Indie. Miliony zbuntowanych - V.S. Naipaul - ebook

Indie. Miliony zbuntowanych ebook

V.S. Naipaul

4,0

Opis

Podróżując przez kolejne indyjskie metropolie - Bombaj, Madras, Kalkutę i Delhi - Naipaul tworzy mieniący się niczym w kalejdoskopie, wielopłaszczyznowy obraz tego niezwykłego kraju, pędzącego ku zmianom, a jednocześnie zatrzymanego w czasie. Oddaje w ręce czytelników swój dziennik z podróży pełen refleksji i spostrzeżeń dotyczących religii, kast i klas w momencie, gdy idee wolnościowe wstrząsają dotychczasowym ładem. Genialność tej książki polega na decyzji Naipaula, by pokazać zachodzące zmiany z perspektywy ludzi - autor oddaje im głos, by z wielu indywidualnych opowieści na naszych oczach wyłoniły się współczesne Indie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 904

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (7 ocen)
2
3
2
0
0

Popularność




V. S. Na­ipaul

In­die

Mi­lio­ny zbun­to­wa­nych

Prze­ło­ży­ły Agniesz­ka No­wa­kow­ska i Ma­ry­na Ochab

Wszel­kie po­wie­la­nie lub wy­ko­rzy­sta­nie ni­niej­sze­go pli­ku elek­tro­nicz­ne­go inne niż jed­no­ra­zo­we po­bra­nie w za­kre­sie wła­sne­go użyt­ku sta­no­wi na­ru­sze­nie praw au­tor­skich i pod­le­ga od­po­wie­dzial­no­ści cy­wil­nej oraz kar­nej.

Ty­tuł ory­gi­na­łu an­giel­skie­go IN­DIA: A MIL­LION MU­TI­NIES NOW

Pro­jekt okład­ki AGNIESZ­KA PA­SIER­SKA / PRA­COW­NIA PA­PIE­RÓW­KA

Fo­to­gra­fia na okład­ce BRU­NO BAR­BEY / MA­GNUM PHO­TOS / FO­RUM

Co­py­ri­ght © 1990, V. S. NA­IPAUL. All ri­ghts re­se­rved

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by WY­DAW­NIC­TWO CZAR­NE, 2013

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by MA­RY­NA OCHAB (roz­dzia­ły 1–4) i AGNIESZ­KA NO­WA­KOW­SKA (roz­dzia­ły 5–9), 2013

Re­dak­cja ANNA BRYN­KUS-WE­BER

Kon­sul­ta­cja in­do­lo­gicz­na dr MO­NI­KA NO­WA­KOW­SKA

Ko­rek­ty AGA­TA CZER­WIŃ­SKA / D2D.PL, ZU­ZAN­NA SZA­TA­NIK / D2D.PL

Re­dak­cja tech­nicz­na RO­BERT OLEŚ / D2D.PL

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: EWA KRA­JEW­SKA / VIR­TU­ALO SP. Z O.O.

ISBN 978-83-7536-671-6

PrzedmowaLiteratura piękna i literatura faktu –kilka słów o książce Indie. Miliony zbuntowanych

In­die. Mi­lio­ny zbun­to­wa­nych to dłu­ga książ­ka, jed­na z mo­ich naj­dłuż­szych. Trze­ba po­wie­dzieć, że dłu­gie książ­ki pi­sze się trud­niej niż krót­kie, a dla tej mam coś wię­cej niż re­spekt. Dwa­dzie­ścia lat po jej na­pi­sa­niu nadal do­brze pa­mię­tam, jaka to była pra­ca i jaka am­bi­cja.

Kie­dy za­czy­na­łem pi­sać, my­śla­łem, że będę się zaj­mo­wał wy­łącz­nie li­te­ra­tu­rą pięk­ną. Pi­sa­nie z wy­obraź­ni wy­da­wa­ło mi się czymś naj­szla­chet­niej­szym. Ale po na­pi­sa­niu kil­ku ksią­żek zda­łem so­bie spra­wę, że mój ma­te­riał – to, co mam w gło­wie, to, co w koń­cu dała mi moja prze­szłość – tej am­bi­cji nie udźwi­gnie.

Sama am­bi­cja wzię­ła się z tego, co wie­dzia­łem o wiel­kiej dzie­więt­na­sto­wiecz­nej po­wie­ści eu­ro­pej­skiej albo wy­da­wa­ło mi się, że o niej wiem. Wy­ra­żam się ostroż­nie, po­nie­waż za­nim za­czą­łem pi­sać, nie­wie­le w grun­cie rze­czy czy­ta­łem. No i zda­łem so­bie spra­wę z cze­goś, co, jak przy­pusz­czam, za­wsze czu­łem, ale cze­go nig­dy nie prze­my­śla­łem, a mia­no­wi­cie – że te po­wie­ści były wy­two­rem spo­łe­czeństw bar­dziej zor­ga­ni­zo­wa­nych, bar­dziej in­te­lek­tu­al­nie upo­rząd­ko­wa­nych i pew­nych swo­ich prze­ko­nań niż spo­łecz­ność, w któ­rej się uro­dzi­łem. Gdy­bym uda­wał, że po­cho­dzę z rów­nie peł­ne­go i upo­rząd­ko­wa­ne­go spo­łe­czeń­stwa, pi­sa­nie by­ło­by w ja­kiś spo­sób ła­twiej­sze. Po­rzą­dek, o któ­rym mó­wię, to – uj­mu­jąc naj­pro­ściej – pew­na wy­od­ręb­nio­na, ogro­dzo­na sce­ne­ria, w ja­kiej się roz­gry­wa te­le­wi­zyj­na ko­me­dia sy­tu­acyj­na. W świe­cie ogro­dzo­nym obo­wią­zu­je nie­wie­le za­sad i ła­two je zro­zu­mieć; cha­otycz­ny świat ze­wnętrz­ny nie wci­ska się do środ­ka, by roz­wiać ma­gię. Mógł­bym spró­bo­wać tak pi­sać. Ale nie za­szedł­bym da­le­ko. Mu­siał­bym za bar­dzo uprasz­czać, zbyt wie­le rze­czy po­mi­jać. By­ło­by to za­prze­cze­niem mo­je­go za­da­nia jako pi­sa­rza, tak jak je ro­zu­miem.

Chcia­łem wier­nie od­dać wła­sny świat, któ­ry był płyn­ny, trud­ny do uchwy­ce­nia i za­pre­zen­to­wa­nia czy­tel­ni­ko­wi w ja­kiś przy­ję­ty dzie­więt­na­sto­wiecz­ny spo­sób. Każ­dą swo­ją wy­po­wiedź na te­mat wła­snej oso­by, ro­dzi­ny czy prze­szło­ści po­wi­nie­nem wła­ści­wie ob­wa­ro­wać za­strze­że­nia­mi.

Uro­dzi­łem się w 1932 roku po dru­giej stro­nie Atlan­ty­ku, w Try­ni­da­dzie, bry­tyj­skiej ko­lo­nii. Try­ni­dad, od­prysk We­ne­zu­eli i Ame­ry­ki Po­łu­dnio­wej, był wte­dy małą, głów­nie rol­ni­czą wy­spą (Try­ni­dad tak jak We­ne­zu­ela ma zło­ża ropy, któ­re za­czy­na­no eks­plo­ato­wać). Miał może pół mi­lio­na ra­so­wo mie­sza­nych miesz­kań­ców, w tym mniej wię­cej stu­pięć­dzie­się­cio­ty­sięcz­ną in­dyj­ską wspól­no­tę imi­gran­tów z Azji, sub­tel­nie po­dzie­lo­ną przez re­li­gię, edu­ka­cję, pie­niądz i ka­sto­wą prze­szłość. (Opo­wie­dzia­łem o tym szcze­gó­ło­wo gdzie in­dziej, ale czu­ję, że trze­ba to tu­taj po­wtó­rzyć).

Nie prze­pa­da­łem za tym miej­scem ani za jego ko­lo­nial­ną ma­ło­ścią. Uwa­ża­łem się za czło­wie­ka wy­rzu­co­ne­go poza na­wias sta­rych świa­to­wych cy­wi­li­za­cji i pra­gną­łem moż­li­wie jak naj­szyb­ciej stać się czę­ścią tego więk­sze­go świa­ta. Sty­pen­dium aka­de­mic­kie, któ­re do­sta­łem w 1950 roku, kie­dy mia­łem osiem­na­ście lat, po­zwo­li­ło mi wy­je­chać. Po­je­cha­łem do An­glii na stu­dia uni­wer­sy­tec­kie, z am­bi­cją, że w przy­szło­ści zo­sta­nę pi­sa­rzem. Nig­dy nie wró­ci­łem – w żad­nym praw­dzi­wym sen­sie tego sło­wa.

Mój świat pi­sar­ski był za­tem świa­tem uciecz­ki i nie­do­koń­czo­ne­go eks­pe­ry­men­tu, peł­nym ru­pie­ci roz­ma­itych kul­tur i mi­gra­cji – z In­dii do No­we­go Świa­ta w la­tach 1880–1900, z No­we­go Świa­ta do Eu­ro­py w 1950 roku – rze­czy nie­skła­da­ją­cych się w jed­ną ca­łość. Nie miał nic wspól­ne­go ze sta­bil­no­ścią za­ko­rze­nio­nych spo­łe­czeństw, któ­rych wy­two­rem były wiel­kie dzie­więt­na­sto­wiecz­ne po­wie­ści; na przy­kład choć­by tyl­ko je­den aka­pit baj­ki czy przy­po­wie­ści Toł­sto­ja przy­wo­łu­je cały rze­czy­wi­sty świat. To­też nie­ba­wem zo­rien­to­wa­łem się – jak już mó­wi­łem – że je­dy­ne, czym dys­po­nu­ję, to roz­sy­pa­ny wy­spiar­ski ma­te­riał, któ­ry no­szę w so­bie.

Ale pi­sa­nie było moim po­wo­ła­niem; za­wsze chcia­łem być tyl­ko pi­sa­rzem, ni­kim in­nym. Prak­ty­ka pi­sar­ska po­głę­bi­ła moją fa­scy­na­cję ludź­mi i opo­wie­ścia­mi; ta fa­scy­na­cja, od­czu­wa­na od za­wsze, a jesz­cze bar­dziej te­raz, w szer­szym świe­cie, do ja­kie­go chcia­łem wkro­czyć, prze­mie­ni­ła się w pra­gnie­nie zro­zu­mie­nia prą­dów hi­sto­rii, two­rzą­cych ową płyn­ność, któ­rej by­łem czę­ścią. Dla mnie jako pi­sa­rza wej­ście w kon­takt z szer­szym świa­tem było ko­niecz­no­ścią. Nie wie­dzia­łem, jak się do tego za­brać, nie było żad­ne­go przy­kła­du, za któ­rym mógł­bym pójść.

Upra­wia­nie li­te­ra­tu­ry pięk­nej nie mo­gło mi po­móc. Li­te­ra­tu­rę pięk­ną naj­le­piej się two­rzy od we­wnątrz i trze­ba dużo wie­dzieć. W szer­szym świe­cie by­łem out­si­de­rem; za mało wie­dzia­łem i nig­dy nie będę dość wie­dział. Po dłu­gim okre­sie wa­ha­nia i nie­pew­no­ści uzmy­sło­wi­łem so­bie, że mu­szę ob­co­wać ze świa­tem w spo­sób jak naj­bar­dziej bez­po­śred­ni. Mu­szę prze­stać upra­wiać li­te­ra­tu­rę pięk­ną. Mu­szę uży­wać wy­pra­co­wa­nych przez sie­bie na­rzę­dzi, żeby od­dać swo­je do­świad­cze­nie naj­wier­niej, jak to moż­li­we. I wte­dy w moim pi­sar­stwie na­stą­pił po­dział na swo­bod­ną twór­czość po­wie­ścio­wą i skru­pu­lat­ną twór­czość do­ku­men­tal­ną; kom­ple­men­tar­ne aspek­ty pra­gnie­nia, żeby zmie­rzyć się z moim świa­tem, wza­jem­nie się wspie­ra­ły i kar­mi­ły. I o ile na po­cząt­ku da­wa­łem pierw­szeń­stwo pi­sa­niu z wy­obraź­ni, o tyle te­raz obie dro­gi wy­da­ją mi się rów­nie szla­chet­ne.

Idąc tą nową dro­gą, mu­sia­łem przede wszyst­kim za­jąć się kra­jem mo­ich przod­ków – In­dia­mi. Na­wet po wie­lu mie­sią­cach po­dró­żo­wa­nia nie by­łem tam kimś z we­wnątrz, ale też nie mo­głem się uwa­żać za out­si­de­ra – In­die i my­śle­nie o In­diach za­wsze były dla mnie waż­ne. To­też za­wsze by­łem w tej spra­wie roz­dar­ty i cięż­ko mi było po­wie­dzieć ostat­nie sło­wo. Na­pi­sa­łem w su­mie trzy książ­ki o In­diach. Na­le­żą do li­te­ra­tu­ry fak­tu, tak jak po­sta­no­wi­łem, ale są to książ­ki tak oso­bi­ste, tak róż­ne i tak głę­bo­ko prze­ży­te, jak­by były po­wie­ścia­mi. In­die. Mi­lio­ny zbun­to­wa­nych to trze­cia z tych po­świę­co­nych In­diom ksią­żek. Zo­sta­ła na­pi­sa­na dwa­dzie­ścia sześć lat po pierw­szej. Pi­sarz po­trze­bo­wał ca­łe­go tego cza­su, żeby wznieść się po­nad oso­bi­ste od­kry­cie i ból, i ana­li­zę, i dojść do pro­ste­go i prze­moż­ne­go prze­ko­na­nia, że naj­waż­niej­sza rzecz, je­śli cho­dzi o In­die, rzecz, w któ­rą trze­ba wnik­nąć i ją zro­zu­mieć, a nie pa­trzeć z ze­wnątrz, to lu­dzie.

Książ­ce przy­świe­ca­ła jesz­cze jed­na idea – że In­die są w ru­chu w naj­bar­dziej do­słow­nym sen­sie tego sło­wa, że wszę­dzie w tym ogrom­nym kra­ju męż­czyź­ni i ko­bie­ty wy­szli poza cia­sne spo­so­by ży­cia, poza ocze­ki­wa­nia swo­ich ro­dzi­ców i dziad­ków, że spo­dzie­wa­ją się cze­goś wię­cej. To są te ty­tu­ło­we „mi­lio­ny zbun­to­wa­nych”; nie cho­dzi o gu­eril­lę. Nie­mal każ­dy czło­wiek wy­cho­wa­ny w kul­tu­rze an­glo­ję­zycz­nej ma ja­kieś po­ję­cie o krót­kim bun­cie In­du­sów w 1857 roku, kie­dy na­jem­ni in­dyj­scy żoł­nie­rze Bri­tish East In­dia Com­pa­ny, zdez­o­rien­to­wa­ni i źli, ale nie­ma­ją­cy przed sobą ja­sne­go celu, po­wsta­li prze­ciw­ko Bry­tyj­czy­kom. „Mi­lio­ny zbun­to­wa­nych” w moim ty­tu­le su­ge­ru­ją, że to, co się dzi­siaj dzie­je, jest praw­dziw­szą i po­wszech­niej­szą dro­gą na­przód.

Te­raz, w 2010 roku, w cza­sach uzna­ne­go przez wszyst­kich in­dyj­skie­go bo­omu, to, co mó­wię, wy­da­je się roz­sąd­ne. In­a­czej było w 1988 roku, kie­dy za­czy­na­łem tę książ­kę. In­die pła­wi­ły się wten­czas w na­boż­nym gan­dhyj­skim przy­gnę­bie­niu, za­do­wo­lo­nym z sie­bie i ra­czej szczę­śli­wym, jak to się czę­sto dzie­je z przy­gnę­bie­niem w In­diach. W mia­stach mó­wi­ło się o de­ge­ne­ra­cji i odej­ściu od daw­nych oby­cza­jów: po­li­ty­cy na­ru­sza­ją pra­wo, wszę­dzie pa­nu­je ko­rup­cja. Ta stan­dar­do­wa gad­ka, choć nie­głę­bo­ka, nie­opar­ta na żad­nej praw­dzi­wej wie­dzy o kra­ju, mo­gła czło­wie­ka pod­ła­mać. Ta­kiej wi­zji prze­szło­ści sprze­ci­wia się moja idea zbun­to­wa­nych.

Nie spa­dła ona z nie­ba. Przez mi­nio­ne dwa­dzie­ścia sześć lat po­dró­żo­wa­łem po In­diach wzdłuż i wszerz. Jako pi­sarz, czło­wiek wol­ny, zgro­ma­dzi­łem bo­gat­szą wie­dzę o tym kra­ju niż więk­szość In­du­sów, zwią­za­nych ro­dzi­ną i pra­cą. Wie­le ty­go­dni spę­dzi­łem na pro­win­cji, z dala od wiel­kich miast. Dzię­ki po­mo­cy i go­ścin­no­ści in­dyj­skich przy­ja­ciół i lo­kal­nych władz w wie­lu miej­scach mo­głem wkro­czyć, choć­by na ty­dzień lub dwa, w ży­cie na­giej i cza­sem od­py­cha­ją­cej wsi. Zdo­by­łem pew­ną wie­dzę o ma­ło­mia­stecz­ko­wym ży­ciu. Nie za­wsze pi­sa­łem o tym, co wi­dzia­łem. To­też na­gro­ma­dzi­łem pew­ne do­świad­cze­nia i przy­szło mi do gło­wy, że mógł­bym je wy­ko­rzy­stać i stwo­rzyć pa­no­ra­mę In­dii, gru­bą, peł­ną lu­dzi książ­kę, któ­ra za­wie­ra­ła­by i ob­szer­nie wy­ja­śnia­ła więk­szość rze­czy mo­gą­cych się wy­da­rzyć w tym kra­ju w naj­bliż­szych dwu­dzie­stu lub trzy­dzie­stu la­tach (bo wie­rzę, że traf­nie uchwy­co­na te­raź­niej­szość prze­po­wia­da przy­szłość). Po­wie­dzia­łem to moim an­giel­skim wy­daw­com. Po­mysł im się spodo­bał, ku­pi­li go po dzie­się­ciu mi­nu­tach, do­słow­nie, i kil­ka dni póź­niej zna­la­złem się w ho­te­lu Taj Ma­hal w Bom­ba­ju, zdu­mio­ny wła­sną am­bi­cją i nie cał­kiem pe­wien, czy uda mi się po ludz­ku zro­zu­mieć to ol­brzy­mie mia­sto (bo tak nie­prze­nik­nio­ny wy­da­wał się na oko po­po­łu­dnio­wy tłum lu­dzi krą­żą­cych wo­kół Wrót In­dii nad zma­to­wia­łym Mo­rzem Arab­skim). A oprócz mia­sta była oczy­wi­ście wieś: dla mnie wspo­mnie­nie, dziś za­trwa­ża­ją­ce, nie­koń­czą­cych się, gro­żą­cych uda­rem sło­necz­nym po­dró­ży sa­mo­cho­dem i po­cią­giem.

Spę­dzi­łem czte­ry pu­ste, strasz­ne dni w luk­su­so­wym ho­te­lu, ro­biąc rzecz, któ­ra pod­ci­na czło­wie­ko­wi skrzy­dła – nie­pew­ny sie­bie pro­wa­dzi­łem dzien­nik, nie ma­jąc nic do po­wie­dze­nia. Nie po­do­ba­ła mi się ta for­ma, dzien­nik mą­cił wi­zję. Wo­la­łem dy­stans i se­lek­cję pa­mię­ci. Te­raz przy­cho­dzi mi do gło­wy po­rów­na­nie z Ib­se­nem, któ­ry – wte­dy jesz­cze bar­dziej po­eta niż dra­ma­turg – wal­czył z sobą, pro­wa­dząc dzien­nik swo­jej po­dró­ży na otwar­cie Ka­na­łu Su­eskie­go w 1869 roku. Do­nio­słe dni, wspa­nia­łe wi­do­ki, moż­na po­wie­dzieć stwo­rzo­ne dla dzien­ni­ka, ale Ib­se­na mu­sia­ło mę­czyć, że po­zo­sta­je na ze­wnątrz, że wi­dzi je­dy­nie to, co na wierz­chu, i po pro­stu rzu­cił pi­sa­nie. Tak samo ja w Bom­ba­ju za­ła­ma­łem się, odło­ży­łem swój zim­ny dzien­nik i ro­zej­rza­łem się, jak by tu in­a­czej wy­star­to­wać.

W re­cep­cji ho­te­lu wi­sia­ła wiel­ka ta­bli­ca re­kla­mu­ją­ca usłu­gi re­zy­du­ją­ce­go lub „do­mo­we­go” wró­ża; w cią­gu tych czte­rech dni wie­le razy ku­si­ło mnie, żeby do nie­go pójść i dać so­bie po­wró­żyć, czy na­pi­szę tę książ­kę, czy nie. Nie mu­sia­łem tego ro­bić. Czło­wiek lęka się bar­dziej, niż moż­na po­dej­rze­wać. Książ­ka się roz­po­czę­ła, na­pi­sa­łem pierw­szą li­nij­kę: „Bom­baj to tłum” – i od tego mo­men­tu samo po­le­cia­ło.

Idee są abs­trak­cyj­ne. Sta­ją się książ­ka­mi do­pie­ro wów­czas, gdy je ubrać w lu­dzi i nar­ra­cję. Czy­tel­nik, któ­ry za­cznie czy­tać tę książ­kę i wyj­dzie poza jej pierw­sze stro­ni­ce, znaj­dzie się w po­dwój­nej opo­wie­ści. Mamy tu bez­po­śred­nią nar­ra­cję oso­by, z któ­rą się za­po­zna­je­my, oraz szer­szą ze­wnętrz­ną nar­ra­cję, ogar­nia­ją­cą wszyst­kie roz­ma­ite czę­ści książ­ki. Ni­cze­go nie po­zo­sta­wi­łem przy­pad­ko­wi. Po­waż­na po­dróż jest sztu­ką, na­wet je­śli się nie my­śli o pi­sa­niu, a spe­cjal­ną sztu­ką przy pi­sa­niu tej książ­ki było od­ga­dy­wa­nie, kto spo­śród wie­lu lu­dzi, któ­rych spo­ty­kam, naj­le­piej i naj­lo­gicz­niej po­pchnie moją opo­wieść na­przód, po­nie­waż ni­cze­go nie wol­no ro­bić na siłę.

By­łem uza­leż­nio­ny od miej­sco­wych, któ­rzy mnie wpro­wa­dza­li, i nie za­wsze było ła­two im wy­tłu­ma­czyć, cze­go szu­kam. Wie­le osób, na­wy­kłych do dzien­ni­kar­skie­go po­dej­ścia, są­dzi­ło, że szu­kam „rzecz­ni­ków” roz­ma­itych in­te­re­sów. Tym­cza­sem ja szu­ka­łem cze­goś głęb­sze­go i mniej na­tręt­ne­go: cu­dze­go ży­we­go do­świad­cze­nia (je­śli wol­no się tak wy­ra­zić), któ­re oświe­tli­ło­by ja­kiś aspekt, ja­kiś nowy zwrot w nie­usta­ją­cym do­sto­so­wy­wa­niu się sta­re­go kra­ju do no­wych my­śli, no­wej po­li­ty­ki, no­we­go wy­obra­że­nia o biz­ne­sie. To­też w tej książ­ce jed­no do­świad­cze­nie wy­ra­sta z dru­gie­go, te­ma­ty wy­ni­ka­ją z sie­bie na­wza­jem.

Szczę­śli­wa oka­za­ła się rów­nież de­cy­zja pod­ję­ta prze­ze mnie z nie­ja­snych po­wo­dów pew­ne­go dnia w Taj Ma­hal Ho­tel w Bom­ba­ju, że zro­bię coś, co dla re­li­gij­nych hin­du­sów jest nie­po­myśl­ne, mia­no­wi­cie ru­szę w po­dróż po In­diach w kie­run­ku prze­ciw­nym do ru­chu wska­zó­wek ze­ga­ra. Gdy­bym wy­brał inną dro­gę, na pół­noc, do Del­hi, Kal­ku­ty i Pen­dża­bu, zbyt szyb­ko do­szedł­bym do mię­sa książ­ki, po­zo­sta­wia­jąc resz­tę kra­ju w za­wie­sze­niu, w sta­nie swe­go ro­dza­ju wy­ci­sze­nia. To, że po­je­cha­łem naj­pierw na po­łu­dnie, po­zwo­li­ło mi w nie­ba­nal­ny spo­sób zmie­rzyć się z ta­ki­mi waż­ny­mi spra­wa­mi jak wpływ war­ny i ka­sty na roz­wój in­dyj­skiej na­uki, mało zna­na stu­let­nia woj­na kast na po­łu­dniu, wy­własz­cze­nie bra­mi­nów. Mo­głem o tym opo­wie­dzieć, żeby przy­go­to­wać czy­tel­ni­ka (i pi­sa­rza) na wstrzą­sy na pół­no­cy kra­ju: Bry­tyj­czy­ków w Kal­ku­cie, La­kh­nau i Del­hi – całą hi­sto­rię ubie­głe­go wie­ku, le­żą­cą tuż pod obec­ną.

Czę­sto py­ta­no mnie o moją me­to­dę ro­bie­nia no­ta­tek w cza­sie po­dró­ży. Nie uży­wam dyk­ta­fo­nu, po­słu­gu­ję się wy­łącz­nie pió­rem i no­te­sem. Po­nie­waż nig­dy nie by­łem pe­wien, czy oso­ba, któ­rą spo­ty­kam, oka­że się uży­tecz­na, na po­cząt­ku bar­dzo czę­sto wie­le za­le­ża­ło od zwy­kłej roz­mo­wy. Nig­dy ni­ko­go nie prze­stra­szy­łem, wy­cią­ga­jąc no­tes. Je­śli uwa­ża­łem, że słu­cham cze­goś, co mi jest po­trzeb­ne, mó­wi­łem tej oso­bie, że chciał­bym kie­dyś póź­niej za­pi­sać jej sło­wa. I kie­dyś póź­niej pro­si­łem tę oso­bę, żeby po­wtó­rzy­ła, co po­wie­dzia­ła, a co już mniej wię­cej wie­dzia­łem. Za­pi­sy­wa­łem to wszyst­ko ręcz­nie, do­da­jąc uwa­gi o miej­scu, roz­mów­cy i mo­ich py­ta­niach. Nie­odmien­nie było tak, że roz­mów­ca, wi­dząc, że wszyst­ko no­tu­ję, za dru­gim ra­zem mó­wił wol­niej i z na­my­słem, a mimo to jego sło­wa mia­ły rytm nor­mal­nej wy­po­wie­dzi. Przez go­dzi­nę moż­na było zro­bić nie­praw­do­po­dob­nie dużo. Ni­cze­go nie zmie­nia­łem, nie wy­gła­dza­łem.

Am­bit­ne i trud­ne książ­ki nie za­wsze od­no­szą suk­ces. Mu­szę jed­nak po­wie­dzieć, że ta mia­ła w An­glii trzy­dzie­ści pięć wy­dań. Nie mogę się na­dzi­wić, że tak mi się po­szczę­ści­ło.

1Teatr Bombaj

Bom­baj to tłum. Ale tego ran­ka w dro­dze z lot­ni­ska do mia­sta po­my­śla­łem so­bie, że tłum na chod­ni­kach i na szo­sie jest na­praw­dę nie­prze­li­czo­ny i że chy­ba dzie­je się coś nie­zwy­kłe­go.

Z po­wo­du tej ciż­by sa­mo­cho­dy je­cha­ły bar­dzo wol­no, a gdy na pew­nych skrzy­żo­wa­niach za­trzy­my­wa­ły je świa­tła lub po­li­cjan­ci, lub jed­no i dru­gie, na chod­ni­kach ro­iło się jesz­cze bar­dziej i na jezd­nię wy­le­wał się ludz­ki po­tok, try­ska­ją­cy pia­ną ja­snych, lek­kich ubio­rów, tak iż mia­ło się wra­że­nie, że otwo­rzy­ła się ja­kaś nie­wi­dzial­na ślu­za i że je­śli się jej nie za­mknie, to po­tok pie­szych roz­le­je się wszę­dzie, a zde­ze­lo­wa­ne czer­wo­ne au­to­bu­sy i żół­to-czar­ne tak­sów­ki utkną unie­ru­cho­mio­ne w środ­ku ludz­kie­go wiru.

W tak­sów­ce były ze mną spa­li­ny, skwar i wrza­wa. Słoń­ce pa­li­ło, nie mia­łem czym od­dy­chać, brud au­to­bu­so­wych wy­zie­wów kle­ił się do skó­ry. Lu­dzie na szo­sie i chod­ni­kach mu­sie­li od­czu­wać to jesz­cze do­tkli­wiej, ale wie­lu z nich wy­glą­da­ło, jak­by do­pie­ro co wzię­ło ką­piel; mie­li świe­że śla­dy po pu­dźy na czo­le i wy­da­wa­ło się, że wło­ży­li na sie­bie naj­lep­sze ubra­nia. Być może bom­baj­czy­cy ob­cho­dzi­li ja­kieś waż­ne świę­to.

Za­py­ta­łem kie­row­cę, czy to dzień wol­ny od pra­cy. Nie zro­zu­miał py­ta­nia, więc da­łem spo­kój.

Bom­baj nadal de­fi­nio­wał sam sie­bie: bom­baj­skie miesz­ka­nia po obu stro­nach dro­gi, be­to­no­we bu­dyn­ki na wyż­szych pię­trach po­kry­te ple­śnią wsku­tek bom­baj­skie­go kli­ma­tu – prze­sad­ne­go słoń­ca, prze­sad­ne­go desz­czu, prze­sad­ne­go go­rą­ca; na niż­szych pię­trach po­czer­nia­łe, jak­by po­bru­dzo­ne przez tłum na po­zio­mie chod­ni­ka; ten ludz­ki brud zda­wał się piąć na spo­tka­nie ple­śni, po­zo­sta­wia­jąc po dro­dze ko­lej­ne śla­dy, ni­czym przy­pływ mo­rza.

Skle­py, na­wet te małe, ob­skur­ne, ozdo­bio­ne wiel­ki­mi ja­skra­wy­mi szyl­da­mi, wie­lo­barw­ny­mi, po­my­sło­wy­mi, sta­ran­nie wy­ko­na­ny­mi przez lu­dzi ma­ją­cych wy­czu­cie pi­sma, za­rów­no ła­ciń­skie­go, jak i san­skry­tu (albo de­wa­na­ga­ri). Przed tymi skle­pa­mi i pod tymi szyl­da­mi czę­sto tyl­ko brud­na zie­mia i od cza­su do cza­su ja­cyś przy­gnę­bie­ni ciem­no­skó­rzy lu­dzie, któ­rzy sie­dząc na tej brud­nej zie­mi, je­dli, obo­jęt­ni na wszyst­ko poza je­dze­niem.

Na bil­l­bo­ar­dach wiel­kie pla­ka­ty fil­mo­we, ta­kie same mniej­sze na la­tar­niach. Czło­wie­ko­wi, któ­ry jak ja wła­śnie przy­je­chał, trud­no było zna­leźć zwią­zek mię­dzy obie­cy­wa­ną przez pla­ka­ty ro­man­tycz­ną hi­sto­rią a ludź­mi sie­dzą­cy­mi na zie­mi. Jesz­cze trud­niej było usy­tu­ować an­glo­ję­zycz­ne re­kla­my ban­ków, li­nii lot­ni­czych i stu­pięć­dzie­się­cio­le­cia „Ti­mes of In­dia” („Do­bre Cza­sy, Smut­ne Cza­sy, Zmien­ne Cza­sy”); cu­dzo­ziem­co­wi, któ­ry do­pie­ro co wy­lą­do­wał po noc­nym lo­cie, mia­sto su­ge­ro­wa­ne przez te re­kla­my wy­da­wa­ło się ja­kimś nie­mal nie­wy­obra­żal­nym de­sty­la­tem – spe­cjal­nym bo­ga­tym li­kie­rem – ludz­ko­ści, któ­rą tu wi­dział.

Tłum cią­gnął się da­lej. I na­gle zo­ba­czy­łem, że duża część tłu­mu to dłu­gi ogo­nek czy ko­lej­ka lu­dzi sto­ją­cych po trzy oso­by, czte­ry, pięć w rzę­dzie na prze­ciw­le­głym chod­ni­ku. Do ko­lej­ki wciąż ktoś do­łą­czał i choć wy­da­wa­ło się, że miej­sca­mi stoi bez ru­chu, to jed­nak bar­dzo po­wo­li po­su­wa­ła się do przo­du. Uprzy­tom­ni­łem so­bie, że jadę wzdłuż niej już od ja­kie­goś cza­su – cią­gnę­ła się może przez pół­to­ra ki­lo­me­tra. Na skrzy­żo­wa­niach ko­lej­ka się prze­ry­wa­ła – po­li­cjan­ci w mun­du­rach kha­ki dba­li, żeby nie ta­ra­so­wa­ła wjaz­du z bocz­nych ulic.

Na co ci lu­dzie cze­ka­li? Jaką mie­li szan­sę do­stać to, cze­go chcie­li? Wy­da­wa­li się spo­koj­ni i za­do­wo­le­ni, na­wet w słoń­cu i mimo bru­nat­ne­go dymu spa­lin. Byli po­rząd­nie ubra­ni w pro­ste in­dyj­skie stro­je. Lu­dzie do­łą­cza­ją­cy do ko­lej­ki pod­bie­ga­li nie­mal truch­tem, po czym sta­li spo­koj­nie; wy­glą­da­li, jak­by byli przy­go­to­wa­ni na dłu­gie cze­ka­nie. Prze­ga­pi­łem po­czą­tek ko­lej­ki, więc nie wie­dzia­łem, co się tam znaj­do­wa­ło. Cyrk? Chy­ba mi­gnę­ły mi ja­kieś pla­ka­ty cyr­ko­we gdzieś wcze­śniej przy dro­dze. Pu­blicz­ny wy­stęp gwiazd fil­mo­wych? Ale lu­dzie w ko­lej­ce nie oka­zy­wa­li tego ro­dza­ju pod­nie­ce­nia. Byli mali, ciem­no­skó­rzy, cier­pli­wi, po­waż­ni, od­święt­nie ubra­ni; przy­po­mnia­ło mi się na­gle, że gdzieś wcze­śniej wi­dzia­łem w ko­lej­ce fla­gi i ja­kieś em­ble­ma­ty.

Kie­dy przy­je­cha­łem do mo­je­go ho­te­lu w cen­trum Bom­ba­ju, za­pew­nio­no mnie, że nie ma dzi­siaj żad­ne­go świę­ta. I choć tłum na uli­cach wy­da­wał się bar­dzo gę­sty, a ko­lej­ka bar­dzo wi­docz­na, więc ga­ze­ty po­win­ny coś o tym pi­sać, lu­dzie z ho­te­lu, któ­rych o to py­ta­łem, nie umie­li po­wie­dzieć, po co ta ko­lej­ka sta­ła. To, co dla ty­się­cy lu­dzi na pe­ry­fe­riach mia­sta było wiel­kim wy­da­rze­niem, tu­taj nie wy­wo­ła­ło żad­ne­go po­ru­sze­nia.

Za­dzwo­ni­łem do zna­jo­me­go pi­sa­rza. Tak samo jak lu­dzie z ho­te­lu nic nie wie­dział. W ogó­le nie wy­szedł jesz­cze z domu, pi­sał ma­te­riał dla „De­bo­na­ir”. Za­dzwo­nił do mnie póź­niej, kie­dy skoń­czył ar­ty­kuł. Po­wie­dział, że ma dwie teo­rie. Pierw­sza była taka, że lu­dzie, któ­rych wi­dzia­łem, sta­li w ko­lej­ce po książ­ki te­le­fo­nicz­ne. Jest pro­blem z do­star­cze­niem no­wych ksią­żek – Bom­baj to Bom­baj. Dru­gą teo­rię za­wdzię­czał swo­jej słu­żą­cej, któ­ra przy­szła po moim te­le­fo­nie i po­wie­dzia­ła, że dzi­siaj są uro­dzi­ny Am­bed­ka­ra, ob­cho­dzo­ne uro­czy­ście w dziel­ni­cy, przez któ­rą prze­jeż­dża­łem w dro­dze z lot­ni­ska.

Am­bed­kar to daw­ny wiel­ki przy­wód­ca lu­dzi na­zwa­nych kie­dyś w In­diach nie­do­ty­kal­ny­mi. Był dla nich waż­niej­szy niż Ma­hat­ma Gan­dhi. Za­znał w swo­im cza­sie za­szczy­tów i wła­dzy; był mi­ni­strem pra­wa w pierw­szym rzą­dzie nie­pod­le­głych In­dii, jed­nym z au­to­rów in­dyj­skiej kon­sty­tu­cji, ale do koń­ca po­zo­stał roz­go­ry­czo­ny. To on za­chę­cił nie­do­ty­kal­nych – ha­ri­dźa­nów, dzie­ci boże, jak ich na­zy­wał Gan­dhi, a te­raz da­li­tów, jak na­zy­wa­li się sami – aby po­rzu­ci­li hin­du­izm, któ­ry uczy­nił z nich nie­wol­ni­ków, i prze­szli na bud­dyzm. Zmarł w 1956 roku, za­nim jego myśl mo­gła się zmie­nić lub roz­wi­nąć.

Ża­den inny li­der cie­szą­cy się po­rów­ny­wal­nym au­to­ry­te­tem i es­ty­mą nie wy­ło­nił się z kast, w któ­rych imie­niu prze­ma­wiał Am­bed­kar. Po­zo­stał ich przy­wód­cą, czło­wie­kiem, któ­re­go sza­no­wa­li naj­bar­dziej, był dla nich nie­mal bo­giem. Po­wie­dzia­no mi, że w każ­dym da­lic­kim domu jest fo­to­gra­fia Am­bed­ka­ra. Wi­dzia­łem ją wie­lo­krot­nie; dziw­ne, że nie wy­bra­no lep­szej. Iko­na Am­bed­ka­ra przy­po­mi­na­ła sza­re zdję­cie pasz­por­to­we po­wie­lo­ne sta­rym ga­ze­to­wym spo­so­bem – przy­wód­ca zo­stał zre­du­ko­wa­ny do kom­po­zy­cji bia­łych i czar­nych plam, za­stygł w ob­ra­zie z lat czter­dzie­stych czy pięć­dzie­sią­tych: pulch­ny męż­czy­zna o ry­sach nie do za­pa­mię­ta­nia, w stu­denc­kich oku­la­rach na no­sie, w na poły ko­lo­nial­nej po­wa­dze ma­ry­nar­ki i kra­wa­ta. Ma­ry­nar­ka i kra­wat to ra­czej nie­praw­do­po­dob­ny świę­ty ob­ra­zek w In­diach, ale tu­taj to pa­so­wa­ło, bo prze­ciw­sta­wia­ło się sa­mo­dzia­łom i prze­pa­sce na bio­dra Ma­hat­my.

Po­mysł z Am­bed­ka­rem wy­da­wał się bar­dziej praw­do­po­dob­ny niż ten z książ­ka­mi te­le­fo­nicz­ny­mi. Rze­czy­wi­ście, wśród sto­ją­cych w ko­lej­ce pa­no­wa­ła re­li­gij­na ci­sza. Wy­glą­da­li jak lu­dzie zdo­by­wa­ją­cy za­słu­gę przez to, że speł­nia­ją swój obo­wią­zek. Po­mysł z Am­bed­ka­rem nada­wał sens fla­gom i em­ble­ma­tom, któ­re mia­łem w pa­mię­ci. Lu­dzie, któ­rych wi­dzia­łem, od­da­wa­li cześć swo­je­mu przy­wód­cy, swo­je­mu świę­te­mu, swo­je­mu bogu, a przez to rów­nież sa­mym so­bie.

Póź­niej tego dnia roz­ma­wia­łem z kimś z kie­row­nic­twa ho­te­lu. Za­py­tał mnie o wra­że­nia z Bom­ba­ju. Kie­dy wspo­mnia­łem o tłu­mie w związ­ku z Am­bed­ka­rem, za­tka­ło go. Nie wie­dział, co po­wie­dzieć. A po­tem z iry­ta­cją i nie­chę­cią, prze­bi­ja­ją­cy­mi przez grzecz­ność ho­te­la­rza, oświad­czył:

– Ten kraj scho­dzi na psy.

To była jesz­cze jed­na nowa wer­sja tego, co sły­sza­łem o In­diach wie­le razy: In­die się zmie­ni­ły, to już nie ten sam spo­koj­ny, usta­bi­li­zo­wa­ny kraj. W cza­sach ru­chu wol­no­ścio­we­go dzia­ła­cze po­li­tycz­ni no­si­li na cześć Gan­dhie­go sa­mo­dział, znak ofiar­no­ści i służ­by, sym­bol jed­no­ści z bied­ny­mi. Te­raz sa­mo­dział po­li­ty­ków ozna­czał wła­dzę. Wraz z in­du­stria­li­za­cją i wzro­stem go­spo­dar­czym lu­dzie za­po­mnie­li o tym, co nie­gdyś czci­li. Te­raz sza­no­wa­li już tyl­ko pie­nią­dze. Wiel­ki wy­si­łek na rzecz roz­wo­ju kra­ju przez trzy lub czte­ry de­ka­dy do­pro­wa­dził tyl­ko do jed­ne­go – ko­rup­cji i kry­mi­na­li­za­cji po­li­ty­ki. Pró­bu­jąc się wznieść, In­die same się znisz­czy­ły. Ni­cze­go już nie moż­na było być pew­nym, wszyst­ko było płyn­ne. Po­li­cjant, zło­dziej, po­li­tyk – te role sta­ły się wy­mien­ne. A wraz z pie­niędz­mi – o któ­rych świad­czy­ły pa­skud­ne, prze­lud­nio­ne bom­baj­skie dra­pa­cze chmur – po­ja­wił się na nowo daw­no po­grze­ba­ny par­ty­ku­la­ryzm. Te nisz­czą­ce, dru­go­rzęd­ne ro­dza­je lo­jal­no­ści – wo­bec re­gio­nu, ka­sty czy kla­nu – dzia­ła­ły te­raz na po­wierzch­ni in­dyj­skie­go ży­cia.

Na przy­kład da­li­to­wie. Gdy­by nadal byli tyl­ko ha­ri­dźa­na­mi Ma­hat­my, dzieć­mi bo­ży­mi, ludź­mi, dla któ­rych moż­na zro­bić coś do­bre­go, obiek­ta­mi prze­lot­nych uczuć i mi­ło­sier­dzia, to z oka­zji ta­kie­go wy­da­rze­nia jak dzi­siej­sze po­ran­ne ob­cho­dy uro­dzin Am­bed­ka­ra ni­ko­mu nie przy­szło­by do gło­wy, że świat się roz­pa­da. Ale ci, któ­rych na­zy­wa­no nie­gdyś ha­ri­dźa­na­mi, zdo­by­li tro­chę pie­nię­dzy, tro­chę wy­kształ­ce­nia, a wraz z tym zy­ska­li po­czu­cie przy­na­leż­no­ści do pew­nej gru­py i świa­do­mość po­li­tycz­ną. Prze­sta­li być abs­trak­cją. Za­czę­li ro­bić coś dla sie­bie. Sta­li się ludź­mi pod­kre­śla­ją­cy­mi swo­ją od­ręb­ność, tak jak pod­kre­śla­ły swo­ją bar­dziej uprzy­wi­le­jo­wa­ne gru­py w In­diach.

Od­ręb­ność da­li­tów być może nie była w tym mie­ście naj­waż­niej­sza. Tuż obok ho­te­lu sta­ły Wro­ta In­dii. To był bry­tyj­ski po­mnik: wy­so­ki, wspa­nia­ły łuk, upa­mięt­nia­ją­cy przy­by­cie do In­dii w 1911 roku kró­la-im­pe­ra­to­ra Je­rze­go V. Im­pe­rial­ne sko­ja­rze­nia z łu­kiem zo­sta­ły te­raz wchło­nię­te przez po­etyc­ką ideę bra­my, a wy­bru­ko­wa­ny te­ren wo­kół po­mni­ka stał się po­pu­lar­nym miej­scem po­po­łu­dnio­wych spa­ce­rów. Po obu stro­nach umiesz­czo­no pro­ste nie­wiel­kie ta­blicz­ki z jed­nym sło­wem wy­pi­sa­nym czar­no na bia­łym pi­smem de­wa­na­ga­ri – wska­zy­wa­ły, że mia­sto nosi na­zwę Mum­baj, nie Bom­baj.

Te ta­blicz­ki świad­czy­ły o we­wnętrz­nej wal­ce. Bom­baj to ko­smo­po­li­tycz­ne mia­sto. Ta­kie było od po­cząt­ku i tak się roz­wi­ja­ło, przy­cią­ga­jąc lu­dzi z ca­łe­go sub­kon­ty­nen­tu. Ale w nie­pod­le­głych In­diach Bom­baj zna­lazł się w sta­nie Ma­ha­rasz­tra, a w po­ło­wie lat sześć­dzie­sią­tych zro­dził się re­gio­nal­ny ruch Ma­ra­thów. Żą­da­li, aby Ma­ha­rasz­tra na­le­ża­ła do nich. Po­cząt­ko­wo ruch był wro­go na­sta­wio­ny głów­nie do bied­nych imi­gran­tów z po­łu­dnia In­dii, jed­nak nie­ba­wem inni lu­dzie też po­czu­li się za­gro­że­ni. Ten ruch, zna­ny jako Śiw Sena, Ar­mia Śiwy, wziął na­zwę od Śi­wa­dźie­go, sie­dem­na­sto­wiecz­ne­go wo­jow­ni­ka, któ­ry sta­nął na cze­le Ma­ra­thów. Ga­ze­ty wy­po­wia­da­ły się na ten te­mat kry­tycz­nie, na­zy­wa­ły człon­ków Seny fa­szy­sta­mi. Ale ruch sta­le się roz­wi­jał. Dwa lata temu zy­skał kon­tro­lę nad radą miej­ską Bom­ba­ju.

Sie­dzi­bą rady był gmach zbu­do­wa­ny za cza­sów bry­tyj­skie­go Bom­ba­ju w pew­nym sie­bie sty­lu wik­to­riań­skie­go go­ty­ku. Sze­ro­kie, so­lid­ne scho­dy z wik­to­riań­ską me­ta­lo­wą kra­tą pod wy­śli­zga­ną drew­nia­ną po­rę­czą pro­wa­dzi­ły do sali ob­rad, któ­rej ścia­ny do po­ło­wy wy­so­ko­ści po­kry­wa­ła wspa­nia­ła czer­wo­na­wo­brą­zo­wa bo­aze­ria. Sto­ły i krze­sła usta­wio­no w łu­kach i pół­ko­lach wo­kół fo­te­la bur­mi­strza. Krze­sła rad­ców obi­to zie­lo­nym ma­te­ria­łem, ale fo­tel bur­mi­strza miał sza­fra­no­wą ta­pi­cer­kę. Sza­fran to ko­lor hin­du­ski, a tu­taj był ko­lo­rem Śiw Seny. Sza­fra­no­wa sa­ty­na wy­peł­nia­ła go­tyc­ki łuk pod ga­le­rią bie­gną­cą wzdłuż jed­nej ze ścian. Na tle sza­fra­no­wej sa­ty­ny od­ci­na­ło się po­pier­sie Śi­wa­dźie­go w ko­lo­rze brą­zo­wym; nad po­pier­siem, na sa­ty­nie, umiesz­czo­no okrą­głą tar­czę i skrzy­żo­wa­ne mie­cze, rów­nież brą­zo­we.

Wy­so­ko na ścia­nie z tyłu za fo­te­lem bur­mi­strza i po­nad go­tyc­ki­mi łu­ka­mi (wy­ra­sta­ją­cy­mi z sza­rych mar­mu­ro­wych ko­lumn) wi­sia­ły por­tre­ty słyn­nych in­dyj­skich bur­mi­strzów Bom­ba­ju z cza­sów ko­lo­nial­nych. Męż­czyź­ni wy­glą­da­li do­stoj­nie – no­si­li pe­ru­ki albo czep­ki par­sów, albo hin­du­skie lub mu­zuł­mań­skie tur­ba­ny. God­ność tych męż­czyzn i duma na­ro­do­wa, z któ­rej ich god­ność wy­ra­sta­ła, były już tyl­ko prze­szło­ścią.

Sala ob­rad wy­da­wa­ła się na swój spo­sób tak do­sko­na­ła, tak pew­na sie­bie, a jej ar­chi­tek­to­nicz­ne de­ta­le tak prze­my­śla­ne, że trud­no było so­bie wy­obra­zić, by zwy­kły sza­fran Seny mógł to wszyst­ko za­ne­go­wać. Przy­po­mnia­ła mi się chrze­ści­jań­ska ka­te­dra w Ni­ko­zji na Cy­prze, zdo­by­ta przez mu­zuł­ma­nów, opróż­nio­na z więk­szo­ści wy­po­sa­że­nia i ob­wie­szo­na ko­ra­nicz­ny­mi cho­rą­gwia­mi. Przy­po­mnie­li mi się Ma­ra­tho­wie z XVII wie­ku, w próż­ni mię­dzy mo­go­ła­mi i Bry­tyj­czy­ka­mi, za­pę­dza­ją­cy się na pół­noc aż do Del­hi, a na wschód aż do Ben­ga­lu i osa­dza­ją­cy ma­rac­kich wład­ców na tro­nie w Tań­dźa­wu­rze na da­le­kim po­łu­dniu.

Przy­bysz przy­jeż­dża­ją­cy do Bom­ba­ju z lot­ni­ska może wi­dzieć tyl­ko ma­łych ciem­no­skó­rych lu­dzi w nie­zróż­ni­co­wa­nym tłu­mie, tyl­ko kurz i wy­zie­wy; może wi­dzieć tyl­ko nie­ład na­pręd­ce skle­co­nych bud mię­dzy blo­ka­mi be­to­nu, tyl­ko pa­so­żyt­ni­cze bud­ki przy­kle­jo­ne do tych ru­der, przy któ­rych wy­ra­sta­ją na­stęp­ne, jesz­cze bied­niej­sze; może wi­dzieć coś, co wy­da­je się nie­skoń­czo­ną ma­ło­ścią lu­dzi. Ale tu­taj, w sali ob­rad rady miej­skiej, sza­fran i skrzy­żo­wa­ne mie­cze Seny były em­ble­ma­ta­mi woj­ny i pod­bo­ju.

A przez to wal­ka o nie­pod­le­głość wy­da­wa­ła się okre­sem przej­ścio­wym. Nie­pod­le­głość przy­szła do In­dii jak swe­go ro­dza­ju re­wo­lu­cja; te­raz w ło­nie tej re­wo­lu­cji do­szło do wie­lu in­nych bun­tów. Co było praw­dą w Bom­ba­ju, było nią rów­nież w in­nych czę­ściach In­dii, w sta­nach An­dh­ra, Ta­mil­nad, Asam, Pen­dżab. W ca­łych In­diach dzie­siąt­ki ro­dza­jów par­ty­ku­la­ry­zmu, za­sty­głych wsku­tek ob­ce­go jarz­ma albo bie­dy, albo bra­ku moż­li­wo­ści, albo upodle­nia, znów za­czę­ły wy­pły­wać na po­wierzch­nię. I ła­two moż­na zro­zu­mieć, dla­cze­go ktoś taki jak mój ho­te­larz, któ­ry wy­rósł z in­nym wy­obra­że­niem In­dii i ich roz­wo­ju, czuł się wy­alie­no­wa­ny i za­gro­żo­ny.

Sam do­zna­łem po­dob­ne­go uczu­cia wy­ob­co­wa­nia, kie­dy w 1962 roku pierw­szy raz przy­je­cha­łem do In­dii. Dla mnie to była bar­dzo spe­cjal­na po­dróż – by­łem po­tom­kiem za­kon­trak­to­wa­nych in­dyj­skich emi­gran­tów z XIX wie­ku. Re­kru­to­wa­no ich od lat sześć­dzie­sią­tych XIX wie­ku, głów­nie we wschod­niej czę­ści Ni­zi­ny Gan­ge­su, po czym wy­sy­ła­no ze skła­dów w Kal­ku­cie na pię­cio­let­nie kon­trak­ty na plan­ta­cje w roz­ma­itych czę­ściach im­pe­rium bry­tyj­skie­go, a na­wet gdzie in­dziej. Lu­dzie tacy jak moi przod­ko­wie wy­jeż­dża­li na wy­spy Fi­dżi na Pa­cy­fi­ku, na Mau­ri­tiu­sa na Oce­anie In­dyj­skim, do Afry­ki Po­łu­dnio­wej, a tak­że do nie­któ­rych po­sia­dło­ści w In­diach Za­chod­nich, głów­nie do Gu­ja­ny (Bry­tyj­skiej i Ho­len­der­skiej) i Try­ni­da­du. Jak ob­li­czy­łem, moi przod­ko­wie przy­by­li do Try­ni­da­du gdzieś w la­tach osiem­dzie­sią­tych XIX wie­ku.

Te za­mor­skie gru­py In­du­sów były mie­sza­ne. Od­twa­rza­li mi­nia­tu­ro­we In­die, z hin­du­ista­mi i mu­zuł­ma­na­mi, ludź­mi z róż­nych kast. Byli w złej sy­tu­acji, nie mie­li przed­sta­wi­ciel­stwa ani tra­dy­cji po­li­tycz­nej. Ich ję­zyk i kul­tu­ra izo­lo­wa­ły ich od lu­dzi, wśród któ­rych się zna­leź­li; byli też izo­lo­wa­ni od sa­mych In­dii (wie­le ty­go­dni pa­row­cem od Try­ni­da­du i Gu­ja­ny). W tych bar­dzo szcze­gól­nych oko­licz­no­ściach z bie­giem lat zdo­by­li coś, cze­go nig­dy nie za­zna­li­by w In­diach – po­czu­cie przy­na­leż­no­ści do wspól­no­ty in­dyj­skiej. To po­czu­cie wspól­no­ty mo­gło brać górę nad po­czu­ciem przy­na­leż­no­ści re­li­gij­nej i ka­sto­wej.

Pod ko­niec ubie­głe­go wie­ku trzy­dzie­sto­let­ni Gan­dhi – w tam­tych cza­sach nie­ma­ją­cy jesz­cze wy­raź­nych po­glą­dów po­li­tycz­nych, hi­sto­rycz­nych czy li­te­rac­kich – od­krył tę ideę in­dyj­skiej wspól­no­ty w Afry­ce Po­łu­dnio­wej i za­czął dzia­łać wśród tam­tej­szych in­dyj­skich imi­gran­tów. W cią­gu pięt­na­sto­let­nie­go po­by­tu w Afry­ce Po­łu­dnio­wej obu­dzi­ło się w Gan­dhim prze­czu­cie ogól­no­in­dyj­skiej mi­sji re­li­gij­no-po­li­tycz­nej.

Uro­dzi­łem się w 1932 roku, pięt­na­ście lat przed ogło­sze­niem nie­pod­le­gło­ści In­dii. Do­ra­sta­łem z dwo­ma wy­obra­że­nia­mi tego kra­ju. Pierw­sze – w któ­re nie chcia­łem zbyt­nio wni­kać – do­ty­czy­ło tego, jak wy­glą­da­ło to miej­sce, skąd przy­by­li moi przod­ko­wie. By­li­śmy rol­ni­ka­mi. Więk­szość z nas w Try­ni­da­dzie nadal pra­co­wa­ła na ko­lo­nial­nych plan­ta­cjach cu­kru i pra­wie wszy­scy żyli w bie­dzie; wie­lu miesz­ka­ło w gli­nia­nych, kry­tych trzci­ną cha­tach. Emi­gra­cja do No­we­go Świa­ta wy­rwa­ła nas z od­wiecz­nej bier­no­ści chłop­skich In­dii, sta­li­śmy się am­bit­ni, ale w ko­lo­nial­nym i rol­ni­czym Try­ni­da­dzie cza­sów kry­zy­su mało było oka­zji, żeby piąć się w górę. Z tą bie­dą wo­kół nas i po­czu­ciem, że świat to wię­zie­nie (wszę­dzie za­gra­dza­ły nam dro­gę ba­rie­ry), In­die, skąd wy­emi­gro­wa­li moi przod­ko­wie w po­szu­ki­wa­niu lep­sze­go losu, sta­ły się w mo­jej wy­obraź­ni ja­kimś prze­raź­li­wym miej­scem. To były moje pry­wat­ne, oso­bi­ste In­die, poza tymi In­dia­mi, o któ­rych czy­ta­łem w książ­kach i ga­ze­tach. Te moje In­die czy też mój lęk zwią­za­ny z kra­jem, z któ­re­go przy­by­li­śmy, przy­po­mi­na­ły neu­ro­zę.

Ale były i dru­gie In­die, któ­re rów­no­wa­ży­ły pierw­sze – In­die ru­chu nie­pod­le­gło­ścio­we­go, In­die wiel­kich na­zwisk. A tak­że In­die wiel­kiej cy­wi­li­za­cji i wiel­kiej kla­sycz­nej prze­szło­ści. W na­szej trud­nej sy­tu­acji te In­die były dla nas opar­ciem, pew­nym aspek­tem na­szej toż­sa­mo­ści, toż­sa­mo­ści zbio­ro­wej, jaką zy­ska­li­śmy i któ­ra w wie­lo­ra­so­wym Try­ni­da­dzie sta­ła się czymś w ro­dza­ju toż­sa­mo­ści ra­so­wej.

Z taką toż­sa­mo­ścią przy­je­cha­łem do In­dii po raz pierw­szy. I kie­dy się tam zna­la­złem, zro­zu­mia­łem, że w In­diach ona nic nie zna­czy. Po­ję­cie wspól­no­ty in­dyj­skiej – a w grun­cie rze­czy kon­ty­nen­tal­ne wy­obra­że­nie o na­szej in­dyj­skiej toż­sa­mo­ści – mia­ło sens tyl­ko w przy­pad­ku bar­dzo ma­łej wspól­no­ty, mniej­szo­ści, w do­dat­ku izo­lo­wa­nej. W wi­rze In­dii, z ich set­ka­mi mi­lio­nów lu­dzi, gdzie za­gro­że­niem były cha­os i pust­ka, ta kon­ty­nen­tal­na idea wca­le nie pod­trzy­my­wa­ła na du­chu. Lu­dzie mu­sie­li się ucze­pić ja­kichś skrom­niej­szych wy­obra­żeń o tym, kim i czym są; znaj­do­wa­li sta­bil­ność w mniej­szych zbio­ro­wi­skach – re­li­gij­nych, kla­no­wych, ka­sto­wych, ro­dzin­nych.

Nie po­tra­fi­łem zro­zu­mieć tych zbio­ro­wisk. W Try­ni­da­dzie nie za­pew­ni­ły­by mi żad­ne­go opar­cia, nie rów­no­wa­ży­ły­by tych In­dii, któ­re no­si­łem w so­bie jak neu­ro­zę, In­dii nę­dzy i upodle­nia, zbyt strasz­nych, by je so­bie wy­obra­żać. Ta­kie In­die zna­la­złem te­raz, w 1962 roku, i ucze­piw­szy się swo­jej idei in­dyj­skiej toż­sa­mo­ści, nie mo­głem się z nimi po­go­dzić. Nę­dza in­dyj­skich ulic i wsi była ob­ra­zą i groź­bą, roz­dra­py­wa­niem mo­jej sta­rej neu­ro­zy. Od tego ro­dza­ju nę­dzy dzie­li­ły mnie dwa po­ko­le­nia, ale czu­łem się jej bliż­szy niż więk­szość spo­tka­nych prze­ze mnie In­du­sów.

W 1962 roku, mimo pla­nów pię­cio­let­nich i po­wszech­nych wy­bo­rów, mimo ga­da­nia o so­cja­li­zmie i sza­rym czło­wie­ku, spo­strze­głem, że dla więk­szo­ści In­du­sów in­dyj­ska nę­dza nadal była po­ję­ciem po­etycz­nym, za­chę­tą do li­to­ści i słod­kiej me­lan­cho­lii, in­te­gral­ną czę­ścią wy­jąt­ko­wo­ści tego kra­ju, jego gan­dhyj­skim bra­kiem ma­te­ria­li­zmu.

Re­dak­tor ty­go­dni­ka eko­no­micz­ne­go, do­bry i bez­względ­nie uczci­wy czło­wiek, z któ­rym się za­przy­jaź­ni­łem, po­wie­dział mi w Bom­ba­ju, kie­dy roz­ma­wia­li­śmy o nie­do­ty­kal­nych:

– A wi­dział pan, jak pięk­ni by­wa­ją nasi nie­do­ty­kal­ni?

Po­świę­cił ży­cie spra­wie In­dii, czę­ścią tej spra­wy było po­lep­sze­nie doli nie­do­ty­kal­nych; wy­ra­żał się bar­dzo szla­chet­nie.

To był pa­ra­doks. Z po­wo­du mo­je­go kon­ty­nen­tal­ne­go wy­obra­że­nia o in­dyj­skiej toż­sa­mo­ści i tego, jak mi ono szar­pa­ło ner­wy, cięż­ko by mi było zro­bić w In­diach coś do­bre­go. Ka­sto­wa czy gru­po­wa sta­bil­ność, jaką mie­li In­du­si, ich bar­dziej skon­cen­tro­wa­ne spoj­rze­nie po­zwa­la­ły im pra­co­wać i po­zo­stać przy tym sobą; ro­bi­li rze­czy skrom­ne, wpro­wa­dza­li ra­czej ulep­sze­nia niż re­wo­lu­cyj­ne zmia­ny – w wa­run­kach, któ­re in­nym wy­da­wa­ły­by się bez­na­dziej­ne – jak mo­głem się prze­ko­nać w cią­gu wie­lu ty­go­dni spę­dzo­nych na pro­win­cji, ob­ser­wu­jąc mło­dych urzęd­ni­ków ad­mi­ni­stra­cji pań­stwo­wej.

Tak pra­co­wa­ło przez lata wie­le ty­się­cy lu­dzi, nie ma­jąc przy tym po­czu­cia oso­bi­ste­go dra­ma­tu… wie­lu mi­lio­nów; w cią­gu czter­dzie­stu lat od zdo­by­cia nie­pod­le­gło­ści zło­ży­ło się to na wiel­ki na­ro­do­wy wy­si­łek, któ­re­go wy­ni­ki sta­ły się te­raz wi­docz­ne. To, co na­gle się uwi­docz­ni­ło, było przy­go­to­wy­wa­ne od daw­na. Wzrost bo­gac­twa oka­zał się oczy­wi­sty, tak samo jak nowa uf­ność nie­gdyś bied­nych lu­dzi. Jed­ną ze stron tej no­wej uf­no­ści było uwol­nie­nie no­wych ro­dza­jów par­ty­ku­la­ry­zmu, no­wych ro­dza­jów toż­sa­mo­ści, tak samo krę­pu­ją­cych dla In­du­sów jak dla mnie iden­ty­fi­ka­cja z ka­stą, kla­nem czy re­gio­nem w 1962 roku, gdy przy­je­cha­łem do In­dii wy­łącz­nie jako „In­dus”.

Lu­dzie zwa­ni nie­gdyś nie­do­ty­kal­ny­mi sta­li w cią­gną­cej się przez bli­sko dwa ki­lo­me­try ko­lej­ce, wzdłuż ru­chli­wej ar­te­rii, żeby od­dać cześć swo­je­mu od daw­na nie­ży­ją­ce­mu świę­te­mu, Am­bed­ka­ro­wi, któ­ry na swej iko­nie no­sił eu­ro­pej­ską ma­ry­nar­kę i kra­wat. Pu­blicz­ne oka­zy­wa­nie dumy było nowe. Moż­na by po­wie­dzieć, że Gan­dhi i inni o to wła­śnie wal­czy­li; moż­na by po­wie­dzieć, że jest to uza­sad­nie­nie ru­chu wol­no­ścio­we­go. Ale też moż­na by w tym doj­rzeć za­gro­że­nie dla sta­bil­no­ści, któ­rą wie­lu In­du­sów uzna­wa­ło za na­tu­ral­ną; i czło­wiek z kla­sy śred­niej mógł, w od­ru­chu lęku, mieć po­czu­cie, że kraj scho­dzi na psy.

Bom­baj­ska gieł­da pro­spe­ro­wa­ła. Papu, dwu­dzie­sto­dzie­wię­cio­let­ni ma­kler, przez ostat­nie pięć lat za­ro­bił wię­cej pie­nię­dzy niż jego oj­ciec przez całe swo­je ak­tyw­ne ży­cie. Oj­ciec Papu wy­emi­gro­wał do Bir­my w cza­sach, kie­dy ten kraj był czę­ścią bry­tyj­skich In­dii. Gdy Bir­ma ogło­si­ła nie­pod­le­głość i wy­co­fa­ła się z Bry­tyj­skiej Wspól­no­ty Na­ro­dów, oj­ciec Papu, jak wszy­scy In­du­si, zo­stał stam­tąd wy­da­lo­ny. W In­diach za­czął grać na gieł­dzie na wła­sne kon­to. Uważ­nie stu­dio­wał stro­ny fi­nan­so­we w ga­ze­tach i za­ra­biał na skrom­ne ży­cie.

– Na gieł­dzie – mó­wił Papu – je­śli sie­dem razy na dzie­sięć ci się uda, to do­brze so­bie ra­dzisz.

Jego oj­ciec, któ­ry nie miał stu­diów wyż­szych, do­brze so­bie ra­dził jak na swo­je moż­li­wo­ści.

Le­piej wy­kształ­co­ny i dzia­ła­ją­cy ze znacz­nie więk­szym roz­ma­chem Papu da­wał so­bie radę świet­nie, na­wet jak na wła­sne wy­ma­ga­nia. Ostat­nie pięć lat było jego zda­niem wy­jąt­ko­wo do­bre i czuł, że naj­bliż­sze dzie­sięć też bę­dzie nie­kiep­skie.

Ale zże­rał go nie­po­kój. Nie wie­dział, do cze­go do­pro­wa­dzi nowa agre­syw­ność in­dyj­skie­go biz­ne­su, i nie był pe­wien, jak da­le­ce po­tra­fi się wpa­so­wać w nowy układ, zwa­żyw­szy na swo­je sil­ne uczu­cia re­li­gij­ne. Za­czął się też oba­wiać cze­goś, o czym jego oj­ciec nig­dy nie my­ślał – dwu­dzie­sto­dzie­wię­cio­let­ni Papu żył w stra­chu przed re­wo­lu­cją i anar­chią. Czę­ścio­wo był to strach o wła­sny los, ale też wy­raz re­li­gij­nych nie­po­ko­jów.

Papu po­cho­dził z ro­dzi­ny dźi­ni­stów. Dźi­nizm to sta­re, przed­bud­dyj­skie od­ga­łę­zie­nie hin­du­izmu; jego wy­znaw­cy dążą do tego, co uwa­ża­ją za ab­so­lut­ną czy­stość. Nie je­dzą mię­sa ani jaj, uni­ka­ją od­bie­ra­nia ży­cia. Każ­de­go ran­ka mu­szą się wy­ką­pać, wło­żyć ubra­nie bez szwów i pójść boso do świą­ty­ni, żeby się po­mo­dlić. Jed­no­cze­śnie sły­ną w In­diach ze smy­kał­ki do in­te­re­sów.

Biu­ro Papu znaj­do­wa­ło się w dziel­ni­cy gieł­do­wej. Na po­zio­mie uli­cy nie­ła­two było przy­by­szo­wi z ze­wnątrz od­róż­nić tę część mia­sta od in­nych w cen­trum Bom­ba­ju. Hol wy­so­kie­go bu­dyn­ku, w któ­rym mie­ści­ło się biu­ro Papu, od­zna­czał się ty­po­wo in­dyj­ską ce­chą: mia­ło się wra­że­nie, że co­dzien­nie, w imię czy­sto­ści, ktoś prze­cie­ra całe to miej­sce brud­na­wą ścier­ką i – tak jak co­dzien­nie robi się świe­ży znak pa­stą san­da­ło­wą na świę­tym ob­raz­ku – maże czar­nym sma­rem me­ta­lo­wą kra­tę roz­su­wa­nych drzwi od wind. Każ­da win­da mia­ła nu­mer nie­dba­le wy­ma­lo­wa­ny na ta­blicz­ce i przed każ­dą sta­ła zyg­za­ko­wa­ta ko­lej­ka, tak że lu­dzie w holu two­rzy­li kwie­ci­sty or­na­ment.

Na pię­trze, gdzie wy­sie­dli­śmy z win­dy, ścia­ny rów­nież no­si­ły ślad brud­na­wej ścier­ki, ale w tym no­wym holu, o wie­le spo­koj­niej­szym, lu­dzie naj­wy­raź­niej nie oba­wia­li się, tak jak ci na dole, że ktoś może ich zo­ba­czyć albo że może się to ko­muś nie spodo­bać, i strzy­ka­li czer­wo­ną od be­te­lu śli­ną, cza­sem w kąt, cza­sem pro­sto przed sie­bie – wiel­ki­mi łu­ko­wa­ty­mi bry­zga­mi po ścia­nach.

Po tym wstę­pie we­szli­śmy do biu­ra: urzęd­ni­cy, biur­ka, biu­ro­wy sprzęt. Na ścia­nach opra­wio­ne w ram­ki ko­lo­ro­we ob­raz­ki hin­du­skich bóstw, nie­któ­re ozdo­bio­ne gir­lan­da­mi. Papu urzę­do­wał w ma­łym we­wnętrz­nym po­ko­ju. Ekra­ny kom­pu­te­rów po­ły­ski­wa­ły na zie­lo­no. Na ścia­nie trzy wi­ze­run­ki bo­gów za­wie­szo­ne je­den obok dru­gie­go. Na pra­wo bo­gi­ni Dur­ga do­sia­da­ją­ca ty­gry­sa; nad szkłem spa­da­ją­ca gir­lan­da na­giet­ków.

Za­py­ta­łem Papu o Dur­gę. Nie od­po­wie­dział wprost. Za­czął mó­wić o wie­rze dźi­nij­skiej i o tym, jak się ona od­no­si do tego, co ro­bił w ży­ciu.

– Nie mamy w so­bie in­stynk­tu za­bi­ja­nia, a biz­nes­me­ni po­win­ni go mieć – po­wie­dział.

– Ale prze­cież do­brze so­bie ra­dzi­cie – od­par­łem.

– Je­ste­śmy han­dlow­ca­mi. – Dla nie­go to roz­róż­nie­nie było bar­dzo waż­ne. – In­stynkt za­bi­ja­nia jest po­trzeb­ny w prze­my­śle, nie w han­dlu. I dla­te­go dźi­ni­ści nie zaj­mu­ją się prze­my­słem. Je­śli prze­pro­wa­dzam ja­kieś ope­ra­cje gieł­do­we i nie je­stem w sta­nie wy­cią­gnąć od klien­ta na­leż­nych mi pie­nię­dzy, to nie wy­naj­mę ja­kie­goś ban­dzio­ra, żeby je z nie­go wy­ci­snąć. A tak się tu­taj dzie­je na przy­kład w prze­my­śle bu­dow­la­nym; gdy­bym był bu­dow­lań­cem, mu­siał­bym mieć kon­tak­ty z ma­fią.

– Od daw­na tak jest?

– W mia­stach to się sze­rzy co­raz bar­dziej. Od 1975 roku, kie­dy na­sta­ła pani Gan­dhi, wszy­scy sze­fo­wie ma­fii rzu­ci­li szmu­giel i za­ję­li się bu­dow­nic­twem. Na przy­kład „za­chę­ca­ją” lu­dzi, żeby opu­ści­li te­re­ny, któ­re moż­na póź­niej wy­ko­rzy­stać pod bu­do­wę.

Wie­le osób o tym mó­wi­ło. Na tym mię­dzy in­ny­mi po­le­ga­ła kry­mi­na­li­za­cja in­dyj­skie­go biz­ne­su i po­li­ty­ki.

– To jest pro­blem – po­wie­dział Papu. – Nie wiem, jak dłu­go to wszyst­ko – po­ka­zał wła­sne biu­ro z kom­pu­te­ra­mi i biu­ro na ze­wnątrz – po­trwa. Na ra­zie do­brze nam idzie. Je­ste­śmy we­ge­ta­ria­na­mi, ale nie wiem, jak dłu­go uda nam się utrzy­mać, nie wda­jąc się w wal­kę.

To było dziw­ne – ten na­cisk na we­ge­ta­ria­nizm w tym kon­tek­ście. Ale we­ge­ta­ria­nizm był pod­sta­wą jego wia­ry. W za­mę­cie, płyn­no­ści i nie­pew­no­ści ży­cia we­ge­ta­ria­nizm, nie­zgo­da na utra­tę czy­sto­ści sta­no­wi­ły wy­sep­kę, przy któ­rej moż­na się było za­ko­twi­czyć. To ćwi­cze­nie woli i cno­ty ra­to­wa­ło czło­wie­ka przed in­ne­go ro­dza­ju eks­ce­sa­mi, łącz­nie z tym „wda­wa­niem się w wal­kę”.

Papu był śred­nie­go wzro­stu. We­ge­ta­ria­nizm i sport (upra­wiał, o dzi­wo, siat­ków­kę) dały mu zgrab­ną, smu­kłą syl­wet­kę. Był sil­ny, choć bez wi­docz­nej mu­sku­la­tu­ry; dziw­nie przy­po­mi­nał gład­kie, mar­mu­ro­we dźi­nij­skie po­są­gi. Spoj­rze­nie miał po­god­ne, twarz kwa­dra­to­wą, wy­ra­zi­stą, skó­rę gład­ką, bez ska­zy.

Uwa­żał, że je­śli na­tu­ra han­dlu się zmie­ni, je­że­li wkro­czy do nie­go in­stynkt za­bi­ja­nia, dźi­ni­ści będą mu­sie­li wal­czyć albo zre­zy­gno­wać. Po­rzu­ci­li prze­mysł bu­dow­la­ny. W Bom­ba­ju, tak samo jak w Del­hi, po­rzu­ci­li te dzie­dzi­ny han­dlu, któ­re wy­ma­ga­ły od nich no­sze­nia przy so­bie go­tów­ki lub kosz­tow­no­ści.

Znów za­czął mó­wić o swo­jej wie­rze i kie­dy wró­cił – gdy uznał to za sto­sow­ne – do mo­je­go wcze­śniej­sze­go py­ta­nia o bo­gi­nię Dur­gę, nie mó­wił o niej jako o bo­gi­ni o pew­nych spe­cjal­nych atry­bu­tach, lecz po pro­stu jak o Bogu.

– Mu­szę my­śleć o Bogu, ile­kroć coś się dzie­je. Na po­cząt­ku roku stra­ci­łem ojca. Zmarł na atak ser­ca. W ta­kiej chwi­li czło­wiek czu­je, że ist­nie­je ja­kiś czyn­nik ze­wnętrz­ny, wo­bec któ­re­go jest bez­rad­ny.

Te­raz uży­wam kom­pu­te­rów, tak jak to ro­bią w kra­jach roz­wi­nię­tych. Chwi­la­mi mam po­czu­cie, że mogę pod­bić ry­nek wła­śnie dla­te­go, że umiem przy­swo­ić so­bie ten roz­wój. Ale gdy dzie­je się coś ta­kie­go jak śmierć mo­je­go ojca, to mam po­czu­cie, że moja za­rad­ność czy moja agre­sja są nic nie­war­te. Je­stem ma­kle­rem. Prze­wi­du­ję zmia­ny kur­sów, ruch cen. Ta pra­ca to ob­se­sja, jak pan wie. I na­gle po­ja­wia się to po­czu­cie, że nie mogę prze­wi­dzieć wła­sne­go ży­cia. W ta­kich chwi­lach czu­ję, że gdzieś jest Bóg, i chcę wie­rzyć.

W ze­szłym roku mia­łem to po­czu­cie, ile­kroć by­łem pod­eks­cy­to­wa­ny albo bar­dzo smut­ny. Wcze­śniej, gdy­bym był pod­nie­co­ny, oka­zał­bym to na ze­wnątrz. Mógł­by pan to zo­ba­czyć. Ale te­raz wiem, że pod ko­niec dnia po eu­fo­rii może się zda­rzyć coś smut­ne­go. Więc po co się eks­cy­to­wać?

– Ro­zu­miem, że ta­kie my­śli na­cho­dzą lu­dzi star­szych, ale pan nie jest sta­ry.

– U nas na bom­baj­skiej gieł­dzie mó­wi­my: „Ile wi­dzia­łeś Di­wa­li?”. Di­wa­li to świę­to świa­teł. Zna­czy to tyle, co: „Ile masz lat?”. Mój przy­ja­ciel, któ­ry jest wła­ści­cie­lem tej fir­my, ma za­le­d­wie trzy­dzie­ści lat i przez ostat­nie pięć bar­dzo do­brze mu się po­wo­dzi­ło. Prze­szedł przez dwie kon­tro­le po­dat­ko­we, raz był na wo­zie, raz pod wo­zem. W cią­gu pię­ciu lat do­świad­czył tyle, ile mój oj­ciec przez całe ży­cie. Dla­te­go mó­wi­my, że nie cho­dzi o to, ile wi­dzia­łeś Di­wa­li, tyl­ko o to, ile od­pa­li­łeś pe­tard. Dla mnie to jest praw­da nie tyl­ko w biz­ne­sie, ale i w ży­ciu. Każ­de­go ran­ka idę do świą­ty­ni. Mo­dlę się głów­nie o to, bym po­tra­fił kon­tro­lo­wać swo­je uczu­cia.

– Uczu­cia żalu? – spy­ta­łem z my­ślą o jego ojcu.

Nie do­sły­szał mnie. Są­dził, że po­wie­dzia­łem „uczu­cia żą­dzy”, i od­po­wie­dział:

– Żą­dzy i stra­chu. Uczu­cia nie­od­łącz­ne od mo­je­go biz­ne­su. Idę do świą­ty­ni, skła­dam ręce i cze­kam pięć mi­nut.

– Do kogo pan się wte­dy zwra­ca?

– Do tego, kogo uwa­żam za kon­tro­le­ra świa­ta.

– Nie ma pan na my­śli ja­kie­goś kon­kret­ne­go bó­stwa?

– Je­że­li zaj­mu­je się pan biz­ne­sem, to na­su­wa się panu ob­raz bo­gi­ni Laksz­mi. Albo ob­raz bo­gi­ni Sa­ra­swa­ti. Laksz­mi to bo­gi­ni bo­gac­twa, Sa­ra­swa­ti to bo­gi­ni mą­dro­ści. A kie­dy my­ślę o dzie­ciach w slum­sach, to mu­szę my­śleć o Bogu. I wte­dy wy­da­je mi się, że jest ja­kieś spe­cjal­ne łono, z któ­re­go się zro­dzi­łem; i dla­te­go je­stem te­raz tu­taj, a nie gdzie in­dziej. No więc dla­cze­go tu, a nie tam, w slum­sach? Nig­dzie w tej zor­ga­ni­zo­wa­nej wie­dzy, jaką otrzy­ma­łem w szko­le i na stu­diach, nie znaj­du­ję od­po­wie­dzi na to py­ta­nie. Od­po­wiedź brzmi: Bóg. Parę razy dzien­nie na­cho­dzą mnie ta­kie my­śli.

– Czy pań­skie­go ojca też na­cho­dzi­ły?

– Mój oj­ciec do wszyst­kie­go do­szedł sam. Miał tyl­ko ma­tu­rę. Mu­siał się bar­dziej po­świę­cać pra­cy. W za­sa­dzie czło­wiek my­śli o tych spra­wach, kie­dy już za­pew­ni so­bie po­ży­wie­nie i dach nad gło­wą. Ojca na pew­no na­cho­dzi­ły ta­kie my­śli, ale mu­siał przede wszyst­kim wy­peł­niać swo­je obo­wiąz­ki wo­bec ro­dzi­ny. Mnie się żyje tro­chę wy­god­niej niż jemu, kie­dy był w moim wie­ku. I to też jest po­wód ta­kich my­śli.

– Czy czło­wie­ko­wi może się po­wo­dzić w in­te­re­sach bez pew­nej dozy agre­sji?

– Agre­sja stwa­rza błęd­ne koło. Dam panu przy­kład. Mamy tu fa­ce­ta o na­zwi­sku Am­ba­ni. Za parę lat bę­dzie naj­więk­szym prze­my­słow­cem w kra­ju. Ten fa­cet na­praw­dę jest do­sko­na­łym przy­kła­dem tego, jak się od­no­si suk­ces w In­diach. Jest do­brym ad­mi­ni­stra­to­rem i do­brym ma­ni­pu­la­to­rem. To są dwie róż­ne rze­czy. Ad­mi­ni­stra­tor or­ga­ni­zu­je swój biz­nes, ma­ni­pu­la­tor or­ga­ni­zu­je świat na ze­wnątrz. Am­ba­ni ma dar prze­wi­dy­wa­nia i w grun­cie rze­czy jest agre­syw­ny. Je­śli go po­rów­nać ze sta­ry­mi prze­my­słow­ca­mi ta­ki­mi jak Tata czy Bir­la, to wy­prze­dza ich o jed­no po­ko­le­nie. Bir­la miał li­cen­cje. Za­ło­żył fa­bry­ki, pro­du­ku­je to­wa­ry. Ten gość, Am­ba­ni, zro­bił krok da­lej. Pro­wa­dzi po­li­ty­kę na wła­sny ra­chu­nek. Za­łóż­my, że wi­dzi za­po­trze­bo­wa­nie na po­lie­ster. To się błysz­czy i jest nie do zdar­cia. Do­sko­na­ły ma­te­riał dla In­dii, gdzie lu­dzie nie mogą so­bie po­zwo­lić na za­kup wie­lu ubrań. No więc za­bie­ra się do po­lie­stru i dba o to, żeby nikt inny się tym nie zaj­mo­wał. Po­tem robi na­stęp­ny krok: wy­twa­rza su­ro­wiec do pro­duk­cji po­lie­stru. A wte­dy chce, żeby inni lu­dzie za­czę­li pro­du­ko­wać po­lie­ster i ku­po­wa­li od nie­go su­ro­wiec. Taka in­te­gra­cja wstecz­na za­pew­ni mu w przy­szło­ści kon­tro­lę nad ca­łym prze­my­słem tek­styl­nym w In­diach. Po­lie­ster bę­dzie naj­więk­szym ryn­kiem.

Gdy­bym chciał roz­wi­nąć ja­ki­kol­wiek biz­nes w In­diach, mu­siał­bym ro­bić coś ta­kie­go. Coś w tym ro­dza­ju.

Ale jest i dru­ga stro­na me­da­lu. Mamy tu taką fir­mę Ba­jaj. Dru­gi na świe­cie pro­du­cent sku­te­rów. Trzy lata temu, kie­dy Ja­poń­czy­cy we­szli do In­dii, wszy­scy my­śle­li, że Ba­jaj nie­ba­wem pad­nie. Otóż Ba­jaj nie tyl­ko trwa, ale roz­wi­ja się znacz­nie szyb­ciej niż oni wszy­scy ra­zem wzię­ci. Fa­cet ma dy­plom Ha­rvar­du, ale to kon­wen­cjo­nal­na ro­dzi­na, z całą in­dyj­ską kul­tu­rą i tra­dy­cja­mi. Mu­sie­li za­pła­cić dzie­więć­dzie­siąt sie­dem pro­cent po­dat­ku od do­cho­dów i osiem­dzie­siąt pro­cent tak­sy za pra­wa spad­ko­we, ale i tak są dzi­siaj po­ten­ta­ta­mi. Ich suk­ces po­zwa­la mi wie­rzyć, że to nadal może tu dzia­łać.

Przez „to” ro­zu­miał tra­dy­cyj­ny in­dyj­ski spo­sób po­stę­po­wa­nia, pa­su­ją­cy do „ca­łej in­dyj­skiej kul­tu­ry i tra­dy­cji”.

– Istot­ne jest tu­taj pań­skie py­ta­nie, jak od­nieść suk­ces bez agre­sji – po­wie­dział Papu. – Rzecz po­le­ga na dys­cy­pli­nie. Nie uwa­żam, by moi zna­jo­mi nie­we­ge­ta­ria­nie mie­li taką siłę woli, dys­cy­pli­nę i cha­rak­ter jak we­ge­ta­ria­nie. Kie­dy prze­szli­śmy na we­ge­ta­ria­nizm, wca­le nie my­śle­li­śmy o tych spra­wach. Ale te­raz, pa­trząc wstecz, stwier­dza­my, że nie­we­ge­ta­ria­nie mają pro­blem.

Papu za­pla­no­wał swo­ją przy­szłość. Miał za­miar pra­co­wać jesz­cze przez dzie­sięć lat, żeby wy­ko­rzy­stać swo­je biz­ne­so­we zdol­no­ści. Przez te dzie­sięć lat chciał za­ro­bić dość pie­nię­dzy, by mu ich star­czy­ło do koń­ca ży­cia. A po­tem za­mie­rzał po­świę­cić się pra­cy spo­łecz­nej. Miał jed­nak wąt­pli­wo­ści co do tego pla­nu. Nie był pe­wien, czy re­zy­gna­cja z pra­cy jest rze­czą roz­sąd­ną i sku­tecz­ną. Je­że­li oso­bi­ście pój­dzie w lud i bę­dzie pra­co­wał spo­łecz­nie, to czy nie zmar­nu­je swo­ich wro­dzo­nych pre­dys­po­zy­cji? Czy nie le­piej przy­słu­ży się spra­wie spo­łecz­nej, je­śli nadal bę­dzie się zaj­mo­wał biz­ne­sem, a zy­ski – któ­re będą ro­snąć – prze­zna­czy na cele spo­łecz­ne?

Te my­śli nie da­wa­ły mu spo­ko­ju. Nie był pe­wien swo­ich głę­bo­kich mo­ty­wa­cji i to go nie­po­ko­iło jesz­cze bar­dziej. Uwa­żał, że przy tym try­bie ży­cia, jaki obec­nie pro­wa­dzi, jego tro­ska o los bied­nych jest tyl­ko hi­po­kry­zją.

– Sko­ro mó­wię, że po­wi­nie­nem się za­jąć pra­cą spo­łecz­ną, to dla­cze­go sie­dzę tu­taj w tym kli­ma­ty­zo­wa­nym biu­rze? Gdy­by moje uczu­cia były szcze­re, pra­co­wał­bym te­raz w slum­sach. Być może do czter­dzie­ste­go roku ży­cia będę zmu­szo­ny żyć jak hi­po­kry­ta. Ale po­tem będę ro­bił, co chcę. Dzi­siaj to, co wło­ży­łem, zwra­ca mi się z na­wiąz­ką. I dla­te­go mam po­czu­cie, że po­wi­nie­nem jesz­cze bar­dziej przy­kła­dać się do pra­cy. Uwa­żam, że nie mam pra­wa do tych luk­su­sów.

Wcze­śniej­sze po­ko­le­nie dźi­ni­stów, kie­dy my­śla­ło o pra­cy spo­łecz­nej, zwy­kle bu­do­wa­ło mar­mu­ro­we świą­ty­nie. Nie wy­da­je nam się to słusz­ne, może dla­te­go, że już jest tak wie­le świą­tyń. My­śli­my ra­czej o szpi­ta­lach i sie­ro­ciń­cach. Na­sze po­ko­le­nie bar­dziej trosz­czy się o pra­cę spo­łecz­ną niż o re­li­gię.

– Czy nę­dza In­dii rze­czy­wi­ście tak panu do­skwie­ra, jak pan mówi?

– Je­stem pe­wien, że wy­buch­nie re­wo­lu­cja. W tym lub na­stęp­nym po­ko­le­niu. Taka nie­rów­ność do­cho­dów nie może trwać. Ciar­ki mnie prze­cho­dzą, kie­dy o tym my­ślę. Je­stem ab­so­lut­nie prze­ko­na­ny, że duch in­dyj­ski jest re­li­gij­ny, fa­ta­li­stycz­ny. Mimo wy­kształ­ce­nia, ja­kie ode­bra­łem, nadal uwa­żam, że mój los jest prze­są­dzo­ny, co­kol­wiek bym ro­bił. Dla­te­go nig­dy nie mie­li­śmy re­wo­lu­cji. Ale te­raz, wraz z na­ra­sta­ją­cą fru­stra­cją, na­wet je­śli lu­dzie są re­li­gij­ni, re­wo­lu­cja wy­buch­nie. Miar­ka się prze­bra­ła.

– Jaką for­mę przy­bie­rze re­wo­lu­cja, pań­skim zda­niem?

– Nie bę­dzie żad­nej for­my. To­tal­ny cha­os.

Dla nie­któ­rych, na przy­kład dla lu­dzi z Śiw Seny, re­wo­lu­cja już się roz­po­czę­ła. Ni­khil, nowo po­zna­ny prze­ze mnie mło­dy dzien­ni­karz pra­cu­ją­cy dla pew­ne­go cza­so­pi­sma, za­brał mnie w nie­dzie­lę na spo­tka­nie z „sze­fem sek­cji” Seny na prze­my­sło­wym przed­mie­ściu Tha­ne. Sena ma w Tha­ne czter­dzie­ści sek­cji – czter­dzie­ści na jed­nym przed­mie­ściu – a każ­da sek­cja ma sze­fa ta­kie­go jak pan Pa­til, z któ­rym mie­li­śmy się spo­tkać.

Tha­ne znaj­do­wa­ła się o go­dzi­nę dro­gi po­cią­giem z cen­trum Bom­ba­ju na pół­noc. Sze­ro­kie, prze­stron­ne, pry­mi­tyw­ne wa­go­ny, przy­sto­so­wa­ne do cięż­kich wa­run­ków jaz­dy z przed­mie­ścia do mia­sta, żad­nych ozdób, gołe me­ta­lo­we słup­ki, ry­gle, pół­ki. W każ­dym wa­go­nie do­brze wi­docz­na me­ta­lo­wa ta­blicz­ka z na­zwi­skiem kon­struk­to­rów: Jes­sop and Co., Kal­ku­ta, nie­gdyś spół­ka bry­tyj­ska, te­raz in­dyj­ska.

Mi­ja­li­śmy brud­ne, zżar­te przez grzyb blo­ki miesz­kal­ne; mo­cza­ry i ście­ki; bru­nat­ne po­let­ka; kurz i dzie­ciar­nię; i cały czas cha­łu­py oraz przy­le­ga­ją­ce do nich schro­nie­nia z da­cha­mi ze szmat, do któ­rych bu­do­wy cha­łu­py za­chę­ca­ły, bo każ­da ist­nie­ją­ca cha­łu­pa, sza­łas czy bud­ka da­wa­ły no­wym przy­by­szom jed­ną go­to­wą ścia­nę, a lu­dzie bez ustan­ku przy­pły­wa­li fala za falą do Bom­ba­ju, cza­sem uni­ce­stwia­jąc w jed­ną noc wie­lo­let­nie wy­sił­ki w celu re­no­wa­cji za­bu­do­wy. Ruch Śiw Sena po­cząt­ko­wo wal­czył o Ma­ha­rasz­trę dla Ma­ra­thów i pro­wa­dził kam­pa­nię prze­ciw­ko imi­gra­cji do Bom­ba­ju lu­dzi z in­nych sta­nów. To, co­śmy wi­dzie­li z po­cią­gu, wy­star­cza­ją­co wy­ja­śnia­ło dla­cze­go.

Na­wet w Tha­ne, znaj­du­ją­cej się o go­dzi­nę dro­gi od mia­sta, mia­ło się wra­że­nie, że prze­strzeń ży­cio­wa nadal jest ogrom­nie cen­na. Na uli­cy dziel­ni­cy ro­bot­ni­czej w po­bli­żu dwor­ca – za­raz za ja­skra­wy­mi stra­ga­na­mi z owo­ca­mi, ta­ni­mi ze­gar­ka­mi albo z nie­dziel­ną ru­pie­ciar­nią i błysz­czą­cą jar­marcz­ną tan­de­tą – zwy­kłe miesz­ka­nie mo­gło kosz­to­wać dwa i pół la­kha ru­pii, czy­li dwie­ście pięć­dzie­siąt ty­się­cy ru­pii, oko­ło dzie­się­ciu ty­się­cy fun­tów.

Do domu pana Pa­ti­la wcho­dzi­ło się od tej uli­cy przej­ściem mię­dzy dwo­ma jed­no­pię­tro­wy­mi do­ma­mi. Pan Pa­til zaj­mo­wał pię­tro sta­re­go domu po pra­wej; dom po le­wej, wciąż jesz­cze w bu­do­wie i w za­ska­ku­ją­cym sty­lu ar­chi­tek­to­nicz­nym, za­po­wia­dał się im­po­nu­ją­co. Po­dwór­ko na koń­cu przej­ścia przy­po­mi­na­ło po­dwór­ka w daw­nym Port-of-Spa­in, z buj­nym ży­ciem na dwo­rze, choć przy­bu­dów­ki z kru­szą­cej się ce­gły, przy­kle­jo­ne do muru w głę­bi, świad­czy­ły o cia­sno­cie ta­kiej jak w Bom­ba­ju i o obec­no­ści lu­dzi, któ­rzy mu­szą się za­do­wo­lić bar­dzo małą po­wierzch­nią.

Na par­ce­li czy po­dwór­ku po dru­giej stro­nie muru w głę­bi, sto­sun­ko­wo bli­sko nie­go, stał pod­nisz­czo­ny be­to­no­wy szkie­let pro­jek­to­wa­ne­go bu­dyn­ku więk­szych roz­mia­rów; wy­glą­da­ło to tak, jak­by za­rzu­co­no bu­do­wę. Gdy­by ten bu­dy­nek zo­stał ukoń­czo­ny, po­zba­wił­by świa­tła po­dwór­ko pana Pa­ti­la; lu­dzie z po­dwór­ka po­czu­li­by się osa­cze­ni. Ale te­raz, dzię­ki temu otwar­ciu w głę­bi, na po­dwór­ku pana Pa­ti­la nie mia­ło się, o dzi­wo, po­czu­cia przy­tło­cze­nia, po­mi­mo że lu­dzi był tłum i pa­no­wał ogól­ny har­mi­der – masa roz­pro­szo­nych od­gło­sów, masa roz­ma­itych zda­rzeń zle­wa­ły się w jed­no, two­rząc coś jak­by szum mo­rza.

Na pię­tro pana Pa­ti­la pro­wa­dzi­ły stro­me (oszczęd­ność miej­sca), wy­ma­ga­ją­ce ostroż­no­ści drew­nia­ne scho­dy. Mia­ły cie­ka­wą kon­struk­cję – każ­da gru­ba de­ska stop­nia była po­łą­czo­na wpu­sto­wo z bocz­ny­mi bel­ka­mi. Na bal­ko­ni­ku czy ga­le­ryj­ce na pię­trze sta­ły po­zo­sta­wio­ne pod drzwia­mi buty i kap­cie, ale nas nie po­pro­szo­no, aby­śmy zdję­li obu­wie.

W po­ko­ju był już je­den gość, któ­ry przy­szedł przed nami. Obok pana Pa­ti­la sie­dział w fo­te­lu in­spek­tor po­li­cji w mun­du­rze kha­ki. On tak­że nie zdjął bu­tów, a były wspa­nia­łe, z pew­no­ścią na­le­ża­ły do nie­go, nie sta­no­wi­ły czę­ści umun­du­ro­wa­nia. Się­ga­ją­ce do kost­ki, z mięk­kiej skó­ry ko­lo­ru by­czej krwi, ozdo­bio­ne ele­ganc­kim ząb­ko­wa­niem i szwa­mi.

In­spek­tor miał oko­ło czter­dzie­stu lat. Był po­waż­ny i pe­łen sza­cun­ku, ale też wy­ma­gał sza­cun­ku dla sie­bie. Pan Pa­til marsz­czył brwi; moż­na to było od­czy­tać jako prze­jaw jego au­to­ry­te­tu. Był ni­skie­go wzro­stu, mło­dy, pod trzy­dziest­kę, za­czy­nał tyć. Sie­dział w taki spo­sób, że wi­dać było jego po­kaź­ny brzu­szek. Brzu­szek wy­da­wał się nowy, jak­by jego wła­ści­ciel jesz­cze się do nie­go nie przy­zwy­cza­ił, po­dob­nie jak do pulch­nych ud roz­py­cha­ją­cych spodnie. Miał bose sto­py. Taki pa­no­wał zwy­czaj, ale ozna­cza­ło to tak­że jego uprzy­wi­le­jo­wa­ną po­zy­cję – lo­kal­ny dy­gni­tarz przyj­mu­ją­cy u sie­bie w domu.

In­spek­tor po­li­cji przy­szedł tu w nie­dziel­ny po­ra­nek pro­sić Senę o po­moc w roz­wią­za­niu pro­ble­mu „nę­ka­nia Ewy”. Sek­su­al­ne nę­ka­nie ko­biet w miej­scach pu­blicz­nych, czę­sto cich­cem, cza­sem zu­peł­nie otwar­cie, było pro­ble­mem w ca­łych In­diach. Kon­kret­ny in­cy­dent, któ­ry za­nie­po­ko­ił in­spek­to­ra, spro­wo­ko­wał star­cie dwóch grup z dziel­ni­cy. W ta­kim ści­sku i wy­mu­szo­nej bli­sko­ści nie trze­ba wie­le, żeby po­nio­sły ner­wy; ła­two o kło­po­ty.

Sa­lon był po­ma­lo­wa­ny na ró­żo­wo, z po­sadz­ką z la­stry­ko. Swo­im ume­blo­wa­niem i wy­stro­jem przy­po­mi­nał, wy­jąw­szy ów­cze­sne de­ta­le, zna­ne mi z dzie­ciń­stwa po­ko­je w Try­ni­da­dzie, po­ko­je lu­dzi, któ­rzy za­czy­na­li czuć, że im się po­wo­dzi, i na­bie­ra­li do sie­bie sza­cun­ku. Te­le­wi­zor Sony z ma­gne­to­wi­dem. Na te­le­wi­zo­rze ko­ron­ko­wy ob­ru­sik, na któ­rym sie­dzia­ła lal­ka. Na ró­żo­wych ścia­nach pla­sti­ko­we ga­łąz­ki hi­bi­sku­sa we­tknię­te w ka­wał­ki pla­sti­ko­wej siat­ki. W jed­nym ką­cie po­ko­ju po­dwój­ne łóż­ko z dwo­ma sy­me­trycz­nie i pro­sto­pa­dle do sie­bie uło­żo­ny­mi spło­wia­ły­mi ró­żo­wy­mi wał­ka­mi; wi­szą­ce na ja­kimś haku ubra­nia pana Pa­ti­la.

Mat­ka pana Pa­ti­la sie­dzia­ła na po­sadz­ce w otwar­tych drzwiach po le­wej. Tam za­pew­ne znaj­do­wa­ła się kuch­nia. Wy­da­wa­ło mi się, że do­la­tu­je stam­tąd za­pach sma­żo­nej ryby, ale może się my­li­łem. Być może Pa­ti­lo­wie nie ja­da­li ryb; w In­diach ta­kie szcze­gó­ły mają zna­cze­nie i mogą się wią­zać z po­waż­ny­mi ka­sto­wy­mi spra­wa­mi. W każ­dym ra­zie czuć było ku­chen­ne za­pa­chy; znę­ci­ły ru­de­go, prę­go­wa­ne­go jak ty­grys kot­ka, któ­ry pod­czas roz­mo­wy in­spek­to­ra po­li­cji z pa­nem Pa­ti­lem prze­biegł przez sa­lon aż do otwar­tych drzwi, gdzie sie­dzia­ła mat­ka pana Pa­ti­la. Ten kot mnie za­sko­czył – my­śla­łem, że In­du­si nie lu­bią ko­tów. To był kot in­dyj­ski – chu­da szy­ja i łapy, tyl­ko brzuch za­okrą­glo­ny, bar­dziej ko­ści­sty i wy­gło­dzo­ny niż pu­cu­ło­wa­te an­giel­skie koty.

Mat­ka pana Pa­ti­la mia­ła na so­bie sari w czer­wo­no-ró­żo­wy wzo­rek, za­wią­za­ne tak, że każ­dą nogę owi­ja­ło osob­no. Była bar­dzo ni­ska, mia­ła buj­ne, ob­wi­słe, zmę­czo­ne cia­ło i no­si­ła oku­la­ry z gru­by­mi szkła­mi. Sie­dzia­ła w drzwiach, żeby cie­szyć się z to­wa­rzy­stwa w nie­dziel­ny po­ra­nek, choć po jej za­cho­wa­niu było wi­dać, że nie ma za­mia­ru wkra­czać w po­waż­ne spra­wy, ja­ki­mi może się zaj­mo­wać jej syn.

Su­ro­wy i bu­dzą­cy re­spekt ofi­cer po­li­cji w koń­cu wstał. Po­wie­dział, że się cie­szy, że pan Pa­til tak do­brze go ro­zu­mie. Obie gru­py za­mie­sza­ne w „nę­ka­nie Ewy” mają wy­star­cza­ją­co dużo zwo­len­ni­ków, żeby wy­wo­łać praw­dzi­we roz­ru­chy w mie­ście, a w ta­kich przy­pad­kach po­li­cja musi pró­bo­wać po­go­dzić ad­wer­sa­rzy. Po tym wy­szedł; sły­sze­li­śmy, jak lek­ko zbie­ga w swo­ich bu­tach po stro­mych scho­dach.

Pan Pa­til jesz­cze moc­niej zmarsz­czył brwi, za­ci­snął usta i cze­kał, co mam mu do po­wie­dze­nia. Nie mó­wił po an­giel­sku, znał tyl­ko ma­ra­thi. Ni­khil słu­żył mi za tłu­ma­cza. Po­wie­dzia­łem, że naj­pierw chcę się cze­goś do­wie­dzieć o dziel­ni­cy i bli­skich pana Pa­ti­la.

Jego ro­dzi­na spę­dzi­ła całe ży­cie wła­śnie tu­taj, w tej dziel­ni­cy. Oj­ciec przez czter­dzie­ści lat pra­co­wał w na­rzę­dziow­ni pew­nej fa­bry­ki w cen­trum Bom­ba­ju. Co pro­du­ko­wa­ła ta fa­bry­ka? Tego ani pan Pa­til, ani jego mat­ka nie wie­dzie­li. Obec­nie fa­bry­ka prze­sta­ła dzia­łać, skoń­czy­ło się. Ale waż­ne było to, że oj­ciec miał sta­łą pra­cę, dzię­ki cze­mu jego dzie­ci nie za­zna­ły bie­dy. Jako ro­dzi­na do­świad­czy­li bie­dy do­pie­ro wów­czas, gdy oj­ciec zmarł – w 1975 roku. W In­diach nie funk­cjo­no­wa­ło nic ta­kie­go jak eme­ry­tu­ra.

Pan Pa­til miał bar­dzo ciem­ną, kwa­dra­to­wą twarz. No­sił wąsy. Jego wło­sy za­czy­na­ły się prze­rze­dzać.

Po śmier­ci ojca po­szedł do pra­cy. Zna­lazł za­ję­cie w dzia­le opa­ko­wań fa­bry­ki pro­du­ku­ją­cej tran­zy­sto­ry. O tym, że jest tam wol­ne miej­sce, po­wie­dzia­ła mu ku­zyn­ka, któ­ra pra­co­wa­ła w tej fa­bry­ce; zresz­tą nadal tam pra­cu­je. Nie­wie­le za­ra­biał przy pa­ko­wa­niu – trzy­sta ru­pii mie­sięcz­nie, pra­cu­jąc osiem go­dzin dzien­nie. Nie lu­bił swo­jej pra­cy, ale lep­sza taka niż żad­na. W fa­bry­ce po­znał masę lu­dzi, z wie­lo­ma nadal się wi­du­je.

Nig­dy nie uwa­żał sie­bie ani swo­jej ro­dzi­ny za bie­da­ków. Nig­dy się nie za­sta­na­wiał, czy jest bo­ga­ty, czy bied­ny. Za­wsze uwa­żał, że na­le­ży do kla­sy śred­niej – uży­wał tego wy­ra­że­nia w ta­kim sen­sie, jaki ma ono w In­diach. W tym, co mó­wił, po­brzmie­wa­ło echo słów Papu, ma­kle­ra dźi­ni­sty: męż­czy­zna musi się naj­pierw za­trosz­czyć o po­ży­wie­nie i dach nad gło­wą, nim za­in­te­re­su­je się in­ny­mi spra­wa­mi. Tak jak to było z Papu, suk­ces roz­bu­dził w panu Pa­ti­lu za­in­te­re­so­wa­nia spo­łecz­ne, któ­rych jego bar­dziej znę­ka­ny oj­ciec nig­dy nie miał, więc choć Śiw Sena mówi o cięż­kiej doli Ma­ra­thów, to taka myśl może przyjść lu­dziom do gło­wy do­pie­ro wte­dy, kie­dy się wy­do­bę­dą z zu­peł­ne­go ubó­stwa.

Jak się zro­dzi­ła w panu Pa­ti­lu am­bi­cja, sko­ro do­ra­stał w ta­kim miej­scu? Czy był am­bit­ny w dzie­ciń­stwie? Był. Chciał się stać sław­ny. Nie sław­ny z ja­kie­goś kon­kret­ne­go po­wo­du, tyl­ko po pro­stu sław­ny. Kie­dyś my­ślał, że mógł­by zo­stać słyn­nym gra­czem w kry­kie­ta. Ale te­raz nie żywi już ta­kich am­bi­cji, mie­rzy ni­żej. Chce po pro­stu ro­bić to, cze­go ocze­ku­je od nie­go naj­wyż­szy par­tyj­ny przy­wód­ca.

Miał dzie­sięć lat, kie­dy pierw­szy raz zo­ba­czył sze­fa. To było tu­taj, w tej dziel­ni­cy. Chy­ba w 1969 albo 1970 roku. Pew­ne­go dnia zo­ba­czył pla­kat za­po­wia­da­ją­cy wi­zy­tę sze­fa. Do tego cza­su nig­dy o nim nie sły­szał: ruch Sena li­czył tyl­ko trzy lata, a szef nie był jesz­cze tak sław­ny, jak stał się póź­niej. Nie­mniej pan Pa­til za­uwa­żył pla­kat in­for­mu­ją­cy o jego wi­zy­cie. To się dzia­ło w cza­sie świę­ta Ga­na­pa­tie­go. Od tego mo­men­tu w wy­po­wie­dziach pana Pa­ti­la re­li­gia i po­li­ty­ka Seny za­czę­ły iść w pa­rze.

Ga­na­pa­ti, Ga­ne­śa, hin­du­ski bóg-słoń, ze swo­ją dłu­gą przy­ja­zną trą­bą, błysz­czą­cy­mi ocza­mi i wiel­kim za­do­wo­lo­nym brzu­chem, był w Ma­ha­rasz­trze uwiel­bia­ny. Ro­dzi­na Pa­ti­lów uwa­ża­ła go za ko­goś bar­dzo waż­ne­go – mie­li w domu ob­ra­zek z Ga­na­pa­tim. Świę­to trwa­ło dzie­więć dni i każ­de­go dnia od­by­wa­ło się ja­kieś wiel­kie wy­da­rze­nie. Pan Pa­til jako chło­piec cho­dził na to wiel­kie wy­da­rze­nie przez wszyst­kie dzie­więć dni i ro­bił to co roku.

Po­wie­dział mi:

– Wszyst­ko, co mnie w ży­ciu do­bre­go spo­tka­ło, za­wdzię­czam ła­sce Ga­na­pa­tie­go. W każ­dym mie­sią­cu jest dzień po­świę­co­ny bogu Ga­na­pa­tie­mu. Jadę go wte­dy uczcić do wiel­kiej świą­ty­ni Ga­na­pa­tie­go w Pali, sto dzie­sięć ki­lo­me­trów stąd. – Ni­khil tłu­ma­czył jego sło­wa z ma­ra­thi, pod­czas gdy mat­ka (o dużo ja­śniej­szej skó­rze niż syn) po­ta­ki­wa­ła gło­wą.

Na ścia­nie za te­le­wi­zo­rem Sony wi­sia­ła ko­lo­ro­wa fo­to­gra­fia czy re­pro­duk­cja świę­te­go wi­ze­run­ku z Pali; wiel­kie ja­skra­wo­czer­wo­ne brzu­szy­sko boga nie wy­glą­da­ło spe­cjal­nie do­bro­tli­wie.

Spy­ta­łem, czy w ro­dzi­nie pana Pa­ti­la za­wsze uwa­ża­no boga Ga­na­pa­tie­go za do­bro­czyń­cę. Po­wie­dział, że tak. A kie­dy jemu po raz pierw­szy Ga­na­pa­ti sko­ja­rzył się z czymś do­brym?

Po­dra­pał się w prze­rze­dzo­ną czu­pry­nę. Prę­go­wa­ny rudy kot (czy kot­ka) przy­cup­nął te­raz pod fo­te­lem zaj­mo­wa­nym wcze­śniej przez in­spek­to­ra i roz­glą­dał się ostroż­nie. Mat­ka pana Pa­ti­la, sie­dzą­ca w drzwiach na po­sadz­ce z la­stry­ko (to miej­sce wy­da­wa­ło się za­strze­żo­ne dla niej), pod­nio­sła gło­wę, jak­by sama się za­sta­na­wia­ła, kie­dy po raz pierw­szy bóg ob­da­rzył ła­ską jej syna; gru­be szkła oku­la­rów two­rzy­ły świetl­ne krąż­ki przed jej ocza­mi.

Na ścia­nie nad łóż­kiem z sy­me­trycz­nie uło­żo­ny­mi wał­ka­mi świe­ci­ła ja­rze­niów­ka; w In­diach uży­wa się ja­rze­nió­wek, po­nie­waż są ta­nie. W tej ścia­nie były dwa okien­ka, w jed­nym że­la­zne prę­ty tkwi­ły pio­no­wo, w dru­gim – dla uroz­ma­ice­nia i sty­lu – po­zio­mo. W obu okien­kach wi­sia­ły ta­kie same za­sło­ny, każ­da prze­wią­za­na szar­fą w dwóch miej­scach.

W po­ko­iku o ró­żo­wych ścia­nach na­praw­dę było co oglą­dać – wie­le na­my­słu, wie­le dumy. Sta­ła tu sza­fa na ubra­nia, a tak­że oszklo­na szaf­ka czy ga­blot­ka z czar­ne­go drew­na, wy­so­ko­ści mniej wię­cej me­tra. Na ga­blot­ce wiel­ka ko­lo­ro­wa świe­ca rów­no­wa­ży­ła lal­kę na sony. Wśród przed­mio­tów usta­wio­nych na pół­kach znaj­do­wa­ły się kom­plet kub­ków ze sta­li nie­rdzew­nej oraz osiem por­ce­la­no­wych fi­li­ża­nek ma­lo­wa­nych w kwiat­ki. Oszklo­na szaf­ka i jej za­war­tość – wy­jąw­szy alu­mi­nio­we kub­ki – przy­po­mi­na­ły przed­mio­ty zna­ne mi z dzie­ciń­stwa. Tu­taj wciąż trwa­ły w swo­istej peł­ni; wzru­szy­łem się na ich wi­dok.

– Nie cho­dzi­łem do szko­ły – po­wie­dział pan Pa­til. – Włó­czy­łem się, gra­łem w kry­kie­ta. W koń­cu po­wie­dzia­no mi, że mnie wy­rzu­cą. Więc po­mo­dli­łem się do Ga­na­pa­tie­go. Mia­łem wte­dy pięt­na­ście czy szes­na­ście lat. Obie­ca­łem bogu, że je­śli mnie nie wy­rzu­cą ze szko­ły, pój­dę z piel­grzym­ką do Pali. No i mnie nie wy­rzu­ci­li. Dy­rek­tor­ka zmie­ni­ła zda­nie. We­zwa­ła mnie do sie­bie i oznaj­mi­ła, że tym ra­zem daje mi tyl­ko ostrze­że­nie.

Za­pa­mię­tał to; pa­mię­tał też o ła­ska­wo­ści Ga­na­pa­tie­go przy in­nych oka­zjach.

– Trzy lub czte­ry lata temu mat­ka się roz­cho­ro­wa­ła. Wy­so­kie ci­śnie­nie. Po­szła do szpi­ta­la. Dali jej tlen. Nie mo­gła mó­wić. Za­nio­słem w ofie­rze do Pali do świą­ty­ni Ga­na­pa­tie­go gir­lan­dę i orzech ko­ko­so­wy. Kie­dy wró­ci­łem do domu, mat­ka czu­ła się o wie­le le­piej.

Jego mat­ka – sie­dzą­ca w drzwiach nie wprost na zie­mi, jak mi się wcze­śniej zda­wa­ło, tyl­ko na cien­kiej drew­nia­nej pły­cie, może dwu­cen­ty­me­tro­wej – zło­ży­ła dło­nie pod­czas prze­mo­wy swe­go syna i po­wie­dzia­ła mi, za po­śred­nic­twem Ni­khi­la, że skła­da ręce na znak wdzięcz­no­ści dla Ga­na­pa­tie­go.

Na­wet w na­ro­dzi­nach pana Pa­ti­la do­strze­ga­li ja­kąś ła­skę i bło­go­sła­wień­stwo. To było w 1959 roku. W dziel­ni­cy trwa­ły za­miesz­ki. Lu­dzie rzu­ca­li ka­mie­nia­mi. Zła­pa­nie tak­sów­ki oka­za­ło się nie­ła­twe, ale oj­ciec zna­lazł tak­sów­ka­rza, któ­ry zgo­dził się za­wieźć pa­nią Pa­til do szpi­ta­la. Sa­mo­chód mu­siał prze­je­chać pięć ki­lo­me­trów po­śród wzbu­rzo­ne­go tłu­mu, ale szczę­śli­wie do­tarł na miej­sce, a gdy tyl­ko przy­ję­to mat­kę do szpi­ta­la, pan Pa­til przy­szedł na świat.

Mat­ka i syn opo­wie­dzie­li tę hi­sto­rię na prze­mian. Mat­ka, sie­dzą­ca na pod­ło­dze, raz jesz­cze zło­ży­ła dło­nie, mó­wiąc, że Ga­na­pa­ti się nad nimi zli­to­wał.

A po­tem, ja­kieś dwa lata temu, pan Pa­til prze­szedł po­waż­ny kry­zys. Kry­zys do­ty­czył jego ży­cia po­li­tycz­ne­go i trwał dzie­więć dni. Dzie­więć dni to bar­dzo dłu­go, kie­dy czło­wiek się mę­czy. Po­szedł z piel­grzym­ką do Pali i ślu­bo­wał Ga­na­pa­tie­mu, że je­śli wyj­dzie z kry­zy­su, to ofia­ru­je mu sto je­den orze­chów ko­ko­so­wych.

Czy nie pró­bo­wał go w ten spo­sób prze­ku­pić?

– Moja wia­ra wy­ra­sta z rze­czy­wi­sto­ści. Nie mam zwy­cza­ju ofia­ro­wy­wać stu je­den orze­chów ko­ko­so­wych i pro­sić, że­bym zo­stał pre­mie­rem In­dii.

Czy wia­ra w Ga­na­pa­tie­go to coś, co tkwi w nim głę­bo­ko, co jest za­wsze obec­ne? Czy po mo­dli­twie roz­glą­dał się za ja­kimś zna­kiem od boga?

Od­po­wie­dział w prze­kła­dzie Ni­khi­la:

– Na­wet kie­dy spra­wy źle sto­ją, sły­szę w środ­ku głos. Przy­pusz­czam, że moż­na to na­zwać wia­rą w sie­bie. – Ni­khil użył sło­wa w ję­zy­ku ma­ra­thi, któ­re prze­tłu­ma­czył jako „wia­ra w sie­bie”: atma-vi­śwas. To był naj­więk­szy dar od Ga­na­pa­tie­go.

– Jak pan za­niósł sto je­den orze­chów ko­ko­so­wych do świą­ty­ni? – spy­ta­łem.

– Moż­na je ku­pić na miej­scu.

Opo­wie­dział mi wię­cej o świę­cie Ga­na­pa­tie­go. Co roku na­le­ży ku­pić nowy ob­ra­zek od wy­twór­cy ob­raz­ków. Trzy­masz ob­ra­zek w domu, jak dłu­go chcesz, ale pod ko­niec świę­ta mu­sisz go wy­rzu­cić albo uto­pić. W ich ro­dzi­nie tra­dy­cyj­nie trzy­ma­ją ob­raz przez pół­to­ra dnia, po­tem nio­są go do po­bli­skie­go je­zio­ra i to­pią. Jego mat­ka przez całe ży­cie mia­ła am­bi­cję przy­nieść ob­ra­zek Ga­na­pa­tie­go od wy­twór­cy ob­raz­ków do domu w to­wa­rzy­stwie ma­łej or­kie­stry. Nie­daw­no to ży­cze­nie wresz­cie się speł­ni­ło. Jej dru­gi syn do­stał bar­dzo do­brą pra­cę i ro­dzi­na wy­na­ję­ła or­kie­strę, żeby przy­nieść ob­raz do domu, a po­tem jesz­cze raz, żeby go za­nieść z domu nad je­zio­ro.

Dzię­ki tym opo­wie­ściom o Ga­na­pa­tim, świą­ty­niach i piel­grzym­kach, ślu­bach i ofia­rach, za­czy­na­łem ro­zu­mieć, ja­kie ta­jem­ni­ce kry­je zie­mia dla lu­dzi ta­kich jak Pa­ti­lo­wie, jak cza­sem ich dni roz­świe­tla chwa­ła, ja­kich do­świad­cza­ją cu­dów. Ich świat był bo­gat­szy, niż się wy­da­wał. Tha­ne to prze­my­sło­we przed­mie­ście, ale sama ta zie­mia jest bar­dzo sta­ra, ma swo­ją świę­tość, i ci sami lu­dzie mo­gli żyć cał­kiem na­tu­ral­nie, od­czu­wa­jąc to, co się dzie­je, na bar­dzo róż­ne spo­so­by.

W cza­sie tego po­myśl­ne­go świę­ta Ga­na­pa­tie­go – wła­śnie tu, w tej dziel­ni­cy, na uli­cach, któ­ry­mi sze­dłem, wi­dząc tyl­ko to, co na po­wierzch­ni – pan Pa­til, wte­dy dzie­się­cio­let­ni, uj­rzał pla­kat za­po­wia­da­ją­cy wi­zy­tę sze­fa Śiw Seny. Po­szedł na ze­bra­nie, żeby mu się przyj­rzeć. Szef wy­da­wał wte­dy wła­sny ty­go­dnik i zna­ny był le­piej jako ka­ry­ka­tu­rzy­sta. Po­wierz­chow­ność sze­fa nie zro­bi­ła wra­że­nia na mło­dym Pa­ti­lu. Zo­ba­czył chu­de­go męż­czy­znę w oku­la­rach, w dłu­gim za­pi­na­nym na gu­zi­ki płasz­czu. Ale gdy tyl­ko szef za­brał głos, krew w chłop­cu za­wrza­ła. Prze­mó­wie­nie trwa­ło trzy­dzie­ści–trzy­dzie­ści pięć mi­nut, a na koń­cu lu­dzie tacy jak mło­dy Pa­til, w któ­rych krew wrza­ła na myśl o krzyw­dach, któ­re mu­szą zno­sić rdzen­ni miesz­kań­cy Ma­ha­rasz­try, za­czę­li wy­krzy­ki­wać swo­je po­par­cie dla sze­fa.

– Czy nie był pan za mło­dy, żeby zro­zu­mieć to prze­mó­wie­nie o dys­kry­mi­na­cji?

– Nie. Czę­sto sły­sza­łem, że mu­zuł­ma­nie i inni obcy krzyw­dzą Ma­ra­thów. Sły­sza­łem o tym w domu i na uli­cy. Mój star­szy brat mi o tym mó­wił.

– A oj­ciec?

– On się tym w ogó­le nie in­te­re­so­wał.

Oj­ciec nie miał ta­kie­go po­czu­cia bez­pie­czeń­stwa jak jego sy­no­wie. Tak samo było z oj­cem Papu.

I choć dzie­się­cio­let­ni chło­piec przez dłu­gi czas nie sły­szał żad­ne­go wiel­kie­go prze­mó­wie­nia Śiw Seny, to kie­dy par­tia szu­ka­ła lu­dzi do roz­wie­sza­nia pla­ka­tów i trans­pa­ren­tów, za­czął po­ma­gać. Póź­niej, kie­dy oj­ciec umarł, a on po­szedł pra­co­wać w fa­bry­ce tran­zy­sto­rów, wie­czo­ra­mi za­czął się udzie­lać po­li­tycz­nie na rzecz par­tii. Kon­ty­nu­ował pra­cę par­tyj­ną, kie­dy zna­lazł nową ro­bo­tę. Była zwią­za­na z wy­sył­ką siły ro­bo­czej do Du­ba­ju i na Bli­ski Wschód. Za­ra­biał dzie­więć­set pięć­dzie­siąt ru­pii mie­sięcz­nie, za­miast trzy­stu, jak w fa­bry­ce tran­zy­sto­rów. Prze­pro­wa­dzał roz­mo­wy z ludź­mi.

Czy nie chciał sam po­je­chać na Bli­ski Wschód, żeby za­ro­bić tro­chę gro­sza?

– Nie mia­łem ma­tu­ry, więc gdy­bym wy­je­chał, mu­siał­bym wy­ko­ny­wać ja­kąś pod­rzęd­ną pra­cę.

– Nie uwa­żał pan, że jest coś złe­go w wy­sy­ła­niu lu­dzi stąd do kra­jów mu­zuł­mań­skich?

– Nie wszy­scy mu­zuł­ma­nie są wro­ga­mi.

Jego pra­ca dla par­tii po­le­ga­ła wte­dy na sie­dze­niu wie­czo­ra­mi w biu­rze Seny i wy­słu­chi­wa­niu skarg. Sena za­wsze wie­rzy­ła w dzia­łal­ność spo­łecz­ną. Wie­le było do zro­bie­nia w tej dzie­dzi­nie. Lu­dzie po­trze­bo­wa­li po­mo­cy. Nie­któ­rzy mie­li wodę tyl­ko przez czte­ry go­dzi­ny na dobę. W wie­lu bu­dyn­kach woda nie do­cho­dzi­ła na pię­tra. Na­wet po tym, jak zo­stał mia­no­wa­ny sze­fem sek­cji Seny – co na­stą­pi­ło trzy lata temu – nadal zaj­mo­wał się tego ro­dza­ju pra­cą spo­łecz­ną. Na przy­kład kie­dy przy­szli­śmy, w kuch­ni ja­kaś ko­bie­ta roz­ma­wia­ła z jego mat­ką. Przy­szła się po­skar­żyć w spra­wie pod­łą­cze­nia do wo­do­cią­gu. Za­pła­ci­ła ko­muś ty­siąc ru­pii za pod­łą­cze­nie, a tym­cza­sem nie ma ani pod­łą­cze­nia, ani wody. Szef sek­cji musi się in­te­re­so­wać pro­ble­ma­mi lu­dzi, to jest ko­rzyst­ne dla par­tii.

Czy krew nadal w nim wrze? Czy też się uspo­ko­ił, sko­ro Sena od­nio­sła suk­ces, a on sam zo­stał sze­fem sek­cji?

Krew nadal w nim wrza­ła.

– Dwa­dzie­ścia pięć ki­lo­me­trów stąd jest taka miej­sco­wość Bhi­wan­di. Gdy In­die prze­gra­ły mecz kry­kie­ta z Pa­ki­sta­nem, tam­tej­si mu­zuł­ma­nie od­pa­la­li pe­tar­dy na ryn­ku. Kie­dy by­łem mały, nic nie mo­głem na to po­ra­dzić. Ale te­raz nie je­stem w sta­nie tego znieść. Gru­py mu­zuł­ma­nów z Bhi­wan­di przy­jeż­dża­ły tu­taj do Tha­ne. Tu­tej­si byli do nich tak źle na­sta­wie­ni, że w 1982 roku do­szło do roz­ru­chów, wła­ma­li się do mu­zuł­mań­skich skle­pów i sprze­da­wa­li lu­dziom to­wa­ry za bez­cen. Sprze­da­wa­li ręcz­ni­ki za dwie ru­pie. Obec­nie mu­zuł­ma­nie znów otwo­rzy­li skle­py, ale żyją w stra­chu. Śiw Sena jest bar­dzo po­tęż­na. I wie pan co? Na­wet mu­zuł­ma­nie dają dat­ki na Śiw Senę.

Ni­khil wtrą­cił od sie­bie:

– Prze­cież to wy­mu­sze­nie, nie?

Pan Pa­til tak nie uwa­żał.

Chcia­łem się do­wie­dzieć – pa­mię­ta­jąc o jego kul­cie Ga­na­pa­tie­go – co jest dla nie­go waż­niej­sze: re­li­gia czy po­li­ty­ka. W prze­kła­dzie Ni­khi­la na ma­ra­thi brzmia­ło to: dhar­ma czy radź­ni­ti?

– Dhar­ma – po­wie­dział pan Pa­til. Re­li­gia. Ale nie miał na my­śli swo­jej oso­bi­stej wia­ry w boga Ga­na­pa­tie­go. Wraz z suk­ce­sem i wzro­stem li­czeb­no­ści Seny jej idee tak­że na­bra­ły roz­ma­chu. Re­li­gia, o któ­rej mó­wił pan Pa­til, ozna­cza­ła hin­du­izm. – Uknu­to spi­sek, żeby zmieść hin­du­izm z po­wierzch­ni zie­mi. – To był spi­sek mu­zuł­mań­ski, dla­te­go utrzy­ma­nie hin­du­izmu sta­ło się nie­zmier­nie waż­ne.

W sa­lo­nie po­ja­wi­ły się dwa ko­lej­ne chu­de in­dyj­skie koty czy kot­ki, je­den bury, dru­gi rudy, i spa­ce­ro­wa­ły so­bie, roz­glą­da­jąc się z cie­ka­wo­ścią. Przy­szli też ja­cyś zna­jo­mi czy krew­ni pana Pa­ti­la, żeby po­słu­chać, co ma do po­wie­dze­nia swo­im go­ściom.

Spy­ta­łem, czy da się utrzy­mać hin­du­izm, je­śli biz­nes i prze­mysł będą się roz­wi­jać tak jak do­tąd.

Nie wi­dział w tym żad­nej sprzecz­no­ści.

– Je­że­li chce się prze­trwać, trze­ba za­ra­biać pie­nią­dze.

– To nie jest po­sta­wa Gan­dhie­go.

– Gar­dzę Gan­dhim. Uwa­żał, że na­le­ży nad­sta­wić dru­gi po­li­czek. Ja uwa­żam, że je­śli ktoś cię po­licz­ku­je, mu­sisz mieć siłę za­py­tać, dla­cze­go to robi, albo też go spo­licz­ko­wać. Nie­na­wi­dzę idei nie­sprze­ci­wia­nia się złu.

To było w zgo­dzie z jego dumą wo­jow­ni­ka Ma­ra­tha. Za­sta­na­wia­łem się, co wie o hi­sto­rii Ma­ra­thów. Ja­kie po­ję­cie o hi­sto­rii mie­li lu­dzie w tej dziel­ni­cy, na tych wą­skich ulicz­kach? Czy pan Pa­til wie­dział, kie­dy uro­dził się i umarł Śi­wa­dźi?

Wie­dział.

– 1630–1680. Orien­tu­ję się. Śi­wa­dźi ura­to­wał Ma­ra­thów od rze­zi. Ale po­tem zja­wi­li się An­gli­cy i urzą­dzi­li rzeź wszyst­kim in­nym.

Mo­głem zro­zu­mieć tu­tej­sze głęb­sze po­czu­cie wspól­no­ty, kon­flikt mię­dzy hin­du­sa­mi a mu­zuł­ma­na­mi. Ale by­łem cie­kaw, ja­kie zna­cze­nie ma przy­na­leż­ność do ka­sty w ta­kiej jak tu­taj stre­fie prze­my­sło­wej, gdzie lu­dzie miesz­ka­li tuż obok sie­bie. Ja­kie były sto­sun­ki Seny z da­li­ta­mi? Z tego, co zdą­ży­łem zo­ba­czyć, da­li­to­wie rów­nież na­bie­ra­li wia­ry w sie­bie, atma-vi­śwas, któ­rą Ga­na­pa­ti ob­da­rzył pana Pa­ti­la. Czy to po­ru­sza w nim ja­kieś stru­ny? Czy jego za­in­te­re­so­wa­nie hin­du­izmem nie obu­dzi­ło w nim po­czu­cia so­li­dar­no­ści z nimi?

Był nie­wzru­szo­ny.

– Nie mamy z nimi kon­flik­tów. Oni nie uwa­ża­ją się za Ma­ra­thów czy hin­du­istów. Są bud­dy­sta­mi.

Czy nie ode­szli od hin­du­izmu z po­wo­du prze­są­dów ka­sto­wych? Czy nie ma dla nich współ­czu­cia? Kie­dy był chłop­cem, krew w nim za­wrza­ła, gdy usły­szał, jak szef mówi o dys­kry­mi­na­cji Ma­ra­thów. Czy nie są­dzi, że da­li­to­wie mają do­bre po­wo­dy, aby czuć to samo?

Nie są­dził. Przy­wód­cy da­li­tów i ci, któ­rych lu­dzie na­zy­wa­ją Da­lic­ki­mi Pan­te­ra­mi – na­śla­du­jąc Czar­ne Pan­te­ry ze Sta­nów – pod­sy­ca­ją gniew da­li­tów z przy­czyn po­li­tycz­nych.

– Nie mają po­wo­du do gnie­wu. Nie cier­pie­li tak bar­dzo, jak twier­dzą. A dzi­siej­sze or­ga­ni­za­cje da­li­tów są zwią­za­ne z mu­zuł­ma­na­mi.

Spy­ta­łem Ni­khi­la, czy to praw­da. Po­twier­dził.

– Oba te odła­my, da­li­to­wie i mu­zuł­ma­nie, są wy­ob­co­wa­ne. I ktoś wpadł na po­mysł, że by­ło­by do­brze, gdy­by się zjed­no­czy­ły.

Wy­ob­co­wa­nie – to wspól­ny te­mat. Pan Pa­til obec­nie try­um­fo­wał, ale krew nadal w nim wrza­ła. Na­wet te­raz czuł, że jego gru­pa może się roz­paść i że inni tyl­ko cze­ka­ją, aby go stra­to­wać. Jak gdy­by nikt na tych ma­łych prze­lud­nio­nych te­re­nach nie czuł się na­praw­dę u sie­bie. Każ­dy miał po­czu­cie, że dru­gi czło­wiek, dru­ga gru­pa kpi so­bie z nie­go; każ­dy żył w sta­nie ob­lę­że­nia.

Przy­szła pora na wyj­ście pana Pa­ti­la do biu­ra Seny. Po­że­gna­li­śmy się z jego mat­ką, a ona, nadal sie­dząc, pod­nio­sła gło­wę, z oczy­ma za­gu­bio­ny­mi za kon­cen­trycz­ny­mi krę­ga­mi gru­bych szkieł, i raz jesz­cze zło­ży­ła dło­nie. Wraz z kil­ko­ma oso­ba­mi, któ­re przy­szły po­słu­chać pana Pa­ti­la, wy­szli­śmy z ró­żo­we­go po­ko­ju na ga­le­ryj­kę, mi­ja­jąc zo­sta­wio­ne pod drzwia­mi buty i pan­to­fle.

Naj­pierw po­szli­śmy na ko­niec ga­le­rii, żeby po­pa­trzeć na wi­dok z tyłu domu: ce­gla­ne budy przy­le­ga­ją­ce do tyl­nej ścia­ny, po­rzu­co­ny szkie­let bu­dyn­ku na są­sied­nim po­dwór­ku, ze ster­czą­cy­mi z be­to­nu po­rdze­wia­ły­mi że­la­zny­mi prę­ta­mi. Je­den z męż­czyzn, któ­rzy byli z nami, po­wie­dział po an­giel­sku: „nie­le­gal­ne”. A więc mimo wi­docz­nej anar­chii ca­łe­go oto­cze­nia obo­wią­zy­wa­ły tu ja­kieś prze­pi­sy.

Ze­szli­śmy po stro­mych scho­dach do przej­ścia mię­dzy dwo­ma do­ma­mi i wy­szli­śmy na słoń­ce na bru­ko­wa­ną uli­cę. Parę kro­ków da­lej po pra­wej mie­ści­ło się lo­kal­ne biu­ro Seny, kró­le­stwo pana Pa­ti­la. Je­śli cho­dzi o struk­tu­rę, było to be­to­no­we pu­deł­ko, jed­no­izbo­wa buda, ale na ze­wnątrz ude­ko­ro­wa­na tak, żeby spra­wiać wra­że­nie twier­dzy: zwień­czo­na uro­czy­sty­mi, pry­mi­tyw­ny­mi blan­ka­mi, ze ścia­na­mi po­ma­lo­wa­ny­mi w spo­sób su­ge­ru­ją­cy blo­ki sza­re­go ka­mie­nia z bia­ły­mi spo­je­nia­mi. W bru­dzie i ku­rzu roz­wa­lo­nej uli­cy wy­glą­da­ło to dzi­wacz­nie, jak de­ko­ra­cja te­atral­na albo jar­marcz­na buda. Ale mia­ło przy­po­mi­nać o wo­jow­ni­czej prze­szło­ści Ma­ra­thów. Ta prze­szłość była re­al­na, dzi­siej­sza siła i or­ga­ni­za­cja Seny były re­al­ne.

Nie po­pro­szo­no nas o zdję­cie bu­tów przed wej­ściem do sa­lo­nu pana Pa­ti­la, ale mu­sie­li­śmy je zdjąć te­raz, przed wej­ściem z uli­cy do biu­ra Seny. To miej­sce, choć bar­dziej za­ku­rzo­ne niż sa­lon, było jego praw­dzi­wym sank­tu­arium. We­wnętrz­ne ścia­ny po­ma­lo­wa­no na nie­bie­sko, pod­ło­gę wy­ło­żo­no ka­mien­ny­mi pły­ta­mi – Ma­ra­tho­wie są do­bry­mi ka­mie­nia­rza­mi.

Przy ścia­nie w głę­bi sta­ły biur­ko i fo­tel z wy­so­kim opar­ciem, wy­glą­da­ją­cy jak tron. Gdy tyl­ko we­szli­śmy do środ­ka, pan Pa­til po­szedł na nim za­siąść, jak­by to na­le­ża­ło do tu­tej­sze­go ry­tu­ału. Przed biur­kiem sta­ło dzie­więć skła­da­nych me­ta­lo­wych krze­seł; były prze­zna­czo­ne dla go­ści i po­ma­lo­wa­ne na nie­bie­sko tak jak ścia­ny. Na tyl­nej ścia­nie nad fo­te­lem pana Pa­ti­la wi­siał ob­raz z ty­gry­sem – em­ble­ma­tem Seny. Je­dy­nym poza tym ob­ra­zem na ścia­nie był wi­ze­ru­nek li­de­ra Seny. Na biur­ku sta­ło po­ma­lo­wa­ne na brą­zo­wo po­pier­sie Śi­wa­dźie­go; dru­gie, ta­kie samo, znaj­do­wa­ło się na pie­de­sta­le w ką­cie po­ko­ju na­prze­ciw­ko biur­ka. Po­pier­sia były gip­so­we, każ­de no­si­ło na czo­le świe­że śla­dy pa­sty san­da­ło­wej, świę­ty lub uświę­co­ny znak. Obok drzwi sta­ła duża ciem­no­zie­lo­na że­la­zna sza­fa, po­kój oświe­tla­ła ja­rze­niów­ka. Je­dy­ną ozdo­bę w tej celi sta­no­wił ze­gar z ku­kuł­ką – przy­po­mnie­nie sa­lo­nu pana Pa­ti­la.