Imperator - Piotr Głuchowski, Jacek Hołub - ebook

61 osób właśnie czyta

Opis

Radio Maryja ma raptem pół miliona słuchaczy, lecz wpływ Ojca Dyrektora na Polskę jest o wiele większy. Szeregowy redemptorysta, który mieszka w skromnej celi klasztoru przy ul. św. Józefa w Toruniu, zakulisowo steruje premierami i ministrami kolejnego rządu prawicy. Zarządza też siecią fundacji, instytutów, spółek i szkół (od podstawówki po uczelnię wyższą). Ma kilka księgarni (internetowych i stacjonarnych), telefonię komórkową, odnoszącą sukcesy wytwórnię filmową i własne media. Poza Radiem Maryja i TV Trwam kontroluje m.in.: „Nasz Dziennik”, miesięcznik „W Naszej Rodzinie”, telewizję internetową Tilma, internetowe radio SIM i liczne portale.
Rydzyk buduje też na potęgę. W Toruniu powstaje coś, co ksiądz nazywa Republiką Maryjną. Stoją już kampus studencki i świątynia nie mniej pompatyczna niż Licheń. Ćwierć miliarda złotych państwowych subwencji kapłan przeznaczył m.in. na gigantyczne Muzeum im. Jana Pawła II i Park upamiętniający 40 tysięcy Polaków ratujących Żydów. W planach ma aquapark, hotel i uzdrowisko termalne, które może objąć jedną czwartą miasta.
Jak doszło do tego, że nieśmiały chłopak z Olkusza został magnatem medialnym, który stawia warunki politykom? Jak ktoś, kto z trudem zdał maturę, stał się doktorem, rektorem, autorem książek i mentorem profesorów? Jak ktoś, kto przemycał w 1991 roku zwitek niemieckich marek ukryty w używanym audi 80, został jednym z najbogatszych przedsiębiorców w Polsce?
Co ojciec Rydzyk je? Co czyta? Kogo uwielbia? Czego się obawia? Z kim i z czym walczy? Dokąd to wszystko zmierza?

O PIERWSZYM WYDANIU „IMPERATORA”:
„Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że książkę warto przeczytać. Nie po to, żeby się z nią zgadzać, ale żeby trochę lepiej zrozumieć samego ojca Rydzyka” – Tomasz Terlikowski

„Od kiedy przeczytałem książkę Piotra Głuchowskiego i Jacka Hołuba, marzy mi się film o ojcu Rydzyku” – ksiądz Adam Boniecki

O AUTORACH:
PIOTR GŁUCHOWSKI (ur. w 1967) – reporter, publicysta i redaktor „Wyborczej”, pisarz. Współautor bestsellera „Uzurpator. Podwójne życie prałata Jankowskiego”. Laureat nagród Grand Press i MediaTory za reportaże i książki (m.in. „Karbala”, „Zatoka świń”, „Sługi boże”).

JACEK HOŁUB (ur. 1972) – był dziennikarzem toruńskiego oddziału „Wyborczej”. Jego książka „Żeby umarło przede mną. Opowieści matek niepełnosprawnych dzieci” znalazła się m.in. w finałach Nagrody „Newsweeka”, Kryształowej Karty Polskiego Reportażu i nagrody MediaTory.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1108

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redakcja: Mariusz Burchart

Korekta: Teresa Kruszona

Fotoedycja: Agnieszka Żelazko

Źródła zdjęć (odwołania do numerów stron dotyczą wydania papierowego książki): Tytus Żmijewski/PAP (okładka) Wojciech Kardas/Agencja Gazeta (7, 229, 489, 609, 612); Marcin Łukaszewicz/Forum (22); Krzysztof Karolczyk/Agencja Gazeta (39); Wojciech Wójcik/BE&W (41); Daniel Pach/FORUM (46); temat.net (61); archiwum IPN (65); Grzegorz Jakubowski/FORUM (110); Sławomir Kamiński/Agencja Gazeta (111, 122, 307, 734); Maciej Belina Brzozowski/PAP (124); Jacek Turczyk/PAP (177); Grzegorz Rogiński/REPORTER (181); Grzegorz Skowronek/Agencja Gazeta (209); Osservatore Romano (222); Maciek Dębała/NCzas/Forum (249); Wojtek Łaski/East News (276); Paweł Piotrowski/Agencja Gazeta (343); Łaski Diffusion/East News (368); Stefan Maszewski/REPORTER (391); Wojciech Surdziel/Agencja Gazeta (397); Mikołaj Kuras/Agencja Gazeta (439); Andrzej Hrechorowicz/PAP (473); Paweł Skraba/REPORTER (497, 675); Łukasz Piecyk/REPORTER (526); Tytus Żmijewski/PAP (656); Robert Górecki/Agencja Gazeta (830, 874); Piotr Głuchowski (817); Agencja Forum (888); archiwum prywatne (21)

Przygotowanie zdjęć do druku: Małgorzata Charewicz

Infografika na s. 890-891: Beata Gąsiorowska

Projekt graficzny okładki: Tomasz Majewski

Opracowanie graficzne: ProDesGraf

Redaktor prowadząca: Katarzyna Kubicka

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

Copyright © Agora SA, 2019

Copyright © Piotr Głuchowski & Jacek Hołub, 2019

Wydanie II rozszerzone

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2019

ISBN: 978-83-268-3036-5 (epub), 978-83-268-3037-2 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Za przeszło dwieście milionów złotych, w większości wziętych od rządu Prawa i Sprawiedliwości oraz związanych z dobrą zmianą firm i instytucji, Ojciec Dyrektor-Doktor-Rektor-Założyciel Tadeusz Rydzyk buduje w przy tak zwanym Porcie Drzewnym na zachodnim krańcu Torunia swoje Centrum Polonia in Tertio Millennio, które widać ze stratosfery (to nie jest przenośnia).

Na kilkunastohektarowym gruncie (w części oddanym za mniej niż ćwierć ceny przez wojewodę z PiS) już stoi wielka, bogato złocona świątynia Najświętszej Marii Panny Gwiazdy Nowej Ewangelizacji i świętego Jana Pawła II. Ma kształt gigantycznego namiotu cyrkowego zwieńczonego wielotonową złotą koroną i kryje dziesiątki zaskakujących dzieł sztuki, między innymi portret samego Ojca Dyrektora na szkle oraz klęczącego w ławce plastikowego papieża Polaka, identycznego z żywym.

Opodal świątyni powstaje ciepłownia geotermalna. Wydobywana solanka, za zimna, by ogrzewać miasto, będzie podgrzewana w opalanych gazem kotłach o łącznej mocy dwudziestu megawatów, które dostarczą Toruniowi około dwudziestu megawatów energii cieplnej. Co znaczy, że efektywność samej geotermii jest z grubsza równa zeru. To po prostu ciepłownia na gaz. Pomysł szalonej inwestycji zrodził się w głowach dwóch profesorów z Akademii Górniczo-Hutniczej, a został poparty przez cynicznych decydentów, którzy zapłacili cudzymi pieniędzmi za polityczne poparcie mediów księdza Rydzyka. Ponad sześćdziesiąt milionów na „ekologiczną” instalację, która będzie emitowała tyle spalin co 45 tysięcy aut na raz, dał (w tym osiem preferencyjnie pożyczył) prezes Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, prywatnie kolega Jarosława Kaczyńskiego i szef PiS-owskiej spółki Srebrna.

Inwestycją większą od geotermii jest wznoszone obok muzeum Pamięć i Tożsamość imienia Świętego Jana Pawła II oraz Park Pamięci Narodowej. Rząd dał już na to przeszło sto siedemnaście milionów złotych. Częściowo gotowa konstrukcja wielkości stadionu piłkarskiego widziana z samolotu ma kontur Polski. W muzeum i parku będą czczeni Polacy ratujący Żydów. W 1998 roku Radio Maryja wezwało słuchaczy do nadsyłania relacji Sprawiedliwych. Zbierali je wolontariusze z toruńskiego ośrodka, do których kilka lat temu dołączył brat rzecznika Konferencji Episkopatu Polski. Zgromadzili (jak twierdzą) czterdzieści tysięcy świadectw. Jerozolimski Instytut Yad Vashem zebrał przez pół wieku siedem tysięcy. Zbiór księdza Rydzyka – wzbogacony o takie skarby jak relikwie z ciała świętego Maksymiliana Kolbego i chustka papieża Polaka – został wyceniony przez Ministerstwo Kultury PiS na osiemdziesiąt osiem milionów złotych i potraktowany jako wkład równoważny z budżetowymi stu siedemnastoma milionami dotacji. Rząd nazywa to partnerstwem publiczno-prywatnym. W rzeczywistości jest to wielka ściema. Zdaniem fachowców – między innymi badających Holocaust profesorów Joanny Tokarskiej-Bakir i Jana Grabowskiego – relacje nagrane przez rydzykowy Instytut Pamięć i Tożsamość (na którego czele stoi były prezes Stoczni Gdańsk, Krajowej Spółki Cukrowej, Polskiego Związku Curlingu i wielu innych firm) są naukowo bezwartościowe. A dokładnie: „ciekawe dla antropologa badającego zupełnie inny temat: w jaki sposób zorganizowana pamięć wymazuje historię, by udowodnić niezwykłe zasługi narodu polskiego”.

Sfinansowanie wszystkich przedsięwzięć pieniędzmi podatników jest – gdy na nie spojrzeć chłodno – okrutnym żartem z rządów dobrej zmiany i Polaków. To jednak nie żart, tylko fakt. Efekt związku Ojca Dyrektora i Jarosława Kaczyńskiego.

Ojciec budowniczy. Uroczystość poświęcenia placu budowy kościoła pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny Gwiazdy Nowej Ewangelizacji i błogosławionego (potem świętego) Jana Pawła II odbywa się w deszczowy dzień 20 czerwca 2012. W Porcie Drzewnym, który powoli zmienia się w Centrum Polonia in Tertio Millennio, przyszłe sanktuarium święci ordynariusz toruński Andrzej Suski, pod parasolami stoją między innymi: prowincjał polskich redemptorystów ojciec Janusz Sok, prezydent Torunia Michał Zaleski, autor projektu kościoła Andrzej Ryczek i radiomaryjna posłanka Anna Sobecka.

Ich przyjaźń – chwilami bardzo szorstka – wykuwała się z trudem, mimo że są bardzo podobni. Obaj religijni, samotni z wyboru, lubują się w lekturach. Żyją skromnie, jeden z kotem, a drugi ze zdjęciem nieżyjącej mamy na ścianie klasztornej celi. Nie nadużywają alkoholu, nie rozmawiają z „Wyborczą”, nie cierpią Donalda Tuska, brzydzą się nową lewicą z jej paradami LGBT. Postrzegają świat na sposób manichejski: siły dobra wciąż walczą z siłami zła. Obaj lubią wygłaszać niejasne ostrzeżenia przed tymi drugimi, przed „grupami nacisku”, „szarymi sieciami”, „określonymi środowiskami” i niedookreślonymi „naszymi przeciwnikami”, którzy źle życzą Polsce. Jeden mówi o „bardzo nieładnych towarzystwach”, drugi o „wrogach Boga i Kościoła”. Myliłby się jednak ktoś, kto sądzi, że kapłan i polityk są oderwanymi od ziemi zwolennikami teorii spiskowych, którzy po nocach sklejają przy lampce wycinki z niszowych gazet. Obaj panują nad przekazem, myślą strategicznie (Rydzyk mawia „dalekomyślnie”), potrafią bezbłędnie ocenić na każdym etapie swe atuty i swe budżety. Znają się na biznesie. Jeden i drugi prowadzi – z tylnego rzędu – rozliczne fundacje, think tanki, instytuty, spółki matki i córki. Mają charyzmę, mają specyficzne poczucie humoru, nikogo się nie boją. Własnoręcznie zbudowali swoje piramidy: jeden – koncern medialny, drugi – partię władzy. Od 30 lat żaden nie pozwolił wysadzić się z siodła żadnemu ze współpracowników. Nie mają wokół siebie konkurentów, otoczenie obydwóm czapkuje, nawet jeśli w duszy źle życzy. W efekcie nie mają też oczywistych następców.

Jeszcze w 1998 roku Kaczyński (w wywiadzie dla „Gazety Polskiej”) mówił: – Nie mam wątpliwości co do tego, że po naszej stronie działają aktywnie rosyjskie służby specjalne. Radio Maryja jest dziś głęboko antyzachodnie (...) prorosyjskie, wcale nie nieżyczliwe PRL. Ma nadajniki na Uralu. W Rosji panuje wprawdzie bałagan, ale niektórych rzeczy tam jednak pilnują dość dobrze. (...) Próby przekonywania elektoratu Radia Maryja [do idei modernizacji Polski] są całkowicie skazane na porażkę. W jakiejś mierze został tu zrealizowany scenariusz Michnika. Chciał mieć taką prawicę. Na początku wmawiał nam, że tacy właśnie jesteśmy, a teraz ma już to naprawdę.

Potem było wiele politycznych zakrętów. Ojciec Dyrektor popierał i porzucał Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe, Porozumienie Centrum, Akcję Wyborczą Solidarność, Ligę Polskich Rodzin, Samoobronę i kilka innych partii, by wreszcie, we wrześniu 2005 roku, postawić na Prawo i Sprawiedliwość. Jeden z wielu porzuconych, Artur Zawisza, były wiceprezes Ruchu Narodowego, powiedział w 2013 roku Hołubowi: – To był strategiczny wybór na przyszłość, a także efekt męki z prawicowym drobiazgiem. Ksiądz doszedł do wniosku, że nie ma sensu budowanie własnej partii politycznej, która zawsze będzie mniejszościowa, skoro można porozumieć się po partnersku z dużą siłą społeczną. Prosty wybór: albo być nadzorcą ugrupowania z kilkuprocentowym poparciem, albo partnerem partii trzydziestoprocentowej, która coś może.

Kolejne lata potwierdziły trafność obserwacji Zawiszy. Z jednym wyjątkiem: PiS okazał się partią czterdziestoprocentową. W grudniu 2015 roku Jarosław Kaczyński mógł już wejść wśród wiwatów prawie dziesięciu tysięcy członków Rodziny Radia Maryja do świeżo wybudowanej hali Arena w Toruniu jako honorowy gość dwudziestych czwartych urodzin stacji. Mógł pozdrowić ponad dwustu biskupów, księży, ministrów, europarlamentarzystów, senatorów, posłów i wojewodów słowami: – Bez Ojca Dyrektora nie byłoby tego zwycięstwa (...) nie byłoby tego zwycięstwa bez Rodziny Radia Maryja. (...) My to wiemy i dlatego dziękując wam, członkowie rodziny radia, dziękując Ojcu Dyrektorowi, nisko się kłaniam. (...) Radio i rodziny są potrzebne, kiedy przed nami długa droga pod górę, trudna droga...

Droga księdza Tadeusza Rydzyka na szczyt – czyli temat tej książki – była właśnie taka.

CZĘŚĆ I
TRUDNO O TYM MÓWIĆ

Jesień 1991 roku. Piotr Głuchowski, jako młody dziennikarz w Toruniu, dowiaduje się, że w zdziczałym sadzie na peryferyjnej ulicy jakiś przybyły z Niemiec ksiądz chce postawić maszt radiowy. Plan nie podoba się okolicznym mieszkańcom – tak zwanym badylarzom, czyli właścicielom szklarni, inspektów i zagonów kapusty. Wystraszeni grożącym promieniowaniem radiowym burzą się i szukają – jak to się dzisiaj mawia – kontaktu z mediami.

Głuchowski jedzie na miejsce. Ulica Żwirki i Wigury. Po lewej tak zwana Kozacka Górka – slumsy bez dróg i kanalizacji, rudery ulepione z gliny i starej blachy. Po prawej – pola uprawne: ziemniaki, porzeczki, sterty torfu, foliowe tunele z pomidorami w środku. Słychać szczekające psy. Ksiądz akurat jest na miejscu, wśród poskręcanych ze starości drzew. Trawa i chwasty po kolana, w środku parceli buda – magazyn na owoce? Obok parterowy dom-klocek z wysoką piwnicą. Brzydki, nieforemny, z zakratowanymi małymi oknami o popękanych szybach. Zbudowany metodą gospodarczą zlepek z tego, co udało się załatwić w schyłkowej komunie. Później toruńscy redemptoryści nazwą ten przybytek Betlejemką. To będzie pierwsza siedziba rozgłośni.

Na razie Głuchowski i o. Rydzyk witają się grzecznie. Kapłan ma na sobie habit, spod którego wystają czarne spodnie i buty. Proste włosy zaczesane za uszy, na nosie okulary fotochromowe w ciemnozłotych kwadratowych oprawkach z zaokrąglonymi rogami.

Rozmawiają o planach redemptorysty, oglądają piękny, niemiecki samochód Audi pokryty krwistoczerwonym, niesamowicie błyszczącym lakierem. Takie auta nieczęsto się wtedy widuje.

Ojciec Tadeusz pokazuje miejsce, w którym ma stanąć stacja nadawcza, mówi wiele na temat łask Matki Bożej Fatimskiej. Dziennikarz pyta raczej o relacje ze wzburzonymi sąsiadami. Zakonnik zbywa temat machnięciami obu rąk.

– Jak się wspólnie za tych ludzi pomodlimy, to zrozumieją, gdzie leży dobro, gdzie prawda – mówi z pośpiechem i uśmiechem. Jest uprzejmy, ale czuć, że oderwany od jakichś absorbujących, ważnych zajęć. Przyszły współautor „Imperatora” i przyszły magnat medialny żegnają się w zgodzie.

Prosto z sadu Głuchowski idzie do sąsiadki – jednej z protestujących. Duży dom otynkowany kawowym barankiem. Jak na tamte lata – rezydencja. Za domem szklarnia. Po krótkiej rozmowie wiadomo, o co chodzi. Sąsiadka sama nie za bardzo się lęka fal radiowych – ma inną poważną obawę: ceny działek pod masztem spadną.

– Bo nawet jak ja sama w te promieniowania nie wierzę, to co poradzę na to, że inni wierzą!

Nazajutrz w lokalnym wydaniu „Wyborczej” ukazuje się krótki tekst przedstawiający racje redemptorysty i jego sąsiadki z ulicy. Ksiądz Rydzyk uznaje publikację za skandaliczną – o czym mówi z anteny po kilkunastu miesiącach, gdy ogłasza toruńską redakcję „Wyborczej” „szatańskim gniazdem”. Bezpośrednią przyczyną krytyki jest inny tekst – krótki artykuł opisujący nocne zdarzenia z lata 1992 roku, kiedy to ubrany po cywilnemu ojciec Tadeusz zostaje zatrzymany w nocy przez toruńską drogówkę i poproszony o dmuchnięcie w alkomat. Nie zgadza się, odmawia opuszczenia samochodu. Przez szybę żąda obecności miejscowego posła Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego (ZChN) doktora Jerzego Matyjka oraz ówczesnego kapelana toruńskiej policji księdza Stanisława Kardasza, wielkiego admiratora rodzącego się radia. Po ich przyjeździe nieprzyjemny incydent zostaje zażegnany. Zakonnik dmucha i okazuje się, że jest trzeźwy.

Policjanci wycofują się jak niepyszni. Ksiądz dziękuje posłowi i kapelanowi, po czym spokojnie jedzie na ulicę Świętego Józefa – do klasztoru Redemptorystów.

Rozłożysty gmach projektu znanego poznańskiego architekta Stefana Cybichowskiego stoi od przed wojny, obejmując dwoma czteropiętrowymi skrzydłami dobudowany później kościół w stylu neoromańskim. Cela księdza Tadeusza to mały pokoik, a w nim: łóżko, biurko, regał na książki, niewielka szafa na habity i inne ubrania. Telewizora nie ma, redemptoryści mają wspólną salę do oglądania. Na ścianach celi fotografie. Na jednej mama obejmująca młodego Tadeuszka, blondyna o niedużych, zmrużonych oczach i prostych włosach zaczesanych w przedziałek.

* *

– Jego matka już nie żyje, podobnie jak część rodzeństwa i coraz więcej przyjaciół – mówi nam (autorom książki) bliski znajomy księdza Rydzyka. – On sam też jest już mocno schorowany.

– Zauważyliśmy, że czasami chodzi o lasce.

– Zawsze miał kłopoty z kolanami, doszła rwa kulszowa. Ma też kłopoty z gardłem, wysiada mu. Kilka lat temu dał się więc przekonać do noszenia czapki i szalika. Jedna z radiowych pań zrobiła na drutach komplet, ale nie moherowy. Strasznie dumna jest, że Ojciec Dyrektor to nosi. Ciało w nim słabnie, za to duch się wzmacnia. Nie zwalnia tempa. Myślę, że chce jak najbardziej umocnić radio instytucjonalnie, żeby to potem szło nawet bez niego. Żeby to był samograj.

– Zwróćcie uwagę, że mimo wieku, zmęczenia, tych wszystkich ataków na jego osobę, ojciec wygląda jak człowiek szczęśliwy, pogodny – dodaje prof. Andrzej Tyc, były wojewoda toruński i dawny znajomy księdza. – Nie da się tego zrozumieć, jeśli się nie weźmie pod uwagę jego osobistej relacji z Bogiem. Dla niewierzącego ona może być iluzją, ale ojciec Rydzyk to przeżywa jako coś głęboko prawdziwego i ważnego. I to go napędza, daje siłę...

– Siłę do czego?

– Do budowania Polski narodowo-katolickiej, ostoi obyczaju i kultury. To zamysł grubo przekraczający doraźną politykę. Gdy zabraknie Prawa i Sprawiedliwości, ojciec poprze coś innego i będzie robił swoje. Bez względu na to, jak by go krytykowano. Zresztą, gdy się porówna jego krytyczny obraz budowany w mediach z tym, jaki jest naprawdę, widać totalny kontrast. Na przykład mówi się o nim i pisze, że atakuje. A on nie namawia, aby strzelać do lekarzy, którzy dokonują aborcji, czy do dziennikarzy TVN. W Ameryce radykalni ewangelizatorzy wzywają do zamachów na kliniki aborcyjne. Tymczasem ojciec pokojowo walczy o swoją wizję.

Przy całym moim krytycyzmie do konkretnych rzeczy, które robi, muszę mu przyznać, że nie niszczy ludzi. Przynajmniej w bezpośredni sposób. Chociaż na pewno jest cholerykiem i czasami potrafi kogoś zranić, zerwać stosunki, zrugać, nawet niesprawiedliwie. Potrafi wyrzucać za drzwi z radia. Zakończyć spotkanie słowami: „Nie mamy o czym więcej rozmawiać”. Jak ktoś ma cienką skórę, to będzie długo przeżywał. On potrafi być zimny jak stal. Choć czasami przeprasza.

Tak jak w ciemne grudniowe popołudnie 2009 roku, gdy wzruszony pieśniami na swoją cześć Ojciec Dyrektor pełnym emocji głosem mówi do dziesięciu tysięcy zebranych w Toruniu: „I dziękuję jeszcze za jedno, za to, że mnie ludzie znoszą. Tak, to nie jest łatwe. I dlatego każdego przepraszam za wszystko, za każde może jakieś słowo, może minę... ale każdy ma swoje zmęczenie. I przepraszam, że nie pamiętam o wszystkich [którym] może dokuczyłem. Taki jestem, niedoskonały”.

„Permanentnie czuję jakiś ucisk – dopowiada na łamach swej gazety „Nasz Dziennik” – Cały czas. Wyłączam się chyba tylko przez spanie. Budzę się i modlę się: »Boże, daj mi przeżyć dzisiejszy dzień«. I przeżywam. Jest wielu ludzi, są współbracia, a jednak czuję się sam. (...) Nie umiem tego powiedzieć, jest jakaś samotność, ale nie chciałbym z niej rezygnować. Cały czas chodzimy po wodzie, ale wiem, że pewne decyzje muszę podejmować samodzielnie. Nie chodzi o rozstrzygnięcia w rodzaju, jaki sprzęt zakupić, ale o sprawy bardzo osobiste, żeby po prostu trwać. Dlatego telewizja została nazwana Trwam: »Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity«. Dlatego bardzo dobrze się czuję, gdy jestem już sam w pokoju, w swojej celi”.

„...a kiedy kładę się w celi spać, mówię często: »Maryjo, weź w swoje ręce wszystko, weź mnie. Tobie wszystko oddaję. I daj mi sen spokojny – bo jak się nie wyśpię, to nerwy mogą nie wytrzymać«” – dodaje kapłan w rozmowie z księdzem Ireneuszem Skubisiem, redaktorem naczelnym tygodnika „Niedziela”.

Obok zdjęcia z mamą na ścianie celi w klasztorze w okolicach roku 2010 zawisła jeszcze kartka pocztowa. Nie ma na niej żadnego obrazka, jest tylko napis po niemiecku: „Der Weg zur Quelle fahrt gegen Strom” (Droga do źródła wiedzie pod prąd).

Kto słucha Radia Maryja, ten wie, że sztandarowe hasło Ojca Dyrektora „Alleluja i do przodu” bywa zastępowane innym: „Alleluja i pod prąd”. Nim redemptorysta trwale (ale czy ostatecznie?) połączył siły ze zwycięską partią Jarosława Kaczyńskiego, przez dekady był kontestatorem polskiej rzeczywistości. W szkole podstawowej – jako jedyny w klasie – wystąpił z harcerstwa. W Szczecinku, będąc młodym katechetą, pomagał wieszać krzyże w klasach PRL-owskich szkół. W Krakowie wygłaszał antykomunistyczne kazania na rok przed śmiercią księdza Jerzego Popiełuszki. W połowie lat osiemdziesiątych uciekł z PRL (oraz z macierzystego zakonu), stając się jednym z tak zwanych księży zaginionych. W wolnej Polsce krytykował – a czasem zwalczał – prezydentów, premierów, ministrów. Już w przedszkolu nie chciał mówić wiersza o Stalinie.

1. PORWANY ZA MŁODU
Byłem napiętnowany w całej klasie

Franciszek Rydzyk, pierwszy i jedyny mąż mamy Ojca Dyrektora, urodził się – według prowadzonej przez Niemców „Księgi Zmarłych Obozu Koncentracyjnego Buchenwald” – 3 kwietnia 1902 roku w Kwaśniowie, niewielkiej wiosce położonej 15 kilometrów na północ od Olkusza, dziś na granicy województw śląskiego i małopolskiego. Obecny Kwaśniów jest siedzibą parafii – stoi tam wybudowany w latach 80. kościół i szkoła im. Unii Europejskiej. Tę ostatnią otwierał – jako prezydent – Aleksander Kwaśniewski.

Za życia Franciszka wieś nie miała drogi ani elektryczności, jedynym solidnym budynkiem była średniowieczna obronna wieża rycerska, której resztka stoi tam do dziś – na prywatnym polu – i służy jako szopa graciarnia. Rydzyk senior poszukał więc pracy – a przy okazji rodzinnego szczęścia – w Olkuszu.

Tam – według „Księgi Zmarłych...” – został zatrzymany przez Niemców 4 grudnia 1939 roku. Wywieźli go do Dachau. W lipcu 1941 roku przetransportowany do obozu w Buchenwaldzie pod numerem 8195. Zmarł 21 sierpnia 1941 roku w szpitalu więziennym (Häftlingskrankenbau).

Tadeusz Władysław Rydzyk urodził się cztery lata później – 3 maja 1945 roku, niespełna cztery miesiące po zajęciu Olkusza przez Armię Czerwoną. Nigdy nie zdradził publicznie, kim był jego biologiczny ojciec.

– Kordaszewski się nazywał. Bronisław. Ojciec Rydzyk nawet jest podobny do tego Kordaszewskiego – mówi nam w 2013 roku Henryk, mieszkaniec Olkusza, rocznik 1925.

– Ten Kordaszewski to był dobry człowiek. Za okupacji w obozie go zamknęli razem z Rydzykiem. Franek był starszy i mówił tak: „Ja już nie przeżyję, jak ty przeżyjesz, zaopiekuj się moją rodziną”. No i ten się zaopiekował, a jak się zaopiekował, to się urodził ksiądz Tadeusz. Pani Rydzykowa przecież jeszcze młoda była.

Historię umowy Rydzyka seniora i współwięźnia Kordaszewskiego opowiada w Olkuszu wiele osób. Można usłyszeć również, że nieślubne pochodzenie miało przykre następstwa dla Tadeuszka.

– Przypominam sobie, jak do mszy posługiwał – wspomina Henryk. – Wtedy u nas proboszczem był ksiądz Marchewka. On był niedobry, bo powinien to jakoś inaczej... a ten Tadeuszkowi robił przez to trudności, że on jest nieprawowity... proboszcz to potępiał. A co Tadeusz był winny?

Problemy z księdzem Marchewką ojciec Rydzyk tak wspomina podczas spotkania Rodziny Radia Maryja w czerwcu 2008 roku w olkuskiej bazylice:

– Pamiętam, jak mnie jeden ksiądz wciągnął na ministranta. Pół roku tylko byłem ministrantem, muszę się przyznać. Bo mnie tak nieporządnie potraktował proboszcz i powiedziałem: „Nie, nie przyjdę”. I stawałem [w kościele] gdzieś tam... – redemptorysta wskazuje dłonią kąt kościoła.

* *

Olkusz, średniowieczny Helcus, austriacki Olkusch, okupacyjny Ilkenau. Mniej niż pięćdziesiąt kilometrów do Krakowa i Katowic, a jednak – prowincja. W latach 50. XX wieku nieco ponad 10 tysięcy mieszkańców. Założona jeszcze przez Austriaków Olkuska Fabryka Naczyń Emaliowanych – późniejsza Emalia Olkusz SA – daje pracę większości miejscowych. Przy ciągnących się po horyzont niskich fabrycznych halach stoi zakładowy klub z salą kinową, prócz tego świetlica z jedynym telewizorem w okolicy. Jest jeszcze brudny dworzec kolejowy obwieszony hasłami o polsko-radzieckiej przyjaźni „po wsze czasy” i podniszczona wieża ciśnień na rynku. Z całą tą biedą ostro kontrastuje architektoniczna perła: strzelista gotycka fara pod wezwaniem Świętego Andrzeja Apostoła. W kościele stoją jedne z najstarszych w Europie organy, a w kaplicy Świętej Anny, przy prezbiterium, arcydzieło średniowiecznej sztuki: poliptyk olkuski ze scenami z życia Maryi. W jego centrum – spośród korynckich kolumn – spogląda na wiernych wyrzeźbiona w drewnie Piękna Madonna. Młoda, wysoka, o długiej szyi i idealnej twarzy trzyma w jednej ręce Dzieciątko, a w drugiej – berło. Z jej wysokich bioder spływa kaskadami złocona szata. Wokół posągu to samo nieziemskie piękno, tyle że odmalowane. Madonna z obrazów ma lekko zaróżowione policzki i misternie zaplecione jasne włosy. Dziesięcioletni Tadeusz wpatruje się w te wizerunki niejeden raz. A potem wychodzi z kościoła i musi widzieć osypujące się tynki kamienic, piach i błoto w zaułkach. Mimo socjalistycznej „bitwy o handel” uchowało się trochę prywatnych interesów – ale co to są, pożal się Boże, za sklepy... Wciśnięte w podniszczone partery budynków, otoczone jakimiś szopkami, składzikami na węgiel, gołębnikami. Po wypłacie tu i ówdzie leży – dosłownie – na ziemi jakiś pijak.

– Szliśmy i patrzyliśmy na tych zapitych ludzi, koło tych knajp, jak musieliśmy przechodzić, to mówię „Jezu, ratuj ich”! – wspomina Ojciec Dyrektor w trakcie wizyty w rodzinnym mieście w roku 2007.

Olkusz, rodzinne miasto ojca dyrektora Tadeusza Rydzyka. Lata 50. Rodzina przyszłego redemptorysty mieszkała daleko od rynku i centrum – dostali przydział w murowanym baraku na przyfabrycznym terenie, w pobliżu tak zwanej Emalii.

Piękna Madonna z Olkusza, arcydzieło późnego gotyku, rzeźba, którą mały Tadeusz Rydzyk oglądał przynajmniej raz w tygodniu.

* *

Mama Ojca Dyrektora, Stanisława Rydzyk, z domu Piątek, przychodzi na świat w kwietniu 1909 roku we wsi Klucze koło Olkusza i tam mieszka z mężem. Rodzi się dwójka rodzeństwa Tadeusza: o 15 lat starsza siostra Maria (urodzona w 1930 roku), późniejsza pracownica fizyczna w Olkuskiej Fabryce Naczyń Emaliowanych, oraz brat Stanisław (urodzony w 1937 roku), który także zostanie robotnikiem.

Kolejnych dwóch braci przychodzi na świat już w Olkuszu: Mirosław (rocznik 1940) będzie pracował później jako tak zwany chałupnik – czyli drobny rzemieślnik – w spółdzielni inwalidów. Zygmunt (1952 rok) stanie się pracownikiem fizycznym w miejscowym domu kultury. On też – ze względu na datę urodzenia – musi być synem Bronisława Kordaszewskiego.

We wczesnym dzieciństwie Tadeuszek mieszka z rodzicami na położonym z dala od centrum terenie Emalii – tak się tu mówi na fabrykę żywicielkę. Sąsiedzi wspominają, że Stanisława Rydzyk i Bronisław Kordaszewski przybyli tu krótko po wojnie. Przypominają sobie trzy ustawione w rzędzie parterowe budynki z wysokimi piwnicami i niskimi strychami. Powstały razem z fabryką na początku XX wieku. Mieszkali w nich – również po 1945 roku – kierownicy i inżynierowie. Za Gomułki rząd domów został zburzony, za Gierka wyrosły tutaj nowe hale, a potem betonowe silosy oczyszczalni ścieków. Teraz stoi w pobliżu market Biedronka z parkingiem i dwa brzydkie bloki. Po sąsiedzku jest jeszcze myjnia samochodowa, spore błotniste klepisko, asfaltowa uliczka Kolejowa i domy jednorodzinne.

Z jednego z nich wychodzi starszy mężczyzna. Pytamy o rodzinę Rydzyków.

– Byli bardzo biedni, ale wtedy wszyscy byliśmy biedni, takie były czasy. Jeden brat księdza robił w emalierni, mama jego też. Tadeusz, znaczy obecny ojciec Rydzyk, jak był chłopcem, przychodził do naszych sąsiadów. Trochę się z nimi kolegował. Ja z nim nie bardzo zaznajomiony, byłem kilkanaście lat starszy. Pewnego razu mówi mi o tych swoich kumplach z ulicy: „Eee... oni mają rozum jak kurczątka, chciałbym kiedyś do pana przyjść, porozmawiać...”. Ale już nie przyszedł. Wyjechał z Olkusza do seminarium.

– Jako dziecko był religijny?

– Nie... normalny był. Ale bardziej grzeczny niż inne dzieci.

– Jak to się dzieje, że biedna Stanisława Rydzyk trafia po wojnie do budynku postawionego dla inżynierów z fabryki? – pytamy Piotra Nogiecia, badacza i popularyzatora historii Olkusza. Nogieć tłumaczy, że lokale kwaterunkowe w przyfabrycznych zabudowaniach miały różny standard. Na wysokim parterze były duże okna, podłogi, przedpokoje i łazienki – w ówczesnych czasach luksusy. Ubodzy i prości Rydzykowie dostali kwaterunek w suterenie.

Oglądamy zdjęcia okolicy z lat powojennych. Dom, w którym mieszka mały Tadeusz, wygląda jak obozowy barak skrzyżowany z fabrycznym magazynem. Stoi tak blisko rzędu fabrycznych hal z charakterystycznymi zębatymi dachami, że na pierwszy rzut oka styka się z nimi. Od bocznicy kolejowej dzieli go kilkadziesiąt metrów. Rydzykowie przez całą dobę słyszą fabryczne hałasy i zgrzyty hamujących na stacji składów towarowych.

Piotr Nogieć pokazuje zebrane przez siebie wspomnienia powojennych mieszkańców przyfabrycznego osiedla. Wynika z nich, że żyło się tutaj ubogo, ale bardzo rodzinnie. Dorośli opiekowali się pociechami sąsiadów, między domami szwendały się psy i kury, starsze panie wysiadywały na ławeczkach przed domami, a dzieciarnia zażywała kąpieli w pobliskich rzeczkach – Witeradówce i Babie. Całe rodziny chodziły na wspólne grzybobrania. Jeden z mieszkańców wspomina rozrywki w przyfabrycznym tartaku: gonitwy i zabawy w chowanego między wielkimi pryzmami drewnianych kloców, jazdę na wózkach szynowych i wycinanie scyzorykami statków z płatów kory.

Musiał się w ten sposób bawić także mały Tadeusz, bo po przeszło pół wieku opowiada w rozmowie rzece z Szymonem Cieślarem pt. „Życie jest ciekawe”:

„Jak to dzieci i młodzież, były różne zabawy, ale nie było takich możliwości jak teraz. (...) Na przykład chodziliśmy do tartaku. Tam były wózki. Jeździliśmy na tych wózkach, wskakiwaliśmy, rozpędzaliśmy się i pędziliśmy. A jeśli na wózkach było drzewo, to przy zwiększonym ciężarze jeszcze lepiej się jechało. Bawiliśmy się tam razem z kolegami. Jeden z moich braci, gdy jechał do szkoły, wskoczył w biegu do pociągu, poślizgnął się i wpadł pod wagon. Jedna noga została od razu ucięta, a w drugiej strzaskana została stopa”. Jak ustalamy, bratem, który ucierpiał w wypadku, jest o pięć lat starszy od Tadeusza Mirek.

Przyzakładowy tartak – podobnie jak dom rodzinny Ojca Dyrektora – nie ocalał. W miejscu domu wyrosły hale wydziału PR-1 olkuskiej fabryki, w miejscu tartaku – wydział WL.

* *

W 2013 roku grupa olkuskich rajców podjęła nieskuteczną próbę wyróżnienia księdza Tadeusza tytułem Honorowego Obywatela.

– Uważam, że taki tytuł należy się Ojcu Dyrektorowi, bo zawsze wspomina, skąd się wywodzi – mówił nam wtedy jeden z pomysłodawców, 27-letni radny PiS Łukasz Kmita.

Młody człowiek nie miał racji. W rzeczywistości ksiądz Rydzyk – w wywiadach udzielanych swym mediom – wraca do własnych lat szczenięcych bardzo niechętnie. Wspomnienia najwyraźniej dużo go kosztują. Ani w książkach, ani nawet podczas wykładów dla wybranych i zamkniętych grup słuchaczy zakonnik nie podaje imienia mamy ani ojca, nie mówi wiele o rodzeństwie. Jeżeli wspomina rodzinę, czyni to „na okrągło” – jak przy okazji Dnia Matki 26 maja 2013 roku:

– Miałem wspaniałą mamę. Wychowywała nas, było siedmioro dzieci, jeden wcześnie zmarł i później sześcioro nas było. Była bardzo dzielna, ciężko pracowała na chleb w zakładzie pracy w moim mieście rodzinnym. Ale jeszcze oprócz tego piękny dom, był zawsze porządeczek i było bardzo dużo miłości. Nigdy żeśmy nie odczuwali jakiejś biedy, chociaż był niedostatek, bo była miłość. Wychowywała nas do godności, do miłości Pana Boga. I zawsze mówiła, gdy modliła się, pytaliśmy się nieraz: „Mamo, o co się modlisz?”. „O wiarę dla nas i o miłość”. Nie modliła się o pomyślność dla nas – wiara i miłość. Także to mi zostało (...). Ale mówiąc, matka, mama, myślimy też o tatusiu. Nie byłoby mamy bez taty, bez ojca. I tak samo czcimy ojców. Tak się zaczyna rodzina: ojciec i matka, matka i ojciec...

Jeśli chodzi o cześć wobec własnego rodziciela, ojciec Tadeusz najwyraźniej jest w kłopocie. W urzędowych dokumentach z lat 80., do których dotarliśmy, o tacie nie pisze wcale lub tylko zdawkowo. Wypełniając rubrykę „rodzice” w kwestionariuszu paszportowym, szczegółowo wypisuje dane mamy – jest data i miejsce urodzenia, adres, a także źródło utrzymania.

Na drukach wypełnianych kolejno w 1982, 1984 i 1988 roku o Kordaszewskim nie wspomina wcale. W innych formularzach wpisuje: „ojciec: Bronisław – nie żyje”; „ojciec nie żyje [zmarł w] 1978 roku”; „ojciec Bronisław zmarł w 1980 r.”.

* *

W tomie „Życie jest ciekawe” Rydzyk wspomina, że w wieku sześciu lat poszedł do szkoły bez wiedzy i zgody rodziców. Pospieszył się, ponieważ w tamtym czasie do pierwszej klasy szło się dopiero po skończeniu siódmego roku życia.

„Wcześniej powinienem chodzić do przedszkola, ale byłem tam tylko dwa razy, po czym stwierdziłem: »Już nigdy nie pójdę« – tłumaczy Cieślarowi w wywiadzie. – Pewnie byłem trochę uparty. (...) Kazali mi w przedszkolu mówić wiersz o Stalinie, brzmiał on mniej więcej tak: »Stalin spichrze radzieckie otworzył...«, do dzisiaj to pamiętam. Pani przedszkolanka kazała mi mówić ten wiersz, uczyła mnie go na pamięć. A ja na to: »Co za Stalin?«. Pamiętam to do dzisiaj: »jakiś Stalin, jakieś spichrze, jakieś radzieckie...? Nie, ja tu więcej nie przyjdę!«”.

Wspominany przez ojca Tadeusza utwór to wiersz Lucyny Krzemienieckiej „O wielkim Stalinie”:

Józef Stalin – już to imię znacie.

Ludowej Polski – wielki przyjaciel.

Jego armia, jego wola wzniosła

Krwi ofiarą wolność nam przyniosła.

W pierwszych latach, gdy nam zabrakło zboża,

Stalin spichrze radzieckie otworzył

Z dokumentów dawnej Szkoły Powszechnej nr 1, która mieści się przy ul. Kantego w Olkuszu, wynika, że mama Tadka wskazała jako ojca nowego ucznia klasy 1b zmarłego w 1941 roku Franciszka. Choć w mieście wielkości Olkusza wszyscy musieli się znać – ta drobna korekta w papierach nikomu najwyraźniej nie przeszkadzała. W rubryce „adres” widnieje ulica Fabryczna 8. Dzisiaj w Olkuszu takiej nie ma, nie pamiętają jej ani starsi mieszkańcy miasteczka, ani Piotr Nogieć. Być może wszystkie domy i magazyny przyklejone do wytwórni były lokalizowane jako „fabryczne”.

* *

Szkoła „jedynka” z ulicy Kantego to jednopiętrowy budynek z czerwonej cegły postawiony jeszcze w latach 20. XX wieku. Jakie warunki panowały w tym miejscu, gdy uczniem był młody Tadeusz Rydzyk, możemy sobie wyobrazić, czytając kronikę szkolną. Przy dacie 1 września 1953 roku widnieje wpis: „W obecnym roku szkolnym szkoła liczy 597 uczniów w 17 oddziałach. Budynek szkoły wypełniony po brzegi na obu zmianach. W klasach ciasno, a w czasie przerwy tłok”.

W kronice nie ma żadnej wzmianki o Tadeuszu.

Może dlatego, że mały Rydzyk nauki nie rozpoczyna tutaj, w głównym budynku, tylko w nieistniejącej już czteroklasowej filii „jedynki” tuż obok fabryki. Tak przynajmniej twierdzą rówieśnicy Ojca Dyrektora z przyzakładowego osiedla – oni też się w tej filii uczyli. Jak mówią, szkółka przypominająca wiejską chałupinę miała tylko dwie izby lekcyjne opalane piecem.

W 1957 roku Tadzio przechodzi stąd do nowej Szkoły Powszechnej nr 3.

„Trójka” to większy, piętrowy gmach z dwuspadowym dachem. Ze swej sutereny przy fabryce dwunastoletni Tadeuszek idzie tutaj – gruntową drogą pod górkę – jakieś pięć minut.

– Z zachowania zawsze miał najwyższą ocenę, czyli „bardzo dobry” – mówi nam w 2013 roku dyrektorka szkoły Małgorzata Goc. Jakie były inne stopnie – nie zdradza. „Trójka” ma arkusz ocen Tadeusza Rydzyka, ale strzegą go przepisy o ochronie danych osobowych.

Dyrektor Goc mówi krótko: – Radził sobie.

Na pewno był dobry z muzyki. Od dziecka lubi śpiewać. Śpiewa w kościele i przed kościołem, gdzie olkuszanie witają pielgrzymki idące przez miasteczko od strony odległego o 70 kilometrów sanktuarium maryjnego w Kalwarii Zebrzydowskiej.

„Śpiewałem tak głośno, że ludzie mnie później zaczepiali: »To ten, co tak głośno śpiewał« – opowiada w wywiadzie rzece. – To były ładne pieśni, chwytliwe, wpadające w ucho. Pamiętam nauczycielkę, która mieszkała blisko nas, uczyła muzyki i grała na fortepianie. Tak marzyłem o tym fortepianie...”.

Jest koniec lat 50. Mały Tadzio, jeszcze uczeń „trójki”, staje pod oknami „pani profesor” i słucha jej gry. Prosi mamę i tatę o pianino, ale słyszy, że rodzice nie mają pieniędzy. Dopiero gdy PZU wypłaca odszkodowanie za wypadek kolejowy o pięć lat starszego brata Mirka – uciętą nogę i zmasakrowaną stopę – przyszły Ojciec Dyrektor dostaje od mamy akordeon. Zaczyna uczyć się samodzielnej gry, szybko okazuje się jednak, że z tego instrumentu wiele się nie wyciśnie – jest technicznie za słaby. Lepszy akordeon, niemieckie cacko marki Hohner, stoi na wystawie jednego z prywatnych sklepików w centrum. Używany, chyba jeszcze przedwojenny, ale w doskonałym stanie, z perłowo połyskującym frontem.

Tadeusz często staje przed sklepową witryną tylko po to, by popatrzeć na ten skarb.

Nigdy go nie będzie miał.

* *

Jednym z najmilej wspominanych prezentów od mamy jest ładnie oprawiona książeczka do nabożeństwa z barwionymi na czerwono rantami stron. W środku litanie, modlitwy, spisy przykazań, formuły spowiedzi. Matka kupuje synowi ten tzw. mszalik w małym – niewiele ponad metr na metr – sklepiku z dewocjonaliami, z którego nastolatek zapamiętuje głównie święte obrazki. – Prawie tak piękne jak te z Włoch – opowie wiele lat później.

I takie właśnie są wspomnienia Ojca Dyrektora. Jest szaro-buro, biednie, jednak nikt nie umiera z głodu, a mama – osoba religijna i gorliwie praktykująca – przekazuje prostą, prawdziwą wiarę. Gdy ma dobry nastrój, lubi pośpiewać zasłyszane w kościele pieśni, czasem sama w kuchni, innym razem – w niedzielne popołudnie na podwórzu, w gronie sąsiadek.

Wdowa Rydzykowa i inne kobiety o spracowanych dłoniach, siedząc na rozchwianych ławkach, śpiewają „Wisi na krzyżu Pan Stwórca nieba...”, a za domem zgrzytają wagony i huczą stare, sfatygowane maszyny do produkcji garów – olkuska fabryka usiłuje wykonać plan pięcioletni.

Polityka wkracza w życie małego Tadeusza kilkakrotnie. Pierwsze zetknięcie ojciec Rydzyk wspomina w rozmowie z własnym „Naszym Dziennikiem”, który jest od 1998 roku przedłużeniem Radia Maryja w druku.

„Należałem do harcerstwa, takiego czerwonego harcerstwa, z którego mnie wyrzucili w drugiej klasie. Nie chodziłem na zbiórki, bo były zawsze w niedzielę. Dwa razy poszedłem (...) i nie zdążyłem na Mszę Świętą, bo nas długo trzymali. A do tego druh drużynowy przeklinał, jak nie wiem co. To po co takie harcerstwo? [Potem] kiedy zmarł Bierut, w szkole przez głośniki nadawane było sprawozdanie z pogrzebu. Wszyscy uczniowie siedzieli w ławkach w czerwonych chustach, tylko ja jeden nie miałem takiej chusty. Byłem już napiętnowany w całej klasie”.

Ksiądz Tadeusz, mówiąc o „czerwonym harcerstwie”, nie ma na myśli lewicowej, antyklerykalnej organizacji, która istotnie się tak nazywała, a która zakończyła żywot w 1939 roku. Chodzi mu o zwykłe harcerstwo, przedwojennej jeszcze proweniencji, które komuniści przerabiają po wojnie na coś w rodzaju sowieckiego ruchu pionierów. Szare i zielone mundurki plus czerwone chusty. Przynależność jest dobrze widziana przez władze szkolne, ale nie obowiązkowa.

No, chyba że wszyscy należą, a tylko jeden – nie. Wtedy można to już nazwać manifestacją.

Druga z historii politycznych jest wręcz niewiarygodna. Mały Tadzio słyszy rozmowę między rodzicami i sąsiadką, która opowiada o mężu – kierowniku zwolnionym z Fabryki Naczyń Emaliowanych. Kobieta mówi, że w desperacji pojechała na skargę do Komitetu Centralnego PZPR. W stolicy przejechała dorożką z Dworca Głównego do Domu Partii na rogu Nowego Światu i Alej Jerozolimskich. Wszystko wyjaśniła zaludniającym ten budynek towarzyszom. Udało się załatwić przywrócenie męża do pracy.

Przyszły Ojciec Dyrektor dobrze zapamiętuje tę opowieść. We wspomnieniach redemptorysty czytamy, jakie są jej konsekwencje. Gdy jeden z jego braci zostaje zatrzymany i brutalnie pobity przez milicjantów za wejście na teren dworca bez peronówki, on sam, uczeń piątej klasy szkoły powszechnej, postanawia wybrać się do centrali PZPR po sprawiedliwość.

„Nie powiedziałem o tym nikomu, ale poczyniwszy pewne przygotowania, wybrałem się pociągiem” – mówi po latach.

Nigdy w życiu nie był w stolicy. Dworzec Główny jest z dziecięcej perspektywy ogromny, a dorożkarz nie chce zabrać takiego małego smyka do KC. Upór jednak zwycięża. Tadzio jedzie tramwajem, trochę idzie pieszo. W końcu podchodzi pod monumentalny, wybudowany ledwo kilka lat wcześniej „Biały Dom”. Obłożone kamienną elewacją gmaszysko jest większe od olkuskiego kościoła. Większe od dwóch kościołów! Tadzio jeszcze czegoś takiego nie widział. Wchodzi najpierw do wysokiego i przestronnego pomieszczenia pełnego spieszących się ludzi, potem nieśmiało staje przy wielkiej ladzie przypominającej sklepowy kontuar pomnożony przez dziesięć. To tutaj selekcjonuje się petentów przybywających z całego kraju, by coś załatwić, poskarżyć się partii, donieść na kierownika, poprosić o przyspieszone rozpatrzenie jakiegoś podania. Administracja partyjna dubluje państwową, a ponieważ jest od niej ważniejsza – w tym budynku można załatwić, albo wyżebrać, prawie wszystko.

„Podszedłem i wyłuszczyłem mój problem – wspomina później. – Właśnie przechodziła jakaś urzędniczka i ona się mną zajęła. Najpierw zaprowadziła mnie na śniadanie, później zawiozła gdzieś na jakieś piętro. Kazała mi usiąść i czekać. Przyjmował mnie człowiek, który nie bardzo wiedział, co ze mną zrobić. W końcu wsadzili mnie do [powrotnego] pociągu i zasnąłem”.

W drodze do Olkusza dwunastoletni Tadeusz budzi się i z przerażeniem stwierdza, że nie jest już w przedziale, ale...

„...na czyichś rękach! Zauważyłem, że jakiś mężczyzna mnie niesie. To było już za jakimś miastem. Zobaczyłem przy tym mężczyźnie jakichś ludzi. Zacząłem wtedy krzyczeć, płakać: »Puśćcie mnie!«. Nagle pojawiła się kobieta z dzieckiem: »Zostawcie go, czego chcecie od tego dziecka? Puśćcie go!«. I oni mnie puścili. Potem ta kobieta oddała mnie pod opiekę sympatycznym milicjantom. Trafiłem na komisariat i tam już czekałem na pociąg do Olkusza. Myślę, że te przygody zahartowały mnie, nauczyły, żeby się nigdy nie poddawać”.

Mama wita wracającego synka ze łzami w oczach. Tadeusz nie przyznaje się, że jakiś typ usiłował go porwać. Nie chce mamy przestraszyć.

* *

Biologicznego ojca kapłan nie przywołuje w opowieściach prawie nigdy. W jednym z wywiadów ujawnia jednak ni stąd, ni zowąd, że tata „zniechęcił go do futbolu”.

Zebrani wokół boiska w miejskim parku olkuscy kibice piją wódkę z butelek, palą papierosy bez filtra, plują, przeklinają i wyzywają kibiców drużyn przeciwnych.

„Takie pozostało mi doświadczenie – wspomina potem dyrektor. – Tymczasem w domu uczono mnie czegoś innego: »Pan Jezus cię widzi – jak mówisz brzydkie słowo, to Jego ranisz«. Ale nie narzekam na to, bo są też dobre skutki tej sytuacji – nie tracę czasu na kibicowanie”.

Inne wspomnienia o tacie: „nie posyłał do kościoła”, ponieważ „miał dystans do religii”. Jeszcze inne: „niespecjalnie interesował się życiem swoich pociech”.

– Jest mi trudno o tym mówić, bo bym się rozpłakał – wyznaje Ojciec Dyrektor na wspominkowym spotkaniu Rodziny Radia Maryja w Olkuszu w 2007 roku. A w późniejszym o rok wywiadzie dla „Naszego Dziennika” dodaje: „Pamiętam, jak ktoś »życzliwy« przysłał mi gazetę z jednej części Polski. Był w niej artykuł o moich rodzicach, mojej matce i moim ojcu. Same kłamstwa. Wyrzuciłem tę gazetę, nie czytałem tego”.

Wspomniany artykuł prawdopodobnie był przedrukiem fragmentu książki „W imię ojca. Fenomen Tadeusza Rydzyka” autorstwa Konrada Piskały i Tomasza Potkaja. Autorzy piszą, że w seminarium zakonnym redemptoryści postawili młodemu adeptowi warunek: jeżeli jego matka i ojczym nie uregulują swojej sytuacji małżeńskiej (czytaj: nie wezmą ślubu kościelnego), Tadeusz nie otrzyma święceń. Problem został rozwiązany dość brutalnie: nie poprzez ożenek, ale przez eksmisję konkubenta-pijaka w roku 1970, lub kolejnym.

Tę wersję rozstania z tatą potwierdza nam mieszkaniec Olkusza, który w latach 50. kolegował się z młodym Tadkiem, a teraz „nie chce mieć z nim nic wspólnego” i nie zgadza się na spotkanie z dziennikarzem. Możemy porozmawiać za pośrednictwem Piotra Nogiecia. My pytamy, Nogieć powtarza pytanie do słuchawki, dawny kolega Ojca Dyrektora odpowiada. Jego relacja w skrócie:

– Matka Tadeusza w czasie wojny mieszkała z kilkorgiem dzieci bez męża. Wszystkie starsze były Franciszka Rydzyka, tylko Tadek i jego młodszy brat – nieślubni. Ich ojciec, Kordaszewski, wprowadził się do sutereny wdowy Rydzykowej i mieszkał z nią do czasu, aż Tadeusz, już w średnim seminarium duchownym, pod naciskiem swoich zakonników wysiedlił go z domu. Słyszałem, że Kordaszewski błąkał się potem to tu, to tam. Zmarł gdzieś na Śląsku.

2.MŁODOŚĆ.SMAK PIOŁUNU I RYTM BIGBITU
Mówiłem do Jezusa: „Daj mi jakieś środki...”

Pod koniec lat 50. mały Tadeusz chodzi i jeździ z matką na pielgrzymki. Te bliższe – do Częstochowy i Kalwarii Zebrzydowskiej – oraz dalsze – między innymi do sanktuarium Matki Boskiej Tuchowskiej. Tuchów – sześciotysięczne miasteczko w pobliżu Tarnowa – słynie cudownym obrazem: renesansowa Matka Boża Tuchowska jest równie delikatna jak ta z olkuskiej fary. W ręce trzyma rozkwitłą białą różę. Co roku – na Wielki Odpust organizowany przez redemptorystów z miejscowego klasztoru – przybywa tutaj po kilkadziesiąt, a czasem i sto tysięcy ludzi. Między innymi uczeń Rydzyk.

Przyglądamy się szkolnemu zdjęciu z ostatniej, siódmej, klasy. Dzieci starsze – a może tylko bardziej rozwinięte fizycznie – wymieszane z młodszymi. W pierwszym rzędzie siedzi po turecku drobnokościsty, uroczo uśmiechnięty blondynek. Ma bardzo regularne rysy i wyraźny podbródek – jest z całą pewnością najładniejszym chłopcem spośród siedemnastu na fotografii. Proste włosy, jaśniejsze od tych, które znamy z późniejszych zdjęć, ma zaczesane w przedziałek. Nie nosi jeszcze okularów, ale zmrużone oczy wskazują na to, że być może powinien. Flanelowa koszula z kołnierzykiem i kieszeniami na piersiach, nieco za krótkie spodnie, na stopach papcie albo tenisówki – dokładnie nie widać. Aż trudno uwierzyć, że ta kruszynka za rok dokona wyborów, które zadecydują o całej jego przyszłości.

„Po szkole podstawowej (...) najpierw myślałem, że będę chyba komunistą – wspomina w rozmowie z Szymonem Cieślarem. – Ci propagatorzy komunizmu tak idealizowali... Ale gdy później uświadomiłem sobie, jak oni kłamią, kategorycznie stwierdziłem: »Nigdy w życiu! Jeżeli nie komunistą, to może zostanę chemikiem«. Chemia mi się też podobała. (...) Bałem się, że gdy zostanę w Olkuszu, to będę robił to samo, co inni. Nieraz patrzyłem na starszych kolegów, którzy zaczynali pić (...). Czułem, że muszę stamtąd uciec. I zacząłem szukać”.

Najpierw bezskutecznie próbuje się dostać do olkuskiego liceum. Nie przyjmują go – ma zbyt słabe świadectwo. Rodzice wysyłają go do zawodówki. Idzie na warsztaty, wita się z przyszłymi robotnikami Emalii. Dostaje od nauczyciela pilnik, którym ma obrobić drewnianą kostkę. Potem opiłowuje kawał metalu. Szlifuje go godzinami – tępa, mozolna praca, której sensu nie widać.

Młody Tadek marzy o czymś innym niż stanowisko pracy przy zatłuszczonym imadle. O czymś innym niż harowanie do wypłaty i picie wódki po niej. Chce innego towarzystwa.

Jedzie do Katowic. Z kupionego przez mamę czasopisma „Msza Święta” wie, że mają tam niższe seminarium. Aby do niego wstąpić, wystarczy ukończone siedem klas.

Niestety – w Katowicach go nie przyjmują.

„Rozmawiałem z jakąś siostrą zakonną i księdzem. Mieli obiekcje, że jestem za młody, prosili, żeby przyjść później” – wspomina w rozmowie z Cieślarem.

„Później” to znaczy „nie wiadomo kiedy”, a może „nigdy”. Piętnastoletni Tadeusz nie chce i nie może czekać. Jest tak zdesperowany, że jedzie do Tuchowa, do klasztoru. Według niektórych źródeł namawia go do tego starszy o dwa lata olkuski kolega, Leszek Gajda, który ma już za sobą niższe seminarium duchowne w Toruniu. Ksiądz Gajda – przyszły prowincjał zakonu w Polsce – prawie równocześnie z Tadeuszem wstępuje do nowicjatu redemptorystów, tyle że nie w Tuchowie, ale jeszcze dalej od Olkusza – w Braniewie.

Skoro kolega może jechać aż nad Zalew Wiślany, to czy Tadeusz nie da rady dotrzeć bez mamy do Tuchowa? Co to za wyczyn dla kogoś, kto sam pojechał do Komitetu Centralnego?

W Tuchowie trwa właśnie odpust.

„Znalazłem klasztor. Uczestniczyłem w sumie. (...) Najpierw nie podobali mi się ci redemptoryści. Nie podobał mi się ich strój, klerycy bladzi, wychudzeni, ostrzyżeni na zero. (...) Podszedłem do furty. Miałem mieszane uczucia, w tłumie był ktoś psychicznie chory, rozdawali ludziom jakąś zupę. Furta była ciasna – ludzi pełno, czuć tę zupę i pot. Ale kiedy wyszedł jeden ojciec i tak ładnie się uśmiechnął, zrozumiałem wszystko. Spodobała mi się właśnie taka życzliwość, serce do człowieka. W zakonie redemptorystów podoba mi się po pierwsze to, że są misjonarzami. A po drugie to, że mają kontakt z ludźmi”.

Zdecydowany na wstąpienie w szeregi zakonne Tadeusz wraca do Olkusza, by zakomunikować swe postanowienie rodzinie. O planach dowiadują się także sąsiedzi – i nie tylko. Do domu przychodzi milicjant i ustnie wzywa na komendę.

– W Olkuszu ludzie bardzo bali się milicji i komunistów, liczyli się jakoś z nimi – wspomina po latach kapłan. – Rodzice też coś mówili, chociaż nie wszystko, ale się wyczuwało, że coś jest nie tak, że jest jakiś lęk. W domu starszy brat powiedział mi kiedyś: „Tadeusz, uważaj na nich, to są nygusy”. Tylko tyle mi powiedział.

Mocno wystraszony Tadeusz prosi brata, by go odprowadził pod drzwi komisariatu. Na miejscu okazuje się, że przyszłego księdza będzie przesłuchiwał sam zastępca komendanta. Prawdopodobnie to esbek, choć nastoletni chłopak nie może tego wiedzieć. Siada przed nim i odpowiada na pytania. Pierwsze są standardowe: imię, nazwisko, adres, imiona rodziców, adres szkoły, nazwisko panieńskie matki, przynależność do organizacji młodzieżowych i tak dalej. Wreszcie pada pytanie: „Dlaczego chcesz być księdzem?”.

– Przypomniałem sobie wtedy to, co mi mój brat powiedział: „Uważaj na tych nygusów”. Pomyślałem, patrząc na niego: „Ty nygusie, ty nygusie!”. Ale co ja mu powiem? Przede wszystkim, co go to obchodzi? Po co mnie pyta?

Tadeusz odpowiada hardo:

– Bo mi życie zbrzydło!

* *

Zgromadzenie Najświętszego Odkupiciela (Congregatio Sanctissimi Redemptoris CSsR) założył w 1732 roku włoski prawnik i erudyta, a później ksiądz i święty katolicki Alfons Maria Liguori. Od dziecka rysował i malował, wykonywał projekty architektoniczne, pięknie śpiewał. Grał na klawesynie i gitarze. Komponował muzykę, a jedną z jego kolęd zachwycał się sam Giuseppe Verdi. W wieku 16 lat został adwokatem, ale zasłynął przede wszystkim jako znakomity teolog, któremu po latach przyznano tytuł doktora Kościoła. Jego dzieło z zakresu teologii moralnej stało się podręcznikiem do nauczania tego przedmiotu w seminariach katolickich obowiązującym aż do Soboru Watykańskiego II. Jan Paweł II nazwał Alfonsa Marię „odnowicielem życia moralnego”, a Benedykt XVI „mistrzem modlitwy”. Na tak zwaną medytację alfonsjańską – jedną z trzech najpopularniejszych w religii katolickiej – składają się m.in.: czytanie fragmentu Pisma Świętego, wyznanie wiary i prośba o światło Ducha Świętego, refleksja nad własnym życiem, szczera rozmowa z Bogiem i podjęcie dobrego postanowienia.

Twórca tej medytacji – i zgromadzenia zakonnego – pracował i nauczał w najbiedniejszych częściach Neapolu oraz za miastem, wśród górskich pasterzy kóz. Mówił przystępnie, grał biedakom skoczne piosenki na gitarze, hagiografowie wspominają, że miał świetny kontakt z młodymi ludźmi. Gdy trzeba było, sprzedawał własny majątek, by wspomóc głodujących. Powołane przezeń zgromadzenie za cel postawiło sobie niesienie pomocy – i światła wiary – nędzarzom, bezdomnym, kalekim i niewykształconym. Wykluczonym.

„Miłujcie się wzajemnie jak Ja was umiłowałem” – te słowa Chrystusa stanowią „zawołanie” i charyzmat zgromadzenia, którego statutowym celem jest głoszenie odkupienia zarówno ubogim materialnie, jak i duchowo. W praktyce oznacza to prowadzenie misji zagranicznych i rekolekcji. Redemptoryści pracują jako kapelani szpitali, przytułków, hospicjów. W krajach, w których jest to możliwe, katechizują dzieci w szkołach, gdzie indziej – przy klasztorach.

W Rzeczypospolitej Obojga Narodów zakonnicy pojawiają się w 1787 roku, tuż przed upadkiem państwa. Od wezwania swego głównego klasztoru – przy kościele św. Benona w Warszawie – określani są początkowo benonitami. W początkach XIX wieku władze Księstwa Warszawskiego wydalają braciszków i ojców – określanych także jako krypto jezuici – pod zarzutem szpiegostwa na rzecz Królestwa Prus. Ale Tuchów do Księstwa nie należy. Do miasteczka na głębokiej austro-węgierskiej prowincji zakonnicy sprowadzają się późno, bo dopiero w 1893 roku. Zajmują kościół należący wcześniej do benedyktynów, a potem – jezuitów. Świątynia – zwieńczona barokowymi hełmami podobnymi nieco do cerkiewnych kopuł – do dziś góruje nad okolicą. Nosi wezwanie Nawiedzenia Najświętszej Marii Panny. Obok – pięciokondygnacyjny klasztor. Grube mury, wysokie sklepienia, wnętrza zimą lodowate, latem – wilgotne, przez większą część roku – ciemne. Skrzypiące drewniane podłogi i przepastne piwnice.

„Myliśmy się tylko w zimnej wodzie i dla takich chłopaków, którzy byli rozpieszczeni, to nie było proste – wspomina ojciec Tadeusz w wywiadzie rzece. – Albo ta pobudka o bardzo wczesnej godzinie i podniesienie się z łóżka zaraz po przebudzeniu. Kładzenie się spać o odpowiedniej porze i to wszystko bez względu na to, czy się chce, czy nie. Ktoś nazwie to regulaminem, ale te formy dyscypliny można potraktować jako ascezę”.

Śp. Lech Kaczyński w Tuchowie. Za prezydentem – słynąca cudami ikona Matka Boska Tuchowska z Białą Różą.Mały Tadeusz jako uczeń pielgrzymował do tego sanktuarium, by potem wstąpić tu do klasztoru. Datki na radio do dzisiaj nazywa „różą dla Maryi”. A zmarły pod Smoleńskiem prezydent jest jedną z radiowych ikon.

Wewnętrzny hart kandydatów na braci zakonnych kształtowany jest wieloma zasadami: poza posiłkami przy wspólnym stole nie można bez specjalnego pozwolenia nie tylko nic zjeść, ale nawet napić się szklanki wody. W jednej z sal stoi puszka, a w niej – piołun, czyli sproszkowana bylica zwana także psią rutą. Jej intensywnie gorzki smak wykrzywia twarz i utrzymuje się w ustach bardzo, bardzo długo. Jeśli któremuś z młodzieńców chce się pić, to zgodnie z zaleceniami opiekunów powinien umartwić swe usta i język piołunem – aby tym bardziej zapanować nad pragnieniami.

Dziś piołunu już w Tuchowie nie serwują. Nie ma także niższego seminarium – juwenatu. Pół wieku temu skończyły się czasy zakonnych braci – odtąd są tylko ojcowie. Każdy redemptorysta musi mieć co najmniej maturę. Młodego Tadeusza ta reforma obejmuje również. W 1962 roku, jako siedemnastolatek, trafia do klasztoru w Braniewie, gdzie ma się podciągnąć na tyle, by mógł przystąpić do egzaminu dojrzałości.

* *

– Gdy tu przyjechał z Tuchowa, był bardzo niedojrzały. Odbiegał poziomem wiedzy od reszty – mówi jeden z jego nauczycieli.

– Nie radził sobie z fizyką, matematyką, ale nie tylko. Napisaliśmy opinię, że się nie nadaje. Uważaliśmy, że nie poradzi sobie w życiu zakonnym, ale ostatecznie jego opiekun podał nam mocny argument: „Na co księdzu matematyka?”. Trudno mi było nie przyznać racji. I Rydzyk został w zakonie. Był bardzo posłusznym, grzecznym chłopcem. Trochę nam przypominał św. Gerarda Majellę.

Majella to zakonny święty z XVIII wieku. Pochodził z prostej, ubogiej rodziny krawca szyjącego ubrania mieszkańcom wioski Muro Lucano położonej w dolnej części włoskiego buta – w prowincji Potenza. Ojciec osierocił chłopca w wieku 12 lat. Młodziutki Gerard bezskutecznie starał się o przyjęcie w szeregi duchownych – najpierw chciał wstąpić do kapucynów, potem do Zgromadzenia Najświętszego Odkupiciela. Choć kilka razy go odrzucono, uparcie stukał do bram kolejnych klasztorów. W końcu został przyjęty jako ogrodnik u redemptorystów w Deliceto, nieco na północ od rodzinnych stron. Najpierw pielił grządki, potem cerował podarte habity, pilnował bramy, wreszcie opiekował się ciężko chorymi w infirmerii – skrzyżowaniu szpitala z przytułkiem. Jest patronem ciężarnych i rodzących, ponieważ został fałszywie oskarżony o wprowadzenie w stan błogosławiony pewnej niewiasty, która później okazała się oszustką. Legenda głosi, że nieobce były mu dary bilokacji (przebywania w dwóch miejscach naraz) i lewitacji.

Zarówno Gerarda, jak i młodego Tadeusza cechowało wyjątkowe posłuszeństwo.

– Niestety, nie był zbyt lotny – mówi ojciec Jerzy Galiński, były redemptorysta, który po wystąpieniu ze zgromadzenia sprawuje posługę jako proboszcz parafii św. Mikołaja w niemieckim Marktschellenbergu. To jeden z najstarszych znajomych przyszłego Ojca Dyrektora.

– Poznaliśmy się w 1962 roku w Braniewie. Ówczesny prowincjał wyznaczył czterech ojców, którzy mieli przygotowywać kleryków do matury. Wśród nauczających byłem i ja, a wśród eksternistycznych maturzystów – Rydzyk, a także jego kolega Jan Mikrut. Uczyłem ich matematyki, fizyki i chemii. Tadeuszowi nauka ciężko wchodziła do głowy.

Klasztor Redemptorystów w Braniewie. Młody kleryk Tadeusz przyjeżdża tu między innymi po to, aby podciągnąć się w nauce przed maturą. Dawni nauczyciele wspominają go jako „niezbyt lotnego”, lecz posłusznego ucznia. Choć jeden z nich już wtedy stwierdza proroczo: „Ty się nie mieścisz w zgromadzeniu”.

Jak udało nam się ustalić, klasy dziesiątą i jedenastą (w latach 1963-1965) kleryk Tadeusz ukończył w Korespondencyjnym Liceum Ogólnokształcącym w Olsztynie, gdzie napisał maturę.

* *

Ojciec Dyrektor – w wywiadach – nie opowiada, jak męczył się nad zeszytami. Woli wracać do miłych wspomnień z okresu Braniewa. Założył z innymi alumnami oktet – śpiewali przy akompaniamencie gitar kościelne pieśni, i nie tylko. Pewnego razu ktoś, może z jakiejś zagranicznej misji, przywiózł do klasztoru banjo. Zaczęło się granie w stylu country. Potem próby połączenia dźwięków mandoliny z gitarą klasyczną. W klasztornych murach, gdzie niosły się wcześniej jedynie pobożne pienia, zagościły całkiem niesłychane nuty.

„To były innowacje – mówi redemptorysta w rozmowie z Szymonem Cieślarem. – Ojciec [Karol] Szrant, wieloletni radny generalny zakonu, który wrócił do Polski z Rzymu i zobaczył te gitary, powiedział: »Nostra congregatio facta est«”. To znaczyło: „Nasze zgromadzenie jest już skończone. Był to bardzo pobożny ojciec, bardzo świątobliwy”.

Poza udziałem w zespole gitarowo-wokalnym kleryk Tadeusz opiekuje się chórkami: dziecięcym i ministranckim. Ponieważ robi to dobrze, dostaje do prowadzenia także „dorosły” chór parafialny, a potem większy: seminaryjny. Jego witalność i aktywność organizacyjno-artystyczna zwracają uwagę przełożonych. Niekoniecznie jest to uwaga życzliwa.

– Ty powinieneś iść do diecezji. Ty się nie mieścisz w zgromadzeniu – mówi do Tadeusza prefekt kleryków. Młody Rydzyk jest przerażony – czyżby miał stracić miejsce w klasztorze na rok przed święceniami?

– Przepraszam. Ale ja chcę być redemptorystą. Ja czuję, że mam zostać redemptorystą. Mnie pociąga misyjny duch – odpowiada lekko trzęsącym się głosem.

Prefekt jest nieugięty. Powtarza jeszcze raz to samo: – Ale ty się nie mieścisz w zgromadzeniu!

– To mnie bardzo przygnębiło – wspomina po latach ksiądz Rydzyk. – Opowiedziałem o wszystkim wiceprowincjałowi. A on na to: „Trzeba było powiedzieć [prefektowi], żeby on sobie to zgromadzenie poszerzył”.

Trudno się oprzeć wrażeniu, że – zarówno z ust prefekta, jak i zastępcy prowincjała – padły wówczas prorocze słowa.

* *

Bezpieka z Braniewa pilnie inwigiluje zakonników i alumnów. Kleryk Tadeusz wie już od swych nauczycieli, że esbecy to nie są zwykli milicjanci, tacy, co biją dzieci za brak peronówki. SB jest dużo bardziej niebezpieczna.

„Nie dawali spokoju – mówi po latach w rozmowie z „Naszym Dziennikiem”. – Ile przesłuchań, nacisków, krzyków, szantaży, żeby podpisać. Teraz jestem tylko ciekawy, co ci ludzie sobie myślą. Co jest w ich umysłach i sercach. Widzę, że bardzo wielu dobrze się powodzi, decydują o różnych sprawach (...). Nie chcę wymieniać nazwisk. To jest aż zaskakujące, że są tak wysoko w strukturach władzy. Tu nie chodzi tylko o jedną osobę”.

Mówiąc o „szantażach, żeby podpisać”, zakonnik ma zapewne na myśli rok 1962. Jest koniec zimy, do matury jeszcze trochę czasu, braniewscy klerycy idą na spacer przez zamarznięty Zalew Wiślany. Nieświadomie przekraczają granicę z ZSRR (dzisiejszy obwód kaliningradzki), a może tylko się do niej zbliżają. W każdym razie dwóch z nich zatrzymują sowieccy pogranicznicy. Najpierw częstują kanapkami, proponują nawet wódkę, potem przekazują w ręce polskich milicjantów i esbeków. Milicja nie aresztuje alumnów, ale incydent daje pretekst do prób werbunku.

„Najdłuższe przesłuchanie miało miejsce w Wielki Wtorek – wspomina Ojciec Dyrektor w rozmowie z Szymonem Cieślarem. – Szedłem na nie w habicie i myślałem: »Panie Jezu, to Wielki Tydzień, może to będzie mój Wielki Piątek. Pomóż mi tylko, żebym Cię nie zdradził«. Podczas przesłuchania człowiek ma burzę w głowie. Pamiętam do dziś ich wyzwiska, jakieś straszliwe krzyki...”.

Zanim esbecy rozpoczną przesłuchanie, długo trzymają kleryka Rydzyka w sekretariacie. Sekretarka pisze coś na maszynie i nie zwraca uwagi na siedzącego, który poci się w zimowym płaszczu. Tadeusz czeka w milczeniu, w myślach odmawia różaniec. Wreszcie wołają do pokoju. Każą pisać oświadczenie. Imię, nazwisko, miejsce stałego zamieszkania i pobytu, opis ostatnich wydarzeń...

– Jak dochodziło do jakiegoś punktu, z którym się nie zgadzałem, mówiłem: „To jest nieprawda, tego nie mogę napisać” – wspomina po latach redemptorysta. – Pamiętam, jak krzyczeli wtedy, żebym podpisał współpracę, żebym się z nimi gdzieś spotykał. Odpowiedziałem: „Możemy się spotykać tylko w klasztorze. Ja nigdzie nie pójdę. Bez przełożonych nic nie zrobię. O tym wszystkim muszę im powiedzieć”.

Esbecy zaczynają wrzeszczeć. Spotkanie i przesłuchanie jest tajne, pod żadnym pozorem nie wolno ujawniać nikomu treści rozmowy!

– Rozumiesz, co się do ciebie mówi czy nie?!

Młody alumn jest bliski paniki. Nie wie, co robić. Dopiero za piętnaście lat mecenas Jan Olszewski napisze swój najsłynniejszy poradnik „Obywatel a Służba Bezpieczeństwa”, w którym uświadomi (nielicznym czytelnikom podziemnej bibuły) prawa osoby wezwanej na tzw. rozmowę. Na razie jest początek lat 60., partią rządzi Władysław Gomułka, premierem jest inny komunista – Józef Cyrankiewicz. Po zrywie października 1956 i okresie odwilży PZPR i bezpieka znowu wzięły społeczeństwo pod but i nie zwalniają nacisku. Opozycja nie istnieje. Na prowincjonalnym posterunku milicji niespełna osiemnastoletni Tadeusz może się spodziewać wszystkiego najgorszego. A mimo to odmawia podpisu pod deklaracją milczenia i współpracy.

– Nie będziesz księdzem, jak nie podpiszesz! – mówi esbek.

– A dlaczego nie będę?

– Bo my cię opiszemy w prasie centralnej!

– I zaczęli mówić, co na mnie napiszą – wspomina po latach ksiądz Rydzyk. – Odpowiedziałem: „Przecież to jest nieprawda!”. „To nic, ale ty się nie obronisz”. Nie przyjmowali do wiadomości, że nie podpiszę deklaracji. Wtedy się uniosłem i krzyknąłem: „Trudno, może księdzem nie będę, ale Judaszem też nie będę! Dość tego!”. I dali mi spokój. To przesłuchanie trwało ponad trzy godziny. Później przesłuchania były systematyczne. Było ich wiele, w różnych miejscach. [A jeszcze] później zaczęli ostrzegać mnie ludzie. Przychodzili do mnie nawet ich współpracownicy. Pamiętam podczas spowiedzi w konfesjonale kilkakrotnie ktoś mówi, żebym uważał. (...) To były takie historie. Byli ludzie życzliwi, ale donosiciele też byli...

* *

1 lutego 1971 roku niespełna dwudziestosześcioletni Tadeusz Rydzyk składa wieczyste śluby zakonne. 20 czerwca tego samego roku przyjmuje święcenia kapłańskie. Pierwsza posada: katecheta w Toruniu.

Miasto – siedziba powiatu w województwie bydgoskim – liczy w tym czasie 140 tysięcy mieszkańców i szybko się rozwija. To już epoka Gierka – do kraju płyną pożyczone dewizy i nowe maszyny, a na budowach blokowisk żwawo obracają się dźwigi. Na południowy zachód od klasztoru Redemptorystów w dzielnicy Bielany rośnie nowy kampus Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, a dalej – przędzalnia Merinotex, gotowa zatrudnić każdą liczbę prządek i nawijaczek. Dymią wielkie kominy fabryki włókien sztucznych Elana, wytwórni kwasów przemysłowych Polchem i dużo mniejszy komin miejskiej rzeźni. Powstają solidne wieżowce osiedla Przy Kaszowniku i prędko sklecone betonowe bloki Rubinkowa. Rozrastają się willowe Wrzosy – dzielnica przedstawicieli tzw. prywatnej inicjatywy.

W ciągu najbliższych dziesięciu lat z okolicznych ubogich kujawskich wiosek zjedzie do miasta 50 tysięcy nowych lokatorów – jedni zajmą stancje na Wrzosach, inni – klitki w blokach.

Z wieży kościoła przy ulicy Świętego Józefa, w którym modli się młody katecheta Rydzyk, prócz akademików i dachów fabryk widać także połacie nieużytków i setki altanek postawionych na tak zwanych działkach pracowniczych. Przy ładnej pogodzie, patrząc na południowy wschód, można dostrzec – za linią lasu – czerwone dachy odległej o dwa kilometry gotyckiej Starówki. Patrząc na północny wschód – świeżo założone sady jabłoniowe na skraju dzielnicy Mokre. W jednym z nich wyrośnie kiedyś antena Radia Maryja.

Toruński kościół i klasztor ojców Redemptorystów przy ulicy Świętego Józefa. Ojciec Tadeusz był tutaj niegdyś skromnym katechetą (jeździł na motorowerze), dzisiaj jest najważniejszym lokatorem.

Na razie ojciec Tadeusz – w podziemiach kościoła – naucza religii dziatwę z kilku okolicznych szkół.

– Pamiętam, że nie miałem nic – wspomni po latach. – W klasztorze mogłem dostać posiłek (...) po koszarach niemieckich pozostała szafa, biurko. To wszystko było czyste i to wystarczyło. Prywatnie nie potrzeba nic więcej.

Parafianin, który pamięta młodego księdza z tamtych czasów, mówi, że coś jednak miał: motorower marki Jawa.

– Habit zawijał i po działkach na tym skuterku śmigał. Inni w tym czasie na rowerach, a on szybciutko, z silnikiem bzyk-bzyk... różne rzeczy załatwiał.

Trzeba było coś stale załatwiać, ponieważ...

– ...nie miałem niczego dla młodzieży ani dla dzieci – wspomina zakonnik.

I pamięć go tutaj nie zawodzi. Mieszkającym na działkach pracowniczych wokół klasztoru – w prowizorycznych domach bez wody i toalety – brakuje wówczas dosłownie wszystkiego. Na Bielanach dużo jest baraków socjalnych, gdzie lądują rodziny już całkowicie patologiczne. W tych – jak się tu mówi – „przewróconych wieżowcach” królują wódka i przemoc. Chłopcy z baraków są agresywni, dziewczynki chodzą brudne, bywa, że pobite. Nie w głowie im katecheza i ministrantura, do której zachęca młody ksiądz.

„Nie miałem wówczas pieniędzy nawet na to, żeby im kupić cukierki. Na nic nie miałem pieniędzy – wspomina ojciec Rydzyk w biograficznym wywiadzie. – A jednak znajdowali się ludzie, którzy mnie czasem wspomagali. Mówiłem wówczas do Jezusa: »Daj mi jakieś środki, żebym chociaż mógł dać dzieciom, ministrantom jakieś gry, piłkę, zorganizować wycieczkę«. Bo mimo panującego komunizmu ministrantów przychodziło dużo. Gdy kończyłem pracę w Toruniu, było ich ponad dwustu. (...) Pamiętam radość, jaka była, gdy zdobyliśmy stół do ping-ponga albo tak zwane piłkarzyki. To już były inwestycje nie z tej ziemi!”.

– Jak miał swą pierwszą mszę poprowadzić, dostał od kogoś w prezencie 12-strunową gitarę, od innego magnetofon – opowiada nam dawny współpracownik Radia Maryja. Na tamte czasy bardzo dobry sprzęt, szpulowy Sony. Później zamienił go na kaseciaka. Był postępowy technicznie i ideowo. Spotykał się z młodzieżą przy ognisku, grał na tej gitarze, puszczał różną muzykę chrześcijańską. A w tamtych czasach nie było tak prosto zorganizować wycieczkę z parafii. Esbecja się tym interesowała, wszystko musiało być utajnione. Jak się wyjeżdżało, to ojciec był dla niepoznaki bez koloratki, mówiło się do niego „wujku”. W 1972 i 1973 roku zorganizował wycieczki dla ministrantów z Torunia. Pojechali pociągiem do Krakowa, później jeździli na rowerach po górach. Starsi ojcowie, jego przełożeni, nie rozumieli tego. Były konflikty. On ich, po prawdzie, wcale nie unikał. Jako człowiek ciągle potrzebuje wody i ognia. Gdy nie ma wroga, musi go sobie znaleźć, inaczej by zastygł. Coś musi go napędzać. Ale ma różne okresy, czasem się uspokaja.

* *

W czasie gdy ojciec Tadeusz uczy na toruńskich Bielanach, w Krakowie i Częstochowie odbywają się kolejne edycje festiwalu Sacrosong. Protektorem imprez jest kardynał Karol Wojtyła. Młodzi poeci z całego kraju piszą teksty, rodzą się kościelne hity – pieśni takie jak „Barka”, ulubiona melodia przyszłego Jana Pawła II. Ojciec Rydzyk chce czegoś podobnego u siebie. Organizuje zespół bigbitowy, który ma przygrywać na przedpołudniowych mszach dla młodzieży.

Angaż do zespołu dostaje m.in. młody Jurek Wenderlich, późniejszy wicemarszałek Sejmu i wiceprzewodniczący Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Gdy prosimy go o rozmowę, zastrzega, że choć rozmawiając z innymi duchownymi, zwraca się do nich „proszę księdza”, to w przypadku ojca Tadeusza będzie mówił tylko „Rydzyk”.

– Dlaczego się tak nie lubicie? – pytamy.

– Dlatego że on po wielekroć niegodziwie korzystał z anteny. W czasie jednej z kampanii wyborczych zaczął opowiadać o mnie tak niesamowite rzeczy, że wstydzę się je powtórzyć. Moja nieżyjąca już mama strasznie to przeżyła, okupiła zdrowiem.

– Co takiego powiedział? My obaj regularnie słuchamy Radia Maryja, a jakoś na te „niesamowitości” nie trafiliśmy.

– Nie powiem, bo być może ktoś mógłby uwierzyć, że w tych podłościach była jakaś prawda. Kiedy doszło do apogeum pomówień, zatelefonowałem do biskupa toruńskiego Andrzeja Suskiego. I on się z Rydzykiem rozmówił. I zahamował tę podłość.

– Ale o najdawniejszych latach nam pan opowie?

– Tak. Mój ojciec miał duży zakład ogrodniczy, mieszkaliśmy na terenie parafii redemptorystów. Chodziłem do trzeciej lub czwartej klasy liceum, gdy rozległ się telefon w biurze taty. Usłyszałem: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”, odpowiedziałem: „Na wieki wieków”. Rydzyk się przedstawił z nazwiska, mówił, że jest księdzem i że dzwoni do mnie, bo kompletuje zespół, a dowiedział się, że „w państwa rodzinie” jest właśnie chłopak, o którym mówią, że chodzi do liceum i gra muzykę rozrywkową w klubie studenckim Od Nowa.

Powiedziałem: „To jestem ja”. A on: „No to się świetnie składa, dlatego że już mam perkusistę, organistę, gitarzystów, ale chciałem, żeby tam były skrzypce”. Spodobało mi się to. Słyszałem o mszach bigbitowych w kościołach w Warszawie i wydawało mi się, że to jest ciekawa rzecz. Od razu się zgodziłem.

Msza bigbitowa to całkowicie klasyczne nabożeństwo, różniące się jedynie tym, że liturgia częściej niż zwykle przeplatana jest muzyką. Wierni śpiewają, a podkład muzyczny – zamiast organów – daje zespół o składzie zbliżonym do rockowego bandu. Największym novum jest oczywiście obecność perkusji.

– W naszym składzie była gitara solowa, basowa, perkusja i organy elektronowe – wtedy tak to się nazywało. No i moje skrzypce. Rydzyk w tamtych latach nie był jeszcze takim strażnikiem świętego ognia. Ludzie na te msze, które zdaje się były o dziesiątej i o jedenastej, walili drzwiami i oknami, trzeba było wystawiać przed kościół kolumny, bo się nie mieścili, stali na chodniku i ulicy. Nas było doskonale widać, graliśmy na chórze po lewej stronie, u góry od strony ołtarza. Przychodziło dużo dziewczyn i chodziliśmy w glorii ludzi, którzy wprowadzają coś modnego. Zakładałem koszule w jakieś kwiaty, esy-floresy. Byliśmy cali szczęśliwi, kiedy dorośli patrzyli na księdza, a dziewczyny – z uwielbieniem na ten chór, gdzie gra nasz zespół. Sam Rydzyk nie grał na żadnym instrumencie, ale potrafił podejść do tych moich skrzypiec, szarpnąć za strunę i jak wydawały dźwięk, miał tak zafascynowaną twarz, że on pociągnął za strunę, a tu się coś odezwało. Widać było, że jemu to sprawiało przyjemność.

– Był dobrym menedżerem zespołu?

– Dobrym i wyrozumiałym. Czuł ducha młodzieży. Raz przed nabożeństwem, gdy staliśmy już na tym chórze i zbierali się ludzie, ja pod pretekstem, że coś tam jeszcze ćwiczę, zagrałem jakieś takie jazzujące kawałki, ragtime... Że niby się rozgrywam, ale już była przystawka włączona, którą Rydzyk mi ściągnął z zagranicy, i to wszystko na kolumny poszło. Ludzie czekający na mszę to słyszeli. Bałem się, nawet myślałem, że to straszny grzech wobec tej świątyni. A Rydzyk – chociaż to usłyszał – nie zwrócił mi uwagi. Jak raz się nic nie stało, to potem co niedziela sobie jakiś kawałek zagrałem.

– Dostawaliście zapłatę za granie?

– Ja już wtedy miałem swoje pieniądze, bo pracowałem u ojca w weekendy i w wakacje i oczywiście na tej mszy grałbym za darmo, bo to był szpan, ale on sam zaproponował, że będzie płacić. Nie tylko za msze, ale również za próby. Pochodziłem z zamożniejszej rodziny, ale czułem, że te pieniądze mają wartość, więc to musiały być kwoty dość spore.

– Jakim wydawał się człowiekiem?

– Był uśmiechnięty, żartujący... Wprowadzał do kościoła coś nowego, łamał kanon klasycznej świątyni, nie nosił w sobie żadnej doktryny. Nie potrafię powiedzieć, skąd te szalone wypowiedzi potem, wtedy rozmawiał zupełnie normalnie. Nie utkwiła mi w pamięci żadna scenka, w której wychodziłoby z niego to, co później wyszło. On się zachowywał tak jak my. Podobnie żartował, rozmawiał, nie było tam pychy, wyniosłości. Był bardzo otwarty. Ta jego dalsza przemiana to tak jakby człowiek trzymał rozżarzony węgiel i raptem, niby to jest to samo, ale za parę lat trzyma w ręku kostkę lodu.

– To prawda, że wtedy byliście na ty?

– Nawet jeśli tak było, to nie chcę do tego wracać ze względu na to, co ten człowiek teraz wyprawia.

* *

Organizacja toruńskiej edycji Sacrosongu, w której uczestniczy młody zakonnik, znów przyciąga uwagę bezpieki. W bydgoskim biurze IPN leży do dziś teczka pochodząca z bydgoskiej Komendy Wojewódzkiej MO Wydział IV (do spraw kościelnych), a w niej materiały poświęcone piątej odsłonie festiwalu, która odbyła się między 20 a 23 września 1973 roku.

Bezpieka nadała sprawie kryptonim „Fanfaroni” i pracowała nad nią pełną parą, bo teczka liczy aż 284 strony. Dokumenty nie są ułożone chronologicznie. Tylko w części z nich pada nazwisko „Rydzyk”. Jak wynika z akt, celem „sprawy obiektowej” było (pisownia oryginalna):

• Dokumentowanie działań w zakresie pełnego rozpoznania przygotowań do festiwalu piosenki religijnej „Sacrosong 73” prowadzonego przez kler, a zwłaszcza OO Redemptorystów, rozpoznania zakresu przygotowań, osób zaangażowanych, wyciszania oraz obniżania rangi imprezy, zapobiegania i przeciwdziałania wykorzystania przez organizatorów i gospodarzy instytucji państwowych, obiektów kulturalno-oświatowych oraz młodzieży szkolnej.

• Niedopuszczenie do naruszania porządku i bezpieczeństwa publicznego oraz obowiązujących przepisów prawno-administracyjnych.

• Zabezpieczenie przebiegu imprezy.

• Dokumentowanie działań przeciwnika ideologicznego.

Jak czytamy, bezpieka wykorzystuje do sprawy tajnych współpracowników i kontakty operacyjne. Ustala, że organizatorem piątej edycji Sacrosongu jest salezjanin ojciec Jan Palusiński, ówcześnie związany z Krakowem, a gospodarzami toruńskiej imprezy – ojcowie redemptoryści. Impreza będzie uroczysta, bo trwa Rok Kopernikański. Wielkie obchody pięćsetnej rocznicy urodzin astronoma mają być fajerwerkiem gierkowskiej propagandy sukcesu. W Toruniu szare bloki zyskują kolorowe elewacje z malowanego na olejno styropianu. Przez cały rok odbywają się zjazdy naukowe, marsze harcerskie, pokazy latawców, rajdy samochodowe, ochotnicze sadzenia drzew, regaty, festyny. Kościół dodaje do tego swój festiwal piosenki religijnej. Toruńscy redemptoryści zapraszają kilka zespołów z zagranicy oraz – jak notują esbecy – „dostojników kościelnych”. Wśród spodziewanych gości jest kardynał Karol Wojtyła, patron festiwalu.

W aktach „Fanfaronów” leży tajna notatka skierowana do naczelnika Wydziału IV KW MO w Bydgoszczy (29 listopada 1972 roku) dotycząca przedfestiwalowych przygotowań. Ojciec Rydzyk musi być osobą jeszcze nieznaną toruńskiej bezpiece, bo autor dokumentu – I zastępca komendanta miejskiego i powiatowego ds. Służby Bezpieczeństwa w Toruniu podpułkownik mgr Zygmunt Grochowski – przekręca jego nazwisko (dalej pisownia oryginalna):

„Ustalono, że Redemptorysta O. Tadeusz RYDRYK z Torunia – opiekun działającego przy parafii św. Józefa młodzieżowego zespołu muzycznego podjął ostatnio starania o wypożyczenie we wrześniu 1973 roku 90-ciu łóżek i kompletów bielizny pościelowej. Sprzęt ten będzie potrzebny OO Redemptorystom w związku z mającym się odbyć w Toruniu festiwalem. Sprawę tą O Rydryk starał się załatwić za pośrednictwem pracowników hotelu Kosmos.

Ponieważ hotel Kosmos nie zrealizuje wspomnianego zamówienia, należy się liczyć, że organizatorzy Sacrosongu za pośrednictwem swego świeckiego aktywu podejmą dalsze próby zabezpieczenia sobie omawianego sprzętu z jakiejś instytucji społecznej względnie szkoły. Dążymy do zapewnienia wszechstronnych informacji dotyczących przygotowań do Sacrosongu 1973”.

W zatwierdzonej przez Grochowskiego „analizie sytuacji operacyjnej” ze stycznia 1973 roku wymienia się wiele zalecanych „przedsięwzięć operacyjnych” związanych z festiwalem:

„Na bieżąco ujawniać zamiary oraz podejmowane czynności przez tut. OO redemptorystów, a zwłaszcza O GENZĘ i O RYDZYKA – w kierunku przygotowań do Sacrosongu. Przedsięwzięcie realizować (...) za pośrednictwem t.w. ps. »JANEK«(...) »TARZAN« (...)»STOKROTKA« i [kontaktu operacyjnego] »PT«. (...) W stosunku do OO Redemptorystów O GENZY i O RYDZYKA kierujących zespołami muzycznymi podejmować przedsięwzięcia zapobiegawcze, zmierzające do ich wzajemnej dezintegracji na tle poziomu przygotowania ich zespołów, podobnie wpływać na zespoły. (...) Wszelkimi dostępnymi środkami pracy operacyjnej zmierzać do kształtowania określonej atmosfery w zakonie OO Redemptorystów w wyniku, której absorbowanie sprawami wewnątrz-zakonnymi mniej inicjatywy i energii poświęcą przygotowaniom do festiwalu” (pisownia oryginalna).

W kolejnych miesiącach bezpieka śledzi przygotowania do festiwalu. W aktach są sprawozdania ze spotkań organizacyjnych przed imprezą, informacje o planach i obawach redemptorystów, „czy uda się uniknąć haosu organizacyjnego oraz czy potrafią należycie wywiązać się z powierzonego zadania” (błąd ortograficzny i pisownia oryginalne).

W „Planie przedsięwzięć operacyjnych w sprawie kryptonim »Fanfaroni«” z 19 lutego 1973 roku esbek odnotowuje między innymi „intensywne próby zespołów istniejących przy parafii OO Redemptorystów – Inwenci i Truwersi prowadzonych przez OO Rydzyka i Genzę”. Służba Bezpieczeństwa inwigiluje oba zespoły, próbuje wprowadzić tajnego współpracownika do komitetu organizacyjnego festiwalu, ustala listy potencjalnych uczestników z całej Polski, „zabezpiecza” małe drukarnie i wytwórnie stempli, by organizatorzy nie mogli drukować ulotek reklamujących festiwal ani zrobić pieczątek okolicznościowych. Bezpieka decyduje też, aby „założyć inwigilację korespondencji krajowej i zagranicznej na organizatorów imprezy, szczególnie o. Rydzyka, Gęzę i Czyża” (pisownia oryginalna).

Wydział IV KW MO w Bydgoszczy powierza podporucznikowi Edwardowi Duszy pozyskanie do 1 maja 1973 roku kandydata na tajnego współpracownika wywodzącego się ze środowiska redemptorystów.

19 marca 1973 roku zwerbowany już wcześniej tajny współpracownik „Kaczmarek” donosi o aktywnych organizatorach imprezy i jej gospodarzach. Z toruńskich redemptorystów wymienia ojca Kruka – rektora klasztoru Redemptorystów (w rzeczywistości jego nazwisko brzmiało Krok, zmarł w 2009 roku) i ojca Morcinka (w rzeczywistości Ryszarda Marcinka).

Inny współpracownik, „Stefański”, donosi 4 września 1973 roku (pisownia oryginalna):

„(...) W tej chwili młodzież tutejsza pod kierunkiem ojca Rydryka Redemptorysty i duszpasterza Akademickiego maluje afisze, które zostaną przesłane do diecezji chełmińskiej względnie woj. bydgoskim po kościołach. Temat plakatu spokojny”.

Kolejna tajna informacja Grochowskiego z Torunia do naczelnika SB w Bydgoszczy nosi datę 31 marca 1973 roku i dotyczy już bezpośrednio o. Rydzyka:

„W nawiązaniu do naszych wcześniejszych informacji traktujących o złych stosunkach panujących w tut. domu Zgromadzenia OO Redemptorystów, a zwłaszcza różnicach poglądów pomiędzy starą i młodą generacją zakonników – komunikuję, że katecheta O Tadeusz RYDZYK na skutek trwających od pewnego czasu zatargów z miejscowymi przełożonymi przyjął całkowicie bierną postawę.

Wymieniony po ostrej rozmowie z przełożonymi w dniu 30 bm kategorycznie odmówił wykonywania jakichkolwiek obowiązków w Toruniu i o swej decyzji poinformował prowincjała zgromadzenia. Należy nadmienić, że O RYDZYK poza katechizacją kierował istniejącym przy kościele młodzieżowym zespołem beatowym pn. Truwarsi i był czynnie zaangażowany w przygotowania do festiwalu Sacrosong 73”.

Grochowski nie wymienia źródła informacji na temat tego, co się dzieje u redemptorystów. Na notatce znajduje się odręczny dopisek, nieco zamazany: „Tow. Magiera (?) O sytuacji w Domu OO redemptorystów poinformować Tow. Napierałę (?) Wykorzystać do naszych działań”. Podpis nieczytelny. Data – 2 kwietnia 1973 roku.

* *

Wbrew temu, co sugeruje esbekom jakiś tajny współpracownik, ojciec Tadeusz nie jest „całkowicie bierny” i nadal wykonuje „obowiązki w Toruniu”. Pracuje przy festiwalu i opiekuje się młodzieżą.

23 maja 1973 roku ppłk Grochowski informuje centralę w Bydgoszczy, że 20 maja w kościele pod wezwaniem Serca Jezusowego w Gdyni odbyły się wstępne eliminacje zespołów zgłoszonych do Sacrosongu.

„Młodzieżom przybyłą z Torunie opiekowało się dwóch redemptorystów; O RYDZYK i O CZYŻ. (...) Ponadto ustalono, że redemptorysta O RYDZYK nie wysłał na eliminacje swego zespołu instrumentalnego z obawy o ewentualne represje wyciągane przez władze w stosunku do poszczególnych członków będących uczniami tut. szkoły muzycznej” (pisownia oryginalna).

Wniosek o zakończenie sprawy o kryptonimie „Fanfaroni” nosi datę 6 marca 1975 roku.

„W festiwalu z hierarchii udział wzięli: ordynariusz diecezji chełmińskiej biskup Czapliński i jego sufragan biskup Zygfryd Kowalski oraz profesor doktor Piszcz. W festiwalu nie uczestniczyli zapowiedziani kardynałowie: Wojtyła, Kominek, Koenig z Wiednia oraz biskupi Bareła i Bednorz.

Tematykę sacrosongu organizatorzy podwiązali pod obchody roku Kopernikańskiego co znalazło swój wyraz zarówno w treściach prezentowanych utworów jak i przemówieniach biskupów i księży. W festiwalu uczestniczyli: 35 osobowa orkiestra składająca się z muzyków estrad poznańskiej, rzeszowskiej, wrocławskiej i krakowskiej, 11 zespołów instrumentalno-wokalnych, 15 chórów, 17 solistów i jednego teatrzyku duszpasterstwa akademickiego. Przed estradą festiwalową przewinęło się około 2000 osób, były też nieliczne delegacje młodzieży z NRD, CSSR, Węgier, Austrii.

Przedsięwzięcia nasze szły w kierunku rozeznawania, dokumentowania i dezorganizowania przygotowań podejmowanych przez kler i osoby z nim współpracujące oraz do zapobiegania wrogiej, szkodliwej lub przestępczej działalności osób bezpośrednio związanych z imprezą. Niedopuszczenie do naruszenia porządku i bezpieczeństwa publicznego oraz obowiązujących przepisów prawno-administracyjnych.