Infamia - Maciek Jakubski - ebook
Opis

Alkkenstan powrócił do świata żywych, ale jego ucieczka przez wyczarowany portal zakończyła się w ciemnym i cuchnącym lochu. Więcej „szczęścia” miał jego przyjaciel, Nyteshad, którego wypaczony teleporter wyprowadził w pole… ziemniaków. Spotkał tu przypadkiem pewną niezwykle atrakcyjną kobietę, która uratowała go przed linczem. Z czasem, korzystając ze swojego uroku osobistego, wkrada się w jej łaski. Wszystko jednak się komplikuje, gdy nekromanta odkrywa tożsamość mrocznej Selene. Co robić? Salwować się ucieczką unikając infamii czy chronić nową przyjaciółkę przed buntem rozjuszonych wieśniaków? Kto okaże się ważniejszy dla nekromanty: kobieta, która obdarzyła go zaufaniem i dała schronienie, czy odnaleziony po długim czasie przyjaciel?

Druga część cyklu zapoczątkowanego przez powieść „Kolekcja pośmiertnych portretów” to elektryzujące połączenie horroru i pastiszu, działający na wyobraźnię gotycki klimat, szalone tempo akcji i mnóstwo czarnego humoru!

Znów otrzymujemy od Maćka Jakubskiego ironiczne, komediowe fantasy spod znaku Pratchetta. Wampiryczne motywy świetnie współgrają z ironią i czarnym humorem.
Adam Kubaszewski, arytmia.eu

Jeśli myślicie, że to kolejna zwykła książka o wampirach, to już na wstępie się mylicie. Maciek Jakubski nie tylko postanowił się potocznie mówiąc „ponabijać” z tych stworzeń, ale dorzucił im do towarzystwa czarodzieja, nekromantę, piratów i całe wioski wieśniaków. Zamieszał w kotle i wyszła z tego mieszanka wybuchowa. Trudno się przy tej lekturze nie uśmiechnąć oraz nie zareagować na używaną często ironię i absurd.
Marta Kraszewska, rudymspojrzeniem.pl

Powrót do świata żywych nie daje gwarancji na sukces. Czekają cię kolejne przygody warte twego odzyskanego żywota. Czarny humor i wartka akcja to nie jedyne co skrywa Infamia. Jesteś gotowy?
Marta Daft, secretum.pl

Maciek Jakubski – przez dekadę redaktor czasopisma o grach komputerowych CD-Action. Później współpracownik kilku portali o grach i piłce nożnej. Zadebiutował w 2017 ciepło przyjętą Kolekcją Pośmiertnych Portretów, powieścią z gatunku klasycznej fantastyki wymieszanej z elementami steampunku i karkonoskich legend. Infamia to jego druga powieść, będąca kontynuacją dobrze rozpoczętego cyklu. W życiu codziennym pracuje u dewelopera, a po godzinach słucha death metalu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 259

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


PROLOG

Blady księżyc zalewał trupim blaskiem niewielką polanę, na której rosły dwa lub trzy jałowce i rozciągał się niczym dywan kobierzec fioletowych wrzosów. W świetle luny i gwiazd widoczne były dwie ludzkie sylwetki, splątane razem w jakiś nienaturalny sposób. Tkwiące w bezruchu postacie kojarzyły się ze skomplikowanym układem odtańczonym przy akompaniamencie śmiertelnej ciszy. Zamilkły nocne ptaki, ucichły cykające świerszcze.

Krew powoli się kończyła. Ciepła ciecz ciekła coraz to cieńszym strumykiem, potem poleciało jeszcze kilka kropel i to wszystko. Jedna z postaci wypuściła z rąk stygnące ciało, które bezwładnie runęło na mokrą po ostatnim deszczu błotnistą ziemię. Ofiara miała ze dwadzieścia lat, długie ognistorude włosy, drobnej budowy ciało i jeszcze przed chwilą była piękną dziewczyną. Teraz pozostała tylko martwą, pechową ślicznotką, która znalazła się w nieodpowiednim czasie w nieodpowiednim miejscu. Mimo młodego wieku panienka była lokalną czarownicą, choć nie tak poważaną jak stara Domasława, wiedźma znana w promieniu kilku sąsiednich wiosek. Starucha miała już jednak prawie setkę – szybkimi krokami nadchodził dzień, w którym miała się przenieść do lepszego świata. Rudowłosa Johanna od najmłodszych lat była chowana na następczynię starej wiedźmy, od której uczyła się rozróżniać i zbierać zioła, odprawiać rytuały oraz nastawiać złamane kości i leczyć choroby. W dzisiejszą jasną noc wybrała się do lasu, by w świetle księżyca uzbierać korę z brzozy, wrzos i płatki dzikiej róży.

Kobieta wyprostowała się, skończywszy posiłek. Powoli oblizała zakrwawione usta i wylizała upaćkane w ciemnej posoce smukłe palce z długimi, pomalowanymi na czarno paznokciami. Dokładnie, do ostatniej kropli krzepnącej szybko krwi. Spojrzała przelotnie na leżące pod jej nogami zwłoki dziewczyny i starannie poprawiła rozrzucone w nieładzie czarne jak morska głębina włosy. Chwyciła brzeg długiego czarnego jak otchłań płaszcza, zawinęła się nim i zniknęła…

ROZDZIAŁ I

Alkkenstan poczuł przenikliwe, brutalne zimno. Chłód wędrował od palców kończyn poprzez całe ciało aż do mózgu, gdzie lodowate kłucie atakowało ze zdwojoną siłą. Po chwili wahania otworzył oczy, ale jedyne, co zobaczył, to kompletnie czarny, niezgłębiony mrok, w którym słychać było ciche popiskiwanie. Zamrugał kilkukrotnie, by szybciej przyzwyczaić wzrok do ciemnicy. Niewiele to pomogło. W dalszym ciągu odczuwał skutki teleportacji, po której właśnie odzyskał przytomność. Zamknął oczy raz jeszcze i zacisnął powieki tak mocno, aż zabolało i pojawiły się czerwone plamy.

W ciemności cuchnęło niemożliwie pleśnią, stęchlizną, szczurzymi odchodami i ludzkim moczem. Otworzył oczy i ponownie zamrugał kilka razy. Poskutkowało. Wzrok dostosowywał się do mroku, czarodziej zaczął dostrzegać szczegóły pomieszczenia. Na pierwszy rzut oka Alkkenstan był w izbie, ale kiedy dokładnie się rozejrzał, rozpoznał, że jest to cela ze ścianami z dużych, gładko ociosanych kamieni. W jedną z nich prawie pod samym sufitem wprawiono nieduże zakratowane okienko.

Po drugiej stronie lochu widniały masywne, okute toną żelastwa drzwi. Czarodziej z łatwością wyobraził sobie, że po drugiej stronie wrót musi znajdować się imponujący zestaw żelaznych zamków, sztab i rygli. Kto wie, może nawet ciężkich kłódek? Postanowił czym prędzej wstać z zimnej podłogi – tym bardziej że przeraźliwie od niej ciągnęło – aby sprawdzić, jak bardzo solidne są drzwi, a także czy można je razić kulą ognia i zamienić w stos pogruchotanych spalonych desek i stopionego żelaza.

Pierwsza próba okazała się nieudana. Usiadł ciężko na tyłku, zanim dobrze się podniósł. Przez moment sądził, że to wina teleportacji, że jest nią zwyczajnie wyczerpany, skołowaciały i dlatego nie ma siły wstać. Jednak głośny, metaliczny brzdęk nie pozostawiał złudzeń. Na rękach miał okowy grubych łańcuchów, których drugi koniec był mocno przytwierdzony do ściany. Czarodziej szarpnął kajdanami, bardziej ze wściekłości niż z wiarą, że uda mu się zerwać więzy.

– Niech to szlag! – zaklął cicho. – Z deszczu pod rynnę. Zawsze to samo!

Zrezygnowany oparł się o zimną ścianę, niemal tak chłodną jak podłoga, i zaczął nasłuchiwać. Z zewnątrz, przez niewielkie zakratowane okienko, dobiegało smutne, przeciągłe wycie wilka. Później do skowytu drapieżnika dołączył kolejny osobnik. Posępny duet wyśpiewywał na dwa głosy kolejne zwrotki swojej pieśni, gdy Alkkenstan próbował usadowić się wygodnie na zimnej, wilgotnej posadzce i odgonić od siebie co śmielsze szczury.

*

Wieś Biała niczym szczególnym nie różniła się od okolicznych osad. W środkowej jej części mieścił się plac ze studnią, a wokół niewielkiego rynku skupiono budynki służące gminie, czyli świątynię i spichlerz. Do placyku prowadziły główne drogi rozchodzące się w cztery strony świata i domknięte lipowymi szpalerami. Wzniesiono przy nich domy rzemieślników – stolarzy, szewców, garbarzy, kowali, cukierników, ludwisarzy i rymarzy.

Spichlerz był jedyną częściowo murowaną budowlą w całej wsi. Jednokondygnacyjny budynek ze stromym dachem i trójkątnym szczytem wyrastał ponad nędzne, zapadłe chałupy z nieudolnie pobielonymi wapnem ścianami i dachami pokrytymi przegniłą strzechą. Tylko niektóre domy miały akcent w postaci ryzalitu wejściowego lub facjaty. Małe okienka wpuszczały do środka spichrza niewiele światła, w czym nie pomagała zresztą pogoda pod przysłowiowym psem. Było pochmurno i na zmianę mżyło, siąpiło i padało.

Część spichlerza zajmowały zgromadzone luzem ziarna zbóż, ale większość powierzchni zapełniały poustawiane równo parciane worki z ziemniakami. Było ich tak dużo, że zapach bulw skutecznie wypierał aromat pszenicy i jęczmienia. Nie było w tym nic dziwnego – okolica słynęła ze smacznych ziemniaków stanowiących podstawę tutejszej uprawy rolniczej i jadłospisu. Tubylcy jedli rośliny w różnej postaci na śniadanie, obiad, kolację i prawdopodobnie na podwieczorek.

W mrocznym pomieszczeniu przebywało obecnie kilkunastu, góra dwudziestu kilku mężczyzn, stanowiących bez mała blisko połowę męskiej społeczności wsi. Większość wieśniaków siedziała na workach z kartoflami, choć paru starszych stało pośrodku i rozprawiało podniesionymi głosami. Najgłośniejszy był spocony grubas, czerwony na twarzy osobnik z długimi zwisającymi wąsami oraz z łysą jak kolano czaszką. To właśnie on w pewnym momencie przekrzyczał harmider:

– Cichaj! Cichaj! Cichajcie żeż, do cholery, chłopy!

Rozmowy powoli, acz niechętnie, milkły. Wreszcie zrobiło się na tyle cicho, że łysy mógł przemówić.

– Także ten… Zebraliśmy się tu, bo trza coś zrobić.

– Racja!

– Zabić krwiopijców!

– Powsadzać im w dupy zaostrzone kołki!

Zebrani przekrzykiwali się nawzajem, wygrażając pięściami nieobecnemu wrogowi. Łysy włożył palce do ust i głośno gwizdnął, co odniosło nie najgorszy skutek. Złowrogie emocje wprawdzie dalej wisiały w powietrzu niczym wygłodniały jastrząb nad wystraszonym zającem, ale grubas ponownie doszedł do głosu.

– Oddam głos Bencze, bo on gadkę ma gładką jakby szkołę powszechną kończył. – Łysy uciekł od odpowiedzialności zręcznym manewrem taktycznym.

– Dziękuję, sołtysie Wadimie. – Wysoki młodzieniec z delikatnym zarostem na twarzy i kędzierzawymi jasnymi włosami do tej pory siedział na beczce pod ścianą. Teraz zgrabnie zeskoczył i wyszedł na środek. – Kumotrzy, jak już wiecie, mój brat Alvaro nie żyje. Zamordowały go te pieprzone wampiry!

– Hańba!

– Krew za krew!

– Zabić ich!

– Powsadzać im w dupy zaostrzone kołki!

Bencze, machając rękoma, starał się uspokoić rozwścieczony tłum zebrany w spichlerzu, ale dopiero pomoc sołtysa i przeciągłe gwizdy pomogły. Ponownie zrobiło się cicho.

– Odkąd pamiętam, wampiry rządzą naszą ziemią i naszym życiem! – Bencze był młody, ale przez jakiś czas terminował u dalekiego krewnego, właściciela sklepu w mieście. Z dala od domu młodzieniec nie tylko szybko wydoroślał i dojrzał, ale również nauczył się mówić składnie niczym miastowy.

– Ja też to pamiętam!

– I moim żywotem też!

– A moja prapraprababka mówi, że natenczas też tak było!

– Zabić krwiopijców!

– Powsadzać im w dupy zaostrzone kołki!

Tym razem stonowanie bojowych nastrojów zajęło więcej czasu. Poskutkowało dopiero, gdy sołtys zagroził, że wyrzuci krnąbrnych na deszcz.

– Krwiopijcy żywili się naszymi ojcami, dziadkami, pradziadkami, prapradziadkami, a nawet prapra…

– Powsadzać im w…

– Rieera, wypieprzaj! – Łysy sołtys mimo swej tuszy podbiegł ciężko do jednego ze zgromadzonych, który, trochę podchmielony, lekko kołysał się na nogach i nie stosował się do wytycznych. – Mówił żem ja, że macie zawrzeć gęby! Wypieprzaj!

– Ale, ale… Za co? Ja żem nic nie zrobił, sołtysie kochany – zaklinał rzeczywistość Rieera, z całą stanowczością popychany przez Wadima w kierunku wyjścia.

Po opuszczeniu przez krzykacza pomieszczenia sytuacja nieco się uspokoiła. Kto znał łysego sołtysa, ten wiedział, że nie rzuca on słów na wiatr, czego najlepszym dowodem było wyrzucenie Rieery za drzwi.

– Wampiry zawsze nas wykorzystywały! – podjął ponownie temat Bencze. – Nie tylko się nami żywiły, ale też nas wyzyskiwały! Żyły z naszej ciężkiej pracy, z naszej harówki na polu! Tymi rękami żeśmy zbudowali ich bogactwo i dobrobyt!

Po spichlerzu rozległ się pomruk poparcia dla słów młodzieńca, choć żaden ze zgromadzonych nie ośmielił się wyrazić głośno swego zdania. Sołtys Wadim stał bowiem przy drzwiach i podkręcał wąsa, czekając tylko na naruszenie porządku zebrania.

– Ale czas to zmienić – mówił dalej Bencze spokojniejszym tonem. – Świat idzie do przodu. Zmienia się. I tylko my tkwimy w zacofaniu pod ciężkim butem wampirów. Pora to zmienić! Niech mój brat będzie ostatnią ofiarą tych krwiopijców! Zabijemy ich wszystkich i od teraz będziemy żyć własnym życiem!

Pomieszczenie zatrzęsło się od wrzasku zgromadzonych w nim wieśniaków. Wpadali sobie nawzajem w ramiona, klepali się po plecach, wrzeszczeli bez opamiętania, jakby właśnie przebili kołkiem serce wampira. Nawet sołtys Wadim dał się ponieść emocjom i skakał jak młody zając po rżysku. Kiedy już wrzawa ucichła i euforia nieco opadła, to właśnie grubas pierwszy zabrał głos:

– Powiedz, Bencze: tak właściwie to jak zatłuc takiego krwiopijcę, hę?

Młodzieniec się zawahał.

– Babka mówiła mi… Trzeba kołkiem przebić i łeb urżnąć.

– To wie każde dziecko w Białej, ale jak zrobić, żeby do tego doszło?

– Musimy chwycić za broń i pójść na zamek. – Bencze lekko się zaczerwienił.

– Nie damy rady nawet jednemu wampirowi, a co dopiero całej tej przeklętej rodzince – rzucił ktoś z sali. Jak się okazało, był to Mario, kumpel Bencze jeszcze z dzieciństwa.

Paru mężczyzn zaczęło głośno dyskutować, ale sołtys pogroził pięścią i uspokoił gorące głowy na tyle, by młodzieniec mógł dalej przemawiać.

– Zwołamy chłopów z sąsiednich osad i razem ruszymy na wampiry! – Przyszedł mu do głowy nowy pomysł. – Sami znacie przekazywane z pokolenia na pokolenie opowieści o tym, jak dawno temu pokonaliśmy i wygnaliśmy stąd raz na zawsze czarodziejów!

Półgłośne przytaknięcia i skinięcia głowami świadczyły o trafieniu w punkt.

– Ale wtedy wampiry nam pomogły – zauważył Mario. – Sami pewnie też byśmy sobie nie poradzili.

Uszy Bencze przybrały kolor dojrzałych czereśni. Wyraźnie podenerwowany i zbity z tropu podszedł do kolegi. Nabrał powietrza.

– Dajcie mi trochę czasu, a znajdę nam sprzymierzeńców, z którymi zabijemy wampiry!

*

Nyteshad krzyczał rozpaczliwie. Przed jego oczami przewijały się z zawrotną prędkością kolorowe obrazy, jakby zlewające się w jeden, namalowany ręką szalonego i niezbyt utalentowanego artysty. W nozdrzach czuł intensywny, niemal namacalny zapach ozonu. Nagle wszystko się skończyło. Żołądek podszedł mu do gardła, w głowie się zakręciło i wypadł gwałtownie z teleportu. Wprost na pole ziemniaków, na którym niedawno padało, bo nekromanta upadł twarzą w głębokie błoto. Teraz pogoda była o niebo lepsza i tylko lekko mżyło. Przez dłuższą chwilę zbierał siły, by się podnieść. W końcu oparł się na rękach i podniósł twarz z błota, po czym gwałtownie zwymiotował, co stanowiło u niego normalny skutek uboczny teleportacji. Pomimo zawrotów głowy zdołał wreszcie zogniskować wzrok na najbliższych elementach krajobrazu.

Niedaleko stały dwie kobiety, uważnie mu się przyglądające. To musiały być wieśniaczki, wskazywał na to ubogi strój – kolorowe chusty na głowach, białe, mocno przybrudzone lniane koszule z podwiniętymi rękawami i czerwone kiecki w szerokie, pstrokate prążki. Jedna z kobiet trzymała haczkę, druga miała pod pachą duży kosz wypełniony do połowy ziemniakami. Z tej odległości Nyteshad ocenił, że obie były mniej więcej w tym samym, średnim wieku. Nekromanta powoli wstał, wspierając się przy tym rękoma. Zgiął się wpół, zakaszlał i wypluł resztki wymiocin.

– Dzień dobry! – zawołał do wieśniaczek, machając przy tym przyjaźnie ręką. – Co to za miejsce? Jak się nazywa?

Kobiety spojrzały po sobie i rzuciły się do ucieczki, porzucając haczkę i kosz. Mimo mżawki nekromanta gotów był przysiąc na dowolne bóstwo, że za kobietami aż się kurzyło. Obie pędziły, trzymając w rękach kiecki, choć Nyteshad nie miał zamiaru ich gonić. Nie było takiej potrzeby. Baby z pewnością pobiegły do najbliższej wioski, wystarczyło tylko pójść ich śladem, by trafić do cywilizacji. Oczyścił szatę z większych kawałków błota, strzepując je na ziemię. Potem wytarł rękawem twarz i sięgnął do kieszeni po małe lusterko, przez którego środek przebiegało pęknięcie. Przeglądając się, poprawił zmierzwione włosy i doczyścił twarz, co znacznie poprawiło mu humor.

– Z Alkkenstana taki czarodziej jak ze mnie grabarz – burknął pod nosem i zaraz skrytykował bez ogródek umiejętności przyjaciela w dziedzinie teleportacji. – Zawsze coś spieprzy.

W brzuchu burczało mu wściekle z głodu, dudniło niczym dobosz w wielki bęben, więc raźno ruszył w ślad za wieśniaczkami, pogwizdując cicho pod nosem. Krajobraz nie napawał optymizmem. Rozległe pole ziemniaków, na którym tak twardo wylądował, leżało w dolinie. Po obu jej stronach wznosiły się całkiem wydatne góry, na zboczach których też zauważył pola uprawne. Widać było, że tubylcy to lud zaradny, pracowity i wykorzystujący każdą piędź ziemi, by posadzić ziemniaki. To musiał być tutejszy przysmak, jak wodorosty zawijane w zgniłą rybę w Kreks Kreks. Droga polna, którą szedł, była w kiepskim stanie. Rozjechana i rozdeptana, wyznaczała nowe standardy określeń „błotnista” i „dziurawa”. W koleinach stała woda, a były one tak duże, że kilka razy zdarzyło mu się potknąć.

– Ciekawe, co tam u Alkkenstana – mruknął do siebie nekromanta, przełykając przy tym ślinę. Uczucie suchości w ustach komplikowało gwizdanie. – Jak znam jego i jego szczęście, to teraz siedzi sobie przy stole, wpieprza golonkę z ziemniakami i zapija piwskiem. Nie ma sprawiedliwości na tym świecie. – Kopnął wściekle niewinny kamień. – A ja muszę szwendać się po tym błocie. Pewnie specjalnie wypaczył ten teleport. Mnie wyrzuciło w pole, jego pod drzwi gospody. Cholerny świat.

Po kilkunastu minutach intensywnej wędrówki ujrzał pokryte strzechą dachy domostw. Wieś z wielkim prawdopodobieństwem nie należała do bogatych. Słoma służąca do pokrycia dachów była wyraźnie przegnita, a ze ścian najbliższych budynków odpadała stara, pożółkła farba. Na bliższe zapoznanie się z architekturą nie było jednak czasu, ponieważ nekromanta dostrzegł zmierzającą w jego kierunku grupkę ludzi. Musieli biec, bo zbliżali się dość szybko.

– Świetnie – powiedział do siebie, uśmiechając się pod nosem. – Komitet powitalny. Byle nie trwało to zbyt długo, bo wolałbym raczej gorącą kąpiel niż wymianę uprzejmości.

Wataha mieszkańców wioski zbliżyła się tak szybko, że Nyteshad już po chwili mógł dostrzec kilka istotnych szczegółów. Chociażby to, że tłum składał się wyłącznie z mężczyzn, z których wielu trzymało w rękach widły, cepy, łopaty, a pozostali zwykłe grube kije. Rozpoznał też, co krzyczeli wieśniacy.

– Wampir! Wampir!

Mózg nekromanty działał bez zarzutu. Szybko przeliczył prawdopodobieństwo przeżycia w przypadku próby wytłumaczenia rozwścieczonemu tłumowi pomyłki, a następnie przekazał wynik do nóg. Nyteshad odwrócił się i rzucił do ucieczki. Początkowo chciał skręcić i czmychnąć przez pola, ale droga wydawała się lepszym wyborem. Przynajmniej widział, co ma pod nogami i które dziury lepiej omijać. Był przekonany, że łatwo wymknie się z tarapatów. W ostatnich tygodniach zdecydowanie poprawił kondycję. Świeże powietrze, noclegi pod gołym niebem oraz częste walki i jeszcze częstsze ucieczki sprawiły, że był, jak na niego, w doskonałej formie fizycznej.

Szybko zauważył jednak, że wieśniacy są w jeszcze lepszej. Głosy spragnionego krwi tłumu za jego plecami stale narastały, niemal czuł już na karku oddech biegnących mężczyzn. Obok nekromanty przeleciały widły, które chwilę później zanurzyły się z cichym pluskiem w błocie na polu. Zdopingowany przez mijające go żelastwo, Nyteshad przyspieszył jeszcze bardziej. Zaczął szybciej, energiczniej przebierać nogami i z początku przyniosło to pożądany efekt, bo oderwał się nieco od uzbrojonej watahy. Uśmiechnął się do siebie, a w jego głowie zakiełkowała myśl, że jednak uda mu się wymknąć. Nadzieja, jak to bywa w takich przypadkach, okazała się niestety płonna. Poślizgnął się i upadł wprost w kałużę. Zanim zdążył się podnieść, dopadli go wrzeszczący bez przerwy wieśniacy.

– Wampir! Wampir!

– Nie jestem… – Podnoszący się z błota nekromanta zdołał wykrztusić tylko część zdania, ponieważ został z wielką siłą zdzielony cepem prosto w twarz.

Nyteshad upadł raz jeszcze w kałużę i zwinął się w kłębek. Poczuł w ustach słodki smak krwi. Zamknął oczy, czekając na kolejne ciosy i śmierć – nie miał najmniejszych wątpliwości, jaki los go czeka. Ot, ironia losu. Przeżył powietrzną bitwę z gryfami, kilka starć ze świetnie wyszkolonymi i uzbrojonymi krasnoludami, a zginie z ręki zwykłych, pospolitych wieśniaków. Zabójczy cios jednak nie nadszedł. Tłum umilkł, zaległa dziwna, martwa cisza. Usłyszał w niej dźwięk otwieranych drzwi karety, a potem kobiecy głos.

– Co tu się dzieje?

Nekromanta wyraźnie słyszał teraz ciężkie, zdyszane oddechy chłopów i brzęczenie natrętnej latającej nad jego uchem końskiej muchy. Otworzył oczy i usiadł, wypluwając krew i błoto, ale dalej nic nie widział. Widok zasłaniała mu otaczająca go ciżba.

– Pytałam: co tu się dzieje? – zapytał raz jeszcze ostry damski głos.

– Mrmrmrm – zamruczało jednocześnie kilka głosów, do wtóru dźwięku potrząsania bronią.

– Nie wszyscy naraz! Ty! Mów, co tu się dzieje.

– No więc, pani… Tego… Złapaliśmy tu jakiegoś obcego… – odparł zapytany, wysoki blondyn z kędzierzawymi włosami i młodzieńczym zarostem na twarzy.

– I co w związku z tym?

– No… chcemy go zabić, pani.

– Dlaczego?

– Bo jest wamp… Bo jest obcy – wyjaśnił szczerze młodzieniec.

– To wszystko?

– Tak, pani.

– Trochę to słaby powód… – Na chwilę zapadła cisza, gdy kobieta zastanawiała się, co dalej uczynić. W końcu zadała kolejne pytanie: – A skąd się tu wziął?

– Nie wiem, pani. Pojawił się w polu, przegonił baby kopiące ziemniaki, więc się skrzyknęliśmy i ubijemy zaraz dziwaka.

– Nie tak szybko.

– Tak, pani?

– Niech tu podejdzie. – To był zdecydowanie rozkaz, nie prośba.

– Tak, pani – odparł niechętnie kędzierzawy i skinął na pozostałych.

Nyteshad został szturchnięty widłami w plecy. Poczuł nacisk metalowych zębów w dolnej części kręgosłupa. Wstał i ruszył przez szpaler opieszale rozstępującego się tłumu. Jeden z chłopów, kędzierzawy blondyn, splunął mu gęstą śliną pod nogi. Nekromanta nie zareagował na zaczepkę, tylko poszedł w kierunku karety prezentującej się iście imponująco. Duża, czarna landara miała na burtach złote elementy. Na drzwiczkach widniał bogato zdobiony herb, na którym, jeśli dobrze dostrzegł i rozpoznał heraldykę, namalowano czerwone smocze zęby i czarnego nietoperza na białym tle.

Szóstka koni zaprzężonych do powozu wyglądała bardzo rasowo. Każdy z nich mógł z pewnością pochwalić się długim, wyjątkowo przednim rodowodem. Kare niczym najciemniejsza noc, potężnie zbudowane, przypominały raczej rumaki bojowe niż zaprzęgowe chabety. Ich ogłowie było tak samo kunsztownie ozdobione jak sama landara, łby miały przystrojone długimi, złowieszczo szeleszczącymi na wietrze pióropuszami. Z końskich nozdrzy wydobywały się niewielkie kłęby pary. Prowadzący wierzchowiec, prychając, ze zniecierpliwieniem uderzał kopytem o ziemię, chcąc już ruszyć w dalszą podróż, do stajni i pełnego żłobu.

Na koźle siedział ubrany w czarny płaszcz i kapelusz stangret. Palił skręta napakowanego podłym tytoniem, którego smród rozchodził się w promieniu kilku kroków. Kobieta, prowadząca wcześniej władczym tonem rozmowę, z zaciekawieniem patrzyła na nekromantę przez okno karety. Miała – a jakżeby inaczej – czarne, sięgające poniżej ramion włosy i zaczesaną do tyłu, spiętą dużą złotą spinką grzywkę. Patrzyła na Nyteshada długo i przenikliwie ciemnymi oczami, aż w końcu zapytała:

– Kim jesteś?

Nekromanta zgiął się wpół i wytwornie ukłonił, jak nakazywała dworska etykieta.

– Nazywam się Nyteshad.

– Nie pytałam o twoje imię, tylko kim jesteś – przerwała obcesowo. – Zwracaj się do mnie z szacunkiem, obszarpańcu.

Westchnął cicho. „A więc to tak” – pomyślał.

– Tak… Jaśnie pani. Jestem nekromantą – odpowiedział, a ujrzawszy niezrozumienie w oczach kobiety, szybko dodał: – Zajmuję się… – Zastanowił się, czy nie jest to właściwy moment na kłamstwo, ale doszedł do wniosku, że nie ma powodów, by się wstydzić swojej profesji. – Ogólnie rzecz ujmując, zajmuję się ożywianiem trupów.

W jej oczach dostrzegł lekki błysk zainteresowania.

– Ludzi?

– Głównie ludzi, pani – odparł, akcentując ostatnie słowo.

Kobieta uśmiechnęła się lekko. Przynajmniej miał nadzieję, że grymas na jej ustach oznacza uśmiech.

– Z sukcesami?

Nyteshad założył ręce na piersi.

– Zaryzykuję stwierdzenie, że jestem najlepszym nekromantą na świecie, pani.

Tym razem na pewno był to uśmiech. „Ta kobieta ocali mi życie” – powiedział sam do siebie w myślach.

– Dobrze, dobrze… – Klasnęła. – Pojedziesz ze mną i o wszystkim mi opowiesz. Na przykład skąd się tutaj wziąłeś. Zdradzisz mi też tajniki swojego zawodu. Brzmi to bardzo intrygująco.

Nekromanta popatrzył w kierunku stangreta, zastanawiając się, czy starczy miejsca na koźle.

– Nie. Pojedziesz razem ze mną. W środku – rozkazała czarnowłosa, jakby czytając w jego myślach.

Kobieta otworzyła drzwiczki, cofnęła się i usiadła na kanapie zwróconej tyłem do kierunku jazdy. Ręką w czarnej rękawiczce wskazała miejsce naprzeciwko. Nyteshad wspiął się energicznie po schodkach do wnętrza pojazdu, gdzie intensywnie pachniało jaśminem i ylang-ylang. Jego niespodziewana wybawicielka najwyraźniej używała perfum o takim zapachu.

– Uważaj, żeby nie pobrudzić tapicerki – warknęła.

Spojrzał na kobietę spode łba, po czym usadowił się na obitym czerwoną tkaniną siedzeniu. Nie znał się na obiciach, ale ten materiał z pewnością był kosztowny. Czarnowłosa pociągnęła za czarny sznurek z frędzlami, zwisający z sufitu karety. W ścianie tuż przy jej głowie otworzyła się niewielka podłużna klapka, służąca do komunikacji ze stangretem. Mężczyzna się odezwał:

– Tak, pani?

– Do zamku.

Woźnica świsnął batem nad końskimi łbami i powóz szybko ruszył nierówną drogą. Pojazd prezentował się wyśmienicie – nekromanta widział niewiele dorównujących mu przepychem środków lokomocji. Mimo to gdy ruszyli, jakakolwiek rozmowa stała się niemożliwa. W środku było zwyczajnie za głośno. Może to wina wyboistej, dziurawej drogi, a może słabego wyciszenia wnętrza, dość, że Nyteshad musiał wstrzymać się z pytaniami cisnącymi się na usta. Zresztą kobieta chyba też nie miała ochoty przekrzykiwać hałasu.

*

Grupka mężczyzn patrzyła w ślad za oddalającą się, podskakującą na nierównościach karetą. Stali w kompletnej ciszy, w której słychać było tylko pobrzękiwanie wideł i postukiwanie kijów.

– Moglimy ją ubić – odezwał się wreszcie sołtys Wadim, patrząc wymownie na Bencze.

Wysoki blondyn przerwał skubanie młodzieńczej brody.

– Mogliśmy. Teraz jest już za późno. Nie ma co się frasować, zabijemy ją innym razem. – Splunął wprost w kałużę w koleinie.

*

Nyteshad miał wreszcie czas, by przyjrzeć się wybawicielce. Była zaskakująca młoda jak na poważanie, które wzbudziła w grupce wieśniaków i władczy ton, jakim się wypowiadała. Na pierwszy plan jej pięknej owalnej twarzy wybijały się bardzo duże, ciemnobrązowe, prawie czarne oczy z długimi rzęsami i pełne, kształtne usta. Nosiła sięgający połowy łydek czarny płaszcz, a na jej szyi połyskiwał medalion, przedstawiający prawdopodobnie nietoperza. Nyteshad nie był tego pewien, bo skupił wzrok na tym, co znajdowało się poniżej. Pod rozpiętym płaszczem obcisła sukienka opinała duży biust, od którego nekromanta nie mógł oderwać oczu. Tym bardziej, że piersi podskakiwały na wybojach, a droga była przecież dziurawa jak uzębienie chłopa mieszkającego w jednej wiosce z kowalem specjalizującym się w rwaniu zębów.

Po dłuższej chwili przełknął ślinę, podniósł wzrok i napotkał spojrzenie wielkich, ciemnobrązowych oczu. Ich właścicielka uśmiechnęła się kpiąco. Nie uszło jej uwadze, w co wpatrywał się nekromanta. Speszony – co stanowiło dla niego nowość w sprawach damsko-męskich – odwrócił się w kierunku okna i zaczął obserwować krajobraz. Kraina była zdecydowanie pagórkowata, a po jakimś czasie szybkiej jazdy biedne, zaniedbane pola ziemniaków i pszenicy ustąpiły miejsca kniei gęsto porastającej tę okolicę. Kareta cały czas wspinała się pod górę, trzęsąc się przy tym jak wróbel po kąpieli w kałuży.

Miało to swoje dobre strony. Kołysanie sprawiło, że nekromanta zapadł w lekką drzemkę. Był bardzo zmęczony po ostatnich wydarzeniach, a ściana drzew i skał za oknem miała właściwości usypiające. Śniły mu się ostatnie dni, pełne zaskakujących wydarzeń, nad którymi do tej pory nie miał czasu się zastanowić. Wszystko działo się tak szybko i niespodziewanie. We śnie widział niedawnych towarzyszy: Afjarę, Arn Tora i Stalhammara, którzy oddali życie, by mógł teraz spokojnie chrapać w wygodnej karecie. Zakrwawioną, konającą na podłodze chaty złodziejkę, wymachującego wielkim dwuręcznym mieczem barbarzyńcę-muzyka i uśmiechniętego zawadiacko krasnoluda trzymającego w dłoniach rewolwery.

Z drzemki wyrwało go kopnięcie w prawą nogę. To współpasażerka wykorzystała swój masywny but na wysokim obcasie, by obudzić nekromantę. Kareta wyraźnie zwolniła i mniej się telepała. Nekromanta doszedł do wniosku, że droga w tym miejscu jest mniej wyboista.

– Dojeżdżamy – oznajmiła krótko kobieta.

Kiedy wyjrzał przez okno, pojazd wtoczył się z hukiem na drewniany most zwodzony przerzucony nad głęboką fosą z wodą. Dół wykopu ginął w ciemnościach, albowiem na zewnątrz panowała już wieczorna szarówka spotęgowana przez deszcz. Kiedy spał, zaczęło padać. Pojazd minął grube kamienne mury obronne z wysokimi basztami i wtoczył się przez potężne wrota na wybrukowany dziedziniec. Stangret szarpnął lejce ze wszystkich sił i szóstka czarnych koni zatrzymała się niemal w miejscu, rżąc i sapiąc po długim biegu.

– Witam na zamku Bistritz – powiedziała kobieta w tym samym momencie, w którym koła karety zatrzymały się ze zgrzytem na bruku.

– Nigdy o nim nie słyszałem – wypalił roztargnionym tonem nekromanta, rozglądając się przez okno po dziedzińcu.

– Dlaczego?

Czarnowłosa przeszyła go wzrokiem. Od razu zrozumiał, że wypowiedzią tą nie zapunktował u swojej wybawicielki. Szarpnął za klamkę, otwierając drzwiczki, przez które do środka wdarły się wilgoć i zimno.

– Panie przodem – powiedział i skinął głową.

Szybkim krokiem, niemal biegiem, pokonali w strugach deszczu dziedziniec, wspięli się na kilka schodków, przeszli przez masywne dwuskrzydłowe drzwi zdobione godłem ze smoczymi zębami oraz nietoperzem i znaleźli się w wielkim holu, oświetlonym stojącymi w wielu miejscach kandelabrami ze świecami. Zanim zdążył rozejrzeć się dokładnie po pomieszczeniu, kobieta pociągnęła za sznurek wiszący przy drzwiach. Gdzieś daleko rozległo się echo dzwonka.

– Na imię mam Selene von Rejden – przedstawiła się wreszcie, wyciągając rękę do nekromanty.

Chwycił wyciągniętą dłoń, czując przy tym ciepło i przyjemny dreszcz przebiegający przez całe ciało.

– Jest mi niezmiernie miło – wybełkotał.

– To się dopiero okaże.

Czarnowłosa nie zwróciła uwagi na uszy Nyteshada, które zaczerwieniły się niczym czerwcowe maki, tylko ponownie pociągnęła energicznie za sznur. Dzwonek w oddali zadźwięczał jak oszalały, odbijając się echem gdzieś daleko w korytarzach i przeistaczając się w zwielokrotniony dźwięk. Minęła dłuższa chwila, aż wreszcie usłyszeli niespieszne, głośne kroki i na szerokich schodach prowadzących do holu z piętra pojawiła się czyjaś postać. Zeszła ona niezgrabnie i stanęła przed kobietą. Był to mężczyzna średniego wzrostu, budowy raczej normalnej, jeśli nie liczyć defektów w postaci wyrastającego na plecach lekkiego garbu oraz krótszej prawej nogi, na którą wyraźnie kulał. Na głowie miał mocno przerzedzone, ciemne, związane w kucyk włosy, a jego twarz pokrywała, oprócz pryszczy, rzadka broda.

Przybysz pokłonił się czarnowłosej.

– Gdzie byłeś, Piter?! – krzyknęła Selene, ale szybko się opanowała. – Pewnie znowu spałeś! – dorzuciła oskarżycielskim tonem.

– Nieprawda, pani, to nieprawda. – Służący podrapał się po głowie. – Czyściłem srebra rodowe! Naprawdę! Wszystkie co do jednego!

– Dobrze, dobrze – przerwała czarnowłosa i wskazała na nekromantę. – Mamy gościa.

Piter popatrzył na Nyteshada, jakby dopiero teraz go zauważył. Skłonił się lekko.

– Pan zostaje na kolację? – zapytał.

– Zostaje. Tak długo, aż wyjaśni, skąd tu się wziął i dlaczego – odparła, podając służącemu swój płaszcz. – Zaprowadź naszego gościa do komnaty w Smoczej Wieży, przygotuj gorącą kąpiel, poszukaj też jakichś czystych męskich ubrań po tatku. A później przyprowadź pana Nyteshada na kolację.

Służebny skłonił się przed kobietą i ruszył po schodach do góry, nie zwracając uwagi na to, czy nekromanta podąża za nim. Obaj mężczyźni byli w połowie schodów, gdy Selene zawołała:

– Czekaj! Gdzie jest moja siostra?

Piter znowu podrapał się po głowie.

– Chyba w pracowni, proszę pani. Tak myślę – powiedział i wznowił wspinaczkę.

Kobieta przez dłuższą chwilę stała na środku holu, jakby zamyślona.

*

Selene otworzyła zdobione metalowymi okuciami drzwi do pracowni. Lekko zmrużyła wielkie oczy, oślepiło ją bowiem mocne światło. Niewielkie pomieszczenie było jasno rozświetlone przez dziesiątki świec, których moc mogłaby wystarczyć, by oświetlić pobliskie wsie i miasteczka, gdyby tylko zaszła taka potrzeba. Najważniejszymi meblami w komnacie były sztalugi oraz oparte o ściany obrazy i krzesło. Tyłem do wejścia siedziała na nim jasnowłosa kobieta. Selene podeszła do niej.

– Co malujesz? – zapytała, patrząc przez ramię blondynki.

Obraz przedstawiał dwa siedzące, odwrócone tyłem czarne koty. Oba wpatrywały się w wielki księżyc w pełni. Jasnowłosa właśnie kończyła rysować cienkim pędzlem ogon jednego z myszołapów, zawijając go wysoko nad jego łbem na tle miesiąca.

– Dlaczego malujesz ciągle te okropne koty? – zapytała czarnowłosa i dodała z pretensją w głosie: – Mało ich już namalowałaś? Tylko popatrz! Na każdym obrazie te przeklęte kociska. – Kopnęła z wściekłością jedną ze sztalug. Obraz przedstawiający skradającego się kocura na tle księżyca uderzył o podłogę.

Jasnowłosa nie zareagowała. Koncentrując całą uwagę na płótnie, spokojnie pociągnęła pędzlem. Potem sięgnęła do stojaka po cieńszy pędzelek.

– Co ty widzisz w tych zwierzętach, co? Koty są takie tchórzliwe, leniwe… i nieposłuszne!

Selene zbliżyła się jeszcze bardziej, wyciągnęła rękę i położyła dłoń na malowanym obrazie.

– Nie mam nic przeciwko temu, abyś spędzała czas na malowaniu, ale uwieczniaj coś wartościowego… No nie wiem, jak chcesz już być taka romantyczna, to może umięśnionego młodego wilkołaka w blasku luny.

Przycisnęła mocniej palce do malowidła i wbiła w nie długie, wypielęgnowane paznokcie. Gdy pociągnęła powoli dłonią w dół, rozległ się trzask prutego płótna.

– Sarah, patrz na mnie, jak do ciebie mówię! – krzyknęła tym razem głośniej.

Jasnowłosa odwróciła się do Selene i wstała z krzesła. Mierzyły się wrogim wzrokiem. Obie były tego samego wzrostu, takiej samej budowy ciała, wreszcie miały identyczne rysy twarzy. Różniły się jedynie kolorem włosów. Po chwili mina Selene nieco zelżała. Czarnowłosa uśmiechnęła się delikatnie.

– Nie denerwuj się, siostro – powiedziała, wyciągając ramiona do jasnowłosej.

Sarah wtuliła się w bliźniaczkę, a ta zaczęła głaskać ją po włosach.

– Wszystko będzie dobrze – szepnęła Selene, a po chwili dodała: – Przepraszam za obrazy. Nie lubię kotów – dodała usprawiedliwiająco. – Kojarzą mi się z mamą.

Puściła jasnowłosą i wierzchem dłoni wytarła łzę z policzka.

– Przyszykuj się. Mamy gościa na kolacji. – Ruszyła energicznym krokiem w stronę wyjścia z komnaty. – Sarah, zachowuj się grzecznie i nie rób scen – dodała, zanim zamknęła za sobą drzwi.

Jasnowłosa zaczęła zbierać rozrzucone obrazy, pędzle i farby, postawiła wywróconą sztalugę. Siostry różnił nie tylko kolor włosów. Sarah odziedziczyła charakter po matce. Była łagodna i spokojna, kochała sztukę i ogrodnictwo. Selene była mentalnie lustrzanym odbiciem ojca. Bywała gwałtowna i okrutna, zdarzało jej się wybuchać szaleńczym gniewem, a nad kobiece rozrywki stawiała między innymi polowania i jazdę konną. Jedna z sióstr była niczym delikatna fala muskająca drobny piasek na plaży, druga – jak trawiący wszystko na swej drodze ogień. Sarah była jak słońce, Selene – jak księżyc.

*

Piter przygotował balię gorącej wody z solą morską oraz aromatycznymi egzotycznymi olejkami. Kiedy wyszedł, Nyteshad z radością zanurzył się w ukropie. Rozsiadł się wygodnie, opierając o krawędzie balii, i delektował pierwszą kąpielą od bardzo długiego czasu. Gorąca woda przyjemnie rozluźniała mięśnie, a intensywny zapach olejków kręcił w głowie, dlatego nekromanta szybko przestał myśleć o wydarzeniach ostatnich dni, o Alkkenstanie oraz o tajemniczej kobiecie, która przywiodła go na zamek. Przysnął.

Obudził się, gdy woda zrobiła się letnia i poczuł chłód. Sycząc, przeklinając i prychając, szybko wyskoczył z balii i złapał za leżący obok ręcznik. Wytarł się, ominął zwinięte w kłębek i ciśnięte na podłogę brudne, sfatygowane ubranie, które miał wcześniej na sobie, i sięgnął po rzeczy przygotowane przez służącego.

– Butów zapomniał – mruknął nekromanta pod nosem, zauważając braki i notując w pamięci, by potem się upomnieć.

Stare obuwie nijak nie pasowało do nowego ubioru. Nyteshad miał na stopach znoszone, dziurawe i brudne trzewiki, które kontrastowały z wytwornym frakiem dostarczonym przez Pitera. Czarny strój zwieńczony był nietypową wysoką stójką. Mimo to nie przypadł mu do gustu. Nie czuł się w nim tak swobodnie, jak w swojej szacie.

– Wyglądam jak ten debil, Arcymistrz Marius – wspomniał swojego profesora z uniwersytetu.

Arcymistrz Marius wykładał przedmiot Teoria portali, czyli tam i z powrotem w jednym kawałku i był wówczas najstarszym żyjącym czarodziejem na świecie. Był tak stary, że na zajęcia przynosiło go dwóch doktorantów, których dodatkowym zadaniem było budzenie Mariusa, gdy ten przysypiał w połowie zdania. Nyteshad najczęściej też spał na jego wykładach i być może dlatego nigdy nie opanował w zadowalającym stopniu sztuki teleportacji.

Z Arcymistrzem Mariusem wiązały się jednak również miłe wspomnienia. Tak się złożyło, że jego rocznik dla zabawy założył się o to, kiedy stary czarodziej umrze, a Nyteshad wytypował niemal co do dnia datę zgonu. Przyszły nekromanta wraz z Alkkenstanem przez tydzień po śmierci Arcymistrza upijał się co wieczór na koszt przegranych w gospodzie „Magia i miecz”. Było to ulubione miejsce spotkań młodych adeptów sztuki czarodziejskiej, gdzie wieczorami pili piwo i grali w gry planszowe. Prowadziło to często do bójek, ale tylko wręcz, ponieważ w lokalu obowiązywał zakaz używania zaklęć. Bijatyki wątłych żaków nie były groźne dla nikogo, nie niosły też ze sobą szkód w wyposażeniu gospody, więc właściciel oszczędzał na pilnujących porządku ochroniarzach, co z kolei prowadziło do tego, że rozcieńczone piwo było trochę tańsze. A to, jak wiadomo, wśród studentów jest czynnikiem decydującym przy wyborze knajpy na wieczór.

Poinstruowany wcześniej przez Pitera Nyteshad bez trudu trafił do jadalni. Mieściła się ona tuż przy holu, w średniej wielkości komnacie ze ścianami otynkowanymi na biało. Wisiały w niej zakurzone portrety wytwornie wystrojonych przodków, których malarze z mniejszym lub większym powodzeniem starali się przedstawić w jak najlepszym świetle. Pośrodku znajdował się masywny stół, przy którym na oko mogło zasiadać dwanaście osób. W chwili obecnej krzesła stały puste, choć blat był udekorowany kielichami, butelkami, talerzami, sztućcami i półmiskami z jedzeniem. W kącie palił się ogień w kominku, oświetlając pomieszczenie ciepłym, przyjemnym blaskiem. Pewnie dlatego służący, mówiąc o jadalni, użył określenia „kominkowa komnata”.

Piter kręcił się pod ścianą wokół komody i jakiegoś dziwnego przedmiotu. Nekromanta zbliżył się, by przyjrzeć się nieznanemu obiektowi z bliska. Przypominał on niewielką drewnianą skrzynkę, na której spoczywał metalowy talerz. Obok przymocowane było podłużne ramię oraz duża tuba z pofalowanego cienkiego metalu. Służący właśnie kładł na tej skrzynce czarne płaskie koło.

– Co to jest? – zapytał zaciekawiony Nyteshad.

– To patefon, panie – odparł Piter, nieco zdziwiony, że gość pyta o tak oczywiste sprawy.

– Patefon? A do czego to służy?

– Do grania muzyki. – Służący aż przewrócił oczami.

– Jak to?