, a nie na mnie jedną.

Tak sobie czasem myślałam, jakie ja będę miała życie, czy zaznam w nim trochę szczęścia, czy mnie co innego pisane. A taka fala na mnie naszła, że głowę muszę wysoko trzymać, żeby mnie nie utopiła. Miłość przyszła, jedna i na całe życie. Gdyby mi to kazali gdzie napisać, tobym zaraz napisała i nawet by we mnie nic nie zakołatało, że tak swój los na kłódkę dla innych zamykam. Tylko on jeden jest dla mnie na tym bożym świecie. On dla mnie, a ja dla niego.

Tak się stało, że po siebie ręce wyciągnęliśmy, oboje w tym samym czasie. Już jak siedzieliśmy za stołem, to nasze oczy się szukały, a głowy się obracały jak ślepego do słońca, jego w moją stronę, moja w jego. Koło mnie siedział jeden z tych z Warszawy i coś tam dogadywał, ale nawet nie spamiętałam co. Patrzyłam tylko, że Stefan coś za dużo pije. A potem razem tańczyliśmy. I on do mnie, że co ja mu zadałam, że po nocach spać nie może, tylko o mnie myśli. To ja na to, że nic znowu takiego i że z wódki takie głupoty gada. A on znowu, że i po trzeźwemu mi to powtórzy. Umordowałam się, bo mi przez ręce leciał, a to chłop metr dziewięćdziesiąt. Mięsa na nim mało, ale sam wzrost waży. Jakbym go nie podpierała w tym tańcu, toby mi się złożył jak scyzoryk. A to przecież ludzie patrzą, zaraz by na języki wzięli, że wojewoda w święto państwowe gębą na podłogę zleciał. W końcu go wyprowadziłam na dwór i razem z kierowcą do samochodu go wtaszczyliśmy, a on mnie za ręce chwyta. Weź mnie, Wandzik, przytul do siebie, żeby mnie mamusia w takim stanie nie widziała. No to pomyślałam, że może i racja. Kazałam kierowcy pod mój dom podjechać, potem na góręśmy go wciągnęli. Kierowca pyta, czy ma czekać w samochodzie. To mówię, żeby do domu jechał i przespał się jak człowiek. Już ja tu sobie poradzę. Podziękował i poszedł. A ja Stefanowi buty zzułam, nogi mu daleko poza moje łóżko wystawały, bo to chłop wielki. Spał, ani na bok się nie przekręcił. A ja na krześle przy stole się przytuliłam. Może tam i zadrzemałam, ale cały czas uważanie miałam na niego, czy mu się jaka krzywda nie dzieje. Potem dopiero, nad ranem, sen mnie wziął. Nic nie słyszałam, ani jak Stefan wstał z łóżka, ani jak drzwi pomylił i zamiast do łazienki do pokoju dziecka trafił i szafę obsikał. Przecknęłam się dopiero na krzyk gospodyni. Wyleciałam z pokoju, a oni wszyscy powstawali, kołem go obstąpili. On przy tej szafie stoi, kiwa się w przód i w tył, rozporek rozpięty. Na podłodze kałuża. Gospodyni na mnie z mordą, że kogo ja tu do domu sprowadzam. Że tu porządni ludzie mieszkają. Ja na to też się postawiłam, bo nie lubię, jak ktoś głos podnosi. Ale jak gębę rozdarła, to nie było jej przekrzyczeć.

Mówię, że to nie byle kto, że wojewoda. A ona, że jej to bynajmniej nie obchodzi i żebym się wynosiła razem z nim, tylko przedtem szkodę mam wyrównać, bo parkiet się rozeschnie. Mówię jak człowiekowi, że gdzie ja teraz z nim pójdę, że do rana musimy tu zostać, ale nie było rady. Wystawili nas za drzwi, nawet butów mu włożyć nie dali. Posadziłam go na schodach, sama obok usiadłam. Głowa mu zaraz na moje kolana poleciała i tak przetrwaliśmy do świtu.

W strachu byłam, co będzie, jak ludzie powstają i z mieszkań zaczną wychodzić. Już i tak awantura sąsiadów z piętra obudziła. Ale co miałam robić, budzić go nie było co, dopóki ta wóda z niego nie wywietrzeje. Dał Bóg, tak koło piątej jęknął ze dwa razy, a potem głowę podniósł. Patrzy na mnie i jakby nie poznaje. To ja się uśmiecham, że ja to ja. A on ciągle jak na obcą. Gdzie moje buty, pyta. Mówię, że zamknięte w mieszkaniu na górze. W czyim mieszkaniu, on na to. No, moich gospodarzy, co u nich wynajmuję. To czybym nie mogła przynieść. Ja nie wiem, co odpowiedzieć, on jakiś zły na mnie, jakby z mojej winy to wszystko. Ale nie nastawał o te buty, jak zobaczył, że na górę nie lecę. Wstał, spodnie otrzepał i zbiera się iść w samych skarpetkach. Panie Stefanie, odważyłam się powiedzieć, może ja po kierowcę polecę, żeby tu podjechał, albo jakąś taksówkę sprowadzę. Pomyślał trochę i zgodził się, ale ciągle taki zły na mnie.

Wyszłam przed dom, a tu nadjeżdża nasz samochód. Mówię do kierowcy, że chyba cud się stał, że go widzę, a on się śmieje i powiada, że tak właśnie pomyślał, że może być szefowi potrzebny.”

Zamknął zeszyt i poszedł do kuchni. Zapalił gaz pod czajnikiem. Stojąc, czekał, aż woda się zagotuje.

Postanowił darować sobie te babskie bzdury. Wszyscy wiedzieli, że Wanda jest głupia, on też zdawał sobie z tego sprawę, ale to, co przed chwilą czytał, przerastało wszelkie wyobrażenie o tej kobiecie. Już nawet nie półmóżdżek, ale ćwierć, i to by jeszcze przemawiało na jej korzyść.

Mimo że wcześniej tego nie planował, postanowił wyjść z domu. Miał za sobą dwie kawy. Szkoda, mógłby wstąpić do barku i posiedzieć nad małą czarną. Wybierał zwykle najciemniejszy kąt i stamtąd obserwował ludzi. Przychodzili przeważnie młodzi, bo były automaty do gry.

Myślał o przeszłości. Przegrał. To jedno było oczywiste. I czy mógł go pocieszyć fakt, że przegrali także inni, całe jego pokolenie? Tylko z jakim przeciwnikiem. To było najmniej jasne. Nieprawda, że wtedy, w pierwszych latach, tylko nieliczni mieli naprawdę czyste ręce. On sam mógłby wskazać setki takich; im trudniej było żyć, tym więcej znajdowali w sobie odporności i siły. Oni naprawdę chcieli coś zrobić dla tego kraju, w miarę możliwości oczywiście. A ci teraz… wydawałoby się, że góry można przenosić. On sam dał się zwieść temu porywowi wolności, płakał, że jest już stary i niewiele może zrobić, a prawdę powiedziawszy, nic… Patrząc teraz na to, co się dzieje, był zadowolony, że nie bierze w tym wszystkim udziału. Rozkradają Polskę, niszczą ją na własny rachunek, tego nie będzie już na kogo zwalić…

Minął barek „Na Rozdrożu”, dobra nazwa dla niezdecydowanych, i ruszył w stronę szarych i smutnych o tej porze Łazienek.

Ale czas sobie wybrała na umieranie. Tylko że tam zima mogła nie być taka mglista i pozbawiająca nadziei. Nigdy o tym nie myślał, ale gdzieś w głębi nosił przeświadczenie, że to on umrze pierwszy. Wanda wydawała się silna, mocno trzymająca się życia. Nie mógł sobie wyobrazić jej starości…

Złapał się na tym, że myśli o Wandzie wyłącznie w kontekście erotycznym. Dlatego że za czasów małżeństwa z Wandą był w najbardziej odpowiednim wieku do uprawiania fizycznej miłości. „Uprawianie miłości”, jak to brzydko brzmi. I niczego nie oddaje. Ten moment, gdy dwa spragnione siebie ciała zbliżają się, łączą w nierozerwalnym uścisku. A potem tak niewiele się czuje.

Wanda… nie mógł powiedzieć, że ją kochał, nie mógł też kategorycznie zaprzeczyć. Była jedyną kobietą w jego życiu, do której miał stosunek niewyjaśniony. Kiedy znajdowała się blisko, nie było siły, żeby go od niej oderwać, kiedy tracił ją z oczu, przestawał o niej myśleć. Może dlatego tak łatwo było mamusi ich rozdzielić. Ale czy tylko dlatego zgodził się na to rozstanie, że mamusia tego pragnęła? Chyba nie. Wanda była jak przeszkoda na drodze, której nie umiał ominąć. Zapominał się przy niej, a tego się obawiał. Zawsze musiał kontrolować sytuację. To było takie niejasne przeczucie, że ona zajdzie go od tyłu.

Nogi mu zmarzły. Palce u nóg miał zdrętwiałe i czuł w nich nieprzyjazne mrowienie. Zawrócił w stronę domu.

„7 czerwca 46

Gorąco takie, że człowiek jak ryba ustami powietrze łapie. W biurze okna pootwierane na przestrzał, bo inaczej by nie szło wytrzymać. Ale takie przeciągi się robią, że kto przyjdzie, to mu firanki na łeb lecą.

Stefan ciągle jakby zły na mnie, jak coś ma do mnie, to w oczy nie patrzy. Raz tylko, kiedy mu buty odniosłam, spytał, czy mam jakieś kłopoty z mieszkaniem. Powiedziałam, że mi wymówili, ale znalazłam inne, bliżej pracy. To nie była prawda, ale co mu miałam głowę zawracać. Przez dwa tygodnie nocowałam w biurze. Zmordowałam się strasznie, bo to i z myciem kłopot, i ze spaniem. Kozetka w gabinecie twarda, skórzana. I do tego strach, żeby kto mnie nie przyłapał. Przecież nie wolno. Ale jakoś się ułożyło. Znalazłam inny pokój, tyle że bez używalności kuchni, no i sporo dalej.

On udaje, że nic ze sobą nie mamy, że jesteśmy obcy, ale ja swoje wiem. To, co po pijanemu łatwo było wyznać, po trzeźwemu ust się wstydzi. Ale i na to przyjdzie czas. Wcale mi się nie spieszy. Nie trzeba poganiać tego, co i tak stać się musi.

Jeden taki to żyć mi nie daje, nic, tylko żebym się z nim umówiła. Ja się wykręcam, że to, że tamto, a on swoje. Inny by zrozumiał i dał spokój, a ten pcha się, gdzie go nie proszą. Żebym nie była taka delikatna, tobym lepiej na tym wychodziła, serca nie mam złego słowa komuś powiedzieć. No i od razu zaczyna się nieporozumienie. Jak tu rzec: odejdź, człowieku, w swoją stronę, bo ja już sobie kogoś znalazłam i do niego należeć będę do końca swoich dni. A jakbym jeszcze wyznała, że ten ktoś to Stefan, to pewnie by pomyślał, że sobie z niego żarty stroję. A to nie żarty, tylko prawda najprawdziwsza. Ja będę jego, a on będzie mój.

29 lipca 46

Dzisiaj byliśmy ze Stefanem nad rzeką. Kierowca nas zawiózł i dostał polecenie, żeby pod wieczór odebrać. Tak było pięknie, ani człowieka dokoła, my się opalamy, woda pluszcze. Ja oczy otwieram i widzę obok to moje długie i chude szczęście człowiecze. Już tylko w niebie by mi mogło być lepiej. Co ja głowę uniosę, to i on unosi i się do siebie uśmiechamy. A wszystko dlatego, że byłam cierpliwa i doczekałam na swoje.

Chodził tak, chodził z oczami wbitymi w ziemię. Pani będzie uprzejma to, tamto, a mnie taki śmiech brał, bo swoje wiedziałam. No i raz mówi, że taka kolacja będzie w restauracji i że komendantowi Peterce, on u nas ubezpieczeństwem kieruje, zależy, żebym i ja przyszła, o ile oczywiście mam ochotę. Ja na to, że mogę przyjść.

Sami panowie byli ija jedna. Mnie posadzili obok komendanta, aStefan tak się wcień wcisnął, że twarzy mu nie było widać. Patrzyłam tylko, czy pije.

Komendant mnie raz za razem do tańca i ta ręka mu coraz niżej po moich plecach wędruje. To ja w końcu mówię, że gorąco i może byśmy się tak nie przyciskali. A on gada, że mu zimno, bo go mamusia na świat wcześniakiem wydała. Od tamtej pory ciągnie go do piersi, jak jeszcze takie ładne jak moje. To ja pytam, kiedy jego żona z wczasów wraca, bo jak ją spotkałam na zakupach, to coś mówiła, że jedzie tylko na tydzień. Odsunął się i zaraz przestaliśmy tańczyć. Trochę byłam zmartwiona, bo przedtem Stefan coś po kieliszek nie sięgał, ale jak wróciliśmy z parkietu, patrzę, już siedzi na widoku, coś opowiada. Jak mnie zobaczył, twarz mu się roześmiała. Wandzik, gdzie ty się podziewasz, mówi. No jestem, odpowiadam, cały czas jestem. Chodź, siadaj, wypijemy. Ja na to, czemu nie. Komendant się nachmurzył, jakby miał coś przeciw. Może o to chodziło, że Stefan mój szef, czy co. Ale co tam, Stefan mnie objął, do boku przycisnął i tak już do końca siedzieliśmy przy sobie.

Potem w szatni awantura się zrobiła, bo szatniarz nie mógł czapki komendanta znaleźć, to ten wyciągnął pistolet i mówi: szukaj, bo ubiję jak psa. Staruszek szuka, ręce mu się trzęsą. Komendant na postrach kulkę w płaszcze puścił. My wszyscy wystraszeni. Szatniarz w końcu na kolana i zaczyna pacierz mówić. Głowa mu lata na boki. No to nie wytrzymałam, podchodzę jak na nie swoich nogach. Żartów nie było, ten pijany, broń naładowana.

Podchodzę i mówię: panie Władziu, niech pan da spokój, czapka się znajdzie. Popatrzył się, a mnie krew z twarzy odpłynęła, bo miał coś takiego złego w oczach. Ale broń schował i mówi do starego: masz szczęście, łachudro, że damy za tobą proszą. Na drugi raz ubiję.

Wyszliśmy, kierowca samochód podprowadził, ale Stefan do niego, żeby jechał do domu, że my się przespacerujemy. No to przespacerowaliśmy się kawałek i on do mnie, że zapomniał jakichś papierów w biurze i czybyśmy nie mogli wstąpić. Czemu nie, mówię. A wszystko we mnie śpiewa.

Światła nie