Inna miłość szejka - Artur Ligęska, Oskar Maya - ebook

43 osoby właśnie czytają

Opis

Baśń, która zamieniła się w koszmar. Siła, dzięki której można przetrwać piekło.

Prawdziwa historia Polaka niesłusznie przetrzymywanego w emirackim więzieniu.

Gdy zakochuje się książę, to zwykle początek bajki. Ale gdy książę należy do emirackiej rodziny królewskiej, baśń zamienia się w koszmar.

Artur Ligęska był gwiazdą polskiego fitnessu. Nagradzany i doceniany, otworzył sieć popularnych klubów. Sukces przyszedł szybko, a wraz z nim kłopoty. W Dubaju Artur miał zacząć nowe życie. Ale Zjednoczone Emiraty Arabskie, jakie widzi świat –nowoczesne, bogate państwo o wielkich możliwościach, okazały się jedynie pięknym mirażem.

Gdy Artur poznał Anioła, księcia Abu Zabi, nie spodziewał się, że to początek jego drogi do piekła. By zatrzymać ukochanego w kraju, Anioł przez 13 miesięcy przetrzymywał go w emirackim więzieniu, gdzie jego życie zmieniło się w koszmar. Bez dowodów, bez możliwości obrony, został skazany na dożywocie. Wydawało się, że jego życie właśnie się skończyło.

Dzięki pomocy polskich dyplomatów, organizacji pozarządowych, przyjaciół i ludzi dobrej woli cudem wyszedł na wolność. Dzięki własnej sile i determinacji przetrwał koszmar i dziś chce pokazać światu prawdę o kraju, w którym ludzkie losy zależą jedynie od kaprysów wszechwładnych szejków.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 206

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Okładka

Karta tytułowa

Słowo wstępne

Dlaczego Inna miłość szejka?

Pisanie w piekle było antidotum na to, by je przetrwać i nie zwariować. Prócz tego, że się modliłem i ćwiczyłem – sporo pisałem. Dzięki temu na te kilka chwil stawałem się wolnym człowiekiem. Pisałem też po to, by zapamiętać miłe, dobre rzeczy, które także mnie spotkały. Wspominałem całe dotychczasowe życie.

Z trzynastu miesięcy spędzonych w więzieniu przez osiem byłem zamknięty w celi-lochu o powierzchni czterech metrów kwadratowych. Bez ludzi, bez łóżka, bez prysznica, często bez wody, z dziurą w betonie, która była moim osobistym WC. Zamknięto mnie, odbierając mi praktycznie wszystko, łącznie ze słońcem i światłem dziennym. Chcieli sprawić, bym się załamał, nie wytrzymał fizycznie lub po prostu zwariował.

Sytuacja, w której się znalazłem, przypomina scenariusz thrillera psychologicznego. Po dziewięciu miesiącach aresztu i jednej trwającej kilka minut rozprawie przed sądem federalnym w Abu Zabi – bez dowodów, bez świadków, bez przesłuchań oficerów policji, którzy mnie aresztowali – zostałem skazany na dożywocie w izolacji. Po ogłoszeniu wyroku założono mi kajdanki na ręce i łańcuch na nogi, po czym wtrącono do celi-izolatki. Odebrano mi możliwość rozmowy z rodziną, z adwokatem, z przedstawicielami ambasady...

Mogło się wydawać, że moje życie dobiegło końca. Podobnie jak wtedy, gdy zdałem sobie sprawę, że nie walczę w sprawie o posiadanie narkotyków, których nigdy przy mnie nie znaleziono i których nie miałem też w organizmie. Nie byłem święty. Popełniłem w życiu wiele głupstw, próbowałem tego, co zakazane, bywałem nieodpowiedzialny i naiwny. W tej konkretnej sprawie chodziło jednak o coś innego – o nieodwzajemnione uczucie członka rodziny królewskiej. Człowiek ten darzył mnie obsesyjną, psychopatyczną wręcz miłością do tego stopnia, że nie wyobrażał sobie beze mnie życia, i za wszelką cenę nie chciał dopuścić do mojego wyjazdu z Emiratów. Doprowadził do zablokowania mi możliwości wylotu do Europy, do cofnięcia z lotniska w Dubaju i zaaresztowania mnie przed wejściem do budynku, w którym mieszkałem. Wszystko to odmieniło moje życie na zawsze i przekształciło je w horror, którego stałem się bohaterem.

Doświadczyłem wielu cierpień: głodu, niemożności przyjmowania koniecznych leków, których mi odmówiono, utrudniania kontaktu z rodziną, zakazu odwiedzin czy zablokowania telefonów do ambasady; widziałem tortury, bicie więźniów do nieprzytomności, gwałty i rozstrzelanie sąsiada z izolatki obok. Tego wszystkiego doświadczyłem na własnej skórze i – co najważniejsze – wszystko to przetrwałem, starając się wykorzystać każdą okazję do walki o prawdę.

Znalazłem się w beznadziejnej, piekielnie trudnej sytuacji. Rzecz niewyobrażalna dla zwykłego człowieka. Po siedmiu miesiącach przetrzymywania mnie w więzieniu zdołałem przekupić strażnika, by pozwolił mi zadzwonić do najbliższych. Miałem na to dwie minuty. Zatelefonowałem do mamy, a potem do przyjaciółki, za której pośrednictwem zaapelowałem do polskich mediów o pomoc. Było to 16 listopada 2018 roku. Wiedziałem, że bardzo wiele ryzykuję, że mogę zostać otruty, zabity, spalony. Miałem jednak pewność, że jestem niewinny i że muszę zrobić wszystko, by ocalić życie. Rzecz dziwna – im ciemniej się robiło na horyzoncie, tym więcej miałem sił. Niosła mnie energia od Boga...

Ogromne wsparcie uzyskałem od ambasady polskiej w Abu Zabi. Panowie konsulowie stali się moją drugą rodziną. Dzięki ich cotygodniowym odwiedzinom w więzieniu mogłem znów poczuć się normalnym człowiekiem. Nasi dyplomaci okazali też niesamowitą mądrość, zwłaszcza zaś znajomość tamtejszej obyczajowości. Odbyliśmy wiele rozmów. W ich trakcie padały niezliczone pytania o kulisy mojego uwięzienia, a także prawdziwe przyczyny skazania mnie i przetrzymywania w izolatce.

* * *

Zdecydowałem się na publikację moich przeżyć, by uświadomić światu, jak wiele jest do zrobienia w zakresie praworządności oraz praw człowieka w krajach, które pretendują do miana nowoczesnych.

Zdecydowałem się na tę publikację, gdyż chcę wykrzyczeć swój sprzeciw wobec nietransparentnych procesów sądowych, procesów bez faktycznego prawa do obrony, procesów, które z praworządnością w pojęciu standardów międzynarodowych nie mają nic wspólnego.

Zdecydowałem się na tę publikację, by walczyć o opiekę medyczną i leki dla aresztowanych i więźniów, chorych przewlekle czy śmiertelnie. Nie może być tak, że nieleczone HIV, HCV, nowotwór, nadciśnienie czy cukrzyca stają się wyrokiem śmierci jeszcze przed końcem procesu sądowego.

Zdecydowałem się na tę publikację, by wyrazić swój sprzeciw wobec kary śmierci, którą w Emiratach wciąż się WYKONUJE i którą widziałem na własne oczy.

Zdecydowałem się na podzielenie swoimi doświadczeniami, by uświadomić ludziom na całym świecie, że Bliski Wschód jest jednym z najpiękniejszych rejonów świata, że można tam rzeczywiście zrobić niebywałą karierę i szybko zarobić pieniądze. Należy mieć wszakże świadomość tego, jak duże dzielą nas różnice, jak odmienne są tamtejsze kultura i mentalność. Tę europejską radzę zostawić przed wejściem do samolotu lecącego na Bliski Wschód …

Widziałem wiele okrucieństw, lecz przetrwałem i dziś jestem silny jak nigdy wcześniej.

Poleciałem do Emiratów niedługo po tym, jak straciłem w Polsce zdrowie, firmę, wiarygodność finansową, wpadłem w nałóg, zakończył się mój związek, wypaliłem się i pogubiłem... Dziś to wszystko wydaje się niczym w porównaniu z doświadczeniem późniejszego piekła. Więzienie kompletnie mnie odmieniło, zweryfikowało to, kim jestem, jaki jest mój potencjał i kto jest moim przyjacielem. Wiem też jedno – Bóg istnieje, mam rewelacyjną rodzinę i w końcu pokochałem siebie.

Artur

Przedmowa

ZEA według Radhy Stirling, założycielki Detained in Dubai1

Jest wiele powodów podróży do Zjednoczonych Emiratów Arabskich: turystyczne, inwestycyjne, zawodowe. Większość ekspatów po wylądowaniu na lotnisku w Abu Zabi cieszy się luksusowym stylem życia; standardowe kontrakty obejmują zwykle luksusowe zakwaterowanie i bilety do domu raz, dwa razy do roku. Dubaj znany jest ze swych licznych atrakcji turystycznych, a także bajecznych siedmiogwiazdkowych hoteli i mnóstwa sklepów. Inwestorów przyciągają względna łatwość prowadzenia interesów, dostępność linii kredytowych, gotowość rządu ZEA do wspierania projektów biznesowych oraz dostępność lokalnych rynków.

Na pierwszy rzut oka Emiraty to raj dla przedsiębiorców czy inwestorów. Nic dziwnego, że Dubai International Airport to jedno z najruchliwszych lotnisk na świecie. Obraz, jaki ZEA przedstawia światu, jest niezwykle kuszący – jakby manna spadała tam z nieba. Gdyby był prawdziwy, Emiraty istotnie byłyby rajem.

Można jednak powiedzieć, że są dwie różne ZEA – jedne, które są iluzją, i drugie, prawdziwe. Iluzją jest obraz nowoczesnego, liberalnego i sprzyjającego biznesowi kraju, otwartego na cudzoziemców. Ten właśnie obraz przyciąga do niego tysiące ludzi. Prawdziwe Emiraty to bardzo mała, hermetyczna społeczność miejscowych, działających w ramach tradycyjnych struktur plemiennych istniejących poza oficjalnym systemem prawa.

Zjednoczone Emiraty Arabskie to dziś około dziewięciu i pół miliona ludzi, z czego tylko około miliona to obywatele samych Emiratów. Ludność składa się z blisko czterdziestu plemion; wywodzi się z nich kilkadziesiąt głównych rodzin, w rodzaju rządzących klanów Maktum, Nahjan, Szarki czy Al-Kasimi. Inne dość wpływowe rodziny – Al-Hashimi, As-Suwajdi, Al-Mulla – nie piastują, co prawda, stanowisk na świeczniku, ale wywierają olbrzymi wpływ na funkcjonowanie kraju. W ZEA istnieją rozległe, przenikające się nawzajem sieci rodowe, kontrolujące wszystkie warstwy społeczeństwa. Dany członek rodziny może być jednocześnie znaczącym politykiem, wysoko postawionym policjantem i ważnym biznesmenem.

Normą są stosunki, które na Zachodzie określa się mianem konfliktu interesów. Trzeba pamiętać, że społeczeństwo emirackie jest społeczeństwem na wskroś plemiennym, i to, kogo znasz i kim jesteś, determinuje to, co możesz robić i jak jesteś traktowany.

W języku arabskim istnieje określenie relacji tego rodzaju: wasta. Oznacza ono nie tyle zakres władzy danej jednostki, ile przywileje, jakie ma ona dzięki znajomości z ludźmi sprawującymi władzę. Od czasu do czasu pojawiają się wprawdzie próby redukowania wpływu wasty, nadal jednak jest ona w Emiratach o wiele ważniejsza niż prawo.

Układy sił między wpływowymi rodami i poszczególnymi ich członkami stanowią jedną z najpoważniejszych i najtrudniejszych do przewidzenia przeszkód dla cudzoziemców usiłujących się odnaleźć w emirackim społeczeństwie.

Im dłużej dany obcokrajowiec jest w stanie przebywać w ZEA bez wdawania się w relacje czy konflikty z Emiratczykami, tym dłużej będzie trwał w iluzji państwa prawa. Jednakże w chwili, w której jego życie, kariera, firma czy finanse skrzyżują się w jakiś sposób z miejscowym układem – albo gdy wejdą z nim w jakiś spór – iluzja ta pryska. Zderzy się z brutalną rzeczywistością tego, że ZEA jest w istocie republiką bananową, w której policja, prokuratura, sądy i rząd są jedynie marionetkami w rękach liczących się rodów.

Wydumane zarzuty, niesłuszne aresztowania i niesprawiedliwe procesy to codzienność ZEA. Można zostać aresztowanym, oskarżonym i skazanym wyłącznie na podstawie zeznań świadka, zwłaszcza Emiratczyka. Standardem na policji jest wymuszanie podpisania fałszywego przyznania się do winy – nierzadko oskarżonych zmusza się do złożenia podpisu na czystych kartkach papieru, na których policja później zapisuje ich sfabrykowane zeznania.

Można spokojnie powiedzieć, że większość więźniów w ZEA jest absolutnie niewinna zarzucanych im czynów. Tysiące osób cierpią w więzieniach w zapomnieniu, bo ich ambasady nie robią nic w ich sprawach, zasłaniając się formułką o konieczności poszanowania miejscowego systemu sądowniczego. Wielu osób zresztą nie stać na prywatnego adwokata, przez co muszą się zadowalać obrońcą z urzędu, choć i tak nie ma to większego znaczenia, gdyż procesy w sądach są parodią wymiaru sprawiedliwości. Obrońcom – zarówno prywatnym, jak i z urzędu – nie wolno się spotykać ze swoimi klientami, często nawet nie mówią w ich języku, a podstawowym celem adwokatów jest utrzymanie dobrych relacji z sędziami, prokuratorami i policją; mają za zadanie raczej zapewnić bezproblemowe skazanie.

Z mojej ponaddziesięcioletniej pracy ze sprawami dotyczącymi cudzoziemców w ZEA jasno wynika, że istnieją tylko dwa sposoby, które mogą pomyślnie rozwiązać przypadki pochopnych aresztowań i niesprawiedliwych wyroków: interwencje dyplomatyczne oraz uwaga światowych mediów, która mobilizuje poparcie opinii publicznej.

Artur miał sporo szczęścia, że rząd polski zaangażował się w jego sprawę, podobnie jak media i opinia publiczna. Dla porównania: sprawa niemal identyczna ze sprawą Artura, Brytyjczyk Andrew Neal aresztowany w Dubaju pod nieprawdziwymi zarzutami posiadania narkotyków – przy zupełnym braku dowodów, fałszywych zeznaniach jedynego oskarżyciela (potem wycofanych) i absolutnej niewinności rzekomego sprawcy – nadal pozostaje w areszcie. Ze względu na niedostateczne wsparcie brytyjskich mediów i rządu sprawa Andrew Neala została przekazana do ONZ-u.

Nauczona doświadczeniem walki o sprawiedliwość dla ponad 10 tysięcy klientów uznałam z początku, że sprawa Artura jest beznadziejna. Przerażająca prawda jest taka, że im bardziej wyssane z palca są zarzuty, im bardziej nieprawdopodobne fakty towarzyszą decyzji o aresztowaniu, tym trudniejsza jest sytuacja. Wielu ludziom z Zachodu po prostu nie mieści się w głowie, że można kogoś aresztować i skazać bez żadnych dowodów. Mimo ogólnie znanej wiedzy, że system sądowniczy w ZEA nie spełnia standardów, że dowody się fabrykuje, a zeznania wymusza, domagający się sprawiedliwości i praworządności zawsze spotykają się z cynicznymi uwagami w rodzaju „Nie ma dymu bez ognia”, co ma oznaczać, że ofiara musiała mieć coś na sumieniu.

Skazanie Artura odbyło się bardzo szybko, a warunki jego uwięzienia okazały się szczególnie ciężkie. Ci, którzy – na szczęście! – nie mają dogłębnej wiedzy o sądownictwie w ZEA, mogli wątpić, czy aby na pewno Artur był rzeczywiście zupełnie niewinny. Pewnie myśleli tak: „A może nie mówią nam wszystkiego? A może jego adwokaci wysyłają do mediów tylko wybrane informacje? Niemożliwe, że instytucje stojące na straży porządku prawnego i policja są tak skorumpowane i wyrachowane, żeby uwięzić zupełnie niewinną osobę tylko w celu ugłaskania jakiegoś wściekłego obywatela”.

Niestety – to jest absolutnie normalne w Emiratach. Cudzoziemcy często trafiają do więzień tylko dlatego, że uwiecznili na selfie jakiegoś obywatela ZEA, który nie chciał być fotografowany. Pewnemu brytyjskiemu biznesmenowi zrabowano miliony dolarów w firmowych aktywach i oskarżono go fałszywie o defraudację wyłącznie dlatego, że odrzucił karesy swojego partnera biznesowego. Lista takich pseudoprawnych okropieństw jest długa i rośnie z każdym dniem.

Kiedy Artur poprosił mnie o napisanie przedmowy do swojej książki, zrobiłam to z dużą przyjemnością. Nieustanny strumień spraw napływających z ZEA, dramatyczne historie ofiar przemocy prawnej, które wywołują wściekłość i które na zawsze zmieniają życie wielu osób, zwykle doczekują się tylko krótkich wzmianek w prasie i popadają w natychmiastowe zapomnienie, gdy zdarza się jakaś inna, bardziej medialna tragedia.

Dlatego właśnie książka Artura jest taka ważna. Jego cierpienia stanowią niezwykle dobitny przykład tego, co może spotkać każdego cudzoziemca w ZEA. Społeczność międzynarodowa musi być tego w pełni świadoma. Pozostaje mi żywić nadzieję, że opowieść Artura będzie nie tylko ostrzeżeniem przed tym, co może się wydarzyć w Emiratach, lecz także że będzie się ją czytać w ZEA, aby ich obywatelom otworzyły się oczy na straszną rzeczywistość ich systemu prawnego. Być może stanie się ona impulsem do tak koniecznych reform.

Radha Stirling, CEO

Detained in Dubai

1 Organizacja pomagająca niesłusznie oskarżonym cudzoziemcom w Zjednoczonych Emiratach Arabskich – przyp. aut.

Dwie twarze Emiratów

Wyjeżdżając w 2017 roku do Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Artur Ligęska, trener personalny i założyciel sieci fitness klubów w Polsce, wierzył, że ten kraj „wielkich możliwości” i „niezapomnianych widoków” pozwoli mu zapomnieć o problemach, które zostawił w Polsce.

Dziś Dubaj imponuje rozmachem i bogactwem, jednak jeszcze w 1990 roku stał tutaj tylko jeden drapacz chmur. Obecnie miasto nazywane jest Nowym Jorkiem Bliskiego Wchodu. W ZEA wszystko musi być największe i najdroższe. Jest tutaj najdroższy hotel, największy apartament, a nawet najdroższy pierścionek na świecie. Dubaj i Abu Zabi lśnią od złota, a na ulicach nikogo nie dziwi wielbłąd stojący obok lamborghini. Zaraz po przybyciu rzuca się w oczy także wielokulturowość. Rodowici Emiratczycy stanowią tylko 10 procent ludności kraju. Reszta to przybysze, którzy mają miesiąc na znalezienie pracy; jeśli tego nie uczynią, są deportowani do kraju, z którego przybyli. Królestwo szczyci się także tym, że jest jednym z najbezpieczniejszych miejsc na świecie. Pospolitych przestępstw prawie tu nie ma, a widok zaparkowanych luksusowych aut z kluczykami w stacyjce należy do codzienności. Na ulicach prawie nie widać policjantów, co nie oznacza, że ich nie ma. Mogą interweniować, nawet gdy… żujesz gumę albo wyrzuciłeś śmieci w miejscu do tego nieprzeznaczonym. Rodowici Emiratczycy nie płacą za prąd, gaz ani telefon. Do niedawna byli też zwolnieni z wszelkich podatków2. Nie muszą ich płacić również przyjezdni. Raj na ziemi? Niestety, tylko z pozoru. Bo ZEA to miejsce pełne sprzeczności. Nowoczesność i nigdzie na świecie niespotykany rozmach zderzają się tu z brakiem pluralizmu politycznego, cenzurą w mediach i życiem według reguł, które dla Europejczyków są niewyobrażalne, a czasami groźne.

O tym wszystkim boleśnie przekonał się bohater tej książki – Artur Ligęska. Wystarczyły tylko cztery miesiące, żeby jego wyobrażenia o ZEA legły w gruzach, a życie zamieniło się w koszmarny sen na jawie. Artur podczas próby opuszczenia kraju został zawrócony z lotniska, a następnie przetransportowany do więzienia. W trakcie trwającej kilka minut, pełnej absurdów rozprawy został skazany na dożywocie. Czy mógł tego uniknąć? Być może tak. Z pewnością przed wyjazdem należało zrobić solidny research.

Zjednoczone Emiraty Arabskie są dla Europejczyka miejscem bardzo odległym kulturowo. I nie chodzi przy tym o kwestie wyłącznie obyczajowe, lecz przede wszystkim prawne.

Oto garść faktów, które każdy podróżujący do Zjednoczonych Emiratów Arabskich powinien znać.

1. W Emiratach obowiązuje prawo mieszane: muzułmański szarijat i prawo cywilne. Niemuzułmanów sądzi się na ogół według prawa cywilnego, po czym deportuje do kraju, z którego przyjechali. Ale jak pokazują liczne przypadki, wyrok często zależy od widzimisię sędziego.

2. Prawem normującym życie wyznawców islamu jest szarijat – w odmianie tak sunnickiej, jak i szyickiej.

Islam nie uznaje rozdziału życia świeckiego od religijnego, i dlatego normuje zarówno zwyczaje religijne, organizację władzy religijnej, jak i codzienne życie obywateli. Szarijat opiera się na założeniu, że prawo musi dostarczać wszystkiego, co potrzebne do duchowego i fizycznego rozwoju jednostki. Czyny muzułmanina dzielą się na pięć kategorii: konieczne, chwalebne, dozwolone, naganne oraz zakazane. Źródłami prawa są święta księga islamu Koran oraz sunna, zbiór relacji związanych z życiem Mahometa. Stosowane w szarijacie narzędzia prawne to kijas, rozumowanie przez analogię, oraz idżma, jednomyślna zgoda.

Przyjmuje się, że Koran jest tylko ziemską wersją Księgi Matki, a prawo w nim zawarte zostało ujawnione prorokowi Mahometowi. Sunna to, skrótowo rzecz ujmując, zakres obowiązków zaczerpnięty z czynów i praktyk Mahometa oraz jego godnych naśladowania towarzyszy i następców, należący do muzułmańskiej tradycji religijnej. Ustanawia ona prawa w najróżniejszych dziedzinach, od społecznej po polityczną i administracyjną (bardziej świecką), jak również w dziedzinach teologicznej i rytualnej.

Kijas, wnioskowanie przez analogię, zaczęto stosować w przypadkach, gdy ani Koran, ani sunna nie wystarczały do rozstrzygnięcia wątpliwości. Źródłem analogii były przypadki wymieniane w Koranie lub sunnie. W ten sposób powstał na przykład zakaz używania narkotyków, przez analogię do zakazu picia wina.

Idżma to jednomyślne postanowienie. Gdy pojawia się jakaś wątpliwość natury prawnej, zbiera się grupa muzułmańskich prawników lub nawet cała umma (społeczność), każdy z radzących sądzi problem według swojej woli aż do momentu uzyskania jednomyślności. Decyzja jest następnie rozpowszechniana wśród wiernych. Uznanie takiego postanowienia opiera się na przekonaniu, że decyzja w ten sposób podjęta nie może być niezgodna z wolą Boga. Żadna z decyzji wydanych na podstawie kijasu lub idżmy nie może być sprzeczna z Koranem lub sunną.

3. Czynami zakazanymi w prawie szarijatu są między innymi kradzież, cudzołóstwo, posiadanie narkotyków, stosunki homoseksualne.

Za popełnienie czynu zakazanego szarijat zaleca – w zależności od interpretacji prawnej – stosowanie takich kar, jak: biczowanie, obcinanie członków ciała, śmierć przez ukamienowanie, ścięcie lub powieszenie. Podstawą wspólnoty muzułmańskiej jest rodzina. Cokolwiek godzi w jej tradycyjny charakter, godzi też w islam. Dlatego homoseksualizm, który z założenia nie służy przekazywaniu życia, uważa się za zło. Według tradycji muzułmańskiej skłonności homoseksualne łamią przepisy boskiego prawa i stanowią obok spożywania alkoholu i narkotyków oraz zdrady małżeńskiej – zagrożenie dla społeczeństwa. Według ortodoksyjnego nauczania muzułmańskiego wszyscy ludzie są z natury heteroseksualni. Homoseksualizm jest konsekwencją problemów pojawiających się w okresie dojrzewania i przy dobrej woli można się go pozbyć.

Mimo krytyki organizacji międzynarodowych wiele krajów muzułmańskich broni rygorystycznych przepisów prawnych odnoszących się do homoseksualizmu, widząc ich zasadność w tym, że chronią one islamskie wartości.

Wysokie są również kary za posiadanie narkotyków. W Zjednoczonych Emiratach Arabskich za samo posiadanie nawet śladowych ilości jakiegokolwiek narkotyku, w tym marihuany, można spędzić w więzieniu cztery lata, co jest i tak minimalnym wyrokiem.

Za handel narkotykami natomiast grozi kara śmierci. Jak posiadanie narkotyków traktuje się nawet wykrywalne stężenie jakiegokolwiek narkotyku w krwiobiegu. Procedury bezpieczeństwa na lotniskach są bardzo rozbudowane, zaawansowane technologicznie i nastawione między innymi właśnie na wykrywanie śladów marihuany. Funkcjonariusze często zabierają podróżnych na wyrywkowe testy narkotykowe. O tym wszystkim przekonało się wielu cudzoziemskich poszukiwaczy przygód, zwykłych turystów czy, tak jak Artur, biznesmenów zachęconych perspektywą dobrze płatnej pracy.

2 Od 1 stycznia 2018 roku wprowadzono 5-procentowy podatek VAT – przyp. konsult.

Ofiara gwałtu za kratkami

W 2013 roku dwudziestopięcioletnia Norweżka Marte Deborah Dalelv, projektantka wnętrz, pracująca dla katarskiej firmy, wybrała się do Dubaju w podróż służbową. Towarzyszyły jej koleżanki i kolega z pracy, Sudańczyk, jej przełożony. W ostatnią noc przed wylotem Marte postanowiła jeszcze „wyjść na miasto”. Obudziła się nad ranem w nieswoim pokoju hotelowym. Wszystko wskazywało na to, że została zgwałcona przez swojego szefa, a wcześniej odurzona pigułką gwałtu. Prosto z hotelu Marte poszła na posterunek policji zgłosić napaść seksualną. „Przyszłaś do nas, bo ci się nie podobało?”, usłyszała od posterunkowego. Słowa te okazały się wstępem do tragicznej serii zdarzeń. Odebrano jej paszport, wtrącono do aresztu i odmówiono kontaktu z ambasadą. Po czterech dniach spędzonych w zimnej celi dzięki pożyczonej od współwięźniarki karcie telefonicznej kobiecie udało się zadzwonić do domu. Rodzina powiadomiła ambasadę, ale ta nie potrafiła wyciągnąć jej z aresztu. Dlaczego doszło do tak szokującej niesprawiedliwości?

Zgodnie z prawem obowiązującym w Zjednoczonych Emiratach Arabskich Marte została oskarżona o uprawianie „seksu pozamałżeńskiego” oraz spożywanie alkoholu bez pozwolenia. Gwałt rozpatrywany jest dopiero wtedy, gdy kobieta przedstawi minimum czterech świadków – koniecznie mężczyzn i koniecznie muzułmanów. Marte takich świadków nie miała, była więc bez szans w starciu z emirackim wymiarem sprawiedliwości. Mimo protestów przedstawicieli ambasady i rodziny sędzia orzekł, że kobieta kłamie, i skazał ją na szesnaście miesięcy więzienia, a jej szefa na… trzynaście miesięcy. O sprawie pisały niemal wszystkie światowe media i to pod ich naciskiem szejk i emir Dubaju, Muhammad ibn Raszid Al Maktum, uniewinnił Marte. I choć później pojawiło się kilka niejasności (kobieta zmieniła zeznania, za co oskarżono ją o krzywoprzysięstwo, przyznała się też do spożywania alkoholu), to jej przypadek pokazuje, jak absurdalne dla Europejczyka może być zderzenie z arabskim systemem prawnym.

Pięć lat wcześniej podobna historia spotkała Australijkę Alicię Gali, pracownicę sieci hotelowej Starwood. Według jej zeznań prawdopodobnie ktoś z obsługi hotelowej wrzucił jej do drinka pigułkę gwałtu. Kiedy oprzytomniała, zaczęła odtwarzać sceny z poprzedniego wieczoru. Nie miała wątpliwości, że została zgwałcona przez czterech kolegów z pracy. Miała połamane żebra i ślady pobicia na całym ciele. Przerażona ostatkiem sił dotarła do szpitala. Kiedy zdecydowała się zeznawać, usłyszała, podobnie jak Marte, że musi przedstawić zeznania czterech świadków – mężczyzn i muzułmanów – którzy potwierdzą jej wersję. Po krótkiej rozprawie Alicia została skazana na rok więzienia za picie alkoholu3 oraz seks pozamałżeński. Wyszła po ośmiu miesiącach. Na prośbę australijskiego rządu (!) rodzina Alicii nie upubliczniła sprawy. Zrobiła to dopiero ona sama, i to rok później podczas telewizyjnego reportażu dla Sunday Night. Próbowała też wywalczyć odszkodowanie od hotelu, w którym była zatrudniona. Oto, jaką otrzymała odpowiedź:

To, co przydarzyło się naszej byłej pracownicy hotelu Le Merdien Al Aqah, Alicii Gali, w czerwcu 2008 roku, jest godne ubolewania. Choć hotel z zaangażowaniem działał na rzecz pani Gali, władze prowadziły dochodzenie i sprawę sądową zgodnie z lokalnym prawem. Możemy jedynie dodać, że mężczyźni zamieszani w sprawę zostali również osądzeni i każdy z nich, zanim został deportowany, odsiedział wyrok w więzieniu. Jeśli chodzi o sprawę sądową, jaką wytoczyła pani Gali hotelowi, nie zgadzamy się z żadnym ze stawianych nam zarzutów. Dyrekcja hotelu zapewniała wsparcie i pomoc pani Gali i jej rodzinie w tamtym czasie, włącznie z pomocą medyczną i w śledztwie, współpracą z reprezentującą ją ambasadą australijską, koordynacją i uzgadnianiem spraw z jej rodziną w Australii. […] Bezpieczeństwo i ochrona naszych współpracowników i gości wciąż jest naszym najwyższym priorytetem.

Cukierki z koką

Absurdalność interpretacji przepisów prawnych w ZEA doskonale poznał Polak Michał Majewski, warszawiak, właściciel agencji reprezentującej fotografów. W 2016 roku, czyli rok przed sprawą Artura, Michał, podróżując służbowo do Dubaju, miał w swojej walizce trzy opakowania cukierków o nazwie Coca Candy. Zakupił je wcześniej podczas wycieczki do Peru, gdzie są one chętnie kupowanym suwenirem. W jednej paczce Coca Candy znajduje się 0,01 grama mączki z rośliny koki. W Peru są absolutnie legalne, jednak w Zjednoczonych Emiratach Arabskich nawet tak śladowa ilość narkotyków jest przestępstwem. „W wielu miejscach na świecie taką mączkę można znaleźć w sektorze healthy food, jest wykorzystywana do gotowania”, tłumaczył Michał już po powrocie do Warszawy podczas jednego ze spotkań. Polak został zatrzymany na lotnisku do wyrywkowej kontroli: „Miałem tatuaże na rękach i uśmiech na twarzy, to wystarczyło, żebym został uznany za podejrzanego”, mówił w wywiadzie dla „Wysokich Obcasów”. Był przekonany, że sprawa się za chwilę wyjaśni, tym bardziej że puścili go wolno, choć nie oddali paszportu. „Przyjdź za tydzień, musimy przebadać, co jest w tej paczce”, usłyszał od funkcjonariuszy. Kiedy wrócił po tygodniu, policjanci już tacy mili nie byli. Michał został brutalnie przeszukany, zabrano mu wszystkie rzeczy i przewieziono do aresztu, gdzie czekała na niego cela bez okien, za to z rozkręconą do maksimum klimatyzacją. Przesiedział w niej miesiąc. Mimo zebranych przez rodzinę dowodów: wyciągu z karty kredytowej, potwierdzającej zakup cukierków na lotnisku w Limie, wsparcia konsulatu, pisma od producenta słodyczy, gdzie widniała informacja, że produkt nie zawiera narkotyku, Michał został skazany na… cztery lata. „Czułem się jak w jakimś mrocznym, dziwnym filmie. Z każdą chwilą zdawałem sobie sprawę, że jestem z góry na straconej pozycji i wszystko zmierza ku temu, żebym dostał wyrok”, opowiadał na spotkaniach.

Michał Majewski siedział w więzieniu z ludźmi, którzy znaleźli się w podobnej lub jeszcze bardziej absurdalnej sytuacji. Jeden ze współwięźniów trafił tam, bo przewoził w bagażu podręcznym… makowiec, a mak jest w Zjednoczonych Emiratach Arabskich traktowany tak jak heroina. Innego podróżnika uwięziono, bo w jego lekach znaleziono kodeinę – lek dostępny w każdej europejskiej aptece. Majewski był pewien, że przy najbliższym ramadanie zostanie objęty amnestią, zrezygnował więc z prawnika. „Od samego początku było wiadomo, jak to się skończy. Nawet najlepsze dowody przedstawione przez mojego prawnika nie miały szans w zderzeniu z poczuciem wyższości ich systemu”, wspomina Polak. Jakiś czas potem okazało się, że nikt nawet nie sporządził ekspertyzy tych cukierków, a śledczy kierowali się jedynie napisem „Coca” na opakowaniu. Michał mógł wyjść już po miesiącu, niestety, nie znalazł się na liście szczęśliwców objętych amnestią. Trafił na nią dopiero podczas kolejnego święta. Po powrocie swój pobyt w więzieniu opisuje w kategoriach doświadczenia egzystencjalnego: „To był mój uniwersytet życia”.

Ucieczka księżniczki, czyli arabska telenowela

Latem 2019 roku świat obiegła wiadomość o ucieczce księżniczki Hai bint Al-Husajn, piątej i najmłodszej żony premiera ZEA Muhammada ibn Raszida Al Maktuma. Haja uciekła z dwójką dzieci. Przedostała się do Niemiec, a stamtąd do Londynu. W lipcu w stolicy Wielkiej Brytanii odbyła się pierwsza rozprawa, podczas której księżniczka zażądała prawa do opieki nad dziećmi, a także non-molestation order, czyli nakazu ochrony przed przemocą domową i zaaranżowanym, przymusowym małżeństwem dwunastoletniej córki.

Media, dla których historia ucieczki księżniczki przypomina film sensacyjny (bez wątpienia powstanie scenariusz na podstawie jej życia), zastanawiają się, co skłoniło Haję do takiej desperacji. Według dziennikarzy BBC księżniczka obawiała się podobnego losu, jaki spotkał jej pasierbicę, księżniczkę Latifę, która wcześniej próbowała zbiec z ZEA z pomocą znajomego Francuza, byłego szpiega.

Wcześniej, w 2000 roku, podobną próbę podjęła starsza siostra Latify Szamsa, która uciekła z posiadłości ojca w angielskim Surrey. Do tropienia księżniczki zaangażowano wszystkich pracowników rezydencji emira. Po kilku tygodniach poszukiwań została znaleziona i prosto z ulicy w Cambridge przetransportowana prywatnym samolotem do kraju. Szamsę skazano na osiem i pół roku więzienia. Do dziś nikt jej publicznie nie widział.

Podobny los spotkał Latifę. Dziewczyna została schwytana w Indiach i siłą sprowadzona do Dubaju. Wcześniej zdołała opublikować nagranie wideo w internecie, gdzie wyznaje powody ucieczki: „Nie ma tu [w Dubaju] sprawiedliwości”, mówiła wyraźnie przygnębiona. „Jeśli jesteś kobietą, twoje życie nic nie znaczy”.

Po tym, co spotkało Latifę, Haja stała się wrogiem męża i całej rodziny królewskiej. Bała się, że w przyszłości może ją czekać podobny los. Podobno ucieczkę planowała od wielu miesięcy. Nie chciała chronić się w Jordanii, czyli swojej ojczyźnie, wybrała Wielką Brytanię.

Jeśli jednak