Indygo - Camille Gale - ebook
Opis

Skye, trzydziestoletnia rozwódka, wiedzie uporządkowane i nieco nudne życie agentki nieruchomości. Wszystko zmienia się, gdy w jej biurze pojawia się tajemniczy brunet Daniel, który okazuje się wilkołakiem. Pracując dla Daniela, Skye pakuje się w tarapaty, gdy na jaw wychodzi, że jest ona człowiekiem Indygo odpornym na hipnozę wampirów. By ochronić dziewczynę przed ich zakusami, Daniel i jego wataha przyjmują ją pod swoją opiekę, wtedy poznaje ona trudne zależności hierarchiczne panujące w stadzie. Tymczasem odkrycie specyficznych zdolności Indygo staje się dla Skye dopiero początkiem problemów, zwłaszcza gdy okazuje się, że rodzące się między nią a Danielem uczucie nie wszystkim jest na rękę…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 422

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


1.

Tik-tak, tik-tak, tik-tak. Zostało jeszcze tylko siedem minut do zamknięcia biura. Dzień należał do średnio udanych i myślałam tylko o tym, by rozłożyć się w domu na kanapie i poczytać książkę albo pooglądać jakiś serial. Kiedyś robiliśmy to we dwoje – ja i mój mąż. Obecnie były mąż.

Kiedy trafiła się jakaś serialowa perełka, potrafiliśmy obejrzeć kilka odcinków z rzędu. Podobały się nam te same historie, tak samo reagowaliśmy na świetne czy głupie sceny. Rozumieliśmy się bez słów. A potem pojawiła się ona.

Gwoli ścisłości, między nami różnie bywało, ale wciąż naiwnie wierzyłam, że mamy czas, że jeśli tylko zaczniemy więcej rozmawiać… Ale czasu już dawno nie było, tylko ja nie potrafiłam, a może po prostu nie chciałam tego dostrzec.

Pewnego dnia Mark wrócił z pracy i powiedział, że musimy porozmawiać. Od razu wiedziałam, że to jakaś poważniejsza sprawa. Sposób, w jaki to oświadczył, sprawił, że przeszedł mnie dreszcz, a jeszcze nie wiedziałam, że dalej będzie tylko gorzej. Siedziałam nieruchomo i patrzyłam w przestrzeń, gdy opowiadał, że się zakochał, że nic na to nie poradzi, że i tak się nie dogadywaliśmy od dłuższego czasu. Evelynn po prostu pojawiła się w jego życiu i tak jakoś wyszło. „Tak jakoś wyszło” – dokładnie tych słów użył. Zakończył prośbą o rozwód.

Czułam się, jakby to działo się poza mną, jakby mnie nie dotyczyło. Dopiero gdy podniósł nieco głos, prosząc mnie, bym coś powiedziała, wyrwałam się z tego otępienia.

Nagle wszystko do mnie dotarło. Ból był rozdzierający, jakbym rozpadła się na drobne kawałeczki. Jedyne, co byłam w stanie zrobić, to przytaknąć Markowi. Wstałam i walcząc, by zachować resztkę godności, normalnym krokiem poszłam do łazienki na piętrze.

Chciałam wylać morze łez, ale on nie mógł tego usłyszeć, więc próbowałam jedynie uspokoić oddech i serce, powtarzając sobie w myślach, że to się nie dzieje naprawdę.

Po około dziesięciu minutach usłyszałam kroki na schodach. Chciał się upewnić, czy wszystko ze mną w porządku. Wiedziałam, że nie odpuści, póki nie zobaczy, że nie zamierzam zrobić czegoś głupiego z rozpaczy. Zebrałam się więc w sobie, a w tamtym momencie wymagało to ode mnie nadludzkiej siły, i wyszłam z łazienki. Powiedziałam, że dam sobie radę i że potrzebuję pobyć sama. Spojrzał na mnie nieufnie, ale zdecydował nie drążyć tematu. Spakował najpotrzebniejsze rzeczy i na odchodne rzucił, że porozmawiamy jutro, jak to przetrawię. Jakby dwadzieścia cztery godziny miały sprawić, że będzie mniej bolało. Jakby doba była wystarczająca na wymazanie kilku lat życia spędzonych razem.

Przepłakałam pół nocy. Kolejnego dnia na tydzień przyleciała do mnie moja przyjaciółka Sarah, która pomogła mi stanąć na nogi po tej druzgocącej wiadomości. Potem wszystko potoczyło się dość szybko i oto niemal rok później miałam status trzydziestoletniej rozwiedzionej agentki nieruchomości z własnym biurem, do którego otworzenia zachęcił mnie nikt inny jak mój (teraz już były) mąż. Co prawda Mark nalegał, bym otworzyła je w oddalonym o kilkanaście kilometrów Los Angeles, ale ja zupełnie nie widziałam się w tak dużym mieście. Około stutysięczne Rykersville w zupełności mi wystarczało. Po rozwodzie nie mogłam być sobie bardziej wdzięczna, że jednak zdecydowałam się tutaj pozostać. W LA samotność jeszcze bardziej by mi doskwierała.

Zostały cztery minuty do piątej, gdy usłyszałam dzwoneczek sygnalizujący wejście klienta. Taki gadżet może i nie pasował do biura pośrednictwa i obrotu nieruchomościami, ale nie potrafiłam się zmusić, by się go pozbyć, gdy przejęłam ten lokal po cukierni. Wydawało mi się, że nadaje temu miejscu choć trochę swojskości, a odbiera nieco tej nadętej powagi. Ponadto lubiłam wiedzieć, że ktoś przyszedł, gdy byłam akurat na zapleczu.

Zaczęłam przerzucać papiery, by ukryć gazetę, którą wcześniej czytałam. Wolałam wyglądać na zapracowaną niż raczącą się jakimś podrzędnym pisemkiem w godzinach pracy. Kątem oka widząc, że klientem jest mężczyzna, rzuciłam znad papierów swoją formułkę:

– Dzień dobry, za moment się panem zajmę.

Przeglądając dokumenty, usiłowałam sprawiać wrażenie profesjonalistki. Liczyło się pierwsze wrażenie. Gdyby uznał mnie za znudzoną panienkę, więcej by nie wrócił. A teraz, kiedy byłam sama, pieniądze miały dla mnie większe znaczenie. W końcu do budżetu nie dorzucał się już wzięty programista.

– Na to liczę.

Głęboki bas zmusił mnie do oderwania się od papierów i podniesienia głowy. Na moment mnie zamurowało. Miałam przed sobą wyjątkowo atrakcyjnego mężczyznę o charyzmatycznym spojrzeniu zielonych oczu. Czarne włosy delikatnie opadały mu na czoło, kilkudniowy zarost przykrywał idealną linię szczęki. Był wysoki i dobrze zbudowany, ale zdecydowanie nie wyglądał jak lalusiowaty model z okładki. Bił od niego dziwny magnetyzm i nie potrafiłam przestać wpatrywać się w jego twarz. Zdałam sobie sprawę, że się gapię i że jak najszybciej powinnam coś powiedzieć, by przerwać ten dziwny trans.

– Proszę usiąść. Jestem Skye Evans, w czym mogę panu pomóc? – Miałam nadzieję, że nie wyszło najgorzej, może nawet nie zauważył, jakie wywarł na mnie wrażenie.

– Daniel Norton, miło mi. Liczę, że w znalezieniu dużego domu w okolicy. – Uśmiechnął się lekko, a ja walczyłam, by nie oblać się rumieńcem. Jak nastolatka. Wystarczyło jedno intrygujące spojrzenie, żebym straciła grunt pod nogami.

– Będę prosiła o wypełnienie kwestionariusza, by móc znaleźć dla pana jak najlepszą ofertę. Na ogół klienci uzupełniają go online, ale skoro jest pan na miejscu, to możemy zrobić to od razu. To znaczy kwestionariusz, może pan kwestionariusz wypełnić od razu na miejscu.

I mój profesjonalizm szlag trafił. Nie ma to jak zrobić z siebie idiotkę już na wstępie. Podałam mężczyźnie kartkę w formacie A4 z kilkunastoma pytaniami, nie patrząc mu w oczy. Kątem oka zauważyłam jednak, że przygląda mi się dość intensywnie z lekkim uśmiechem na ustach. Chyba rozśmieszyło go moje zażenowanie. Cóż, przynajmniej jedno z nas się dobrze bawiło.

– Dziękuję, raczej nie zajmie mi to wiele czasu. Dokładnie wiem, czego chcę.

Pomyślałam w duchu, że ja też, i natychmiast skarciłam się za to w myślach. Owszem, facet był intrygujący, ale taka reakcja była do mnie niepodobna. Zrzuciłam to na karb rocznego celibatu.

Gdy zaczął wypełniać formularz, postanowiłam dyskretnie się mu przyjrzeć. Był wysoki, mierzył co najmniej sto osiemdziesiąt pięć centymetrów, a pewnie nawet nieco więcej. Miał też dość muskularną budowę, choć daleko mu było do typowego fanatyka siłowni. Biały T-shirt cudownie kontrastował z lekką opalenizną. Facet nie wyglądał na więcej niż trzydzieści pięć lat, a na jego palcu nie dostrzegłam obrączki. Sprawnie uzupełniał kwestionariusz, chyba rzeczywiście dobrze wiedział, czego szuka.

Gdy skończył, podał mi kartkę, nachylając się lekko w moim kierunku.

– Kiedy możemy się umówić na pierwsze oglądanie? Zależy mi na czasie. – Spojrzał mi głęboko w oczy, a ja musiałam się bardzo postarać, by nie uciec wzrokiem.

– Zwykle mogę coś zaproponować w ciągu siedemdziesięciu dwóch godzin, ale jeśli to takie pilne, możemy umówić się na jutro, powiedzmy, w południe?

Nie byłam pewna, czy uda mi się tak szybko coś dla niego zorganizować, ale chciałam mu pomóc. Gdy mówił, że zależy mu na czasie, poczułam wyraźnie, że się spiął, jakby czas rzeczywiście go gonił. Poza tym miałam wolne moce przerobowe. Fakt, że przebywanie w jego towarzystwie zaspokajało moją potrzebę wrażeń estetycznych, nie miał z tym nic wspólnego. Nic a nic. Naprawdę.

– Super, dwunasta jak najbardziej może być. Wyśle mi pani adres?

– Tak, jutro rano proszę oczekiwać wiadomości ode mnie. Wyślę ją na podany w kwestionariuszu numer telefonu.

– W takim razie do zobaczenia jutro. – Wstał i zawahał się na moment. – I dziękuję, że znajdzie pani dla mnie czas tak szybko, to dla mnie bardzo ważne.

– Podziękuje pan, jak uda nam się znaleźć coś, co spełni pana oczekiwania. Do zobaczenia jutro.

Odetchnęłam głęboko, gdy wyszedł, i postanowiłam chwilę ochłonąć po tak nieoczekiwanym zakończeniu dnia. Pierwszy raz od rozwodu poczułam coś innego niż przygnębienie otaczającą rzeczywistością. Nie do końca potrafiłam określić ten stan, ale nie licząc oczywistego pociągu fizycznego, coś zdecydowanie było na rzeczy. Na ogół dość dobrze odbierałam innych ludzi, zauważałam drobne gesty, czytałam między słowami, ale z Danielem było inaczej. Stanowił dla mnie zagadkę i należało się mu dokładniej przyjrzeć.

2.

Jako że do późnego wieczora pracowałam nad ofertami dla Daniela, rano trudno było mi się dobudzić. Pół nocy śnił mi się koszmar, że ktoś mnie atakuje, a potem więzi w ciemnościach. Podziękowałam na głos mojej podświadomości, najwyraźniej miły sen o przytulankach z zielonookim przystojniakiem nie wchodził w grę. Jak dobrze, że nie mieszkałam już w naszym dawnym domu – po takim koszmarze wypatrywałabym intruzów w każdym jego zakamarku.

Mark chciał mi go zostawić po rozwodzie. Pewnie była to jedna z wielu prób zagłuszenia wyrzutów sumienia wywołanych tym, co zrobił. Nie zgodziłam się, dom był duży i nie byłabym w stanie go utrzymać z mojej pensji. Wystawiliśmy go na sprzedaż, ale do tej pory nie udało się zrealizować tego celu. Pewnie trochę z naszej winy, bo na początku nie mieliśmy ochoty się widywać, by razem załatwiać sprawy z tym związane, a gdy emocje już opadły, też jakoś nam się nie spieszyło, nie odnowiliśmy ogłoszenia. Jak to mówią – szewc bez butów chodzi.

Każde z nas kupiło sobie mniejszy apartament, zużywając wszystkie oszczędności, jakich się dorobiliśmy. Moje mieszkanko miało zaledwie dwa pokoje z kuchnią, ale było bardzo przytulne i byłam dumna z tego, jak się w nim urządziłam. Dominowały beże i jasne brązy. Meble wybrałam nowoczesne, ale udało mi się uniknąć wrażenia surowego wnętrza. Widok też okazał się całkiem przyjemny, z okien sypialni można było podziwiać pobliskie wzgórza dzielnicy dla najbogatszych mieszkańców Rykersville i zbudowane na nich rezydencje. Lubiłam, gdy w którejś z nich odbywała się huczna impreza, a tych nie brakowało nigdy. Głośna muzyka, śmiech ludzi – to wszystko sprawiało, że czułam się choć trochę mniej samotna, nawet jeśli uczestniczyłam w tych imprezach jedynie na odległość.

Kiedy w końcu udało mi się zwlec z łóżka i pójść do łazienki, czekała mnie niemiła niespodzianka. Po słabo przespanej nocy wyglądałam jak zombie. Cienie pod oczami triumfowały bezczelnie na mojej twarzy, a włosy żyły swoim życiem.

Nigdy nie narzekałam specjalnie na swój wygląd, ale miałam też świadomość, że żadna ze mnie miss świata. Będąc niską i raczej drobną blondynką, zazdrościłam wysokim ponętnym brunetkom. Potrafiłam powiedzieć, co mi się w sobie podoba (i potencjalnie mogłoby się spodobać innym) – jasnoniebieskie oczy i zgrabne nogi. Ale wiedziałam również, co nie jest moją mocną stroną – wieczne cienie pod oczami i drobny biust. Swego czasu Mark powiedziałby, że kocha ten mały biust i uwielbia to, że jestem drobna. Do listy moich atutów dodałby jeszcze zgrabny tyłek. Swego czasu. Bo dzisiaj przecież był już z Evelynn – wysoką biuściastą brunetką o oliwkowej cerze, czyli totalnym przeciwieństwem mnie. Na wypadek gdyby sam rozwód nie okazał się wystarczająco bolesny, aparycja Evelynn stanowiła dodatkowy cios, który miał mnie znokautować. Wyglądałam przy niej jak podlotek.

Dziś jednak nie chciałam o nich myśleć, ten dzień miał mi upłynąć pod znakiem Daniela. Byłam podekscytowana i jednocześnie przerażona, choć przecież takich spotkań z klientami odbyłam już mnóstwo. Oprowadzałam po dziesiątkach domów i byłam w tym całkiem niezła. Musiałam sobie to powtórzyć kilka razy, by utrzymać nerwy na wodzy.

Po kilkunastu minutach rozmyślania, w co się ubrać, zdecydowałam się postawić na wygląd profesjonalistki. Kusiły mnie krótsze spódniczki czy nieco większe dekolty, ale ostatecznie zdrowy rozsądek wygrał z chęcią przypodobania się Danielowi.

Włożyłam lekko przylegający do ciała różowy sweterek z krótkim rękawem i szarą ołówkową spódnicę do kolan. Ten, kto wymyślił wysoki stan, powinien dostać Nobla. Uwielbiałam ten krój, dzięki któremu nawet przy stu sześćdziesięciu centymetrach wzrostu moje nogi miały szansę wydawać się długie. Szare szpilki, wysoko upięte włosy oraz teczka z laptopem i dokumentami dopełniały obrazu grzecznej agentki nieruchomości. Wyglądałam całkiem nieźle, jedynie cienie pod oczami, które tak trudno ukryć bez nakładania tony tapety, a tego nie robiłam nigdy, przypominały mi o kiepskiej nocce.

SMS-a z adresem pierwszej nieruchomości wysłałam Danielowi jeszcze przed dziewiątą rano. Odpisał, że będzie na pewno.

W biurze nie mogłam sobie znaleźć miejsca. Próbowałam robić porządki w dokumentach, ale nie szło mi za dobrze. Wciąż myślałam o tym, jak się zachowywać przy Danielu, by nie zdradzić, jak na mnie działa. Patrzeć w oczy czy nie? Prowadzić luźną rozmowę czy trzymać się wyłącznie tematu kupna domu? Zdecydowanie wyszłam z wprawy, ostatnim razem, gdy mężczyzna tak mi się spodobał, skończyło się to ślubem. I rozwodem.

Gdy w końcu wybiła 11.45, zamknęłam biuro, wsiadłam do mojej toyoty i ruszyłam ku przygodzie. No dobrze, ruszyłam do pracy, ale miło było pomyśleć, że może będzie to jednak wyjątkowy dzień.

Daniel szukał ogromnej rezydencji, więc większość propozycji, które dla niego przygotowałam, skupiała się na wzgórzach widocznych z okna mojej sypialni i to od nich właśnie mieliśmy zacząć. W Rykersville, mieście średniej wielkości, miałam ograniczone możliwości, biorąc pod uwagę wymagania Daniela. Ale jeśli zdecydowałby się na nieruchomość na wzgórzach, miałabym go na oku. Ta myśl, nie wiedzieć czemu, wydała mi się bardzo pocieszająca.

Podjechałam pod adres pierwszego domu, jaki mieliśmy dzisiaj zobaczyć, i ze zdziwieniem odkryłam, że Daniel już tam jest. Pięć minut przed czasem. Na ogół to ja musiałam czekać, bo klienci rzadko kiedy cenili sobie punktualność. Ale nie on. Zaplusował. Zaskoczona wysiadłam z samochodu i ruszyłam w jego kierunku.

Stał z założonymi rękami oparty o czarnego forda mustanga. O ile to w ogóle możliwe, wyglądał jeszcze lepiej niż dzień wcześniej. Przełknęłam ślinę i zebrałam się w sobie.

– Dzień dobry! Jest pan przed czasem, rzadko mi się to zdarza – przyznałam szczerze i rzeczowo. Na razie szło mi dobrze.

– Dzień dobry. – Uśmiechnął się na powitanie, czym dodał mi trochę otuchy. – Tak sobie pomyślałem, mam do pani prośbę, nie chcę wyjść na zbyt nachalnego, ale może przejdziemy na ty? Będzie nam łatwiej…

Jego propozycja pozytywnie mnie zaskoczyła. W myślach już i tak mówiłam do niego po imieniu, czemu nie miałabym tego robić naprawdę?

– Jasne. Skye. – Wyciągnęłam dłoń, a on podał mi swoją. Uścisk miał silny i stanowczy, ale jednocześnie ostrożny, jakby nie chciał zrobić mi krzywdy.

– Daniel. A teraz prowadź, Skye, zobaczmy, co dla mnie przygotowałaś.

Poczułam lekką presję. Kolejny raz musiałam powtórzyć w myślach, że dam sobie radę i że wiem, co robię. Zdecydowanie zbyt długo byłam sama, skoro wystarczyło zwykłe spotkanie z facetem, który mi się podobał, bym zaczęła tracić grunt pod nogami.

W kwestionariuszu Daniel zaznaczył, że szuka sporej rezydencji. Wśród warunków koniecznych znalazło się kilka punktów, między innymi co najmniej dziewięć pokojów, sala treningowa, piwnica i masywne ogrodzenie. Zastanawiałam się, po co mu tak wielki dom, ale przecież nie mogłam ot tak o to spytać. Może jednak miał żonę i piątkę dzieci. Albo dziesiątkę.

Pierwsza rezydencja, którą zamierzaliśmy obejrzeć, miała dokładnie dziewięć pokojów, dwa salony, cztery łazienki, siłownię, basen, spory ogród i malutką piwnicę. Wszystko urządzone było w klimacie hiszpańskim, dominowały ciepłe kolory. Podświadomie czułam, że to nie do końca jego styl. Cierpliwie jednak chodził za mną, gdy oprowadzałam go po każdym zakamarku, i słuchał, jak zachwalam istnienie dwóch salonów czy uroczego tarasu.

Kiedy obeszliśmy już cały dom, a zajęło nam to dobre czterdzieści minut, spytałam Daniela, czy ma jakieś pytania.

– Tylko jedno. Co ty sądzisz o tym domu, Skye?

Z trudem udało mi się ukryć zdumienie. Nie przychodziło mi do głowy żadne logiczne wyjaśnienie, dlaczego miałoby go interesować moje zdanie. Na ogół klienci nie pytali o opinię pośrednika, bo nie wiedzieli, czy mogą liczyć na szczerość.

Ja odpowiedziałam zgodnie z prawdą, patrząc mu w oczy:

– Cóż, jest ładny, ale to nie byłby mój wybór.

– I ja tak myślę. Poza tym skreśla go fakt, że piwnica jest zbyt mała. Jedźmy do kolejnego.

Wydało mi się dziwne, że jego jedyny komentarz dotyczył akurat piwnicy. W domu było mnóstwo pomieszczeń, a jemu najważniejsza wydała się jej wielkość. Czasami klienci mieli naprawdę dziwne wymagania. Potrafiłam zrozumieć potrzebę posiadania dużej piwnicy, ale nie to, że jej wielkość podważała sens kupna domu.

Pod drugi adres zajechaliśmy niemal jednocześnie. Mimo że mustang Daniela był oczywiście o wiele szybszy od mojej toyoty, mój klient całą drogę jechał posłusznie za mną. Z jakiegoś powodu ujęło mnie to, że nie próbuje szpanować samochodem i dostosowuje się do mojego tempa jazdy.

Frontowa elewacja drugiego domu w kolorze beżu i piasku sprawiała wrażenie kosztownej i luksusowej. Półkolisty podjazd otoczony drzewami z obu stron, szerokie drzwi wejściowe i dębowa brama ogromnego garażu nadawały budynkowi charakter raczej rezydencji niż domu. Wszystko to znajdowało też odzwierciedlenie w cenie posiadłości.

Sięgnęłam po klucze do teczki. Niełatwo było je znaleźć, gdy Daniel przyglądał mi się uważnie. Pewnie pod wpływem jego intensywnego spojrzenia, gdy już je odszukałam, wypadły mi z ręki. Zażenowana kucnęłam, by je podnieść, ale on był szybszy: gdy ja chciałam po nie sięgnąć, on już mi je podawał. Nasze czoła znalazły się przez moment niebezpiecznie blisko siebie, nieświadomie wstrzymałam oddech. Mogłam przysiąc, że to jeden z tych momentów, jakie widuje się w filmach, po których bohaterowie rzucają się na siebie. Kiedy wystarczy, żeby przeskoczyła jedna mała iskra. Oczywiście nic takiego nie nastąpiło, a ja nie wytrzymałam napięcia i pierwsza wstałam, dukając podziękowanie. Daniel lekko się uśmiechał.

Otworzyłam drzwi i naszym oczom ukazał się duży hall. Na wprost znajdowały się schody prowadzące na piętro, a pod nimi schowane były drzwi do piwnicy. Korciło mnie, by zapytać, czy chce ją najpierw obejrzeć, ale ugryzłam się w język. Mark i Sarah zgodnie twierdzili, że moje zamiłowanie do sarkazmu i przekora wpędzą mnie kiedyś w niezłe tarapaty. Chciałam szczerze wierzyć, że dziś się tak nie stanie.

– No dobrze, od czego chcesz zacząć? – zapytałam jedynie.

– Od piwnicy – odpowiedział bez wahania, ale musiał dostrzec niedowierzanie na mojej twarzy, bo natychmiast dodał: – Żartowałem. Zacznijmy od salonu. Zostawmy piwnicę na koniec.

Ten dom wystrojem znacznie różnił się od poprzedniego. Umeblowanie było nowoczesne, ściany pomalowane na biało i jasnoszaro potęgowały wrażenie i tak już dużej przestrzeni. Dominowały prostota i elegancja, którą nadawały dodatki w klasycznych kolorach: czarnym, białym lub srebrnym. Gdyby i w tym przypadku spytał mnie o zdanie, powiedziałabym, że ten dom podoba mi się dużo bardziej niż poprzedni.

Po zwiedzeniu wszystkich pomieszczeń i ogrodu, który był moim ulubionym ze wszystkich, jakie obecnie miałam w ofercie, została nam do obejrzenia jedynie ta nieszczęsna piwnica. Różne rzeczy przychodziły mi do głowy odnośnie do tego, dlaczego tak bardzo mu na niej zależy. Może był jak Christian Grey i chciał tam stworzyć swój pokój bólu? A może był psychopatycznym mordercą i miał zamiar przetrzymywać tam swoje ofiary? Żadne z tych wytłumaczeń nie napawało optymizmem. Próbowałam więc przekonać samą siebie, że piwnicy potrzebuje najpewniej do przechowywania dużej ilości gratów, z którymi nie ma co zrobić.

Schodząc po schodach i wiedząc, że Daniel jest tuż za moimi plecami, słyszałam, jak wali mi serce. Nie rozumiałam, skąd wziął się u mnie ten irracjonalny strach. Byłam z przemiłym, przystojnym mężczyzną, z którym dobrze mi się rozmawiało, i zamiast cieszyć się chwilą, wałkowałam w głowie czarne scenariusze. Gdybym pracowała dla agencji, wiedzieliby, gdzie jestem w danej chwili, ale jako że byłam wolnym strzelcem, nikt nie miał pojęcia, komu i jaki akurat pokazuję dom. Gdyby mnie zamordował, nikt nie dowiedziałby się o tym przez wiele dni. Miałby też czas na pozbycie się ciała. Piwnica na graty, musiałam powtórzyć sobie dobitnie w myślach.

Gdy zeszliśmy na dół, mogłam przysiąc, że w jego oczach pojawił się błysk. Wyraźnie widać było, że spodobało mu się to, co zobaczył. Zaczęłam nabierać przekonania, że rzeczywiście potrzebuje tego pomieszczenia do jakichś niecnych celów. Mój dyskomfort wynikający z przebywania z nim sam na sam w ciemnym pomieszczeniu narastał, choć usilnie starałam się utrzymać nerwy na wodzy.

Z irracjonalnych rozmyślań wyrwał mnie dźwięk komórki. W tej głuchej ciszy głośny dzwonek sprawił, że aż podskoczyłam ze strachu. Pospiesznie odrzuciłam połączenie, które, jak zdążyłam zauważyć, było od Marka. Mój były mąż miał doprawdy świetne wyczucie czasu.

Daniel przestał podziwiać piwnicę i podszedł do mnie powoli. Ciarki przeszły mi po plecach.

– Wszystko w porządku, Skye? – zapytał z troską w głosie. – Wyglądasz na wystraszoną.

Świetnie, zauważył, że się boję, a wydawało mi się, że mimo wszystko udało mi się zachować pokerową twarz.

– W porządku, to przez ten telefon.

– Nieprawda. Boisz się. Bałaś się już, gdy schodziliśmy po schodach. – Patrzył na mnie badawczo, wydawał się szczerze zmartwiony. – Jeśli chodzi o mnie, to nie masz się czego obawiać. – Chwycił moją dłoń, a ja, nie wiedzieć czemu, nie cofnęłam jej. – Nic ci nie grozi z mojej strony. Czy ktoś cię skrzywdził?

No tak, gdyby ktoś mnie skrzywdził, miałabym wytłumaczenie dla mojej paranoi. Ale nie, nikt mnie nigdy nie skrzywdził, oprócz Marka, a nie o takiej krzywdzie rozmawialiśmy. Poczułam się głupio.

– Nie, naprawdę wszystko w porządku. Wystraszył mnie dźwięk dzwonka, to wszystko. Jak na ironię, dzwonił mój były mąż. – Zupełnie nie wiedziałam, po co mu o tym mówię, choć okazało się to zręczną zmianą tematu.

– Jesteś rozwódką? – Spojrzał na mnie z niedowierzaniem.

– Tak, czemu cię to dziwi? – Nie wiedziałam, czy powinnam poczuć się urażona.

– Nie, po prostu… – zawahał się – nie przypuszczałem, że byłaś… że ktoś mógłby… po prostu wyglądasz bardzo młodo, nie sądziłem, że w ogóle byłaś zamężna. – Dyplomatycznie udało mu się wybrnąć, ale nie byłam przekonana, czy faktycznie dlatego tak się zdziwił. Szybko zmienił temat: – Widziałem już chyba wszystko, wyjdźmy z tej ciemnicy na powietrze.

Dotarliśmy przed dom, gdzie poinformowałam go, że skoro zależy mu na czasie, to mimo nadchodzącego weekendu możemy umówić się na oglądanie kolejnych dwóch nieruchomości jak najszybciej. Nie przepadałam za pracą w weekendy, ale w tym przypadku, o dziwo, nie miałam z tym problemu. Mój irracjonalny strach z piwnicy nie był najwyraźniej aż tak paraliżujący, by trzymać się od Daniela z daleka.

– Zanim się umówimy, mam do ciebie nietypową prośbę. Co prawda ten dom bardzo mi się podoba, ale może jest na rynku coś, co jeszcze bardziej przypomina ideał, którego szukam. Tak się składa, że mój znajomy urządza dziś imprezę, a w jego domu jest kilka rozwiązań, które by mnie interesowały. Może wybrałabyś się ze mną służbowo, by obejrzeć jego rezydencję i ocenić, czy masz w ofercie coś zbliżonego? Oczywiście zapłacę podwójnie za nadgodziny – mówił z przejęciem, a ja uwierzyłam, że byłoby to wyjście służbowe. – Jest tylko jeden haczyk: to impreza mieszana. Nie wiem, jak się zapatrujesz na takie eventy…

Impreza mieszana. Nigdy w życiu nie przypuszczałam, że mogłabym w takiej uczestniczyć. Nieludzie już dawno wyszli z ukrycia, ale trzymali się raczej na uboczu i nie integrowali specjalnie z ludźmi. Wiedziałam, że na takich imprezach oprócz wampirów, wilkołaków czy innych nieludzkich stworzeń bywają też ludzie, ale z pewnością byli w mniejszości. Czy to w ogóle bezpieczne? Co innego mieć świadomość, że nieludzie istnieją, a co innego się z nimi bawić. Izolowali się na tyle, że dla przykładu nikt z moich znajomych nie znał żadnego nieczłowieka osobiście. Jedynie Sarah miała niewielkie doświadczenie w tej kwestii, bo spotykała się kiedyś z wampirem, nie wiedząc, kim tak naprawdę jest Josh. Gdy przyznał się na czwartej randce, stwierdziła, że nie da rady funkcjonować w takim związku. Któż by ją winił?

Daniel musiał zauważyć moje zaniepokojenie, bo zaraz potem dodał:

– Jak już mówiłem, to impreza u mojego znajomego, znam też większość gości, którzy mają się pojawić. – Uśmiechnął się zachęcająco.

Rozsądek podpowiadał, że powinnam odmówić, ale serce wyrywało się, by pójść tam z Danielem. W końcu, skoro znał gości imprezy, co takiego mogło mi grozić? Ignorowanie faktu, że jego samego znałam od wczoraj, przyszło mi wyjątkowo łatwo. Zresztą, czy całe życie miałam postępować zachowawczo? Może właśnie nadszedł czas, by zrobić coś szalonego?

– W porządku, chyba dam się namówić. – Sama nie wierzyłam, że to powiedziałam.

Daniel uśmiechnął się szeroko i rzucił na pożegnanie:

– Świetnie, przyślij mi adres, przyjadę po ciebie o wpół do ósmej.

Odjechał, a ja zostałam sama na podjeździe, myśląc, że chyba postradałam zmysły, zgodziwszy się pójść na imprezę mieszaną. Mark nigdy by mnie nie puścił. Właśnie, Mark! Postanowiłam od razu sprawdzić, po co dzwonił, by mieć tę rozmowę z głowy. Po jego telefonach zawsze byłam rozbita, chciałam jak najszybciej to załatwić, żeby przygotować się jakoś na to, co mnie czekało wieczorem. Odebrał po pierwszym sygnale.

– Skye, musimy pogadać, możemy się spotkać dziś wieczorem? Poszlibyśmy na kolację do jakiejś włoskiej knajpy. – Od razu założył, że nie mam planów na piątkowy wieczór, typowe.

– Cześć, Mark, spotkać się możemy, ale nie dzisiaj. Idę na imprezę mieszaną. – Pożałowałam tego wyznania od razu, gdy tylko wyszło z moich ust, ale było już za późno.

– Imprezę mieszaną? Zwariowałaś? Co to za szalony pomysł?! – Zareagował dokładnie tak, jak się spodziewałam.

– Spokojnie, nie idę sama. Mam eskortę. O czym chcesz gadać na tej kolacji? – W mało wyrafinowany sposób próbowałam zmienić temat, ale tym razem nieskutecznie.

– Znasz go dobrze? Jak długo się spotykacie? Ufasz mu? Nie podoba mi się ten pomysł, Skye. Wiem, że jestem ostatnią osobą, która mogłaby cię od tego odwieść, ale nie pamiętasz, jak o tym kiedyś rozmawialiśmy?

Pamiętałam. Stwierdziliśmy wtedy, że ludzie chodzący na takie imprezy sami proszą się, by zostać kolacją jakiegoś wampira czy wilkołaka. Ale przecież szłam tam z Danielem. Którego znałam od wczoraj. Tego Mark nie musiał wiedzieć, a mnie nad wyraz dobrze szło ignorowanie tego faktu.

– Jak już mówiłam, mam obstawę. Jeśli chcesz pogadać, możemy umówić się jutro na lunch. Na przykład w Ricasso o drugiej? – Zaproponowałam knajpę, którą oboje lubiliśmy.

– W porządku, ale obiecaj mi chociaż, że będziesz na siebie uważać. Nie rób niczego głupiego i może pomyśl dwa razy, zanim powiesz coś przy nieludziach. Oboje wiemy, że czasem powinnaś ugryźć się w język.

Powinnam była się na niego wkurzyć, ale miał rację. Niekiedy sporą trudność sprawiało mi powstrzymanie się przed jakimś sarkastycznym komentarzem czy docinkiem. To z pewnością nie przysparzało mi fanów, musiałam uważać. Zdziwiła mnie zawoalowana, ale jednak troska z jego strony. Zawsze był jednym z tych dobrych, ale odkąd odszedł do Evelynn, nawet jeśli przejmował się moim stanem, nie okazywał tego w tak bezpośredni sposób jak teraz. Być może istniała jeszcze szansa, żebyśmy pozostali przyjaciółmi.

– Obiecuję. Do zobaczenia jutro.

Rozłączyłam się z myślą, że chyba po raz pierwszy od rozwodu nie czuję się przybita po rozmowie z byłym mężem. W końcu po roku robiłam krok naprzód. W nieznane, ale naprzód.

3.

Nigdy nie byłam jedną z tych dziewczyn, które godzinami szykują się na imprezę, przymierzają kilkanaście sukienek, by ostatecznie i tak pójść w tej, którą włożyły jako pierwszą. Nie potrafiłam zrobić profesjonalnego makijażu, w szpilkach też chodziłam tylko od czasu do czasu. Dlatego konieczność przygotowania się na wieczór przerażała mnie teraz bardziej niż kiedykolwiek. Zaczynało mi za bardzo zależeć. Dobrze chociaż, że wiedziałam, co chcę założyć i na jaki ostateczny efekt liczę.

Sukienkę, która miała mnie poratować, kupiłam jeszcze za czasów małżeństwa z Markiem. Mała czarna z asymetryczną górą odsłaniającą jedno ramię miała wówczas rozpalić ogień w moim mężu, ponieważ już od jakiegoś czasu kiepsko się między nami układało. Wymyśliłam sobie, że któregoś wieczora, gdy wróci z pracy, pokażę mu się w niej, mówiąc, że właśnie ją kupiłam, i zapytam, co o niej sądzi. W mojej głowie wyglądało to mniej więcej tak: Mark omiata mnie pożądliwym spojrzeniem, by następnie rzucić się na mnie w szale namiętności. W rzeczywistości ledwo na mnie spojrzał i rzucił swoje typowe „może być”. To chyba wtedy po raz pierwszy podświadomie poczułam, że nie mamy już czego ratować.

Mimo złych wspomnień wciąż wierzyłam w tę sukienkę. W tę sukienkę i wysokie szpilki, w których miałam nie wyglądać przy Danielu jak krasnal. Zakręciłam delikatnie włosy, blond fale opadały mi lekko na ramiona. Makijaż wieczorowy nie był moją mocną stroną, źle czułam się w zbyt mocnym, a za słaby nie dawał efektu. Jakimś cudem udało mi się to jednak wypośrodkować, choć wymagało to ode mnie ogromnego skupienia i kilku poprawek, gdy coś nagle rozmazało się nie tam, gdzie trzeba.

Po jakiejś godzinie (chyba nigdy tak długo się nie szykowałam!) stanęłam gotowa przed lustrem i zagwizdałam z podziwem. Udało mi się osiągnąć dokładnie taki efekt końcowy, o jaki mi chodziło. Wyszło całkiem nieźle. Może nie byłam typową pięknością z Instagrama, ale z pewnością prezentowałam się dość atrakcyjnie. Krótka sukienka eksponowała moje zgrabne nogi, a makijaż podkreślał błękit oczu. Nie pamiętałam już, kiedy ostatni raz wyglądałam tak dobrze. Cóż, od dłuższego czasu nie miałam dla kogo się starać.

– Wyglądasz jak milion dolców! – Sarah zagwizdała z podziwem po drugiej stronie ekranu laptopa podczas naszej rozmowy na Skypie. – Powinnaś częściej wychodzić, od rozwodu minął już rok. Cieszę się, że w końcu komuś udało się wyciągnąć cię z twojej skorupy.

– To nie jest randka, to spotkanie służbowe – przypomniałam jej, oglądając się w lustrze z każdej możliwej strony.

– Yhm. Wychodzisz z facetem w piątkowy wieczór i wyglądasz tak, jak wyglądasz. Brzmi bardzo jak randka, nie sądzisz? Tak czy inaczej, baw się dobrze, kochanie. Zasługujesz na to!

Rozłączyłyśmy się, a wkrótce potem, dokładnie o wpół do ósmej, usłyszałam dzwonek do drzwi. Znowu punktualnie co do minuty. Wzięłam trzy głębokie wdechy i z duszą na ramieniu otworzyłam drzwi.

Tak jak się spodziewałam, Daniel wyglądał po prostu obłędnie. Ja może i prezentowałam się w miarę atrakcyjnie, ale on to była zupełnie inna bajka. Przyszło mi do głowy określenie chodzący seks i natychmiast zbeształam się w myślach za takie typowo męskie uprzedmiotowienie go.

Tym razem postawił na czerń. Zabawne, że miał na sobie zwykły czarny T-shirt i czarne spodnie, a i tak prezentował się zabójczo. Nie wiem, jak długo przyglądałam mu się z podziwem. To on pierwszy przerwał milczenie:

– Skye, wybacz, może nie powinienem, ale muszę ci to powiedzieć: wyglądasz zjawiskowo. – Błysk w oku świadczył, że nie stara się być po prostu miły. Zdawało się, że mówi szczerze.

– Dzięki, ty też nie najgorzej – odparłam, chcąc się zrewanżować, a potem uśmiechnęłam się śmielej, podbudowana jego komentarzem.

– Gotowa?

– Tak. Nie. Nie wiem. Chyba tak.

Daniel uśmiechnął się znowu, widząc moje zakłopotanie.

– Nie martw się, potraktuj to jak zwyczajną imprezę. Marcus, jej organizator, jest człowiekiem. Ma dosyć duże wpływy wśród nieludzi, a imprezy mieszane często odbywają się u niego ze względu na neutralny grunt. Wiesz, nie wszyscy za sobą przepadają. Dla przykładu wilkołaki i wampiry nie darzą się zbytnią sympatią. Podobnie czarownice i zmiennokształtni.

Wyszliśmy, a ja, zamykając drzwi, zaczęłam majstrować przy zamku i spytałam:

– Skoro poszczególne grupy nieludzi za sobą nie przepadają, czemu chadzają razem na imprezy? – Pytanie wydało mi się zasadne, może coś mi tu umykało.

– Na takich imprezach załatwia się różnego rodzaju interesy. Nieludzie nie są niczym jedna wielka rodzina, ale nie są też głupi, wiedzą, że muszą trzymać się razem w obliczu zagrożenia, jakim są ludzie. Brzmi to nieprawdopodobnie, ale ludzie stanowią dziewięćdziesiąt pięć procent populacji i w większości nie są przyjaźnie nastawieni. Odmienność od zawsze wzbudzała strach.

– Skąd tyle wiesz o nieludziach? – Nie chciałam wyjść na wścibską, ale strasznie mnie to nurtowało. Przemknęło mi przez głowę, że może sam jest jednym z nich, ale zaraz odrzuciłam tę myśl. Był przecież taki… ludzki. Gdy Sarah zaczęła umawiać się z wampirem Joshem, od razu coś mi w nim nie pasowało. W Danielu pasowało mi wszystko. Schodziliśmy już po schodach, więc przystanął, by odpowiedzieć, patrząc mi w oczy.

– To historia na inny dzień. Wszystko ci opowiem, ale nie dziś, dobrze? – Stał trzy schodki niżej ode mnie, więc spoglądałam na niego z góry. W jego spojrzeniu dostrzegłam sugestię, by nie drążyć teraz tego tematu, i postanowiłam przystać na tę niemą prośbę.

– Jasne. Jedziemy osobno czy odwieziesz mnie po imprezie?

– Osobno? A co to za pomysł? Oczywiście, że cię odwiozę, odpowiadam za ciebie.

Czarny ford mustang stał przed budynkiem, wzbudzając zapewne ciekawość sąsiadów. Daniel otworzył mi drzwi, a ja, najzgrabniej, jak potrafiłam w obcisłej sukience, usadowiłam się w niesamowicie wygodnym fotelu. Samochody nigdy nie robiły na mnie wrażenia, ale nawet ja musiałam przyznać, że to auto jest niezłe, także w środku. Nie bez satysfakcji pomyślałam, że Mark zzieleniałby z zazdrości. Nie o mnie oczywiście, ale przynajmniej o samochód, bo od zawsze marzył o takim cacku.

Daniel usiadł na miejscu kierowcy i odpalił silnik. Cichy pomruk mustanga gotowego do jazdy był tak przyjemny dla ucha, że zdołałam się nieco odprężyć. Z tego, co wiedziałam, czekała nas krótka przejażdżka. Rezydencja Marcusa znajdowała się na wzgórzach, pewnie całkiem niedaleko od domów, które pokazywałam dzisiaj Danielowi. Kto wie, być może to jego imprezy słyszałam czasami u siebie?

Przez moment milczeliśmy. Rozkoszowałam się chwilą – jechałam w piątkowy wieczór na imprezę z niesamowicie pociągającym facetem i wbrew temu, co powiedziałam mojej przyjaciółce, choć przez moment chciałam poudawać przed samą sobą, że to randka. Lekka obawa przed tym, co zastaniemy na miejscu, już mnie nie paraliżowała. Irracjonalny lęk przed Danielem, który towarzyszył mi dziś podczas zwiedzania piwnicy, ulotnił się na dobre.

Dotarliśmy na miejsce bardzo szybko. Daniel ponownie otworzył mi drzwi i skierowaliśmy się do wejścia. Na podjeździe stało już sporo samochodów. Trudno było mi sobie wyobrazić, że należą w większości do nieludzi. Właściwie nigdy nie zastanawiałam się nad tym, jak żyje ta część społeczeństwa. Wszyscy wiedzieli, że są wśród nas, ale wiedza na ich temat była ograniczona. W internecie znajdowało się dużo informacji, ale często sprzecznych. Media też czasem mijały się z prawdą. Nieludzie nie dementowali różnych pogłosek na swój temat, było im na rękę, że ludzie nie do końca wiedzą, z czym mają do czynienia.

Dom był ogromny, jeszcze większy od tych, które dziś zwiedziliśmy. Wrażenie bogactwa i luksusu wręcz biło po oczach. Nie sądziłam, że Danielowi podoba się właśnie ten konkretny styl. Musiało chodzić o coś innego niż pozłacane okiennice i roślinne ornamenty na każdym kroku. Przynajmniej taką miałam nadzieję.

Przed wejściem czekał na nas rosły bramkarz, który zdecydowanie nie wyglądał na człowieka. Daniel podał nasze nazwiska, a nieczłowiek odszukał nas na liście. Spojrzał na mnie z ukosa, ale bez słowa nas wpuścił. To, co zobaczyłam w środku, zapierało dech. Nie bywałam na wielu normalnych imprezach, by mieć porównanie, ale byłam przekonana, że z takim rozmachem ludzie bawią się rzadko, zwłaszcza że, technicznie rzecz biorąc, była to domówka. Kimkolwiek był Marcus, musiał wiedzieć, jak zrobić wrażenie na gościach, bo już na wejściu poczułam się, jakbym wkroczyła na przyjęcie u Gatsby’ego.

Ogromny hall mienił się wszystkimi odcieniami zieleni i niebieskiego. Okalały go duże białe kolumny w stylu greckim, między którymi poustawiane były stoły z przekąskami. Z sufitu zwisał ogromny żyrandol wysadzany kryształami, dodatkowo rozpraszającymi kolorowe światła, a pośrodku stała spora fontanna w kształcie nagiego mężczyzny, z którego dłoni sączył się chyba szampan. Jakiś osobnik z tęczowym irokezem, nadstawiający głowę, by napić się z fontanny, utwierdził mnie w przekonaniu, że wypływa stamtąd alkohol. Cokolwiek to było, przynajmniej nie wypływało z ogromnych rozmiarów przyrodzenia rzeczonego posągu. Marcus najwyraźniej miał też poczucie humoru. Odnotowałam w myślach, by niczego tu nie jeść i nie pić, nie wiedziałam, z czego zrobione były te potrawy i czy nadawały się do spożycia dla człowieka.

Gdy już minął pierwszy szok spowodowany rozmachem imprezy, skupiłam się na gościach stojących w grupkach porozrzucanych po całym hallu. Próbowałam odgadnąć, kto może być nieczłowiekiem, ale szybko się zreflektowałam, że prawdopodobnie większość uczestników tej imprezy to przecież nieludzie. Wydawało mi się, że potrafię odróżnić wampiry od reszty gości ze względu na ich bladość, ale pewności mieć nie mogłam. Domyślałam się, że jest tu też zapewne sporo wilkołaków, jako że wampiry i wilkołaki stanowiły najliczniejszą grupę wśród nieludzi w ogóle, ale nie byłam na tyle naiwna, by sądzić, że znajdują się tu tylko wilki i krwiopijcy. Zwłaszcza że Daniel potwierdził obecność także innych stworzeń.

Zadziwiła mnie różnorodność strojów. Część imprezowiczów ubrana była elegancko, część jak na technoparadzie w Berlinie, a kilkoro wyglądało, jakby przybyło z poprzedniej epoki. Szerokie balowe suknie i fraki dało się zauważyć pomiędzy krótkimi spodenkami, trampkami i kolorowymi włosami. Wyglądało to nieco komicznie, ale nikt nie zwracał na to uwagi. Z satysfakcją stwierdziłam, że na tle całości nie wyróżniam się strojem.

Mój partner dał mi chwilę, bym mogła ogarnąć wszystko wzrokiem, a następnie wziął mnie za rękę i pociągnął w kierunku najbliższego stołu.

– Chodź, napijemy się czegoś.

– Nie wiem, czy to dobry pomysł. Wiesz, z czego zrobione są te przekąski i napoje? – spytałam nieufnie.

Daniel roześmiał się uroczo.

– A z czego miałyby być? To normalne jedzenie i picie. Gwarantuję ci, że nie masz się czego obawiać. Większość nieludzi je to samo co ludzie, no, może wampiry wolą inny rodzaj napitku, jednak mogą też normalnie jeść. Tyle tylko że nie zaspokaja to ich potrzeb. Ale dla przykładu: taki wilkołak pałaszujący pizzę to normalny widok. – Uśmiechnął się zachęcająco, a ja musiałam się znowu powstrzymać, by nie zadać mu pytania, skąd tyle wie.

Wpatrując się we mnie, podał mi kieliszek czegoś różowego i musującego, a ja pod wpływem tego spojrzenia zapomniałam o swoim postanowieniu. Wzięłam mały łyk napoju, który w smaku przypominał najzwyklejszą w świecie oranżadę, więc mój niepokój zmalał. Nie wyczuwałam alkoholu, ale miałam nadzieję, że nie uraczył mnie jakimś magicznym naparem, po którym padnę nieprzytomna w ciągu pięciu minut.

– Chodź, obejrzyjmy tę chatę, chcę ci pokazać kilka rozwiązań, jakie Marcus tu zastosował, a które bardzo przydałyby się w domu, którego szukam. – Daniel najwyraźniej nie zamierzał próżnować. Z żalem odstawiłam swój kieliszek, by zająć się tym, po co tak naprawdę mnie tutaj zaprosił.

Ruszyliśmy w kierunku niewielkich drzwi niedaleko schodów, ale nie zdążyliśmy tam dotrzeć. Zatrzymało nas czyjeś wesołe wołanie. Obejrzałam się, by zobaczyć, że podchodzi do nas grupa mężczyzn.

– Hej, Daniel, nie zapoznasz nas ze swoją przyjaciółką? – spytał ten, który go zatrzymał, obejmując go po przyjacielsku ramieniem.

– Świetnie, tylko tego nam potrzeba – wymruczał pod nosem mój towarzysz. – Skye, poznaj moich przyjaciół: Jeremy Bell, Caleb Reid, Jake Ingham, a ten z boku to Tristan Dale. – Wskazał mi po kolei każdego z otaczających nas osobników. – A to Skye Evans, nasza agentka nieruchomości. Lepiej bądźcie dla niej mili, to od niej zależy, jak szybko będziemy mogli się przeprowadzić. – Uśmiechnął się do nich, ale miałam wrażenie, że był to uśmiech ostrzegawczy i coś się za nim kryje. Wyjaśniło się jednak, że to dla nich szukam domu. Wyglądało więc na to, że Daniel nie miał żony i gromadki dzieci.

Jeden po drugim zaczęli podawać mi rękę, a każdy miał silny, pewny uścisk. Wszyscy byli też wyjątkowo wysocy i atrakcyjni. Przyszło mi do głowy, że jeśli to z nimi Daniel ma dzielić ten wypasiony dom, to może należą razem do jakiejś grupy męskich striptizerów. Z pewnością mieli ku temu warunki.

Caleb był niebieskookim blondynem ubranym w dżinsy i niewyjściową koszulę, która wcale nie ujmowała mu uroku. Jeremy, prowodyr całego zdarzenia, uśmiechał się do mnie szeroko. Nieco dłuższe ciemne włosy sięgały mu niemal do ramion. Miał dość delikatne rysy twarzy jak na tak dobrze zbudowanego mężczyznę. Wydawało mi się, że jest z nich najbardziej jowialny. Jake wyglądał na nieco młodszego od pozostałych, dałabym mu najwyżej dwadzieścia pięć lat, miał oliwkową cerę i orzechowe oczy. Wszyscy byli uprzejmi i wydawali się szczerze mną zainteresowani. Wszyscy poza Tristanem.

Ten stał nieco z boku oparty nonszalancko o jedną z kolumn. Ciemne włosy opadały mu lekko na czoło, a jasnoniebieskie oczy odznaczały się na jego przystojnej opalonej twarzy. Zbliżył się jedynie po to, by podać mi rękę (jego uścisk był delikatniejszy, jakby ostrożniejszy), a potem ponownie odsunął się pod kolumnę. Jednocześnie nie spuszczał ze mnie wzroku i nie potrafiłam stwierdzić, co kryje się za tym intensywnym spojrzeniem. Gdybym miała strzelać, postawiłabym na to, że nie przypadłam mu do gustu.

Mężczyźni zaczęli wypytywać mnie o poszukiwania domu, o to, czy Daniel jest wymagający i czy istnieje nadzieja na szybką przeprowadzkę. Na początku czułam się trochę nieswojo w otoczeniu tylu rosłych facetów, ale z czasem to uczucie ustąpiło i się odprężyłam. O dziwo, okazało się, że dobrze mi się z nimi rozmawia i żartuje. Nawet obserwujący mnie bez słowa Tristan przestał mi przeszkadzać. Zapomniałam, że jesteśmy na imprezie mieszanej, i przestałam się zastanawiać, kto może być potencjalnie niebezpieczny. Daniel natomiast wydawał się nieco zniecierpliwiony i poirytowany, prawie w ogóle się nie odzywał i wydawało mi się, że tylko czeka na okazję, by spławić kolegów.

Nagle wszyscy, łącznie z Danielem, znieruchomieli i zamilkli. Podszedł do nas wysoki i postawny mężczyzna (jakżeby inaczej!), wyraźnie starszy od otaczających mnie osobników, choć może było to tylko wrażenie spotęgowane przez zupełnie siwe, a w zasadzie białe włosy. Ubrany był całkiem zwyczajnie, ale miał w sobie coś przerażającego, a jednocześnie fascynującego. Poczułam się podobnie jak w towarzystwie Daniela, choć tu nie było mowy o pociągu fizycznym. Chodziło raczej o jego charyzmę i magnetyzm. Gdy się odezwał, pomyślałam, że nawet w jego głosie jest coś hipnotyzującego.

– Dobry wieczór, a cóż to za zbiegowisko?

Daniel spuścił wzrok. Wytłumaczył, kim jestem, i przedstawił mi nieznajomego, którym okazał się niejaki Patrick Reid. Nie umknęło mi, że nazywa się tak samo jak Caleb, musieli być spokrewnieni. Daniel nie omieszkał wspomnieć mu, co robię na tej imprezie, zupełnie jakby się tłumaczył. Uderzyło mnie też to, że gdy pojawił się Patrick, wszyscy nagle zamilkli i spoważnieli. Może był nieczłowiekiem, a oni się go bali? Na wampira raczej nie wyglądał. Może wilkołak? Albo jakiś groźny mag?

– Witaj, Skye, miło cię poznać. – Od razu przeszedł na ty. – Potrzebujemy nowego lokum jak najszybciej, ale mam nadzieję, że Daniel zbytnio cię nie męczy? Choć przeczy temu fakt, że jesteś na tej imprezie.

Byłam pewna, że wyraził w ten sposób niezadowolenie z mojej obecności i choć nawet nie spojrzał na Daniela, to uszczypliwość skierowana była do niego. Patrick przez cały czas przyglądał mi się uważnie świdrującymi niebieskimi oczami, jakby próbował dostrzec coś poza moją powierzchownością.

– Mnie również jest miło. Proszę się nie obawiać, współpracujemy, by jak najszybciej znaleźć coś, co spełni wasze wymagania. – Starałam się, by mój głos zabrzmiał pewnie i profesjonalnie. Mimo potwornych trudności udało mi się nie odwrócić wzroku. Instynktownie czułam, że muszę uważać na słowa, by nie powiedzieć czegoś, co mogłoby zaszkodzić Danielowi. Patrick patrzył, czy raczej przeszywał mnie wzrokiem jeszcze przez chwilę, po czym uśmiechnął się lekko i zwrócił do wszystkich wkoło:

– No dobra, co z was takie smutasy. Jesteście na imprezie!

Dwa razy nie trzeba było nikomu powtarzać. Rozpierzchli się w różnych kierunkach, Daniel chwycił mnie za rękę i pociągnął w stronę stołu z przekąskami. Zdążyłam jeszcze się obejrzeć, by zobaczyć, że Patrick już zniknął, ale Tristan wciąż stał oparty o kolumnę i nadal patrzył wprost na mnie. Gdy nasze spojrzenia się spotkały, uśmiechnął się lekko, niemal niezauważalnie, i po chwili również zgubił się w tłumie.

Zdecydowanie należały mi się jakieś wyjaśnienia. Daniel puścił moją dłoń dopiero, gdy zaciągnął mnie w małą niszę między suto zastawionym stołem a jedną z kolumn. Nim zdążył cokolwiek powiedzieć, wypaliłam zupełnie nieprofesjonalnie:

– Co to było? Dlaczego wszyscy tak się spłoszyli, gdy pojawił się Patrick? Kim on jest?

– Przepraszam, Skye, Patrick to nasz szef. Bywa… autorytarny. Nie powiedziałem mu, że przyjdę z tobą, więc był pewnie trochę zaskoczony. Na ogół jest dość dobrze poinformowany.

– Mnie nie wydał się zaskoczony, raczej po prostu nie spodobało mu się, że jestem na tej imprezie. I czym się właściwie zajmujecie, skoro to wasz szef? – Może to atmosfera na imprezie, a może czysta ludzka ciekawość sprawiła, że padło w końcu pytanie, które tak mnie nurtowało, a którego nie powinnam zadawać klientowi, bo ostatecznie nie była to przecież moja sprawa.

Daniel westchnął ciężko, ale odpowiedział:

– Mamy dobrze prosperującą firmę zajmującą się ochroną.

Tylko tyle i aż tyle. Że interes był intratny, to już wiedziałam, nie każdy może sobie pozwolić na tak duży dom, nawet jeśli ma w nim mieszkać więcej osób. Nie zamierzałam drążyć. Zdawałam sobie sprawę z tego, że nie w smak mu ta rozmowa i w ogóle całe poprzedzające ją zajście. Było jednak jeszcze jedno pytanie, które po prostu musiałam zadać:

– A o co chodzi z Tristanem? Też wyglądał, jakby miał ze mną jakiś problem.

– Zaryzykowałbym stwierdzenie, że Tristan największy problem ma ze sobą. Nie przejmuj się nim, trudny z niego przypadek.

– No cóż, przynajmniej pozostałym chyba się spodobałam – stwierdziłam wesoło, by przełamać tę ponurą atmosferę, która nijak się miała do głośnej, radosnej muzyki wydobywającej się z głośników.

– Aż za bardzo – mruknął pod nosem i zapewne miałam tego nie usłyszeć.

Czyżbym wyczuła nutkę zazdrości? Uśmiechnęłam się sama do siebie.

Postanowiłam spróbować go trochę rozchmurzyć, w końcu, jak słusznie zauważył Patrick, byliśmy na imprezie. Może i służbowo, ale przecież nie oznaczało to, że nie możemy się trochę rozerwać. Nie poznawałam siebie, tancerka ze mnie żadna, ale chwyciłam Daniela za rękę i pociągnęłam w kierunku tańczących. Spojrzał na mnie wyraźnie zaskoczony, ale nie oponował. Kiedy już znaleźliśmy się na parkiecie, gdzie muzyka dudniła dużo głośniej, wspięłam się na palce, by powiedzieć mu na ucho, skąd wziął się ten mój nagły zryw. Dostrzegłam błysk w jego oczach, a wtedy szybki trance’owy kawałek zaczął płynnie przechodzić w wolną melodię. Tego się nie spodziewałam, stanęłam jak sparaliżowana, bo taki utwór oznaczał dużo więcej intymności. Daniel spojrzał na mnie z dziwną drapieżnością w oczach i nachylił się, by szepnąć mi do ucha:

– Świetne wyczucie czasu.

To, co nastąpiło potem, stało się tak szybko, że nawet gdybym chciała, a Bóg mi świadkiem, że nie chciałam, nie miałabym szansy zaprotestować. Bez ceregieli przyciągnął mnie do siebie, jakbym od zawsze należała do niego, i zaczęliśmy się kołysać w rytm Anywhere but Here grupy Safetysuit.

Zrobiło mi się gorąco z wrażenia. Do tej pory wydawało mi się, że mimo ogólnej uprzejmości Daniel trzyma się lekko na dystans, ale tym jednym ruchem zburzył całe to wyobrażenie.

Było mi tak dobrze, że przestałam przejmować się niestosownością naszego zachowania w relacji agentka nieruchomości – klient. To musiało być coś więcej, Sarah miała rację, zasługiwałam na to po koszmarze rozwodu. Pod wpływem impulsu wtuliłam się w niego mocniej, czując na policzku twardą muskulaturę zarysowaną pod opiętym T-shirtem. W odpowiedzi na ten gest objął mnie jeszcze ciaśniej. Z pewnością przekraczaliśmy właśnie jakąś granicę, ale w tej chwili w ogóle mnie to nie obchodziło. Myślałam tylko, jak cudownie pachnie i jak rozkosznie jest być tak zamkniętą w jego ramionach.

W pewnym momencie uniósł delikatnie mój podbródek, zmuszając mnie, bym spojrzała mu w oczy.

– Skye… Stąpamy po bardzo kruchym lodzie. – W jego głosie, ledwo przebijającym się przez muzykę, pobrzmiewał ból.

Spojrzałam na niego pytająco, więc dodał:

– Przy tobie cholernie trudno mi się kontrolować.

Już miałam zapytać, co mam przez to rozumieć, gdy piosenka płynnie zaczęła przechodzić w kolejny szybki kawałek, a Daniel pociągnął mnie w kierunku schodów. Czar prysnął. Ale byłam pewna, że tam, na parkiecie, coś zaiskrzyło. Jeśli on tak nie czuł, to wolałam tego nie wiedzieć, więc nie pytałam już o nic.

– Muszę ochłonąć. Może w tym czasie pójdziesz na górę pozwiedzać, zobaczyć, jak wygląda dom? To pomieszczenie, które chciałem ci pokazać, zanim wpadliśmy na Jeremy’ego i resztę, możemy obejrzeć później. Spotkajmy się za kwadrans na tarasie, dobrze?

I już go nie było. Nie ma co, skutecznie sprowadził mnie na ziemię. Równie dobrze mógł mi wylać kubeł zimnej wody na głowę. Efekt byłby ten sam.

Zrezygnowana weszłam po schodach na górę, mając nadzieję, że nikt nie przyłapie mnie na myszkowaniu. Może Daniel miał rację i rzeczywiście powinniśmy ochłonąć. Może powinnam być mu wdzięczna za to, że przynajmniej jedno z nas próbowało zachować się odpowiedzialnie.

Oparłam się o barierkę i spojrzałam w dół na tańczący tłum. Widok był niesamowity, niebieskie i zielone światła tańczyły razem z imprezowiczami w rytm dudniącej muzyki. Próbowałam odszukać wzrokiem Daniela w tłumie, ale nigdzie go nie dostrzegłam. Nie zauważyłam też żadnego z jego znajomych, więc postanowiłam przyjrzeć się układowi pokojów na piętrze. W końcu byłam w pracy. Skrzywiłam się na myśl o tym, że Daniel miał mi za ten czas zapłacić.

Ruszyłam korytarzem w stronę pokojów, ale na zakręcie, wychodząc zza rogu, zderzyłam się z kimś dość niefortunnie. Wydukałam przeprosiny i chciałam iść dalej, ale ten ktoś zagrodził mi drogę.

– A skąd się tu wzięła taka zbłąkana duszyczka?

Zamarłam. Przede mną stał wampir, tego byłam niemal stuprocentowo pewna. Nie był tak wysoki jak Daniel czy jego znajomi i odznaczał się zdecydowanie smuklejszą budową ciała. Czarne włosy do ramion okalały bladą jak ściana twarz o hipnotyzującym spojrzeniu ciemnych, głodnych oczu. Czarne spodnie i czarna koszula rozpięta o kilka guzików za daleko dopełniały jego mrocznego wizerunku. Uśmiechał się, ale nie był to przyjemny uśmiech.

Nie spodziewałam się, że kogoś zastanę na piętrze, a już na pewno nie wampira, który mnie zaczepi. Serce zaczęło walić mi jak młotem. Przypomniałam sobie, że wampiry mają doskonały słuch, więc na pewno słyszał to kołatanie, co z pewnością stanowiło dla niego dodatkową zachętę. Musiałam jak najszybciej wykaraskać się z tej sytuacji.

– Przepraszam, ja tylko szukam toalety. – Wymyśliłam kłamstwo na poczekaniu i starałam się, by mój głos brzmiał szczerze.

– Toaleta jest na dole – odpowiedział, przyglądając mi się badawczo, jakbym była interesującym zwierzątkiem w zoo.

– Tak, wiem, ale wciąż jest zajęta. Myślałam, że może tutaj się uda. Przepraszam, ale muszę już iść. – Próbowałam go wyminąć po zaserwowaniu kolejnego kłamstwa, licząc na to, że sugestia na temat pełnego pęcherza sprawi, iż odpuści sobie dalsze przepytywanie.

– Nie tak szybko, kochanie. – Zagrodził mi drogę, opierając jedną rękę o ścianę. Po chwili oparł też drugą i byłam już w potrzasku. – Jesteś tu sama?

– Nie, przyszłam z kimś, kto będzie mnie szukał, jeśli za chwilę nie wrócę na dół. – Spojrzałam mu hardo w oczy, nie chciałam zdradzać, że się boję. Czytałam, że okazanie słabości zachęca wampiry do ataku. Musiałam blefować, choć pewnie po jakimś czasie Daniel i tak zacząłby mnie szukać, więc nie mijałam się z prawdą aż tak bardzo.

– Prawda, czuję go na tobie. Ale skoro go tu nie ma i zostawił taką ślicznotkę samą, to może się trochę zabawimy? Co ty na to?

Przestraszyłam się już nie na żarty. Typ zmrużył oczy, które nagle nabrały blasku, a ja zdałam sobie sprawę, że zamierza mnie zahipnotyzować. Nie było tajemnicą, że dzięki temu wygodnemu rozwiązaniu wampiry mogły zmusić ofiarę praktycznie do wszystkiego. Zaczęłam gorączkowo myśleć, jak się wydostać z tego potrzasku, gdy wydał mi pierwsze polecenie:

– No dalej, skosztuj mnie – powiedział uwodzicielskim głosem.

Patrzyłam mu w oczy, czekając na to, co się stanie, ale, o dziwo, nie stało się nic. Kto w ogóle mówi takim językiem? „Skosztuj mnie?” Chciał, żebym go pocałowała czy ugryzła? Czy to nie on powinien ugryźć mnie, skoro już o tym mowa? Potem dotarło do mnie, że choć wampir wyglądał na dwadzieścia kilka lat, mógł być już naprawdę stary i wywodzić się z czasów, kiedy takie słownictwo cieszyło się większą popularnością. Zadrżałam, choć było mi gorąco.

– Spasuję, a teraz, jeśli pozwolisz, chciałabym wrócić na imprezę. – Nadal grałam twardą, choć wiedziałam, że słyszy moje serce i pewnie wie, że to tylko fasada.

– Hmm, doprawdy interesujące. To może spróbujmy z czymś łatwiejszym: podaj mi rękę! – Zignorował moje słowa i wydał mi kolejny rozkaz.

Znowu nic, żadnej reakcji, żadnej siły, która zmusiłaby mnie do wykonania polecenia. Dziwne, ludzie przecież nie są w stanie oprzeć się wampirzemu urokowi. Czyżby robił coś nie tak? Kto wie, może wampiry też miewały gorsze dni, kiedy ich zdolności ulegały awariom?

Przerwałam swoje rozmyślania, gdy nagle kątem oka dostrzegłam ruch po mojej lewej stronie i usłyszałam głośne warknięcie. Pięć metrów od nas stał Daniel. Daniel, którego oczy były teraz żółte, a z otwartych ust wystawały wyszczerzone kły. A więc jednak. Mogłam się domyślić, w końcu ilu znałam ludzi obracających się w takim towarzystwie? Ale się nie domyśliłam. Poprawka: nie chciałam się domyślić i dlatego stałam teraz między głodnym wampirem a wkurzonym wilkołakiem.

– Łapy precz! – ryknął Daniel potężnym, nieco zmienionym głosem. Oczywiście na dole nikt go nie słyszał, impreza trwała w najlepsze, a muzyka skutecznie wszystko zagłuszała.

– Daniel, spokojnie, nie wiedziałem, że jest twoja. – Wampir najwyraźniej go znał. Nie uspokoiło mnie to ani trochę.

– Gówno prawda, na pewno mnie wyczułeś, spędziłem z nią pół dnia. – Poruszył temat woni, a ja zaczęłam się zastanawiać, czy wilkołaki w jakiś sposób znaczą sobie ludzi, skoro już wcześniej wampir też wspomniał, że czuł na mnie zapach Daniela. – Cholera, Corey, zabiję cię, jeśli coś jej zrobiłeś!

A więc się znali. Corey odsunął się ode mnie, robiąc krok w tył z rękami podniesionymi w geście poddania.

– Nie róbmy scen, do niczego nie doszło. Jest cała twoja, już sobie idę.

Ruszył w kierunku schodów, wolno i ostrożnie, jakby nie chciał jeszcze bardziej rozdrażnić wilkołaka. Kiedy przechodził tuż obok niego, Daniel warknął i ponownie obnażył kły. Wampir zniknął, ale to niczego nie zmieniło. Widziałam, jak wilkołak walczy ze swoim gniewem. Oddychał szybko i nie patrzył mi w oczy. Myślałam, że za chwilę się uspokoi, w końcu Coreya już nie było, ale uczucie, które nim zawładnęło, przybierało na sile. Jedno zagrożenie minęło, lecz pojawiło się kolejne.

Ogarnął mnie strach, że przemieni się tu i teraz. Nie wiedziałam, czy po przemianie zachowa świadomość, czy też może stanie się szalejącym ze złości wilkiem. Nie najlepszy pomysł na imprezie pełnej nieludzi czy w ogóle gdziekolwiek. Natychmiast podjęłam decyzję. Może naoglądałam się za dużo filmów, ale instynkt podpowiadał mi, żeby jednak nie uciekać. W końcu nie od dziś wiadomo było, jak ucieczka działa na drapieżnika, a przecież właśnie z drapieżnikiem miałam do czynienia.