Wydawca: Ole Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 688 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Imperium złota - Andy McDermott

MIĘDZYNARODOWA AGENCJA DZIEDZICTWA KULTUROWEGO, NOWY JORK

Archeolog Nina Wilde i jej mąż Eddie Chase, były żołnierz brytyjskich sił specjalnych SAS, uczestniczą w dochodzeniu w sprawie szmuglowanych zabytków sztuki. Z zaskoczeniem odkrywają, że są bliscy poznania lokalizacji zaginionej osady Inków. Odnalezienie jej może ich doprowadzić do jednej z największych legend wszechczasów – mitycznego złotego miasta, El Dorado.

VALVERDE – WENEZUELA

Okazuje się, że Nina i Eddie nie są jedynymi, którzy pragną odkryć legendarne miasto. W głębi dżungli muszą zmierzyć się ze skorumpowanymi żołnierzami, żądnymi krwi rewolucjonistami i bezwzględnymi bossami narkotykowymi, których nic nie powstrzyma przed zdobyciem skarbów El Dorado.

Ile przyjdzie im zapłacić za to, by dotrzeć do największej z fortun?

Pisarz o rzadko spotykanym talencie operowania piórem jak kamerą”.

Daily Express, Szkocja

Proza McDermotta przypomina książki Clive’a Cusslera, ale ma znacznie bardziej wartką akcję”.

Huddersfield Daily Examiner

Opinie o ebooku Imperium złota - Andy McDermott

Fragment ebooka Imperium złota - Andy McDermott

Andy McDer­mott

Im­pe­rium zło­ta

Z an­giel­skie­go prze­ło­ży­ła Mar­ta Ko­mo­row­ska

Ty­tuł ory­gi­na­łu: Em­pi­re of Gold

Co­py­ri­ght © 2011 Andy McDer­mott

First pu­bli­shed in 2011 by He­adli­ne Pu­bli­shing Gro­up

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal sp. z o.o., War­sza­wa 2013

All ri­ghts re­se­rved

Tłu­ma­cze­nie: Mar­ta Ko­mo­row­ska/Qu­en­di Lan­gu­age Se­rvi­ces

Re­dak­tor pro­wa­dzą­cy: Agniesz­ka Trzeb­ska-Cwa­li­na/Ha­chet­te Pol­ska

Re­dak­cja: Anna Sta­wiń­ska/Qu­en­di Lan­gu­age Se­rvi­ces

Ko­rek­ta: Han­na Chę­ciń­ska/Qu­en­di Lan­gu­age Se­rvi­ces

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: Krzysz­tof Kieł­ba­siń­ski

Fo­to­gra­fia wy­ko­rzy­sta­na na I stro­nie okład­ki:

© Man­da­ri­ne­Tree/Istock­pho­to.com

© Mi­cha­elU­tech/Istock­pho­to.com

Skład i ła­ma­nie: Wio­let­ta Ko­wal­ska/Vio­let De­sign

Wy­daw­ca:

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal sp. z o.o.

ul. Fok­sal 17, 00-372 War­sza­wa

tel. 22 828 02 82, 22 380 18 01

e-mail:biu­ro@gwfok­sal.pl

www.gwfok­sal.pl

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: Mi­chał Olew­nik / Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.i Mi­chał La­tu­sek / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

ISBN 978-83-7881-268-5

Dla mo­jej ro­dzi­ny i przy­ja­ciół

Prolog

Afga­ni­stan

Jało­wy kra­jo­braz wy­da­wał się Ed­die­mu Cha­se’owi obcy, a za­ra­zem dziw­nie zna­jo­my. An­glik do­ra­stał wśród urwi­stych wzgórz hrab­stwa York­shi­re, któ­re­go ukształ­to­wa­nie po­wierzch­ni przy­po­mi­na­ło po­fa­lo­wa­ny te­ren, nad któ­rym te­raz prze­la­ty­wał he­li­kop­ter. Jed­nak na­wet w nocy róż­ni­ca była oczy­wi­sta. Wzgó­rza i wrzo­so­wi­ska wo­kół jego ro­dzin­ne­go mia­sta były zie­lo­ne i peł­ne ży­cia. Kra­jo­braz roz­cią­ga­ją­cy się te­raz pod nim był spę­ka­ny i brud­no­brą­zo­wy. Była to mar­twa zie­mia.

Tej nocy mia­ła spły­nąć krwią.

Cha­se od­wró­cił wzrok od okna w kie­run­ku sied­miu męż­czyzn sie­dzą­cych w sła­bo oświe­tlo­nej ka­bi­nie he­li­kop­te­ra. Wszy­scy, po­dob­nie jak on, byli żoł­nie­rza­mi Sił Spe­cjal­nych, a ich po­ma­lo­wa­ne na czar­no twa­rze nie zdra­dza­ły żad­nych emo­cji. Uczest­ni­cy mi­sji wy­jąt­ko­wo nie po­cho­dzi­li z tej sa­mej jed­nost­ki, a na­wet z tego sa­me­go kra­ju. Pię­ciu na­le­ża­ło do 22. puł­ku SAS – jed­nej z naj­bar­dziej eli­tar­nych bry­tyj­skich jed­no­stek, któ­ra bu­dzi­ła rów­nie wie­le po­dzi­wu, co gro­zy. Po­zo­sta­li trzej byli in­nej na­ro­do­wo­ści – Ko­ali­cja stwo­rzy­ła dru­ży­nę do prze­pro­wa­dze­nia tej ope­ra­cji w du­żym po­śpie­chu.

Cha­se nie spo­dzie­wał się jed­nak pro­ble­mów pod­czas współ­pra­cy. Dwóch z tych lu­dzi już znał – z Bo­bem „Blu­ey­em” Jack­so­nem z au­stra­lij­skie­go SAS nie miał wpraw­dzie zbyt wie­le do czy­nie­nia, ale z Ja­so­nem Stark­ma­nem z Sił Spe­cjal­nych Ar­mii Sta­nów Zjed­no­czo­nych – Zie­lo­nych Be­re­tów – przy­jaź­nił się od lat.

Trze­ci ob­co­kra­jo­wiec był, przy­najm­niej dla nie­go, wiel­ką nie­wia­do­mą. Za męż­czy­znę po­rę­czył do­wód­ca dru­ży­ny, ma­jor Jim „Mac” McCrim­mon – a dla Cha­se’a była to jed­na z naj­lep­szych moż­li­wych re­ko­men­da­cji. Mimo to chciał bli­żej po­znać Bel­ga o or­lim no­sie, za­nim znaj­dą się na zie­mi, więc usiadł koło Hu­go­na Ca­stil­le’a z Gru­py Sił Spe­cjal­nych, aby wy­cią­gnąć z nie­go wię­cej in­for­ma­cji.

Ma­newr oka­zał się zu­peł­nie nie­po­trzeb­ny, bo ga­da­tli­wy Ca­stil­le mó­wił tyle, że na­wet spe­cja­li­ście od prze­słu­chań trud­no by­ło­by za nim na­dą­żyć.

– No więc zna­leź­li­śmy mały bar przy Las Ram­blas – opo­wia­dał z prze­ję­ciem – i po­zna­łem tam prze­ślicz­ną Hisz­pan­kę. By­łeś kie­dyś w Bar­ce­lo­nie? – Cha­se po­krę­cił gło­wą, za­sta­na­wia­jąc się, ja­kim cu­dem te­mat roz­mo­wy (a wła­ści­wie mo­no­lo­gu), w cią­gu kil­ku se­kund, pod­czas któ­rych wy­glą­dał przez okno, prze­sko­czył z ope­ra­cji woj­sko­wej w Bo­śni na pod­ry­wa­nie Hisz­pa­nek. – Tam­tej­sze za­byt­ki są rów­nie pięk­ne, jak ko­bie­ty. Ale je­śli cho­dzi o wy­da­rze­nia tam­tej nocy, je­stem dżen­tel­me­nem, więc nic na ten te­mat nie po­wiem – oświad­czył z sze­ro­kim uśmie­chem.

Cha­se też wy­szcze­rzył zęby.

– Czy­li to jed­nak moż­li­we, że­byś prze­stał ga­dać?

– Oczy­wi­ście! To… – Ca­stil­le za­milkł, za­uwa­ża­jąc przy­tyk. Prych­nął, wy­jął z kie­sze­ni jabł­ko o lśnią­cej czer­wo­nej skór­ce i wgryzł się w owoc.

– Ed­die, a ty to niby mil­czek je­steś? – ode­zwał się głos ze szkoc­kim ak­cen­tem. Ko­men­tarz roz­śmie­szył więk­szość męż­czyzn.

– Wal się, Mac. – Cha­se od­gryzł się do­wód­cy. Re­la­cje mię­dzy­ludz­kie w Si­łach Spe­cjal­nych, bar­dzo bli­skie i po­wsta­ją­ce pod dużą pre­sją, umoż­li­wia­ły swo­bo­dę nie­spo­ty­ka­ną w zwy­kłych od­dzia­łach woj­sko­wych – przy­najm­niej do pew­ne­go stop­nia. – Ja przy­najm­niej ga­dam o bar­dziej in­te­re­su­ją­cych rze­czach niż cho­ler­ny kry­kiet i sno­oker.

Męż­czy­zna, sie­dzą­cy obok Maca, wtrą­cił z po­wa­gą w gło­sie:

– Sier­żan­cie, in­te­re­su­je pana zu­peł­nie co in­ne­go niż po­zo­sta­łych. – Ka­pi­tan Alek­san­der Sti­kes, tak jak Cha­se, do­bie­gał trzy­dziest­ki, ale na tym po­do­bień­stwa się koń­czy­ły. Cha­se był przy­sa­dzi­sty, a jego kwa­dra­to­wą, krzy­wo­no­są twarz moż­na było okre­ślić naj­wy­żej jako „wy­ra­zi­stą”, tym­cza­sem dru­gi z ofi­ce­rów, dwu­me­tro­wy blon­dyn z wy­so­kim czo­łem i kształt­nym no­sem, wy­glą­dał jak pru­ski szlach­cic. – My­ślę, że wszy­scy wo­le­li­by­śmy tro­chę po­sie­dzieć w ci­szy.

– O ci­szy to mo­żesz tu za­po­mnieć – rzu­cił Mac. Kpi­ny w jego gło­sie nie za­głu­szył na­wet ryk sil­ni­ków he­li­kop­te­ra.

Cha­se po­now­nie zwró­cił się do Ca­stil­le’a.

– To już trze­ci owoc, któ­ry wci­nasz od wy­lo­tu z bazy. Ja ostat­nio ja­dłem tyl­ko ba­na­na, w do­dat­ku lek­ko po­psu­te­go.

Ca­stil­le od­gryzł ko­lej­ny kęs.

– Za­wsze za­bie­ram na mi­sje mnó­stwo owo­ców. To dużo lep­sze niż su­chy pro­wiant, nie? I mam swo­je spo­so­by, żeby się nie obi­ja­ły. Oj­ciec mnie na­uczył.

– Jest ja­kimś spe­cja­li­stą od opie­ki nad owo­ca­mi?

Belg się uśmiech­nął.

– Nie. Ma wa­rzyw­niak, a obi­tych owo­ców nikt nie chce ku­po­wać. A twój?

Py­ta­nie zbi­ło Cha­se’a z tro­pu.

– Mój oj­ciec?

– Tak. Co robi?

– Pra­cu­je w fir­mie lo­gi­stycz­nej. Zaj­mu­je się trans­por­tem – wy­ja­śnił, wi­dząc nie­pew­ność Ca­stil­le’a. – Prze­wo­zi to­wa­ry po ca­łym świe­cie, pil­nu­je ich od­praw na gra­ni­cy. Aha, i jest po­twor­nym dup­kiem.

– Jaki oj­ciec, taki syn, co nie, Yor­kuś? – spy­tał inny z żoł­nie­rzy SAS, Ke­vin Ba­ine. W prze­ci­wień­stwie do wcze­śniej­szej uwa­gi Maca, w ko­men­ta­rzu wy­gło­szo­nym z lon­dyń­skim ak­cen­tem nie było cie­nia we­so­ło­ści.

– Spie­przaj. – Cha­se nie po­zo­stał mu dłuż­ny. Pła­ska twarz Ba­ine’a wy­krzy­wi­ła się w drwią­cym gry­ma­sie.

– Duu-pek – po­wtó­rzył Ca­stil­le. Sło­wo wy­po­wie­dzia­ne z bel­gij­skim ak­cen­tem za­brzmia­ło ko­micz­nie. – Nie lu­bisz go, co?

– Nie roz­ma­wia­łem z nim od chwi­li, kie­dy dzie­sięć lat temu wy­pro­wa­dzi­łem się z domu. Nie że­by­śmy czę­sto się wi­dy­wa­li przed­tem. Cały czas gdzieś jeź­dził. I ro­man­so­wał za ple­ca­mi mamy. – Sam się zdzi­wił tym wy­zna­niem. Przy­ja­ciel­ski ton Ca­stil­le’a spra­wił, że po­wie­dział wię­cej, niż za­mie­rzał. Po­słał ko­le­gom z SAS groź­ne spoj­rze­nie, spraw­dza­jąc, czy któ­ryś ośmie­li się za­żar­to­wać. Mina Sti­ke­sa wska­zy­wa­ła, że za­no­to­wał so­bie ten fakt w pa­mię­ci, ale nikt się nie ode­zwał.

– Oj, sor­ry – po­wie­dział Ca­stil­le.

– Nie ma spra­wy – rzu­cił Cha­se, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi.

Tro­chę prze­sa­dził – tak na­praw­dę wie­dział tyl­ko o jed­nym ro­man­sie. Ale to wy­star­czy­ło.

Ca­stil­le chciał coś do­dać, ale prze­rwał mu głos pi­lo­ta skrze­czą­cy z gło­śni­ka:

– Dzie­sięć mi­nut!

Na­strój na­tych­miast się zmie­nił. Ośmiu męż­czyzn gwał­tow­nie wy­pro­sto­wa­ło się na sie­dze­niach. Czer­wo­ne lam­py w ka­bi­nie zga­sły, po­zo­stał je­dy­nie upior­ny zie­lo­ny blask bi­ją­cy od urzą­dzeń w kok­pi­cie.

– Do­bra – stwier­dził Mac, tym ra­zem cał­kiem po­waż­nie. – Nie mie­li­śmy za wie­le cza­su na omó­wie­nie sy­tu­acji, więc zrób­my to te­raz jesz­cze raz. Alek­san­drze?

Sti­kes wy­chy­lił się do przo­du i za­czął mó­wić.

– Jak wie­cie, mamy je­de­na­stu pra­cow­ni­ków po­moc­ni­czych ONZ plus jed­ne­go dzia­ła­ją­ce­go pod przy­kryw­ką ofi­ce­ra MI6 – któ­rych ta­li­bo­wie wzię­li jako za­kład­ni­ków. I dwa­na­ście wol­nych miejsc w he­li­kop­te­rach. – Zer­k­nął za okno. Obok Black Haw­ka ar­mii ame­ry­kań­skiej le­cia­ła mniej­sza ma­szy­na, MH-6 Lit­tle Bird. – Chcę, żeby w dro­dze po­wrot­nej wszyst­kie te sie­dze­nia były za­ję­te. A tu­taj – wska­zał na je­den z fo­te­li – ma sie­dzieć nasz ko­le­ga szpieg. Cały i zdro­wy. Ma in­for­ma­cje o Al-Ka­idzie, któ­rych po­trze­bu­je­my. Może na­wet wie, gdzie ukry­wa się Osa­ma.

– Cie­ka­we, czy wy­sła­li­by nas na mi­sję ra­tun­ko­wą, gdy­by je­den z po­rwa­nych nie był taj­nia­kiem – za­sta­na­wiał się Blu­ey.

– Ja tam nie je­stem cie­kaw – po­nu­ro za­żar­to­wał Cha­se, od­po­wia­da­jąc ły­se­mu Au­stra­lij­czy­ko­wi.

Sti­ke­sa to nie roz­ba­wi­ło.

– Ci­sza, Cha­se. Lo­ka­li­za­to­ry GPS na cię­ża­rów­kach ONZ po­ka­zu­ją, że zo­sta­li za­bra­ni na opusz­czo­ną far­mę i pół go­dzi­ny temu wciąż tam byli. Na zdję­ciach sa­te­li­tar­nych zro­bio­nych dzi­siaj wcze­śnie rano było wi­dać je­den inny po­jazd i kil­ka koni, więc sza­cu­je­my, że na miej­scu jest nie wię­cej niż dzie­się­ciu – dwu­na­stu ta­li­bów. Wcho­dzi­my, zmniej­sza­my ich licz­bę do zera i od­bi­ja­my za­kład­ni­ków.

– Tak dla ści­sło­ści – po­wie­dział Stark­man z tek­sań­skim ak­cen­tem – mamy nie tyl­ko ura­to­wać tych do­brych, ale też zli­kwi­do­wać tych złych, zga­dza się?

Zim­ny uśmiech Sti­ke­sa było wy­raź­nie wi­dać na­wet w zie­lo­nym po­bla­sku wy­do­by­wa­ją­cym się z kok­pi­tu.

– Wszy­scy poza za­kład­ni­ka­mi są uzna­ni za wro­gów. Wie­cie, co robi się z wro­ga­mi. – Dru­ży­na za­śmia­ła się po­nu­ro.

– Coś wię­cej na te­mat wspar­cia z po­wie­trza, sir? – spy­tał trze­ci żoł­nierz SAS, po­tęż­ny Wa­lij­czyk na­zwi­skiem Will Gre­en.

– Nic jesz­cze nie po­twier­dzi­li – od­po­wie­dział Sti­kes. – Wszyst­kie na­sze ma­szy­ny w tym re­gio­nie uczest­ni­czą te­raz w in­nej ope­ra­cji. W każ­dym ra­zie te, któ­re nie są ze­psu­te. Je­śli coś się zwol­ni, pra­wie na pew­no bę­dzie to ame­ry­kań­ski sprzęt.

– Cu­dow­nie, kur­wa – mruk­nął Ba­ine. – Ma ktoś za­pa­so­wą ka­mi­zel­kę ku­lo­od­por­ną? Nie ma to jak ucie­kać przed bra­to­bój­czym ogniem.

– Do­syć – prze­rwał mu ostro Mac. – Gdy­by nie nasi ame­ry­kań­scy przy­ja­cie­le, nie mie­li­by­śmy na­wet tych he­li­kop­te­rów. Ciesz­cie się, że nie je­dzie­my na miej­sce w na­szych Ró­żo­wych Pan­te­rach. – Tak na­zy­wa­no land ro­ve­ry SAS po­kry­te ró­żo­wa­wym ka­mu­fla­żem pu­styn­nym.

– Prze­pra­szam, sir. – Ba­ine z nie do koń­ca szcze­rą skru­chą ski­nął gło­wą Stark­ma­no­wi.

– Ja­kieś py­ta­nia? – spy­tał Sti­kes. Wśród żoł­nie­rzy za­pa­dła ci­sza.

– Ostat­nia spra­wa – do­dał McCrim­mon. Spoj­rzał po swo­ich lu­dziach, naj­dłu­żej sku­pia­jąc wzrok na Cha­sie. – Wszy­scy bra­li­ście już udział w star­ciach, ale dzi­siej­sze może się róż­nić od wa­szych po­przed­nich do­świad­czeń. Co­kol­wiek bę­dzie się dzia­ło, za­cho­waj­cie spo­kój, bądź­cie sku­pie­ni i pa­mię­taj­cie, cze­go na­uczy­li­ście się na szko­le­niu. Wiem, że ura­tu­je­cie tych lu­dzi. Trzy­maj­cie się ra­zem i walcz­cie do koń­ca.

– Do koń­ca – po­wtó­rzył Cha­se, wraz z Gre­enem i Ca­stil­le’em.

Przez ko­lej­nych kil­ka mi­nut sły­chać było wy­łącz­nie sil­nik he­li­kop­te­ra. W koń­cu pi­lot ode­zwał się po­now­nie:

– Jed­na mi­nu­ta!

Cha­se zer­k­nął za okno. Jego wzrok przy­wykł już do ciem­no­ści, więc za­uwa­żył, że te­ren wzno­si się w stro­nę po­szar­pa­nych gór le­żą­cych na pół­no­cy. Wciąż zda­rza­ły się po­ła­cie pu­styn­nej rów­ni­ny, ale te­raz były upstrzo­ne stro­my­mi, fa­lu­ją­cy­mi wzgó­rza­mi. Trud­ny te­ren.

Mie­li po nim przejść dzie­sięć ki­lo­me­trów.

Zmie­ni­ło się brzmie­nie sil­ni­ków Black Haw­ka. He­li­kop­ter gwał­tow­nie szarp­nął do tyłu, ha­mu­jąc przed lą­do­wa­niem. Cha­se cały się na­prę­żył. Jesz­cze tyl­ko chwi­la…

Roz­legł się od­głos ude­rze­nia. Gre­en od­su­nął drzwi ka­bi­ny po jed­nej stro­nie, Blu­ey po dru­giej i żoł­nie­rze wy­bie­gli na ze­wnątrz. Cha­se, trzy­ma­jąc przy­go­to­wa­ną broń – die­ma­co C8SFW, ka­na­dyj­ską wer­sję ame­ry­kań­skie­go ka­ra­bi­nu sztur­mo­we­go M4 – wy­biegł z krę­gu wi­ru­ją­ce­go pyłu i rzu­cił się pła­sko na zie­mię. Wo­kół nie­go inni człon­ko­wie od­dzia­łu zro­bi­li to samo.

Śmi­gło­wiec wzbił się w górę. Cha­se po­czuł ude­rze­nie żwi­ru po­rwa­ne­go po­dmu­chem po­wie­trza, kie­dy ma­szy­na od­la­ty­wa­ła. Lit­tle Bird po­dą­żył za nią. Od­gło­sy śmi­gieł obu he­li­kop­te­rów uci­chły za­ska­ku­ją­co szyb­ko.

Pył opadł. Cha­se, wciąż le­żąc na zie­mi, roz­glą­dał się po oko­li­cy, szu­ka­jąc ja­kich­kol­wiek oznak, że nie są tu sami.

Ni­cze­go nie zo­ba­czył. Te­ren był czy­sty.

Usły­szał ci­chy gwizd, ro­zej­rzał się i za­uwa­żył ciem­ną syl­wet­kę wsta­ją­ce­go Maca. Po­zo­sta­li po­szli w śla­dy do­wód­cy. Za­cho­wu­jąc ostroż­ność, ze­bra­li się przed bro­da­tym Szko­tem, któ­ry włą­czył czer­wo­ną la­tar­kę i spraw­dził w jej świe­tle naj­pierw mapę, póź­niej kom­pas.

– Tędy – rzu­cił, wska­zu­jąc w stro­nę gór.

Cha­se spoj­rzał na czar­ny ma­syw wzno­szą­cy się na tle roz­gwież­dżo­ne­go nie­ba i wes­tchnął z nie­za­do­wo­le­niem.

– Co za syf. Mo­głem się do­my­ślić, że wy­bie­rze­my naj­bar­dziej stro­mą tra­sę.

– Stul pysk – wark­nął Sti­kes. – Cha­se, ty i Gre­en idzie­cie pierw­si. Do­bra, ru­szać się!

Dla więk­szo­ści lu­dzi prze­by­cie dzie­się­ciu ki­lo­me­trów w pa­gór­ko­wa­tym, ska­li­stym te­re­nie – i to po ciem­ku – sta­no­wi­ło­by dro­gę przez mękę. Dla od­dzia­łu Sił Spe­cjal­nych była to jed­nak tyl­ko drob­na nie­do­god­ność. Mie­li nok­to­wi­zo­ry, ale nikt ich nie uży­wał – gwiaz­dy i księ­życ, świe­cą­ce ja­sno na nie­za­dy­mio­nym nie­bie, wy­star­cza­ły do oświe­tle­nia dro­gi. Po po­ko­na­niu ośmiu ki­lo­me­trów w nie­wie­le po­nad go­dzi­nę i czter­dzie­ści mi­nut Cha­se czuł tyl­ko, że zro­bił mu się od­cisk na jed­nym pal­cu. Na­wet Mac, star­szy od resz­ty gru­py o po­nad pięt­na­ście lat, był wciąż w na tyle do­brej for­mie, że na­wet po­rząd­nie się nie za­dy­szał.

Cha­se i tak nie za­mie­rzał mu od­pu­ścić. Odłą­czył się od Gre­ena i zo­stał nie­co z tyłu, żeby po­mó­wić z do­wód­cą pod­czas wej­ścia na wzgó­rze.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku, sta­ry? – spy­tał zło­śli­wie. – Zda­je się, że tro­chę rzę­zisz. Po­trze­bu­jesz tle­nu?

– Bez­czel­ny gów­niarz – od­po­wie­dział Mac. – Wiesz, kie­dy przyj­mo­wa­li mnie do puł­ku, ko­tom ka­za­li ćwi­czyć dużo cię­żej niż te­raz. Taki pa­lacz jak ty od razu by wy­miękł.

– Na służ­bie nie palę. I nie wie­dzia­łem, że SAS ist­nia­ło w dzie­więt­na­stym wie­ku!

– Gęba na kłód­kę, Cha­se – wark­nął idą­cy za nimi Sti­kes. – Jak bę­dziesz tak się darł, usły­szą cię z od­le­gło­ści ki­lo­me­tra.

Cha­se, któ­ry już przed­tem mó­wił nie­wie­le gło­śniej niż pod­czas zwy­kłej roz­mo­wy, ści­szył głos i za­mru­czał:

– Zo­ba­czy­my, czy to usły­szysz, pie­przo­ny fiu­cie.

– Co to było, sier­żan­cie?

– Nic, Alek­san­drze – od­po­wie­dział Sti­ke­so­wi Mac, tłu­miąc śmiech. – Ed­die, za­mknij się. Do­goń Wil­la, za­nim do­trze do szczy­tu wzgó­rza. Już nie­da­le­ko.

– Robi się, sir – rzu­cił Cha­se, wy­szcze­rzył się do Maca i szyb­szym kro­kiem po­szedł w górę. Za­nim zrów­nał się z Gre­enem, spo­waż­niał, by sku­pić się na ak­cji. Obaj męż­czyź­ni pa­dli na zie­mię i prze­czoł­ga­li się przez ostat­nich kil­ka me­trów, aby ro­zej­rzeć się ze szczy­tu.

Przed nimi roz­cią­ga­ła się nie­rów­na do­li­na o śred­ni­cy oko­ło ośmiu­set me­trów, za­koń­czo­na stro­mo wzno­szą­cym się zbo­czem pia­skow­ca. Od gór od­dzie­la­ła ją wą­ska prze­łęcz. Nie­da­le­ko niej znaj­do­wa­ła się duża ska­ła wzno­szą­ca się pio­no­wo jak grot włócz­ni. Dro­ga do od­cię­tej od świa­ta far­my w oczy­wi­sty spo­sób pro­wa­dzi­ła przez prze­łęcz.

Tak oczy­wi­sty, że mu­sia­ła to być pu­łap­ka – chy­ba że ta­li­bo­wie byli kom­plet­ny­mi idio­ta­mi. Cha­se nie miał o nich naj­lep­sze­go zda­nia, ale o taką głu­po­tę ich nie po­dej­rze­wał. Dru­gie­go koń­ca jaru pra­wie na pew­no pil­no­wa­li straż­ni­cy. Było to na­tu­ral­ne wą­skie gar­dło; do jego obro­ny wy­star­cza­ło kil­ka osób, ale nie spo­sób go było prze­być bez za­alar­mo­wa­nia war­tow­ni­ków. Gdy­by jed­nak ktoś ich za­uwa­żył, by­ło­by po za­kład­ni­kach. Je­den wy­strzał, a na­wet je­den krzyk wy­star­czył­by do roz­pę­ta­nia pie­kła.

Straż­ni­ków trze­ba więc było uniesz­ko­dli­wić, ale naj­pierw na­le­ża­ło ich zna­leźć.

Cha­se zrzu­cił ple­cak i wy­jął z nie­go nok­to­wi­zor. Włą­czył, po­cze­kał, aż po­cząt­ko­wy roz­błysk urzą­dze­nia przy­ga­śnie, a po­tem za­ło­żył. Wi­dok stał się kil­ka razy ja­śniej­szy i za­bar­wio­ny na upior­ne od­cie­nie zie­le­ni. Męż­czy­zna wy­pa­try­wał ja­kich­kol­wiek oznak ru­chu. Bez­sku­tecz­nie.

– Wi­dzisz coś, Ed­die? – ci­cho spy­tał Gre­en.

– Na zie­mi nic… te­raz spraw­dzę grań. – Cha­se uniósł gło­wę. Naj­wyż­szy punkt wznie­sie­nia sta­no­wił do­god­ny punkt ob­ser­wa­cyj­ny da­ją­cy wi­dok na całą rów­ni­nę, ale do­sta­nie się tam wy­ma­ga­ło wie­le wy­sił­ku.

Naj­wy­raź­niej zbyt wie­le – ni­ko­go tam nie było. Ed­die za­mknął oczy, aby wzrok ła­twiej się przy­zwy­cza­ił do ciem­no­ści, zdjął nok­to­wi­zor i za­ma­chał do cze­ka­ją­cych żoł­nie­rzy. Za­nim do­łą­czył do nie­go Mac, wi­dział już pra­wie nor­mal­nie.

– Zna­la­złeś coś? – spy­tał do­wód­ca.

– Nie. My­śla­łem, że wy­sta­wią ko­goś na gó­rze, ale jest pu­sto.

Mac ro­zej­rzał się i wy­jął mapę.

– Przej­dzie­my gra­nią, w ra­zie gdy­by ktoś pil­no­wał prze­łę­czy od po­łu­dnio­we­go wscho­du. To za­mknię­ty ka­nion. Nie będą się spo­dzie­wać ata­ku z tej stro­ny.

Stark­man po­pa­trzył na cia­sno upa­ko­wa­ne po­zio­mi­ce na ma­pie.

– Stro­mo tam.

Blu­ey smęt­nie spoj­rzał na swój po­tęż­ny ka­ra­bin ma­szy­no­wy Mi­ni­mi i skrzyn­kę na amu­ni­cję miesz­czą­cą dwie­ście na­bo­jów.

– Wspa­nia­le. Z ta­kim ob­cią­że­niem na pew­no będę ska­kać jak ko­zi­ca.

– Stark­man, Cha­se, Ca­stil­le – wy­li­czał znie­cier­pli­wio­ny Sti­kes – właź­cie na szczyt i sprawdź­cie, czy uda wam się ich zdjąć. Je­śli nie, zejdź­cie na dru­gą stro­nę i za­ła­tw­cie ich w ka­nio­nie. My bę­dzie­my cze­kać na wasz sy­gnał przy tam­tej ska­le. – Zer­k­nął na Maca, cze­ka­jąc na po­twier­dze­nie. Szkot ski­nął gło­wą. – Do­bra, ru­szać się.

Wy­zna­czo­na trój­ka spraw­dzi­ła ra­dia i ru­szy­ła przez rów­ni­nę. Cha­se spoj­rzał w górę, na te­ren oświe­tlo­ny bla­skiem księ­ży­ca.

– Tędy chy­ba damy radę bez lin – po­wie­dział, wska­zu­jąc ścież­kę. – Mo­że­my… Co ty wy­pra­wiasz, do cho­le­ry?

Ca­stil­le ob­rał ba­na­na i zdą­żył już jed­nym ogrom­nym kę­sem po­chło­nąć po­ło­wę.

– Dzię­ki temu do­sta­nę kopa ener­ge­tycz­ne­go – wy­mam­ro­tał, prze­żu­wa­jąc. – Przed nami dłu­ga wspi­nacz­ka.

Cha­se po­krę­cił gło­wą.

– Dziw­ny je­steś, Hugo.

– Mał­pie­go ro­zu­mu do­sta­jesz od tych ba­na­nów – do­dał Stark­man. On i Cha­se wy­buch­nę­li śmie­chem, Ca­stil­le prych­nął, do­koń­czył je­dze­nie owo­cu, zwi­nął skór­kę i scho­wał ją do kie­sze­ni.

– To jak, wszy­scy go­to­wi? – spy­tał Ed­die. – A może masz tam jesz­cze coś, na przy­kład kiść wi­no­gron?

– Mo­żesz się śmiać – stwier­dził Ca­stil­le, ru­sza­jąc w górę zbo­cza – ale praw­da jest taka, że wy, Bry­tyj­czy­cy, je­cie za mało owo­ców. Dla­te­go je­ste­ście tacy bla­dzi!

Cha­se wy­szcze­rzył zęby w uśmie­chu i po­szedł za nim. Stark­man za­my­kał po­chód. Po­dej­ście oka­za­ło się nie­co trud­niej­sze, niż wy­da­wa­ło się na po­cząt­ku, i trzej męż­czyź­ni mu­sie­li po­ma­gać so­bie w prze­by­ciu szcze­gól­nie stro­mych od­cin­ków, ale szyb­ko po­ko­na­li wznie­sie­nie.

Idąc grzbie­tem gra­ni, znów byli po­waż­ni i sku­pie­ni. Oko­ło dwu­stu me­trów przed prze­łę­czą Ca­stil­le syk­nął. Wszy­scy trzej na­tych­miast pa­dli na zie­mię z bro­nią w po­go­to­wiu.

– Co się sta­ło? – wy­szep­tał Cha­se.

– Wi­dzę coś – wska­zał Belg.

Cha­se zmru­żył oczy i za­uwa­żył struż­kę dymu uno­szą­cą się w noc­ne nie­bo. Jej źró­dło znaj­do­wa­ło się na dru­gim koń­cu prze­łę­czy.

Nie mu­sie­li się na­ra­dzać – wie­dzie­li, co ro­bić. Po ci­chu skie­ro­wa­li się w dół gra­ni. Po­ni­żej znaj­do­wał się za­mknię­ty ka­nion, a u jego wej­ścia po­śród ciem­no­ści ja­śnia­ła nie­wiel­ka po­ma­rań­czo­wa plam­ka. Ogni­sko.

Cha­se uniósł swój C8 i spoj­rzał przez ce­low­nik. Tak jak się spo­dzie­wał, ta­li­bo­wie zo­sta­wi­li straż­ni­ków pil­nu­ją­cych prze­łę­czy, osło­nię­tych po­szczer­bio­ny­mi gła­za­mi. Dwaj męż­czyź­ni w za­ku­rzo­nych sza­tach i tur­ba­nach sie­dzie­li przy ogni­sku. Je­den z nich miał AK-47 opar­ty o ska­łę, obok któ­rej sie­dział. Ko­lej­ny ka­ra­bin le­żał nie­opo­dal na pła­skiej ska­le. Bar­dziej nie­po­ko­ją­ca była jed­nak inna broń – RPG-7, ro­syj­ski gra­nat­nik. Na koń­cu jego dłu­giej lufy wi­dać było spi­cza­stą gło­wi­cę bo­jo­wą.

Ed­die opu­ścił broń i oce­nił od­le­głość. Tuż po­ni­żej dwu­stu me­trów: jak naj­bar­dziej w za­się­gu jego die­ma­co, na­wet osła­bio­ne­go po­tęż­nym tłu­mi­kiem za­mon­to­wa­nym na koń­cu lufy. Buł­ka z ma­słem.

Stark­man do­szedł do tego sa­me­go wnio­sku.

– Za­ła­tw­my ich – rzu­cił. – Ty zdej­mu­jesz tego z le­wej.

Cha­se ski­nął gło­wą i usta­wił się do strza­łu. Ta­lib po­now­nie po­ja­wił się w ce­low­ni­ku. Ed­die skie­ro­wał broń nie­co bar­dziej do góry, tak by czer­wo­na krop­ka wid­nie­ją­ca po­środ­ku zna­la­zła się tuż nad gło­wą męż­czy­zny. Kula ob­ni­ży tor lotu i ude­rzy w skroń męż­czy­zny…

Na­gle roz­pro­szy­ły go wła­sne my­śli. „Ni­ko­go jesz­cze nie za­bi­łeś”. A przy­najm­niej nic o tym nie wie­dział. Był już na ak­cji, strze­lał do lu­dzi, któ­rzy ce­lo­wa­li do nie­go… ale te­raz pierw­szy raz szy­ko­wał się do za­bi­cia ko­goś w ten spo­sób.

Szyb­ko po­zbył się wąt­pli­wo­ści. Trwa­ła woj­na, ta­li­bo­wie byli wro­ga­mi, a czło­wiek, któ­re­go wi­dział w ce­low­ni­ku, za­bił­by jego przy­ja­ciół i to­wa­rzy­szy, gdy­by tyl­ko miał taką moż­li­wość. – Na trzy – wy­szep­tał Stark­man. – Go­to­wy?

– Go­to­wy.

– Do­bra. Raz, dwa…

– Wstrzy­mać ogień, wstrzy­mać ogień! – syk­nął Cha­se. Jego cel wła­śnie ze­rwał się na rów­ne nogi. Ed­die wo­dził za nim wzro­kiem. – Cze­kaj, cze­kaj… cho­le­ra!

Ta­lib znik­nął za gła­zem. Cha­se szyb­ko się prze­su­nął w na­dziei, że po­now­nie zo­ba­czy cel po dru­giej stro­nie, ale po kil­ku se­kun­dach sta­ło się ja­sne, że męż­czy­zna nie za­mie­rza się po­ka­zać.

– Kur­wa! Zgu­bi­łem go.

Ca­stil­le spoj­rzał przez swój ce­low­nik.

– Zda­je się, że uciekł. Ten dru­gi cały czas do nie­go mówi.

– Mu­si­my do­rwać obu skur­wie­li jed­no­cze­śnie – mruk­nął Stark­man. – Je­śli je­den z nich się wy­mknie…

– Bę­dzie­my mu­sie­li zdjąć ich z dołu – stwier­dził Cha­se. Po­pa­trzył na dużą ska­łę nie­da­le­ko kra­wę­dzi gra­ni. – Ob­wiąż ją liną. Ja zej­dę pierw­szy.

Szyb­ko za­mo­co­wa­li linę do ska­ły. Cha­se spoj­rzał w dół. Ta ścia­na gra­ni mia­ła oko­ło dwu­dzie­stu me­trów wy­so­ko­ści i bar­dziej przy­po­mi­na­ła klif niż zbo­cze wzgó­rza. Ed­die za­rzu­cił ka­ra­bin na ra­mię i chwy­cił za linę.

– Do­bra. Je­śli ci go­ście przy ogni­sku się ru­szą, po­cią­gnij­cie za linę dwa razy. – Ca­stil­le uniósł kciuk, Stark­man ski­nął gło­wą, a po­tem skie­ro­wał ka­ra­bin z po­wro­tem na cel.

Cha­se za­czął scho­dzić. Choć od ta­li­bów dzie­li­ło go dwie­ście me­trów, po­ru­szał się ostroż­nie, jak cień na stro­mym kli­fie. Po­ko­nał już trzy me­try, sześć… Przy każ­dym kro­ku pia­sko­wiec kru­szył się pod jego bu­ta­mi. Dzie­sięć me­trów, po­ło­wa dro­gi. Ogni­sko znik­nę­ło za ska­ła­mi, ale jego blask nadal był wy­raź­nie wi­docz­ny. Dwa­na­ście. Spoj­rzał na pod­nó­że kli­fu. Bę­dzie mu­siał omi­nąć nie­wiel­ki na­wis, ale za kil­ka me­trów po­wi­nien już dać radę bez­piecz­nie ze­sko­czyć…

Pod jed­ną po­de­szwą roz­legł się trzask, po­tem głu­chy od­głos i szmer opa­da­ją­ce­go żwi­ru, kie­dy ob­lu­zo­wa­ny ka­mień ru­nął w dół i spadł na zie­mię z gło­śnym łup­nię­ciem.

A po­tem z dołu do­biegł głos. Zdzi­wio­ne „Aa?”.

Cha­se za­marł. Ko­lej­ny ta­lib! Na­wis oka­zał się więk­szy, niż mu się zda­wa­ło, wy­star­cza­ją­co duży, by mógł się pod nim ukryć czło­wiek. Z dołu po­pły­nę­ły sło­wa po pasz­tuń­sku. Cha­se nie znał tego ję­zy­ka, ale z tonu gło­su do­my­ślił się, że ukry­ty męż­czy­zna pyta „Kto idzie?”. Roz­legł się trzask włą­cza­nej la­tar­ki i na pia­sku po­ja­wił się krąg sła­be­go żół­te­go świa­tła.

Męż­czy­zna da­lej mó­wił po pasz­tuń­sku, ale w jego gło­sie było sły­chać iry­ta­cję, a nie za­nie­po­ko­je­nie. To już coś – ta­lib nie spo­dzie­wał się w po­bli­żu ni­ko­go poza swo­imi to­wa­rzy­sza­mi. Gdy­by jed­nak miał po­dej­rze­nia i po­sta­no­wił je spraw­dzić, wy­star­czy­ło, żeby spoj­rzał w górę…

C8 wi­sia­ło na pa­sku na ple­cach Cha­se’a. Ed­die chwy­cił linę lewą dło­nią, a pra­wą się­gnął w tył, sta­ra­jąc się do­się­gnąć ka­ra­bin… ale kie­dy prze­rzu­cił cię­żar cia­ła, broń za­ko­ły­sa­ła się, nie­mal po­cie­ra­jąc tłu­mi­kiem o klif. Męż­czy­zna za­ci­snął zęby z wście­kło­ści. Na­wet gdy­by uda­ło mu się do­się­gnąć die­ma­co, mu­siał­by jesz­cze ja­kimś cu­dem jed­ną ręką usta­wić ka­ra­bin w po­zy­cji do strza­łu. Było to nie­wy­god­ne i nie­mal na pew­no na­ro­bił­by przy oka­zji ha­ła­su.

Miał pi­sto­let sig P228 w ka­bu­rze na klat­ce pier­sio­wej, ale ta broń nie mia­ła tłu­mi­ka. Od­głos strza­łu by­ło­by sły­chać w pro­mie­niu wie­lu ki­lo­me­trów.

W tej sy­tu­acji po­zo­sta­wał mu nóż bo­jo­wy, któ­ry miał przy pa­sie. Po­wo­li się­gnął ręką w dół, od­piął pa­sek przy­trzy­mu­ją­cy broń i wy­cią­gnął dwu­dzie­sto­cen­ty­me­tro­we ostrze z po­chwy.

Żół­ty krąg za­tań­czył na zie­mi, kie­dy spod na­wi­su wy­szedł męż­czy­zna. Spoj­rzał w stro­nę ogni­ska, póź­niej ro­zej­rzał się wo­kół. Cha­se wie­dział, co my­śli war­tow­nik: żad­ne­go z jego to­wa­rzy­szy nie było w po­bli­żu, więc ha­ła­su mu­siał na­ro­bić kto inny.

Wciąż wi­sząc na li­nie, Ed­die prze­su­nął się w bok po kli­fie, aby zbli­żyć się do celu.

Celu. Czło­wie­ka, nie­waż­ne, że wro­go na­sta­wio­ne­go. „Nig­dy wcze­śniej ni­ko­go nie za­bi­łeś, nie z tak bli­ska, żeby móc mu spoj­rzeć w oczy…”.

Ta­lib się od­wró­cił. Pro­mień la­tar­ki tra­fił na strą­co­ny ka­mień, po­szczer­bio­ny ka­wa­łek ska­ły wiel­ko­ści grejp­fru­ta. War­tow­nik przyj­rzał mu się, za­czął się od­wra­cać… i na­gle spoj­rzał w górę.

Cha­se sko­czył na nie­go, i jed­ną ręką wbił mu nóż głę­bo­ko w gar­dło, a dru­gą za­sło­nił usta. Z rany try­snę­ła krew tęt­ni­cza, obry­zgu­jąc mu po­li­czek i szy­ję. Ta­lib rzu­cał się i ko­pał. Le­żą­ca na zie­mi la­tar­ka oświe­tla­ła jed­ną stro­nę jego twa­rzy. Wi­docz­ne w świe­tle oko było sze­ro­ko otwar­te, peł­ne bólu i prze­ra­że­nia. War­tow­nik wle­pił wzrok w za­czer­nio­ną ka­mu­fla­żem twarz żoł­nie­rza, na­po­tkał jego spoj­rze­nie… i znie­ru­cho­miał, pu­stym wzro­kiem ga­piąc się w gwiaz­dy.

Cha­se przez chwi­lę, któ­ra wy­da­wa­ła mu się wiecz­no­ścią, pa­trzył na cia­ło, po­tem wy­rwał z nie­go nóż i usiadł obok.

– Jezu – wy­szep­tał. Po­czuł w ustach gorz­ki smak. Wy­tarł nóż, wsu­nął go z po­wro­tem do po­chwy i wy­cią­gnął la­tar­kę. Na kil­ka se­kund prze­stał wi­dzieć, póź­niej jego wzrok przy­wykł do ciem­no­ści.

Cia­ło wciąż le­ża­ło na zie­mi jak wy­rzut su­mie­nia, z po­ły­sku­ją­cą raną na szyi.

Cha­se od­wró­cił wzrok, od­piął ka­ra­bin i wy­ce­lo­wał w stro­nę wi­docz­ne­go w od­da­li ogni­ska. Je­śli po­zo­sta­li ta­li­bo­wie usły­sze­li od­gło­sy wal­ki, za chwi­lę tu będą.

Nie do­strzegł żad­ne­go ru­chu. Miał szczę­ście.

Pod­szedł do liny i po­cią­gnął za nią trzy razy, da­jąc sy­gnał, że dro­ga wol­na, po­tem obej­rzał za­głę­bie­nie pod na­wi­sem, żeby spraw­dzić, co ro­bił Afgań­czyk. Do­bie­ga­ją­cy stam­tąd za­pach nie po­zo­sta­wiał żad­nych wąt­pli­wo­ści. Cha­se prze­rwał war­tow­ni­ko­wi wi­zy­tę w wy­chod­ku.

Stark­man ze­sko­czył na zie­mię obok przy­ja­cie­la, wzbi­ja­jąc przy tym chmu­rę pia­sku.

– Co się sta­ło?

– Coś mu wy­pa­dło – od­po­wie­dział Cha­se. Po­nu­ry żart wy­rwał mu się, za­nim zdą­żył go prze­my­śleć.

Stark­man wy­szcze­rzył zęby w uśmie­chu, a po­tem cof­nął się, żeby zro­bić miej­sce dla scho­dzą­ce­go Ca­stil­le’a.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku? – spy­tał Belg.

Cha­se nie chciał wię­cej o tym mó­wić.

– Tak – rzu­cił i wska­zał ka­ra­bi­nem w stro­nę ogni­ska. – Ale oni nie­dłu­go za­uwa­żą, że ich ko­le­ga po­dej­rza­nie dłu­go nie wra­ca.

Po­chy­la­jąc się ni­sko nad zie­mią, ru­szy­li na­przód. Za­trzy­ma­li się za ska­łą od­le­głą od ogni­ska o oko­ło sześć­dzie­siąt me­trów. Męż­czy­zna, któ­ry miał być ce­lem Cha­se’a, sie­dział opar­ty ple­ca­mi o duży głaz, ogry­za­jąc mię­so z ko­ści. Dru­gi ta­lib przy­su­nął się bli­żej ogni­ska. W za­się­gu ręki miał RPG.

Ed­die już miał wy­ce­lo­wać, kie­dy Ca­stil­le do­tknął jego ra­mie­nia i za­pro­po­no­wał:

– Je­śli chcesz, ja to zro­bię.

Cha­se po­krę­cił gło­wą.

– Nie trze­ba. – Po chwi­li do­dał ła­god­niej: – Ale dzię­ki.

– Nie ma spra­wy.

Przez chwi­lę spo­glą­da­li na sie­bie, po­tem Cha­se znów skon­cen­tro­wał się na ob­ra­zie w ce­low­ni­ku.

Czer­wo­na krop­ka zna­la­zła się na czo­le ta­li­ba.

– Go­to­wy? – szep­nął do Stark­ma­na.

– Tak. Raz, dwa… trzy.

Tym ra­zem nic nie za­kłó­ci­ło wy­strza­łu. Każ­dy z ka­ra­bi­nów pod­sko­czył raz, tłu­mi­ki wy­ci­szy­ły od­głos wy­strza­łów. Cha­se mi­mo­wol­nie mru­gnął, a kie­dy otwo­rzył oczy, zo­ba­czył, jak na ska­le za gło­wą jego celu po­ja­wia się duży ciem­no­czer­wo­ny roz­bryzg.

– Cel zdję­ty – stwier­dził Stark­man.

– Cel zdję­ty – po­wtó­rzył Cha­se. Cia­ło jego ofia­ry po­wo­li od­chy­la­ło się w bok, po­zo­sta­wia­jąc na ska­le czer­wo­ną smu­gę. – Do­bra, wzy­wa­my chło­pa­ków – do­dał, się­ga­jąc po ra­dio.

Po­zo­sta­li człon­ko­wie dru­ży­ny, pro­wa­dze­ni przez Maca, do­tar­li na miej­sce trzy mi­nu­ty póź­niej.

– Do­bra ro­bo­ta – stwier­dził do­wód­ca, przy­glą­da­jąc się cia­łom. – Byli tyl­ko ci dwaj?

– I jesz­cze je­den, o tam – wy­ja­śnił Stark­man. – Ed­die go za­ła­twił. Wbił mu nóż w szy­ję.

Mac spoj­rzał na Cha­se’a i uniósł brwi, kie­dy zo­ba­czył jego wy­jąt­ko­wo po­zba­wio­ną wy­ra­zu minę.

– Twój pierw­szy za­bi­ty?

– Tak – od­po­wie­dział Ed­die bez­na­mięt­nym gło­sem.

– Cóż, do­brze wie­dzieć, że po­tra­fisz nie tyl­ko ga­dać, Cha­se – z prze­ką­sem za­uwa­żył Sti­kes, spraw­dza­jąc jed­no z ciał. Nie do­cze­kał się od­po­wie­dzi, więc mó­wił da­lej:

– Co to, żad­nych prze­mą­drza­łych ko­men­ta­rzy? Chy­ba się tu nie roz­kle­isz, co?

Mac skrzy­wił się z iry­ta­cją.

– Alek­san­drze, weź Wil­la i Blu­eya i sprawdź­cie, czy te­ren jest czy­sty – roz­ka­zał, wska­zu­jąc na po­kry­te py­łem zbo­cze na pół­no­cy. Kie­dy Sti­kes spoj­rzał na nie­go zdzi­wio­ny, Szkot wark­nął: – No jaz­da!

Sti­kes, któ­re­go iry­ta­cji nie zdo­łał ukryć na­wet ka­mu­flaż, przy­wo­łał po­zo­sta­łych i ru­szył w górę wznie­sie­nia. Stark­man zro­zu­miał za­mia­ry do­wód­cy. Trą­cił łok­ciem Ca­stil­le’a, da­jąc mu sy­gnał, żeby na chwi­lę zo­sta­wił Maca i Cha­se’a sa­mych.

– Jak się czu­jesz? – spy­tał Mac.

– Nie wiem – szcze­rze od­po­wie­dział Ed­die. – Ale chy­ba chu­jo­wo.

– Chce ci się rzy­gać?

– Tak – przy­znał Ed­die.

– To do­brze. – Mac po­krze­pia­ją­co po­ło­żył rękę na ra­mie­niu żoł­nie­rza. – Mar­twił­bym się, gdy­byś czuł się in­a­czej.

– Jak to? – spy­tał za­sko­czo­ny męż­czy­zna. – My­śla­łem, że po ca­łym tym szko­le­niu będę mógł to zro­bić, nie my­śląc o tym. Bez emo­cji, na zim­no.

– Szko­le­nie to nie wszyst­ko, chło­pie. Pierw­szy raz, kie­dy na­praw­dę mu­sisz ko­goś za­bić… to cał­kiem co in­ne­go. Nie­któ­rzy w ogó­le nie są w sta­nie tego zro­bić. Inni to ro­bią… i świet­nie się przy tym ba­wią. Cie­szę się, że ty na­le­żysz do trze­ciej gru­py. – Mac ści­snął ra­mię pod­wład­ne­go. – Zro­bi­łeś to, co na­le­ża­ło – ochro­ni­łeś dru­ży­nę, mi­sję i ży­cie za­kład­ni­ków. Do­brze się spi­sa­łeś, Ed­die. Za­wsze w cie­bie wie­rzy­łem.

Na twa­rzy Cha­se’a po­ja­wił się bla­dy uśmiech.

– Dzię­ki, Mac.

– A te­raz wra­caj­my do ro­bo­ty. – Mach­nię­ciem ręki na­ka­zał po­zo­sta­łym człon­kom dru­ży­ny ru­szać na­przód. W tej sa­mej chwi­li ode­zwa­ło się jego ra­dio. – Tak?

Sti­kes wy­da­wał się za­nie­po­ko­jo­ny, co było sły­chać na­wet przez słu­chaw­ki.

– Ma­jo­rze, mamy pro­blem.

– Nie żar­to­wał, kur­wa – wark­nął Cha­se.

Od­dział ukrył się mię­dzy wy­su­szo­ny­mi krze­wa­mi na szczy­cie wznie­sie­nia. Przed nimi znaj­do­wał się pła­ski ob­szar oto­czo­ny gó­ra­mi, a w od­le­gło­ści mniej wię­cej trzy­stu me­trów sta­ło kil­ka wa­lą­cych się bu­dyn­ków: opusz­czo­na far­ma, na któ­rą ta­li­bo­wie za­bra­li więź­niów.

Opis tego miej­sca po­da­ny pod­czas od­pra­wy przed mi­sją oka­zał się do­kład­ny. Sza­cun­ki do­ty­czą­ce zgro­ma­dzo­nych tam sił nie­przy­ja­cie­la – już nie.

– Skąd oni się wzię­li, do kur­wy nę­dzy? – spy­tał Ba­ine. Spo­dzie­wa­li się naj­wy­żej kil­ku­na­stu ta­li­bów, ale co naj­mniej tylu wi­dać było przy par­te­ro­wych za­bu­do­wa­niach far­my, a licz­ba roz­bi­tych nie­opo­dal na­mio­tów wska­zy­wa­ła, że Afgań­czy­ków jest znacz­nie wię­cej. Do trzech po­ma­lo­wa­nych na bia­ło po­jaz­dów ONZ – dwóch śred­niej wiel­ko­ści cię­ża­ró­wek i to­yo­ty land cru­iser – oraz pi­ka­pa sfo­to­gra­fo­wa­ne­go przez sa­te­li­tę do­łą­czy­ły ko­lej­ne trzy zde­ze­lo­wa­ne te­re­nów­ki, a „kil­ka” koni roz­mno­ży­ło się do co naj­mniej dzie­się­ciu. Sta­ło tam na­wet kil­ka mo­to­cy­kli.

– To chy­ba nie ma wiel­kie­go zna­cze­nia – stwier­dził Stark­man. – Trze­ba się tyl­ko za­sta­no­wić, co z nimi ro­bi­my.

Mac spoj­rzał przez nok­to­wi­zor.

– Gdy­by to była mi­sja typu „znajdź i zniszcz”, nic by się nie zmie­ni­ło – nadal dys­po­nu­je­my ele­men­tem za­sko­cze­nia i więk­szą siłą ognia. Ale mu­si­my za­dbać o za­kład­ni­ków… – Sku­pił wzrok na sto­do­le od­da­lo­nej o sto me­trów od głów­ne­go bu­dyn­ku. – Sto­do­ły pil­nu­je dwóch lu­dzi, ale w środ­ku jest ciem­no. Pew­nie tam ich trzy­ma­ją.

Gru­pa ta­li­bów sto­ją­ca obok domu roz­dzie­li­ła się – część z nich, roz­ma­wia­jąc gło­śno, we­szła do środ­ka, inni skie­ro­wa­li się do na­mio­tów. Kil­ku męż­czyzn zo­sta­ło na ze­wnątrz.

– Do­brze się skła­da – stwier­dził Sti­kes. – Je­śli będą sie­dzieć w domu, mo­że­my zwa­lić go im na gło­wy. – Wska­zał na gra­nat­ni­ki Hec­kler & Koch AG-C 40 mm za­mon­to­wa­ne na ka­ra­bi­nach Gre­ena i Ba­ine’a. – Uzie­mi­my paru skur­wie­li za jed­nym za­ma­chem.

– Ale kil­ku­na­stu jesz­cze zo­sta­nie – od­po­wie­dział Mac, po czym do­dał, wska­zu­jąc na cią­gną­cy się nie­opo­dal płyt­ki rów iry­ga­cyj­ny: – Ed­die, Hugo, sprawdź­cie, czy za­kład­ni­cy są w sto­do­le i czy za do­mem nie ma wię­cej na­mio­tów.

Żoł­nie­rze zdję­li ple­ca­ki i z bro­nią w ręku po­czoł­ga­li się po po­kry­tej py­łem zie­mi w stro­nę rowu. Po­ru­sza­li się w żół­wim tem­pie, żeby nie zwró­cić na sie­bie uwa­gi straż­ni­ków, więc do­tar­cie do sto­do­ły za­ję­ło im pra­wie dzie­sięć mi­nut. Ka­nał prze­cho­dził w od­le­gło­ści oko­ło dwu­na­stu me­trów od zruj­no­wa­ne­go bu­dyn­ku. Kie­dy zna­leź­li się poza po­lem wi­dze­nia straż­ni­ków, Cha­se ostroż­nie wy­chy­lił gło­wę z rowu. Nie­opo­dal znaj­do­wa­ła się ster­ta śmie­ci, za któ­rą mo­gli się ukryć po dro­dze do sto­do­ły. Scho­wał gło­wę, dał Ca­stil­le’owi znak, by szedł za nim, i po­czoł­gał się na­przód, bli­żej śmiet­ni­ska.

Znów spoj­rzał w górę i za­marł w bez­ru­chu, kie­dy zo­ba­czył war­tow­ni­ka z ka­łasz­ni­ko­wem zwi­sa­ją­cym z ra­mie­nia. Męż­czy­zna prze­szedł wzdłuż ścia­ny sto­do­ły i mi­nął ster­tę śmie­ci.

Cha­se spo­dzie­wał się, że Afgań­czyk skrę­ci i obej­dzie bu­dy­nek od tyłu, jed­nak on po­szedł pro­sto przez otwar­ty te­ren do nie­wiel­kiej szo­py, otwo­rzył drzwi i wszedł do środ­ka.

Noc­ne po­wie­trze roz­darł prze­raź­li­wy ko­bie­cy krzyk. Cha­se wy­cią­gnął pi­sto­let. To nie mógł być ża­den z za­kład­ni­ków – ONZ, świa­do­me re­pre­syj­ne­go na­sta­wie­nia Afgań­czy­ków, wy­sy­ła­ło tam na mi­sję wy­łącz­nie męż­czyzn. Ta­li­bo­wie naj­wy­raź­niej mie­li in­ne­go więź­nia.

Więź­niów. Ko­lej­na ko­bie­ta za­czę­ła o coś bła­gać, za­wo­dząc. Na­gle prze­rwa­ła, roz­legł się od­głos kop­nię­cia i pe­łen bólu jęk. Męż­czy­zna krzyk­nął z obrzy­dze­niem, wy­szedł z szo­py, trza­ska­jąc drzwia­mi, za­su­nął za­su­wę i od­szedł.

Cha­se po­cze­kał, aż war­tow­nik znik­nie mu z oczu, wy­czoł­gał się z rowu i scho­wał za ster­tą śmie­ci. Ca­stil­le po­szedł w jego śla­dy.

– Co to było? – wy­szep­tał Belg.

– Nie są­dzę, żeby te fun­da­men­ta­li­stycz­ne po­je­by pro­wa­dzi­ły tu przy­tu­łek dla ko­biet – wark­nął Cha­se. – Chodź, za­bie­rze­my je stąd.

– Cze­kaj, cze­kaj! Naj­pierw mu­si­my zna­leźć za­kład­ni­ków.

Cha­se skrzy­wił się, ale wie­dział, że Ca­stil­le ma ra­cję.

– Do­bra. Uwa­żaj na… – Na­gle prze­rwał i za­czął po­cią­gać no­sem. Smród śmie­ci był nie­przy­jem­ny sam w so­bie, ale mie­szał się z nim inny, bar­dziej nie­po­ko­ją­cy za­pach. – Czu­jesz to?

Sze­ro­kie noz­drza Ca­stil­le’a za­drga­ły i mina mu zrze­dła.

– Tak. My­ślisz, że…

– Tak. Do­kład­nie tak. – Cha­se od­chy­lił ka­wa­łek sple­śnia­łe­go wor­ka i od­sło­nił to, cze­go się oba­wiał – cia­ło. Mia­ło bia­łą skó­rę, nie oliw­ko­wą ani brą­zo­wą. Je­den z za­kład­ni­ków. – Cho­le­ra!

– Tam jest na­stęp­ny – za­uwa­żył po­nu­ro Ca­stil­le. – Nie, dwóch na­stęp­nych. Mają po­de­rżnię­te gar­dła.

– Oszczę­dza­ją na ku­lach – gorz­ko za­uwa­żył Cha­se, od­sła­nia­jąc czwar­te zwło­ki ukry­te pod pierw­szy­mi. Na­wet w świe­tle księ­ży­ca roz­po­znał twarz, któ­rą wi­dział pod­czas od­pra­wy przed mi­sją. – Mam tu na­sze­go agen­ta. Kur­wa mać! – Wście­kły Ed­die przy­kuc­nął. – Zna­la­złeś jesz­cze ko­goś?

– Nie. Wy­cho­dzi, że za­bi­li czte­rech.

– Czy­li zo­sta­je jesz­cze ośmiu. – Cha­se spoj­rzał na sto­do­łę i na sto­ją­cy przy niej przed­miot – dużą sta­ro­mod­ną lo­dów­kę bez drzwi, prze­wró­co­ną na bok. Śla­dy na zie­mi wska­zy­wa­ły, że zo­sta­ła wy­cią­gnię­ta ze śmiet­ni­ska i do­su­nię­ta do ścia­ny. – Miej tu oko na wszyst­ko, ja spraw­dzę sto­do­łę.

Cha­se, osła­nia­ny przez Ca­stil­le’a, po­czoł­gał się na­przód. Tak jak po­dej­rze­wał, lo­dów­ka zo­sta­ła przy­tar­ga­na w to miej­sce, aby słu­żyć jako ba­ry­ka­da za­sła­nia­ją­ca otwór. Zaj­rzał przez szpa­rę po­mię­dzy de­ska­mi sto­do­ły.

Przez dziu­ra­wy dach wpa­da­ło do środ­ka tyle świa­tła, że uda­ło mu się zo­ba­czyć ciem­ną syl­wet­kę. Męż­czy­zna cięż­ko od­dy­chał. Był zwią­za­ny, a jego twarz po­ciem­nia­ła od siń­ców i krwi. Obok wi­dać było zwią­za­ne nogi in­ne­go męż­czy­zny, w cie­niu kry­ły się ko­lej­ne kształ­ty.

Mi­sja nie była za­tem za­koń­czo­na. Ed­die do­czoł­gał się do rogu sto­do­ły i wyj­rzał zza nie­go. Za do­mem zo­ba­czył ko­lej­nych sześć du­żych na­mio­tów i na­stęp­ne uwią­za­ne ko­nie. Wró­cił do Ca­stil­le’a i wczoł­ga­li się z po­wro­tem do rowu. Na­stęp­nie do­tar­li do krza­ków, w któ­rych cze­ka­ła resz­ta od­dzia­łu.

– Za­bi­li czte­rech za­kład­ni­ków – po­in­for­mo­wał po­zo­sta­łych Cha­se. – W tym go­ścia z MI6.

Od­po­wie­dzia­ły mu rzu­ca­ne pół­gło­sem prze­kleń­stwa.

– No to mi­sja po­szła się je­bać – stwier­dził Sti­kes.

– Wciąż są tam po­zo­sta­li za­kład­ni­cy – przy­po­mniał mu Mac. – Wi­dzia­łeś ich?

– Tak – po­twier­dził Cha­se. – Są w sto­do­le, zwią­za­ni. Ale za do­mem stoi jesz­cze sześć na­mio­tów i ko­lej­ne ko­nie. My­ślę, że w su­mie jest tu co naj­mniej ze czter­dzie­stu Ara­bu­sów.

– Hmm – mruk­nął za­my­ślo­ny Mac. – Ja­son, od­pal ra­dio i sprawdź, czy mo­gli­by­śmy li­czyć na do­dat­ko­we wspar­cie. To mało praw­do­po­dob­ne, ale trze­ba spró­bo­wać.

– My­ślisz, że nie damy rady ich za­ła­twić? – spy­tał Ba­ine.

– Nie wszyst­kich, nie pod­czas uciecz­ki z za­kład­ni­ka­mi. Chciał­bym mieć jak naj­lep­szą osło­nę.

– To nie wszyst­ko – do­dał Cha­se, kie­dy Stark­man na­wią­zy­wał po­łą­cze­nie. – Za sto­do­łą jest szo­pa, w któ­rej trzy­ma­ją ko­lej­nych więź­niów. A ra­czej więź­niar­ki.

– I co pro­po­nu­jesz? – drwią­co spy­tał Sti­kes. – To nie nasz pro­blem, my mamy tyl­ko ura­to­wać na­szych za­kład­ni­ków.

Cha­se spoj­rzał na nie­go z nie­do­wie­rza­niem.

– Żar­tu­jesz so­bie, kur­wa? Te ta­lib­skie dup­ki nie­na­wi­dzą ko­biet!

– Pro­szę grzecz­niej, sier­żan­cie – syk­nął Sti­kes. – Ro­zu­miem, że chcesz się po­ba­wić w ry­ce­rza na bia­łym ko­niu, ale nie mo­że­my ich ze sobą za­brać. Nie zmiesz­czą się w he­li­kop­te­rach.

– Czte­rech za­kład­ni­ków nie żyje – przy­po­mniał Cha­se – więc mamy wol­ne miej­sca. A je­śli bę­dzie ich wię­cej, część z nas mo­gła­by po­le­cieć na pło­zach.

Ba­ine prych­nął.

– Nie za­mie­rzam zwi­sać z pie­przo­ne­go he­li­kop­te­ra, żeby ja­kaś głu­pia suka w bur­ce mo­gła się za­ła­pać na dar­mo­wą prze­jażdż­kę. Nig­dy, kur­wa, w ży­ciu.

Cha­se, wście­kły, zbli­żył się do nie­go, ale Mac uniósł rękę.

– Ed­die, przy­kro mi, ale Alek­san­der ma ra­cję. Na­szym prio­ry­te­tem są za­kład­ni­cy. Ko­bie­ty będą… – Z przy­gnę­bie­niem po­krę­cił gło­wą. – Będą mu­sia­ły po­ra­dzić so­bie same.

– Czy mogę cho­ciaż wy­pu­ścić je z szo­py?

Mac przez chwi­lę się za­sta­na­wiał.

– Je­śli sy­tu­acja na to po­zwo­li.

Cha­se ski­nął gło­wą. Wszy­scy od­wró­ci­li się w stro­nę Stark­ma­na, któ­ry za­koń­czył po­łą­cze­nie.

– Mam dwie wia­do­mo­ści: do­brą i złą.

– A to nie­spo­dzian­ka – za­re­ago­wał ner­wo­wo Blu­ey.

– Do­bra wia­do­mość jest taka, że w po­wie­trzu jest Spo­oky, kryp­to­nim Ham­mer Four-One. Zła jest taka, że w tej chwi­li bie­rze udział w in­nej ope­ra­cji i nie po­tra­fi­li mi po­wie­dzieć, kie­dy ani czy w ogó­le do nas do­trze.

– Czy­li na śmi­głow­ce nie ma co li­czyć? – spy­tał Mac. Stark­man po­krę­cił gło­wą. – No to wszyst­ko ja­sne. Nie mo­że­my cze­kać na wspar­cie – ktoś tu się w koń­cu zo­rien­tu­je, że war­tow­ni­cy znik­nę­li. Ru­sza­my.

Dzie­sięć mi­nut póź­niej Cha­se zna­lazł się po­now­nie pod sto­do­łą. Tym ra­zem to­wa­rzy­szył mu Sti­kes, nie Ca­stil­le. Ka­pi­tan cza­ił się przy ster­cie śmie­ci i ciał, a Cha­se ku­cał w ciem­no­ściach, opie­ra­jąc się o za­rdze­wia­łą lo­dów­kę.

Mi­ja­ły ko­lej­ne mi­nu­ty. Cha­se’a za­czę­ły bo­leć łyd­ki, ale zi­gno­ro­wał to, kon­cen­tru­jąc się wy­łącz­nie na za­da­niu. Tym ra­zem wie­dział do­sko­na­le, co ro­bić. Świa­do­mość tego, co zro­bi­li ta­li­bo­wie czte­rem za­kład­ni­kom i jak mo­gli po­stą­pić z in­ny­mi więź­nia­mi, po­zba­wi­ła go wszel­kich wąt­pli­wo­ści co do słusz­no­ści po­dej­mo­wa­nych dzia­łań. Na­piął mię­śnie, aby opa­no­wać sztyw­nie­nie nóg. Nie mógł po­zwo­lić so­bie te­raz na­wet na naj­drob­niej­szy błąd…

– Psst! – syk­nął Sti­kes, sy­gna­li­zu­jąc, że war­tow­nik za­czy­na ko­lej­ny pa­trol wo­kół sto­do­ły. Cha­se, nie­ru­cho­my, wsłu­chał się w od­głos kro­ków ta­li­ba i sze­lest luź­ne­go ubra­nia, kie­dy męż­czy­zna zbli­żał się do nie­go…

Ed­die sko­czył na­przód i lewą ręką za­tkał usta bro­da­te­mu Afgań­czy­ko­wi. Wy­cią­gnął nóż. Tym ra­zem jed­nak nie wbił ostrza głę­bo­ko w mię­śnie, a przy­ci­snął je pła­sko do gar­dła męż­czy­zny, przy­du­sza­jąc go. Sti­kes bły­ska­wicz­nie pod­biegł do nich, pod­wi­nął sza­tę Afgań­czy­ka i skie­ro­wał swój nóż mię­dzy jego nogi, sy­cząc po pasz­tuń­sku:

– Jed­no sło­wo i obe­tnę ci jaja.

Cha­se po­czuł, jak ta­lib sztyw­nie­je z prze­ra­że­nia.

– My­ślę, że za­ła­pał – wy­szep­tał.

Wciąż trzy­ma­jąc nóż przy kro­czu męż­czy­zny, Sti­kes wy­pro­sto­wał się i za­ma­chał w kie­run­ku rowu. Wy­ło­ni­ły się z nie­go dwie syl­wet­ki: Ca­stil­le i Stark­man. Ka­pi­tan znów za­czął mó­wić po pasz­tuń­sku, jego nie­bie­skie oczy, sku­pio­ne na więź­niu, błysz­cza­ły w świe­tle księ­ży­ca.

– Je­śli nie zro­bisz do­kład­nie tego, co ci po­wiem, wy­pa­tro­szę cię jak świ­nię. Kiw­nij gło­wą, je­śli zro­zu­mia­łeś. – Męż­czy­zna zro­bił, co mu ka­za­no. Stark­man i Ca­stil­le przy­war­li do ścia­ny tuż przy przed­nim rogu sto­do­ły. – Do­brze. Te­raz za­wo­łaj tu dru­gie­go straż­ni­ka, nie za gło­śno. Do­brze?

Afgań­czyk znów sła­bo ski­nął gło­wą. Sti­kes dał znak Cha­se’owi, by zdjął rękę z ust męż­czy­zny. Nadal jed­nak przy­ci­skał czu­bek noża do jego tcha­wi­cy. Ta­lib wziął kil­ka dłu­gich, chra­pli­wych od­de­chów, póź­niej drżą­cym gło­sem ode­zwał się po pasz­tuń­sku. Sti­kes moc­niej przy­ci­snął nóż do ge­ni­ta­liów męż­czy­zny.

– Jesz­cze raz. Pew­niej.

Afgań­czyk po­wtó­rzył nie­co moc­niej­szym gło­sem.

Dru­gi z war­tow­ni­ków, sto­ją­cy poza za­się­giem wzro­ku, przed sto­do­łą, od­burk­nął coś lek­ce­wa­żą­co. Jed­no spoj­rze­nie Sti­ke­sa wy­star­czy­ło, by wię­zień bar­dziej się po­sta­rał. Dru­gi straż­nik, na­rze­ka­jąc, wy­szedł zza rogu – i za­miast jed­nej po­sta­ci, któ­rej się spo­dzie­wał, zo­ba­czył w świe­tle księ­ży­ca aż pięć. Chwy­cił swój AK, otwo­rzył usta, by ostrzec in­nych…

Kule z wy­tłu­mio­nych C8 Gre­ena i Ba­ine’a, dwóch ko­man­do­sów SAS wciąż ukry­tych w krza­kach trzy­sta me­trów da­lej, wy­try­snę­ły z tyłu jego czasz­ki, wraz z ka­wał­ka­mi tkan­ki i odłam­ków ko­ści. Jego cia­ło opa­dło do przo­du bez­wład­nie – chwy­cił je Ca­stil­le, a Stark­man zła­pał ka­łasz­ni­ko­wa, za­nim ka­ra­bin zdą­żył upaść na zie­mię.

Sti­kes cof­nął nóż trzy­ma­ny przy kro­czu jeń­ca. W oczach ta­li­ba na chwi­lę po­ja­wi­ła się na­dzie­ja. Zni­kła, kie­dy Sti­kes przy­ło­żył ostrze nad ser­cem męż­czy­zny. Ka­pi­tan znów prze­mó­wił, tym ra­zem po an­giel­sku:

– Po­zdrów ode mnie sie­dem­dzie­siąt dwie dzie­wi­ce.

Męż­czy­zna wpa­trzył się w nie­go ze stra­chem i nie­zro­zu­mie­niem – a ostrze za­to­pi­ło się w jego klat­ce pier­sio­wej. Sti­kes, lek­ko się uśmie­cha­jąc, prze­krę­cił nóż, a po­tem wy­szarp­nął go z rany. Sza­ty męż­czy­zny po­ciem­nia­ły od wy­le­wa­ją­cej się krwi. Cha­se po­now­nie za­krył ręką usta rzu­ca­ją­ce­go się Afgań­czy­ka, tłu­miąc zwie­rzę­ce wrza­ski wy­da­wa­ne przez umie­ra­ją­ce­go… do chwi­li, gdy wszel­kie ru­chy i od­gło­sy usta­ły.

Ed­die, za­ci­ska­jąc zęby, pu­ścił męż­czy­znę. Cia­ło opa­dło na pia­sek. Z rowu wy­szli Mac i Blu­ey.

– Blu­ey, miej oko na przód sto­do­ły. Sti­kes, osła­niaj tył – roz­ka­zał do­wód­ca, po czym wska­zał na lo­dów­kę. – Cała resz­ta, od­su­nąć tego gra­ta. Wy­do­stań­my ich stąd.

Prze­su­nię­cie za­rdze­wia­łej lo­dów­ki za­ję­ło czte­rem męż­czy­znom za­le­d­wie chwi­lę. Cha­se zaj­rzał do sto­do­ły. Star­cie z war­tow­ni­ka­mi zwró­ci­ło uwa­gę za­kład­ni­ków, a zwią­za­ny męż­czy­zna, któ­re­go wi­dział wcze­śniej, spoj­rzał na nie­go z prze­ra­że­niem.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku – ci­cho po­wie­dział Ed­die. – Przy­je­cha­li­śmy za­brać was do domu. – Prze­ci­snął się przez szpa­rę, za nim we­szli Mac, Stark­man i Ca­stil­le. Szyb­ko prze­cię­li wię­zy krę­pu­ją­ce za­kład­ni­ków.

– Mac! – Na ze­wnątrz roz­legł się ner­wo­wy szept. – Z domu idzie tu dwóch go­ści.

Nie­obec­ność straż­ni­ków zo­sta­ła za­uwa­żo­na.

– Hugo, za­bierz ich do rowu, po­tem wróć do Blu­eya – roz­ka­zał Mac. – Ed­die, idź z Alek­san­drem. Ja­son?

– Już się robi – rzu­cił Stark­man, wyj­mu­jąc z ple­ca­ka dwie miny Clay­mo­re. Umie­ścił je na drzwiach sto­do­ły i po­łą­czył za­pal­ni­kiem.

Za­kład­ni­cy byli w mar­nym sta­nie. Cha­se, któ­ry wy­szedł za nimi ze sto­do­ły, uświa­do­mił to so­bie, pa­trząc, jak le­d­wo idą za Ca­stil­le’em. To spo­wol­ni ich uciecz­kę – kiep­ska spra­wa, bio­rąc pod uwa­gę, że mie­li na kar­ku czter­dzie­stu wku­rzo­nych ta­li­bów.

Będą mu­sie­li się ich po­zbyć.

Ed­die do­łą­czył do Sti­ke­sa przy tyl­nym rogu sto­do­ły. Kil­ku bro­da­tych męż­czyzn z ka­łasz­ni­ko­wa­mi sta­ło te­raz przy ko­niach, inni prze­cha­dza­li się po­mię­dzy na­mio­ta­mi. Z tyłu Cha­se sły­szał, jak Mac wzy­wa przez ra­dio he­li­kop­te­ry do na­tych­mia­sto­wej ewa­ku­acji, praw­do­po­dob­nie pod ostrza­łem.

Za­kład­ni­cy ukry­li się w ro­wie. Ca­stil­le po­biegł do Blu­eya. Stark­man wy­szedł ze sto­do­ły, przy­go­to­wu­jąc broń. Cha­se czuł, jak wali mu ser­ce.

Ktoś sto­ją­cy przed sto­do­łą krzyk­nął po pasz­tuń­sku, po­tem roz­le­gło się skrzy­pie­nie otwie­ra­nych drew­nia­nych drzwi…

Obie miny eks­plo­do­wa­ły. W każ­dej znaj­do­wa­ło się pół­to­ra fun­ta C-4. Ma­te­riał wy­bu­cho­wy wy­rzu­cił do przo­du sie­dem­set sta­lo­wych ku­lek, two­rząc nisz­czy­ciel­ski rój po­ru­sza­ją­cy się z pręd­ko­ścią po­nad­dźwię­ko­wą. Drzwi prze­sta­ły ist­nieć, a dwaj sto­ją­cy za nimi ta­li­bo­wie zmie­ni­li się w roz­bryzg skraw­ków mię­sa i ko­ści.

Za­nim ucichł od­głos po­dwój­ne­go wy­bu­chu, Cha­se i Sti­kes wy­szli na otwar­ty te­ren i otwo­rzy­li ogień. Dwaj ta­li­bo­wie sto­ją­cy przy ko­niach pa­dli od kul Cha­se’a, Sti­kes zdjął jesz­cze jed­ne­go męż­czy­znę, a póź­niej za­czął strze­lać do naj­bli­żej po­ło­żo­nych na­mio­tów. W brud­nym płót­nie na­mio­to­wym po­ja­wi­ły się otwo­ry po ku­lach. Ze środ­ka do­bie­gły krzy­ki.

Ko­lej­ne wy­strza­ły ode­zwa­ły się przed sto­do­łą. Od­gło­sy wy­po­sa­żo­ne­go w tłu­mik C8 Ca­stil­le’a były nie­mal nie­sły­szal­ne przy szczę­ka­niu i ryku ka­ra­bi­nu ma­szy­no­we­go Blu­eya. Męż­czyź­ni ce­lo­wa­li w Afgań­czy­ków sto­ją­cych przed głów­nym bu­dyn­kiem far­my. Roz­le­gły się ko­lej­ne wrza­ski, a ta­li­bo­wie znaj­du­ją­cy się w środ­ku zda­li so­bie spra­wę, że są pod ostrza­łem i z krzy­kiem rzu­ci­li się do wyj­ścia…

Przed­nia ścia­na domu się roz­pa­dła, a dach ru­nął do we­wnątrz. Bu­dy­nek zo­stał tra­fio­ny se­rią gra­na­tów z sil­ny­mi ła­dun­ka­mi wy­bu­cho­wy­mi, wy­strze­lo­nych przez Ba­ine’a i Gre­ena. Nad ru­ina­mi wzbi­ła się ol­brzy­mia chmu­ra pyłu, któ­ra za­sło­ni­ła na­mio­ty i ogar­nię­te pa­ni­ką ko­nie.

Męż­czy­zna uzbro­jo­ny w ka­łasz­ni­ko­wa wy­biegł z na­mio­tu i padł mar­twy od strza­łu Cha­se’a. Sti­kes szył z ka­ra­bi­nu do ko­lej­nych na­mio­tów, aby zli­kwi­do­wać ich miesz­kań­ców, za­nim ci zdą­żą się ru­szyć. Ryk Mi­ni­mi ucichł, a dru­ży­na usły­sza­ła wście­kłe wrza­ski po­zo­sta­łych przy ży­ciu ta­li­bów, któ­rzy usi­ło­wa­li się prze­gru­po­wać. Po chwi­li znów zo­sta­ły za­głu­szo­ne, kie­dy Blu­ey wzno­wił ogień.

Cha­se zer­k­nął za sie­bie i zo­ba­czył, że Mac i Stark­man pro­wa­dzą za­kład­ni­ków wzdłuż rowu iry­ga­cyj­ne­go. Ca­stil­le i Blu­ey wy­co­fa­li się, aby ich osła­niać. Wie­dział, że po­wi­nien do nich do­łą­czyć, ale miał coś jesz­cze do zro­bie­nia.

Wciąż ro­sną­ca chmu­ra pyłu spo­wi­ła na­mio­ty za znisz­czo­nym do­mem. To była jego szan­sa. Ode­rwał się od Sti­ke­sa i po­biegł do szo­py.

– Cha­se! – ryk­nął Sti­kes. – Wra­caj tu!

Ed­die zi­gno­ro­wał go, od­su­nął za­su­wę i sze­ro­ko otwo­rzył drzwi. Z ciem­nej szo­py do­biegł prze­stra­szo­ny krzyk. Cha­se za­pa­lił la­tar­kę i szyb­ko prze­su­nął jej świa­tłem po wnę­trzu. Zo­ba­czył pięć nie­mal bez­kształt­nych syl­we­tek. Na­wet oczy ko­biet były le­d­wie wi­docz­ne przez po­kry­te siat­ką otwo­ry w okry­wa­ją­cych je cza­do­rach. Mia­ły ręce zwią­za­ne za ple­ca­mi i spę­ta­ne sto­py, skry­te pod cięż­ki­mi sza­ta­mi.

– Nie bój­cie się – po­wie­dział Cha­se. – Je­stem tu­taj, żeby wam po­móc. Je­stem Bry­tyj­czy­kiem, nie ta­li­bem. – Mimo siat­ki, wi­dział, że ko­bie­ty mają opuch­nię­te, pod­bi­te oczy. – Dra­nie – wy­mam­ro­tał, wy­cią­ga­jąc nóż. Jed­na z ko­biet prze­ni­kli­wie krzyk­nę­ła ze stra­chu i pró­bo­wa­ła od­czoł­gać się od nie­go. Ed­die odło­żył die­ma­co. – Po­mo­gę, okej? – Ko­bie­ta zro­zu­mia­ła i od­wró­ci­ła się tak, by mógł prze­ciąć jej wię­zy. Z ze­wnątrz do­bie­gła ko­lej­na eks­plo­zja gra­na­tu, a po niej huk wy­bu­cha­ją­ce­go zbior­ni­ka pa­li­wa: Gre­en i Ba­ine znisz­czy­li jed­ną z cię­ża­ró­wek.

– Cha­se! – W drzwiach sta­nął Sti­kes z bro­nią w ręku. – Co ty ro­bisz, do cho­le­ry?

– To, co za­po­wia­da­łem. – Ed­die za­czął prze­ci­nać linę.

– Zo­staw je, to roz­kaz. Wy­no­si­my się. Już!

– Mo­że­my za­brać je ze sobą.

– Zo­staw je!

– Nie. W śmi­głow­cach wy­star­czy miejsc. Tyl­ko…

Sti­kes otwo­rzył ogień. Mimo tłu­mi­ka, huk wy­strza­łów jego au­to­ma­tycz­ne­go ka­ra­bi­nu był bo­le­śnie gło­śny w za­mknię­tej prze­strze­ni. Stru­mień kul ściął pięć ko­biet, obry­zgu­jąc Cha­se’a krwią.

– Je­zus Ma­ria! – ryk­nął Cha­se, od­ska­ku­jąc z li­nii ognia. Wy­cią­gnął swo­je C8, i zo­ba­czył, że ka­pi­tan mie­rzy w nie­go z dy­mią­cej lufy. – Co ty, kur­wa, wy­pra­wiasz?

– Po­da­wa­łem za­sa­dy mi­sji – zim­no od­po­wie­dział Sti­kes. – Wszy­scy, poza na­szy­mi za­kład­ni­ka­mi, uzna­wa­ni są za wro­gów. – Uśmiech­nął się ja­do­wi­cie. – Mó­wi­łem też, co ro­bi­my z wro­ga­mi. Opuść broń.

– Ty skur­wie­lu – wark­nął Cha­se. Czar­ny wa­lec tłu­mi­ka wciąż był wy­mie­rzo­ny w jego gło­wę. Po­wo­li, z ocią­ga­niem, Ed­die opu­ścił broń.

– Do­brze. A te­raz idzie­my – stwier­dził Sti­kes. Nie opusz­cza­jąc die­ma­co, wy­szedł z szo­py, od­wró­cił się i po­biegł w kie­run­ku sto­do­ły.

Cha­se wy­sko­czył z bu­dyn­ku, czu­jąc ogar­nia­ją­cą go wście­kłość. Po­wi­nien strze­lić śmie­cio­wi w ple­cy…

Nie. Nie po­wi­nien. Mie­li mi­sję do wy­ko­na­nia. Pod­szedł do drzwi, za­trzy­mał się na chwi­lę, by po­now­nie spoj­rzeć na roz­rzu­co­ne bez­wład­nie cia­ła, i ze wście­kłym ry­kiem po­biegł za Sti­ke­sem.

Ca­stil­le i Blu­ey wciąż strze­la­li, po­su­wa­jąc się wzdłuż rowu za ucie­ka­ją­cy­mi za­kład­ni­ka­mi. Sti­kes prze­biegł obok nich, a Cha­se do nich do­łą­czył. Jed­na cię­ża­ró­wek ONZ sta­ła w pło­mie­niach, wszyst­kie po­zo­sta­łe po­jaz­dy były uszko­dzo­ne. Są­dząc z roz­bły­sków wy­strza­łów za za­wa­lo­nym do­mem, przy ży­ciu po­zo­sta­ło co naj­mniej pięt­na­stu ta­li­bów. Strze­la­li głów­nie na oślep, ich kule wbi­ja­ły się w zie­mię przed ro­wem, nie ro­biąc ni­ko­mu krzyw­dy. Cha­se prze­śle­dził tor lotu kul tra­fia­ją­cych naj­bli­żej, aby okre­ślić po­ło­że­nie naj­lep­sze­go strzel­ca, i po­wa­lił go jed­nym strza­łem w gło­wę.

– Nie­źle – stwier­dził Ca­stil­le. – Co tam ro­bi­li­ście ze Sti­ke­sem?

– Po­wiem ci póź­niej – po­nu­ro od­po­wie­dział Cha­se. Spoj­rzał wzdłuż rowu. Sti­kes zrów­nał się z Ma­kiem, za­my­ka­ją­cym bez­ład­ny po­chód za­kład­ni­ków. Pro­wa­dzą­cy ich Stark­man był już pra­wie przy za­ro­ślach. – Czas się zbie­rać.

– Co ra­cja, to ra­cja – stwier­dził Blu­ey, wy­pusz­cza­jąc dłu­gą se­rię i na czwo­ra­kach ru­sza­jąc przed sie­bie. Cha­se i Ca­stil­le po­szli za nim. Z krza­ków do­biegł głu­chy od­głos, a chwi­lę póź­niej jed­na z te­re­nó­wek prze­to­czy­ła się na dach, wy­bu­cha­jąc ogrom­ną kulą ognia. Ko­lej­ny strzał z AG-C tra­fił w cel. Męż­czy­zna z pło­ną­cą bro­dą i w dy­mią­cej sza­cie z krzy­kiem po­biegł w noc. – Te­raz ra­czej już za nami nie po­ja­dą!

– Nadal mają mo­to­cy­kle – przy­po­mniał mu Cha­se. – I ko­nie.

– Czyż nie do­bi­ja się koni? – Blu­ey za­re­cho­tał, strze­lił jesz­cze raz, aby zmu­sić ta­li­bów do ukry­cia się, i po­biegł za Sti­ke­sem.

Cha­se skrzy­wił się na ten żart i ru­szył za nim, za­my­ka­jąc ko­lum­nę. Ogień z ka­łasz­ni­ko­wów był te­raz rzad­szy, ale do­kład­niej­szy. Nie­do­bit­ki otrzą­snę­ły się z szo­ku.

Za­kład­ni­cy wy­szli już za za­ro­śla, Mac pro­wa­dził ich w dół zbo­cza. Z krza­ków wy­strze­lił nie­wiel­ki, sy­pią­cy iskra­mi przed­miot – gra­nat dym­ny. Wy­pły­nę­ła z nie­go gę­sta sza­ra chmu­ra. Po chwi­li po­ja­wił się dru­gi gra­nat, mię­dzy żoł­nie­rza­mi a ta­li­ba­mi wy­ro­sła za­sło­na dym­na.

– Hugo, Ed­die, ru­chy! – krzyk­nął Mac, kie­dy Gre­en i Ba­ine wy­sko­czy­li z kry­jów­ki. – Śmi­głow­ce są już w dro­dze. Szyb­ciej!

Nie mu­siał po­wta­rzać dwa razy. Cha­se do­go­nił do­wód­cę na zbo­czu.

– Mac, te ko­bie­ty… Wszyst­kie zgi­nę­ły!

– Co? Ja­kim cu­dem Ara­bu­som w ogó­le uda­ło się do nich zbli­żyć?

– To nie oni. To Sti­kes – ten skur­wiel je za­strze­lił.

Po mi­nie Maca było wi­dać, że jest w szo­ku, ale za­nim zdą­żył od­po­wie­dzieć, prze­rwał mu krzyk Stark­ma­na.

– Mac! Leci tu Ham­mer Four-One, ma trzy mi­nu­ty dro­gi. Chcą wie­dzieć, czy po­trzeb­ne nam wspar­cie.

Z tyłu do­biegł ich trzask ognia z ka­łasz­ni­ko­wów. Ta­li­bo­wie prze­bi­li się przez za­sło­nę dym­ną.

– Moż­na chy­ba przy­jąć, że tak! – od­krzyk­nął Mac, kie­dy żoł­nie­rze od­po­wie­dzie­li ogniem, po czym gło­śniej roz­ka­zał:

– Włą­czyć stro­bo­sko­py! Włą­czyć stro­bo­sko­py! Zbli­ża się śmi­gło­wiec bo­jo­wy!

Cha­se włą­czył lam­pę przy­mo­co­wa­ną do ple­ca­ka. Pul­su­ją­ce świa­tło było nie­wi­docz­ne go­łym okiem – ale roz­bły­ska­ło ja­skra­wo na ra­da­rach nad­la­tu­ją­cych śmi­głow­ców, po­ka­zu­jąc strzel­com po­ło­że­nie so­jusz­ni­czych od­dzia­łów.

Teo­re­tycz­nie.

– Alek­san­der! – krzyk­nął Mac, kie­dy Stark­man łą­czył się przez ra­dio. – Za­bierz cy­wi­lów do stre­fy lą­do­wa­nia, weź Wil­la i Keva. My bę­dzie­my was osła­niać. Ru­szaj!

Sti­kes uniósł w górę kciu­ki i ru­szył, pro­wa­dząc po­chód. Cha­se za­uwa­żył, że mimo nie­bez­pie­czeń­stwa wy­czer­pa­ni tor­tu­ra­mi i za­gło­dze­ni za­kład­ni­cy zwal­nia­ją, a do lą­do­wi­ska mie­li jesz­cze po­nad osiem­set me­trów.

Co gor­sza, ta­li­bo­wie byli co­raz bli­żej. Ostroż­nie po­su­wa­li się w dół zbo­cza, kry­jąc się za ska­ła­mi, mie­li jed­nak prze­wa­gę tak­tycz­ną – znaj­do­wa­li się wy­żej i po­su­wa­li się na­przód, a dru­ży­na zmu­szo­na była się co­fać, strze­la­jąc pod górę.

– Za­trzy­mać ich tu­taj? – krzyk­nął Cha­se do Maca, kie­dy ku­li­li się za przy­le­ga­ją­cy­mi do sie­bie gła­za­mi.

Szkot oce­nił te­ren okiem eks­per­ta.

– Ka­wa­łek da­lej, bli­żej wej­ścia na prze­łęcz. Je­śli tam ich za­trzy­ma­my, za­kład­ni­cy będą mie­li czas do­trzeć do śmi­głow­ców. – Wska­zał na dużą ska­łę. – Tam. Mo­że­my…

– RPG! – wrza­snął Stark­man. Cha­se na­tych­miast się sku­lił, za­sła­nia­jąc twarz i uszy. Gra­nat z wy­rzut­ni ra­kie­to­wej po­to­czył się w dół zbo­cza i wy­buchł mniej niż trzy­dzie­ści stóp od nie­go. Ska­ła ochro­ni­ła go przed bez­po­śred­ni­mi skut­ka­mi eks­plo­zji, ale jej huk sły­sza­ny z tak bli­ska był bo­le­śnie gło­śny. Ed­die­go po­kry­ła war­stwa ka­mie­ni i pyłu. Gło­wi­ca bo­jo­wa za­wie­ra­ła sil­ny ła­du­nek wy­bu­cho­wy, nie prze­ciw­pie­chot­ny szrap­nel, ale przy tak bli­skiej od­le­gło­ści wca­le nie była przez to mniej nie­bez­piecz­na.

Blu­ey, choć znaj­do­wał się da­lej, nie miał osło­ny i po ostrze­że­niu Stark­ma­na zdo­łał je­dy­nie rzu­cić się pła­sko na zie­mię. Cha­se za­uwa­żył, że Au­stra­lij­czyk trzy­ma się za gło­wę.

– Blu­ey, wszyst­ko w po­rząd­ku?

– Cho­ler­ne małe bru­da­sy! – od­wrza­snął Blu­ey. – Przez nich do­sta­łem w łeb pie­przo­nym ka­mie­niem! – Nadal le­żąc na brzu­chu, prze­su­nął się, pu­ścił w górę zbo­cza se­rię z ka­ra­bi­nu ma­szy­no­we­go i wczoł­gał się za wy­szczer­bio­ną ska­łę.

Blu­ey nie był je­dy­ną ofia­rą wy­bu­chu. Za­kład­ni­cy wciąż znaj­do­wa­li się sto me­trów od prze­łę­czy. Je­den z nich wpadł w pa­ni­kę, odłą­czył się od gru­py i po­biegł w stro­nę za­mknię­te­go ka­nio­nu.

– Gre­en! – krzyk­nął Sti­kes – Spro­wadź tu tego idio­tę!

Żoł­nierz po­biegł za ucie­ki­nie­rem, ale ta­li­bo­wie już zdą­ży­li go za­uwa­żyć. Za­war­cza­ły ka­łasz­ni­ko­wy, wzbi­ja­jąc żwir i pył z zie­mi wo­kół męż­czy­zny. Wa­lij­czyk rzu­cił się na­przód, by po­wa­lić bie­gną­ce­go na zie­mię…

Za póź­no. Za­kład­nik zo­stał tra­fio­ny. Ob­ró­cił się, a po­tem padł na zie­mię jak po­rzu­co­na szma­cia­na lal­ka. Gre­en, któ­ry znaj­do­wał się tuż za nim, też obe­rwał – kula z ka­ra­bi­nu wbi­ła mu się w bok klat­ki pier­sio­wej. Upadł ze zdu­szo­nym krzy­kiem i usi­ło­wał wpeł­znąć za cia­ło, żeby za­pew­nić so­bie ja­ką­kol­wiek osło­nę.

– Mamy ran­ne­go! – krzyk­nął Mac. Cha­se za­klął. Gre­en znaj­do­wał się na otwar­tym te­re­nie, po­nad dwa­dzie­ścia me­trów od ja­kiej­kol­wiek osło­ny. Ta­li­bo­wie nie prze­ry­wa­li ognia. Je­śli mie­li jesz­cze ra­kie­ty, nie za­wa­ha­ją się ich użyć.

Ed­die wie­dział, co zro­bi Mac, jesz­cze za­nim tam­ten się ode­zwał.

– Sti­kes, weź cy­wi­lów do he­li­kop­te­rów! – ryk­nął Szkot. – Kev, Ja­son, po Gre­ena. Resz­ta – osła­niać ich!

Cha­se wy­sko­czył zza ska­ły, za któ­rą się krył, i otwo­rzył ogień, prze­sta­wia­jąc C8 w tryb au­to­ma­tycz­ny. Nie my­ślał o oszczę­dza­niu amu­ni­cji – te­raz waż­ne było tyl­ko, by wraz z Ma­kiem, Ca­stil­le’em i Blu­ey­em uda­ło im się zmu­sić ta­li­bów do ukry­cia, aż Stark­man i Ba­ine za­bio­rą ran­ne­go.

Wy­pa­trzył roz­błysk z lufy AK i strze­lał w jego stro­nę, do­pó­ki ka­łasz­ni­kow nie umilkł, po­tem po­szu­kał ko­lej­ne­go. Skoń­czył mu się ma­ga­zy­nek. Przy­kuc­nął, od­rzu­cił pu­sty ma­ga­zy­nek, wy­cią­gnął z ekwi­pun­ku za­pa­so­wy, wpiął go na miej­sce pre­cy­zyj­nym, wy­ćwi­czo­nym ru­chem i prze­ła­do­wał. Wszyst­ko za­ję­ło mu za­le­d­wie trzy se­kun­dy. Po­tem wstał i znów otwo­rzył ogień.

Mac i Ca­stil­le byli rów­nie sku­tecz­ni. Ter­kot ich ka­ra­bi­nów sta­wał się co­raz gło­śniej­szy w mia­rę, jak tłu­mi­ki prze­pa­la­ły się od nie­prze­rwa­ne­go ognia. Na zbo­czu roz­legł się wrzask. Ko­lej­ny ta­lib zo­stał zli­kwi­do­wa­ny. Ed­die nie wie­dział, ilu jesz­cze po­zo­sta­ło – ale wciąż było ich zbyt wie­lu.

Ka­no­na­da osią­gnę­ła jed­nak swój cel – ogień z ka­ra­bi­nów nie­mal ustał. Cha­se zer­k­nął w stro­nę Gre­ena i zo­ba­czył, jak Stark­man pod­no­si go do po­zy­cji pio­no­wej, a Ba­ine bie­gnie im po­móc. Do prze­nie­sie­nia ran­ne­go żoł­nie­rza do stre­fy lą­do­wa­nia było po­trzeb­nych dwóch lu­dzi, a pod­czas trans­por­tu nie mie­li oni moż­li­wo­ści otwar­cia ognia. Dru­ży­na zmniej­szy­ła się do pię­ciu męż­czyzn w go­to­wo­ści bo­jo­wej.

Za chwi­lę mia­ło ich zo­stać czte­rech. Stru­mień oło­wiu, któ­rym pluł ka­ra­bin Blu­eya, zmie­nił się w po­je­dyn­cze wy­strza­ły. Koń­czy­ła się amu­ni­cja do Mi­ni­mi. Au­stra­lij­czyk za­brał tyl­ko jed­ną skrzyn­kę – dwie­ście na­bo­jów zwy­kle wy­star­cza­ło.

Ba­ine i Stark­man, pod­trzy­mu­jąc Gre­ena, kie­ro­wa­li się w stro­nę prze­łę­czy.

– Nie prze­ry­wać ognia! – roz­ka­zał Mac, kie­dy ka­łasz­ni­ko­wy ode­zwa­ły się po­now­nie. Cha­se za­sy­pał gra­dem kul ko­lej­ną roz­bły­sku­ją­cą lufę. Tra­fił. Rzu­co­ny bez­wład­nie ka­ra­bin przez chwi­lę strze­lał w nie­bo, po­tem umilkł. Ed­die znów wy­mie­nił ma­ga­zy­nek. Te­raz na­praw­dę mu­siał za­cząć oszczę­dzać na­bo­je – zo­stał mu już tyl­ko je­den za­pa­so­wy.

Sti­kes i za­kład­ni­cy znik­nę­li z za­się­gu wzro­ku. Ba­ine, Stark­man i Gre­en zbli­ża­li się do prze­łę­czy. Cha­se usły­szał w od­da­li war­kot śmi­gieł.

– Hugo, Blu­ey, wy­co­fać się! – krzyk­nął Mac. – Ed­die, osła­niaj ich! – Miał do­dać coś jesz­cze, kie­dy ode­zwa­ło się jego ra­dio. Sku­lił się, by do­sły­szeć wia­do­mość przez ło­skot ka­ra­bi­nu ma­szy­no­we­go Blu­eya, kie­dy Au­stra­lij­czyk i Ca­stil­le wy­co­fy­wa­li się w stro­nę do­li­ny.

Cha­se prze­sta­wił die­ma­co z po­wro­tem na po­je­dyn­cze strza­ły i pró­bo­wał zdjąć na­past­ni­ków, strze­la­jąc w górę zbo­cza. Kule wy­szczer­bi­ły osła­nia­ją­cą go ska­łę; drgnął i osło­nił oczy przed od­pry­ska­mi ka­mie­nia, po­tem skie­ro­wał ce­low­nik na źró­dło ognia i po­cią­gnął za spust. Ciem­ny kształt kry­ją­cy się za gła­zem padł na zie­mię.

Gre­en i jego to­wa­rzy­sze byli już na prze­łę­czy, Blu­ey i Ca­stil­le – nie­da­le­ko za nimi.

– Ed­die! – wrza­snął Mac. – Chodź! Śmi­gło­wiec sztur­mo­wy…

Co­raz gło­śniej­szy wy­so­ki pisk sły­szal­ny z góry za­głu­szył jego sło­wa…

Wy­buch wy­rwał kra­ter w zbo­czu dwa­dzie­ścia me­trów przed Cha­sem. Fala ude­rze­nio­wa po­wa­li­ła go na zie­mię. Po­czuł się, jak­by moc­no do­stał pię­ścią w gło­wę, a dzwo­nie­nie w uszach nie­mal za­głu­szy­ło wszyst­kie inne dźwię­ki. Ja­kimś cu­dem zdo­łał usły­szeć ko­lej­ny świst i za­krył uszy dłoń­mi. Dru­ga eks­plo­zja za­trzę­sła zie­mią.

Przy­by­ło wspar­cie po­wietrz­ne.

Wo­kół stre­fy walk krą­żył ame­ry­kań­ski śmi­gło­wiec sztur­mo­wy AC-130U Spo­oky II – nie­po­zor­ny trans­por­to­wiec Her­cu­les zmie­nio­ny w anio­ła śmier­ci. Za­miast ła­dun­ku miał na po­kła­dzie trzy dzia­ła, od ga­tlin­ga ka­li­bru .25 do 105-mi­li­me­tro­wej hau­bi­cy, za­mon­to­wa­nej na le­wym boku śmi­głow­ca w taki spo­sób, aby dało się ją skie­ro­wać na cel z krą­żą­cej ma­szy­ny. Wy­strza­ły, któ­re prze­wró­ci­ły Cha­se’a, od­da­no z bo­for­sa ka­li­bru .40, dzia­ła ar­ty­le­ryj­skie­go, któ­re we­dług pier­wot­ne­go za­my­słu mia­ło słu­żyć do ostrza­łu sa­mo­lo­tów, nie z sa­mo­lo­tów. Dzię­ki za­mon­to­wa­nej w dzia­le ba­te­rii czuj­ni­ków Spo­oky mógł zlo­ka­li­zo­wać i znisz­czyć woj­ska lą­do­we z od­le­gło­ści kil­ku ki­lo­me­trów.

Ak­tu­al­nie miał na ce­low­ni­ku Cha­se’a.

– Je­stem po wa­szej stro­nie, cho­ler­ni idio­ci! – wrza­snął Ed­die.

Roz­legł się ko­lej­ny wy­buch, za nim jesz­cze je­den – tym ra­zem wy­żej na zbo­czu. Cha­se miał na­dzie­ję, że ozna­cza to, że ar­ty­le­rzy­sta ob­słu­gu­ją­cy bo­for­sa w koń­cu za­uwa­żył jego stro­bo­skop. Ro­zej­rzał się. Mac był już na prze­łę­czy i roz­pacz­li­wy­mi ge­sta­mi wzy­wał go do sie­bie.

Strzą­snął zie­mię i żwir, któ­ry­mi ob­sy­pa­ły go dwa wy­strza­ły z 40-mi­li­me­tro­we­go dzia­ła, za­uwa­żył, że zgu­bił słu­chaw­ki od ra­dia, i wstał. Znów sły­szał nor­mal­nie, od­le­głe­mu pom, pom, pom bo­for­sa to­wa­rzy­szył huk spa­da­ją­cych po­ci­sków. Zo­ba­czył ko­lej­ne wy­bu­chy na zbo­czu i po­biegł w stro­nę prze­łę­czy. Mac za­ma­chał do nie­go ostat­ni raz i po­biegł za resz­tą żoł­nie­rzy. Spo­oky mógł za­trzy­mać ta­li­bów w miej­scu, da­jąc chło­pa­kom tyle cza­su, ile po­trze­bo­wa­li na do­tar­cie do cze­ka­ją­cych he­li­kop­te­rów…

Bo­fors na­gle za­milkł. Roz­legł się ostat­ni wy­buch i na polu bi­twy za­pa­no­wa­ła ci­sza. Albo ta­li­bo­wie zo­sta­li wy­strze­la­ni, albo…

Cha­se spoj­rzał w nie­bo i zdał so­bie spra­wę, że bi­twa jesz­cze się nie skoń­czy­ła. Śmi­gło­wiec sztur­mo­wy mu­siał wle­cieć za górę, mię­dzy dzia­ła­mi a ich ce­lem po­ja­wi­ła się skal­na tar­cza. Spo­oky już wzbi­jał się wy­żej, by temu za­ra­dzić, ale na ra­zie nie­do­bit­ki Afgań­czy­ków mo­gły kon­ty­nu­ować po­ścig.

Ed­die do­tarł do prze­łę­czy. Mac był po­nad sto me­trów przed nim. Z tyłu nikt nie otwo­rzył ognia…

Po­ja­wił się za to nowy dźwięk – ryk sil­ni­ków. Nie wy­da­wał go śmi­gło­wiec AC-130 wy­la­tu­ją­cy zza gór, a mo­to­cy­kle.

Ta­li­bo­wie po­je­cha­li za nim.

Na zbo­czu było wi­dać tyl­ko dwa po­su­wa­ją­ce się w dół świa­tła. Mo­to­ry i ich kie­row­cy kry­li się w mro­ku, ale je­śli Afgań­czy­cy mie­li jesz­cze za­pas ra­kiet, je­den z nich z pew­no­ścią był uzbro­jo­ny w RPG-7.

To ozna­cza­ło za­gro­że­nie dla ca­łej mi­sji. Strzał z gra­nat­ni­ka mógł z ła­two­ścią ze­strze­lić he­li­kop­ter.

Wą­wóz roz­sze­rzył się w do­li­nę. Mac już w niej był, bie­gnąc w stro­nę czer­wo­nej racy ozna­cza­ją­cej punkt zbiór­ki. Śmi­głow­ce jesz­cze nie wy­lą­do­wa­ły. Black Hawk zbli­żał się do zie­mi, Lit­tle Bird krą­żył po­wy­żej. Sti­kes po­łą­czył się przez ra­dio z pi­lo­ta­mi i po­in­for­mo­wał ich, że do za­bra­nia jest tyl­ko pięt­na­ście osób za­miast pla­no­wa­nych dwu­dzie­stu; bę­dzie im cia­sno, ale wszy­scy zmiesz­czą się w Black Haw­ku. W ten spo­sób MH-6 nie bę­dzie mu­siał lą­do­wać.

Taka de­cy­zja ozna­cza­ła, że ła­twiej bę­dzie do­rwać wszyst­kich na­raz – ale po­dej­mo­wa­li ją, nie wie­dząc o mo­to­cy­klach.

Cha­se jesz­cze raz zer­k­nął za sie­bie i uświa­do­mił so­bie, że ta­li­bo­wie go do­go­nią, za­nim zdą­ży do­trzeć do stre­fy lą­do­wa­nia. Za­miast na lą­do­wi­sko po­biegł więc do ogrom­nej ska­ły ster­czą­cej z pia­sku.

Black Hawk znaj­do­wał się oko­ło pięt­na­stu me­trów nad zie­mią, jego wir­nik wzbi­jał ko­li­ste tu­ma­ny ku­rzu. Męż­czyź­ni sto­ją­cy w stre­fie lą­do­wa­nia osło­ni­li twa­rze. Mac jesz­cze do nich nie do­łą­czył, roz­glą­dał się za Cha­sem – i zo­ba­czył świa­tła mo­to­cy­kli. Pró­bo­wał krzyk­nąć, aby ostrzec po­zo­sta­łych, ale za­głu­szył go huk he­li­kop­te­ra.

Pierw­szy mo­to­cykl wio­zą­cy dwóch męż­czyzn wy­sko­czył z prze­łę­czy. Skrę­cił, by po­je­chać za Cha­sem, ale jego kie­row­ca za­uwa­żył bar­dziej in­te­re­su­ją­ce cele na rów­ni­nie. Za­wró­cił, a Afgań­czyk sie­dzą­cy za nim uniósł broń.

RPG-7. Uzbro­jo­ny i go­tów do strza­łu.

Dru­gi mo­tor po­gnał za upa­trzo­ną ofia­rą. Pa­sa­żer otwo­rzył ogień z AK-47, a Cha­se scho­wał się za ska­łę. Kule roz­wa­li­ły ka­mień le­żą­cy obok nie­go, jed­nak żoł­nierz nie od­po­wie­dział ogniem – sku­pił uwa­gę na in­nym celu.

Ta­lib z gra­nat­ni­kiem wy­ce­lo­wał RPG-7 w Black Haw­ka uno­szą­ce­go się na wy­so­ko­ści kil­ku me­trów nad zie­mią. He­li­kop­ter znaj­do­wał się w od­le­gło­ści dwu­stu me­trów od nie­go, był duży i po­ru­szał się bar­dzo po­wo­li – był ła­twym ce­lem.

Żoł­nie­rze w koń­cu usły­sze­li ostrze­że­nia Maca i pa­dli na zie­mię, cią­gnąc za sobą za­kład­ni­ków.

Cha­se otwo­rzył ogień z C8 w try­bie au­to­ma­tycz­nym i wy­strze­lił cały ma­ga­zy­nek w mo­to­cy­kli­stów. Sta­ry ra­dziec­ki mo­to­cykl gwał­tow­nie skrę­cił…

Ale spust zo­stał już na­ci­śnię­ty.

Gra­nat o na­pę­dzie ra­kie­to­wym wy­strze­lił z RPG-7, kie­dy mo­to­cykl pa­dał na zie­mię, prze­le­ciał obok Maca i z sy­kiem prze­mknął po­nad męż­czy­zna­mi le­żą­cy­mi na zie­mi, kie­ru­jąc się w stro­nę Black Haw­ka…

Stoż­ko­wa­ta gło­wi­ca bo­jo­wa chy­bi­ła celu – mu­snę­ła tyl­ko osło­nę kok­pi­tu, a po­tem, za­ta­cza­jąc krę­gi, po­le­cia­ła da­lej i eks­plo­do­wa­ła pięć­dzie­siąt me­trów za he­li­kop­te­rem, nie ro­biąc ni­ko­mu krzyw­dy.

Nie­bez­pie­czeń­stwo jed­nak jesz­cze nie mi­nę­ło. Po ude­rze­niu za­sko­czo­ny pi­lot drgnął, Black Hawk od­chy­lił się na bok, a śmi­gła skie­ro­wa­ły się ku zie­mi, prze­ci­na­jąc po­wie­trze jak gi­gan­tycz­na piła tar­czo­wa…

Pro­sto w stro­nę Ca­stil­le’a.

Belg za­marł w bez­ru­chu, kie­dy zo­ba­czył zbli­ża­ją­cy się he­li­kop­ter. Śmi­gła za­mi­ga­ły mu przed twa­rzą…

Pi­lot szarp­nął za ma­net­kę i otwo­rzył prze­pust­ni­cę. Black Hawk po­de­rwał się w górę z ry­kiem sil­ni­ków – śmi­gła prze­szły dwa­dzie­ścia cen­ty­me­trów nad gło­wą Ca­stil­le’a, a po­dmuch po­wie­trza po­wa­lił go na zie­mię.

– Mer­de! – za­klął Belg i po­spiesz­nie po­kle­pał się po czasz­ce, żeby spraw­dzić, czy nadal jest cała.

Strze­lec na dru­gim mo­to­cy­klu nie prze­ry­wał ostrza­łu. Kule odłu­py­wa­ły ko­lej­ne odłam­ki gła­zu. Cha­se po omac­ku po­su­wał się do tyłu, ale już za chwi­lę miał się zna­leźć na li­nii ognia.

I nie miał już amu­ni­cji.

Prze­ła­do­wa­nie bro­ni za­ję­ło­by trzy se­kun­dy, ale nie miał tyle cza­su…

Rzu­cił więc z ca­łej siły pu­stym ka­ra­bi­nem, któ­ry za­kre­ślił łuk w po­wie­trzu i z im­pe­tem ude­rzył w twarz kie­row­cę mo­to­cy­kla okrą­ża­ją­ce­go ska­łę. Mo­tor prze­wró­cił się na bok, zrzu­ca­jąc dwóch ta­li­bów na pia­sek.

Strze­lec jęk­nął, a po­tem przy­po­mniał so­bie, że wciąż ma ka­łasz­ni­ko­wa. Zo­ba­czył w świe­tle księ­ży­ca syl­wet­kę i uniósł broń…

Cha­se strze­lił pierw­szy. Czte­ry kule z siga P228, któ­re­go Ed­die wy­rwał z ka­bu­ry na pier­si, wbi­ły się w tu­łów męż­czy­zny. Afgań­czyk bez­wład­nie opadł na zie­mię. Kie­row­ca pró­bo­wał wstać, ale po dwóch strza­łach w gło­wę opadł obok to­wa­rzy­sza.

Od­dy­cha­jąc cięż­ko, Cha­se opu­ścił siga trzy­ma­ne­go w trzę­są­cej się od na­głe­go przy­pły­wu ad­re­na­li­ny ręce, i ro­zej­rzał się po rów­ni­nie. Black Hawk w koń­cu wy­lą­do­wał, a dru­ży­na pa­ko­wa­ła za­kład­ni­ków do ka­bi­ny.

Usły­szał jed­nak ko­lej­ny dźwięk do­bie­ga­ją­cy z prze­łę­czy. Tym ra­zem nie był to ryk sil­ni­ków, a tę­tent ko­pyt.

– No, kur­wa, i co jesz­cze? – wes­tchnął. Sil­nik mo­to­cy­kla wciąż pra­co­wał, ale przed­nie koło było wy­gię­te. Jaz­da nie wcho­dzi­ła w grę.

Miał dwa wyj­ścia. Mógł po­biec w kie­run­ku Black Haw­ka i zgi­nąć za­strze­lo­ny lub stra­to­wa­ny, za­nim do nie­go do­trze, albo… upew­nić się, że he­li­kop­ter wy­star­tu­je bez­piecz­nie i za­nie­sie za­kład­ni­ków i jego to­wa­rzy­szy do domu.

Bez wa­ha­nia pod­niósł ka­ra­bin i za­ła­do­wał ostat­ni ma­ga­zy­nek. Do Black Haw­ka wsia­da­li ostat­ni człon­ko­wie gru­py. Na­wet z ta­kiej od­le­gło­ści wi­dział siwe wło­sy Maca, swe­go do­wód­cy, men­to­ra i przy­ja­cie­la, ge­sta­mi wzy­wa­ją­ce­go go do śmi­głow­ca. Za­miast do nie­go po­biec, Ed­die przy­kuc­nął i wy­ce­lo­wał.

Z prze­łę­czy wy­je­chał pierw­szy jeź­dziec, sku­lo­ny na ga­lo­pu­ją­cym ko­niu, z ka­łasz­ni­ko­wem w unie­sio­nej ręce.

Cha­se wy­mie­rzył w nie­go i strze­lił dwa razy. Tra­fił i ta­lib spadł z ko­nia, ale tłu­mik na ka­ra­bi­nie był już cał­kiem prze­pa­lo­ny i od­gło­sy strza­łów zdra­dzi­ły jego po­zy­cję. Dwaj na­stęp­ni jeźdź­cy po­je­cha­li wprost na nie­go.

Roz­legł się me­cha­nicz­ny ryk: Black Hawk star­to­wał. Z wą­wo­zu wy­pa­dło ko­lej­nych trzech jeźdź­ców i ru­szy­ło za wzbi­ja­ją­cym się w po­wie­trze he­li­kop­te­rem. Za­ter­ko­ta­ły ka­łasz­ni­ko­wy, po­ci­ski smu­go­we po­le­cia­ły w ślad za star­tu­ją­cą ma­szy­ną. Świa­tło księ­ży­ca od­bi­ło się od ko­lej­ne­go RPG-7, kie­dy je­den z ta­li­bów za­trzy­mał ko­nia i wy­mie­rzył broń. Wy­strzał z C8 Cha­se’a ściął męż­czy­znę, za­nim ten zdą­żył wy­strze­lić. He­li­kop­ter był bez­piecz­ny, ale pierw­si jeźdź­cy zbli­ża­li się już do Ed­die­go…

Z góry roz­legł się zgrzyt przy­po­mi­na­ją­cy od­głos piły me­cha­nicz­nej – i jeźdź­ców wraz z koń­mi roz­darł stru­mień po­ma­rań­czo­we­go ognia, wy­glą­da­ją­cy jak pro­mień la­se­ra.

Lit­tle Bird za­pi­ko­wał, dwa sze­ścio­lu­fo­we ka­ra­bi­ny Mi­ni­gun roz­bły­sły ogniem, ostrze­li­wu­jąc ta­li­bów z pręd­ko­ścią po­nad sześć­dzie­się­ciu po­ci­sków na se­kun­dę. Po chwi­li he­li­kop­ter gwał­tow­nie się po­de­rwał, skrę­cił, kie­ru­jąc się w stro­nę ta­li­bów na ko­niach i znów otwo­rzył ogień. Wo­kół Cha­se’a spa­da­ły pu­ste łu­ski. Jed­na od­bi­ła się od jego gło­wy i za­dra­pa­ła mu skó­rę.

– Pięk­nie, kur­wa, te­raz będę miał łysy pla­cek – mruk­nął Ed­die, ce­lu­jąc w ostat­nie­go z jeźdź­ców. Tra­fił, ale było to bez zna­cze­nia – siła ognia MH-6 ro­ze­rwa­ła Afgań­czy­ka na strzę­py.

Kie­dy ka­ra­bi­ny umil­kły, Cha­se usły­szał ko­lej­ne ga­lo­pu­ją­ce ko­nie. Z wście­kło­ścią spoj­rzał na Lit­tle Bir­da szyb­ko scho­dzą­ce­go w dół.

Wie­dział, że śmi­gło­wiec nie bę­dzie miał cza­su na lą­do­wa­nie. Bę­dzie mu­siał wsiąść w lo­cie – i bę­dzie miał na to tyl­ko jed­ną szan­sę.

Zo­ba­czył pi­lo­ta oświe­tlo­ne­go zie­lo­nym po­bla­skiem in­stru­men­tów po­kła­do­wych. Męż­czy­zna miał na twa­rzy nok­to­wi­zor, w któ­rym wy­glą­dał jak cy­borg. Lit­tle Bird scho­dził pro­sto na Ed­die­go. Ma­szy­na zwol­ni­ła, ale nadal po­ru­sza­ła się z pręd­ko­ścią trzy­dzie­stu mil na go­dzi­nę.

Cha­se sko­czył.

Ude­rzył klat­ką pier­sio­wą w pło­zę, ob­jął rę­ka­mi przed­nią roz­pór­kę i chwy­cił się jej z ca­łych sił, kie­dy MH-6 zwięk­szył moc. He­li­kop­ter wzbił się do góry, Ed­die po­wie­wał pod nim jak cho­rą­giew­ka.

Męż­czy­zna od­wró­cił twarz od po­dmu­chów po­wie­trza wy­twa­rza­nych przez wir­nik i zo­ba­czył pod sobą wi­ru­ją­cą do­li­nę i wy­strze­li­wa­ne w swo­im kie­run­ku po­ci­ski smu­go­we. Z prze­łę­czy wy­ło­ni­li się ko­lej­ni ta­li­bo­wie… By po chwi­li znik­nąć w ogrom­nym wy­bu­chu.

Spo­oky po­now­nie po­ja­wił się na ho­ry­zon­cie, a po ewa­ku­acji wszyst­kich chło­pa­ków z pola wal­ki mógł użyć naj­cięż­szej bro­ni. Od wy­strza­łu z dzia­ła ka­li­bru .105 za­wa­li­ła się część wą­wo­zu, grze­biąc ta­li­bów pod to­na­mi gru­zów. Na ca­łej dłu­go­ści prze­łę­czy roz­bły­sły ko­lej­ne wy­bu­chy – ar­ty­le­rzy­sta ob­słu­gu­ją­cy bo­for­sa zdej­mo­wał nie­do­bit­ków.

Lit­tle Bird wy­rów­nał lot i skie­ro­wał się za Black Haw­kiem. Cha­se usły­szał czyjś głos. Kie­dy spoj­rzał w górę, zo­ba­czył, że pi­lot krzy­czy do nie­go z po­zba­wio­ne­go drzwi kok­pi­tu:

– Wszyst­ko w po­rząd­ku, sta­ry?

Cha­se, mimo że zwi­sał z pę­dzą­ce­go he­li­kop­te­ra trzy­sta me­trów nad te­ry­to­rium wro­ga, zdo­łał wy­szcze­rzyć zęby w trium­fu­ją­cym uśmie­chu.

– Nig­dy nie czu­łem się le­piej, chło­pie. Jaki film pu­ścisz w cza­sie lotu?

Black Hawk wy­lą­do­wał w ba­zie ko­ali­cji, Lit­tle Bird do­tarł do celu nie­dłu­go po nim. MH-6 zro­bił krót­ki przy­sta­nek, kie­dy oba śmi­głow­ce zna­la­zły się na ofi­cjal­nie przy­ja­znym te­ry­to­rium, żeby za­brać Cha­se’a na po­kład. Te­raz Ed­die wy­sko­czył z ka­bi­ny i po­biegł do więk­sze­go he­li­kop­te­ra. Cze­ka­ło przed nim trzech lu­dzi z kor­pu­su me­dycz­ne­go ar­mii bry­tyj­skiej – dwóch trzy­ma­ło no­sze, je­den cze­kał, by za­jąć się Gre­enem. Za­bra­li ran­ne­go tuż po tym, jak Stark­man i Ba­ine wy­nie­śli go z Black Haw­ka.

Po­tem ze śmi­głow­ca wy­szli za­kład­ni­cy, któ­rych od­pro­wa­dzo­no do tym­cza­so­wych kwa­ter znaj­du­ją­cych się nie­opo­dal. Na ko­niec wy­ło­ni­li się po­zo­sta­li żoł­nie­rze. Mac z przy­gnę­bio­ną miną roz­glą­dał się za Gre­enem. Inni wy­glą­da­li na za­do­wo­lo­nych, że uda­ło im się wró­cić w jed­nym ka­wał­ku.

– Jezu – stwier­dził Blu­ey, po­cie­ra­jąc wy­go­lo­ną czasz­kę – ale była za­dy­ma.

Stark­man za­uwa­żył Cha­se’a.

– Kur­wa, już się ba­łem, że cię stra­ci­li­śmy – po­wie­dział Tek­sań­czyk. – Wszyst­ko okej?

Cha­se nie od­po­wie­dział. Wpa­try­wał się w Sti­ke­sa. Ka­pi­tan po wyj­ściu z he­li­kop­te­ra za­ło­żył be­ret do­kład­nie pod re­gu­la­mi­no­wym ką­tem.

– Sied­miu za­kład­ni­ków ura­to­wa­nych, by­ło­by ośmiu, gdy­by tam­ten idio­ta nie spa­ni­ko­wał. Nie jest źle. – Za­uwa­żył Cha­se’a idą­ce­go w jego stro­nę. – Cha­se, a więc…

Ed­die z ca­łej siły wbił mu pięść w twarz. Kształt­ny nos Sti­ke­sa zła­mał się z trza­skiem, a siła cio­su od­rzu­ci­ła ka­pi­ta­na w tył, na ka­dłub śmi­głow­ca.

– Ty skur­wy­sy­nu! – wrza­snął Cha­se.

Ba­ine rzu­cił się w stro­nę Cha­se’a, ale Mac po­wstrzy­mał go i sam od­cią­gnął pod­wład­ne­go od le­żą­ce­go ofi­ce­ra.

– Ed­die, na li­tość bo­ską!

Sti­kes wstał, przy­ci­ska­jąc dłoń do krwa­wią­ce­go nosa. Po­zo­sta­li człon­ko­wie od­dzia­łu przy­glą­da­li mu się zdez­o­rien­to­wa­ni.

– Za ude­rze­nie wyż­sze­go stop­niem ofi­ce­ra idzie się pod sąd wo­jen­ny, Cha­se! – krzyk­nął. – Do­sta­niesz pięć lat za nie­spro­wo­ko­wa­ny atak! Wszy­scy wi­dzie­li­ście!

– Nie­spro­wo­ko­wa­ny? Gów­no praw­da! – od­po­wie­dział wście­kły Cha­se. – Ce­lo­wa­łeś mi w gło­wę z pie­przo­ne­go ka­ra­bi­nu!

– Ed­die! – wark­nął Mac. – Sier­żan­cie! – Cha­se, wciąż za­ci­ska­jąc war­gi z wście­kło­ści, sta­nął na bacz­ność. – Co tu się dzie­je, do cho­le­ry?

– Ten skur­wiel za­mor­do­wał pię­cio­ro cy­wi­lów – pięć ko­biet, sir – wy­ja­śnił Cha­se przez za­ci­śnię­te zęby. – Były nie­uzbro­jo­ne i zwią­za­ne, w nie­wo­li u ta­li­bów, a on je za­strze­lił, a po­tem wy­mie­rzył broń we mnie.

– To wie­rut­ne kłam­stwo, ma­jo­rze – od­po­wie­dział Sti­kes. – Nic ta­kie­go nie zro­bi­łem.

Mac zmarsz­czył brwi.

– Ta­li­bo­wie fak­tycz­nie wię­zi­li ja­kieś ko­bie­ty. Wi­dzia­łeś je?

Sti­kes od­po­wie­dział bez na­my­słu:

– Nie, sir, nie wi­dzia­łem.

– Prze­stań pier­do­lić – syk­nął Cha­se.

– Je­dy­ne oso­by poza na­szy­mi za­kład­ni­ka­mi, ja­kie wi­dzia­łem, zo­sta­ły uzna­ne za wro­gów w wy­tycz­nych do mi­sji. – Sti­kes ode­rwał dłoń od nosa. Krew po­cie­kła mu na war­gi. – Cho­le­ra! Sir, je­śli pan po­zwo­li, chciał­bym się tym za­jąć. A po­tem – do­dał, rzu­ca­jąc ja­do­wi­te spoj­rze­nie Cha­se’owi – zło­żę peł­ny pi­sem­ny ra­port do­ty­czą­cy tego zaj­ścia.

Mac ski­nął gło­wą, Sti­kes od­szedł wol­nym kro­kiem. Szkot po­szedł z Cha­se’em na bok, by po­zo­sta­li nie mo­gli ich usły­szeć.

– Ed­die, je­śli masz za­strze­że­nia do prze­ło­żo­ne­go, mo­żesz je zgło­sić, uży­wa­jąc okre­ślo­nych pro­ce­dur. To nie była jed­na z nich!

Cha­se pró­bo­wał opa­no­wać gniew.

– Przy­kro mi, sir. To zna­czy przy­kro mi, że na­ro­bi­łem panu kło­po­tów, nie dla­te­go, że da­łem w ryj Sti­ke­so­wi. Na­le­ża­ło mu się przy­najm­niej tyle. Za­mor­do­wał te ko­bie­ty z zim­ną krwią.

– Nikt inny tego nie wi­dział. Mamy two­je sło­wo prze­ciw­ko jego.

– Mac, znasz mnie. Znasz Sti­ke­sa. – Ed­die nie­mal bła­gal­nie spoj­rzał na do­wód­cę. – Komu wie­rzysz?

Męż­czy­zna mil­czał przez dłuż­szą chwi­lę.

– Ed­die – po­wie­dział w koń­cu – nie­za­leż­nie od tego, jak po­to­czy się ta spra­wa, od­bi­je się ona na two­jej ka­rie­rze. Ude­rzy­łeś w twarz ofi­ce­ra na oczach świad­ków.

– Je­stem go­tów po­nieść wszel­kie kon­se­kwen­cje.

– Ni­cze­go in­ne­go bym się po to­bie nie spo­dzie­wał. Ale… tak jak mó­wi­łeś, znam cię. I znam Sti­ke­sa. Więc kie­dy po­sta­wią cię przed są­dem wo­jen­nym – a Sti­kes ma ta­kie kon­tak­ty, że na pew­no do tego doj­dzie – zro­bię wszyst­ko, co będę mógł, żeby ci po­móc.

– Dzię­ku­ję, sir.

– Poza tym – do­dał Szkot z lek­kim uśmie­chem – nie był­bym do­brym do­wód­cą, gdy­bym nie przy­po­mniał ci, że sam też po­wi­nie­neś zło­żyć peł­ny pi­sem­ny ra­port, opi­su­ją­cy wszyst­ko, co wi­dzia­łeś pod­czas mi­sji. Okre­ślo­ne pro­ce­du­ry mają słu­żyć wszyst­kim, nie tyl­ko ofi­ce­rom. Je­śli zo­sta­nie dzię­ki temu wsz­czę­te do­cho­dze­nie… w tym przy­pad­ku rów­nież mo­żesz li­czyć na moje po­par­cie.

Cha­se spoj­rzał na star­sze­go męż­czy­znę z uzna­niem.

– Dzię­ku­ję, sir!

– Sier­żan­cie, ra­dził­bym za­brać się do pra­cy. Ja tym­cza­sem pój­dę spraw­dzić, czy w tej dziu­rze da się zna­leźć prysz­nic. – Mac ru­szył przed sie­bie, ale po chwi­li za­trzy­mał się i od­wró­cił. – Tak przy oka­zji, Ed­die, świet­nie się dzi­siaj spi­sa­łeś. Do­bra ro­bo­ta.

Cha­se za­sa­lu­to­wał, a Mac ru­szył w swo­ją stro­nę. Ed­die przez chwi­lę stał bez ru­chu, po­tem za­pa­lił dłu­go wy­cze­ki­wa­ne­go pa­pie­ro­sa.