Wydawca: Książkowe Klimaty Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 159

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Informacja - Maros Krajnak

Historia dwóch młodych mężczyzn, którzy po opuszczeniu rodzinnego miejsca próbują znaleźć się w świecie pozbawionym perspektyw. Fedo studiuje w stolicy i zaczyna pracę w międzynarodowej korporacji. Staje się trybikiem w świecie współczesnego, cywilizowanego niewolnictwa. Jego przyjaciel, Vakso, kręci się w błędnym kole zmiennych wyjazdów do Niemiec, USA i na Ukrainę. Odskocznią od pozbawiającego złudzeń życia jest wędrówka w poszukiwaniu magii Floryńskiej monarchii – fikcyjnej nazwy ziem ruskich z tradycyjną osadą na pograniczu Słowacji, Polski i Ukrainy, luźno nawiązującej do nieudanej próby rusińskich Łemków o ogłoszenie tak zwanej Republiki floryńskiej.

Zamykająca „trylogię łemkowską” Informacja opowiada o czymś tylko pozornie banalnym: życie jest ciągłym poszukiwaniem i ucieczką, ale bez względu na jej kierunek staje się utopią. Zupełnie jak floryńska monarchia, po której ostatnim symbolicznym „tańcu”, wraz ze śmiercią stryja Michała, umiera pewien świat.

Opinie o ebooku Informacja - Maros Krajnak

Fragment ebooka Informacja - Maros Krajnak

Maroš Krajňak

Informacja

Przełożyła Weronika Gogola

Wrocław 2016

1

Srebrny samochód wjeżdża pod górę, reflektory przebijają się przez niezmierzoną ciemność, żółte snopy światła niszczą ją, na końcu zawsze gęstwina. Droga wije się, jest wąska, czarna i błyszcząca, jeszcze przed godziną padał gęsty deszcz, od tamtej pory nic nie zdążyło wyschnąć. Samochód toczy światło i huk, zmienia głęboki spokój lasu, drobne, kinetyczne cienie liści wypłoszyły owady. Pojazd za chwilę zatrzyma się przy schronisku, wtedy wszystko ucichnie na nowo, powróci również całkowity mrok. Pasażerowie nie są w stanie dostrzec koloru elewacji, widać tylko kształt budynku, w rozmazanych zarysach można jedynie dopatrzyć się góralskiego, dwuspadowego dachu, tanich, wątpliwie udanych prób prowincjonalnego architekta w nadążaniu za nowymi trendami sprzed około czterdziestu lat.

Fedi wysiada z auta i wchodzi do środka, chwilę stoi między dwojgiem masywnych drzwi, aż wreszcie pierwsze światło. W recepcji roi się od znajomych ludzi, to koledzy, wyciągają dokumenty, zamieniają je na klucze, przymocowane świecącymi krążkami do rombów z przezroczystego tworzywa, na których wytopiono numery, w rowkach zaschnięta biała farba.

Fedi jest jednym ze stojących w kolejce, po chwili on również zbiera się na górę, odmyka drzwi, jest ciemno, na białej ścianie pstryka kremowy włącznik. Rzecz jasna, rozpoznaje jego dźwięk, wszędzie brzmi tak samo, kraina w obrębie całego terytorium jest zgodnie połączona tym oczywistym dźwiękiem. Fedi przechodzi przez wąski przedsionek, stoi na środku małego pokoju, na jednym z dwóch łóżek leży czarny worek. Próbuje dociec, do kogo może należeć, kto jest jego właścicielem, przypuszczenia przyprawiają go o dreszcze, jest niespokojny. Wyciąga telefon, chce zadzwonić, ale słaby zasięg nie pozwala na to, na ekranie tylko chwilami pojawia się jedna kreska, Fedi czeka, aż się wyświetli, ma przygotowanego esemesa, w tej samej sekundzie wysyła go. Już jestem, informuje aktualną kochankę. Przez chwilę spogląda przez okno w ciemność, ma ochotę się położyć, znowu kieruje wzrok na łóżko, na którym leży dziwny worek, jego wygląd znowu go przestrasza, teraz chce jak najszybciej odgadnąć, kim jest właściciel, dlatego wraca do ludzi.

Z początku będzie stać sam, obserwować grupki kolegów, potem wybierze jedną, pośród niej jest człowiek, który być może jest jego współlokatorem. Ale to nie będzie on, to nie jest on, teraz Fediemu byłoby wszystko jedno, miał to gdzieś, ale potem, kiedy ten człowiek, pijany, dopadnie go od tyłu przy pisuarze i będzie usiłował miażdżyć mu sutki i kiedy Fedi, sikając, wstrzyma ciśnienie, żeby się obronić, dopiero wtedy odetchnie z ulgą. Ten człowiek będzie się śmiać, rechotać z przekleństw rzucanych przez Fediego, z jego kopnięć, potem będzie przysięgać, że to się nigdy nie powtórzy, Fedi znów odwróci się w stronę ściany. Ten dziwak stanie obok, oprze się czołem o kafelki i zacznie mówić o zazdrości. Najpierw zilustruje powszechny, hipotetyczny przykład niewierności, zapyta Fediego o zdanie, potem doda, że zna człowieka, który żył kilka lat gdzieś za morzem, tam to się stało, polał swoją partnerkę benzyną, a ta przed podpaleniem, żeby ocalić ich wspólną, już bardzo krótką przyszłość, uciekła, zgubiła się gdzieś na pustyni, albo w wielkim mieście. Rozumiesz? Rozumiesz, dlaczego to zrobił? To nie będzie pytanie, to będzie prośba o zrozumienie, o empatię, płaczliwa prośba o pełne zrozumienie Fediego wobec kogoś, kto znalazł się w sytuacji, w której żadne inne wyjście nie miało racji bytu. Ten człowiek będzie stać w toalecie zupełnie sam, nigdy nie spotka się tam z Fedim, możliwe, że żadne z tych sadystycznych poczynań szaleńca nigdy się nie wydarzyło, ani pustynia, ani wielkie miasto nie wiedzą nic o dziewczynie, która rzekomo się w nich zgubiła.

Przyciągasz takie sytuacje albo one przyciągają ciebie, albo jedno i drugie, w każdym razie wszystko jedno, prawda nie jest w tym wypadku istotna, skonstatuje kiedyś ktoś, komu czasami Fedi opowiada o dziwactwach, których doświadczył. Fedi zamyśli się nad tym, potem zorientuje się, że być może wcale tak nie jest. Wraca myślami do ludzi, których zna bliżej, zastanawia się nad ich zachowaniem, każdy jest ekscentrykiem, każdy ma swoją pozycję na ustalonej skali szaleństwa, każdy jest barwną postacią, tylko przezroczysta nuda otoczenia jest nieomylna, tylko ona, przed tym jeszcze, zanim przepadnie w zapomnieniu, zdolna jest do doskonałego odpuszczenia. To właśnie od nudy Fedi chce uciec, dlatego też czasami ze stoickim spokojem przyjmuje razy od innych, albo sam kieruje je w ich stronę, robi to wtedy, kiedy chce wiedzieć, jak daleko się posuną. Nie rusza go zasięg takich działań, może niepotrzebnie zastanawia się nad myślami egzekutorów, udaje, że jest nieświadomy, żeby zaoferować im jeszcze większą chęć kontynuowania tego, co zaczęli, na ich „kamień” nie odpowiada niczym. Wtedy przez chwilę czuje się pysznie jak głowa himalajskiego królestwa Mustang, jest najwyższą instancją, przed którą przywiedziono intruzów, ze spokojem skonstatuje sam wobec siebie, że poruszyli nasze prawidła, ich sankcją jest potępienia godne nic, właśnie na nim może się Fedi wyżyć. Fedi znajduje się w długich korytarzach hotelu, wciąż jeszcze nie przestał obserwować innych, krąży, przez chwilę jeszcze skacze spojrzeniem po rozluźnionych kolegach. Jest głodny, dlatego idzie na kolację, siada przy prawie pełnym stole, wszyscy dobrze się bawią. Fedi siedzi, wraz z nim inni ludzie, coś mówią, piją, śmieją się, rechoczą. Siedzi i obserwuje, tylko przez moment słucha, zna wszystkich, mężczyzn i kobiety. Również zaczyna mówić, wciągają go w rozmowy, wciągnął go jakiś dziwny wir, robi niemal wszystko to, co inni. Teraz zwraca się do niego jeden z siedzących naprzeciw, mówi, że śpią razem w jednym pokoju, Fedi wreszcie wie, kto jest właścicielem dziwnego worka, może być spokojny. Równocześnie jest zaskoczony, znowu pomylił się w przypuszczeniach, nie potrafi przyporządkowywać rzeczy do ich właścicieli, ani na odwrót.

Dzisiejszego wieczoru i podczas jutrzejszych dwudziestu czterech godzin wynikną rozwarstwiające się sytuacje, które potem będą wykruszać się z pamięci, to się stanie po długich latach, a do tego czasu wszyscy często będą sobie je przypominać. Dzisiaj ci ludzie, pozbawieni barier i zakłopotania, przestaną cokolwiek udawać, ich popędy zwiększają się, już się nadymają, zaraz wytrysną. Wystrzelą w przestrzeń, uciszą niewyraźnych, ci będą przyglądać się jedynie w milczeniu, aż przestaną istnieć.

Fedi siedzi za stołem, je i pije, inni też to robią, wszelkiego rodzaju posiłki przemieniają się w ciałach na energię, wszystkie ciecze na krew i krwawe emocje. Z tego narodzi się wielka pasja, ale i lekkość, to wytworzy biały, szalejący puch, ten, który szybko unosi się i opada, nigdy nie dotykając ziemi. Jest jesień, zaczęła się na dobre, babie lato trwało długo, jego lekkość jest obecna w ludziach, dopiero dziś, po długim czasie zaczęło padać, prawie wszyscy mają jeszcze w głowach poprzedzający deszcz błysk nieba. To wycięte oczyma cienkie, białe prostokąty, przyklejone do siebie, są w każdym, kto tego chciał, tysiące warstw, wychodzą z powrotem na zewnątrz przez rozżarzone oczy albo usta, które się śmieją.

Wreszcie zaczyna się starcie, wszyscy od razu zrozumieli prawa natury, chociaż nikt ich dotąd nie wygłosił, nic takiego się bezpośrednio nie wydarzy. Opowiedzcie najbardziej szaloną historię ze swojego życia, możecie to opisać na przykład jak opowiadanie, ale nie obnażajcie swojego wnętrza, po pierwsze, ucieknijcie od arteterapii; ani bolączki waszego dzieciństwa, ani te wynikające z relacji intymnych nie są dla nas interesujące, nie ważcie się źle wspominać ojca albo matkę. Ten, kto złamie zasady, będzie zdyskwalifikowany, wtedy musi odejść od stołu do tych pozostałych, nie dajcie się zwieść mylnej pokusie skróconej wersji autopsychoanalizy, mówcie z dystansem, najlepiej z pozycji osoby trzeciej.

Fedi uwielbia Babla, ale jego żyjących następców chyba się obawia, nad ich samotnością czuwa zielona magia. Fedi jest we Floryńskim Mieście, jest z nim Vakso i Keso, siedzą w barze, obsługuje ich cicha dziewczyna, która za wszelką cenę stara się ukryć swoją obcość. Ma niezbyt idealne zęby, nie do końca idealną figurę, z której zwisają wielkie piersi, wprowadzające w zakłopotanie tych dwóch, którzy są z Fedim. Obaj coś mówią do dziewczyny, coś naiwnego, coś bardzo naiwnego, ona skutecznie wymyka się ich słowom, wysłucha tylko prośby Fediego, ma przynieść kolejne butelki wina.

Wszystko to wydarzyło się przed laty, Fedi wciąż siedzi w hotelu, za okrągłym stołem, zastanawia się tylko, czy wybrał dobrą historię do opowiedzenia, kiedy przyjdzie jego kolej. Waha się, czy opowiedzieć, jak wpadł na pomysł, żeby odwiedzić tego, który oddał się samotności, tego, który ją sobie przywłaszczył i chce, żeby wszystkie opustoszałe i ciche doliny w okolicy były tylko jego, bo to właśnie on chce w nich umrzeć być może jako ostatni. Wtedy to Fedi wyszedł z Vaksem i Kesem z baru, było ich trzech, chcieli do niego iść, w stronę pustelni, mieli plan, żeby zagrać mu i zaśpiewać. Dlatego szukali kompanów, Keso szybko przyniósł gitarę, potem, jeszcze na ulicy, przekonywali dziwaczne, tak samo pijane jak oni stworzenia, które są w stanie grać na jakimkolwiek instrumencie, żeby przyłączyły się do nich. Wszyscy, jeden po drugim, odmówili, po dłuższym czasie ktoś wreszcie się zgodził, ale potem szybko się poddał, Fedi powiedział mu, że dobrze robi, w jego przypadku lepiej jest zesrać się ze strachu zaraz na początku, a nie dopiero potem, na miejscu, gdzie będą wabić samotnika muzyką. Jednak Fedi nigdy się nie dowiedział, co by się stało, co naprawdę zrobiłby pustelnik, może wyszedłby na zewnątrz i wyklął ich za wsze czasy? Coś go ochrania, to działanie zielonej magii, właśnie nią z oddali kontroluje tych, którzy chcą mu przeszkodzić, takich od razu poraża od tyłu na ziemię. Zarówno Fedi, jak i pozostała dwójka, która wyszła z nim z baru, zostali nagle ciśnięci na asfalt, jego delikatna, nierówna struktura dotykała ich karków, pleców i tylnych części kończyn, sztuczne światło wpadło w ich zamknięte oczy, kiedy je otworzyli, uświadomili sobie silne uderzenia, którymi zostali powaleni. Nie udało im się wydostać z miasta, przygoda się skończyła, Fedi nie opowie jej dzisiaj, musi wymyślić inną, szybko przebiega w myślach swoje dotychczasowe życie.

2

Floryńska monarchio, kraino bez żyjącego władcy, podsuwasz swoim obywatelom liryczną ułudę, chociażby o tym, że flora i fauna są w zasadzie jednym i tym samym, kiedy giną żyjątka, powracają w postaci pięknych roślin, i odwrotnie. Albo że każde światło przychodzące z nieba ma specyficzny smak oraz zapach, oba można odróżnić tylko, kiedy ma się zamknięte oczy, każdy z twoich ludzi wie, w jaki sposób z idealną dokładnością wyczytywać ze Słońca czas, lubi rozpoznawać fazy Księżyca, potrafi nieomylnie przyporządkować rodzaj i nazwę każdego obiektu kosmicznego. Przekonałaś ludzi, żeby nie istnieli według tygodni i miesięcy, każdy z dni ma zawsze zupełnie inną nazwę. Tylko w tobie jest w stanie trwać przestarzały realizm magiczny, wszystko mu podlega, próby wymknięcia się spod jego władzy zawsze kończą się sromotną porażką, każde z napoczętych wydarzeń ma w sobie coś niezwyczajnego. Naprawdę tak jest, lepiej się przed tym nie buntować, zostawić temu wolną rękę, cudowne sytuacje przyjdą same, w zamian za to woda święcona w domu zamieni się wam samoistnie w śliwowicę.

Floryńska monarchia, jedyna uprawniona dziedziczka imperium Białych Chorwatów, cień jego niegdysiejszej wielkości, podczas krótkiego epizodu obroniły ją Karpaty, ale ona również zgodnie z prawidłami przepada wraz z ostatnimi duszami swoich ludzi, te dusze tracą swoją istotę, jeszcze do niedawna były wszechobecne i z dumą przemierzały nieśmiertelność. Działają tutaj potajemnie, w letargu, ostatnie wyniszczone generacje, po nich nie zostanie już nic, tylko kilka muzeów i wzmianek na piśmie i obrazach, być może zawiążą się jakieś towarzystwa, zapaleni neofici będą dzięki nim wywoływać minioną sławę, ale to będzie jedynie komiczny pseudointelektualny słomiany zapał, ewentualnie słaby etnobiznes. Zbliżający się koniec floryńskiej monarchii jest zapowiedzią agonii reszty świata, po niej w ten sam sposób wyginą wszystkie narody i idąc dalej, wszystkie państwa, społeczeństwa wtedy przeniosą się do świata wirtualnego, człowiek wykształci w sobie zdolność, by eksponencjalnie mnożyć swoje nowe tożsamości, te będą szybko rozrastać się w zależności od nieznanych nam teraz faktów, nie wiemy o nich, ponieważ w tym momencie znacznie przewyższają potencjał naszego rozumu, stopniowo odkryją się przed nami same, z nudy.

Floryńska monarchia, kraina wielonarodowościowo zagęszczona wojennymi mogiłami i wioskami, życie tutaj przestaje się opłacać, ziemię trzymają w kupie tylko resztki nostalgii, od lat jest podzielona na trzy państwa, szansy na całkowite usunięcie granic i nowe zjednoczenie się nikt nie oczekuje. Ludzie z floryńskiej monarchii są obdarzeni zdolnością improwizacji na najwyższym poziomie, dlatego od początku wykorzystują rozbicie jako pożywkę, stworzyli prowizoryczny, ale ogromny przemysł przemytniczy towaru wszelkiej maści, romantycznego handlu końmi i całym dobytkiem, kiedy przez ciemny las zaganiali krowy, owce i kozy, albo kiedy w jeszcze ciemniejszych bagażnikach osobówek przewozili w workach ukryte małe świnie albo kury, dzisiaj miejsce mało dochodowej trzody zajęli sponiewierani uchodźcy z Azji i Afryki.

Floryńska monarchia ulega sublimacji, zostaną po niej tylko opustoszałe góry, w które bardzo długo nikt nie będzie się zapuszczać. Uciekaj stąd! – rezolutnie mówi do Fediego na ulicy budzący zaufanie człowiek. Jesteś młody, uciekaj, i nie oglądaj się za siebie! –wciąż krzyczy i dodaje, że Vakso też zniknął, jest gdzieś w Niemczech, kiedy uda mu się uwolnić z poddaństwa u faszystowskiego farmera, przeniesie się do wielkiego, tolerancyjnego miasta, tam postara się wtopić w tłum. Spieprzaj stąd! Jesteś młody, więc znikaj stąd, tak jak reszta! – usłyszy jeszcze na ulicy Fedi, zaraz po tym, jak któregoś razu będzie wracać z Krosna. Zawozi tam wódkę, to jego dream job, wstaje jeszcze o zmroku, przed piątą, korzysta z tego, że celnicy przed ranną zmianą przeszukują go niewyspani, trzy razy na tydzień udaje turystę, z wielkim wypchanym plecakiem staje na granicy, zawsze bez wahania mówi: Jadę na wycieczkę w Bieszczady. Oczywiście towar sprzedaje w Krośnie zaraz po przybyciu, jest ósma, swoje już odrobił, dziś znów jest bogaty, upajająco bogaty, do domu jedzie szybko na niewidzialnym wznośniku, który zużywa energię spalających się zrolowanych banknotów. Ale to też przeminie, inni też dojdą do tych samych wniosków, wywieziony towar mnoży się, ceny szybko spadają, Fedi ponosi fiasko. Wciąż zastanawia się nad nie tak dawno przyjaźnie sugerowaną ucieczką z floryńskiej monarchii, już się nie waha, tylko rozmyśla, zastanawia się, gdzie się wybrać, pada na być może najtrudniejszy z celów.

Następuje parę ciężkich lat, podczas których Fedi nie znajduje żadnego sposobu na wzbogacenie się, nic z tego, z czym wiązał nadzieje, nie wychodzi, wszystko zmienia się na formalne piekła. To piekło zmarnotrawionego majątku, które na zawsze przynosi nocne koszmary, piekło nudy, która stopniowo zaczyna natarczywie bzyczeć, piekło zniewalającej bezczynności, rutynowego rozczarowania, relacji, o których należy zapomnieć, życia na granicy ubóstwa w ramach wyolbrzymionej sprawiedliwości, piekło nienaturalnego lenistwa, czekania na coś nieoczywistego, piekło intryg rozumianych jako jedna z niewielu form socjalizacji, piekło picia jak oddychania, piekło wyimaginowanego wykorzenienia z floryńskiej monarchii, niezawodnych wymówek i wszystkich odcieni melancholii, sceptycyzmu jako jedynej z możliwych dróg, piekło świetnie wypracowanego zwalania winy na innych, nad tym wszystkim jeszcze kilka innych specyficznych piekieł, które można nazwać tylko dziwacznymi nowotworami, Fedi zawsze wymyśla je zgodnie z sytuacją. Obecność w tych ziemskich piekłach, do których dostanie się z własnej woli, świetnie przygotuje go, rzecz jasna, na piekło ostateczne, uniwersalne, wypełniające wieczność, do którego być może kiedyś naprawdę się dostanie. Albo nie, być może z tego końcowego piekła wykupi się, ostateczny wynik może być niejednoznaczny, Fedi będzie wybrany do przeniesienia się w międzysfery, może dostanie się tam, gdzie nie ma już absolutnie nic.

3

Przez krainę wlecze się nocny pociąg bez przedziałów, jest przepełniony studentami i mężczyznami w średnim wieku, którzy podróżują w poszukiwaniu pracy gdzieś na budowie, nieliczna część pasażerów to Florynczanie. Studenci, wśród nich Fedi, drzemią na siedząco na bordowych skórzanych siedzeniach albo na plecakach i torbach położonych na korytarzach, większość z mężczyzn pije wódkę, gwar i dym papierosowy przeszkadzają śpiącym. W pociągu nie ma bieżącej wody, każda jego część jest niemiłosiernie niehigieniczna, Fedi brzydzi się dotknąć czegokolwiek, na przemian śpi i przebudza się, drogę uważa za nieoczekiwaną wyrachowaną deportację w miejsce, z którego nie ma powrotu. Pociąg ma obrzydzić drogę młodym na tyle, żeby już nigdy nie chcieli do niego wsiąść i w najlepszej z opcji zostali w miejscu, w którym wysiądą, spici, zakamuflowani robole to tajni agenci, którzy nieustannie jeżdżą ze wschodu na zachód, a potem od razu z powrotem, ich zadaniem jest atmosferę w pociągu maksymalnie przerysować.

Fedi jest już w domu, gdzie indziej, mija pierwszy rok długoletnich piekieł, w trakcie tego roku jest świadkiem dziwnych zdarzeń. W studenckiej stołówce sprzedają prawie zawsze tylko zgniłe, rozmemłane warzywa, ale ostatecznie nawet to ktoś kupuje, większość studentów nie zwraca uwagi na widoczne niedostatki wielkiego budynku, w którym żyją latami, nadaje tutaj akademikowy radiowęzeł, którego praktycznie nikt nie słucha. Do paczki należy powszechnie lubiana, cnotliwa dziewica, która chce zostać nietknięta aż do ślubu, dlatego daje tylko analnie, mieszka tutaj zazdrośnik, przyszły lekarz, który nieustannie rżnie w pokoju swoją partnerkę, ona wrzeszczy gardłowo i Fedi razem z kolegami kibicują mu z korytarza jak pomyleni przy każdym doskonałym seksualnym wyczynie. Jest z nimi również socjolog, który razem z kolegami z klasy ściga się w jak najniższej frekwencji w trakcie semestru, przyszły adwokat, który we krwi przechowuje sadyzm i zdolność wywoływania bitek ze słabszymi. Ci prawie zawsze wychodzą z nich okaleczeni. Mieszka tutaj wyniosły student filozofii, który jest aktywistą Amnesty International, szczerze nienawidzi rasizmu, a teraz również wszystkich wschodnich Słowian, zwłaszcza tych, którzy przybyli tutaj z Florynki. Jest wśród nich również nauczyciel, który w trakcie studiów nie przeczyta ani jednej książki, całymi dniami wegetuje w zatęchłej pościeli, ponieważ jest zbyt leniwy, żeby ją wymienić, z tego powodu coraz częściej krytykuje mamonę i władzę wybieraną przez ludzi dobrowolnie. Na korytarzach, podczas palenia papierosów, niezmordowanie toczy swoje dysputy i kilkoma niedopałkami dziennie na zawsze zostawia punkty na linoleum przyszły terapeuta rodzinny, już teraz ma nieślubne dziecko, a jego była pogardza nim za jego wysiłki żerowania na wszystkim, co się rusza. Duże wrażenie robi elektrotechnik. Najebany i obrzygany przechwala się w knajpie tym, że tytuł inżyniera uzyskał dzięki pracy dyplomowej, za którą świadomie przepłacił jednemu poczciwemu studentowi z Bangladeszu, dlatego że po prostu go na to stać, właśnie ten człowiek w przyszłości zbuduje swój mit założycielski na przeświadczeniu, że o gałęzi przemysłu, w której działa z sukcesem, nie wie praktycznie nic. Szwenda się tutaj również sarkastyczny student filologii angielskiej, rzeczywiście zdarza mu się być prymusem, ale ostatecznie jego znajomość języka obcego nigdy nie wykroczy poza poziom intermediate.

Fedi mieszka na długim korytarzu, nie przywykł jeszcze do zupełnie nowych ludzkich typów, niezrozumiałe środowisko i dziwni współlokatorzy, uzasadniona niezgoda na ten stan rzeczy pojawia się zaraz na początku. Mieszka z nim CzCz i Fedi pożycza mu pieniądze; kiedy mija ustalony termin, CzCz proponuje spłacanie długu na przykład brzoskwiniową drożdżówką albo inną przekąską, ewidencję ma prowadzić sobie Fedi sam. Któregoś razu Fedi prowokacyjnie nie przyjmie od CzCz zapłaty w postaci woreczków ryżu, pierwsza faza ich przygotowania, czyli namaczanie w wodzie, przebiegła przed chwilą w najbliższym ze zlewów, do którego z ciał studentów wydostają się ślina, smarki, łzy, krew, mocz, sperma i różnobarwne alkoholowe wymiociny, Fedi nie jest dzisiaj głodny i szczodremu CzCz naprawdę serdecznie dziękuje.

Jesteś dziwny, usłyszy Fedi od CzCz, nie mówisz o niczym innym tylko o jakimś powrocie, za bardzo ci zależy na pieniądzach, przyszedłeś tutaj studiować najwyższą z gałęzi wiedzy, humanistykę, nie jesteś wystarczająco solidarny, a jesteś małostkowy i pamiętliwy. To wszystko powie mu CzCz prosto w oczy, ale po kryjomu mówi o tym też świeżo upieczonym sąsiadkom singielkom z najbliższych pokoi, znajdą się wśród nich również i piękne, Fedi chce się z nimi zapoznać, a potem pójść gdzieś, na przykład do lasu, jego pozycja wyjściowa ma jednak znaczący niedostatek. Jest i trzeci, który mieszka razem z Fedim i CzCz, nazywa się LL i wciąż jeszcze w ciszy przeczekuje, zastanawia się głęboko, do którego z dwójki ostatecznie się przyłączyć. Fedi nie chce wyrachowanego kompana, chce podążać swoimi ścieżkami, najważniejsze, żeby samemu; kocha niezależność, na tych dwóch smarkaczy spogląda z wysoka, ma ich w dupie, już tylko obserwuje ich żałosną marność. Przez chwilę jest zdziwiony, w jaki sposób zdążyli nią zainfekować rodzące się środowisko, w jaki sposób stali się budzącymi respekt liderami na wieki pomylonego stada, jest zaskoczony faktem, że w tej czwórce w zagadkowy sposób dominują synowie i córki dyplomowanych psychoterapeutów, CzCz i LL zjednali sobie ten tłum w sposób ostateczny i bezkrytyczny.

Jest