Imperium - Graham Masterton - ebook
Opis

Powieść historyczna Grahama Mastertona, której akcja rozgrywa się pod koniec dziewiętnastego wieku w Stanach Zjednoczonych i Anglii.

Książka jest epicką opowieścią o burzliwych losach Lucy Darling. Nastoletnia Lucy, wychowywana samotnie przez ledwo wiążącego koniec z końcem ojca, sklepikarza w małym miasteczku Oak City w stanie Kansas, marzy by wyrwać się w wielki świat balów, przyjęć i tańców, wyjść za mąż za lorda, księcia albo milionera i korzystać z uroków życia. Niespodziewanie staje się dziedziczką i jedyną właścicielką naftowego biznesu wuja Caspera, brata zmarłej matki Lucy - wyjątkowo podejrzanego typa, awanturnika, kombinatora i alkoholika. Obracanie się w kręgach wyższych sfer to teraz jej codzienność. Jako nuworyszka będzie jednak musiała zawalczyć o akceptację towarzystwa i stoczyć bitwę ze swoim sercem, które nie chce tak łatwo zrezygnować z pierwszej miłości.

Emocjonująca historia pełna zaskakujących zwrotów akcji, namiętności i pasji.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 812

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

O książce

Lucy Darling, córka ledwie wiążącego koniec z końcem sklepikarza, marzy tylko o tym, by wyrwać się z Kansas. Pragnie wkroczyć w wielki świat i wyjść za mąż... Za milionera, lorda, a może nawet za księcia. Jak zresztą większość ubogich dziewcząt z zapomnianych przez Boga i ludzi mieścin. Tylko że marzenia Lucy się spełniają.

Kolejna wersja bajki o Kopciuszku? Niezupełnie. Kopciuszek nie musiał bowiem skrywać przerażającego sekretu i żyć w lęku, że prawda wyjdzie na jaw.

GRAHAM MASTERTON

Popularny angielski pisarz. Urodził się w 1946 r. w Edynburgu. Po ukończeniu studiów pracował jako redaktor w miesięcznikach, m.in. „Mayfair" i w angielskim wydaniu „Penthouse'a". Autor licznych horrorów, romansów, powieści obyczajowych, thrillerów oraz poradników seksuologicznych. Zdobył Edgar Allan Poe Award, Prix Julia Verlanger i był nominowany do Bram Stoker Award. Debiutował w 1976 r. horrorem Manitou (zekranizowanym z Tonym Curtisem w roli głównej). Jego dorobek literacki obejmuje ponad 80 książek – powieści i zbiorów opowiadań – o całkowitym nakładzie przekraczającym 20 milionów egzemplarzy, z czego ponad dwa miliony kupili polscy czytelnicy. Wielką popularność pisarza w Polsce, którą często odwiedza, ugruntował cykl poradników seksuologicznych, w tym wielokrotnie wznawiane Magia seksu i Potęga seksu. W ostatnim czasie w naszym kraju ukazały się Czerwony Hotel, Ogród zła, Panika i Śpiączka. Wkrótce polskie premiery kolejnych powieści Mastertona – Dynastii, Suszy, Scarlet Widow i Red Light.

www.grahammasterton.co.uk / www.grahammasterton.blox.pl

Tytuł oryginału:

EMPRESS

Copyright © Graham Masterton 1988

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2014

Polish translation copyright © Paweł Wieczorek 2014

Redakcja: Lucyna Lewandowska

Zdjęcie na okładce: Nejron Photo/Shutterstock

Projekt graficzny okładki: Andrzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-7985-066-2

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS ANDZRZEJ KURYŁOWICZ S.C.

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

Dla Wiescki

Gdy tego burzowego popołudnia Henry wrócił do domu, stanął w holu, by otrząsnąć parasol, i zawołał: „Indie, kochanie! Dali mi Indie!", pierwszą myślą Lucy nie były pałace ani słonie czy książęta z brylantami na czołach. Jakby otworzyły się w jej głowie z nagłym klekotem, przypomniała sobie czernione pudełka z cynowej blachy stojące na półkach w głębi sklepu Darlingów i zamknięte w nich tajemnicze, suche jak pył ostre zapachy, które tak bardzo lubiła wdychać, i pomyślała, jak niezwykły musi być kraj, w którym jada się potrawy pachnące skórą do butów, prochem strzelniczym, suszonymi kwiatami i ogniem.

Widziała już oczywiście — za każdym razem, gdy do Oak City zjeżdżał cyrk — żywe słonie, a w żurnalach zdjęcia zaklinaczy węży, indyjskich bazarów i Tadż Mahal, ale to właśnie otwieranie wieczek pudełek i wąchanie przypraw sprawiło, iż rozumiała, że mimo swojej odległości i odmienności Indie nie są literacką opowieścią, lecz faktem.

A teraz Henry wrócił do domu z plackami deszczu na ramionach i radośnie oznajmił, że ten daleki i obcy kraj będzie należał do nich.

— Kozieradka i kminek — powiedziała, wyciągając do niego ramiona. — Chili, kurkuma i garam masala...

— Słucham? — zapytał ze śmiechem.

Pocałowała go. Miał mokre baki.

— Indie! — zawołała. — Indie!

Kiedy leżała w nocy obok śpiącego męża w wielkim łożu z mosiężnymi kolumnami, uświadomiła sobie, że los znacznie wcześniej wprowadził do jej życia Indie. Przyniósł je ze sobą niemal pięć lat wcześniej, w odległości tysięcy mil od miejsca, w którym się teraz znajdowała — w Kansas, na początku czerwca, kiedy w Oak City znowu pojawił się wuj Casper.

Nieczęsto pozwalała sobie myśleć o tym, co wydarzyło się tamtego lata. Ciągle jeszcze robiło jej się wtedy sucho w ustach i zaczynała dygotać. Wpatrywała się w ciemności w sufit i zastanawiała, czy Bóg podarował jej Indie jako spóźnioną pociechę za to, co się stało, czy też to, co się stało, było ceną spełnienia marzenia, o które tak naprawdę nigdy nie prosiła.

1

Gdy usłyszała gwizd pociągu, balansowała niczym linoskoczek na otaczającym tylne podwórze pani Sweeney płocie, ale nie wiedząc, że jedzie nim wuj Casper, nie zwróciła na niego specjalnej uwagi.

Spacer po sztachetach wymagał pełnej koncentracji — należało rozłożyć szeroko ramiona, trzymać wysoko parasol, stawiać stopy jedną za drugą, opanować lekkie bujanie się ciała i robić krok po kroku, wysoko unosząc nogi. Wyglądała jak mechaniczna marionetka. Słońce przeświecało przez jej długą spódnicę w biało-niebieskie pasy i bawełniany czepek.

— Zatrzymaj się i wyprostuj! — zawołała pani Sweeney, która przez cały czas ją obserwowała, jakby mogła jej pomóc zachować równowagę siłą woli. — I nie patrz na stopy!

Pociąg ponownie zagwizdał. Lucy zrobiła kolejne dwa kroki, zatrzymała się, znowu zrobiła trzy kroki, stanęła, po czym chwiejnie doszła do rynny i złapała się jej obiema rękami.

— Nie było tak źle — stwierdziła pani Sweeney. — Nie wiem, co pomyśleliby o tym Forepaugh i Sells, ale jak dla mnie może być.

Pomogła swojej uczennicy zeskoczyć z płotu. Lucy wyciągnęła spódnicę z reform, wygładziła ją dłońmi i przykucnęła na pozbawionym oparcia krześle, aby włożyć buty.

— Myśli pani, że mogłybyśmy jeszcze potańczyć? — spytała, mrużąc oczy.

— Nic z tego. Już jestem wytańczona, dziękuję bardzo — odparła pani Sweeney. — Poza tym zaraz muszę iść do Leonarda Judda i zająć się jego korespondencją.

Zawsze kończyła lekcję tańca chodzeniem po płocie, twierdząc, że wzmacnia to stopy i poprawia zmysł równowagi. Przed ślubem chodziła po linie w cyrku Forepaugha i Sellsa, podróżując z nim po całym kraju. Złamała w tym czasie mnóstwo serc i mogła o tym opowiadać bez końca.

— Tylko jednego walca... — poprosiła Lucy. — Wie pani, że mogłabym tańczyć przez cały dzień!

Pani Sweeney odprowadziła ją do furtki.

— Jesteś jak mój Sean. „Mógłbym umrzeć, tańcząc", mawiał. I tak się stało, niech Bóg ma go w swojej opiece. Pan wezwał go do siebie na balu hodowców bydła, w czasie polki!

Lucy zaciągnęła wstążki na swoim czepku.

— Założę się, że w dalszym ciągu tańczy gdzieś w niebie.

Pani Sweeney pociągnęła nosem.

— Całkiem możliwe... Ale na pewno nie polkę. Nie sądzę, aby nasz Pan i jego niebiańska świta tańczyli polkę. I na pewno nie z nim.

Lucy nigdy do końca nie wiedziała, kiedy pani Sweeney mówi poważnie, a kiedy żartuje. Zawsze ubierała się w żałobną czerń, a jej ściągnięta trójkątna twarz sprawiała wrażenie wiecznie zirytowanej, miała jednak zuchwałe irlandzkie poczucie humoru i dlatego — no i oczywiście dlatego, że udzielała lekcji tańca — większość ludzi w Oak City nazywała ją Podskakującą Kozicą. Prawdopodobnie miała czterdzieści parę lat, ale bez trudu mogłaby uchodzić za sześćdziesięciolatkę.

Lucy ją uwielbiała, ponieważ podczas lekcji, gdy raz za razem okrążały pokój na górze o skrzypiącej podłodze, raz-dwa-trzy, raz-dwa-trzy, jak para malutkich tancerzy wirujących na szczycie pozytywki, zawsze opowiadała o balach, na których bywała w młodości w Nowym Jorku, zanim upadła (przez duże „U") i przyłączyła się do cyrku. „Och, te tańce, moja droga! Białe rękawiczki, strusie pióra, gazowe żyrandole i migocząca biżuteria! Lakierowane powozy i mężczyźni z tak wysokimi kołnierzykami, że przez cały wieczór musieli wpatrywać się w sufit!".

W Oak City w stanie Kansas niewiele tańczono — zresztą nie było ku temu wielu powodów. Miasteczko było skupiskiem drewnianych domków zbudowanych na wygwizdowie przy trasie kolei Kansas Pacific, między Hays City i Fort Wallace. Od czasu do czasu któryś z miejscowych chłopaków skrzykiwał ludzi na potańcówkę w stodole, a raz w roku armia organizowała bal bożonarodzeniowy, na którym dziewczyny mogły zatańczyć z oficerami, choć była to jedynie zbieranina krostowatych, śmierdzących rumem i potykających się o własne nogi napalonych kozłów.

Pomijając te nieliczne okazje, w Oak City tańczyły tylko trawy i kurz, a jedyną muzyką, jaką tu słyszano, było zawodzenie pianoli w barze na rogu oraz śpiewy w niedzielę rano w kościele. O Wiekuista Skało, trwaj przy mnie... Było tu za to mnóstwo nieba i jeszcze więcej wiatru, a kiedy nie wiało — jak tego właśnie dnia — panowała cisza.

— Do zobaczenia w czwartek, pani Sweeney — powiedziała Lucy.

Zamknęła za sobą furtkę i podciągnęła spódnicę, aby nie brudząc jej, przejść alejką prowadzącą do głównej ulicy. Było gorąco i bardzo cicho, spokoju nie zakłócał klekot powozów. Powietrze wypełniał charakterystyczny zapach prerii: woń siana i kurzu, zmieszany z aromatami suszonych przypraw.

Lucy skierowała się do sklepu ojca. Obcasy jej butów z wysoką cholewką stukały o chodnik z drewnianych bali. Skończyła właśnie siedemnaście lat, miała jeszcze maleńkie piersi i wąskie biodra, ale była wysoka jak strzeliste drzewo — podobnie jak matka. Jej włosy były tak jasne i delikatne, że matka zwykła mawiać, iż utkał je karzeł Titelitury. Miała dość długi, ale prosty nos, pokryty bladymi piegami u nasady, i oczy tak błękitne, że ludzie nie mogli uwierzyć, iż mogą istnieć tęczówki takiego koloru — miały barwę płatków chabrów.

Jedynym elementem twarzy, którego Lucy u siebie nie lubiła, były usta. Nawet jeśli nie była w ponurym nastroju i na nikogo się nie obraziła, często wyglądały, jakby była obrażona na cały świat.

Nuciła walcaNiemieckie serca i szła, zataczając kółka. Raz-dwa-trzy! Raz-dwa-trzy! Kiedy doszła do sklepu ojca, ponownie usłyszała gwizd pociągu i zobaczyła rozkwitające na niebie kłęby czarnego dymu.

Drzwi większości znajdujących się przy Main Street budynków były szeroko otwarte z powodu upału i zupełnego braku wiatru. Wnętrza wszystkich lokali wypełniał cień, a każdy z nich miał charakterystyczny zapach. W budynku Rynku Mięsnego, gdzie rzeźnicy w melonikach i zbrązowiałych od krwi fartuchach rozbierali półtusze wołów opasowych, unosił się zapach surowego mięsa, biuro L. Judda, agenta nieruchomości i pożyczek, gdzie pani Sweeney pracowała popołudniami, przepełniała woń wody lawendowej i papieru, w drogerii Helmsleya królował zapach cukierków na kaszel i goździków, a w Produktach Suchych i Odzieży J.A. Overbaya pachniało materiałem dżinsowym i pastą do butów.

O fronton Rynku Mięsnego opierało się dwóch młodych rzeźników ze splecionymi na piersi ramionami. Jeden był czerwony jak burak, drugi blady jak mleko. Palili krótkie cygara i mrużyli oczy przed jaskrawym słońcem. Lucy znała zarówno Boba Wonderly'ego, jak i Williama Zanga. Chodzili razem do szkoły w Oak City.

— Tańczyłaś, ślicznotko? — zapytał Rumiany. — Co powiesz na jeszcze jeden mały taniec dla starego kumpla Boba?

Lucy uśmiechnęła się pod cienistym rondem kapelusza i pokręciła głową.

— Hej, Lucy! — nie odpuszczał chłopak. — Chodź do nas! Nie zachowuj się jak nadęta dama! Miałabyś ochotę na trochę wołowej wątroby?

Jego kolega parsknął śmiechem.

— A niech mnie! Wołowa wątroba! Widać, że romantyzm jeszcze nie zginął! Może lepiej zapytaj, czy nie chciałaby trochę flaków?

— Możesz sobie żartować, a ja się cieszę, że niektórzy mogą jeszcze kręcić nosem na wątrobę — odparł Bob Wonderly. — To pierwszej klasy wątroba, do diaska. Nie rośnie na drzewach.

Lucy przecięła ulicę i weszła na duży zapylony plac przed stacją kolejową. Z cienia przy wejściu do dworcowego budynku wyszedł wysoki barczysty chłopak z błyszczącymi od brylantyny kasztanowymi włosami. W prawej ręce niósł obwiązaną sznurkiem ciężką paczkę w pakowym papierze, a lewą unosił dla utrzymania równowagi.

Lucy zatrzymała się i czekała na niego z uśmiechem, osłaniając oczy przed słońcem.

— Jamie! — zawołała.

Chłopak podszedł bliżej, postawił paczkę na ziemi i otarł rękawem czoło.

— Ned nie będzie na mnie czekał — powiedział. — Mówił, że spieszy się do fryzjera... na wypadek gdyby miał spotkać Dorothy Oosterman.

Lucy pocałowała czubki palców i dotknęła nimi jego nosa.

— Nie spodziewałam się, że zobaczę cię dzisiaj w mieście.

— No cóż... zamierzałem przyjechać dopiero jutro, ale ponieważ Ned się tu wybierał...

Podniósł paczkę i zaczęli powoli iść Main Street. Nie zalecali się do siebie, ale kiedy przed dwoma laty Cullenowie osiedlili się niedaleko Oak City, Lucy i Jamie natychmiast się zaprzyjaźnili i wszyscy oczekiwali, że któregoś dnia zostaną małżeństwem. Ludzie mówili o nich na jednym oddechu: „Jamie-i-Lucy".

— Co to? — spytała Lucy, wskazując głową paczkę. — Chyba nie kolejne Biblie?

— Biblie? W życiu. Książki prawnicze.

— Twój ojciec nie będzie zadowolony.

— Nie obchodzi mnie jego opinia. Szacunek dla ojca to jedno, a zadowalanie go to zupełnie co innego... zwłaszcza że bardzo trudno go zadowolić.

Ojciec Jamiego, Jerrold Cullen, był bardzo religijny i wszystkich, którzy dla niego pracowali (a także tych, którzy dla niego nie pracowali), obdarowywał Biblią. Każde słowo w Biblii uważał za bezdyskusyjny fakt i nawet jeśli zaczęło się z nim rozmowę o chorobach bydła czy cenach żywności, wkrótce mówił o cierpieniach Hioba albo o Jonaszu w brzuchu wieloryba.

Był gorzko rozczarowany, że Jamie postanowił zostać prawnikiem zamiast farmerem, i często dawał wyraz swojemu niezadowoleniu z tego powodu. Uważał, że jego syn powinien przebywać na dobrym powietrzu Pana, orząc ziemię, stawiając płoty i znakując cielaki, zamiast tkwić w dusznych szkolnych salach, wpatrując się w strony ksiąg prawniczych. Według niego nauka z książek mieściła się nieco poniżej brania imienia Pana nadaremno i jedynie odrobinę powyżej pożądania służącej sąsiada.

Prawdę mówiąc, Lucy też nie bardzo rozumiała zainteresowanie Jamiego prawem. Próbowała przeczytać kilka jego książek dotyczących precedensu sądowego i stwierdziła, że są okropnie nudne. Lubiła jednak Jamiego. Lubiła go z powodu spokojnego, pogodnego usposobienia oraz dlatego, że był wysoki. Sama miała (bez butów) pięć stóp i siedem cali wzrostu i była wyższa od większości niskich i krępych chłopaków z Oak City przynajmniej o cal. Ale Jamie miał sześć stóp i dwa cale i w swoich butach do konnej jazdy wznosił się nad tłumem, jakby pływał po jeziorze pełnym podrygujących kapeluszy. W jego obecności Lucy zawsze czuła się mała, delikatna i kobieca.

Był także przystojny — a przynajmniej ona tak uważała. Mocna szczęka, nos z sugestią wzgórka pośrodku i głęboko osadzone oczy, bardzo jasne i jednocześnie szare jak burzowe chmury — wszystko to sprawiało, że wyglądał, jakby nie potrafił się zdecydować, czy powinien uderzyć swojego rozmówcę, czy się roześmiać.

Lubiła go bardzo, niemal kochała, jednak w dalszym ciągu w skrytości ducha marzyła o tym, żeby wyjść za księcia, lorda albo milionera.

— ToPrawo deliktów Hudsona w siedmiu tomach — wyjaśnił Jamie. — Musiałem je specjalnie zamówić w Monkey Ward.

Z szacunku dla ojca i jego zastrzeżeń wobec wielkich chicagowskich wysyłkowych domów towarowych nazwał Montgomery Ward „Małpim Oddziałem". Montgomery Ward i Sears Roebuck doprowadziły wiele małych sklepików na skraj bankructwa — w tym także sklep ojca Lucy.

Wóz konny do prac rolnych za 50 dolarów, przysłany koleją. Siedemdziesiąt dwa tuziny guzików do koszul za 35 centów... Jaki małomiasteczkowy sklepikarz mógł z tym konkurować? Do tego wszystkiego katalogi wysyłkowych domów towarowych — po wielokrotnym przeczytaniu i zamówieniu tego, co było naprawdę potrzebne — dostarczały całemu zachodniemu pograniczu papieru toaletowego.

— Delikty? — powtórzyła Lucy. — Co to są delikty? Coś delikatnego do jedzenia?

Jamie prychnął drwiąco i pokręcił głową.

— Jesteś chyba mniej rozgarnięta od każdej dziewczyny, jaką kiedykolwiek spotkałem!

— Zamierzam być damą z towarzystwa — oświadczyła Lucy, unosząc nos. — Dama z towarzystwa nie musi wiedzieć, co to są delikty. „Pani Vanderbilt, proszę poczęstować się deliktem".

— Próbujesz zrobić ze mnie głupka?

— Och, proszę, nie dąsaj się! Powiedz mi, co to są delikty! Proszę!

Jamie oczywiście zdawał sobie sprawę z tego, że Lucy się z niego podśmiewa, ale odchrząknął i zrobił poważną minę.

— Delikt to zranienie kogoś lub spowodowanie szkody. Albo przez coś, co się zrobiło, albo przez coś, co powinno się było zrobić, ale się tego zaniechało.

— To jasne jak mętna woda — stwierdziła Lucy.

— No... załóżmy, że twój ojciec zdjął pokrywę ze stojącego w piwnicy pojemnika z prochem strzelniczym, a potem ktoś z zapaloną świecą poszedł tam, by poszukać gwoździ.

— Tak?

— Chłopak zostaje rozerwany na kawałeczki, ponieważ twój ojciec zapomniał zamknąć pojemnik!

— I to jest delikt? Kiedy jakiś chłopak zostaje rozerwany na kawałeczki?

Jamie kiwnął głową.

— No cóż... tak. Delikty to właśnie tego typu rzeczy. Rozerwani na kawałeczki chłopcy, zadeptane zbiory, źle zamocowane drabiny i tym podobne. Pan Collamer uważa, że delikty mają przyszłość.

Lucy złapała go za rękaw.

— Dla mnie to wszystko brzmi okropnie nudno. Sądziłam, że zamierzasz zostać adwokatem kryminalnym i będziesz bronić morderców i rabusiów.

— Powiedzieć ci coś?

— Co?

— Potrafiłabyś wypłoszyć pchły z muła!

Po chwili doszli do sklepu Jacka Darlinga. Był to piętrowy dom ze sklepem na parterze i mieszkaniem na piętrze, pomalowany na burożółty kolor, przypominający sierść bezpańskich psów. Był to ostatni budynek przy głównej ulicy miasteczka, tu kończyło się Oak City i zaczynała reszta Kansas. Z jednej strony ulica, z drugiej rozciągające się aż po horyzont High Plains. Lucy czasami miała wrażenie, że żyje na krawędzi świata.

W Kansas nie ma gór, jedynie same równiny. Mieszkający tam ludzie nazywają je krainą, w której „patrzy się dalej, ale widzi mniej", jednak kiedy niebo robiło się czarne jak wnętrze lufy karabinu, a białożółta trawa na prerii falowała jak łagodne, ciche morze, Lucy wydawało się, że zbiera się jej na mdłości.

W Kansas trudno było zapomnieć, że człowiek łączy się ze światem tylko przez podeszwy stóp.

Jack Darling — kościsty siwy mężczyzna — stał na werandzie w długim fartuchu sprzedawcy. Spękany od wiatru i deszczu szyld nad jego głową oznajmiał, że ma na składzie Produkty dla Farm, Znakomite Produkty Spożywcze oraz Towary Rodzinne, Ubrania Garniturowe i Kapelusze Stetsona we wszystkich Najmodniejszych Fasonach.

Nie mówił jednak, że właściciel sklepu jest wdowcem, a czasy są bardzo ciężkie.

— Tato! — zawołała Lucy.

Jack Darling kiwnął głową na znak, że ją zauważył.

— Wypijesz szklankę napoju z kolcorośli? — spytała Lucy Jamiego.

— Chętnie, ale nie mogę zbyt długo zostać. Ned kazał mi być o dwunastej na farmie. Muszę mu po południu pomóc przy stadzie... przy obcinaniu rogów albo czymś w tym rodzaju.

Gdy weszli po schodkach na werandę, odstawił paczkę i uniósł kapelusz. Jack Darling uśmiechnął się do niego.

— Co słychać, Jamie? Tata bardzo cię goni do pracy? — zapytał, po czym zwrócił się do Lucy: — Mam dla ciebie niespodziankę, skarbie. Przyjechała pociągiem o jedenastej.

— Nie powiesz mi chyba, że przysłali okulary, które zamówiłeś?

Jack Darling pokręcił głową.

— Ta niespodzianka to nie „coś", ale „ktoś".

— Szkoda. Nie mogę się doczekać, kiedy zobaczę cię w okularach — odparła Lucy. Objęła ojca i cmoknęła go w policzek. — Mam nadzieję, że i ty nie możesz się doczekać, kiedy wreszcie mnie zobaczysz...

Jack Darling wymierzył jej pieszczotliwego klapsa.

— Któregoś dnia twoje kpiny doprowadzą mnie do zawału. Ma to po matce — wyjaśnił Jamiemu, gdy wchodzili do środka. — Nigdy nie potrafiła być poważna.

— Wiem, proszę pana — odparł Jamie.

Lucy powiedziała mu, że po stracie żony jej ojciec omal nie umarł z rozpaczy. Nie jadł i nie spał, i nawet teraz, po tylu latach, często jęczał po nocach w poduszkę.

Miał ziemistą cerę, opadające siwe wąsy i garbił się lekko, ale wciąż doskonale się trzymał. Większość ludzi uważała, że Lucy ma po nim zarówno oczy, jak i wyrazisty, zdecydowany profil. Mieli jednak zupełnie inne usta, ale wystarczyło spojrzeć na stojącą w salonie fotografię, aby zobaczyć, po kim jego córka je odziedziczyła — miała takie same kuszące, nadąsane, uparte usta jak jej matka.

— Kolcorośl czy lemoniada? — spytała Lucy Jamiego.

— Wszystko jedno. Może być tonik z pieprzu japońskiego, jeśli masz.

— Bleee! Jak możesz pić coś takiego?

— Podobno pieprz japoński bardzo korzystnie wpływa na małżeńskie pożycie — zauważył Jack Darling.

Był religijnym człowiekiem i regularnie chodził do kościoła, ale nie był pruderyjny.

— Jamie nie jest żonaty — powiedziała Lucy.

— Jeszcze nie — odparł chłopak. — Ale kiedy zdobędę dyplom i założę kancelarię, wtedy... no cóż, chyba wtedy znajdzie się jedna albo i druga dziewczyna w mieście, która powinna uważać.

— Pewnie już teraz jedna albo i druga dziewczyna w mieście powinna uważać — mruknęła Lucy, gdy jej ojciec dolewał wody sodowej do gorzkiego napoju z pieprzu japońskiego.

— A ty, skarbie? — spytał Jack Darling. — Kolcorośl?

Pokręciła głową.

— Gdzie ta niespodzianka? — zapytała, rozglądając się wokół.

Sklep wyglądał jak zwykle — opuszczone zielone żaluzje sprawiały, że było w nim chłodno i panował półmrok. Z krokwi zwisały szynki, a półki były pełne towarów, od masła jabłkowego po długie ciepłe majtki dla pań.

Wokół pieca (o tej porze roku zimnego, lecz mimo to przez cały czas stanowiącego ośrodek życia społecznego Oak City) siedzieli ci sami co zwykle miejscowi wałkonie, grając w pokera i popijając whisky, którą Jack Darling częstował ich za darmo. Henry McGuffey, weteran z długą brodą, którego w drodze do złotonośnych pól Kalifornii „z powodu braku funduszy i entuzjazmu" wyrzuciło na High Plains. Samuel Blankenship, inżynier pracujący kiedyś na kolei Leavenwortha, Lawrence'a i Galvestona (znanej w Kansas jako „Leniwa, Lipna i Gałgańska), który podczas przetaczania pociągu niechcący zabił swojego najlepszego przyjaciela i stracił serce do prowadzenia lokomotywy. Osage Pete — pół Indianin, pół Norweg, który mówił pięcioma językami, ale każdym bardzo źle.

Jack Darling uśmiechnął się do córki.

— Cass! — zawołał.

Otworzyły się drzwi prowadzące do magazynu i pojawił się w nich krępy mężczyzna z czarną brodą, ubrany w obcisły beżowy garnitur. Miał dużą, przypominającą lwi łeb głowę, szeroką, wysklepioną jak beczka pierś i nieproporcjonalnie krótkie nogi. Słońce spiekło mu twarz, więc z początku Lucy go nie poznała. Z chytrym uśmieszkiem na ustach zrobił kilka kroków, po czym zatrzymał się i wyciągnął do niej ramiona.

— Wujek Casper? — zapytała Lucy i odwróciła się do ojca. — To wuj Casper!

— Pewnie, że ja! — zawołał przybysz, po czym klasnął w dłonie, złapał Lucy, uniósł ją i obrócił się razem z nią. — Hejjjooo-hooo!

Objęła go i ucałowała. Miał mokrą brodę, a jego dłonie pachniały kremowym mydłem migdałowym Peet's.

Popatrzyła na ojca.

— Czemu mi nie powiedziałeś, że wuj ma do nas przyjechać? — zapytała.

— Twój tata uważa, że nie można na mnie polegać — wyjaśnił Casper. — Sądził, że się nie pokażę, i nie chciał, abyś niepotrzebnie robiła sobie nadzieję.

— Nigdy nas nie zawiodłeś! — zawołała Lucy. — Nigdy nie zapomniałeś o moich urodzinach, prawda? I nigdy nie zapomniałeś przysłać pieniędzy na kwiaty w rocznicę śmierci mamy.

— Czy mógłbym zapomnieć o swojej drogiej siostrze i jej małej dziewczynce? — powiedział wuj Casper, po czym zapytał: — Co sądzisz o mojej brodzie?

W ciągu ostatnich pięciu lat widzieli go jedynie dwa razy. Pierwszy raz owego mroźnego lutowego dnia, kiedy chowano matkę Lucy, i drugi dwa lata później, gdy zjawił się późno w nocy, by poprosić szwagra o pieniądze. Jack Darling dał mu wtedy sto dolarów przez wzgląd na swoją zmarłą żonę.

Casper spłacił większość długu, jednak mina Jacka świadczyła o tym, że mu nie ufa. Jamie od razu to zauważył — choć Lucy najwyraźniej nic nie dostrzegała. Ale podczas ostatnich kilku lat drzwi Sklepu Ogólnego Jacka Darlinga przekroczyło tyle złych wiadomości, że chłopak natychmiast je rozpoznawał — bez względu na to, jaką postać przybierały.

— Jak długo zostaniesz? — spytała Lucy Caspera. — Jamie, poznaj mojego ulubionego wujka!

— Ulubionego i jedynego — dodał Casper, poufale obejmując Lucy ramieniem, jakby była jego własnością. Zignorował wyciągniętą dłoń towarzysza siostrzenicy i zwrócił się do Jacka: — Co powiesz na kieliszek sklepowego trunku dla przepłukania ust? Oczywiście dla mojego nowego przyjaciela też — dodał, patrząc na Jamiego.

— Dziękuję, ale muszę już iść — odparł chłopak. — Ojciec spodziewa się mojego powrotu przed lunchem.

— Daj spokój, wystarczy ci czasu na kielicha — powiedział wuj Casper, szczerząc zęby. — Kiedy pierwszy raz posmakowałem whisky, mój ojciec także spodziewał się mojego powrotu przed lunchem. Było to trzydzieści pięć lat temu i jeszcze nie wróciłem...

Jamie pokręcił głową.

— Przykro mi, ale nie mogę przyjąć pańskiego zaproszenia. Muszę zająć się lekturą materiałów prawniczych.

— Miłośnik ksiąg prawniczych, co? Pozwól, że coś ci powiem, młodzieńcze: nikt nigdy nie wzbogacił się od studiowania czegokolwiek... oczywiście z wyjątkiem życia. — Jack Darling podał mu szklaneczkę whisky i wuj Casper wypił ją jednym haustem, po czym dodał: — Kobiety, walka o przetrwanie i sposoby zdobywania pieniędzy to wszystko, co warto studiować.

— I pan to robi? — spytał Jamie.

Lucy nie spodobało się brzmienie jego głosu. Był teraz gardłowy i pozbawiony wyrazu — jak zawsze, kiedy Jamie był zdenerwowany, zazdrosny albo zły.

Wuj Casper kiwnął głową i znowu wyszczerzył zęby w uśmiechu.

— Kobiety, walka o przetrwanie i sposoby zdobywania pieniędzy — powtórzył.

— I tak właśnie można stać się bogatym?

Wuj Casper ponownie kiwnął głową.

— W takim razie musi pan być bogatszy od większości ludzi — stwierdził Jamie.

Oczy wuja Caspera się zwęziły.

— Nie musisz mędrkować, Złoty Jimie.

— Jest pan milionerem? — spytał chłopak. — Multimilionerem? Miliarderem?

Przez dłuższą chwilę panowała cisza.

— Są bogaci i bogaci — powiedział w końcu wuj Casper. — Może teraz nie jestem bogaty w sensie posiadania pieniędzy, ale...

— A istnieje jakiś inny rodzaj bogactwa? — spytał Jamie. — Zawsze sądziłem, że bogactwo to posiadanie pieniędzy.

— Jestem bogaty w pomysły, plany, aktywa — odparł wuj Casper. — Jeśli moje plany zostaną zrealizowane, będę miał także pieniądze.

Nie patrząc na Jacka Darlinga, wyciągnął w jego stronę pustą szklaneczkę i Jack ją napełnił. Był sklepikarzem, a wszyscy sklepikarze zawsze mieli pod ręką butelkę lub dwie dla ułatwienia kontaktów z klientami.

— Ropa — powiedział wuj Casper. — Oto, czego szukam. Pojadę stąd prosto do Kalifornii i wywiercę sobie fortunę w ziemi.

— Zaklepał pan już dzierżawę terenu? — spytał Jamie. — Załatwił pan prawa do wydobycia?

— Wszystko jest w trakcie załatwiania.

— W takim razie mogę tylko życzyć panu szczęścia — stwierdził Jamie.

Kiedy zamierzał odejść, Casper złapał go za rękaw.

— Nie odwracaj się do mnie plecami, Złoty Jimie. Gdy wrócę z Kalifornii, okaże się, że odwróciłeś się plecami do bardzo zamożnego człowieka.

Jamie delikatnie, ale zdecydowanie oderwał jego palce od swojego rękawa.

— Przecież życzyłem panu szczęścia — powiedział.

Casper zaśmiał się głośno i wlał sobie do gardła drugą szklaneczkę whisky.

— Oczywiście, że życzyłeś... — wycedził.

Był zbyt osłabiony przez alkohol i złe odżywianie się, aby mierzyć się z takim krzepkim młodzieńcem jak Jamie. Drżącą ręką wyciągnął szklaneczkę do ponownego napełnienia. Jack zawahał się, ale w końcu ją napełnił.

— Wobec tego może napijesz się ze mną, aby udowodnić, że naprawdę myślisz to, co mówisz — zaproponował wuj Casper.

— Zawsze myślę to, co mówię. Nie muszę udowadniać tego piciem... ani z panem, ani z nikim innym. Poza tym nie chcę wracać do domu, zalatując whisky. Mój ojciec jest abstynentem, nie toleruje oddechu szatana.

Wuj Casper ścisnął ramię Lucy i uśmiechnął się.

— Oddechu szatana? Masz bardzo prawego przyjaciela, moja droga!

Lucy nie wyczuła sarkazmu w tych słowach, ale chłopak zmarszczył brwi. Nie podobał mu się też sposób, w jaki Casper obejmował siostrzenicę i całował jej włosy — zachowywał się, jakby do niego należała. Lucy nie miała nic przeciwko temu, nie widziała w tym nic złego. Dla niej wuj Casper był po prostu wujem Casperem.

— Mogę pić ze wszystkimi, ale we właściwym czasie — oświadczył Jamie i po chwili wahania dodał: — W odróżnieniu od niektórych dość dobrze znoszę alkohol.

— Zaraz, zaraz! Próbujesz mi powiedzieć, że ja go źle znoszę?

Jamie nie dał się wyprowadzić z równowagi.

— Nie, proszę pana. Nic panu nie próbuję powiedzieć. Po prostu odchodzę. Do widzenia, Lucy. Do widzenia, panie Darling.

— Hola! — zawołał wuj Casper. Zabrał Jackowi butelkę i uniósł ją nad głowę. — W takim razie, skoro z ciebie taki bogobojny młodzieniec, założę się o pięć dolarów, że nie wypijesz pięciu szklaneczek whisky bez łapania powietrza, mówiąc na koniec Ojcze nasz od tyłu.

— Casper, to niemądre — wtrącił Jack Darling. — Oddaj mi butelkę.

Jamie się odwrócił.

— Nie zakładam się o nic, proszę pana, a już na pewno nie o modlitwę i picie alkoholu. Muszę o dwunastej spotkać się z bratem pod salonem fryzjerskim i jeśli każę mu czekać, poczuje się bardzo urażony.

Casper popatrzył na zegarek.

— Daj spokój, przyjacielu, masz jeszcze mnóstwo czasu! Nic dziwnego, że studiujesz prawo! Jesteś jak każdy prawnik: para w gwizdek! Lucy, powinnaś wystrzegać się takich ludzi! Mocna gęba, ale reszta drętwa!

Jamie spojrzał na Lucy.

— Drętwiak! Drętwiak! Drętwiak! — powtarzał wuj Casper i bujał butelką whisky.

— Panie Darling — powiedział cicho Jamie — mógłby mi pan dać szklaneczkę?

— O nie... — jęknęła Lucy. — Wuj tylko żartował! Prawda, wujku?

— Oczywiście — odparł wuj Casper. — Żartowałem, to wszystko. Ale wy, mieszkańcy High Plains, nie rozpoznacie żartu nawet wtedy, gdy się o niego potkniecie.

Jamie bez słowa obszedł piec i wziął z półki szklaneczkę. Wrócił, wyjął z rąk Caspera butelkę i otworzył ją.

— Jamie! — krzyknęła Lucy. — Jeśli wypijesz choćby kroplę tej whisky, nigdy więcej się do ciebie nie odezwę! Nigdy!

Chłopak popatrzył na wuja Caspera, a potem na nią.

— Zakład to zakład — oświadczył. — Myślisz, że pozwolę, aby twój wuj uważał mnie za tchórza?

— Daj spokój — powiedział Jack Darling. — Casper to żartowniś.

Jamie wziął głęboki wdech i napełnił szklaneczkę po brzegi. Opróżnił ją jednym haustem, po czym ponownie nalał do niej whisky i wypił.

— Przestań! — zawołała Lucy. — Przecież to był tylko żart!

Chłopak znowu napełnił szklaneczkę i wychylił ją. Po policzkach ściekały mu łzy.

Wuj Casper objął Lucy ramieniem.

— Zuch chłopak — powiedział. — Większość ludzi już by złapała powietrze.

Jamie wlał do szklaneczki kolejną porcję alkoholu i drżącymi dłońmi uniósł ją do ust. Strużka whisky spłynęła mu po brodzie i kapnęła na koszulę. Jack Darling pokręcił głową i odwrócił wzrok, a stary Henry McGuffey zarechotał chrapliwie.

— Pokaż im, synu! — zawołał. — Pokaż im!

Purpurowy na twarzy Jamie po raz ostatni napełnił szklaneczkę. Przez chwilę walczył, aby nie wypuścić powietrza ani nie zakasłać, po czym odchylił głowę do tyłu i wypił whisky.

Wytarł usta grzbietem dłoni, odstawił pustą szklaneczkę i wypuścił powietrze.

— Niech tylko teraz nikt nie zapala zapałki — zachichotał Samuel Blankenship. — Przez jakiś czas chłopak będzie miał łatwopalny oddech!

Lucy zaklaskała w dłonie.

— A terazOjcze nasz na wspak! — zawołała ze śmiechem. — No, Jamie, poradzisz sobie!

Jamie kilka razy przełknął ślinę, po czym zaczął recytować modlitwę:

— „Amen złego ode zbaw nas ale pokuszenie na nas wódź nie i...".

Kiedy skończył, Lucy wyrwała się wujowi i zaczęła tańczyć z Jamiem po sklepie.

— Juhhuuu! Udało ci się! Zrobiłeś to!

Wuj Casper patrzył na nich i dłubał paznokciem w zębach.

Jamie podszedł do niego i wyciągnął rękę.

— Jest mi pan winien pięć dolarów.

Casper uśmiechnął się krzywo.

— Przecież to był żart. Nie żaden zakład, ale zwykły żart.

Jamie wziął głęboki wdech.

— To nie był żart i pan doskonale o tym wie — oświadczył. — To był prawnie wiążący zakład, oczywisty i legalny, i wygrałem go w sposób oczywisty i prawnie wiążący.

Casper rozejrzał się po sklepie, uśmiechając się do wszystkich stałych bywalców — do Henry'ego, Samuela i Osage Pete'a.

— A nie mówiłem? Żadnego poczucia humoru na zachód od Leavenworth...

— Wujku, oszukujesz — stwierdziła Lucy. — Przecież Jamie wypił whisky i odmówił modlitwę na wspak.

Casper popatrzył na nią i wzruszył ramionami.

— Nie mój problem, jeśli twój chłopak za bardzo lubi butelkę — powiedział, ale kiedy Lucy skrzyżowała ramiona na piersi i spojrzała na niego ostro, sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyciągnął z niej wymięty pięciodolarowy banknot. Z wyraźnym bólem wygładził go i podał Jamiemu. — Masz, bo widzę, że nie umiesz docenić dowcipu i potrzebujesz pomocy swojej przyjaciółki. Oto twoje pieniądze.

Chłopak opuścił ręce.

— Zapomnijmy o tym — powiedział. — Wcale nie zamierzałem się z panem zakładać.

— Daj spokój — mruknął wuj Casper, machając banknotem. — Weź, zarobiłeś.

— Zapomnijmy o tym, rozumie pan? — powtórzył Jamie i ujął Lucy za ramię. — Zobaczymy się w niedzielę? Pomyślałem, że moglibyśmy pojeździć konno wzdłuż rzeki. Moglibyśmy wziąć te nowe gniadosze od Walkera. Są naprawdę wyjątkowe.

Lucy kiwnęła głową.

— Zgoda. O drugiej? O trzeciej?

— Druga będzie w sam raz.

— Weź pieniądze — nalegał Casper. — No już. Wygrałeś je.

— Nie — odparł Jamie, patrząc na Lucy. — Jeśli tak bardzo pana boli ich oddawanie, to niech ich pan nie oddaje. Ale mógłby pan zapłacić panu Darlingowi za whisky, którą wypiłem.

Lekko się kiwał i musiał zrobić krok w bok, aby utrzymać równowagę. Najwyraźniej zaczynał odczuwać działanie alkoholu.

— Hm... Jak uważasz — mruknął wuj Casper i włożył pieniądze do kieszeni.

Lucy ujęła Jamiego pod ramię i wyszła z nim na werandę.

— Przepraszam cię — powiedziała. — Wuj Casper czasami bywa nieco ostry, ale nie ma na myśli nic złego.

— Mimo to bądź ostrożna. Człowiek, który tyle pije...

— Och! A ty? Pięć whisky z rzędu, i to bez oddechu! — zawołała Lucy, po czym wspięła się na palce i pocałowała go w policzek. — Chyba cię lubię, Jamie Cullenie.

— Sądzę, że ja też cię lubię, panno Lucy Darling.

Wziął paczkę z książkami, uchylił kapelusza i ruszył w stronę zakładu fryzjerskiego. Jego brat Ned — ubrany na czarno, w opuszczonym na oczy czarnym kapeluszu — czekał na niego w amerykanie. Jamie odwrócił się, aby pomachać Lucy na pożegnanie, ale stracił równowagę i runął na plecy, wysoko wyrzucając nogi.

— Jamie! — krzyknęła Lucy i pobiegła do niego.

Usiadł z trudem. Miał białe od pyłu ramiona i szkliste oczy.

— To przez te książki... — wymamrotał. — Przesunąłem ciężar ciała na prawo, a te przeklęte książki obróciły się wokół i wywróciły mnie!

Lucy omal nie popłakała się ze śmiechu.

— Jesteś pijany! Jesteś kompletnie pijany! Ned cię zabije! I co powie twój ojciec?!

— Nic mi nie jest — odparł Jamie i również zaczął się śmiać. — Ale powiedz swojemu wujowi... — Urwał i po chwili dodał: — Uważaj na niego. Widywałem już takich ludzi.

— Jakich?

— Szulerów, wyrzutków...

— On nie jest wyrzutkiem. To mój wuj!

Jamie wstał i pozbierał książki.

— Tym bardziej musisz na niego uważać.

Lucy patrzyła, jak chwiejnym krokiem idzie w stronę powozu brata, a potem przez poranną ciszę przebił się gniewny głos: „Gdzie ty byłeś? Piłeś? Śmierdzisz jak gorzelnia!".

W końcu Ned strzelił batem, zawrócił szerokim kołem i ruszył ku rzece Saline.

— Jamie! — zawołała Lucy.

Obejrzał się i pomachał do niej.

— Do niedzieli! O drugiej! I uważaj na siebie!

Przy kolacji, na którą Lucy przygotowała zapiekankę z mieloną wołowiną, wuj Casper opowiadał, co porabiał od swojej ostatniej wizyty u nich. Siedzieli w małej, zagraconej jadalni na piętrze, z nijakimi meblami i kraciastymi biało-czerwonymi zasłonami w oknach. Widok za oknem był zachwycający: niekończący się, falujący ocean traw i wieczorne niebo tak czyste i rozległe, że mogło się zakręcić w głowie.

Wuj Casper trzymał przy swoim talerzu butelkę whisky i podczas posiłku wypił niemal trzy czwarte jej zawartości. Lucy uwielbiała wuja. Im więcej pił, tym zabawniejszy się robił — i oboje pękali ze śmiechu. Ojciec również się śmiał, jednak nie tak spontanicznie i czasem Lucy widziała, że się krzywi albo patrzy przez okno.

— Zrobiłem majątek i straciłem go — oświadczył wuj Casper, kiedy skończyli posiłek i zaczął skręcać sobie papierosa. — Tym razem jednak zamierzam zbić fortunę tak wielką, że nie da się jej stracić. Zamierzam nosić jedwabne koszule i aksamitne kołnierzyki, a piękne kobiety będą mi ogrzewać kalesony.

— Daj spokój, Casper — mitygował go Jack Darling. — Zostaw sobie tę gadkę na później.

— Lucy nie ma nic przeciwko temu, prawda? — Casper wyszczerzył zęby, oparł dłoń na ramieniu dziewczyny i chuchnął na nią whisky. — Lucy i ja jesteśmy przyjaciółmi i zawsze nimi będziemy. Anna była taka sama. Moja biedna, kochana siostrzyczko, spoczywaj w pokoju. Jej córka wygląda dokładnie tak jak ona. I unosi się wokół niej ta sama aura. Nie możesz temu zaprzeczyć, Jack. To nowe wcielenie Anny!

Jack Darling nic na to nie odpowiedział. Sprzątnął talerze i poszedł do kuchni po ser i ciasto z jabłkami.

Wuj Casper pochylił się do Lucy.

— Chcesz wiedzieć, co mi powiedział kiedyś pewien nauczyciel w pociągu z Leavenworth? Że dobre wykształcenie to umiejętność opisania wyglądu kobiety bez użycia rąk.

— Och, wujku... — zaprotestowała Lucy, choć nie zrozumiała dowcipu.

Wuj Casper roześmiał się, odchylił na krześle i wlał w siebie kolejną porcję whisky. Miał zaczerwienioną twarz i coraz bardziej rozmywała mu się mowa.

— Wyrosłaś na bardzo piękną dziewczynę, wiesz o tym? Naprawdę piękną! Nie rozumiem, dlaczego tu zostajesz, w tym... — Odwrócił się do okna i popatrzył na falujący ocean traw. — To nawet nie jest żadne... miejsce.

— To mój dom — oświadczyła Lucy.

— I zamierzasz tu siedzieć przez całe życie?

— Oczywiście, że nie. Zamierzam zostać damą z towarzystwa.

Wuj Casper zaciągnął się papierosem i wypuścił dym nosem.

— Dama z towarzystwa, tak? W brylantach, perłach i strusich piórach? Widziałem takie kobiety w Waszyngtonie, Baltimore i Charlestonie.

Lucy spuściła wzrok. Nie miała nic przeciwko temu, by z niej żartowano, ale to marzenie było dla niej zbyt cenne. Nie wiedziała, jak bez niego potrafiłaby znosić długie rozpalone lata i lodowate zimy oraz widok naznaczonych przez surowe warunki życia twarzy kobiet i mężczyzn, którzy próbowali utrzymać się nie wiadomo z czego.

— Jeśli chce się być damą z towarzystwa, potrzebne są pieniądze — stwierdził wuj Casper. — I to dużo. A co ty masz?

Wrócił Jack Darling, niosąc talerz z żółtym serem.

— Jak twoje interesy, Jack? — spytał go wuj Casper. — Idą świetnie, co? Pewnie od nieustannego dzwonienia kasy nie słyszysz własnych myśli.

Jack usiadł i zauważył, że jego córka wygląda na zdenerwowaną.

— Rozejrzyj się, a sam zobaczysz — powiedział. — Kiedy skończyło się przepędzanie bydła, nastały ciężkie czasy. Wszyscy żyją z kredytów, łącznie ze mną.

Przed jedenastu laty, kiedy otworzył sklep, Oak City było tętniącym życiem miasteczkiem leżącym na końcu linii kolejowej, którą przewożono teksańskie longhorny. Każdy spęd bydła między majem a listopadem sprowadzał tu spragnionych, głodnych i doskonale opłacanych poganiaczy. Był to oczywiście zarobek sezonowy, ale wystarczył, aby Sklep Ogólny Jacka Darlinga i większość innych sklepów w Oak City dobrze prosperowała.

Nie trwało to jednak zbyt długo. Wkrótce napływowi farmerzy, tacy jak Jerrold Cullen, zaczęli się skarżyć na kleszcze, które trafiały tu razem z longhornami. Teksańskie bydło było odporne na przenoszone przez kleszcze choroby, ale dziesiątkowały one miejscowe stada, zarażając je wąglikiem.

W końcu władze Kansas zostały zmuszone do wyznaczenia linii kwarantanny, biegnącej z północy na południe i dzielącej stan na pół. Ustalono, że teksańskie bydło nie może być wpędzane do Kansas na wschód od tej linii, która będzie przesuwana wraz z przenoszeniem się farmerów coraz dalej na zachód.

Położone na końcach linii kolejowych miasta po kolei traciły źródła zarobku. „Dzicy i zuchwali synowie równin" przestali się osiedlać w takich miejscach jak Abilene, Ellsworth, Wichita i Ellis, jedna społeczność po drugiej kurczyła się i umierała. W końcu w nędzę popadło nawet Dodge City — najzamożniejsze z miast, w których kończyły się odnogi kolei.

Lucy pamiętała czasy, kiedy sklep Jacka Darlinga wypełniały luksusowe towary. Ostrygi w puszkach, jedwab, perfumy z Paryża, niklowane czterdziestkipiątki z okładzinami rękojeści z rzeźbionej kości słoniowej, a nawet pierścionki i spinki z brylantami. Pamiętała, jak niemal co tydzień ojciec dawał jej nową sukienkę, miękkie dziecięce buty, wstążki i czepki. Teraz musiał stawać na głowie, aby mieli wystarczający zapas mąki i bekonu.

Wuj Casper strząsnął popiół z papierosa i odciął sobie porządną porcję sera.

— Lucy chce zostać damą z towarzystwa — powiedział. — Wymaga to jednak mnóstwa pieniędzy. Jakim sposobem ubierzesz ją w futra, Jack? Jak przystroisz perłami i innymi klejnotami?

Jack Darling zrozumiał teraz, czemu Lucy wyglądała na zdenerwowaną. Sięgnął przez stół i ujął jej dłoń.

— Każdy ma prawo mieć marzenia, Cass. Jest to nawet zapisane w konstytucji. Ja mam swoje, ty masz swoje.

— Pewnie — odparł Casper z pełnymi ustami. — Ale różnica między twoimi i moimi jest taka, że moje się spełnią. Kiedy zacznę eksploatować mój szyb naftowy, stanę się bogaty i cały będę błyszczał od brylantów. Lucy może marzyć o zostaniu damą z towarzystwa, jednak bez pieniędzy nie zrealizuje takiego marzenia, czeka ją tylko Oak City w stanie Kansas, małżeństwo z adwokatem prostakiem z poczuciem humoru jak wiadro farby do powozów, pięcioro rozwrzeszczanych bachorów i utrata urody jeszcze przed trzydziestką.

— Cass, jestem cierpliwym człowiekiem, a ty jesteś bratem Anny, niech Bóg ma w opiece jej biedną duszę, ale nie nadużywaj mojej cierpliwości.

Wuj Casper pochylił się do przodu.

— Znasz mnie, Jack! Mówię, co myślę, i czasami ludzie się na mnie obrażają, nie zamierzam jednak nikomu szkodzić... zwłaszcza tobie i Lucy. Jeśli zachowałem się nieuprzejmie, no cóż, przyjmij moje przeprosiny. — Znowu odwrócił się do siostrzenicy, ujął jej dłoń i mocno ścisnął. — Ale przecież sama doskonale wiesz, że mówię prawdę. Albo pieniądze, albo Oak City. A ta mieścina to nie miejsce dla dziewczyny, która wygląda jak ty.

Wsadził papierosa do ust, uśmiechnął się i nalał sobie kolejną porcję whisky. Lucy jeszcze nigdy nie widziała kogoś, kto by tyle pił i tak dobrze się trzymał. Jack Darling popatrzył na zegar.

— Lepiej zejdę na dół. Samuel pewnie już wszystko rozdał.

Wuj Casper się zaśmiał.

— To dobrze o nim świadczy — stwierdził. — Lubię ludzi o szczodrym sercu.

Wieczorem, kiedy zamknięto sklep, Jack Darling i wuj Casper usiedli w salonie. Lucy dołączyła do nich, siadając przy stole z szydełkową robótką, ale ponieważ wuj chciał rozmawiać tylko o pieniądzach i o tym, jak je zarobić, przeprosiła ich i zostawiła samych.

Kiedy pozdejmowała z łóżek narzuty i pozapalała lampy w sypialniach, z salonu przyszedł ojciec i ujął ją za rękę. Była już w stroju do spania — wysoko zapinanej pod szyją prostej koszuli nocnej z karczkiem ozdobionym żółtymi wstążkami.

— Dobranoc, skarbie — powiedział Jack.

Pocałowała go w kłujący policzek.

— Dobranoc, tato.

Jack Darling wahał się przez chwilę, jakby chciał jeszcze coś powiedzieć. Sprawiał wrażenie dziwnie starego i zmęczonego.

— Wiesz przecież, skarbie, że gdybym mógł cię stąd zabrać...

Lucy ponownie go pocałowała.

— Czy mama była zadowolona, że mieszka w Oak City? — zapytała.

Zrobił zdziwioną minę.

— Na swój sposób tak. Ale twoja mama, no cóż... była moją żoną i miała obowiązek być zadowolona. Zawsze mnie wspierała, bez względu na to, co się działo.

— Więc nie musisz się martwić. Ja też zawsze będę cię wspierała.

Spróbował się do niej uśmiechnąć, ale nie bardzo mu to wyszło.

— Wiem, myślałem jednak o tym, co wuj Casper mówił przy kolacji.

— Tatusiu... jeśli mama była zadowolona, to ja też jestem. Robisz wszystko, co w twojej mocy.

— Powinnaś mieć piękne suknie, bywać na przyjęciach i balach. Przecież tego właśnie chcesz.

Uśmiechnęła się.

— Każdy ma prawo do marzeń. Sam tak powiedziałeś.

— Nawet jeśli nigdy miałyby się nie spełnić?

Nic na to nie odpowiedziała. Jej marzenie było zbyt ważne, aby mogła ryzykować jego utratę. „Powinnaś była to widzieć — powiedziała kiedyś pani Sweeney. — Damy w białych jedwabnych sukniach z mnóstwem strusich piór, mężczyźni jak bogowie...".

Jack Darling westchnął.

— Cóż ja mogę ci dać? Nic poza ciężką pracą, a kiedy dobry Pan wezwie mnie do siebie, zostawię ci jedynie spłachetek nieurodzajnej ziemi i sklep w miasteczku, którego mieszkańców prawie na nic nie stać.

— Tato, jestem zadowolona!

Odwrócił się.

— Czego to ja nie obiecywałem twojej matce! Miała mieć biżuterię i żyć na poziomie! Ale nic z tego nie wyszło, a na koniec przyszedł dur brzuszny.

Lucy ścisnęła go za rękę.

— Tatusiu... nie obwiniaj się o wszystko. To nie twoja wina, że skończyły się spędy bydła. A to, że mama zachorowała, też nie było twoją winą.

Popatrzył na nią. Jego policzki błyszczały od łez.

— Kiedyś przeklniesz mnie za wszystkie moje błędy, Lucy...

— Tato, nigdy mnie nie zawiodłeś. Nigdy.

Przytulił ją mocno.

— Dobranoc, skarbie. Śpij dobrze. Ja i wuj też niedługo się położymy.

— Nie pij za dużo. I nie pozwól wujkowi.

Jack Darling otarł oczy dłonią.

— Casper musi być od szyi w dół cały wypłukany w środku...

Wrócił do salonu. Zanim zamknął drzwi, Lucy zobaczyła, że wuj otwiera kolejną butelkę. Przez chwilę stała zamyślona, po czym poszła do swojego pokoju.

Zawsze czuła się tu bezpiecznie. Był wytapetowany w róże i akurat na tyle duży, aby zmieściło się w nim fornirowane mahoniem łóżko z kołdrą z patchworku i szafa z jasnego dębu, którą niemieccy osadnicy przywieźli z Monastyru w Westfalii. Jack Darling przyjął ją jako spłatę pięciomiesięcznego kredytu. Właśnie wtedy Lucy pojęła, czym jest prawdziwa dobroczynność.

Kiedy właściciele szafy sobie poszli, spytała ojca, ile jest warta.

Wzruszył ramionami.

— Cztery albo pięć dolarów, a może jeszcze mniej. Wprawdzie tutejsi mieszkańcy cierpią na niedostatek gotówki i jedzenia, ale raczej nie cierpią na brak mebli.

— A ile Hartmannowie byli ci winni?

— Sto osiem dolarów i cztery centy.

— Ale powiedziałeś im, że jeśli dadzą ci szafę, będziecie kwita!

Jack Darling kiwnął głową, po czym kilka razy otworzył i zamknął drzwi szafy.

— Dobrze zrobiona — mruknął. — Wstawimy ją do twojego pokoju.

— Nie rozumiem... — powiedziała Lucy. — Skoro odżałowałeś stratę stu dolarów, po co brałeś od tych ludzi szafę? To było niegodziwe!

Jack Darling patrzył na nią przez chwilę.

— Gdybym jej od nich nie wziął, odebrałbym im dumę. Muszą wierzyć, że są w stanie spłacać swoje długi... inaczej nie mieliby powodu dalej żyć. Właśnie to byłaby niegodziwość. Nie biorąc tej szafy, uczyniłbym im to, czego nie dokonało pięć tysięcy mil podróży i dziesięć lat cierpienia. I czego nie dokona kolejnych dziesięć lat cierpienia. Człowiek może żyć bez miejsca na ubrania, ale nie może żyć bez nadziei.

Lucy usiadła na łóżku i zaczęła rozczesywać włosy, zastanawiając się nad tymi słowami. Tak naprawdę była to gadka ze szkółki niedzielnej, ale jeśli ktoś pomaga ubogim, łatwo oskarżyć go o sentymentalizm.

Myślała także o wuju Casperze. Miała wrażenie, że dostrzega w nim pewne cechy osobowości, których wcześniej nie zauważała. Nie chodziło o to, że był intrygantem (choć im dłużej zastanawiała się nad tym, jak szyderstwem sprowokował Jamiego do wypicia whisky, tym więcej widziała w tym świadomego działania) — znacznie bardziej niepokoiła ją jego autodestrukcyjność. Pił alkohol, jakby chciał w nim utonąć, i snuł karkołomne plany zrobienia majątku. Nie mogło się to dla niego dobrze skończyć — podobnie jak jego wcześniejsze pomysły.

Stracił mnóstwo własnych i cudzych pieniędzy, próbując zorganizować komunikację parostatkami po rzece Platte w Kolorado (okazała się za płytka), wyposażył ekspedycję mającą szukać w Peru srebra (nigdy nie opuściła portu w Charlestonie) i rozpoczął budowę pięćdziesięciopokojowego hotelu w Huron w Dakocie Południowej, zakładając (jak się okazało, błędnie), że miasteczko zostanie stolicą stanu.

Ale niezależnie od tego, czy planował budowę ogromnych obiektów, czy zarabiał na whisky, grając w małomiasteczkowych barach w faraona i trzy karty, Lucy czuła, że nie tylko jest niezdolny do osiągnięcia sukcesu, ale wręcz potrzebuje przegranej i chce być raniony.

A jednak miał w sobie jakiś szemrany magnetyzm, któremu trudno było się oprzeć. Zawsze mówił, co myślał, nawet wtedy, gdy było to niegrzeczne, obraźliwe albo nawet niebezpieczne, i sprawiał wrażenie, że zna cenę wszystkiego — także marzeń. Tego wieczoru pozbawił Lucy iluzji, mówiąc o pieniądzach potrzebnych do spełnienia jej marzenia, określił jednak jego cenę, co w jakiś sposób czyniło je bardziej możliwym do zrealizowania. To prawda, że dostanie się do eleganckiego towarzystwa wymagało fortuny, ale czyż Ameryka nie była krajem, w którym ciągle jeszcze można było się tej fortuny dorobić?

Otworzyła górną szufladę stolika przy łóżku i wyjęła puzderko na biżuterię, które kiedyś należało do jej matki. Przekręciła kluczyk, otworzyła wieczko i zaczęła po kolei wyjmować wszystkie kosztowności, układając je na łóżku.

Broszka z kameą; dwa naszyjniki — perłowy i szafirowy; trzy pary kolczyków — perłowe, z gagatem i srebrne; dwa pierścionki.

Kiedy dobrze im się powodziło, matka miała znacznie więcej biżuterii, ale tylko tyle zostało, gdy umierała. Lucy wybrała srebrne kolczyki, stanęła przed lustrem i przyłożyła je do uszu.

Któregoś dnia w nich zatańczy. Któregoś dnia będzie miała brylanty, szmaragdy i rubiny.

Z salonu doleciał śmiech wuja Caspera, a potem głos ojca, cichszy i mniej wyraźny. Potem znowu głos wuja: „...się nie udać. Wykopali już trzy szyby i w każdym...". Długa przerwa. Brzęk szkła. Głos ojca: „...nie mam dostępu do takiej gotówki... wszystko jest zainwestowane w towar, nie wspominając już o ponad dwóch tysiącach dolarów kredytu... i kto wie, kiedy się go uda...".

Lucy odłożyła puzderko, podeszła na palcach do drzwi i uchyliła je ostrożnie. Widziała jedynie trójkąt światła, padającego na wyświechtany indiański koc leżący na półpiętrze, ale wyraźniej słyszała rozmowę wuja i ojca.

— Nie mogę zaprzeczyć, że miałem złą passę — powiedział wuj Casper. — Kilka rzeczy mi się nie udało. Peruwiańska ekspedycja po srebro nie wypaliła. Zuchwały pomysł, kiepska organizacja. Jak się okazało, kapitan statku był przekonany, że Peru jest gdzieś w Ameryce Północnej. Ale przecież każdy może popełniać błędy, a ja wyciągnąłem z moich wnioski.

Jack przez chwilę milczał.

— Cass, po prostu nie mam pięciuset dolarów, nie pod ręką, a nawet gdybym miał, nie jestem pewien, czy dałbym je akurat tobie.

Wuj Casper zakaszlał.

— No cóż... podejrzewam, że mógłbym spróbować z mniejszą sumą. Powiedzmy, trzysta pięćdziesiąt dolców. Może by wystarczyło, gdybym mieszkał u jakiejś rodziny, skromnie jadał i udałoby mi się zdobyć sprzęt wiertniczy z drugiej ręki. Jack, zaproponowałem ci przecież dziesięć procent udziału...

— Dwa lata zajęło ci zwrócenie poprzedniej pożyczki.

— Ale przecież cię spłaciłem! Z odsetkami!

— Tak, spłaciłeś, jednak te poszukiwania ropy... nawet nie wiesz, czy cokolwiek tam jest.

— Mój przyjaciel z Kalifornii, John Ferris, jest tego pewien. Właśnie dlatego do mnie napisał i poprosił, żebym przyjechał. Można powiedzieć, że jest mi winien przysługę.

— Dla mnie to w dalszym ciągu brzmi jak strzał w ciemno.

— Daj spokój, Jack... przestań być taki ponury! Spójrz na mnie! Co widzisz w moich oczach? Co mówi ci ten blask? Czy to nie zorza szczęścia? Hej, spójrz mi w oczy!

Zapadła długa cisza.

— Nie jestem pewien, co widzę, patrząc ci w oczy — mruknął w końcu Jack. — Obawiam się, że odbicie siebie samego.

Casper się roześmiał.

— Po prostu nie chcesz mi zaufać, tak? Nie chcesz mi zaufać!

— To nie kwestia zaufania — odparł Jack Darling. — Nie mam pieniędzy i na tym cała sprawa się kończy.

— A co z domem? Nie mógłbyś zdobyć pięciu setek na dodatkową hipotekę?

— Casper, rozwijałem ten interes przez dwadzieścia lat. Teraz ledwie starcza mi na pokrycie kosztów własnych. Gdybym zbankrutował, nie miałbym niczego. Nawet ubrań, które mam na sobie. A muszę jeszcze myśleć o Lucy.

— No tak... Anna zawsze mówiła, że jesteś z tych ostrożnych.

— Ani mi się waż! — krzyknął Jack. — Nie wciągaj w to Anny!

Casper pociągnął nosem.

— Jasne, w porządku! Nie napowietrzaj się! Czasami whisky każe nam mówić coś, czego serce nie czuje. Ale zastanów się, Jack, nie odrzucaj mojej propozycji.

— Cass... gdyby bardzo mi zależało, mógłbym zdobyć te pieniądze, nigdy jednak nie należałem do ludzi, którzy lubią ryzykować. Nie zamierzam prawić ci kazań, ale jeśli chcesz mieć pieniądze, powinieneś je zarobić.

Z dołu znowu doleciało brzęknięcie butelki o kieliszek — prawdopodobnie wuj nalewał sobie kolejną porcję.

— Każdy musi próbować wykorzystać okazję, Jack — powiedział w końcu Casper. — Przynajmniej raz w życiu. Inaczej mógłby od razu wejść do grobu i zagwizdać na psa, aby go zasypał.

Jakiś czas później, już po wschodzie księżyca, Lucy obudził hałas. Wuj Casper ciężko zatoczył się na ścianę korytarza, a potem powoli otworzył drzwi jej sypialni. Uchyliła lekko powieki — opierał się o szafę i obserwował ją w ciemności, oddychając chrapliwie.

— „Obracaj je do prawej, w lewo obracaj je... — nucił pod nosem. — Obracaj dziewczętami pięknymi wokół mnie...".

Powstrzymał kaszlnięcie.

— Lucy? — szepnął po chwili.

Nie odpowiedziała.

— Lucy, śpisz?

Znowu nie odpowiedziała.

Wuj Casper zrobił trzy szurające kroki w głąb pokoju. Uderzył stopą w nogę łóżka i omal nie stracił równowagi.

— Ciii... — wymamrotał pod nosem i zachichotał.

Podszedł z boku do łóżka i ukląkł na podłodze. Lucy czuła odór whisky w jego oddechu i zapach tytoniu Durham.

— Lucy? Śpisz? Przyszedłem powiedzieć ci „dobranoc" i pocałować.

Zamknęła oczy i mocno zacisnęła powieki. Nie widzisz, że śpię? Serce waliło jej jak młotem, a pięści miała tak mocno zaciśnięte, że paznokcie wbijały się we wnętrza dłoni.

— Jesteś prawdziwym smakołykiem, wiesz o tym? — powiedział bełkotliwie wuj Casper. — Wyrosłaś na piękność... — Pochylił się nad nią i musnął brodą jej policzek. — Jak księżniczka...

Przysunął głowę tak blisko, że czuła na szyi jego oddech. W końcu, zataczając się, wstał, wymamrotał pod nosem: „Cholerna potrzeba" i wytoczył się z pokoju, wpadając po drodze na szafę. Słychać było, jak walczy z kuchennymi drzwiami, aby wyjść na podwórze i skorzystać z wygódki.

Lucy natychmiast wyskoczyła z łóżka, podbiegła do drzwi i przekręciła klucz.

Leżała niemal przez godzinę, bojąc się, czy wuj Casper wróci, nie usłyszała jednak niczego. W końcu zasnęła i spała do wschodu słońca, śniąc o sukienkach, jedwabnych pończochach i śmiejących się ludziach. Nieco po piątej kuchenne drzwi ponownie trzasnęły i w salonie rozległy się kroki wuja Caspera. Kiedy mijał drzwi jej sypialni, zaklął pod nosem i wymamrotał:

— Cholerny kark... sztywny jak deska...

Musiał zasnąć w wygódce i spędzić tam noc, pomyślała Lucy.

Wbiła twarz w poduszkę, aby nie parsknąć śmiechem. Wuj Casper zawlókł się do gościnnego pokoju i zwalił na łóżko, aż zajęczały sprężyny.

Niedziela była wietrzna, ale bardzo słoneczna. Lucy i Jamie pojechali konno do Zakrętu Overbaya na rzece Saline i przywiązali konie do rosnących nad samą wodą krzewów. Zakręt Overbaya był zwykłym zakolem rzeki, ale woda tak głęboko zerodowała ziemię, że można tu było znaleźć osłonę przed wiatrem.

— Jak długo zostanie u was twój ukochany wujek? — spytał Jamie, strzepnął koc i rozłożył go na ziemi.

Lucy pokręciła głową.

— Nie wiem. Może trzy miesiące. Zależy od tego, ile czasu zajmie mu zebranie odpowiedniej sumy na wyjazd do Kalifornii. Będzie pracował w sklepie i robił różne weterynaryjne rzeczy. Tata twierdzi, że potrafi robić cuda ze zwierzętami.

— Musiał być wściekły na twojego ojca, że go nie sfinansował za udział w zyskach.

Wzruszyła ramionami.

— Nawet jeśli tak, niczego po sobie nie pokazał. Nigdy nie wiadomo, co mu chodzi po głowie. Dużo mówi, ale o sobie prawie nic. A kiedy się śmieje, też nigdy nie wyjaśnia, co go tak bardzo śmieszy.

— Usiądź — poprosił ją Jamie.

Przysiadła na skraju koca. Miała na sobie kasztanową wyszywaną bluzkę i długą spódnicę do jazdy konnej z wielbłądziej wełny. Włosy sczesała pod jasny jak słoma toczek, który ozdobiła brązową wstążką. Zasłoniła but do jazdy skrajem spódnicy.

Jamie usiadł obok niej i podniósł z ziemi garść kamyków.

— Powinnaś była mnie widzieć tamtego dnia! Po tej ilości whisky przez całe popołudnie byłem pijany jak woźnica. Dobrze, że przynajmniej Ned na mnie nie naskarżył. Ale byłem tak pijany, że zamiast przyciąć rogi krowie, o mało nie obciąłem uszu psu!

— No cóż, masz za swoje. Wuj Casper tylko żartował.

— O nie... — odparł Jamie, rzucając kamienie przez zmarszczoną wiatrem rzekę. — Ten człowiek nie żartował. Ani trochę.

— W każdym razie niedługo wyjedzie.

Jamie popatrzył na nią uważnie.

— Co się stało? Nie zdenerwował cię czy coś w tym stylu?

— Sama nie wiem. Kiedy byłam mniejsza, bardzo go kochałam, ale teraz... bo ja wiem... wydaje się jakby odmieniony. Jakby zrobił się złośliwy...

— Prawdopodobnie to ty się zmieniłaś. — Jeden z kamyków podskoczył na wodzie i pomknął po niej, odbijając się od jej powierzchni. — Może po prostu dorosłaś i zaczęłaś dostrzegać, jaki jest naprawdę.

Lucy zdjęła toczek, opadła plecami na trawę i zaczęła obserwować przepływające po niebie chmury. Były to wysokie cumulusy — płynące sennie fortece z murami obronnymi, wieżyczkami, przejściami i zwodzonymi mostami. Niemal widziała mieszkających w nich ludzi — królów, królowe i książęta.

— Nie jestem do końca pewna, jaki on jest — odparła. — Naprawdę dziwnie mówi i czasami mnie przeraża, ale nie można się powstrzymać od słuchania go. Umie sprawić, że człowiek czuje się, jakby był w stanie osiągnąć wszystko, o czym kiedykolwiek marzył. Oczywiście pod warunkiem, że znajdzie w sobie dość siły, nie będzie przejmował się tym, co myślą ludzie, i potrafi zrezygnować ze wszystkiego innego.

Jamie zmarszczył czoło.

— Zrobiłabyś coś takiego?

— Co?

— Zrezygnowała ze wszystkiego.

— Nie wiem. Chybabym się bała.

— A co ze mną? Zrezygnowałabyś ze mnie?

Lucy nie odpowiedziała. Jamie przetoczył się i położył na brzuchu. Popatrzył Lucy w oczy.

— Wiesz, że w dniu, w którym dostanę dyplom prawnika, chcę się z tobą ożenić? — powiedział zmienionym głosem.

Przez chwilę się wahał, ale w końcu się zdecydował i pocałował Lucy. Z początku lekko muskając jej usta wargami, potem mocniej, dotykając czubkiem języka jej zębów.

Zamknęła oczy i objęła go powoli. Całowali się długo i wiele razy. Lucy czuła, jak wiatr zwiewa jej włosy na czoło.

— Och, Jamie... — szepnęła i nagle otworzyła oczy, aby się upewnić, że to nie wuj Casper.

W poniedziałek rano ojciec Lucy, wezwany przez prezesa Banku Farmerów i Hodowców Kansas, wsiadł do odjeżdżającego pięć po dziesiątej pociągu do Hays City. Lucy odprowadziła go na dworzec, który właściwie był zamykanym na klucz magazynem z kasą biletową wielkości domku z piernika, należącym kiedyś do nieistniejącego już miasta o nazwie Willis. Z boku budynku można było jeszcze odczytać wyblakły napis: WILLIS.

Był szary, pochmurny dzień, niezbyt zimny, ale w nocy wiatr zrobił się znacznie ostrzejszy. Kiedy pociąg wyjechał na równinę, Jack Darling wychylił się z okna i pomachał kapeluszem. Dym z komina lokomotywy widać było jeszcze przez kilka mil, a potem pociąg zniknął za horyzontem. Lucy miała wrażenie, że obserwuje odpływający parostatek.

W drodze powrotnej do sklepu omal nie zderzyła się na rogu Main Street z Podskakującą Kozicą, która szła na dworzec po pocztę pana Judda.

— Byłam w waszym sklepie — powiedziała pani Sweeney. — Kim jest jegomość, który dziś obsługuje klientów? Nie widziałam go chyba przedtem. Ale nie powiem, żeby mi było z tego powodu przykro.

— O, to mój wuj Casper. Brat mojej biednej mamy.

Pani Sweeney zmrużyła oczy i spojrzała w stronę sklepu.

— Zostanie u was na zawsze?

Lucy pokręciła głową.

— Zbiera pieniądze na wyjazd do Kalifornii.

— Hm... Powiedziałabym, że to dla niego doskonałe miejsce. Albo Chiny, bo są jeszcze dalej!

Lucy zaskoczyła gwałtowność jej reakcji.

— Był wobec pani niegrzeczny? Czasami niepotrzebnie mówi, co myśli.

— Niegrzeczny? Nie, ale spotykałam już podobnych mężczyzn. Z takimi typami nie należy tańczyć.

Lucy nie wiedziała, co na to odpowiedzieć, więc uśmiechnęła się tylko i stwierdziła:

— Muszę wracać.

Pani Sweeney ujęła jej nadgarstek.

— Uważaj na siebie, Lucy. Moim zdaniem temu twojemu wujkowi diabeł siedzi na ramieniu. Sam diabeł.

Powiedziawszy to, ruszyła przed siebie tak szybkim krokiem, że jej spódnica wydęła się na wietrze. Lucy osłoniła oczy przed kurzem i przez chwilę patrzyła za nią, a potem poszła dalej pustą główną ulicą Oak City w stronę pomalowanego na żółto budynku, za którym kończyło się miasto i zaczynała reszta Kansas.

Wuj Casper stał na drabinie w głębi sklepu i sortował pudła z butami. Był też Samuel Blankenship — siedział przy zimnym piecu, popijając whisky i przeglądając „Daily Journal" z Kansas City sprzed trzech dni. Lucy zamknęła za sobą drzwi, aby do środka nie wpadł wiatr, i rozwiązała wstążki czepka.

— Tata zdążył na pociąg? — spytał wuj Casper, stawiając na półce duży kawałek kartonu z napisem BUTY PO KOSZTACH ZAKUPU.

Choć w ciągu dnia były tylko dwa pociągi do Hays City i widać je było już wiele mil od miasteczka, pytanie wuja nie było niezwykłe. Pociągi na Zachodzie miały denerwujący zwyczaj odjeżdżania z dworców i stacji bez zapowiedzi — bez gwizdka, machnięcia flagą czy okrzyku „Proszęęę wsiadać!". Zjawiały się z fanfarami, ale znikały w milczeniu.

— Mogłabyś w wolnej chwili posortować te artykuły pasmanteryjne — powiedział wuj Casper. — Są zupełnie pomieszane.

— Zaraz się do tego zabiorę — odparła Lucy.

Wuj Casper zszedł z drabiny i podszedł do niej, wycierając dłonie w długi, biały fartuch sprzedawcy.

— Coś nie tak? — spytał. — Wyglądasz na trochę rozkojarzoną.

— Właśnie rozmawiałam z panią Sweeney.

— Tak? Masz na myśli tę małą Irlandkę? Chciała piklowaną rybę i mieloną kawę. Chciała też butelkę Doktora Kilmera, ale się nam skończyła.

— Była... z jakiegoś powodu nieszczęśliwa?

— Nieszczęśliwa?

Samuel Blankenship uniósł głowę znad gazety.

— Mam na myśli, czy była z jakiegoś powodu zdenerwowana — wyjaśniła Lucy.

Wuj Casper zmarszczył brwi.

— Nic takiego nie przychodzi mi do głowy. Może nie wiedziała, czego chce... no wiesz, jak to bywa u starszych kobiet. Ale nie była zdenerwowana. Dlaczego o to pytasz? Co ci powiedziała?

Lucy zaczęła grzebać w pudle splątanych gumowych taśm.

— Nic. Tylko...

Wuj Casper stał bardzo blisko niej. Musiał już tego ranka trochę wypić, bo oprócz zapachu wody kolońskiej czuć było od niego whisky. Mieszanka próżności i autodestrukcji.

— Wiesz co, Lucy? — powiedział cicho, aby nie mógł go usłyszeć Samuel Blankenship. — Marnujesz się tutaj. W tym sklepie i w tym mieście. Naprawdę się marnujesz.

Lucy poczerwieniała. Było jej równocześnie gorąco i zimno. Wuj uśmiechał się do niej i bardzo chciała, aby sobie poszedł, ale jednocześnie chciała, aby został. Jeszcze nigdy nie spotkała kogoś, kto wprawiałby ją w takie zakłopotanie. Rzuciła mu szybkie spojrzenie — miał czarne jak lukrecja oczy i nie przestawał się uśmiechać.

Otworzyły się drzwi i do sklepu weszła pani Barnaby. Zaczęła otrzepywać pył ze spódnicy. Wuj Casper odwrócił się do niej.

— Dzień dobry pani, jak się pani dziś czuje? Pana Darlinga nie ma, ale ja jestem jego szwagrem. Nazywam się Casper Conroy i zrobię wszystko, aby panią zadowolić.

Przyciągnął krzesło z giętego drewna, aby pani Barnaby mogła usiąść.

— Miałby pan trzy puszki groszku, szanowny panie, i dużą kostkę białego pływającego mydła?

Lucy nadal porządkowała szuflady i kartony z artykułami pasmanteryjnymi, ale czuła, że wuj przez cały czas ją obserwuje.

Podczas przerwy obiadowej, kiedy Samuel Blankenship wreszcie oderwał się od krzesła i poszedł do restauracji Demorest Home po pasztet i gotowane ziemniaki, wuj Casper wszedł do magazynu, gdzie Lucy szukała guziczków z masy perłowej. Musiały być gdzieś w głębi, między pachnącymi piżmowo belami materiału. Lucy usłyszała stuknięcie drzwi, ale nie zwróciła na nie uwagi, bo wiatr się nasilił, a przeciągi zawsze wtedy trzaskały drzwiami w całym domu.

Dopiero kiedy zza półek wyszedł wuj Casper, uśmiechnięty od ucha do ucha, bez fartucha sprzedawcy, zaczęło do niej docierać, że coś jest nie tak.

Podszedł bliżej i bez słowa jej się przyglądał.

— Chyba nie zostawiłeś sklepu pustego? — spytała Lucy. — Dzieciaki zaraz będą wracać ze szkoły. Zawsze podkradają cukierki na kaszel.

— Sklep jest zamknięty — odparł.

— Zamknięty? Kto go zamknął?

Wuj nie odpowiedział, jedynie rozejrzał się po magazynie, jakby się nad czymś zastanawiał.

— Nie zamykamy podczas lunchu — oświadczyła Lucy, choć czuła, że brzmi to mało przekonująco.

— Dzisiaj tak. Zebranie personelu.

— Wujku, jeśli tata się dowie, że zamknąłeś sklep...

— Tak? A kto mu o tym powie?

— Ja, wujku.

Złapał ją za lewy nadgarstek i mocno przytrzymał. Cały czas się w nią wpatrywał i uśmiechał, choć miał przy tym zaciśnięte usta. Oddychał szybko i nieregularnie, jakby musiał biec, aby dogonić siostrzenicę.

— Dlaczego miałabyś to zrobić? — spytał.

— Wujku, mógłbyś mnie puścić? — poprosiła.

Czuła już pierwsze ukłucia paniki, ale coś jej mówiło: zachowaj spokój, nie prowokuj go, bo inaczej będziesz miała kłopoty. Przyszła jej do głowy przerażająca myśl, że wuj zwariował z powodu nadużywania whisky, bankructwa i odmowy pożyczki ze strony ojca.

Wuj Casper znowu się uśmiechnął.

— Puścić cię? Nie mam zamiaru! Taką nagrodę?! Taką nagrodę jak ty? Ha!

Wyciągnął wolną rękę i złapał ją za drugi nadgarstek. Wypuściła pudełko z guzikami, które zagrzechotały o podłogę i wystrzeliły we wszystkie strony.

— Sprawiasz mi ból... — jęknęła, jednak nie zwrócił na to uwagi.

Szarpnął ją ku sobie, aż prawie zetknęli się czołami.

— Co ci mówiłem? — wyszeptał. Był tak blisko, że widziała pojedyncze pory na jego policzkach i siwe skręcone włosy w gęstej czarnej brodzie. Odór jego zepsutego oddechu sprawiał, że ledwie mogła oddychać. — Wyrosłaś na prawdziwą piękność. Żaden mężczyzna nie mógłby sobie wymarzyć niczego lepszego.

— Wujku... — powiedziała błagalnie, unosząc nadgarstki. — Puść mnie. Jeśli mnie puścisz, nie powiem ani słowa tacie. Nikomu nic nie powiem. Obiecuję.

Wuj Casper wwiercał się w nią spojrzeniem. Po chwili opuścił głowę i zatrzymał wzrok na białej bluzce Lucy, pod którą zaznaczały się piersi.

— Wyrosłaś na ślicznotkę, wiesz o tym? Lepszą nawet od Anny.

Oddychał głośno jak mechaniczny miech.

Lucy przełknęła ślinę. Starała się nie rozpłakać, ale łzy same napływały jej do oczu.

— Wujku, proszę...

Przez chwilę sądziła, że ją uwolni, bo opuścił ręce, nie rozluźnił jednak chwytu na jej nadgarstkach. Znowu pochylił głowę i zobaczyła nierówny przedziałek.

— Zamierzasz być mi przychylna? — spytał, nie podnosząc wzroku.

— Jestem ci przychylna cały czas.

Podniósł głowę. Jego uśmiech zniknął.

— Chcę się dowiedzieć, czy zamierzasz naprawdę być mi przychylna.

— Wujku, ja...

Pochylił się gwałtownie do przodu jak atakujący grzechotnik i spróbował ją pocałować. Wykręciła głowę i wyrwała jeden nadgarstek, złapał ją jednak w pasie i przyciągnął do siebie.

— Pytałem, czy zamierzasz być mi przychylna!

Lucy usłyszała czyjś przenikliwy krzyk, ale z początku nie zdawała sobie sprawy, że to ona sama krzyczy. Wuj Casper złapał ją za włosy na potylicy i wpił się w jej usta, usiłując wepchnąć sztywny język między wargi.

Zatoczyła się do tyłu i upadła na bele płótna i perkalu, ułożone między półkami. Stękając i pojękując, wuj Casper wlazł na nią, przydusił do materiałów i znowu próbował unieruchomić jej nadgarstki.

Lucy brakowało powietrza. Szarpała się i kopała, ale wuj siedział na niej i mocno ściskał udami jej talię.

Popatrzył na nią, pociągnął nosem i przekręcił głowę, aby wytrzeć nos o koszulę na barku.

— Po co to wszystko? — spytał. — Hę? Co to miało być? Tak siostrzenica traktuje wujka?

Lucy ciężko dyszała, w jej oczach migotały łzy. Pokręciła głową.

— Wujku, puść mnie.

— Już powiedziałem, że cię nie wypuszczę. Taką księżniczkę jak ty? Musiałbym upaść na głowę, aby wypuścić z rąk taki rarytas.

Trzymając mocno jej nadgarstki, rozejrzał się wokół. Guziki, szpulki nici, haftki. W końcu dostrzegł to, czego szukał — rolkę czerwonej jedwabnej taśmy. Chwycił oba nadgarstki Lucy jedną ręką, pochylił się i ze stęknięciem sięgnął po rolkę. Złapał koniec taśmy zębami i pozwolił jej się rozwinąć jak długiemu, lubieżnemu językowi.

Zamierza mnie udusić, pomyślała przerażona Lucy. Z jej ust wydobył się chrapliwy szept:

— Wujku, proszę! Nie duś mnie. Wujku, nie duś mnie! Proszę!

Wuj Casper wypuścił taśmę z ust i wbił zdumiony wzrok w Lucy. Kiedy dotarło do niego, co ma na myśli, ryknął śmiechem.

— Sądzisz, że... Musisz być nienormalna! Udusić cię? Nie zamierzam cię udusić. Musiałbym być chory, gdybym chciał cię udusić!

Nie przestając się śmiać, dwa lub trzy razy owinął nadgarstki dziewczyny taśmą i mocno ją związał nad jej głową. Zrobił to ze zręcznością człowieka, który wiele razy pętał szarpiące się jałówki i panikujące konie.

— Taki jedwab to dobry, mocny materiał.

Wstał, ale kiedy Lucy spróbowała usiąść, pchnął ją z powrotem na plecy.

— Leż, księżniczko. Nie ruszaj się.

— Co zamierzasz zrobić? — szepnęła.

Nie mogła opanować drżenia dolnej wargi i czuła się, jakby zaraz miała zemdleć.

— Zrobić? Co zamierzam zrobić? — powtórzył wuj.

Podciągnął Lucy wyżej na stos bel materiału, aż jej związane ręce niemal dotknęły ściany, z której wystawało kilka żelaznych haków. Odwinął z rolki kolejne dwie stopy taśmy i owinął ją wokół największego haka, używając węzła ósemkowego, który stosują poganiacze bydła, kiedy trzeba przytrzymać naprawdę dzikiego byka. Sprawdził, czy węzły mocno trzymają, i pociągnął nosem.

— Wujku, to boli! Proszę cię... to boli! Puść mnie, proszę! Proszę! Pomyśl o mamie!

Pochylił się i pocałował ją w usta.

— O tak, myślę o niej — odparł z uśmiechem. — Uwierz mi, że myślę.

Wyjął scyzoryk i otworzył go obgryzionym paznokciem kciuka. Lucy przez chwilę się bała, że poderżnie jej gardło, ale wuj odciął taśmę, zlazł z bel materiału, uniósł prawą nogę Lucy, owinął taśmę wokół jej kostki i mocno zasupłał.

— „Obracaj je do prawej, w lewo obracaj je... — zanucił. — Obracaj dziewczętami pięknymi wokół mnie...".

Drugi koniec wstążki przywiązał do regału z listew, na którym leżały materiały pasmanteryjne.

— Puść mnie! Puść mnie! Puść mnie! — wrzeszczała Lucy i wściekle kopała wolną nogą, jednak Casper robił zręczne uniki i odbijał jej stopę uderzeniami dłoni.

Po chwili złapał kostkę lewej nogi Lucy i również ją unieruchomił — przywiązując do regału po przeciwległej stronie.

Regały były oddalone od siebie prawie o pięć stóp, więc nogi Lucy były boleśnie rozkraczone.

— O tak... przywiązana ciasno i mocno... — mruknął wuj Casper. — Chińska kobieta pokazała mi, jak to się robi. Chińska kobieta...

Poluzował swoją czarną muchę w cętki. Lucy wpatrywała się w niego szeroko otwartymi oczami i dygotała na całym ciele. Zdawała sobie sprawę, że nie ma sensu krzyczeć, bo nikt jej nie usłyszy. Próbowała szarpać i kręcić więzami, ale jedwabna taśma była zbyt mocno zaciągnięta, aby mogła się uwolnić.

— Walcz, ile chcesz, księżniczko — powiedział wuj Casper. — Nie wyrwiesz się.

— Jak możesz nazywać mnie księżniczką, jeśli robisz mi coś takiego?! Tata cię zabije! Zabije cię!

Oczy wuja Caspera wyglądały, jakby był nieobecny duchem — jakby myślał o zupełnie innym miejscu albo o innej osobie.

— No cóż, księżniczko, wiesz, jak to się mówi: miłość zjawia się w najróżniejszych przebraniach. Miewa najróżniejsze maski. Teraz tak się akurat składa, że tą maską będę ja.

Jezu, ratuj