Inna dusza - Łukasz Orbitowski - ebook

16 osób właśnie czyta

Opis

Miasto. Zniszczone, obdrapane i brudne kamienice. Zmęczeni ludzie w ubłoconych, wiecznie spóźnionych i zatłoczonych autobusach. Przygnębienie i pustka. I nagle w jednej głowie kiełkuje ta dziwna myśl, nieodparte pragnienie. Bez motywu, bez powodu, jak głód. Tak jakby ciało przejmowała Inna dusza, która nakazuje to zrobić, i nie można od niej uciec.

 

Pewnego dnia miasto zatrzyma się przerażone zbrodnią.

 

Seria Na F/Aktach to dokumentalne powieści najlepszych współczesnych polskich pisarzy. Powieści niezwykłe, oparte na prawdziwych wydarzeniach. Autorzy, na podstawie dokumentów, doniesień z sal sądowych oraz zeznań i artykułów prasowych, stworzyli sfabularyzowane historie głośnych zbrodni, które popełniono w ciągu ostatnich dekad. Prawdziwe historie i obraz społeczeństwa tworzą swoisty reportaż z polskiej codzienności, który porywa czytelnika w świat tamtych wydarzeń.

 

Łukasz Orbitowski (ur. 1977)

 

Pisarz, publicysta i scenarzysta. Debiutował w 1999 roku zbiorem opowiadań Złe wybrzeża; autor licznych opowiadań, kilkunastu książek (m.in. Horror show, Tracę ciepło, Widma, Zapiski nosorożca. Moja podróż po drogach, bezdrożach i legendach Afryki). Za powieść Szczęśliwa ziemia nominowany do Paszportu Polityki oraz Nagrody Literackiej „Nike”. W roku 2012 otrzymał stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach programu „Młoda Polska”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 521

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Spójrzcie na to biedne ciało! Jego cierpienie i pożądanie ta biedna dusza tłumaczyła sobie – tłumaczyła jako morderczą rozkosz i pożądanie szczęśliwości noża.

FRYDERYK NIETZSCHE, To rzekł Zaratustra, tłum. Zdzisław Jaskuła, Sława Lisiecka,Warszawa 1999

Wejście2013

– PRZY PIERWSZYM CIOSIE TAK, potem już nie. Pewno po temu dziabałem ich tyle razy – mówi Jędrek. – Pewno myślałem, że znów coś poczuję, a tu nie. Tylko za pierwszym ciosem – powtarza, zwieszając ciężką głowę. Niebieska bluza opina się na szerokich barkach. Zawsze ubierał się na niebiesko. Mówił, że to kolor wojownika.

Siedzimy naprzeciw siebie przy brązowym stole, na prostych szarych krzesłach. Dwa okna na przeciwległym końcu sali widzeń kojarzyłyby mi się ze sklepikiem na stołówce zakładowej, gdyby nie kraty i strażnik pod bronią. Więźniowie rozmawiają z żonami, rodzicami, kochankami, dziećmi. Ktoś płacze. Jakiś berbeć lgnie do wytatuowanej dłoni, mówi, że pani w sądzie nie chciała, żeby przyszedł. Mówi, że popełni jakieś straszne przestępstwo, aby być razem z tatusiem.

Jestem zdziwiony, bo Jędrka odwiedzam od lat i opowiedział mi o tym, co zrobił, i dużo więcej, ale nigdy się nie zająknął, jak mu z tym było, tam, w środku.

– Dobrze, że przyszedłeś – mruczy Jędrek i zaraz pyta: – Jak ojciec? – Nie wiem, o kogo mu chodzi, więc dopowiada: – Jak mój kochany stary?

Mówię, że nic się nie zmieniło. Pan Ryszard siedzi w Toruniu z nową rodziną. Ma dwoje dzieci, jedno już chodzi do szkoły. Zniknął z radaru i ludzie o nim nie rozmawiają. Jędrek znów kiwa głową: szare policzki zjeżdżają ostro do pełnych ust i cofniętego podbródka z nastroszoną szczeciną. Gdy tutaj trafił, ledwo zarastał.

– A matka? – dopytuje.

Teraz przynajmniej wiem, kogo ma na myśli. Przedwczesna emerytura pchnęła panią Hanię w trzecią już pustkę. Pani Hania jeździ na działkę. W samotnym mieszkaniu w Fordonie przyjmuje psy, nieraz głuche i ślepe, próbując znaleźć dla nich nowy dom. Jest sucha i blada jak trup znaleziony w zamieci. Niedługo zapisze się na uniwersytet trzeciego wieku i powybija okna w piwnicach, żeby koty miały się gdzie schronić. Zostawiam tę myśl dla siebie i mówię Jędrkowi, że z jego matką wszystko w porządku. Nie wierzy mi.

– A reszta? Co z resztą? – chce wiedzieć.

Jego ciemne oczy przypominają jamy oblepione błotem, w jego głosie próżno szukać żalu, a jednak te imiona nie przejdą mu przez gardło. Nigdy nie przeszły. Mógłbym opowiedzieć mu o cierpieniu i obojętności, o człowieku, który runął na pysk i leży od osiemnastu lat w gównie rozcieńczonym przez łzy, i o kobiecie, która nim się opiekuje, bo tak trzeba, bo opieka przynosi ulgę i zapomnienie. Osiemnaście lat, dłużej, niż żył ich syn. Opowiedziałbym o Beatce zakotwiczonej w Warszawie, jej dzieciach, o prywatnym przedszkolu i dwupoziomowym mieszkaniu na starym Mokotowie. O matce, która straciła jedyną córkę. Dodałbym: niektórym się udaje, chciała, to ma. Lecz wolę inaczej. Odpowiadam po prostu, że oni akurat jakoś się poskładali. Mówię też, że niedługo przestanę jeździć na Jasną. Jędrek wzrusza ramionami.

– Twój tatko, jak się ma? – zagaduje.

Nie odpowiem. Jędrek zawsze zadaje te same pytania, zawsze odpowiadam tak samo, to jedno puszczając mimo uszu.

– Dobrze, żeś do mnie znów zajrzał, no. Tyś to nigdy na Jasną nie pasował. – Prostuje się na krześle, opuszcza dłonie na stół, splata palce i trze kciukiem o kciuk. Blizna jest niemal niewidoczna. – U ciebie w porządku, co nie?

Tak, u mnie w porządku. Widzenie zaraz dobiegnie końca. Opowiadam Jędrkowi o rzeczach, które nigdy nie będą do niego należały. Na Dworcowej, blisko Gdańskiej, machnęli apartamentowiec jak ta lala i będę tam mieszkał, na drugim piętrze, a strażnik przegoni nieproszonych gości. Strażnik ma niebieski mundur i wąsy zażółcone od papierosów. Zamówiłem meble na wymiar, chcę mieszkać jak człowiek, ale stolarz ociąga się z wykonaniem. Jeżdżę do niego do Raciniewa i poganiam. Gdy wracam, parkuję na prywatnym parkingu w podziemiach budynku. Mój volkswagen jetta ma już sześć lat i chciałbym kupić coś nowego, tylko czasu brakuje – wciąż te wyjazdy. Nie wybrałem nawet telewizora. Chciałbym usiąść i być sobą u siebie.

– To dobrze – mówi Jędrek. – Dobrze, że się poukładało.

Podnosi się ociężale, jakby wielkim wysiłkiem odrywał się od krzesła. Z pierwszym krokiem odzyskuje dawną sprężystość, a gdy staje przed zakratowanymi drzwiami, czekając, aż go wpuszczą, przyjmuje tę pozę, którą dobrze pamiętam z czasów, gdy bujaliśmy się razem. Nogi w lekkim rozkroku, łopatki ściągnięte, pofałdowany kark, ramiona ugięte w łokciach i powolny ruch palców, jakby miętoszących coś niewidzialnego.

Tytuły rozdziałów pochodzą z następujących piosenek:

Kasia Kowalska, A to, co mam, sł. Kasia Kowalska, Koncert inaczej, Izabelin Studio 1995

Varius Manx, Pocałuj noc (Do Ciebie), sł. Anita Lipnicka, Elf, Zic Zac 1995

Edyta Bartosiewicz, Czas przypływu, sł. Edyta Bartosiewicz, Szok’n’Show, Izabelin Studio 1995

O.N.A., Kiedy powiem sobie dość, sł. Agnieszka Chylińska, Bzzzzz, Sony Music Entertainment Poland 1996

Anita Lipnicka, I wszystko się może zdarzyć, sł. Anita Lipnicka, Wszystko się może zdarzyć, Pomaton EMI 1996

Natalia Kukulska, Im więcej Ciebie, tym mniej, sł. Ryszard Kunce, Puls, Universal Music Poland 1997

Perfect, Niepokonani, sł. Bogdan Olewicz, Geny, PolyGram 1997

Kult, Kto śmie traktować cię źle, sł. Kazik Staszewski, Ostateczny krach systemu korporacji, S.P. Records 1998

Anna Maria Jopek, Ja wysiadam, sł. Magda Czapińska, Jasnosłyszenie, Universal Music Poland 1999

Myslovitz, Długość dźwięku samotności, sł. Wojciech Powaga, Miłość w czasach popkultury, Sony Music Entertainment Poland 1999

Zarys fabuły książki Inna dusza jest oparty na prawdziwych zdarzeniach. Trzeba jednak pamiętać, że tekst nie jest reportażem, tylko dziełem fikcji literackiej. Nie należy go traktować jak dokumentu. Wypowiedzi i myśli bohaterów, ich charakterystyka, a także opisy szczegółów miejsc i wydarzeń nie mogą stanowić źródła wiedzy o faktach.

Wydawnictwo OD DESKI DO DESKI Sp. z o.o.ul. Chocimska 35/26, 00-791 Warszawaoddeskidodeski.com.pl© Copyright for this edition by Od Deski Do Deski, Warszawa 2015© Copyright for the text by Łukasz Orbitowski 2015Zdjęcie na okładce © Bruno Ehrs/Corbis. All rights reserved.

REDAKTOR PROWADZĄCYMarcin Malesiński

REDAKCJAJoanna Mika

KOREKTYRedaktornia.com

PROJEKT GRAFICZNY SERIImanukastudio.pl

SKŁADIT WORKS / itworks.net.pl

KONSULTACJA HISTORYCZNA I TOPOGRAFICZNA DOTYCZĄCA BYDGOSZCZYŁukasz Mojsiewicz

PRZYGOTOWANIE WYDANIA ELEKTRONICZNEGO88em

Czytelniku, korzystaj legalnie!

Nad książką ciężko pracował autor i wiele innych osób. Uszanuj ich trud i korzystaj z książki w legalny sposób. Dzięki temu będziemy mogli sobie pozwolić, by przygotować dla Ciebie kolejne znakomite lektury.

ISBN: 978-83-65157-02-7

dotychczas w serii NA F/AKTACHukazał się

Hubert Klimko-Dobrzaniecki Preparator

Przebieracz i obmacywacz trupów, zimny doktor, preparator, czyli ten, kto przygotowuje zwłoki przed pochówkiem. Praca, którą para się główny bohater powieści, otrzymała różne eufemistyczne nazwy, bo stanowi tabu. Ktoś musi ją wykonywać, ale ludzie nie chcą o tym na co dzień pamiętać, brzydzą się. Tytułowy preparator dobrze wie, że jest naznaczony społecznym piętnem – i coraz bardziej popada w osamotnienie. W świecie, w którym żyje, każdy nosi w sobie złość. Wycofany ojciec, zrzędliwa matka z wiecznymi pretensjami, apodyktyczna siostra, nieszczęśliwa w małżeństwie żona. Na życie składają się żal, poczucie straty, niezadowolenie. Gdzieś tam rodzi się zło…

w przygotowaniu kolejna powieśćw serii NA F/AKTACH

W październiku 1991 Polskę obiegła tragiczna wiadomość. Andrzej Zaucha, popularny piosenkarz i muzyk, zginął zastrzelony pod krakowskim Teatrem STU. Jego towarzyszka Zuzanna Leśniak umiera w chwilę potem w karetce pogotowia. Strzelał mąż Zuzanny.

Zabójstwo genialnego polskiego muzyka jazzowego stało się inspiracją do stworzenia opowieści o miłości, rozpaczy i zazdrości. Historii o tym, jak miłość może doprowadzić do zbrodni. Książka Janusza Leona Wiśniewskiego to opowieść, jak silne mogą być emocje i do czego może się posunąć zraniony człowiek.


Jego ciemne oczy przypominają jamy oblepione błotem, w  jego głosie próżno szukać żalu, a  jednak te imiona nie przejdą mu przez gardło. Nigdy nie przeszły. Mógłbym opowiedzieć mu o  cierpieniu i  obojętności, o  człowieku, który runął na  pysk i  leży od  osiemnastu lat w  gównie rozcieńczonym przez łzy, i  o  kobiecie, która nim się opiekuje, bo  tak trzeba, bo  opieka przynosi ulgę i  zapomnienie. Osiemnaście lat, dłużej, niż żył ich syn. Opowiedziałbym o  Beatce zakotwiczonej w  Warszawie, jej dzieciach, o  prywatnym przedszkolu i  dwupoziomowym mieszkaniu na  starym Mokotowie. O  matce, która straciła jedyną córkę. Dodałbym: niektórym się udaje, chciała, to ma. Lecz wolę inaczej. Odpowiadam po prostu, że  oni akurat jakoś się poskładali. Mówię też, że  niedługo przestanę jeździć na  Jasną. Jędrek wzrusza ramionami.

Akta bezpieki należałoby spalić bez czytania, bo  inaczej zawsze będą służyć szantażystom w  zakulisowych rozgrywkach politycznych. Mówi, używając właśnie takich słów. Przeklina Macierewicza i  Korwin-Mikkego, którzy cztery lata temu zaczęli ten niedorzeczny cyrk z  lustracją. Spotkała ich zasłużona kara: wylecieli z  polityki i  nigdy nie wrócą, a  jeśli wrócą, będzie to  oznaczało koniec Polski.

Stoi naprzeciw ojca, ściskając puste opakowanie po megabullu. Pan Ryszard ze  śmiechem informuje, że  Jędrek nie ma tutaj nic do  gadania i  musi podjąć jedyną słuszną decyzję. Inaczej nawet nie wyjdzie z  łazienki. Podkreśla, jak to  się zawiódł na  synu, na  wyborze szkoły i  złym towarzystwie, mówi coraz szybciej, w  końcu wraca do  krzyku, a  Jędrek wali go w  głowę opakowaniem po odżywce. Nim pani Hania pojmie, co  się dzieje, pan Ryszard trzęsie się, dociśnięty do  ściany. Próbuje coś powiedzieć, lecz nie może, bo  dłonie Jędrka ściskają mu gardło. Pan Ryszard wybałusza oczy, próbuje rozerwać uchwyt, obłapia nadgarstki. Równie dobrze mógłby mocować się z  niedźwiedziem. Jędrek wypełnia sobą cały przedpokój, a  światło z  ubikacji układa się na  jego plecach w  skrzydła. Tak musiało właśnie być, ten blask i  aureola opromieniające najsilniejszych. Syn wymierzający sprawiedliwość. Za Jędrkiem piętrzą się cienie zaszczutych chłopców, którym zabrakło tej odwagi: główki o  postrzępionych włosach, utkane z  cieni. Przyciskają do  ust czarne piąstki. Wśród nich jestem też ja i  widzę to  wszystko: głowę pana Ryszarda czerwoną jak wrzód, wyrastającą z  kołnierza zaciśniętych dłoni.

Może ten sen? Sen by  się przydał, bo  ja, wiesz, nie umiem już spać. Oduczyłem się normalnie, jakbym gadania zapomniał, czy czegoś takiego. Nic, tylko w  sufit się gapię, a  potem nie mogę jeść, nie mogę spać, nic se nawet nie pomyślę, plącze mi się wszystko. Non stop widzę czarne płatki, jakby obok coś się paliło, choć przecież nawet nie mogę się ogrzać. Chłód tylko. I  to  siedzi we  mnie, i  siedzi, i  puścić nie może, a  ja bym chciał, żeby ktoś mnie zabrał i  wyleczył. Niech wyjmie ze  mnie to  straszne coś. – Spogląda na  mnie przerażony. – Co  ja ci gadam? Co  ja ci gadam? Ja muszę iść. Ja sobie pójdę, Krzysiek, a  ty się zajmij, czym chcesz. – Podrywa się z  tego całego stopnia i  leci na  zewnątrz. Jego potężna sylwetka nieruchomieje w  prostokącie światła. –  Nie bój się mnie – mówi. – Już nie musisz się bać.

Ci ludzie przybyli z  Marsa, z  innych, nieznanych mi wszechświatów, do  których nigdy nie zyskam wstępu. Są jak piękne modelki spacerujące po wybiegu w  ciuchach jakiegoś cholernie znanego projektanta. Siedzę na  widowni, łowię szczegóły w  pamięci, mogę nawet robić zdjęcia, ale nigdy nie będę miał ani takich ubrań, ani takich modelek.

Ludzie zawsze będą jedli słodycze, nawet jeśli braknie im na  chleb. Ciastka są potrzebne staruszkom i  na  weselach. Zawsze będą wesela i  jacyś staruszkowie, prorokuje tatko i  garbi się nad spitfire’em.

Zatraciliśmy poczucie wspólnoty, przestaliśmy być prawdziwymi sąsiadami. Darka zgubiły kolory: czerwień coca-coli, błękit firmowych dżinsów i  milion barw w  nowych telewizorach. Wybraliśmy blichtr Zachodu i  teraz umieramy. Daliśmy się oszukać, obwieszcza mój tatuś, a  gorzka spływa mu po nadgarstku. Niepotrzebnie zaufaliśmy Wałęsie i  Mazowieckiemu. Natychmiast zaprosili tego diabła, Balcerowicza. Nad Polską rozpostarł się złowrogi krzyż, ale i  pejsaty cień Adama Michnika. To  oni zabili Darka, nikt inny, a  gdyby Jacek Kuroń wygrał wybory, Darek z  pewnością by  żył. Ale Kuroń nie mógł

Dlaczego ludzie robią takie rzeczy? Jędrek krzyżuje ręce na  piersi, zręcznie naciąga rękaw na  prawą dłoń. –  Nie wiem. Ja sobie myślę, że  w  każdym drzemie coś takiego, tylko w  jednym się budzi, a  w  drugim nie budzi, i  tyle – mówi. – Inna dusza się budzi. A  może diabeł. Chętka, by  zabić, i  już. Wiesz, co  myślę? Że  ten facet ledwo to  pamięta. Tak samo jak ty nie wiesz, co  jadłeś na  śniadanie tydzień temu. Może nawet myśli, że  to  nie on, że  mu się śniło czy coś. Na  pewno dziwnie mu, gdy musi gadać o  tym mordowaniu. Pewno się boi, że  go złapią i  będzie musiał patrzeć innym w  oczy. Zdziwiłbym się, gdyby żałował.

Svarta porzuca czyszczenie kufli, siada obok, kładąc żylaste dłonie równolegle na  blacie. Dowiaduję się, że  imię ma wiele wspólnego z  czernią i  wybrał je dla siebie dawno temu w  wyjątkowo trudnym momencie. Dlatego doskonale mnie rozumie. Michałem nazwano go na  chrzcie. To  imię narzucone, jak stygmat albo numer w  Oświęcimiu. Tego właśnie chce polski Kościół: abyśmy zapomnieli naszych własnych imion, przyjmując w  zamian cudze. Abyśmy stali się kimś innym, niż jesteśmy. Nigdy wcześniej nie słuchałem o  takich rzeczach. Mój tatko maszeruje do  klopa, a  Svarta dodaje, że  wybierając nowe imię, przekreślamy wszystko, czym byliśmy wcześniej. Rodzimy się na  nowo. Jesteśmy jak niezapisana karta. Stoimy bez bagażu, bez rodziny na  rozstaju dróg. Warto, abym o  tym pamiętał.

–  Ten twój ojciec to  niezły kawał gara, co  nie? – mówi obojętnym głosem. – Chujówka. Odpowiadam, że  tatuś miewa dni lepsze i  gorsze. Jest jak pogoda: czasem słońce, czasem deszcz. Ostatnio jednak żyję w  wyjątkowo deszczowym kraju.