Inne życie. Biografia Jarosława Iwaszkiewicza. Tom 2 - Radosław Romaniuk - ebook

Inne życie. Biografia Jarosława Iwaszkiewicza. Tom 2 ebook

Radosław Romaniuk

0,0
64,03 zł

lub
Opis

Drugi tom biografii Jarosława Iwaszkiewicza przedstawia losy pisarza po 1939 roku. Autor tworzy biografię totalną, obejmującą wiele aspektów życia bohatera. Nie unika wątków kontrowersyjnych, umieszczając je w kontekście spraw całego życia – uczciwie i w sposób kulturalny poszerza margines tematów poruszanych dotychczas w polskiej biografistyce. Nie traci przy tym z oczu perspektywy filozoficznej – refleksji nad tym, czym jest tytułowe „inne życie”, w jaki sposób odbija je literatura, jak wielka i ważna jest sfera niezapisana w dziele. To w końcu także opowieść o epoce. Pisał o tym Aleksander Fiut: „Pod piórem Romaniuka powstał nowy gatunek literatury, a mianowicie dokumentarna epika. Czytelnik może odczytać tę – znakomicie napisaną, z prawdziwym literackim talentem i rozmachem – książkę zarówno jako uzupełnienie swojej dotychczasowej wiedzy o życiu i twórczości Iwaszkiewicza, jak też historię całej, zagasłej już formacji, do której należał”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 1125

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Opracowanie graficzne: Andrzej Barecki

Redakcja: Tadeusz Nowakowski

Korekta: Dobrosława Pańkowska

Fotografie na obwolucie i okładce © Janusz Sobolewski/Agencja FORUM

i Muzeum w Stawisku/FOTONOVA

Wybór materiału ilustracyjnego, indeks osób: Radosław Romaniuk

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Autor, pracując nad książką w roku 2013, był stypendystą Funduszu Promocji Twórczości Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Copyright © by Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2017

Copyright © by Radosław Romaniuk

Wydanie elektroniczne 2020

ISBN: 978-83-244-1063-7 (EPUB), 978-83-244-1063-7 (MOBI)

Wydawnictwo Iskry

Al. Wyzwolenia 18, 00-570 Warszawa

Tel. (22) 827-94-15

e-mail: [email protected]

www.iskry.com.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Ogrodnik

Pierwszy dzień września nie zwiastował na Stawisku niczego niezwykłego. Pisarz wstał o siódmej rano, zirytowany może tylko bardziej hałaśliwymi niż zazwyczaj „wojskowymi ćwiczeniami” i po śniadaniu wyszedł na kolejkę do Warszawy. Dziewczynki – Maria miała piętnaście lat, Teresa jedenaście – wybrały się tego ranka na grzyby. Brak inauguracyjnych zajęć w szkole uczczono wycieczką przy pięknej pogodzie, łączącą przyjemne z pożytecznym.

Na stacji w Podkowie Leśnej Zachodniej nic szczególnego się nie działo i dopiero w wagonie kolejki Iwaszkiewicz usłyszał słowo „wojna”. Wspominał: „Przez ten czas dojechaliśmy do stacji Malichy. Zaraz za Tworkami. «A w domu nic nie wiedzą – pomyślałem. – Wracam!». I wysiadłem w Malichach. Za mną wysiadła baba z gęsią w koszu. Baba płakała. «Gąskę wiozę dla córki! Ona ma Stefania. To jutro imieniny». Na stacji – zresztą było to szczere pole – głośniki nadawały manifest Prezydenta”[1].

W domu już o wszystkim wiedziano, zresztą trudno było brać za ćwiczenia coraz bardziej natarczywe odgłosy pocisków. Wyprawę do lasu Marii i Teresy przerwało bombardowanie Podkowy, które było dziełem przypadku i wynikiem walk polskich myśliwców z hitlerowskimi bombowcami. Ścigane niemieckie samoloty – nie zdarzy się to już niestety po raz drugi – zrzucały balast bomb na ulice miejscowości i pola między Brwinowem i Grudowem. Iwaszkiewiczowie przeżyli chwile panicznego strachu o dzieci, które – gdy się uspokoiło – wróciły bezpiecznie, pełne wojennych wrażeń.

Nowym doświadczeniem była cisza zapadająca po bombardowaniu, w której słychać było śpiew ptaków, pianie koguta, muzykę nadawaną przez radio. Odbiornik radiowy, gdy się go już włączyło, stał się jednym z najważniejszych domowych sprzętów, a nawet czymś więcej, bo na swój sposób „objął komendę”, pomiędzy muzyczne intermezza wplatając komunikaty, informacje, rozkazy. Myśli o sztuce w wojennej atmosferze przypominały ową wyprawę na grzyby córek pisarza – ich istotą była próba zachowania godności i wiary w istnienie rzeczy ważniejszych niż własny strach i tragedie rozgrywające się za oknem. „I jeszcze raz, nawet teraz, kiedy wszystko się wali: zbawienie tylko w sztuce!” – zapisał Iwaszkiewicz 3 września 1939 roku, w związku z wysłuchaną w radio Iberią Debussy’ego[2]. „Cieszę się, że freski w Orvieto, w San Gimignano roztapiają się teraz w złotej pogodzie i że jest cicho i spokojnie... tam!” – notował następnego dnia[3]. Istnienie owego „tam” stawało się jedynym gwarantem harmonii i nadziei, wbrew uczuciom „potwornej ohydy, rozpaczy i rozczarowania”[4].

Również w dosłownym sensie Polacy spoglądali „tam”. W południe 3 września radio zakomunikowało fakt wypowiedzenia agresorowi wojny przez Wielką Brytanię i Francję. W Warszawie kilkunastotysięczny tłum, w spontanicznej manifestacji pod ambasadami tych krajów, wznosił nawet hasła o marszu na Berlin, a jego uczestnicy ryzykowali życiem w przypadku nalotu, który faktycznie nastąpił. Po kilku dniach jednak swą aktualność ukazała fraza z Mickiewiczowskich Konfederatów barskich, pisanych notabene w języku francuskim: „W tych krajach od słowa do czynu jest dalej niż stąd do Krakowa”[5].

Po bombardowaniu Podkowy wielu jej mieszkańców zaczęło spoglądać w stronę stolicy jako miejsca bezpieczniejszego niż jej peryferia oraz przenosić się do miasta. Czwartego dnia wojny, w poniedziałek, Iwaszkiewicz wybrał się ponownie do Warszawy. Wbrew optymistycznemu hasłu reklamy prasowej sprzed kilku miesięcy, gdzie czarne sylwetki samolotów opatrzono zdaniem: „W czasie nalotów najprzyjemniej w Ziemiańskiej”, w mieście trudno było o towarzyskie przyjemności. W restauracji Simona i Steckiego, gdzie poszukiwał najnowszych informacji z miasta i frontu, i jeszcze kilka dni wcześniej mógł zastać tłum znajomych, nie było nikogo. Wojenny numer „Wiadomości Literackich”, osiemset trzydziesty w historii pisma, już złamany, nie ukazał się. Tego dnia z powodu braku frekwencji zawieszono przedstawienia w Teatrze Polskim. W sobotę 2 września odbyła się w nim jeszcze premiera sztuki Baba-Dziwo Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, z kreacją Stanisławy Wysockiej, a na widowni siedziało czternaście osób.

Miasto opuszczano z zapobiegliwą przemyślnością (lepiej kwadrans za wcześnie niż o minutę za późno) lub patetycznie (jedna z aktorek Szyfmana oświadczyła dyrektorowi, że wyjeżdża jako sanitariuszka na front). Bywalcy Ziemiańskiej również rozpoczęli już swoją wrześniową odyseję. Antoni Słonimski opisał ją, maskując prawdziwy dramat pierwszorzędnym, jak zwykle, humorem. „Piątego września 1939 roku wyjechaliśmy z Tuwimem z Warszawy do Kazimierza nad Wisłą, aby tam, po drugiej stronie Wisły, przeczekać pierwszy okres wojny. Rozumowanie nasze było bardzo proste. Ponieważ czołgi niemieckie, jak wiadomo, zrobione były z tektury, nie będą one mogły przejść Wisły, a jakby próbowały, to się rozkleją. W Kazimierzu moja żona wynajęła pokój i dała sto złotych zadatku. Ponieważ nasze informacje o czołgach niemieckich nie były całkowicie ścisłe i Niemcy tego samego dnia byli pod Puławami, wyjechaliśmy natychmiast. W Krzemieńcu żona moja wynajęła pokój i dała już tylko pięćdziesiąt złotych zadatku, po czym wyjechaliśmy z Krzemieńca w pół godziny po tej transakcji. A w Zaleszczykach nie zdążyliśmy nawet wynająć pokoju. [...] Na parę godzin przed wkroczeniem wojsk rosyjskich przeszliśmy słynny most zaleszczycki”[6]. Antoni Słonimski, Julian Tuwim, Mieczysław Grydzewski, Stanisław Baliński przez Rumunię, Jugosławię i Włochy przedostali się do Francji. Kazimierz Wierzyński wraz z zespołem „Gazety Polskiej” wyjechał w stronę Lwowa.

Na pisarzu decyzje te wywarły przygnębiające wrażenie, może nawet wzbudziły wrogi odruch, poczytane jako brak solidarności z walczącymi i przygotowującymi stolicę do obrony, o co apelował na falach radiowych Stefan Starzyński, nawołując wszystkich zdolnych do pracy do kopania schronów przeciwlotniczych i rowów strzeleckich. W dziennikowym zapisku Iwaszkiewicza, dokonanym w dniu apelu prezydenta, znaleźć można w tym kontekście nieoczekiwaną uwagę o charakterze antysemickim. „Tuwimowie, Słonimscy, Grydzewski wszyscy razem zwiali w niewiadomym kierunku”[7]. Dwa lata później, gdy już wiedziano, że obawy przyjaciół o swe życie nie były bezpodstawne, a nawet rzeczywistość zdystansowała najbardziej katastroficzne wizje, pisząc o rozmowie z ukrywającym się w Gołąbkach pod Warszawą Emilem Breiterem, Iwaszkiewicz z podziwem relacjonował heroiczną decyzję przyjaciela. „Wsadził Tuwima i Grydzewskiego do samochodu, gdzie było jeszcze jedno miejsce, i na usilne namowy, aby jechał razem z nimi, odpowiedział: «Tu się ulęgłem i tutaj zdechnę!»”[8]. Decyzję swą Breiter istotnie przypłacił życiem, zamordowany przez hitlerowców rok po wspomnianej rozmowie. Gdyby pisarz znał wówczas to zakończenie, zapewne inaczej traktowałby wybory września i nad heroizm wierności i ofiary przedłożył sens pragmatycznego zwycięstwa: przetrwania.

Po naradzie z Wandą Telakowską, jedyną przyjaciółką, jaka pozostała w Warszawie ze składu towarzyskiego niedawnego niedzielnego posiedzenia na Stawisku, Iwaszkiewicz postanowił nie uciekać, ale wysłać córki i żonę na wschód: do majątku Wandy Doria-Dernałowiczowej w Repkach niedaleko Sokołowa Podlaskiego, a stamtąd – jeśli sytuacja na froncie nie polepszy się – do Pińska. Jeszcze tej samej nocy sprzed willi na Stawisku odjechał samochód. Podróże podejmowano wówczas nocą, nad ranem zaczynało się bombardowanie głównych szlaków komunikacyjnych. Jechano więc w tłoku, panice i w ciemności lub w łunach pożarów oznaczających miejsca niemieckich ataków. Czarny buick Iwaszkiewiczów prowadził Władysław Kuświk, obok siedziała jego żona z synkiem Janem Jarosławem, z tyłu córki pisarza z jego siostrą Heleną, bliską przyjaciółką pani Dernałowiczowej. Anna Iwaszkiewiczowa, mimo nalegań męża, odmówiła wyjazdu. Do Repek w sprzyjających okolicznościach można było dojechać w ciągu kilku godzin, więc rodzina nie wątpiła w możliwość natychmiastowego spotkania, jeśli zajdzie taka potrzeba. Wszystko to według zapisków pisarza działo się nocą z poniedziałku na wtorek, z 4 na 5 września.

Po pożegnaniu córek Iwaszkiewiczowie wyprawiają się kolejką do Warszawy. Pisarzowi udaje się podjąć zdeponowane w PKO oszczędności. Po latach, przemawiając nad grobem Ksawerego Pruszyńskiego, przywoływał rozmowę z nim na tarasie jednej z kawiarń w Alejach Jerozolimskich, wczesnym wieczorem dnia 6 września 1939 roku. „Wielokrotnie potem w czasie wojny, kiedy Ksawer znajdował się już daleko od Warszawy, wspominałem to wszystko, co mi wtedy powiedział, a co dla mnie było otwarciem oczu, bardzo dotychczas zaślepionych” – stwierdzał enigmatycznie[9]. Lesław Bartelski, notując być może informację samego pisarza, dodaje, że rozmowa dotyczyła planów wspólnego wyjazdu Iwaszkiewiczów i Pruszyńskiego[10].

Odchodziły ostatnie pociągi ewakuacyjne. Miejsca w nich uzyskali Kazimiera Iłłakowiczówna, Tadeusz Boy-Żeleński, Pola Gojawiczyńska, Zofia Nałkowska. Obserwując falę uchodźców, która zaczęła zagarniać również mieszkańców Grodziska i Podkowy, Iwaszkiewiczowie stwierdzili, że rozłączenie z córkami było błędem i że wszyscy powinni znaleźć się w Repkach. Scena wyjazdu powtórzyła się, choć nocą z 6 na 7 września okoliczności wyglądały jeszcze dramatyczniej. Krótko przed północą oświadczenie o ewakuacji rządu odczytał Feliks Sławoj-Składkowski, kończąc je frazą „powrócimy po zwycięstwie”. Miary chaosu dopełnił osławiony apel szefa propagandy w Sztabie Naczelnego Wodza pułkownika Romana Umiastowskiego. Zwracając się do wszystkich mężczyzn zdolnych do noszenia broni, Umiastowski nakazywał im bezzwłoczne opuszczenie stolicy i udanie się na wschód, gdzie zostaną zmobilizowani. Hasłem najbliższych dni staje się powtarzane w poetyce wojskowego rozkazu zdanie: „Za Bug!”. „Tej nocy zaczęła się Warszawa gwałtownie wyludniać” – wspominał Arnold Szyfman[11]. Inny świadek wydarzeń pisze: „Każdy kto mógł, uważał za swój obowiązek uciekać przed Hunami. Nie tyle działała tu myśl, że można się przydać Ojczyźnie, ile obawa przed wkroczeniem wroga. [...] Kto żyw, zarzucał plecak i ruszał w nieznane. Panika. Człowiek, który ruszyłby w przeciwnym kierunku, byłby prawie na pewno posądzony o szpiegostwo lub zdradę”[12]. „Wyglądali, jakby wybierali się na turystyczną bądź myśliwską maskaradę” – dodaje Władysław Szpilman. „W wojskowych albo narciarskich butach, narciarskich spodniach, w chustkach na głowie, obarczeni tobołkami lub plecakami, z laskami w ręce, ubrani niestarannie, w pośpiechu, nie zadali sobie najwyraźniej trudu, by wyglądać względnie cywilizowanie”[13].

Na szosie nadarzyńskiej i brwinowskiej, którą córki pisarza przejechały niedawno w całkowitym spokoju, panował teraz niebywały ruch. Ciągnęły kolumny cywilów i wycofujących się żołnierzy, tuż za nimi przesuwały się w kierunku Warszawy niemieckie jednostki pancerne. 8 września podwarszawskie miejscowości w tym rejonie były już w rękach Niemców, którzy zajęli przyczółki na przedpolach stolicy. Nie oznacza to jednak, że nie złożono tu wrześniowej daniny krwi. Bitwa pod Brwinowem, gdzie 12 i 13 września walczyli żołnierze idącej na odsiecz Warszawie Armii „Łódź”, stała się lokalną legendą wojny obronnej.

Iwaszkiewiczowie jechali furmanką w blasku łuny znad Żyrardowa, podążając w kierunku przeciwnym niż pożary, co upewniało ich w zasadności podjętej podróży. W atmosferze paniki przejechali przez zatłoczoną uciekinierami i wojskiem stolicę, kierując się jedną z dwóch dróg ówczesnych wychodźców: szosą lubelską. W tłumie cywilów z dobytkiem zmierzało w kierunku wschodnim wielu pisarzy, w tym osoby bliskie Iwaszkiewiczowi: Jerzy Andrzejewski, Paweł Hertz, Czesław Miłosz, Bolesław Miciński z ciężarną żoną Haliną, Antoni Sobański, Stanisław Ignacy Witkiewicz oraz dalsi środowiskowi przyjaciele: Władysław Broniewski, Maria Dąbrowska, Jan Parandowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Anatol Stern, Melchior Wańkowicz. Niektórzy prędzej lub później powrócili do Warszawy, inni nie wrócili nigdy. Zabrani po drodze policjanci nie pozwolili Iwaszkiewiczom zboczyć do mieszkania na Kredytowej, gdzie czekały spakowane walizki z cennymi rzeczami i pamiątkami, ani skręcić na Górnośląską po Ksawerego Pruszyńskiego.

Pierwsze bombardowanie przeżywają w Świdrze, wkrótce po tym, jak uniknęli nalotu, skręcając z głównej drogi prowadzącej do Siedlec. Przeczekali je, leżąc twarzami w igliwiu niewielkiego sosnowego lasku. Podróż do Repek, w normalnych warunkach kilkugodzinna, trwa cztery dni. Jej marszrutę Iwaszkiewicz utrwalił lakonicznymi notatkami w kieszonkowym kalendarzyku: „7. Wyjazd nasz Otwock; 8. Nowomińsk[14]; 9. Bagno pod Siedlcami; 10. Siedlce i wieś”[15].

Doświadczenie ucieczki stało się rodzajem lekcji na temat rzeczywistości – zarówno tej aktualnej, jak i minionej. Na wrześniowych drogach do Siedlec i z powrotem formował się obraz ginącej Rzeczpospolitej, rozłamującej się na dwa kawałki: Polskę patriotycznych frazesów, które okazały się kłamstwem maskującym dramatyczną nieudolność władzy, oraz Polskę zaprzepaszczonych sił i nadziei. W dzienniku, w którym Iwaszkiewicz z fotograficzną dokładnością zapisuje szczegóły swej wrześniowej odysei, jedyne ogólne uwagi dotyczą tej właśnie sprawy, powracają raz po raz i wskazują, że w świadomości pisarza następuje właśnie jakaś zasadnicza przemiana. Zdanie: „Wstyd, wstyd, hańba”[16], zawierające ciężar egzorcyzmowania tego, co w II Rzeczpospolitej było złe, stanie się pod piórem Jarosława Iwaszkiewicza gorzkim pożegnaniem z Polską, do której przyjechał w 1918 roku i która dwadzieścia lat później ginęła pośród apokaliptycznego chaosu. Nie myślał wtedy o Ziemiańskiej (jej bywalcy „zwiali w niewiadomym kierunku”), dwudziestu czterech wydanych w tym kraju książkach (ich autor leżał twarzą w igliwiu), sympatycznym mu ministrze Becku (pół godziny przed wyjazdem Iwaszkiewiczów ze Stawiska, tą samą drogą, wraz z rządem opuścił Warszawę i gdy jego dawny podwładny pisał te słowa, przebywał już w Łucku) ani antypatycznym Wieniawie-Długoszowskim (który zrzeknie się niedługo nominacji na prezydenta Rzeczpospolitej, sukcesji po Mościckim i którego jeszcze nie widziano w roli postaci tragicznej), ani nawet o tym, co niedawno napawało go otuchą i dumą. Myślał o sprzecznych komunikatach i apelach dotyczących obrony stolicy. Bezwładnej ucieczce władz i wojska. Żołnierzach pozostawionych bez rozkazów i wzgardzonych ochotnikach. Zmarnowanym potencjale sił, bohaterstwa, altruizmu. Po latach wspominał tę chwilę słowami: „Wielki przełom przeżyłem w r[oku] 1939, kiedy nieprzygotowany zupełnie na to, zobaczyłem zawalenie się domku z kart. Przeżycie tragedii narodowej i rozmyślania o losie ojczyzny przeorały mnie głęboko”[17].

Dwór w Repkach, otoczony malowniczym parkiem, z uspokajającą aurą ziemiańskiej kultury, gdy uciekinierzy w końcu do niego dotarli, wydał im się ostoją ładu, nieledwie arkadią. Dzieci tam jednak nie było. Dzień wcześniej wyjechały za Bug, w kierunku innego zaprzyjaźnionego majątku – Rohoźnicy Flory i Oskara Meysztowiczów, położonej niedaleko Wołkowyska. Uciekinierzy przekroczyli rzekę w ostatniej chwili, kiedy było to jeszcze możliwe, więc dołączyć do nich już było nie sposób. Iwaszkiewiczowie, zawróceni znad Bugu, wrócili do Repek. Tutaj wraz z innymi przybyszami, którym Wanda Dernałowiczowa udzielała schronienia, brali udział w modlitwach w intencji ojczyzny, spędzili siedemnastą rocznicę swego ślubu. W pochodzącym z tamtejszej biblioteki egzemplarzu powieści Fetysz Zofii Żurakowskiej Iwaszkiewicz odtwarzał dzień po dniu koleje ich niezakończonej jeszcze ucieczki. Tutaj też 17 września odebrano wiadomość o ataku Związku Radzieckiego i pisarz skreślił dwa lakoniczne zdania, oddające zapewne atmosferę panującą we dworze: „Rosja przestąpiła granicę. Panie, zmiłuj się nad nami”[18].

Wzrósł niepokój o los zagubionych na Wschodzie córek. Dochodziły kolejne informacje – o ewakuacji rządu i sztabu generalnego do Rumunii, o postępującej kampanii niemieckiej, choć Repki były jakby poza zainteresowaniem nieprzyjaciela i nadal stanowiły nieoceniony azyl od zewnętrznych wypadków. Przebywanie w tym raju stawało się również coraz bardziej dwuznaczne. 26 września Iwaszkiewiczowie wyjechali w powrotną drogę na Stawisko. Zgodnie z przewidywaniami, wojsko niemieckie zobaczyli po raz pierwszy tej wojny już w Sokołowie, choć nieoczekiwanie byli tam również żołnierze radzieccy. Obraz ten Iwaszkiewicz utrwali w trzecim tomie Sławy i chwały. „Ku swojemu zdziwieniu z daleka na ratuszu miasta ujrzeli czerwony sztandar. Skąd on się wziął teraz z tej strony Bugu, nie zdawali sobie sprawy. W miasteczku na rynku sowieckie czołgi i samochody. Nie brak także było i niemieckich. W ratuszu toczyły się jakieś pertraktacje. Nie zatrzymywali się i pojechali dalej”[19]. Protokół przesuwający radziecką strefę okupacyjną z linii Wisły na linię Bugu i ustanawiający tzw. granicę pokoju między III Rzeszą i Związkiem Radzieckim, zostanie podpisany w Moskwie dwa dni później. W powieści nie wspomina się o radzieckiej inwazji – tym bardziej tajemniczym znakiem były te zdania, zakładające zresztą, że o ile obecność Rosjan w Sokołowie Podlaskim była zaskoczeniem, z tamtej strony Bugu radzieckich żołnierzy należało się spodziewać.

Za Węgrowem natknęli się na niemiecki oddział konwojujący grupę miejscowych Żydów. „Rozległy się salwa za salwą; myśleliśmy, że to egzekucja” – zanotował pisarz, dając świadectwo, że po okupantach już wówczas spodziewał się najgorszego. „Żydzi sprzątali amunicję porzuconą w rowie przez wojsko polskie, a żołnierze popędzali ich do tej roboty, strzelając całymi seriami ponad ich głowami”[20]. Gdy Iwaszkiewicz opisze podobną scenę w Sławie i chwale, doda dialog z jednym z niemieckich żołnierzy, który radzi jadącym, by spieszyli się do Warszawy, gdyż „może my niedługo będziemy tu popasać”[21], sugerując możliwość zmiany okupacji z niemieckiej na radziecką. Omijając Warszawę (wobec braku perspektyw politycznych i wojskowych oraz katastrofalnej sytuacji mieszkańców, stolica poddała się dwa dni po opuszczeniu przez nich Repek), Iwaszkiewiczowie jechali przez kraj, na którym ostatnie tygodnie odbiły niezatarte piętno, pozostawiając pogorzeliska i ruiny, niesprzątnięte ciała ludzi i zwierząt, tragedie i ślady tragedii, a tuż obok rozrzucone gdzieniegdzie wyspy spokoju. Jedną z nich okazało się Stawisko, choć pierwsze wrażenie tego nie zapowiadało.

Rękopis dziennika Jarosława Iwaszkiewicza (1939)

Na gazonie przed domem stał maszt, na którym powiewała flaga z hitlerowską swastyką[22]. Wyglądało, jakby pamiętani przez pisarza idealiści z Heidelbergu złożyli teraz niespodziewaną wizytę. W zasadzie istotnie tak było. Kilka miesięcy później były student heidelberskiej uczelni, Ludwig Fischer, został mianowany gubernatorem dystryktu warszawskiego i rządzić nim będzie do stycznia 1945 roku. Gdy zaś w przywoływanej Sławie i chwale Iwaszkiewicz sportretuje widzianych przez bohaterów powieści we wrześniu 1939 roku niemieckich oficerów, skojarzy ich właśnie z beztroskimi studentami.

W domu stacjonowali oficerowie Wehrmachtu. W artykule z około 1950 roku pisarz wspomni, że 22 września 1939 niemiecki żołnierz chciał go zastrzelić na progu domu[23], więc może powrót pozostawił wspomnienie i takiej ewentualności, choć sam fakt, podobnie jak dokładną datę zdarzenia (Iwaszkiewiczowie byli wtedy w Repkach), należy traktować jak opowieść o zagrożeniu potencjalnym, poczuciu zaskoczenia powitaniem gospodarzy przez uzbrojonych nieproszonych gości. Oprócz tych niespodziewanych, byli tam również goście przybyli przed wyjazdem gospodarzy: Halina Wittlinowa i Maria Uniłowska z dziećmi. Po latach siedmioletnia wówczas Elżbieta Wittlin-Lipton wspominać będzie, że polskich i niemieckich mieszkańców Stawiska oddzielały szczelnie zamknięte szklane drzwi pokoju jadalnego[24]. Niemcy zaanektowali salon. Kuchnię podzielono na strefę polską i niemiecką. Właściciele zamieszkali na poddaszu. Nie utrzymywano z Niemcami żadnych stosunków i z niewielką zapewne przesadą Iwaszkiewicz powie w wygłoszonym w 1949 roku w Berlinie przemówieniu, że choć język niemiecki był pierwszym językiem obcym, jakiego nauczył się w życiu, to od piętnastu lat nie powiedział po niemiecku ani jednego słowa[25]. Dystans, który utrzymywali polscy mieszkańcy, rozumiały nawet dzieci. Mały Karolek Uniłowski odmawiał zabawy z Niemcami, wyjaśniając grzecznie, że „niemieccy dżentelmeni zabijają ludzi”, pochwycony zaś w ramiona przez jednego z nich, zmoczył swoje spodenki i mundur skonsternowanego żołnierza. „Pomimo jadowitych komentarzy [kucharki] Pawłowej i naszego lekceważenia, niespodziewani goście zachowywali się zadziwiająco dobrze. To był dopiero początek i Niemcy chcieli się przypodobać, albo nam się tak wydawało” – wspomina Wittlinówna[26]. Podobne wrażenie pozostawił niemiecki generał-major o nazwisku Straute, który wybrał Stawisko na swoją kwaterę w połowie września 1940 roku. Nieproszeni goście taktownie udawali, że nie zauważają gremialnych posiedzeń organizowanych w ramach rozwiniętego już na szeroką skalę życia artystycznego i towarzyskiego Stawiska, a gospodarze, że traktują ich obecność jak rzecz tolerowaną, nie zmieniając niczego w swym stylu, na ile było to możliwe. Wzajemne kontakty ograniczono do niezbędnego minimum komunikacyjnego, politycznych ani towarzyskich rozmów nie prowadzono. „Chyba z obu stron nie było takich chęci” – komentuje młodsza córka pisarza[27].

Obecność Niemców na Stawisku trwała do jesieni 1940 roku. Natomiast w sąsiednim Turczynku znajdował się lazaret dla żołnierzy i widok okupantów był rzeczą zwyczajną przez całą wojnę. „Cały czas wojsko chodziło po Stawisku” – wspomina Maria Iwaszkiewicz. „Stawisko było rozgrodzone. To był Wehrmacht. Nie bardzo się nawet na nich zwracało uwagę”[28].

W październiku 1939 roku Iwaszkiewicz zapisał na kartachDziennika: „Dom! Przez tyle dni jechaliśmy tutaj z uczuciem żalu, żeśmy go opuścili choć na parę dni. Stoi, taki sam, za duży, brzydki. [...] Mimo [dużej] ilości niemców wydaje się pusty bez dzieci. Ale my jesteśmy tutaj – i zostaniemy”[29]. I dalej: „Kiedy to piszę na górze, na poddaszu, jest późny wieczór. Wyglądam przez okno i widzę wierzchołki dębów i brzóz, tak niedaleko – tuż. Liście wcześnie pożółkły w tym roku. Przed domem przechadza się warta niemiecka, ale tu, pod samym tym dachem, czuję się dobrze, prawie bezpiecznie. Oby tylko przetrwać. Dom wygląda we mgle jesiennej jak okręt, wiatr dmie po strychu obok. [...] A dom w tej ciemności, we mgle, w wichrach, wygląda jakby płynął w nieznaną noc. Płynie, płynie. «Fluctaut nec mergitur»[30]. Boże, wytrzymać to wszystko”[31].

Rozpoczynała się epoka domu na Stawisku, lata spędzone praktycznie bez jego opuszczania. Właściwie zaczęła się ona jeszcze podczas wrześniowej wędrówki, gdy Iwaszkiewiczowie zrozumieli błąd porzucenia domu i jakby za karę miotani przez fale, pokutowali, by móc błąd ten naprawić i wrócić pod własny dach. Można domyślać się, że kształtował się wtedy Iwaszkiewiczowski pogląd dotyczący podobnego błędu uczynionego w makroskali: pozostawienia kraju – na co wskazują przywoływane już uwagi pisarza. Rozumiał, w jak dużym stopniu o losie człowieka decydowały wówczas mało znaczące okoliczności. Symbolem ówczesnych igraszek losu uczyni wrześniowe dzieje jednego z bohaterów Sławy i chwały, Franciszka Gołąbka, który najmniej bodaj spośród powieściowych postaci nadawał się do losu emigranta, a znalazł się za granicą. W 1973 roku, pisząc w Ogrodach o spojrzeniu rzucanym na spacerze w stronę domu, wyznawał, że zawsze przypomina sobie ówczesny niepokój dotyczący tego, czy wróci do tego miejsca. „To dobrze, że wróciłem” – stwierdza[32].

Elementem duchowego wyzwania po powrocie z wrześniowej wędrówki był powrót do twórczości. Dotychczas udawało się pisarzowi nie dopuszczać do swego dzieła heroicznej tonacji – działo się tak w 1914 roku, podczas walk na Ukrainie w 1918 i pod Warszawą w roku 1920 – nawet jeśli sam składał patriotyczne deklaracje i czynił patetyczne gesty. W październiku 1939 roku postanowił postępować podobnie, obierając dla swej twórczości formę kontynuowaną przez całą wojnę. Formę polegającą na tym, że rzeczywistość historyczna jest w niej obecna jedynie poprzez aurę panującą za oknem przymusowego gabinetu na poddaszu. Aurę tę zaś kształtują nie tyle wydarzenia świata zewnętrznego, co lęki egzystencjalne. Uzbrojeni niemieccy wartownicy, krążący nocą przed domem, pogłębiają jedynie niezrozumiały i groźny charakter, jakim w oczach pisarza emanuje jesienna noc. Są faktem mało istotnym i przemijalnym wobec trwałości i wagi zasadniczego egzystencjalnego pytania o to, co owa noc znaczy, czym jest obecność patrzącego, co się dzieje wokół niego i w nim. Sztuka czasu wojny postawiła przed Iwaszkiewiczem zadanie eliminacji, ogołocenia utworów do najważniejszego rdzenia problemowego. „Nie ma w niej żadnej ucieczki ani też strusiowego ukrywania głowy – pisał w 1942 roku we wstępie do pierwszej ukończonej w czasie wojny książki – jest tylko powrót do tych pierwiastków naszego życia, które zawsze pozostaną aktualne. [...] W momencie, kiedy zdawać by się mogło nierozum i okrucieństwo zdają się zaćmiewać ludziom prawdziwe widzenie rzeczywistości, starałem się [...] wskazać na wieczne pierwiastki naszego bytu, z których wypływa najprawdziwsze nasze człowieczeństwo”[33]. W redakcji tekstu z 1947 roku pisarz zmienił formułę „prawdziwe widzenie rzeczywistości” na pleonazm: „prawdziwe widzenie prawdziwej prawdy”[34]. Zdania te, poprzedzające pierwsze wydanie Nowel włoskich, stanowić mogą Iwaszkiewiczowskie credo artystyczne tego okresu.

Naszkicowana przed wojną powieść o upadku Rzymu kończyła się założeniem Wenecji „jako jakiejś nowej formy kulturowej, jako czegoś, co rozpoczynało nowy etap ludzkości”[35]. Ostatni włoski pobyt pisarza w kwietniu 1938 roku, kiedy widział Wenecję jako tło tryumfującego faszyzmu, sprawił, że miasto św. Marka stało się w jego oczach już nie kolebką nowożytnej europejskiej cywilizacji, lecz jej trumną. (W napisanym dwa lata później prozatorskim tekście jedna z postaci nazwie Wenecję „umarłym miastem, podobnym do kupy wykopanych piszczeli”[36]). Pierwsze stworzone na poddaszu Stawiska wiersze poświęcił więc właśnie Wenecji, układając sześć utworów w cykl pod tym tytułem[37]. Ściśle mówiąc, Wenecji poświęcone są trzy teksty. Jest ona w nich miastem widmowym, stolicą „bladolicych poetów”[38], dziś pustą. Jednak w bliżej niesprecyzowanej przyszłości, na pewnym etapie budowy idealnego społeczeństwa niewolników, może ona stać się schronieniem poetów wygnanych z politei. Tak więc miasto odradza się w wojennych wierszach jako mit, miejsce schronienia w strasznym świecie. Sam cykl był szczęśliwym powrotem do stylistyki Lata 1932 i wyznaczał drogę, jaką pójdzie poezja Iwaszkiewicza w najbliższych latach. Nic z wagnerowskiej orkiestracji Powrotu do Europy, brak marsowych tonów przedwojennego cyklu Ody, to poezja prywatna, opisująca indywidualne egzystencjalne doświadczenie.

Wróćmy do październikowej Polski. Kolejnym niezapomnianym przeżyciem była podróż do Warszawy, podjęta po uruchomieniu kolejki EKD 8 października. Po dwudziestu dniach bombardowania miasto nie przypominało tego sprzed wojny. Stefan Kisielewski wspominał jego ówczesne oblicze: „Na każdym skrzyżowaniu ulic królowały ziejące trupim fetorem zgliszcza i rumowiska poburzonych domów, pokaleczone bruki zasłane były szkłem z wybitych szyb, poprzewracane latarnie i słupy tramwajowe oraz splątane druty zalegały tu i ówdzie chodniki. Na murach wypalonych domów, na drewnianych parkanach ponaklejane było mnóstwo karteczek – pod karteczkami tymi gromadziły się tłumy wytrwałych czytelników studiujących w skupieniu zawiadomienia o tym, co kto ma na sprzedaż albo kto kogo poszukuje. [...] Pokonane miasto było głodne. [...] Mnóstwo było żebraków, a wśród nich ci najboleśniejsi – w mundurach, w czapkach wojskowych bez orzełków, z bandażami, z pustymi rękawami lub nogawkami”[39].

Ruiny Zamku Królewskiego, sejmu, Teatru Wielkiego, gmachu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych służyły jako tło okolicznościowych fotografii zwycięzców, zanim wydano rozkaz ostatecznego zburzenia tych budynków. Ofiarą jednego z bombardowań padła kamienica przy Kredytowej 8, a w niej mieszkanie pisarza, do którego przewiózł wiele cennych przedmiotów. Najpierw ta niefortunna decyzja, później wymuszona przez okoliczności rezygnacja z planów odwiedzenia Kredytowej w drodze do Repek – wszystko to mogłoby wywoływać poczucie winy, gdyby rzeczywistość nie potrafiła skutecznie zgasić żalu za najcenniejszymi nawet rzeczami. Spłonęło kilka rękopisów. Iwaszkiewicz parokrotnie wymieniał wśród nich wspomnianą tu niedokończoną powieść o upadku Rzymu. Spalił się oprawiony rękopis Czerwonych tarcz. Przepadły osobiste pamiątki, między innymi para obrączek, które nosili rodzice pisarza i do niedawna jeszcze Anna i Jarosław. Przepadła fotografia przedstawiająca Bolesława Antoniego Iwaszkiewicza w oddziale powstańców styczniowych. Zaginęły dzieła ważne dla kultury, jak rękopis niepublikowanej powieści Karola Szymanowskiego Efebos, przekazany Iwaszkiewiczowi na mocy testamentu kompozytora, dwa obrazy Alberta Gleizesa, trzy płótna Kamila Witkowskiego. W księgozbiorze na Kredytowej znajdowały się książki z bibliotek Natalii Dzierżek, Stanisława Lilpopa seniora, Augusta Iwańskiego seniora oraz kupiona przez pisarza osiemnastowieczna francuska encyklopedia. W końcu samo mieszkanie też wyznaczało pewną epokę w życiu właściciela, epokę zakończoną. Warszawską przystanią Iwaszkiewicza stał się teraz pokoik w należącej do Spółki Myśliwskiej kamienicy przy Trębackiej 1, na rogu Krakowskiego Przedmieścia.

Po pewnym czasie na Stawisko dotarli Kuświkowie, którzy w okolicach Wołkowyska odłączyli się od córek i siostry pisarza. Czekano na dzieci, ufając w zaradność Heleny Iwaszkiewiczówny, w której rękach leżał teraz ich los. Cała trójka przybyła na Stawisko w początku listopada. Ich wrześniowa podróż wyglądała jeszcze dramatyczniej niż Anny i Jarosława. Po opuszczeniu Repek uciekinierzy istotnie dotarli do Rohoźnicy, gdzie zastało ich wkroczenie armii radzieckiej. Meysztowiczowie stwierdzili, że we dworze, a właściwie mówiąc osiemnastowiecznym pałacu, wzniesionym według projektu budowniczego pałacu Łazienkowskiego Domenica Merliniego, nie powinien przebywać nikt obcy i wyposażywszy gości w wóz i konie (do samochodu nie można było dostać paliwa i Kuświk ukrył go w stogu siana), wyprawili ich w stronę Wołkowyska, sami zaś następnego dnia podjęli nieudaną próbę wyjazdu w kierunku Litwy. „Pamiętam dzikie przerażenie, z jakim odjeżdżaliśmy z tego pięknego dworu” – notowała po latach Maria Iwaszkiewicz[40]. Jechali przez nieprzyjazne białoruskie wsie, mijając bramy powitalne wzniesione na cześć radzieckiego wojska. Dwóch towarzyszy podróży zostało zastrzelonych, gdy wraz z Kuświkiem poszli zorientować się w sytuacji. Kierowcę Iwaszkiewiczów uratowały spracowane dłonie. Po 1917 roku na Wschodzie były one podręcznym zaświadczeniem o proletariackim pochodzeniu, które mogło ocalić życie, i obyczaj ten dotarł właśnie pod Wołkowysk. Maria i Teresa z ciotką do Wołkowyska doszły pieszo, bez rzeczy. Zatrzymały się krótko w tym mieście i potem – zmierzając już w stronę radziecko-niemieckiej granicy – w Białymstoku. W końcu, po oczekiwaniu w Szepietowie na możliwość przekroczenia mostu na Bugu, udało im się opuścić państwo proletariatu. I jakby na dowód znalezienia się w innym świecie, dalej podróżowali już koleją i kolejką EKD.

Stawisko okazywało swój fenomen „domu o rozciągliwych ścianach”. Zaczęło przyciągać uczestniczących w „wędrówce ludów” owego czasu bliskich i znajomych pisarza. Jedną z pierwszych osób, która tam zapukała, był Mieczysław Kozłowski, czyli Jerzy Mieczysław Rytard. Na kolejnym życiowym zakręcie, bez mieszkania i środków do życia, został przygarnięty przez dawnego przyjaciela i zatrudniony w charakterze „zarządcy majątku”, zajmując najpierw pokoik na strychu, później pobliski domek ogrodnika. Jako następny przybył francuski poeta Louis Le Louët, niedawny stypendysta ambasady RP w Paryżu, studiujący w Warszawie wpływy polskie na literaturę francuskiego romantyzmu. Zjawił się obdarty i bez środków do życia, po wędrówce wrześniowej, którą odbył bez znajomości języka polskiego. Spędził w Stawisku kilka miesięcy – razem z gospodarzami przyjął tam wiadomość o kapitulacji Paryża. W grudniu, choć na Stawisku stacjonowali jeszcze Niemcy, do grona gości ze środowiska artystycznego dołączył na krótko Antoni Borman. Poszukiwany przez gestapo, doczekał momentu, gdy zorganizowano jego wyjazd do Budapesztu.

Osobną kategorią przybyszów byli dawni ziemianie, którzy utracili majątki na wschodzie lub zachodzie. Jedni i drudzy przeżyli kilkutygodniową lub kilkumiesięczną tułaczkę, zagrożenie życia, niekiedy epizod więzienny, dodane oczywiście do świadomości utraty dorobku życia własnego i poprzednich pokoleń. Pierwszym wędrowcem tej kategorii był Jan Iwański, wywłaszczony przez Niemców z majątku w Rzetni. Szukając przytuliska po wyrzuceniu rodziny z rohoźnickiego pałacu, tydzień przed Wigilią pod dach Stawiska przybyła szesnastoletnia Barbara Meysztowiczówna. Straciła ojca, którego zastrzelono cztery dni po wkroczeniu bolszewików. (Po wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej żona postawiła na jego grobie krzyż z napisem: „Panie przebacz! Nie wiedzą, co czynią”). Dziewczyna pozostanie na Stawisku siedem miesięcy. Po latach wspominać będzie ten okres: „Iwaszkiewicz był dla mnie bardzo czuły, serdeczny, opiekuńczy. Spostrzegł kiedyś, że nie ma mnie wśród grona młodzieży nad stawem. Wrócił do domu i zastał mnie nad książką Emila Ludwiga o Napoleonie. Kazał mi ją zamknąć i iść natychmiast nad staw, był to czerwiec 1940 r [oku]. Jak przywoził ciasteczka z Warszawy, zawsze ja musiałam wziąć pierwsza, żebym nie czuła się Kopciuszkiem. [...] Na [jego] pogrzebie pomyślałam, że mój ojciec w tej chwili klęczy przed Matką Boską i wstawia się za jego duszą. Przygarnął jego ukochane dziecko i dał mu serce”[41].

Kolejnym niespodziewanym gościem – już nieco później, w marcu 1940 roku – była „teściowa po osiemnastu latach” – Jadwiga Śliwińska. Matka Anny Iwaszkiewiczowej opuściła męża, gdy córeczka miała rok, i od tego czasu z nią się nie kontaktowała. Teraz po aresztowaniu w majątku, w którym zastała ją wojna, i pewnym czasie spędzonym w niemieckim więzieniu, znalazła się bez dachu nad głową i środków do życia, uznając, że sytuacja usprawiedliwia zwrócenie się o pomoc do praktycznie nieznajomych: córki i zięcia. Wspomina Teresa Iwaszkiewicz: „Byłam chora i leżałam na górze w sypialni rodziców. Nagle zadzwonił dzwonek do drzwi frontowych. Po czym usłyszałam głos ojca: «Haniu, twoja matka przyszła». [...] Mama zeszła na dół i zaraz wróciła na górę z chrząkającą starszą panią, która pochyliła się nade mną. Byłam zaskoczona, bo nigdy o matce mamy nie było mowy”[42]. Wprawdzie nieoczekiwany gość wspiął się od razu na górę, lecz w tym przypadku opierano się nieco przed włączeniem Śliwińskiej do grona domowników, próbując zakwaterować ją w sąsiednim Turczynku. Związała się ona jednak materialnie i towarzysko z domem na Stawisku.

No i ostatni przybysz z tej epoki, który najgłębiej połączył się we wspomnieniach Iwaszkiewiczów z wojennym Stawiskiem – Roman Kołoniecki. Syn warszawskiego szewca, samouk-erudyta, romanista, niespełniony, choć publikujący wiele poeta. O kilka lat starszy od Andrzejewskiego i Miłosza, debiutował w 1925 roku na łamach „Skamandra”. W latach 30. pracował jako redaktor pism „Droga” i „Pion”, publikował kolejne tomy wierszy i przekłady pisarzy francuskich. W chwili największej poetyckiej popularności (w 1936 roku) otrzymał nagrodę literacką miasta Warszawy. Związany był zresztą przez całe życie z tym miastem, które w 1940 roku z powodów natury osobistej zapragnął opuścić. W jego archiwum zachował się oficjalny jeszcze w tonie list Iwaszkiewicza z 20 czerwca 1940 roku z zaproszeniem na Stawisko[43], po tej dacie też zapewne Kołoniecki „nastał” w domu pisarza.

Wobec nowych represji i świadectw brutalności okupanta rosło znaczenie kontaktu Iwaszkiewiczów z ich żydowskimi przyjaciółmi i sąsiadami. W willi w Turczynku mieszkała rodzina wybitnego fizyka, profesora Ludwika Wertensteina, asystenta Marii Skłodowskiej-Curie, kierującego Pracownią Radiologiczną Towarzystwa Naukowego Warszawskiego. Znający łacinę i grekę równie dobrze jak mechanikę kwantową, swobodnie poruszający się w problematyce matematycznej i fizycznej, jeden z nielicznych Polaków wtajemniczony w arkana fizyki jądrowej, do tego obdarzony dużym towarzyskim urokiem, także z perspektywy późniejszej bogatej historii Stawiska był Ludwik Wertenstein jedną z najbardziej interesujących osób, jakie zjawiły się pod tym dachem. Profesor i jego dwudziestodwuletnia córka Wanda znaleźli się w towarzyskiej orbicie domu Iwaszkiewiczów. Znakomitą płaszczyzną porozumienia okazały się zainteresowania naukami ścisłymi Anny Iwaszkiewiczowej. Wanda Wertenstein weszła na specjalnych prawach „starszej siostry” w krąg stawiskowskiej młodzieży. Równie doskonale zaaklimatyzowała się w nim siostrzenica profesora, Aniela Kottówna, siostra przedwojennego młodego krytyka literackiego, a w przyszłości wybitnego literaturoznawcy Jana Kotta.

Wanda Wertenstein prowadziła w tamtym okresie dość pensjonarski dziennik, który daje jednak pojęcie o gościach i domownikach Stawiska, przynosząc również interesujące charakterystyki samych gospodarzy. A więc Jarosław („wielbię jego urodę i wszystko, ciekawe, co by było, gdyby mnie pocałował”[44]). Jego żona („inteligentna, żywa, choć nieco zwariowana”[45]). Rozbitek z poprzedniego życia gospodarza, Jerzy Mieczysław Rytard („strasznie dziwny i głupi”[46], „chwilami niepozbawiony wdzięku, ale przy tym jest zupełnie wykolejony”[47]). Wspomniani Le Louët („bardzo nudny i nadęty”[48]), Jadwiga Śliwińska („bardzo ładna, wysoka, siwa, dość tęga, choć proporcjonalna, nieco pomalowana”[49]), Jan Iwański („czarujący człowiek, który z humorem i talentem opowiadał swe straszne i niezwykłe przeżycia”[50]). Małżeństwo Łempickich: przyjaciółka Anny Iwaszkiewiczowej Irena („ładna, wielka, gruba, elegancka – jest mądra i rozsądna i ma dużo wdzięku, którym pokrywa braki intelektu”[51]), jej mąż Tadeusz („bardzo przystojny, cudownie ubrany, błyskotliwy, dowcipny, szalenie inteligentny, uroczy, cichy, milczący[52]”) oraz córka Leonia Malinowska („jest podobno bardzo głupia, ale robi nie najgorsze wrażenie. Dużo czyta i zna dobrze języki[53]”). W domu Iwaszkiewiczów mieszkały jeszcze Aniela Pilawitzowa i Maria Miaskowska, które jakoś umknęły uwagi dwudziestoletniej Wandy, w kręgu zaś domowników znajdowały się także zamieszkujące w pobliżu dwie siostry pisarza: Helena i Jadwiga.

Na Stawisku przyjęto wówczas zasadę, która panować tam będzie do końca wojny, a którą zamknąć można w formule: „wszystko zwyczajnie”. Oaza normalności. Arka nad otchłanią. „Myślę, że najbardziej istotną cechą tego domu było to, że nie wystawiał nic na pokaz, że trwał i kontynuował swoje codzienne życie jak gdyby nigdy nic” – napisał po latach Iwaszkiewicz[54]. Tak więc gospodarz co rano witał domowników starannie ogolony, ubrany w kolorowy jedwabny szlafrok i turecki fez. Spożywano skromne śniadanie. Obiad Władysław Kuświk podawał punktualnie o trzynastej, oznajmiając ów fakt dźwiękiem gongu. „Duży stół w jadalni pokrywano pięknym obrusem, na którym rozmieszczano jak najściślej zastawę z porcelany i sreber, żeby wokół siąść mogło najwięcej biesiadników, rozsadzonych podług wieku i urzędu, po czym z kuchni wynoszono czasem tylko zsiadłe mleko i kartofle, ale podane z widomą elegancją, jak na uroczystym przyjęciu”[55]. Wieczorami czytano i dyskutowano, odbywały się kameralne koncerty. Najczęściej po prostu grano w brydża, niekiedy – z przerwą na kolację – do późnych godzin nocnych.

W Warszawie tymczasem znaleźli się już wszyscy, którzy chcieli doczekać końca wojny w tym mieście. Środowisko literackie nie było liczne. „Na przełomie 1939/1940 nie było jeszcze zdania, w jakim kierunku iść. Ratować to, co jeszcze pozostało, i budować życie czasów wojny dookoła instytucji tolerowanych przez Niemców, czy też wycofać się w wegetatywne zacisze albo zejść w świat podziemnego spisku?” – pisał o ówczesnych pisarskich dylematach Ferdynand Goetel[56]. Żywot niewielu oficjalnych instytucji prowadzonych przez osoby cieszące się publicznym zaufaniem został jednak dramatycznie zakończony w momencie ich aresztowania.

Domownicy i goście Stawiska (1942)

Już w październiku 1939 roku pojawiły się niemieckie zarządzenia zakazujące jakichkolwiek publikacji bez zezwolenia Wydziału Propagandy Okręgu Warszawskiego Generalnego Gubernatorstwa. Otwarto kolaboracyjny polskojęzyczny dziennik „Nowy Kurier Ilustrowany” i założono spółkę wydawniczą pod nazwą Wydawnictwo Polskie. Latem 1940 roku zainicjowano oficjalną rejestrację przedstawicieli zawodów artystycznych, przede wszystkim pisarzy, dziennikarzy i aktorów, nazwa zaś wskazanego im jako miejsce rejestracji Urzędu Propagandy nasuwała uzasadnione podejrzenia co do celu, w jakim podejmuje się te kroki. 18 sierpnia 1940 roku Hans Frank podpisał odpowiednie rozporządzenie, wchodzące w życie 1 września, którego termin wykonania mijał z końcem miesiąca, zaś niezarejestrowanie groziło „pozbawieniem możliwości zawodowej”[57]. Jednocześnie utworzono Urząd Pracy w Warszawie i zarządzono konieczność rejestracji wszystkich bezrobotnych mężczyzn zdolnych do pracy. Zaświadczenie o zatrudnieniu, równoznaczne w oczach władz niemieckich ze świadectwem moralności i społecznej przydatności, stało się dokumentem mogącym zapewnić na tym etapie względną ochronę. Tak więc rejestracja w charakterze literata stabilizowała sytuację życiową i dawała szansę otrzymania bezpiecznego dokumentu. W środowisku zapanowała konsternacja. Niektórzy przedstawiciele byłego Związku Zawodowego Literatów Polskich, z jego przedwojennym prezesem Ferdynandem Goetlem, uznali, że rejestracja nie jest niczym nagannym, przeciwnie, będzie krokiem do odbudowania namiastki środowiskowej więzi i pisarze powinni mieć w tej sprawie wolny wybór. Z ewentualności tej skorzystało kilkadziesiąt osób. Powstające struktury przyszłego państwa podziemnego wydały z kolei jednoznaczny zakaz rejestracji, kolportowany przez pisma podziemne. Większość pisarzy zdecydowała opracować alternatywną wobec artystycznego zawodu życiową taktykę, widząc zalety oficjalnego świadectwa pracy, jednakże nie w zawodzie literata. Pisał Jerzy Andrzejewski: „Jedni poszli na posady, które zapewniały «ausweis z wroną», drudzy wyprzedawali się, a jeszcze inni nurkowali w dorywcze, najdziwniejsze interesy, odkrywając w sobie nieoczekiwane całkiem uzdolnienia”[58]. Zofia Nałkowska otworzyła sklep tytoniowy. Jerzy Zagórski handlował złotem i walutą. Andrzejewski sprzedawał książki w barze Pod Kogutkiem. Popularnym pisarskim zawodem stała się właśnie sprzedaż książek i rozmaite „kramiki literackie” prowadzone w kawiarniach, których personel stanowili przedwojenni aktorzy, muzycy bądź sportowcy, klientelę zaś tworząca się okupacyjna klasa średnia. „Aktorzy zostali kelnerami, kelnerzy – dyrektorami firm, malarze – spekulantami, kombinatorzy – literatami” – pisał o wojennych społecznych hierarchiach Janusz Minkiewicz[59].

Iwaszkiewicz był jednym z pisarzy, którzy nie zamierzali poddać się rejestracji i kontynuować oficjalnej działalności literackiej. Zresztą wystąpienie w innej roli nieoczekiwanie ułatwiał fakt, że ktoś taki jak Jarosław Iwaszkiewicz urzędowo nie istniał i pisarz we wszystkich dokumentach występował pod imieniem Leon. W archiwum Stawiska zachowała się zielona legitymacja Leona Jarosława Iwaszkiewicza o numerze 1743, wystawiona 25 marca 1941 roku, poświadczająca, że jej okaziciel jest członkiem Związku Ogrodniczego Guberni Generalnej, Działu Warzywnictwa Okręgu Warszawskiego. Ważność dokumentu pisarz systematycznie przedłużał aż do 31 marca 1945 roku. (Ostatni stempel postawiono na nim 28 lutego 1944). Gospodarstwo Ogrodnicze „Stawisko” stało się jego oficjalnym miejscem pracy i źródłem dochodu. Gabinet na piętrze nazywało się „kancelarią”, zaś jego właściciel myślał o swoim oficjalnym zawodzie jak o zajęciu, które pozwala włączyć się w rytm natury, odsuwając nieco rzeczywistość historii, a w każdym razie nadając jej inny wymiar. Gdy przypominał sobie Szymanowskiego w Elizawetgradzie okresu wojny domowej, w gabinecie pełnym otwartych książek, wiedział, że jest to forma godna wielkiego artysty, ale nie do końca widział siebie w tej roli. Wolał dbać, aby ziemia nie stała odłogiem, nie zmarniały kwiaty i owocowe drzewa, by przetrwały, dając plon także dla następnych pokoleń. W pierwszym tomie Sławy i chwały bohater powieści zaszywa się w podwarszawskim Komorowie, zajmując się gospodarowaniem w ogrodniczym folwarku. Deseń świeżo posadzonych owocowych drzewek, przypominający wzór angielskiego pledu, ciepły zapach ziemi i roślin w podgrzewanej chrustem oranżerii – opisy gospodarstwa ogrodniczego w Komorowie – mówią o sensie odnajdowanym w codziennej prostej pracy, która przekonuje o tym, że świat toczy się odwieczną właściwą koleją. Artysta stawał się ogrodnikiem, a ogrodnik filozofem i artystą.

Wojenne warunki sprawiły, że solidną mieszczańską profesję znalazła dla siebie również Anna Iwaszkiewiczowa. Stała się bowiem administratorką założonego w Stawisku „pensjonatu”. Nie było to przedsięwzięcie udane z punktu widzenia komercyjnego, bo pensjonat pokrywał z trudem koszt utrzymania gości, ale dawał wystarczającą przykrywkę dla obecności w domu tak wielu osób, usprawiedliwiał życie towarzyskie i artystyczne, jakie się w nim toczyło, przemieniając je w oczach okupantów w zabawę znudzonych warszawiaków wczasujących w mieście-ogrodzie. Niekiedy formuła „odpoczynek” zyskiwała przy tym specjalne wojenne znaczenie. Było tak w przypadku Poli Gojawiczyńskiej, która trafiła na Stawisko latem 1943 roku, po kilkumiesięcznym pobycie w kobiecym oddziale więzienia na Pawiaku. Okres ten bardzo nadszarpnął zdrowie pisarki. W domu Iwaszkiewiczów spędzała dni, przeważnie leżąc, zaczęła po pewnym czasie pisać powieść Krata poświęconą swym więziennym doświadczeniom, ale przede wszystkim stworzyła coś w rodzaju jednoosobowego towarzyskiego ośrodka. Gospodarze chętnie zaglądali do przytulnego i ciepłego „pokoiku Poli”, która w wielogodzinnych rozmowach potrafiła okazać im zrozumienie i wsparcie.

Wróćmy jednak do pierwszych okupacyjnych miesięcy. Konieczność zabiegów o chleb powszedni sprawiła paradoksalnie, że pisarze, aktywni w rozmaitych zawodach, stali się grupą skonsolidowaną. Przedwojenne animozje straciły na ważności, zawiązały się relacje prawdziwie cechowe. Podjęto pierwsze próby organizowania koleżeńskiej samopomocy, tanie obiady zaś w stołówkach prowadzonych przez żony prominentnych przedwojennych literatów były przykładem tego, co w pierwszych wojennych miesiącach można było zrobić w dziedzinie polskiej kultury.

Sprawdzianem konsolidacji środowiska stała się pomoc twórcom znajdującym się w najtrudniejszym położeniu. Nie było wśród nich wówczas prawdopodobnie nikogo bardziej potrzebującego wsparcia niż Kazimierz Przerwa-Tetmajer. Postać najwybitniejszego obok Staffa poety Młodej Polski od kilkunastu lat była przedmiotem warszawskich kawiarnianych plotek. Widywano go na ulicach stolicy zaniedbanego, w nasuniętym głęboko kapeluszu. Starość miał ciężką, cierpiał na fizyczne i psychiczne dolegliwości na podłożu dawnej choroby wenerycznej. Osiadł w stolicy, niedaleko literackich kawiarni, z nieślubnym synem, którego adoptował i wychował, a który – uzależniony od alkoholu – eksploatował schorowanego i pogrążającego się coraz głębiej w obłędzie ojca. Właściciel Hotelu Europejskiego zapewnił obu dożywotnie mieszkanie i utrzymanie, zaś rada miejska Bydgoszczy wspomagała poetę stałym pieniężnym zasiłkiem. Pierwszy odszedł syn, na skutek zatrucia spirytusem, przypominającego samobójstwo. Od tego czasu upadek umysłowy poety został jeszcze przyspieszony, niedołężność fizyczną zaś pogłębiła narastająca ślepota. Gdy Niemcy wkroczyli do Warszawy, hotel zarekwirowano i obłożnie już wtedy chory rezydent wylądował na bruku. Przytulisko znalazł w pobliskim Szpitalu Dzieciątka Jezus, nie przeżył w nim jednak pierwszej wojennej zimy. Organizacją pogrzebu Tetmajera zajął się dyrektor szpitala dr Konrad Okolski, który zwrócił się o pomoc finansową do prezesa Związku Zawodowego Literatów Polskich Ferdynanda Goetla. „Spotkał się z oschłym przyjęciem” – relacjonuje Lesław M. Bartelski. „Prawdopodobnie niewiele [go] obchodził zapomniany przez środowisko pisarskie, na wpół oślepły i obłąkany Tetmajer. Ale zetknąwszy się z Jarosławem Iwaszkiewiczem w Salonie Sztuki Garlińskiego na ul. Mazowieckiej, [Goetel] powtórzył mu wiadomość. Iwaszkiewicz zamierzał kupić dywan, nie chciał bowiem trzymać pieniędzy w domu. Dowiedziawszy się od Goetla, że nie ma za co pochować zmarłego, przekazał mu pewną sumę, zdaje się 2000 złotych, z przeznaczeniem na pogrzeb”[60]. Fakt finansowego wsparcia pochówku „przeklętego poety” potwierdzał także sam Iwaszkiewicz, pisząc po latach dyskretnie: „Po południu dnia 18 stycznia 1940 r., to znaczy w dniu śmierci Tetmajera, w sklepie meblowym i antykwarycznym przy ulicy Mazowieckiej [...] byłem świadkiem rozmowy pomiędzy ówczesnym prezesem Pen Clubu, Ferdynandem Goetlem, a innym, dziś bardziej znanym niż wówczas literatem. Na powiedzenie Goetla, że rankiem tym zmarł Tetmajer i nie ma go za co pochować, ów literat wręczył Goetlowi sporą sumę pieniędzy przeznaczoną na pogrzeb poety”[61]. Tetmajera pochowano 21 stycznia 1940 roku, składając ciało w grobie syna. Z prominentnych literatów na cmentarzu zjawili się Juliusz Kaden-Bandrowski i Wacław Rogowicz, reprezentujący Pen Club. Zwracała uwagę obecność doktora Janusza Korczaka, ubranego w wojskowy płaszcz z odprutymi dystynkcjami oraz licznej młodzieży. Przyszli dwaj synowie Kadena, syn doktora Okolskiego, uczniowie Gimnazjum Batorego z Krzysztofem Kamilem Baczyńskim, Janem Bytnarem, Tadeuszem Zawadzkim, Aleksym Dawidowskim oraz Andrzejem Romockim – przyszłymi żołnierzami „Zośki”.

Normalizacja życia pod okupacją stawała przed jeszcze jednym zagadnieniem: problemem edukacji. Szkoły na poziomie gimnazjalnym i zawodowym zostały otwarte, choć zakazano w nich nauczania historii, geografii i literatury. Pod szyldem szkoły krawieckiej uruchomiono Gimnazjum Kowalczykówny i Jawurkówny, do którego zaczęła uczęszczać Maria Iwaszkiewicz, mieszkając na stancji u krewnych. Jej naukę przerwało jednak ciężkie zapalenie płuc, które wymagało kilkumiesięcznego leczenia w szpitalu, i po chorobie do szkoły już nie wróciła. Zdecydowano się rozpocząć na Stawisku prywatne lekcje.

„Codziennie o stałych godzinach rozstawiało się stolik w gabinecie. Miałyśmy zadawane lektury, wypracowania” – wspomina Maria Iwaszkiewicz[62]. Uczennice były trzy: Maria Iwaszkiewicz, Aniela Kottówna i Basia Meysztowiczówna, program zaś oparto na materiale IV klasy gimnazjum. Szczególny nacisk położono na przedmioty „zakazane”. Iwaszkiewicz wrócił dzięki temu do profesji swej młodości, a kadra pedagogiczna i słuchacze odnajdowali sens dni mijających jeszcze wówczas na oczekiwaniu wyzwolenia przez aliantów. Oprócz gospodarza filarem kompletów stał się profesor Wertenstein, uczący matematyki, fizyki i chemii. Nieco później wykłady na Stawisku rozpoczął ukrywający się w Podkowie Leśnej wybitny historyk Marceli Handelsman, inicjator powstania Instytutu Historii Uniwersytetu Warszawskiego. Młode pokolenie pedagogów stanowiła Wanda Wertenstein (ucząca języka angielskiego) i mieszkający w Milanówku osiemnastoletni Karol Małcużyński, późniejszy dziennikarz, brat wybitnego pianisty, który uczył dziewczynki geografii. Nauczanie języka francuskiego wzięła na siebie Anna Iwaszkiewiczowa. („Czytała nam Moliera, co nas śmiertelnie nudziło” – pamięta jej starsza córka[63]). Profesora Wertensteina zastąpiła z czasem Aniela Nowicka, która uczyła dziewczynki aż do matury. (Tak zwaną małą maturę Maria Iwaszkiewicz i Barbara Meysztowiczówna zdały wiosną 1940 roku na pensji panny Plater). W 1941 roku do grona pedagogicznego dołączył Roman Kołoniecki, który prowadził lekcje łaciny, uczył również języka polskiego młodszą córkę pisarza.

Zdecydowano się wykorzystać obecność na Stawisku wybitnych uczonych, prosząc ich o sobotnie wykłady dla dorosłych słuchaczy. Ludwik Wertenstein wygłaszał pogadanki o teorii fizyki, promieniotwórczości i radzie. „Dla garstki zebranych w leśnym ukryciu ludzi ten wspaniały uczony roztaczał skarby swej wiedzy, wskazując na sprawy nieprzemijające. I nie wiem, co bardziej trzeba było tu podziwiać, czy jego wiedzę, czy jego ludzką postawę – prawie heroiczną – która mu pomagała osiągnąć tak wysokie mniemanie powinności człowieka” – wspomni te odczyty Iwaszkiewicz[64].

Gospodarz występował w dwóch rolach: jako pisarz i muzyk. Koncert, który odbył się na Stawisku 30 marca 1940 roku, w sposób następujący odnotowała Wanda Wertenstein: „Pod wieczór poszliśmy z Ojcem do Stawiska i Iwaszkiewicz grał nam Bacha. Najpierw kilka wesołych drobiazgów (polonez, marsz itp.), potem najklasyczniejszą fugę i preludium, wreszcie dwa chorały religijne – żałobny i radosny. Program był wybrany bardzo umiejętnie i wykonany doskonale. Była to wielka przyjemność”[65].

Odczyty literackie wygłaszał na Stawisku Jerzy Andrzejewski. Niekiedy z powodów praktycznych wykłady łączono, jak w sobotę 5 sierpnia 1940 roku, który to dzień cytowana Wanda Wertenstein opisywała w sposób następujący: „Ojciec miał pogadankę o promieniach kosmicznych (drugą – pierwsza była w końcu lipca). Było sporo osób. Jarosław mówił o współczesnej poezji polskiej, doskonale, głęboko, szeroko i czytał cudowne wiersze: dwa Napierskiego, po jednym Karpińskiego, Lieberta i Miłosza (który zresztą był właśnie, świeżo powróciwszy z Wilna). Po przemówieniu Jarosława Miłosz deklamował trzy przedśmiertne wiersze Karpińskiego”[66].

Pewne lipcowe popołudnie 1942 roku na Stawisku Jerzy Andrzejewski określał potem mianem swego największego muzycznego przeżycia. „W dużym salonie na parterze – pisał – grane były cztery kwartety: Mozarta, Debussy’ego, Ravela i Szymanowskiego, na pewno grała Eugenia Umińska i Roman Padlewski, który zginął potem w powstaniu, chyba Trzonek i już nie pamiętam, czy Kazimierz Wiłkomirski, czy nie on. Na ulicach łapano nas w sieć obław, jak wściekłe psy. Rozstrzeliwano pod murami przypadkowych domów. Ale myśmy tam wtedy, w Stawisku, żyli, i to była muzyka!”[67]. „To był chyba najszczęśliwszy dzień czasów okupacji” – zanotował Iwaszkiewicz nazajutrz po koncercie, po latach zaś, we wstępie do Wspomnień uczestniczącego jednak w koncercie Kazimierza Wiłkomirskiego, napisze: „pamiętam nastrój, pamiętam program cudowny i obfity, który wykonali, pamiętam nawet osobliwe wina, którymi ich częstowałem, a których dostarczył mi Antoni Bohdziewicz, podówczas barman w wykwintnej restauracji Adria, pamiętam, jak odprowadzałem artystów do kolejki, rozmawiając z altowiolistą Trzonkiem, który w parę tygodni potem miał zginąć rozstrzelany na ulicy”[68].

Jarosław Iwaszkiewicz, Andrzej Panufnik i Witold Lutosławski (1942)

Zofia Nałkowska, pisząc w Dziennikach o pobycie „w Warszawie straszliwej, gdzie latają kule na ulicach”, wspominała gościnę w domu Iwaszkiewiczów: „Rozległe, świetne wnętrze, wykwintne nakrycie i dania, grzeczna pani domu, niewątpliwie interesujący pan. Udane rozmowy – min[ister], stary wielkopański meloman, kiedyś przyjaciel Szymanowskiego [...]. Bardzo piękny kot”[69]. Widok Stawiska stawał się dla przybyszów zjawiskiem egzotycznym. W oczach jednych napawającym otuchą i dającym dystans wobec rzeczywistości, dla innych nieco dwuznacznym i pretensjonalnym. Nie przypadkiem we wspomnieniach status majątku pisarza znacznie przewyższa jego faktyczny poziom. Karol Irzykowski, pisząc w dzienniku pod datą 8 sierpnia 1940 roku o swej wizycie na Stawisku, rozpoczyna opowieść zdaniem: „Byłem na fajfie w pałacyku Iwaszkiewicza”[70], podkreślając dystans do rodzaju spotkania, do miejsca, w którym się odbyło, w końcu i dystans wobec jego gospodarza. Pisze dalej: „Przed pałacykiem wielkie półkole w połowie zasiane żytem, w tyle w tle ściana lasu. Na biurku Iwaszkiewicza w rogu prawym Pismo Święte. [...] Czytał coś o Napoleonie. Mnóstwo rogów w holu, niedźwiedź wypchany wita gości z tacą, na której się składa zapewne bilety. Gospodarz pali fajeczkę, chyba niezbyt lekką, bo obciąża ją jeździec brązowy”[71].

Myśliwskie trofea Lilpopów i „gospodarz” jakby dostosowujący się do mieszczańskiego charakteru wnętrza „pałacyku”, palący fantastyczną niewygodną fajkę, żyjący na wysokiej stopie (kilka zdań wcześniej opowieść o białych krukach z biblioteki Hansa Effenbergera-Śliwińskiego Irzykowski kończy niepozbawionym zazdrości stwierdzeniem, że bibliotekę kupił Iwaszkiewicz[72]), w ubogich kolegach po piórze wywoływać mógł mieszane uczucia. Dopiero z perspektywy lat wojenne Stawisko zyskiwało jednoznaczny wizerunek, stając się rodzajem cieplarnianej oranżerii, oazy, obdarzanej zresztą w tych wspomnieniach nadal cechami, których mu nie stawało: ciepłem właśnie, bogactwem, przestronnością. „Breza ma słuszność, że jest w tym dużym, jasnym, ciepłym domu coś z Nohant, coś z Jasnej Polany” – stwierdzała przywoływana Zofia Nałkowska[73].

Sam Iwaszkiewicz, gdy po latach okres wojny spowiła martyrologiczna legenda, czuł się w obowiązku tłumaczenia owego stylu. „Był to czas, kiedy z łapanki szło się na koncert, po dyskusji o poezji skamandrytów dostawało się na Pawiak, a na wieczorze poetyckim widziało się młode twarze, które w parę dni później zniknęły na zawsze. [...] Owe czytanie wierszy, chodzenie na koncerty – a często i na pogawędkę przy wódce [...] były szukaniem nie tylko narkotyku, ale i lepszych, istotniejszych stron człowieka, co do którego od czasu do czasu ogarniało zupełne rozczarowanie”[74].

Ważnym budulcem wojennego „życia na wyspach” były książki. „Przypominam sobie Pana Tadeusza [...]. – To tak odrywa człowieka od rzeczywistości...” – mówi o swoich lekturach jedna z postaci Wielkiego Tygodnia Jerzego Andrzejewskiego[75]. Mickiewiczowską epopeję orazWojnę i pokój Lwa Tołstoja nazywał Iwaszkiewicz „ogólną lekturą całego społeczeństwa polskiego podczas wojny”[76]. Czytanie stało się dlań w tej epoce rodzajem nałogu, ucieczką przed rzeczywistością, przed obowiązkami gospodarza i zatrudnieniami ogrodnika, przed wyzwaniem twórczości, które w nowych warunkach okazywało się trudniejsze niż kiedykolwiek. Nurt beletrystycznej prozy oferował podróż do źródeł pisarskiego powołania, przypominał o sensie samego aktu opowieści, który był nadawaniem światu uporządkowanej, celowej struktury. Jesienią 1941 roku, gdy – jak możemy się domyślać – opadła już lekturowa fala, w następujący sposób opisywał kolejne etapy tego doświadczenia. „Gdzieś w październiku zacząłem czytać Pana Tadeusza. I powiedziałem sobie, że naród, który ma takie dzieło, nie może zginąć. Odtąd zaczęło się moje odrodzenie”[77]. „W 1939 nie czytałem nic oprócz Pana Tadeusza. Ogarnęło mnie odrętwienie zupełne. Dopiero w styczniu 1940 roku wziąłem się, i to od razu, do Tysiąca i jednej nocy. Odwaliłem wszystkie osiem tomów systematycznie jeden za drugim. [...] Po Tysiącu i jednej nocy przyszły takie lektury jak za najszczęśliwszych lat młodości, kiedy miałem piętnaście – szesnaście lat. Czytanie wszystkiego całymi seriami, olbrzymimi całościami. Więc naprzód Stendhal w całości [...]. Potem Flaubert [...]. Potem znowu cały Dostojewski; Wojna i pokój dwa razy z rzędu, Anna Karenina, Zmartwychwstanie. Calutki Turgieniew [...]. Cały Czechow. [...] Wszystkie wydane po polsku tomy Cichego Donu, wreszcie pięć dni, nie wychodząc z gabinetu: trzy tomy Krystyny córki Lawransa i czteryOlafa syna Auduna. W przerwach między tymi wielkimi falami – po tomie Conrada. [...] Jednym słowem: tylko epika, coś, co można tak przeżyć jak Wojnę i pokój, wrosnąć w inny świat, jakiż bogaty, jaki szeroki, jak bardzo różny od tego, co się ma teraz na co dzień. Więc mimo wszystko ucieczka od rzeczywistości? Chyba, bo ta rzeczywistość tak straszna, a przy tym koszmarnie nudna. Tego pojąć nie mogę, że jest tak monotonnie mimo wszystkich okropności”[78]. Ucieczka – oczywiście, ale także próba wypełnienia wewnętrznej pustki „w głowie i w sercu”, na którą skarżył się Iwaszkiewicz w liście do Stanisława Piętaka, pisząc w następnym zdaniu o lekturze Turgieniewa, uświadamianiu sobie własnych powinowactw z Rosjaninem i projekcie (niezrealizowanym) tłumaczenia jego nowel[79]. Efekt był taki, że Zofia Nałkowska, obdarowana przez pisarza i ogrodnika w jednej osobie bukietem goździków, nazwie ich ofiarodawcę „świetnym i nieubogim kolegą, żyjącym swe życie nieomal jak dawniej [...]. Książki, twórczość, myśl”[80].

Ars Poetica

Iwaszkiewicz był więc domowym nauczycielem, prowadził z powodzeniem gospodarstwo ogrodnicze i coś na wzór pensjonatu dla znajomych i krewnych, organizował na własną skalę życie intelektualne i kulturalne, ustanawiał życiowe rekordy lektury. Wydawało się, że na twórczość literacką brakuje w tym ciągu aktywności czasu i zapału. W najgorszych okresach osobistych tragedii uciekał w sztukę. Po doświadczeniach września i kolejnych polskich miesięcy okazało się to znacznie trudniejsze. „Czasami zdarzenia swą brutalną realnością zabijają rzeczywistość sztuki” – stwierdzał później w opowiadaniu Koronki weneckie II. „Świat narzuca się zbyt natarczywie i rozdziera tkaninę naszej myśli jak delikatne, nadto delikatne koronki. Życie wydaje się zbyt przeraźliwe, aby służyć za model sztuce”[1].

Wiersze stawały się zapisem bezsilności. Nie tej egzystencjalnej, z którą było im zawsze do twarzy, lecz prozaicznej – odrazy do rzeczywistości. Zaraz po powrocie na Stawisko spróbował wrócić do poezji wspominanym już cyklem sześciu utworów pod wspólnym tytułem Wenecja, kończąc go 24 października 1939 roku. Dzień później sięgnął do powieści Sława i chwała, którą obmyślił rok wcześniej w drodze powrotnej z Sycylii. Stawiając w rękopisie datę 25 października 1939[2], rozpoczął jej pierwszy rozdział, zatytułowany Miłość ukryta, lecz krok ten okazał się wówczas przedwczesny i zniechęcił do prób ucieczki we własną sztukę. Na biurku leżały rozpoczęte utwory: eseistyczna książka o Sycylii, fabularyzowana Podróż po Ukrainie, początek wspomnień o Tymoszówce. W prozie beletrystycznej rywalizowały ze sobą potężnie rozplanowana Sława i chwała i pokusa odtworzenia tajemniczej trzeciej części powieściowej trylogii – utworu o upadku Rzymu. Włochy rywalizowały z Ukrainą, podróż do Daszowa z podróżą do Palermo, Rzym z Tymoszówką. Wszystkie jednakowo bliskie i niedostępne, leżące w krajach sojuszniczych okupanta i w świecie osobistej przeszłości.

Z projektami tymi konkurowały bodźce dostarczane przez rzeczywistość oraz poczucie pewnej niestosowności twórczości. Milczenie mogło się wydawać najstosowniejszą reakcją muzy. W liście do Stanisława Piętaka z czerwca 1941 roku Iwaszkiewicz donosił więc, że „nie wie sam, jak się pióro w ręku trzyma” i „odzwyczaił się od pisania”[3]. Gdy już, jak rzecz ujmował, „zaczął znowu pisać”, wspominał o przeszło dwuletniej pauzie, myśląc o jesieni 1939, całym 1940 i większej części 1941 roku[4]. Na szczęście nie była to prawda, a ściślej mówiąc, owa pauza dotyczyła tylko 1940.

W pierwszym roku wojny jego aktywność literacka została niemal wygaszona. Zamknięcie w Stawisku, wśród spraw gospodarstwa, nauki córek, konspiracyjnego salonu literackiego, jakim dom stawał się w niedziele, nie służyło przyzwyczajonemu do aktywności i podróży pisarzowi. Ciśnienie okupacyjnej rzeczywistości sprawiało, że nie mógł to być również odpoczynek. Dlatego właśnie jako próbę wyrwania z twórczej apatii należy traktować wyprawę do Kazimierza Dolnego, którą podjął w październiku 1940 roku w towarzystwie Jerzego Andrzejewskiego. Zasługiwała ona rzeczywiście na miano „wyprawy”, gdyż przyjaciele wybrali się do miasta drogą wodną, na pokładzie niewielkiej wiślanej barki, i podróż ta trwała przeszło dobę. O terapeutycznym znaczeniu wycieczki wiele mówi sam fakt, że jej obszerny dziennikowy opis sąsiaduje w dzienniku Iwaszkiewicza z dwoma tylko wpisami dokonanymi w 1940 roku: notatką o jednej z pierwszych łapanek, której ofiary trafiły do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, oraz informacją o zdobyciu przez hitlerowców Francji.

W Kazimierzu pisarz zamieszkał w willi malarza Antoniego Michalaka i prowincjonalny urok nadwiślańskiego miasteczka sprawił, że zanotowane wówczas refleksje poświęcił problemowi stylu polskiego, specyfice istniejącej przecież Polski, jej krajobrazu, obrazu życia. Na jeden słoneczny tydzień października wszystko, co działo się poza nadwiślańskim miasteczkiem, zyskało status nierealności. „Podróż «okrętem» do Kazimierza wśród wojennego strachu, Wisła wtedy, rozmowy u Antka Michalaka [...] to są rzeczy na całe życie” – wspominał w 1977 roku w liście do towarzysza tej wyprawy[5]. Opuszczając miasteczko 13 października, napisał wiersz Do A.M. na odjezdnym z Kazimierza – niezbyt udany, zachowany wśród korespondencji z adresatem utworu, lecz zapowiadający, że jego autor znów weźmie pióro do ręki. O terapeutycznej roli wycieczki donosił też w liście do Stanisława Piętaka: „wyjazd do Kazimierza dał mi tylko oskomę jakiegoś prawdziwego wyjazdu i zawieszenia w próżni, gdzie można by było zostać sam na sam ze swoimi ideami artystycznymi” – pisał. „Niestety, świat teraz się nie interesuje żadnymi artyzmami i krwawi, i walczy – a my z pokolenia estetycznego staliśmy się pokoleniem tragicznym”[6].

Miasto nad Wisłą będzie okupacyjnym schronieniem Iwaszkiewicza. Zawsze krótkotrwałym, naznaczonym niepokojem o drogę i osoby pozostawione w domu. I tak latem 1941 roku odwiedził Kazimierz dwukrotnie – pierwszy raz w towarzystwie córki Teresy, za drugim pobytem brał udział w ślubie Antoniego Michalaka, wspierając pana młodego w jego organizacji. Po raz czwarty pojedzie tam w czerwcu 1942 roku w towarzystwie Wandy Telakowskiej i młodego architekta Tadeusza Zielińskiego.

Wróćmy jednak na Stawisko po wyjeździe pierwszym. Kiedy osłabła fala lektury, a czytelnik poczuł się nasycony i zapragnął powrócić do własnej twórczości – wybór padł na prozę wspomnieniową. Wiek pisarza (Iwaszkiewicz miał czterdzieści siedem lat) nie upoważniał do sumowania życiowych doświadczeń, jakim siłą rzeczy byłby tom wspomnień. Toteż w pierwszych dniach 1941 roku, kreśląc wstęp do memuarystycznego utworu, tłumaczył swój zamiar nie tyle przed czytelnikiem (trudno było wówczas myśleć o nim), ile przed sobą samym. Pisał: „Moment obecny, zarówno zewnętrzny, jak i wewnętrzny, nadaje się – zdaniem moim – do rozpoczęcia pisania wspomnień. Zewnętrznie zdajemy się być oddzieleni od minionych epok kataklizmami, które niedawne czasy przemieniają w odległą historię. Osobiście zaś znajduję się w momencie życia, kiedy pamięć jeszcze dopisuje znakomicie, a już odczuwać poczynam możliwości jak gdyby jej zanikania – a jednocześnie niejakie skupienie i cofnięcie się w głąb pozwala w tym płynnym materiale życiowym odróżnić pewne zakończone epoki, nadające się do kształtowania w perspektywie lat artystycznie wykończonych jednostek”[7]. Dalej następują stronice zapisane równym, drobnym pismem, niemal bez poprawek, z dwoma tylko momentami, w których autor zostawia w rękopisie ślad rzeczywistości. Rozdział o śmierci matki datuje 8 XII 1942. (Później wycofał go z książki ze względu na zbyt osobisty charakter i po raz pierwszy opublikowano go w aneksie wydania z 1994 roku). Można przypuszczać, że jest to moment zakończenia zasadniczego zrębu tekstu. Pod kompletną wersją rękopisu stawia już tylko rok: 1943, stwierdzając w ten sposób, że Książka moich wspomnień została skończona[8].

Jarosław Iwaszkiewicz z Jerzym Andrzejewskim, Wandą Telakowską i Antonim Michalakiem w Kazimierzu

Dziś, gdy utwór traktuje się jak jedno z największych osiągnięć artystycznych Iwaszkiewicza, zatarły się już paradoksalne wymiary tego dzieła. Pierwszym paradoksem był wspomniany fakt, że czterdziestoletni autor, daleki od wieku sumowania dokonań i doświadczeń, sięgnął po formę literacką memuarów. Drugi paradoks to fakt, że utwór, który nie może zostać opublikowany i nie wiadomo, czy w ogóle ujrzy światło dzienne, określa się w tytule mianem książki. I w końcu sam akt twórczy w otaczających pisarza warunkach zdawał się aktem paradoksalnym – nieoczekiwanym, nieprawdopodobnym, obcym rzeczywistości. To, że Iwaszkiewicz podjął go z takim rozmachem, koncentracją wewnętrzną i osiągnął tak znakomity efekt, zawdzięczał żywiołowi biografii i wyznania, które zawsze były dla niego niewyczerpanym rezerwuarem literackim, a namysł nad własnym i cudzym życiem jedną z głównych racji twórczości.

Opisując świat podwójnie umarły – dzieciństwo i młodość na „skradzionej ziemi” oraz wiek męski, który przypadł na tragicznie zakończoną epokę – Iwaszkiewicz jednocześnie uciekał w kraj lat dziecinnych i odprawiał mu obrzęd literackiego pogrzebu. Poza kilkoma momentami, w których wspomina o ostatnich chwilach opisywanego świata, a które można łatwo przeoczyć w bogactwie wywoływanych z pamięci szczegółów, jest to utwór o wiecznym teraz, o wyrywaniu się czasu ku trwaniu i o umiejętności trwania. Znakomitą intuicję na temat Książki moich wspomnień zanotował monografista pisarza Andrzej Zawada, łącząc dzieło Iwaszkiewicza z współczesnym mu poetyckim cyklem Miłosza Świat. Poema naiwne i nazywając je wręcz prozatorskim jego odpowiednikiem. „Jak Miłoszowskie «poema naiwne» jest poetyckim odbudowywaniem metafizycznego, przedustawnego porządku, trwałego i odpornego na wszelkie historyczne kataklizmy, tak Książka Iwaszkiewicza jest kreacją analogicznego świata, tyle że wyposażonego w prawdziwą lokalizację geograficzną i wypełnionego autentycznymi ludźmi” – pisał. „Narrator w Książce, podobnie jak podmiot liryczny w Świecie, odtwarzają w pamięci zatopione światy swojej młodości, oczyszczając je równocześnie z pyłu codzienności i czyniąc z nich moralną miarę dla rzeczywistości historycznej i dla siebie. Obydwa te utwory powstają w najtrudniejszych latach okupacji, a jednocześnie całe są poza nią, traktując ją jako przejściowe zakłócenie stałego porządku”[9]. Argumentem na poparcie tej analogii może być również fakt, że Iwaszkiewicz, pisząc swe wspomnienia, starał się wymieniać jak najmniej nazwisk i unikał historycznych komentarzy – a więc pozbawiał utwór tego wszystkiego, czego czytelnik poszukuje w dziele memuarysty.

W linii rozwojowej pisarstwa Iwaszkiewicza Książka moich wspomnień znajduje się w samym centrum. Wszystko, co pisał wcześniej, zdaje się do niej prowadzić i utwory napisane później można widzieć jako dodane do wojennych wspomnień pisarza. Jednocześnie tom jest skończoną artystycznie całością – jego edycje wzbogacone o niepublikowane rozdziały pozostawiają wrażenie przypadkowości owych dodatków. Mimo że Iwaszkiewicz będzie przymierzał się do kontynuacji książki i eseistyka autobiograficzna raz po raz powraca w jego twórczości, żaden utwór nie powtórzy już ani rozmachu, ani plastyczności tego dzieła.

Gdy pisarz pogrążył się znów w pracy, również na prozę artystyczną nie trzeba było długo czekać. Wielomiesięczna lektura klasyki gatunku dawała znać o sobie, odnawiając poczucie sensu snucia fabuły, a nawet wiarę w ocalającą i kompensacyjną moc sztuki. Pisał o tym doświadczeniu w marcu 1942 roku: „Miłość, przyjaźń, przygoda – najstarsze elementy opowieści stały się dla mnie najświeższym wynalazkiem, starałem się spostrzec poza nimi wszystko wieczne, zawarte w pięknie przyrody i bezustannie zmiennych, ale o tym samym wciąż mówiących kształtach najdoskonalszego trudu ludzkiego – sztuki”[10]. Nie miał zamiaru „krzepić serc”. Chciał przypomnieć, że w sztuce można odnaleźć ciągłość i poczucie niezmienności problemów egzystencjalnych – to najważniejszy humanistyczny wymiar ówczesnych utworów artystycznych pisarza.

Wspominając książki czytane w pierwszych latach wojny, Iwaszkiewicz porównywał je do lektur nastolatka. Również jako pisarz wracał do artystycznych początków, gdy w ogarniętym zamętem poprzedniej wojny światowej Kijowie, inspirowany opowieściami Tysiąca i jednej nocy, pisał pierwszą swą prawdziwą powieść: Ucieczkę do Bagdadu. Dwadzieścia pięć lat później, przeczytawszy ponownie opowieści Szeherezady, zimą 1941 roku zaczął spisywać opowiadania włoskie, które: „noszone w głowie przed wojną, a teraz spisywane, były czymś w rodzaju bajek Szeherezady, opowiedzianych sobie samemu w momentach, kiedy mnie i moim najbliższym groziła w każdej chwili katastrofa”[11].

Wypowiadając te słowa w 1954 roku, pisarz bagatelizował nieco wartość wspomnianych utworów, zwłaszcza że zgodnie z poetyką czasu podkreślał fakt, iż wstrząs września, „przeżycie tragedii narodowej i rozmyślania o losie ojczyzny” przeorały głęboko również jego twórczość[12]. Jeszcze wiele lat później, rozmawiając z Andrzejem Gronczewskim, deklarować będzie przypadającą na czas wojny utratę wiary w ocalającą moc sztuki[13]. Wiara ta jako fakt filozoficzny istotnie została nadszarpnięta, nigdy już nie wracając do stanu niewinności z czasów młodzieńczych odczytów w Teatrze „Studya” i Ucieczki do Bagdadu. Jednak twórczość literacka była dla Iwaszkiewicza fenomenem z planu instynktu życiowego i aktywność ta zawsze będzie niezależna od światopoglądu pisarza, od tego, czy uważa, że ma ona sens wielki czy mały. Dlatego o żadnym „wojennym przełomie” nie może być mowy. Podobnie jak w cyklu wierszy Wenecja nawiązywał do poetyki oraz rezerwuaru problemów i motywów