Inna niż wszystkie - Katarzyna Mak - ebook

Inna niż wszystkie ebook

Katarzyna Mak

4,5

Opis

Przypadkowe spotkanie na moście. Niewłaściwa ocena sytuacji i zaskakujący zwrot akcji. Nieoczekiwane uczucie, które tak naprawdę zmienia wszystko...

Liv to dziewczyna o nietuzinkowym wyglądzie i niezwykłej silne charakteru. Życie jej nie rozpieszczało, więc jest odważna i twardo stąpa po ziemi. Wychowała ją nowojorska ulica i brutalne zasady gangsterskiego półświatka. Pozornie zbuntowana, wyróżniająca się w tłumie dziwaczka, a tak naprawdę krucha młoda kobieta, czująca się jak zagubiona dziewczynka...

Matt to młody, zaradny i pewny siebie człowiek sukcesu. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że może mieć wszystko, czego zapragnie: szczęśliwą rodzinę, wspaniałą pracę i ekskluzywny dom. Jednak pewnego dnia jego poukładane życie legło w gruzach i stracił to, co dla niego najcenniejsze. Teraz w głębi serca marzy o stabilizacji i walcząc z demonami przeszłości, próbuje znów komuś zaufać...

Dwa zupełnie różne światy i miłość, która z wielu powodów nie powinna się narodzić. Różnice, które aż kłują w oczy, ale mimo wszystko nie pozwalają tym dwojgu o sobie zapomnieć. Sekrety, które budzą skrajne emocje i sieją grozę. Dramaty, które chwytają za serce, a myślenie o nich wywołuje niemal fizyczny ból. Decyzje, które nieodwracalnie wpłyną na czyjeś życie...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 362

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Redakcja

Anna Seweryn

Projekt okładki

Pracownia WV

Fotografia na okładce

© Nejron Photo|Shutterstock.com|Wikimedia Commons

Redakcja techniczna, składiłamanie

Damian Walasek

Opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Urszula Bańcerek

Marketing

Anna Jeziorska

[email protected]

Wydanie I, Chorzów 2020

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c

tel. 600 472 609

[email protected]

www.videograf.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: LIBER SA

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

[email protected]

www.liber.pl

© Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2020

tekst © Katarzyna Mak

ISBN 978-83-7835-797-1

Jest taka miłość, która nie umiera,

choć zakochani od siebie odejdą.

Jan Twardowski

Wszystkim, którzy poznali prawdziwy smak miłości…

Prolog

Wydawało mi się, że nie mogło być gorzej, a jednak… Mawiają, że nieszczęścia chodzą parami… No to ja albo miałam nadzwyczajnego pecha, albo całe to powiedzenie było wyjątkowo naciągane, bo moja zła passa urosła do całego stada gigantycznych rozmiarów. Już powoli zaczynało brakować mi sił do tej codziennej walki, jaką od lat toczyłam z własnym życiem, a mój wrodzony optymizm i wewnętrzna siła nagle straciły moc.

A może wcale nie byłam taka twarda i nieprzejednana, tylko na siłę przed całym światem starałam się za taką uchodzić?

Westchnęłam i zapatrzyłam się w dal. Byłam zmęczona i chyba miałam już wszystkiego dość. Dotąd los mnie nie oszczędzał, a mimo wszystko nauczyłam się kochać życie. Dziś jednak odebrano mi resztki nadziei na nowe, lepsze jutro, o które znów próbowałam zawalczyć…

Rozejrzałam się w obie strony, a następnie szybko przebiegłam na drugą stronę ulicy. Jeszcze tylko kilkadziesiąt metrów dzieliło mnie od George Washington Bridge. Odkąd pamiętam, zawsze przychodziłam tu, gdy chciałam się wyciszyć lub nabrać dystansu do świata, a czasem nawet do samej siebie. Nie zniechęcały mnie hałasy przejeżdżających nieopodal samochodów czy tłumy turystów. Spacerowałam wzdłuż balustrady i rozmyślałam, wpatrując się jedynie w kojącą zmysły granatową toń rzeki Hudson. Mogło się to komuś wydawać dziwne, że do „medytacji” wybrałam właśnie tak ekstremalne i hałaśliwe miejsce, ale nie obchodziło mnie to zbytnio. Odkąd skończyłam piętnaście lat, starałam się nie przywiązywać wagi do tego, co mówią i myślą o mnie inni. To ich zdanie, a ja po prostu byłam sobą.

Dziś wiało straszliwie. Początkowo wiatr zdawał się przyjemny dla rozpalonej skóry. Teraz jednak smagał okrutnie, wdzierając się pod poły przykrótkiej kurtki. Postawiłam kołnierz dżinsowej katany, łudząc się, że zdołam nieco skryć drżące ciało przed przeszywającym chłodem. Wciąż jednak dygotałam, ale nie mogło być inaczej, skoro prawdziwym powodem nieprzyjemnych dreszczy wcale nie była kiepska pogoda. Przyczyna leżała zupełnie gdzie indziej…

***

– Ale jak to nie przywieziesz go?! – Nagle zwykła rozmowa przerodziła się w kłótnię. Nie planowałem tego, ale też nie byłem już w stanie zapanować na kłębiącymi się we mnie od wielu dni emocjami.

– Nie podnoś na mnie głosu – doszedł mnie cienki, jakże w tej chwili nieprzyjemny dla uszu głos Megan. – Jeśli będziesz się tak zachowywał, to w przyszły weekend także go nie zobaczysz.

– Bo co?! – spytałem, siląc się na spokój, choć gotowałem się od środka.

Prowokowała mnie. Być może nawet znów nagrywała, by potem wykorzystać to w sądzie. Ale miałem to gdzieś. Chciałem się tylko zobaczyć ze swoim małym chłopczykiem.

– Bo ja tak mówię.

Wstrzymałem oddech, a w myślach zacząłem odliczanie do dziesięciu. Czasem to działało i pomagało mi ochłonąć. Ale nie tym razem. Tym razem mógłbym nawet dobić do setki, a skala mojej złości zamiast słabnąć, tylko się potęgowała.

To musiało wreszcie się skończyć…

1.

Liv

Bezskutecznie próbowałam osłonić się kurtką, ale nie dało się jednocześnie zakryć kolan i wyłaniających się pleców. Wstałam więc z ziemi, poprawiłam katanę, strzepałam z dżinsów piasek i ruszyłam w drogę powrotną. Uznałam, że dłuższe siedzenie na tym niewielkim skwerze pożółkłej już o tej porze roku zieleni i użalanie się nad sobą niczego nie zmieni. To nie miało żadnego sensu. Na powrót skierowałam swe kroki w stronę George Washington Bridge. Uznałam, że zanim wsiądę do swojego grata, przespaceruję się raz jeszcze mostem.

Nie wiem, na co liczyłam. Że ta przechadzka rozjaśni mi w głowie? Że pomoże mi lepiej zrozumieć pewne sprawy, na które i tak nie miałam już wpływu? Westchnęłam. Obawiałam się, że nieszczęścia chodzą stadami, więc do tego powinien mi jeszcze zepsuć się samochód. Czasem wydawało mi się, że ten rzęch miał duszę i na ogół, gdy zdarzało mi się choćby spojrzeć na niego krytycznym okiem czy pod wpływem złości obrzucić go jakimś epitetem, ten buntował się, serwując mi kolejną, na ogół dość kosztowną awarię. A przecież w tym momencie nie było mnie stać na wiele innych, bardziej przyziemnych rzeczy, a już na pewno nie na naprawę samochodu.

Uśmiechnęłam się krzywo i przyspieszyłam kroku. Powoli zaczynałam odzyskiwać pozytywne nastawienie do życia. Pomyślałam, że skoro nie stać mnie było na lepszy samochód, to wypadało co najmniej szanować ten, w którego byłam posiadaniu. Znów przyspieszyłam, choć moje tętno wyraźnie wskazywało, abym zwolniła. Od dziecka miałam kłopoty z sercem – wada wrodzona – które co jakiś czas dawało o sobie znać. Nauczyłam się z tym żyć i właściwie odczytywać sygnały, które mi czasem wysyłało. Tym razem jednak zbagatelizowałam wyraźną potrzebę odpoczynku. Chciałam jak najszybciej znaleźć się na moście, a do pokonania został mi jeszcze spory kawałek drogi. Może to szalone, ale ilekroć stawałam na samym środku mostu i jakby z lotu ptaka obserwowałam wodę, czułam wolność i spokój…

Na moście, jak zwykle o tej porze dnia, panował spory ruch, w końcu to jedna z licznych atrakcji turystycznych Nowego Jorku. Musiałam więc być bardzo czujna, aby przypadkiem nie potrącił mnie któryś ze spieszących się Bóg wie dokąd rowerzystów. Zasapana wreszcie dotarłam w ulubione miejsce, gdy nagle kątem oka zauważyłam coś niepokojącego – to była migawka, nagłe drgnięcie ludzkiego ciała. Może coś sobie uroiłam, ale gdy odwróciłam się w tamtą stronę i przyjrzałam się uważniej, byłam pewna – po przeciwległej stronie mostu stał mężczyzna, który wyglądał, jakby chciał skoczyć…

Boże, tylko nie to!

Nie myśląc o konsekwencjach i nie wahając się ani sekundy, ruszyłam biegiem w tamtą stronę. Oczywiście musiałam być ostrożna, by nie skończyć pod kołami któregoś z nadjeżdżających samochodów, no i ignorować natarczywe klaksony. Nie wspomnę już o mniej lub bardziej wyszukanych epitetach czy zwykłych wyzwiskach, posyłanych pod moim adresem przez kierowców, którzy na mój widok na ruchliwej jezdni poopuszczali szyby i darli się na mnie. Słusznie byli poirytowani tym moim nagłym wtargnięciem, jednak cóż znaczył ich gniew, kiedy na szali było życie człowieka, którego za wszelką cenę musiałam odwieść od popełnienia największego życiowego błędu!

Nie zdawałam sobie sprawy, że przebrnięcie w jednym kawałku przez tak ruchliwą drogę, będzie wyczynem na miarę zdobycia najwyższego szczytu. Nie dość, że było to niezwykle ryzykowne, a nawet śmiertelnie niebezpieczne, to jeszcze dyszałam ciężko, co jakiś czas wznosząc ręce, by tym gestem przeprosić zdenerwowanych kierowców. Od wczesnego dzieciństwa byłam na bakier ze sportem, za co po części obwiniałam moje chore serce. Niemniej teraz pędziłam na złamanie karku, a widząc wyłaniającą się z drugiego końca mostu ciężarówkę, zamiast zwolnić czy się zatrzymać i ją przepuścić, jeszcze przyspieszyłam. W głowie szalało milion pytań, w płucach czułam pieczenie, ale nie zwalniałam i wciąż pędziłam przed siebie. Byłam już bardzo blisko, ale… Dopiero kiedy na moment pociemniało mi w oczach, a rozpędzona ciężarówka, trąbiąc na mnie niemiłosiernie i lekko odbijając w prawo, zupełnie przysłoniła mi obraz mężczyzny w garniturze, zatrzymałam się. Zamknęłam oczy, bo dotarło do mnie, że było już za późno, że prawdopodobnie nie dałam rady…

Matt

Stałem na moście, oparty plecami o zimną barierkę, i gapiłem się w wodę. W głowie krążyło mi milion myśli, a mózg w kółko odtwarzał ulubioną piosenkę – Numb. Zamknąłem oczy i wraz z artystą niemo wyśpiewywałem kolejne frazy.

Zagubiłem się w milionie oczu…

Zrobiłem głęboki wdech. Powietrze było rześkie i pachniało wilgocią rzeki, której szum dochodził moich uszu.

Oni mnie nie widzą, nie wiedzą, jak to jest.

Wymieniam kolory na czerń i biel.

Nikt nie czyta wszystkich słów…

Uniosłem powieki i zerknąłem w dół. Wody Hudsonu z impetem rozbijały się o masywny filar.

Teraz walczę z podniesionymi rękami…

Znów zamknąłem oczy. Nie byłem samobójcą, za bardzo kochałem rodzinę i… życie, ale nagle, dosłownie na sekundę, pojawiła się myśl, że gdybym skoczył, poczułbym ulgę. I wolność…

Nie wiedzieć czemu nagle otworzyłem oczy. Nie potrafiłem tego sensownie wytłumaczyć, ale poczułem na sobie czyjeś spojrzenie. I wówczas ją zobaczyłem…

– Ja pierdolę! – wyrwało mi się na głos.

Przerażony patrzyłem na biegnącą pomiędzy rozpędzonymi autami dziewczynę. Nie było żadnej logiki w tym, co robiła, ale widok jej twarzy mroził krew w żyłach. Co chciała zrobić?!

Choć jeszcze przed momentem stałem oparty plecami o balustradę, bez namysłu przeskoczyłem na drugą stronę. Przed chwilą zachowywałem się co najmniej dziwnie, a teraz? Teraz działałem instynktownie, może trochę nierozważnie, co ktoś inny mógł odebrać jako czyste szaleństwo, bo zaledwie chwilę temu patrzyłem z bezgranicznym smutkiem w wyjątkowo dziś ponurą toń rzeki, a teraz gnałem w stronę rozpędzonej ciężarówki. To był impuls, jakaś siła kazała mi bez wytchnienia biec i się nie zatrzymywać… Kiedy jednak ten olbrzymi samochód oddalił się, zwolniłem. A może się poddałem? Trudno ocenić. „A może tylko obawiam się ujrzeć na jezdni zwłoki tej dziewczyny?” – pomyślałem z narastającym niepokojem. Dopiero teraz zrozumiałem, że zwyczajnie zabrakło mi tchu w piersiach. Zamknąłem więc oczy, pochyliłem się, pozwalając dłoniom spocząć na moich spiętych z wysiłku udach, i zachłannie łapałem powietrze. Kiedyś miałem doskonałą kondycję. Przesadnie wręcz dbałem o własne ciało, byłem wysportowany. Dziś jednak wszystko było inaczej…

– Oszalał pan?! – usłyszałem nagle kobiecy, dość piskliwy, ale jednocześnie bardzo stanowczy głos. Wzniosłem więc pochyloną głowę i z niedowierzaniem zerknąłem w stronę, z której mnie dochodził. – Chciał się pan zabić?!

Dopiero teraz zauważyłem, że dziewczyna, którą wziąłem za samobójczynię, stoi przede mną, a właściwie zbliża się do mnie pewnym, mógłbym pokusić się o stwierdzenie, drapieżnym krokiem, zupełnie jakby za chwilę miała przystąpić do ataku.

– Chciał się pan zabić?! – wrzeszczała na całe gardło.

Nie odpowiedziałem. Patrzyłem tylko w jej wielkie ciemnoniebieskie, mocno podkreślone czarnym makijażem oczy, z których sypały się złowrogie iskry.

– Nie, wcale nie chciałem – zaprzeczyłem.

Właściwie była to tylko częściowo prawda, bo sam nie wiedziałem, co tak naprawdę planowałem, przychodząc tu.

– To raczej ty chciałaś skończyć pod kołami ciężarówki! – Teraz to ja naskoczyłem na nią. Przecież byłem pewien, że właśnie próbowała to zrobić! Inaczej nie narażałbym się i nie gnał na złamanie karku.

– Co takiego?! – W jej wciąż nienaturalnie wielkich oczach natychmiast odmalowało się niedowierzanie. Naraz też zniknęła z nich złość czy może raczej strach.

– Chciałaś się zabić, prawda? – zapytałem łagodniej i teraz to ja postąpiłem naprzód, bo ją nagle jakby wmurowało.

– Nic podobnego! – odpyskowała i cofnęła się o kilka kroków.

Odruchowo chwyciła za poły tej dżinsowej podfruwajki, w której z całą pewnością nie było jej do twarzy, i która nie chroniła jej przed chłodem.

– To pan postradał zmysły! – fuknęła na mnie, na co, pomimo że nie było mi do śmiechu, wyszczerzyłem się bezczelnie.

Zmysły może i postradałem – przecież tak wiele ostatnio działo się w moim życiu – ale byłem pewien, że z naszej dwójki to nie ja byłem szaleńcem. Wystarczyło tylko na nią spojrzeć. I już nawet nie chodziło mi o ten jej ostry makijaż. Ponownieomiotłemspojrzeniem jej wykrzywioną w grymasie twarz, którą zdobiło czy raczej szpeciło kilka kolczyków. Ubranie, podobnie zresztą jak cały wygląd, również pozostawiało wiele do życzenia – wytarte dżinsy, obcisła, mocno spłowiała podkoszulka, upstrzona ćwiekami kurtka i znoszone trampki. Poza tym te włosy… Ohyda. Czarne, nienaturalnie błyszczące, na końcach ufarbowane na wściekle różowy kolor, przez co wyglądała jak szmaciana lalka czy raczej przerażająca kukła. Przez moment jeszcze zastanawiałem się, dlaczegoktoś świadomie tak się oszpecał, decydując się na tak odważną stylówkę.

– Wariatka – skwitowałem, mając dość tej dziwnej sytuacji i samej dziewczyny.

Obrzuciłem ją jeszcze pogardliwym spojrzeniem, po czym, jak na faceta z klasą przystało, poprawiłem krawat, dopiąłem guzik w skrojonej na miarę marynarce i odszedłem.

2.

Liv

– No co za typ! – Nie powstrzymywałam się i mówiłam lekko podniesionym głosem, zupełnie ignorując przechodniów, którzy jak nic brali mnie za wariatkę, podobnie zresztą jak on. A przecież ja tylko chciałam mu pomóc…

Ruszając mu na ratunek, podejrzewałam, byłam pewna, że zamierzał ze sobą skończyć. Nieraz byłam świadkiem podobnych, równie desperackich czynów. Zamierzchłe czasy, ale o pewnych sprawach po prostu nie da się zapomnieć. Pobyt w ośrodku dla trudnej młodzieży był traumatycznym doświadczeniem. Sporo się tam nauczyłam i wiele widziałam, poznając na własnej skórze, czym tak naprawdę jest strach, a nawet śmierć. Tak, widziałam śmierć. Od lat próbowałam o tym zapomnieć, ale nie udało mi się tego wymazać z pamięci… Byłam świadkiem, gdy dwójka dzieciaków, które miały mniej szczęścia ode mnie, wolała odebrać sobie życie, niż tkwić w tym gównie po uszy. Tak, ośrodek to było szambo…

Dlatego widząc faceta stojącego na krawędzi, nad przepaścią, byłam święcie przekonana, że chciał sobie odebrać życie. No bo co taki wymuskany goguś w garniturku robiłby na tym pieprzonym moście, w dodatku za barierką? Potem, gnając tam na oślep i widząc, że nadbiega z naprzeciwka, pomyślałam, że nagle zmienił zdanie i z dwojga złego wybrał koła któregoś z pędzących samochodów. Boże, omal serce mi nie wyskoczyło z piersi, kiedy obawiałam się, że nie zdołam temu zapobiec…

– Frajer! – syknęłam.

Starsza kobieta, która z yorkiem spacerowała po chodniku biegnącym wzdłuż parkingu, gdzie stało moje auto, spojrzała na mnie krzywo. Być może pomyślała, że ciskam się tak na jej psiaka, którego po moich słowach szybko podniosła i przytuliła jak najcenniejszy skarb. Nic podobnego. Zrobiło mi się wstyd. Lubiłam zwierzęta, choć sama nigdy żadnego nie miałam na dłużej. Ojciec nawet chomika, którego dostałam od jednej z koleżanek z przedszkola, sprzedał, by mieć za co skoczyć do monopolowego. Pomimo cierpkiego wspomnienia tych zamierzchłych czasów posłałam kobiecinie najbardziej szczery uśmiech, na jaki obecnie byłam w stanie się zdobyć. Chyba nie pomogło, bo staruszka obróciła się na pięcie i po chwili już jej nie było. Cóż, nie pierwszy i nie ostatni raz ktoś przede mną uciekał, sądząc, że jest ze mną coś nie tak.

Westchnęłam głośno, wyjęłam kluczyk z tylnej kieszeni dżinsów i otworzyłam nim swego sfatygowanego, wypłowiałego błękitnego chevroleta z dziewięćdziesiątego ósmego roku. Po chwili zajęłam miejsce za kierownicą. Westchnęłam raz jeszcze na wspomnienie całego tego nieszczęsnego dnia, a następnie przekręciłam kluczyk. Zarówno przy tej, jak i przy kolejnych próbach silnik nie dawał najmniejszych oznak życia.

– Jasna cholera – przeklęłam pod nosem, kładąc dłonie na mocno powycieranej skórzanej kierownicy, jednocześnie wciskając pomiędzy nie głowę.

Błagałam w myślach, żeby znów zdarzył się cud, który ożywi ten nieznośny wehikuł, co niestety ostatnio zdarzało się coraz rzadziej. Nie żeby chciało mi się ryczeć czy przesadnie nad sobą rozczulać, ale chwilowo naprawdę miałam wszystkiego serdecznie dość.

Z odrętwienia wyrwało mnie pukanie w szybę. Nie wiem, dlaczego naiwnie pomyślałam, że to ta staruszka, którą tak przestraszyłam, zawróciła, by ze mną pomówić. Jednak ujrzałam lekko zaniepokojoną albo może tylko zaciekawioną męską twarz. Kiedy zrozumiałam, do kogo należała, omal mnie szlag nie trafił.

– Czego? – spytałam, opuszczając szybę.

– Kłopoty? – spytał opanowanym głosem, który z niewiadomych powodów działał mi na nerwy.

A może właśnie dlatego, że sprawiał wrażenie niewzruszonego, ja zaczynałam fiksować coraz bardziej?

– Spieprzaj! – warknęłam.

Już chciałam ponownie zamknąć okno, prawie natychmiast żałując, że w ogóle je otworzyłam, ale wówczas wetknął przez nie głowę. Powinnam się wściec jeszcze bardziej, a prawda była taka, że onieśmielił mnie. W dodatku poczułam zapach jego wody toaletowej, która słodko zawładnęła moim zmysłem węchu. A jego twarz nagle znalazła się zdecydowanie za blisko… Odsunęłam się gwałtownie, na co mogłabym przysiąc, uśmiechnął się szelmowsko. No co za typ!

– Chcę ci tylko pomóc – powiedział łagodnie, wpatrując się bezczelnie w moje oczy.

– Ale czy ja cię o to prosiłam?

– Nie, ale… – W jego zielonych oczach znów zabłysły radosne iskierki.

Nie miałam pojęcia, czym w istocie były te działające na moją wyobraźnię błyski, ale z pewnością nie mogły świadczyć o radości. Przecież jeszcze chwilę temu… Mogłabym przysiąc… Nie wiem, może się pogubiłam, ale z pewnością już nie wiedziałam, co było prawdą, a co ułudą. Nie rozumiałam tego faceta i każda kolejna chwila w jego towarzystwie męczyła mnie coraz bardziej. Zaraz, zaraz… Nagle mnie olśniło. Czyżby on się ze mnie nabijał?

– Ale to nie oznacza, że jej nie potrzebujesz – dodał nagle, poważniejąc.

– Dziękuję, ale to zbyteczne – mruknęłam.

Znów mnie zaskoczył, a ja już powoli miałam tego dość. Nie byłam zagorzałą fanką ciągłych zwrotów akcji i zawierania przypadkowych znajomości. Odwróciłam szybko głowę i zerknęłam beznamiętnym wzrokiem przez szybę. Chciałam już tylko, aby sobie poszedł, bo nagle zrobiło mi się dziwnie przykro. Nigdy nie lubiłam, gdy naśmiewano się ze mnie czy pogrywano ze mną. Zresztą kto to lubi?

Chyba czytał w moich myślach, bo kiedy na powrót odwróciłam głowę, jego już nie było. Nie wiedzieć czemu, ale znów poczułam jakieś irracjonalne ukłucie żalu. Postanowiłam jednak nie analizować tego, czymkolwiek to w istocie było. Jedyne, co mogłam zrobić, to wziąć się garść.

Pospiesznie wysiadłam z auta, zabierając tylko własnoręcznie przyozdobiony plecak, z którym, odkąd pamiętam, nie rozstawałam się na dłużej, po czym zatrzasnęłam drzwi i ruszyłam przed siebie, do domu. Do Halletts Point miałam spory kawałek. Musiałam się więc pospieszyć, by zdążyć przed zapadnięciem zmroku. W ciągu dnia na naszej ulicy było w miarę bezpiecznie, ale kiedy zapadała noc, trzeba było mieć się na baczności. Obecnie nie było mnie stać na jakikolwiek inny środek transportu. Byłam spłukana. Zawsze po wypłacie zalewałam bak do pełna i praktycznie starczał mi na miesiąc. Tak też zrobiłam po ostatniej wypłacie. A skoro samochód nie chciał odpalić… Cóż, pozostawał mi tylko spacer.

Matt

– Podwiozę cię – powtórzyłem, jadąc powoli wzdłuż chodnika, którym podążała ta pyskata, wyglądająca na zupełnie oderwaną od rzeczywistości istota.

Zlękła się na kolejny dźwięk klaksonu i lekko potknęła, przez co dodatkowo poczułem się winny. Właściwie to omal nie runęła jak długa, w ostatniej chwili chroniąc się przed upadkiem. Dopiero wtedy zauważyłem, że ma w uszach słuchawki. Poczułem się jak idiota, bo jeszcze przed chwilą trąbiłem jak szalony, myśląc, że mnie ignoruje.

– Wsiadaj. – Nie wiem, dlaczego tak mi na tym zależało, ale naprawdę miałem nadzieję, że mnie posłucha.

– Nie chcę, daj mi spokój, proszę… – odparła szybko, nawet się nie zatrzymując.

Wyprzedziłem ją więc o kilka metrów, włączyłem światła awaryjne i wyskoczyłem z auta. Stanęła jak wryta i wpatrywała się we mnie z narastającym przerażeniem. Cholera, o co jej chodziło? Fakt, nie znała mnie, ale przecież nie wyglądałem jak jakiś typek spod ciemnej gwiazdy. Porównując nas oboje, to raczej ja powinienem mieć wątpliwości, czy nawiązywać jakikolwiek kontakt z kimś takim jak ona. Dziewczyna wyglądała co najmniej dziwnie, a jej zachowanie pozostawiało wiele do życzenia. Z jakichś względów jednak czułem, że nie mogę jej zostawić samej.

– Nie bój się – powiedziałem mimo wszystko.

Podszedłem bliżej. Byłem niemalże pewien, że zacznie uciekać, ale zamiast tego tylko jakby się skurczyła w sobie.

– Chciałem ci tylko podziękować.

– Podziękować? – wydukała, co tylko potwierdziło, jak bardzo czuła się niepewnie.

Pokiwałem głową.

– Wsiadaj. – Podszedłem do swojego maserati i otworzyłem przed nią drzwi. – Wyjaśnię ci wszystko po drodze.

Patrzyła na mnie nieufnie. Nadal sprawiała wrażenie dzikuski szykującej się do ucieczki. Niemniej po chwili zastanowienia, które dosłownie miała wypisane na naszpikowanej kolczykami twarzy, z lekkim wahaniem zajęła miejsce pasażera. Zatrzasnąłem za nią drzwi, obszedłem samochód i wskoczyłem na fotel kierowcy.

Kiedy ruszyliśmy, zapytałem, gdzie mam ją odwieźć. Po chwili zmierzałem już w stronę Queensu. Przez dłuższy czas oboje milczeliśmy, ale w końcu uznałem, że jestem jej winien wyjaśnienia.

– Dziękuję – zacząłem najprościej, jak umiałem.

Spojrzała na mnie i tylko kiwnęła głową. Wbrew pozorom wiele mnie kosztowało to jedno słowo, bo przyznałem się do tego, że tam, na moście, przeżywałem chwilę słabości. Nigdy nie byłem specjalnie wylewny, ale w tym momencie czułem, że muszę być szczery wobec tej dziewczyny. Nie czarujmy się, ostatnimi czasy ją jako jedyną zainteresował mój los.

– Nie jestem samobójcą, ale… – Zawahałem się, a jej wymowne milczenie nie dodawało mi odwagi. Musiałem jednak dokończyć myśl, żeby nie wyjść na zupełnego idiotę. – Przez moment pomyślałem o… wolności.

– Chciałeś skoczyć z mostu? – odezwała się wówczas bardzo cicho.

Nie wiem, jaki inny scenariusz mógł jej przyjść do głowy, ale była wyraźnie zaskoczona moim wyznaniem.

– Nie, chyba nie – odparłem szczerze po chwili namysłu. – Masz ochotę na kawę? – zmieniłem ten dość niewygodny temat.

Musiała mnie chyba źle zrozumieć, bo zerknęła na mnie zmrużonymi oczyma, a ja nagle poczułem się jak jakiś podrywacz amator. Nie takie były moje intencje, bo chyba nie myślała, że… Ja i ona? Jezu, na pewno nie! Przecież ja tylko chciałem na spokojnie wytłumaczyć jej to całe żałosne zajście na moście…

– Nie piję kawy – odpowiedziała krótko, wbijając wzrok w swe dłonie, nerwowo miętosząc koraliki na tym cudacznym, mocno rzucającym się w oczy plecaku.

– Skoro nie lubisz kawy, to może skusisz się na herbatę? – zaproponowałem, uśmiechając się przy tym lekko.

Nie wiedziałem dlaczego, ale nagle zapragnąłem rozładować to dziwne, niezrozumiałe napięcie, które nam towarzyszyło. Znów zadziałało odwrotnie. Siedząca obok mnie dziewczyna poczerwieniała na twarzy i może nawet odrobinę posmutniała. Nie miałem pojęcia, dlaczego tak zareagowała, ale postanowiłem iść w zaparte.

– No, nie daj się prosić – nalegałem.

– Dobrze – odparła cicho.

Zaskoczyła mnie. Naprawdę byłem zdziwiony, ale nie dałem tego po sobie poznać.

Nowy Jork znałem jak własną kieszeń, więc od razu przyszło mi do głowy pewne klimatyczne miejsce w Queensie. Pomimo korków panujących o tej porze dnia szybko odnalazłem tę kawiarenkę, do której niegdyś zabierałem Megan. To było wieki temu, choć wspomnienia tamtych czasów wciąż były mi bliskie. Wtedy jeszcze wszystko było między nami wspaniale, ale do tego już nie było powrotu. Dziś Meg pewnie kręciłaby nosem, gdybym chciał ją zabrać do takiego „podrzędnego” lokalu, pomijając już fakt, że pewnie nie chciałaby nigdzie ze mną pójść. Była teraz zupełnie inną kobietą i wcale nie przypominała dziewczyny, którą tak bardzo kochałem…

Zaparkowałem nieopodal kawiarni. Kiedy bez zastanowienia wyskoczyłem z samochodu, by otworzyć nieznajomej drzwiczki, ponownie ujrzałem na jej twarzy zaskoczenie. Widać było, że nie nawykła do takiego traktowania, co mnie wydawało się oczywistym zachowaniem wobec kobiety. Wpatrywała się we mnie, jakby widziała mnie po raz pierwszy w życiu. W pewnym momencie zacząłem się nawet zastanawiać, czy wszystko w porządku z jej psychiką, bo trudno mi było nadążyć za jej tokiem myślenia.

W Bee Cafe było tłoczno, więc zaprowadziłem ją w milczeniu pod jeden z kolorowych parasoli, które były optymistycznym akcentem w tej części lokalu, a sam poszedłem po gorące napoje. Dla niej wziąłem herbatę z cytryną – pomyślałem, że dobrze jej zrobi i ją trochę rozgrzeje. Sobie natomiast kawę, taką jak zwykle, z mlekiem i bez cukru. Zastanawiałem się jeszcze, czy nie kupić jakiegoś ciastka, choćby muffinki, ale szybko zrezygnowałem. Z dziewczyną trudno się było dogadać, więc pewnie zaraz okazałoby się, że jest weganką lub nie je produktów z glutenem, i znowu musiałbym jakoś to odkręcać. Czasem nie warto wychodzić przed szereg, życie mnie już tego nauczyło.

– Proszę – powiedziałem, stawiając przed nią filiżankę.

Lubiłem to miejsce, bo dbali o detale. Nie trawiłem tych wszystkich styropianowych czy papierowych kubków, które zwykle serwowali w sieciówkach. Rzadko miałem czas na wizyty w kawiarniach, jeśli więc pozwalałem sobie na taki luksus, zawsze wybierałem spokojne, klimatyczne knajpki. Dziewczyna chyba nie podzielała mojego zachwytu, bo rzuciła mi niechętne spojrzenie. O co jej znowu chodziło?

– Nie lubisz cytryny? – spytałem głupkowato, bo nic innego nie przychodziło mi do głowy.

– Nie, skądże – zaprzeczyła, a ja mógłbym przysiąc, że znowu się zarumieniła. – Dziękuję.

Patrzyłem na nią przez chwilę, próbując odgadnąć jej myśli. W dodatku wciąż nie znałem jej imienia, choć z reguły wszelkie dotychczasowe znajomości zaczynałem od przedstawienia się. Tylko że nie byłem nawet pewien, czy rzeczywiście miałem ochotę na bliższe poznanie tej dziewczyny. Była… dziwna. Nieoczekiwanie dla mnie samego w pewien sposób mnie to jednak intrygowało. Nigdy nie spotkałem kogoś takiego.

– Wiesz… – Próbowałem powrócić do rozmowy, którą rozpoczęliśmy w aucie. – …zawaliło mi się życie.

Nie chciałem wdawać się w zbędne szczegóły ani też obarczać przypadkiem spotkanej dziewczyny swoimi problemami. W pewien sposób jednak ujęła mnie jej troska o obcego człowieka, dlatego też uznałem, że powinienem się przed nią wytłumaczyć. Nie wiem, na co liczyłem, ale chyba zależało mi, aby postarała się mnie zrozumieć. A może po prostu nie chciałem, aby oceniała mnie zbyt pochopnie?

– Rozumiem – odparła jak na zawołanie, sięgając po swój plecak.

Przez chwilę pomyślałem, że odchodzi. Naraz przeszło mi też przez myśl, że zdobywając się na absolutną szczerość, wystawiłem się na śmieszność, ale wtedy zauważyłem, że mylnie oceniłem sytuację. Wzięła plecak tylko po to, by coś z niego wyjąć. Moje zdziwienie sięgnęło zenitu, kiedy odkryłem, że siedząca na wprost mnie dziewczyna wyjęła z plecaka kanapki zawinięte w szary papier.

– Pomyślałam, że będą pasowały do twojej kawy i mojej herbaty – wyjaśniła i niepewnie zerknęła na mnie.

Jej zachowanie nijak nie pasowało do jej wyglądu, który wydawał się manifestować pewność siebie i przebojowość. A tymczasem…

– Lubisz z serem? – zapytała, wyrywając mnie z zadumy.

– Pewnie – odparłem i natychmiast wystawiłem dłoń po kanapkę, którą mi podała.

Musiałem przyznać, że już nie pamiętałem, kiedy ostatni raz jadłem zwykłą kanapkę z żółtym serem. Wiodło mi się bardzo dobrze i mogłem sobie pozwolić na znacznie więcej, na frykasy, o których ona być może nawet nie słyszała. Lubiłem eksperymentować z nowymi smakami i rozbijałem się po knajpach najlepszych szefów kuchni. Ale jakie to teraz miało znaczenie? Nagle bowiem zaczęło mi zależeć na tym, by nie zrobić nieznajomej przykrości, więc odwinąłem kanapkę z papieru – swoją drogą ostatni raz kanapkę zapakowaną w papier widziałem jeszcze za czasów wczesnoszkolnych, ale sam wtedy używałem już śniadaniówki – i ugryzłem spory kęs. Musiałem przyznać, że smakowała całkiem dobrze. Podejrzewałem, że spory wpływ na to miała obecność nieznajomej.

Dobrze czułem się w towarzystwie tej dziewczyny. Nie znałem jej i początkowo chyba nawet nie chciałem bliżej poznawać. Miałem tylko podziękować za… No właśnie, właściwie nawet nie było za co, bo przecież na pewno nie zdecydowałbym się na żaden dramatyczny krok. Ot, mały kryzys na krawędzi mostu… Skąd więc wzięły się te niedorzeczne i jakże sprzeczne myśli? I dlaczego nagle poczułem tę dziwną bliskość, skoro ta dziwaczka była mi zupełnie obca?

3.

Liv

Kiedy dojechaliśmy wreszcie w okolicę miejsca, gdzie od lat zamieszkiwałam wraz z ojcem, było już kompletnie ciemno. Wiedziałam, że pod osłoną nocy na nic zdał się mój na ogół za dnia odstraszający połowę osiedla makijaż czy cała ta misterna stylizacja, która wcale nie była bliska mojemu sercu. Traktowałam ją jak kamuflaż, dzięki któremu czułam się pewniejsza, zwłaszcza w tej części miasta. Tu nie było bezpiecznie, a ten strój był wyraźnie odpychający i zapewniał mi pewnego rodzaju ochronę. W tej części miasta w nocy rządziła mafia i wszyscy musieli się dopasować do narzuconych przez nią reguł. Lepiej więc było nie wychodzić z domu, niż ryzykować własnym życiem.

Uparłam się, by wysiąść na skrzyżowaniu dwóch głównych ulic, przez co ostatnie kilkaset metrów dzielące mnie od domu musiałam pokonać piechotą. Nie było mi to na rękę, ale chyba nie miałam wyjścia i musiałam podjąć ryzyko. Po wyrazie twarzy mężczyzny siedzącego za kierownicą tego luksusowego wozu, który prawdopodobnie mógł być wart więcej niż połowa tego osiedla, dostrzegłam, że i jemu samemu nie bardzo podobała się wizyta w tej części miasta. Nagle dotarło do mnie, że w zasadzie wciąż nie wiedziałam nawet, jak miał na imię. Tyle że nie byłam pewna, czy chciałam je poznać albo w ogóle wiedzieć cokolwiek na temat tego mężczyzny. Ukradkiem obserwując jego lekko niepewne zachowanie, wywnioskowałam, że nie znał tej okolicy i chyba nie bardzo miał ochotę na wycieczki krajoznawcze. Z niedowierzaniem przypatrywał się zaniedbanym posesjom sąsiadów, a one przy naszym domu, znajdującym się na końcu ulicy, wyglądały całkiem przyzwoicie. Widziałam też pewnego rodzaju strach w jego oczach, któremu w zasadzie trudno było się dziwić. Pewnie ktoś taki jak on jeszcze nigdy dotąd nie miał sposobności, by znaleźć się w takim miejscu, w dodatku o tak nieprzyzwoitej porze.

Nie oponował, kiedy kazałam się wysadzić, choć nieoczekiwanie poczułam pewien zawód. Nie bardzo wiedziałam dlaczego, bo przecież z całą pewnością nie planowałam go zaprosić na miłą pogawędkę w swoim domu. Facet – poza tym, że sam się nie przedstawił, a nawet i mnie nie spytał, jak mam na imię – był dobrze wychowany i zachowywał się wobec mnie bardzo szarmancko, ale nie mogłam mieć mu za złe, że pewnie teraz marzył już tylko o tym, by jak najszybciej opuścić tę nieciekawą okolicę. To i tak jakiś cud, że chciał ze mną gadać…

Pożegnaliśmy się, a ja wysiadłam z tej bezpiecznej kryjówki, jaką przez chwilę stanowił dla mnie jego elegancki samochód. Maserati quattroporte… Ależ on musiał być nadziany, że stać go było na taką brykę. Podziękowałam za podwózkę, na odchodne uśmiechnęłam się do niego niepewnie i ruszyłam miarowym krokiem ścieżką wiodącą na koniec ulicy. Nie odwracałam głowy, ale dobrze wiedziałam, że jeszcze jakiś czas stał i czekał, aż się oddalę. Nie rozumiałam tego, ale nie był to odpowiedni czas ani miejsce, by to analizować. Przyspieszyłam, słysząc jakiś dziwny szmer w okolicznych krzakach. Całe szczęście, że nie krył się za nimi jakiś zbir, tylko jeden z koszmarnie wyglądających bezpańskich kotów, z których to osiedle słynęło.

Niemniej nie zwalniałam, a chwilę potem znalazłam się za furtką własnej posesji. Od domu dzieliło mnie już kilka metrów, a w kuchennym oknie paliło się światło, którego smuga rozjaśniała mi teraz prowizoryczny chodnik, który to ojciec przed laty zbudował z rozbiórkowych cegieł. Tutaj wreszcie poczułam się względnie bezpieczna. Sięgnęłam do kieszeni po klucz, którym szybko otworzyłam zamek w drzwiach i już po chwili znalazłam się w ciasnym przedpokoju. Nawet stąd wyraźnie czułam odór alkoholu roznoszący się po całym domu. A przecież mi obiecał… Zresztą stale to robił, choć nigdy nie dotrzymywał słowa…

Spał na krześle, z głową wspartą na obdartym kuchennym stole. Może i byłam wyrodną córką, ale odetchnęłam z ulgą. Jutro pewnie będą go bolały plecy, ale zostawiając go w tej pozycji na pół nocy – pewnie wcześniej żadna siła nie będzie go w stanie obudzić – przynajmniej miałam pewność, że nie zakrztusi się własnymi wymiocinami. Wzdrygnęłam się na wspomnienie pewnego razu, kiedy ledwie zdążyłam go uratować…

Ojciec pochrapywał cicho. Miał lekko rozchylone usta, a z ich kącików sączyła się strużka śliny. Skrzywiłam się na ten widok, choć widziałam już gorsze rzeczy, o których teraz nie miałam już ani ochoty, ani tym bardziej nawet siły myśleć. Zajrzałam jeszcze do sąsiadującego z kuchnią pokoiku, w którym na co dzień spał ojciec, i szybko zgarnęłam z łóżka koc, którym go okryłam. Na odchodne spojrzałam na niego raz jeszcze. W zasadzie upewniłam się, czy niczego mu więcej nie potrzeba, po czym poszłam na górę.

Miałam ochotę wziąć długą kąpiel, ale w mojej łazience na górze znów był problem z ciepłą wodą. Z tej na dole nie chciałam teraz korzystać, gdyż obawiałam się, że niechcący mogłabym zbudzić ojca. Postanowiłam więc jutro wstać wcześniej i wziąć szybki prysznic przed wyjściem do pracy. A teraz chciałam już tylko odpocząć…

Matt

Całą noc śniłem o tej dziewczynie. W zasadzie nie byłoby w tym nic dziwnego, że śniłem o kobiecie. Przecież od jakiegoś czasu byłem singlem, a przecież kiedyś lubiłem się ostro zabawić. Sen o nieznajomej mógł więc być jedynie naturalnym męskim pragnieniem, może nawet formą terapii na złamane serce, samotność czy tęsknotę za namiętnością. Tyle że śniąc o tej nieznajomej dziewczynie, która była ekscentryczna pod każdym względem, wcale nie marzyłem o spędzeniu z nią choćby jednej wspólnej nocy. Po prostu widziałem ją we śnie, który powracał do mnie przez całą noc. Nie rozumiałem, dlaczego mój mózg zarejestrował każdy najmniejszy szczegół wyróżniający tę istotę wśród tłumu. Jej włosy, makijaż, ubranie… Najwyraźniej na tyle mnie zaintrygowała, że nie mogłem o niej zapomnieć, choć sądziłem, że nastąpi to chwilę po tym, gdy wysadziłem ją w Halletts Point. Zamiast tego wielokrotnie budziłem się tej nocy, a za każdym razem ostatnim zapamiętanym z mojego snu obrazem, była właśnie jej postać. Do tej pory omijałem takich dziwaków szerokim łukiem, bo kojarzyli mi się wyłącznie z nieuchronnymi kłopotami. Teraz chyba jednak kierowała mną chęć poznania czegoś nieznanego, odmiennego. I ciekawiło mnie, dokąd mnie to zaprowadzi.

Obudziłem się skoro świt, zlany potem. Na wyjazd do pracy było stanowczo za wcześnie, więc musiałem się czymś zająć. Zacząłem od długiego prysznica, następnie zjadłem śniadanie, czego na ogół nie praktykuję, odkąd rozsypało się moje życie osobiste. Niezręcznie się bowiem czuję, siedząc samemu przy stole, w dodatku w hotelowym pokoju.

Wciąż miałem jeszcze kilka godzin do zagospodarowania. Mogłem pobiegać po Central Parku albo wyskoczyć na siłownię, która mieściła się dwie przecznice od mojego tymczasowego miejsca zamieszkania, ale obawiałem się, że po tak długiej przerwie w aktywności fizycznej tylko narobię sobie zakwasów. Kiedyś ćwiczyłem regularnie, biegałem i jeździłem na rowerze, ale ostatnio brakowało mi na to czasu. Byłem zbyt pochłonięty pracą.

Westchnąłem. Gdyby Sammy był tutaj, to nie musiałbym na siłę wymyślać sobie dodatkowych zajęć. Mój syn był wulkanem energii i przy nim nie brakowało pomysłów na wykorzystanie wolnego czasu. Nie było go jednak ze mną od dwóch długich miesięcy. Widywałem go sporadycznie i dosłownie na chwilę. Tęskniłem za nim, śniłem co noc, że tulę go do snu, że budzę się, słysząc jego radosny śmiech dobiegający zza ściany… Dziś jednak wyjątkowo to nie mój synek i tęsknota zanim prześladowały mnie w nocy…

Znów pomyślałem o niej. Coś intrygowało mnie w tej dziewczynie, choć na pierwszy rzut oka nie posiadała żadnej cechy, którą ceniłbym w kobietach. Niemniej faktem było, że nawet teraz, kiedy dopijałem latte na tarasie i podziwiałem wschód słońca, myślałem o niej. Dziewczyna, której imienia nie znałem, była naprawdę osobliwa. Wyglądała tak, że można by nią straszyć niegrzeczne dzieci, więc z całą pewnością w kimś takim jak ja nie powinna wywołać ani cienia zachwytu. Zachowywała się jak nieokrzesana, zbuntowana nastolatka i naprawdę różniła się od innych pod każdym względem. I nawet nie była ładna, a przecież nie od dziś wiadomo, że my, mężczyźni, jesteśmy w stanie skupić uwagę na dłużej tylko na jakimś naprawdę interesującym obiekcie naszych męskich fantazji. Dlaczego więc ktoś taki zawładnął moim umysłem, nie pozwalając mi spać spokojnie?

4.

Liv

Ojciec rano zachowywał się jak zwykle – udawał, że nic się nie stało, choć oboje dobrze wiedzieliśmy, że to nieprawda. Tym razem jednak postanowiłam nie komentować tego i nie robić scen, bo to mogło tylko zaognić sytuację, a na to nie miałam teraz czasu. Język mnie świerzbił, ale przed pójściem do pracy musiałam jeszcze zaliczyć wizytę u doktora Williamsa. Zaniepokoiła mnie ostatnia rozmowa telefoniczna z nim, ale – jak to mawiają – po ciemnej nocy zawsze nastaje jasny poranek, więc i ja nabrałam wiary, że jeszcze nie wszystko stracone.

– Jak tam twoje serduszko, córuś? – zapytał tato, kiedy w biegu skubnęłam kęs kanapki, którą mi przygotował. – Masz już wyniki?

Czerstwy chleb z pomidorem smakował ohydnie. Ukradkiem wyplułam na dłoń przeżuty kęs i wyrzuciłam do kosza na śmieci. Poza tym chyba nawet nie chodziło o sam smak. Po prostu znów nie miałam apetytu, ale zachowałam tę informację dla siebie, by niepotrzebnie nie martwić ojca.

– Nie najgorzej – odpowiedziałam tylko na pierwsze pytanie, nie patrząc mu w oczy i mając nadzieję, że nie będzie drążył tematu.

Założyłam tę samą co zwykle kurtkę i toporne buciory – byłam gotowa do wyjścia. Jak na październik było dzisiaj wyjątkowo słonecznie, ale nie lubiłam jesieni. Z nią wiązały się same kłopoty…

– Zadzwoń po konsultacji u doktora Williamsa – wtrącił.

Zdziwiło mnie, że pamiętał. Ostatnio tak wiele mu umykało… Nie dopatrywałam się w tym jednak żadnej poważnej choroby, bo dobrze wiedziałam, że za tymi lukami w pamięci stał alkohol.

– Jasne – mruknęłam.

Nawet gdybym chciała to zrobić, to i tak pewnie będzie to niemożliwe. Ojciec na ogół jeszcze przed nastaniem południa zaglądał do kieliszka, a potem zasypiał na kilka godzin. Kiedy się przebudzał, sytuacja się powtarzała. I tak w kółko, codziennie to samo…

– Pa, tato.

Pożegnałam się, po czym niezwłocznie wyszłam z domu. Nie chciałam się spóźnić, ale też zrobiłam to, by uniknąć dalszych pytań o wyniki badań. Nie lubiłam kłamać ani też zatajać prawdy, zwłaszcza przed ojcem. Poza tym właściwie sama nie byłam pewna, co mi dolegało. Według tego, co podawała Wikipedia czy poczciwy wujek Google, nie było najlepiej. Ale uznałam, że nie będę się niepotrzebnie nakręcać, zanim nie wypowie się w tej sprawie lekarz. Może trochę panikowałam, ale zgodnie z opisem w Internecie miałam wszystkie objawy…

Tak jak podejrzewałam, przywitał mnie chłód. Czekał mnie spory kawałek piechotą, a ja jakoś dzisiaj nie miałam ochoty na spacerowanie. Wiem, to nierozsądne, zwłaszcza kiedy kończą ci się pieniądze, ale postanowiłam zaszaleć i pojechać metrem. „Cóż, raz się żyje… – pomyślałam z przekorą. – Najwyżej sprzedam samochód. Może przy odrobinie szczęścia ktoś zaoferuje mi odrobinę więcej za tego grata, dzięki czemu zwróci mi się koszt choćby pełnego baku benzyny?”.

Dochodziłam właśnie do skrzyżowania głównych ulic, kiedy dostrzegłam jego samochód. Początkowo próbowałam samą siebie oszukać, wmawiając sobie, że przecież Nowy Jork jest ogromny i ten model samochodu mogła mieć niejedna osoba, ale po chwili uznałam, że lepiej dmuchać na zimne i obrać inną taktykę. Wsunęłam na nos okulary słoneczne, a na głowę bejsbolówkę i szybko wyminęłam to czarne auto, licząc, że nie zostałamzauważona. Niestety…

– Hej, zaczekaj?! – usłyszałam za plecami zaraz po tym, gdy rozbrzmiał przyjemnie brzmiący warkot silnika tej czarnej bestii.

– Ja pierdolę – jęknęłam, nawet nie przystając.

A więc jednak to naprawdę był on… Tylko czego znów mógł ode mnie chcieć? Co mu strzeliło do głowy, żeby tak mnie nachodzić?

– Cholera jasna. – Na te słowa moja usta drgnęły w nieznacznym uśmiechu. Jak widać, nie tylko mnie ponosiły nerwy. – Czy ty zawsze jesteś taka uparta?

I nagle, zupełnie jak poprzedniego dnia,wyminąłmnie, zatrzymał samochód, z którego wyskoczył jak oparzony, wbiegając na chodnik i zastępując mi drogę. Przystanęłam więc, ze zniecierpliwieniem przestępując z nogi na nogę i krzyżując ramiona na piersiach. W zasadzie chyba nadal miałam ochotę mu się sprzeciwić i tak jak zaplanowałam, zwiać przed nim, ale coś, jakaś niewidzialna siła, wciąż uparcie trzymało mnie w miejscu. „Gdybym tylko chciała – pomyślałam z przekorą – tutaj, na moim terenie, nie miałby ze mną najmniejszych szans, ale…”.

Matt

– Dlaczego stale przede mną uciekasz? – spytałem, zastępując jej drogę.

Ze wszystkich sił starała mi się okazać niechęć i lekceważenie. Gdybym nie poznał jej wczoraj, to mógłbym nawet uznać, że szykowała się do ataku, ale wiedziałem, że pod tym wyzywającym strojem i makijażem kryła się wrażliwa, choć prawdopodobnie zakompleksiona młoda kobieta. Przyglądałem się jej jeszcze przez chwilę, a kiedy zsunęła na czubek nosa okulary, nieoczekiwanie zauważyłem rozbawienie w jej wielkich niebieskich oczach.

– Bo jesteś obcy – wyparowała. – Nikt ci nigdy nie mówił, żebyś nie rozmawiał z nieznajomymi?

– Słucham?

Nie byłem pewien, czy sobie ze mnie żartuje, czy mówi całkiem serio, bo oprócz wesołych ogników w spojrzeniu jej twarz nie zdradzała jakichkolwiek emocji.

– Mnie już w przedszkolu uczono, by nie gadać z obcymi – stwierdziła, a następnie wybuchnęła gromkim śmiechem.

Przez chwilę stałem skonsternowany, ale zaraz parsknąłem śmiechem. Co ta dziewczyna robiła z moim mózgiem?

– Wsiadaj, podwiozę cię – zaproponowałem, idąc za ciosem i otwierając przed nią drzwiczki.

– Nie trzeba – odparła i ani drgnęła.

Przestała się śmiać. Poprawiła jedynie okulary i ten ohydny do niczego niepasujący plecak, jakby ponownie szykowała się do marszu.

– Nalegam.

Patrzyła na mnie w milczeniu. Właściwie to domyślałem się, że na mnie patrzy, bo jej oczy zakrywały te cholernie duże lusterka. Czułem się niepewnie, bo zdawało mi się, że jestem w stanie wiele wyczytać ze spojrzenia, czasem nawet najskrytsze myśli rozmówcy.

– Dobrze – powiedziała nagle. – Ale pod jednym warunkiem…

– Jakim niby? – zdziwiłem się.

Proponowałem jej podwózkę, a ona jeszcze stawiała żądania? Nie lubiłem, gdy ktokolwiek stawiał mi jakiekolwiek warunki. Przywykłem do bycia szefem, bo moja praca polegała głównie na zarządzaniu. Jasne, byłem otwarty na kompromisy, ale po ostatnich przejściach z Megan stałem się przewrażliwiony na tym punkcie. Po prostu od razu wietrzyłem podstęp.

– Żądaj zatem – skapitulowałem.

– Żądaj? – Wyraźnie zaskoczyły ją moje słowa.

Zdjęła okulary i spojrzała na mnie z wyraźnym zaciekawieniem. Poczułem się tak, jakby znów serwowała mi pewnego rodzaju pranie mózgu, sprawiając jednocześnie, że w mig poczułem się jak niesforny uczeń na dywaniku u dyrektora. A wiedziałem, o czym mówię, bo będąc niesfornym chłopcem, bywałem tam nieraz.

– Mówiłaś coś o warunkach – odparłem niepewnym głosem. – Pomyślałem więc…

– To nie myśl tyle – powiedziała, po czym zdjęła plecak i niezwłocznie zajęła miejsce pasażera.

Nie wiem, co wyczyniała ze mną ta dziewczyna, ale jeszcze nikt nigdy nie wodził mnie tak za nos. Jej zachowanie było kompletnie nieprzewidywalne i stale czułem się przy niej jak uczniak. To było dla mnie kompletnie nowe doświadczenie, bo zazwyczaj to ja rozdawałem karty i panowałem nad sytuacją. Teraz stałem na środku chodnika i z niedowierzaniem wpatrywałem się, jak zapina pas. Na szczęście otrząsnąłem się dosyć sprawnie, nie chcąc dalej robić z siebie idioty, i zająłem miejsce kierowcy. Zwolniłem hamulec ręczny, wrzuciłem bieg i ruszyłem. Właściwie nie bardzo wiedziałem, dokąd miałem jechać, ale jakoś nie odważyłem się jej o to zapytać. W zasadzie nie poznawałem samego siebie. Na ogół miałem wiele do powiedzenia, a ta dziewczyna sprawiała, że brakowało mi słów. A to było do mnie niepodobne…

– Skoro już zaproponowałeś mi podwózkę… – odezwała się nagle, wyrywając mnie z zamyślenia.

Spojrzałem na nią, jakbym dopiero co odkrył, że nie jestem tu sam, na co wymownie przewróciła oczami.

– …to zawieź mnie, proszę, do Presbyterian Hospital.

– Presbyterian Hospital? – zdziwiłem się.

Sądziłem, że o tak wczesnej porze wybiera się do pracy albo do szkoły. Nie wiedziałem, ile miała lat, więc rozważałem różne opcje. Szpital kojarzył mi się z chorymi i lekarzami, a ona nie wyglądała mi na żadnego z nich. Jej wygląd odbiegał nawet od stereotypu pielęgniarki.

Pokiwała jedynie głową, a mnie aż skręcało z ciekawości, ale już o nic więcej nie spytałem. Właściwie to po naszej zdawkowej wymianie zdań nastała kompletna cisza. Obrałem więc właściwy kierunek, a po kwadransie parkowałem auto przed kliniką przy siedemdziesiątej pierwszej. Kiedy zgasiłem silnik, wreszcie spojrzałem na swoją pasażerkę i po raz pierwszy ujrzałem w niej zupełnie inną osobę niż ta, za którą najwyraźniej na siłę próbowała uchodzić. Mógłbym przysiąc, że czegoś się bała albo że czymś bardzo się przejmowała. Wciąż nie miałem pojęcia, co dokładnie chodziło jej po głowie, ale jej twarz wyrażała wielkie przejęcie.

– Odwiedzasz tam kogoś? – spytałem, siląc się na uprzejmość.

– Co?

– Bo chyba nie pracujesz w szpitalu – skwitowałem.

Prawdopodobnie sprawiłem jej przykrość, dostrzegłem bowiem grymas na jej pokrytej tym naprawdę nieładnym makijażem twarzy.

– A co? To aż tak widać? Nie pasuję do takich miejsc?

– Nie to miałem na myśli…

– Nie umiesz kłamać. – Uśmiechnęła się ponuro i odpięła pas bezpieczeństwa. – Dziękuję za podwózkę.

Chwilę potem niemal wybiegła z auta, po czym zniknęła mi z oczu.

5.

Liv

To jeszcze niczego nie przesądza… To wcale nic nie musi oznaczać… Proszę być dobrej myśli…

W mojej głowie kłębiły się różne myśli, a słowa doktora Williamsa odbijały się w niej echem. To miała być rutynowa wizyta, mająca na celu jedynie kontrolne badanie mojego obciążonego serca. Zamiast tego otrzymałam wieści, których zupełnie się nie spodziewałam i na które nie byłam gotowa. Ale kto by był…

Miałam dać sobie czas i nie panikować. Jakby to było takie proste… Niemniej po ochłonięciu z pierwszego szoku postanowiłam podejść do tematu na spokojnie, no bo co innego mi pozostało. Znów musiałam czekać, bo ponownie pobrano mi krew do analizy. „To tylko trzy tygodnie – powtarzałam sobie. – Cóż, tylko trzy albo aż trzy tygodnie…”.