Wydawca: Burda Książki Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 473 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Impuls śmierci - Mark Billingham

W Pelican Palms na Florydzie spotykają się trzy pary Brytyjczyków. Zaprzyjaźniają się, ale ostatniego dnia ich doskonałe wakacje zmieniają się w koszmar: znika trzynastoletnia córka jednej z wczasowiczek kurortu. Podejrzany może być każdy z powyższej szóstki, bo wszyscy mają swoje mroczne tajemnice.

Po powrocie do Anglii trzy pary kontynuują znajomość, ale mroczny cień na ich przyjaźń rzuca sprawa zaginionej – a jak się wkrótce okazuje, zamordowanej dziewczynki. Kto jest kim w tej pokrętnej grze kłamstw i zwodniczego udawania? Kim jest morderca, seryjny zabójca, dla którego nieletnie dziewczynki o pewnych szczególnych cechach są czymś więcej niż tylko ofiarami?

Policyjna stażystka z Londynu łączy siły z detektywem z wydziału zabójstw na Florydzie. Ale czy to oni odnajdą prawdziwego zabójcę, czy może dokona tego Tom Thorne, niepokorny inspektor z niezwykłym talentem do pakowania się w najgorsze kłopoty?

Czy zdążą dopaść mordercę, zanim uderzy ponownie?

Opinie o ebooku Impuls śmierci - Mark Billingham

Fragment ebooka Impuls śmierci - Mark Billingham

Tytuł oryginału: RUSH OF BLOOD
Redakcja: JOANNA ZIOŁO
Korekta: JADWIGA PILLER
Okładka: MACIEJ SZYMANOWICZ / www.maszynowicz.com
Zdjęcie na okładce: SHUTTERSTOCK
Redaktor prowadząca: AGNIESZKA KOSZAŁKA
Redaktor techniczny: MARIUSZ TELER
Skład i łamanie: Katka, Warszawa
Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.
Copyright © Mark Billingham Ltd 2012 All rights reserved. First published in Great Britain in 2011 by Little, Brown Copyright for the Polish Edition © 2014 Burda Publishing Polska
ISBN 978-83-7778-581-2
Burda Publishing Polska Sp. z o.o. Spółka Komandytowa ul. Marynarska 15, 02-674 Warszawa Dział handlowy: tel. 22 360 38 41–42, faks 22 360 38 49 Sprzedaż wysyłkowa: Dział Obsługi Klienta, tel. 22 360 37 77
Konwersja: eLitera s.c.

PROLOG

FLORYDA

Wszystko jest nie tak.

Refleksy światła na błękitnej tafli basenu, słomkowe kapelusze i ociekające wilgocią butelki piwa ściskane w dłoniach. Brzęczenie owadów. Zapach ciepłej skóry, śliskiej od olejku do opalania.

Wszystko.

Biorąc pod uwagę, co się dzieje, nie mogłoby to być bardziej niestosowne. Jeden z nich uważa, że jest na to odpowiednie słowo, na tę... rozbieżność, ale nie pamięta jakie. Cała szóstka po prostu słucha i kręci głowami, starając się, aby kobieta nie zorientowała się, jak niezręcznie się czują – Boże, to byłoby straszne, zważywszy na wszystko – ale to tylko pogarsza całą sytuację. Teraz martwią się, że wyglądają na jeszcze bardziej rozluźnionych, jeszcze bardziej nieczułych. Jakby nic ich nie obchodziła ta zaginiona dziewczynka.

Mają coraz większe wyrzuty sumienia.

Oczywiście to tylko kwestia kontekstu – czy jak to się nazywa – bo przez ostatnie trzynaście dni obraz nie mógłby być bardziej doskonały. Czy nie za to właśnie zapłacili, czy nie przyjechali tu, żeby się wyluzować? Ale to było, jeszcze zanim pomiędzy palmami pojawiły się błyskające koguty na dachach radiowozów. Zanim pojawili się gliniarze i ci z policji stanowej z włączonymi, skrzeczącymi krótkofalówkami.

A na dodatek ta kobieta sama wydaje się traktować wszystko na luzie.

– To takie szalone – mówi i unosi dłonie w geście znaczącym „zostańcie na miejscach”, gdy jedno z nich próbuje podnieść się z leżaka. – Głupio mi, że sprawiłam wszystkim tyle kłopotów. – Robi krok w bok i zaprzecza: – Nie, naprawdę nie – kiedy ktoś inny pyta, czy można by dla niej coś zrobić. – Wszystko dobrze, naprawdę...

Później, rozmawiając szeptem, jeden z mężczyzn zastanawia się:

– Czemu mielibyśmy mieć wyrzuty sumienia? Bądź co bądź szukało jej wielu ludzi, a my ze swojej strony również zaoferowaliśmy pomoc, prawda?

Jego żona wzrusza ramionami.

– Co mogliśmy poradzić, że było słońce?

Pozostali potakują bezgłośnie.

– Rozbieżność – mówi jedno z nich. – To właściwe słowo?

Tak więc jedzą wspólnie ostatni posiłek, a potem próbują cieszyć się ostatnim wieczorem wakacji. Rozmawiają o tym, że córka tej kobiety prawdopodobnie poszła do centrum handlowego i pewnie się znalazła, kontynuują tę rozmowę także później, w podobnym tonie, mimo iż następnego ranka w okolicy wciąż krążą policyjne radiowozy. Na pokładzie pękającego w szwach samolotu do Gatwick próbują się przespać, lecz bez powodzenia. Przecierają oczy, pojadają podawane przez stewardesy posiłki i oglądają filmy, a kilkoro z nich zdrapuje skórę, która zaczyna im już schodzić z ramion i klatki piersiowej. Wciąż są w dobrych nastrojach, przynajmniej na pozór, ale każde z nich myśli o kobiecie przy basenie i uśmiechu, który zafalował i zgasł na jej ustach. I gasł bez przerwy, za każdym razem, gdy próbowała go przywołać.

Myślą o uporze, z jakim zapewniała, że wszystko będzie dobrze, że wszystko jest dobrze, i o słowach, które wymówiła w sposób zbliżony do rozdrażnienia, kiedy dostrzegła ze strony tamtych coś, co przyjęła za wyraz współczucia.

– Ona zaginęła. To wszystko, po prostu zaginęła, więc nawet o tym nie myślcie.

Jej głos unosi się nieznacznie i zaczyna się łamać, a zanim kobieta na powrót włoży ciemne okulary, wokół jej oczu można dostrzec coś gwałtownego i sztywnego.

– Moja córka nie umarła.

CZĘŚĆ PIERWSZA

ANGIE I BARRY

Od: Angela Finnegan angiebaz@demon.co.uk

Data: 16 maja, 17.31.01 brytyjskiego czasu letniego

Do: Susan Dunning susan.dunning1@gmail.com

Kopia do: Marina Green marinagreen1979@btinternet.com

Temat: Kolacja!!!

Cześć wszystkim!

Wiecie, jak to jest, kiedy ludzie się spotykają na wakacjach i mówią: „musimy pozostać w kontakcie”? Założę się, że teraz żałujecie, że wymieniliśmy się adresami mailowymi. Ha, ha!

A tak na poważnie, to były naprawdę wspaniałe wakacje, nawet jeżeli skończyły się trochę dziwnie, pomyślałam więc, że byłoby świetnie, gdybyśmy mogli się spotkać wszyscy razem. Ja i Barry bardzo byśmy się cieszyli, gdyby cała wasza czwórka mogła zjawić się na kolacji w sobotę 4 czerwca. Wiem, że to nie lada wyprawa dotrzeć tu, do mrocznego, leżącego na odludziu Crawley, ale mogę wam obiecać pudding własnej roboty, a gdybyście się zgubili, wyślę wam na pomoc Szerpów!!!

Porozmawiajcie z chłopakami i odpowiedzcie jak najszybciej, ale mam szczerą nadzieję, że dacie się wszyscy namówić.

Całuski i pozdrowienia,

Angie XXX

PS: Poszperałam trochę w miejscowych gazetach, w internecie i wciąż nie ma żadnych wiadomości o tej biednej zaginionej dziewczynce. Nie wyobrażam sobie, co musi przechodzić jej matka. Koszmar, po prostu koszmar.

PPS: Nie pamiętam, czy któreś z was jest wegetarianinem?

1

Angie szła wolno, pchając przed sobą wózek ze skrzypiącymi kółkami, minęła białe mięsa, a na stoisku z czerwonym wzięła porcję bekonu – którego i tak potrzebowali – po czym zakręciła i zawróciła. Wciąż zastanawiała się, co wybrać: kurczaka czy jagnięcinę. Kotlety cielęce czy coq au vin.

Najpierw chciała zrobić coś tematycznego. Menu w stylu wakacyjnym, które przypominałoby im wszystkim tamte dwa tygodnie w słońcu, z piña coladą dla orzeźwienia. Oczywistym wyborem wydawały się owoce morza albo może chowder – gdyby udało jej się kupić małże – a potem jeszcze ryby jako danie główne. Znalazła nawet w internecie przepis na tartę limonkową.

Barry stwierdził, że to głupi pomysł, więc zrezygnowała.

Zajrzała do wózka, zastanawiając się, czy powinna kupić też lody do gotowych, mrożonych pizz, które wybrała dla dzieci. Poszło szybko i łatwo, bez trudu powinna zrobić kolację dla nich dwojga i zanim zjawią się goście, będzie już po wszystkim. Wiedziała, że Laura i Luke ucieszą się z takiego obrotu spraw; woleli trzymać się na uboczu i nie przysłuchiwać się nudnym rozmowom. Jeden wieczór przy komputerze im nie zaszkodzi, jeżeli tylko odrobili prace domowe.

To nadzorował Barry.

Wybrała dużą paczkę piersi kurczaka. Zauważyła, że mięso pochodzi z hodowli organicznej, sprawdziła cenę i szybko odłożyła paczkę na miejsce. Choć idea była słuszna. Jagnięcina, całkiem niezła, mogła się okazać trudniejsza do przyrządzenia, niektórzy woleli ją bardziej różowawą niż inni, a Barry zawsze uwielbiał jej coq au vin. Sięgnęła po tańszy pakiet mięsa...

– Pomyślałam po prostu, że to byłoby miłe – powiedziała. – Taka mała odmiana.

– Nie rozumiem sensu.

– Nie chodzi o sens, tylko o rozrywkę samą w sobie. Odrobinę zabawy. Przyrządzenie florydzkiego specjału.

– Czego?

– Jakiegoś specjału z Florydy.

– Wiem, co to specjał – odparł Barry, mrużąc lekko powieki. Zgniótł trzymaną w dłoni puszkę, uchylił wieko kosza na śmieci stojącego w rogu kuchni i wrzucił ją do środka. – Staram się zrozumieć, po cholerę to powiedziałaś. To głupie.

– Nieważne.

– Jeżeli chcesz znać moje zdanie, to wszystko jest głupie.

Opuścił z trzaskiem wieko kosza na śmieci i podszedł do lodówki.

– Przez ciebie wyjdziemy na kretynów.

– Dobra, zrobię kurczaka, i już. – Angie sięgnęła po ścierkę przewieszoną przy zlewie. – Może być?

Ścierając rozmazany ślad na granitowym blacie, patrzyła, jak jej mąż zagląda przez pół minuty do lodówki, a potem zamyka drzwiczki, niczego nie wyjąwszy ze środka. Zauważyła, że stracił sporo włosów z tyłu, a oponka tłuszczu na szyi nad kołnierzykiem trochę się powiększyła. Nie żeby miała mu to do zarzucenia, rzecz jasna.

– No to dobra – powiedziała do siebie.

– Tak, cokolwiek, nieważne.

Stanął za nią, położył dłonie na jej ramionach i pocałował ją w tył głowy. Ona wciąż ścierała blat, choć po plamie nie było już śladu.

– Szczerze mówiąc, nie wiem, po co w ogóle tyle trudu – powiedział. Odsunął się od niej i przystawił sobie jeden ze stołków z barku śniadaniowego. – Czy nie mamy dość przyjaciół?

– Chodzi po prostu o zwykłe koleżeńskie spotkanie, nic więcej. Takie miłe przypomnienie minionych wakacji.

– Po co mielibyśmy to robić? – spytał. – Bądź co bądź końcówka była dość dziwaczna.

– Tylko końcówka.

– Ta dziewczynka i w ogóle.

– Tym bardziej powinniśmy to zrobić. W pewnym sensie to nas łączy, mam rację?

– I dlatego musimy zadawać sobie tyle trudu?

– Ty nie musisz nic robić – odparła.

– Wiesz, o co mi chodzi.

– Przecież całkiem nieźle dogadywałeś się z Edem i Dave’em?

Wzruszył ramionami.

– Byli dość sympatyczni.

– I z dziewczynami też.

Barry powoli pokręcił głową.

– Żona Eda była w porządku, ale ta druga, jak jej tam... Marina... działała mi na nerwy.

– Naprawdę?

– Uważam ją za strasznie nadętą i zbyt pewną siebie.

Angie tylko pokiwała głową, aby uwierzył, że zdołał ją przekonać. Doskonale wiedziała, że udawał, iż nie lubi Mariny Green, bo podobał mu się jej tyłek. Bo miał słabość do dużych cycków i odjechanych fryzur. Angie widziała, jak się do niej ślinił, jak się w nią wgapiał zza podróbek markowych okularów przeciwsłonecznych, udając, że wciąż czyta gazetę, gdy tamta wychodziła z basenu, mając na sobie ewidentnie przymałe bikini.

– Cóż, ja uważam, że jest miła – powiedziała Angie.

– To twoje zdanie.

– Myślę, że oni wszyscy są mili, i jeżeli tylko trochę się postarasz, będziemy mieć bardzo przyjemny wieczór.

Usłyszała podniesione głosy w salonie, kłótnię o to, co oglądać w telewizji. Otworzyła drzwi kuchni i zawołała do dzieciaków, żeby przestały się kłócić. Kiedy wróciła do kuchni, Barry stał, pocierając brzuch opięty ciasno materiałem brązowej koszulki polo.

– A co z dietą? – zapytał.

Uważała, że prawie na pewno chodzi mu o to, iż ona przybrała parę kilo, a nie on. Pomyślała o dwóch puszkach piwa, które wytrąbił w ciągu półgodziny, odkąd wrócił z pracy, i o pustym opakowaniu po chipsach, które zawsze znajdowała w jego aucie.

– Zrobię deser owocowy – powiedziała. – To tylko jeden wieczór.

– Na tym się nie skończy, prawda? – Wsunął dłoń pod koszulkę i zaczął się drapać. – My zaprosimy ich do nas, a potem oni zaproszą nas do siebie.

– Czy to coś złego?

– Jak już mówiłem, mamy dość przyjaciół.

– Wymień ich – rzuciła Angie.

– Przepraszam, czy mógłbym...?

Angie zamrugała i przeprosiła mężczyznę, który próbował dosięgnąć czegoś, co leżało obok niej. Przesunęła skrzypiący wózek, zastanawiając się, jak długo tam stała i gapiła się pustym wzrokiem w mięso jak jakaś wariatka. Wlepiła wzrok w paczkę z piersiami kurczaka, którą wciąż trzymała w dłoni.

Lśniące różowe mięso, opięte ciasno przezroczystą folią.

Wrzuciła je do wózka i podeszła szybko do kasy. Przypomniała sobie ostatni posiłek, który jedli w szóstkę, gdy niebo na zachodzie nabiegło krwistą czerwienią, a w całym kurorcie słychać było syreny policyjnych radiowozów. To będzie dziwne, pomyślała, ujrzeć ich ponownie po ośmiu tygodniach, na drugim końcu świata, z dala od miejsca, gdzie się spotkali.

Te wakacje były naprawdę udane pomimo wszystko.

Bracia Finnegan. Taki napis widniał na reklamach, burtach ciężarówek i przesadnie drogim papierze z wytłoczonym logo, którego nigdy nawet nie chciał.

Bracia Finnegan. Dwaj bracia...

Ale trudno się tego domyślić, uważał Barry. Nie po sposobie, w jaki czasami się do niego zwracano i go lekceważono. Zdarzało się, że był traktowany z góry, jak zwyczajny, szeregowy pracownik.

Adrian był młodszym bratem i dlatego nie dawało się tego przełknąć. Młodszy od niego o trzy lata, ale podczas gdy Barry brudził sobie ręce, Adrian balował na studiach dostatecznie długo, aby załatwić sobie odpowiednie, skądinąd dość szemrane, kwalifikacje biznesowe. Teraz chyba uważał się za Alana Sugara czy kogoś takiego, przekonany, że durne papeterie to z jego strony ważniejszy wkład w firmę niż to wszystko, co robił Barry.

Ale, kurwa, wcale nie.

Barry trzasnął otwartą dłonią w kierownicę, zakręcił nią w lewo i dodał gazu, aby wyminąć swoim audi debila, który sunął zewnętrznym pasem z prędkością pięćdziesięciu pięciu kilometrów na godzinę.

Czterdzieści pięć minut w jedną stronę tylko po to, by nasłuchać się narzekania i wyzwisk jakiegoś kretyna, który wciąż się skarżył, że prace nad zagospodarowaniem poddasza nie spełniały jego oczekiwań. Okno nie zamykało się jak trzeba, z kaloryfera ciekło i takie tam. Czterdzieści pięć minut w jedną stronę w sobotnie popołudnie, podczas gdy braciszek siedział w domu, oglądając Sky Sports i bawiąc się z dziećmi.

Jego zakichany młodszy braciszek, łajza, która stale musiała być ze swoimi zafajdanymi bachorami. W dodatku kazał mu jechać do pracy w sobotę, a przecież Barry zaharowywał się, urabiając ręce po łokcie przez cały tydzień... a do tego ten gnój nie był zadowolony z efektów pracy. Zrzędził jak stara baba, nazwał go kowbojem, a na koniec powiedział, że może będzie musiał zadzwonić do Adriana, żeby załatwić tę sprawę.

Typowe.

„Powinienem był najpierw pomówić, z kim trzeba”. Tak właśnie powiedział ten pyskaty drań. Barry musiał się pohamowywać, aby nie obić mu spoconej, czerwonej mordy... a wiedział, iż to zadanie z całą pewnością wykonałby tak, że byłby zadowolony z efektów.

Nadszedł czas, aby wyprostować wszystkie sprawy z bratem, i Barry doskonale o tym wiedział. Załatwić to raz na zawsze. Tę przemowę przygotowywał w myślach dostatecznie często, a lista skarg i zażaleń tylko się wydłużała.

Sobota, Ade? Żarty się ciebie trzymają, jak zawsze...

Nie żeby nie cieszył się, mogąc choć na chwilę wyjść z domu, kiedy Angie akurat sprzątała wszystko od góry do dołu, wyciągała błyszczącą zastawę i szykowała stół do kolacji. Domyślał się, że podobnie cieszyła się, że nie będzie go musiała oglądać, gdy zajmie się rozstawianiem świec i robieniem się na bóstwo.

– Powinieneś mu coś powiedzieć. – Wciąż słyszał jej słowa. Powtarzała je wiele razy. – Musisz mu dać jasno do zrozumienia, że nie może cię tak wykorzystywać.

Łatwo jej mówić. Ten sam szajs próbowała mu wciskać jego była.

Postaw mu się, jesteś starszy.

Bądź mężczyzną...

Nacisnął klakson, aby ponaglić dupka, który nie chciał ustąpić mu z drogi. Zauważył, że facet zerka w lusterko wsteczne. Barry uniósł obie ręce i zawołał:

– No rusz się, do cholery...

– Barry to praktyczna strona firmy, a ja jestem jej zdrowym rozsądkiem – zwykł dumnie mawiać Adrian. Kładł przy tym dłoń na ramieniu Barry’ego, podczas gdy starszy brat robił, co mógł, by się nie uśmiechnąć. – On uosabia mięśnie, a ja urok osobisty...

Najgorsze, że faktycznie tak było, i na tym właśnie polegał problem. Zawsze. Twój młodszy brat... sprzedałby piasek Arabom... albo ptaka siedzącego na drzewie... cały ten pic. To Adrian wyszukiwał klientów i urabiał ich, jak było trzeba. To on ich uspokajał, gdy prace się przedłużały i przekraczały ustalony kosztorys. To on zapewniał nowe kontrakty, dzięki czemu stać go było na audi, opiekę nad dziećmi i wakacje na cholernej Florydzie i właśnie dlatego Angie musiała się przymknąć i przestać dłużej suszyć mu głowę.

Właśnie dlatego, przynajmniej jeszcze przez jakiś czas, jego przemowa nie zostanie wygłoszona.

Barry wcisnął zapalniczkę do otworu, a potem sięgnął w stronę fotela pasażera po benson & hedgesy. Westchnienie przeszło w czknięcie, gdy otworzył paczkę papierosów. Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebował, była ta cholerna kolacja.

Co ona chciała upichcić? Jakiś specjał florydzki? Boże Święty...

– Wysil się trochę – powiedziała kilka razy. – Zachowuj się – co w rzeczywistości miało znaczyć: Spróbuj się nie upić i nie narobić mi wstydu. Szkoda, bo niczego tak nie pragnął, jak walnąć kilka głębszych i pozaglądać Marinie Green w dekolt. Poza tym miło się z Angie ostatnio rozmawiało, była na luzie. Prawda była taka, że podczas wakacji niemal co wieczór miała w czubie, bo upijała się winem i drogimi koktajlami, mówiła zbyt głośno i śmiała się z durnych żartów Eda, więc biorąc to wszystko pod uwagę, trochę przeginała, mówiąc mu, czego nie powinien robić.

Należy mi się więcej szacunku, pomyślał Barry.

Zapalił papierosa i uchylił lekko szybę, by wypuścić dym.

Jakby nie dość miał problemów z bratem...

Ed znowu będzie opowiadał kretyńskie dowcipy, Dave zacznie się śmiać, a Susan przewracać oczami. Będą rozmawiać o tym, jak szybko zeszła im opalenizna i jak uprzejmi i mili byli sprzedawcy we wszystkich tamtejszych sklepach, nie tacy jak tutejsi opryskliwi i burkliwi ekspedienci.

Ed powie: „Miłego dnia”, naśladując charakterystyczny amerykański akcent.

A potem przejdą do dyskusji o tej zaginionej dziewczynce, to było nieuniknione.

Barry zaś wcale nie miał ochoty o niej rozmawiać.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki