Wydawca: Czarna Owca Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 450 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Immortaliści - Chloe Benjamin

A Ty? Jak przeżyłbyś swoje życie, gdybyś wiedział, kiedy umrzesz?

Olśniewająca historia trudnej rodzinnej miłości, opisana przez Lorrie Moore jako „wspaniałe odkrycie literackie”.

Nowy Jork, lato, rok 1969. Do miasta przybywa tajemnicza kobieta, która potrafi przepowiedzieć dzień śmierci każdego człowieka. Plotka dociera do czwórki Rodzeństwa Goldów, które po krótkim namyśle, postanawia odwiedzić wieszczkę, by dowiedzieć się, jaka przyszłość czeka każde z nich.

Przepowiednie wieszczki kształtują kolejne pięć dekad ich życia. Złoty chłopiec Simon ucieka na Zachodnie Wybrzeże, by szukać miłości w San Francisco. Bujająca w obłokach Klara zostaje iluzjonistką w Las Vegas. Starszy z braci, Daniel, po atakach na World Trade Center, szuka stabilizacji jako lekarz wojskowy. Najstarsza z rodzeństwa Varya rozpoczyna karierę naukową i poświęca się badaniom nad długowiecznością.

Czy bohaterom uda się zapomnieć o przepowiedni? Czyje życie zdeterminuje, a komu uda się pokonać ciążące jarzmo przeznaczenia?

Bo jak zachować się w sytuacji kiedy twoje dni są policzone?

Chloe Benjamin dorastała w San Francisco. Ukończyła studia literaturoznawcze. Obecnie prowadzi warsztaty z procesu wydawniczego. Mieszka z mężem w Madison w stanie Wisconsin. Jej pierwsza książka, The Anatomy of Dreams, została wyróżniona nagrodą Edna Ferber Fiction Book Award, a w 2014 roku była nominowana do nagrody Center for Fiction First Novel Prize. Prawa do drugiej powieści autorki, The Immortalists , zostały sprzedane w trzynastu krajach. Prawa filmowe zakupiło studio Jackal Group.

Opinie o ebooku Immortaliści - Chloe Benjamin

Fragment ebooka Immortaliści - Chloe Benjamin

PROLOG

Kobieta z Hester Street

1969

Varya

Varya ma trzynaście lat.

Dopiero się przyzwyczaja do ośmiu dodatkowych centymetrów wzrostu i kępki ciemnego futerka między nogami. Piersi ma wielkości dłoni, sutki jak dwa różowe pieniążki. Włosy sięgają jej do pasa i mają kolor średniego brązu – nie przypominają ani czarnej czupryny jej brata Daniela ani cytrynowych loków Simona, brak im też miedzianego połysku warkocza Klary. Rano zaplata je w dwa dobierańce. Lubi, jak smagają jej biodra niczym niespokojny koński ogon. Maleńkiego noska po nikim nie odziedziczyła, a przynajmniej tak jej się wydaje. Do dwudziestych urodzin nos rozwinie się jednak w całej orlej okazałości, zupełnie jak u jej matki. Ale na to jeszcze nie czas.

Pokonują kręte uliczki swojej dzielnicy całą czwórką. Varya jest najstarsza, Daniel ma jedenaście lat, Klara – dziewięć, a Simon dopiero siedem. Daniel prowadzi rodzeństwo przez Clinton do Delancey, potem skręcają w lewo na Forsyth Street. Przechodzą przez park Sary D. Roosevelt, kryjąc się w cieniu drzew. Nocami w parku roi się od chuligaństwa, ale jest wtorek rano, więc tylko tu i ówdzie widać garstki młodych ludzi, którzy z policzkami wciśniętymi w trawę odsypiają weekendowe protesty.

Na Hester Street dzieci cichną. Muszą minąć Zakład Modniarski Golda, należący do ich ojca. Wprawdzie mało prawdopodobne, że ojciec ich dostrzeże – Saul pracuje z absolutnym zaangażowaniem, jakby miał pod igłą nie nogawkę męskich spodni, lecz materię wszechświata. Mimo to nadal stanowi zagrożenie dla rozedrganej magii tego parnego lipcowego dnia i niepewnego, ulotnego celu ich wyprawy.

Simon jest najmłodszy, ale szybki. Ma na sobie dżinsowe szorty po Danielu, które pasowały na starszego brata w tym wieku, ale młodszemu zsuwają się z wąskich bioder. Chłopiec ściska w dłoni sakiewkę z chińskiego atłasu. W środku szeleszczą banknoty jednodolarowe, monety pobrzękują jak zepsuta pozytywka.

– Gdzie to jest? – chce wiedzieć Simon.

– Chyba tutaj – ocenia Daniel.

Podnoszą głowy i patrzą na stary budynek – na pnący się ku górze zygzak metalowych schodów ewakuacyjnych i ciemne prostokątne okna na czwartym piętrze, gdzie ponoć mieszka osoba, z którą przyszli się zobaczyć.

– Jak mamy wejść do środka? – pyta Varya.

Budynek przypomina ich własną kamienicę – z tą różnicą, że ściany są kremowobiałe, a nie brązowe, i ma cztery piętra zamiast sześciu.

– Chyba trzeba zadzwonić domofonem – stwierdza Daniel. – Na czwarte piętro.

– Tak – zgadza się Klara. – Ale pod który numer?

Daniel wyciąga z tylnej kieszeni spodni pognieciony świstek. Kiedy podnosi głowę, policzki mu różowieją.

– Nie jestem pewien.

– Daniel! – Varya opiera się o ścianę budynku i wachluje się dłonią. Jest ponad trzydzieści stopni – przy takim upale głowa swędzi ją od potu u nasady włosów, a spódniczka lepi się do ud.

– Czekaj – uspokaja ją Daniel. – Daj mi się chwilę zastanowić.

Simon siada na asfalcie; sakiewka osiada miękko na ziemi między jego nogami jak meduza. Klara wyciąga z kieszeni karmelka. Zanim zdąży odwinąć papierek, drzwi do budynku się otwierają, a ze środka wychodzi młody mężczyzna. Ma na sobie rozpiętą koszulę w turecki wzór, a na nosie okulary z fioletowymi szkłami.

Kiwa głową w stronę rodzeństwa Goldów.

– Wchodzicie?

– Tak – potwierdza Daniel. – Wchodzimy.

Prędko zrywa się na nogi, pociągając za sobą resztę, i wbiega do środka, dziękując mężczyźnie w fioletowych okularach, zanim drzwi znowu się zamkną. Daniel: ich nieustraszony, na wpół niewydarzony przywódca, pomysłodawca całej eskapady.

* * *

W zeszłym tygodniu Daniel podsłuchał rozmowę dwóch chłopców, kiedy stał w kolejce po koszerną chińszczyznę u Szmulka Bernsteina. Zamierzał kupić sobie ciepłą tarteletkę z kremem jajecznym – ulubiony przysmak, którym zajadał się nawet podczas letnich upałów. Kolejka była długa, a wiatraki pod sufitem wirowały na pełnej prędkości, więc Daniel musiał wychylić się do przodu, żeby usłyszeć, co chłopcy mówią o kobiecie, która wprowadziła się na jakiś czas na ostatnie piętro kamienicy przy Hester Street.

Kiedy Daniel wracał na Clinton Street, serce dygotało mu w piersi. Klara i Simon grali na podłodze w drabiny i węże, a Varya leżała na górze piętrowego łóżka i czytała książkę. Czarno-biała kotka Zoya wylegiwała się na kaloryferze w złotym kwadracie słonecznego światła.

Daniel wyłożył im cały plan.

– Nie rozumiem. – Varya wyciągnęła nogę i oparła brudną stopę o sufit. – Co dokładnie robi ta kobieta?

– Przecież już mówiłem. – Daniel był zaaferowany, niecierpliwy. – Ona ma moc.

– Jaką moc? – zapytała Klara, przesuwając pionek. Pierwszą połowę lata spędziła na nauce sztuczki Houdiniego z talią kart i gumką, z umiarkowanym sukcesem.

– Z tego, co słyszałem, potrafi przepowiadać przyszłość. Jakie będziesz mieć życie, dobre czy złe. I jeszcze coś. – Daniel rozłożył ręce, oparł dłonie o framugę i wychylił się do przodu. – Ona potrafi przewidzieć, kiedy umrzesz.

Klara podniosła głowę.

– Bzdura – oceniła Varya. – Nikt nie może tego wiedzieć.

– A co, jeśli ona jednak wie?

– To ja bym wolała nie pytać.

– Dlaczego?

– Bo tak. – Varya odłożyła książkę i usiadła, przerzucając nogi przez krawędź łóżka. – A jeśli usłyszysz coś okropnego? Na przykład okaże się, że umrzesz, zanim zdążysz dorosnąć?

– To lepiej wiedzieć – upierał się Daniel. – Żeby ze wszystkim zdążyć.

Na chwilę zapadła cisza. A potem Simon wybuchnął perlistym śmiechem, trzepocząc całym swoim ptasim ciałkiem. Twarz Daniela poczerwieniała.

– Mówię poważnie – oznajmił. – Ja idę. Nie wytrzymam kolejnego dnia w tym mieszkaniu. Odmawiam. Więc kto pójdzie ze mną, do cholery?

Możliwe, że nic by się nie wydarzyło, gdyby nie to, że lato było u szczytu, a rodzeństwo miało przed sobą jeszcze półtora miesiąca dusznej, wilgotnej nudy. W mieszkaniu nie ma klimatyzacji, a poza tym jest 1969 rok i dzieciom wydaje się, że każdy poza nimi robi coś ciekawego. Ludzie nawalają się na Woodstock, śpiewają Pinball Wizard i chodzą do kina na Nocnego kowboja, którego żadnemu z rodzeństwa Goldów nie wolno oglądać. Wszyscy chodzą na zamieszki przed Stonewall, wybijają drzwi parkometrami wyrwanymi z chodników, rozwalają okna i maszyny grające. Są mordowani na najpotworniejsze sposoby: giną od granatów chemicznych i nabojów z karabinów, które strzelają seriami po pięćset pięćdziesiąt pocisków, a ich twarze są wstrząsająco bezzwłocznie wyświetlane na ekranie telewizora w kuchni Goldów.

– Ludzie zapierdalają na Księżyc – zachwyca się Daniel, który od niedawna używa takiego słownictwa, choć wyłącznie w bezpiecznej odległości od uszu matki.

James Earl Ray zostaje skazany za zabójstwo, podobnie jak Sirhan Sirhan, podczas gdy Goldowie grają w strulki i w rzutki, albo ratują Zoyę z otwartej rury za piekarnikiem, gdzie kotka regularnie włazi w świętym przekonaniu, że właśnie tam znajduje się jej prawowite mieszkanie.

Ale warunki potrzebne do zainicjowania ich dzisiejszej pielgrzymki stworzyło coś jeszcze: rodzeństwo Goldów już nigdy nie będzie ze sobą tak scalone jak tego lata. W przyszłym roku Varya wyjedzie z przyjaciółką Avivą na wakacje w góry Catskill. Daniela pochłoną sekretne rytuały chłopców z sąsiedztwa, a Klara i Simon zostaną tylko we dwójkę. Ale w sześćdziesiątym dziewiątym cała czwórka stanowi zwartą całość, jakby żadna inna konfiguracja w ogóle nie była możliwa.

– Ja pójdę – zdecydowała Klara.

– Ja też – dodał Simon.

– A jak mamy umówić się na wizytę? – zapytała Varya, która w wieku trzynastu lat już rozumiała, że w życiu nie ma nic za darmo. – Ile bierze od osoby?

Daniel zmarszczył czoło.

– Dowiem się – oznajmił.

* * *

Od tego wszystko się zaczęło: to był ich sekret, wyzwanie, wyjście ewakuacyjne, którym mogli wymknąć się przed złowrogim cieniem matki – żądającej, by wywiesili pranie albo wyciągnęli tego przeklętego kota z rury od pieca, kiedy tylko zauważała, że dzieci przesiadują bezczynnie w sypialni.

Rozpytywali po okolicy. Właściciel sklepu z magicznymi przedmiotami w Chinatown słyszał o kobiecie z Hester Street. Zdradził Klarze, że to nomadka, która podróżuje po całym kraju i zabiera swoją pracę z miejsca na miejsce. Zanim Klara wyszła ze sklepu, sprzedawca uniósł palec, zniknął między regałami na tyłach, a po chwili wrócił z wielkim kwadratowym tomiszczem zatytułowanym Księga wróżb. Na okładce było dwanaścioro otwartych oczu w otoczeniu różnych symboli. Klara zapłaciła sześćdziesiąt pięć centów i ruszyła do domu, całą drogę mocno przyciskając książkę do piersi.

Niektórzy mieszkańcy spod numeru 72 przy Clinton Street też słyszeli o kobiecie. Pani Blumenstein opowiedziała Simonowi, jak w latach pięćdziesiątych spotkała ją na bardzo eleganckim przyjęciu. Simon siedział na schodkach przed wejściem na klatkę. Pani Blumenstein na czas rozmowy wypuściła z mieszkania swojego sznaucerka, który natychmiast zrobił na schodkach kupę przypominającą mysie bobki, ale sąsiadka jej nie sprzątnęła.

– Wróżyła mi z dłoni. Przepowiedziała mi bardzo długie życie – zdradziła pani Blumenstein, nachylając się nad chłopcem dla podkreślenia wagi swoich słów.

Simon wstrzymał oddech; z ust starszej pani wionęło stęchlizną, jakby tchnęła tym samym dziewięćdziesięcioletnim powietrzem, które wciągnęła w płuca jako niemowlę.

– I widzisz, skarbeńku, miała rację.

Rodzina Hindusów z piątego piętra mówiła na kobietę rishika, czyli wieszczka. Varya zapakowała w folię kawałek kugla, który zrobiła na obiad Gertie, i zaniosła jedzenie do Ruby Singh – koleżanki z klasy z podstawówki numer 42 – w zamian za talerz curry z kurczaka w maśle. Jadły na dworze, siedząc na półpiętrze schodów pożarowych. Słońce opadało powoli za horyzont, a dziewczynki machały gołymi nogami zwisającymi za krawędź metalowej kraty.

Ruby wiedziała o kobiecie wszystko.

– Dwa lata temu, kiedy miałam jedenaście lat, moja babcia była chora. Pierwszy lekarz powiedział, że to serce i że babcia umrze za trzy miesiące. Ale drugi uważał, że babcia ma dość siły, żeby wrócić do zdrowia, i że pożyje jeszcze dwa lata.

Pod nimi przez Rivington przejechała z piskiem opon taksówka. Ruby odwróciła głowę, zmrużyła oczy i popatrzyła naEast River, zielono-brązową od błota i ścieków.

– Hindusi powinni umierać w domu – wyjaśniła Ruby. – W otoczeniu rodziny. Nawet krewni papy chcieli przyjechać z Indii, ale co mielibyśmy im powiedzieć? Zostańcie u nas dwa lata? Ale potem papa usłyszał, że tu niedaleko mieszka rishika. Poszedł się z nią spotkać, a ona podała mu datę – kiedy umrze nasza dadi. Więc położyliśmy łóżko dadi w salonie, tak żeby leżała głową na wschód. Zapaliliśmy lampę i czuwaliśmy: modliliśmy się, śpiewaliśmy pieśni. Bracia papy przylecieli z Czandigarh. Ja siedziałam na podłodze z kuzynami. Było nas dwadzieścia osób, może więcej. A kiedy dadi umarła, szesnastego maja, tak jak przepowiedziała rishika, to wszyscy aż się rozpłakaliśmy z ulgi.

– Nie byliście źli?

– A dlaczego mielibyśmy się złościć?

– Że ta kobieta nie pomogła twojej babci. Nie wyleczyła jej.

– Rishika dała nam szansę, żeby się pożegnać. Nigdy jej się za to nie odwdzięczymy. – Ruby przełknęła ostatni kęs kugla i złożyła folię aluminiową na pół. – Poza tym rishika i tak nie mogłaby pomóc dadi. Ona wie różne rzeczy, ale nie może ich powstrzymać. Nie jest Bogiem.

– A gdzie teraz mieszka? – zapytała Varya. – Daniel słyszał, że gdzieś na Hester Street, ale nie wiadomo, pod którym numerem.

– Nie mam pojęcia. Za każdym razem zatrzymuje się gdzie indziej. Dla własnego bezpieczeństwa.

Z mieszkania Singhów dobiegł wysoki brzęk i czyjś krzyk w hindi.

Ruby wstała, strzepując ze spódniczki okruchy jedzenia.

– Jak to: dla własnego bezpieczeństwa? – drążyła Varya, też podnosząc się na nogi.

– Kimś takim jak ona ludzie zawsze się zainteresują – odparła Ruby. – Nie wiadomo, czego się można po niej spodziewać.

– Rubina! – rozległ się głos jej matki.

– Muszę lecieć. – Ruby przeskoczyła przez parapet i opuściła za sobą szybę. Varya musiała zejść z trzeciego piętra po schodach pożarowych. Zaskoczyło ją, że wieści o kobiecie rozniosły się tak daleko. Ale nie wszyscy o niej słyszeli: kiedy napomknęła o wróżce sprzedawcom u Katza – mężczyznom z cyframi wytatuowanymi na przedramionach – tylko popatrzyli na nią z przerażeniem.

– Dzieciaki – uciął jeden. – Po co wam się mieszać w takie rzeczy?

Powiedział to tak ostro, jakby uznał pytanie Varyi za osobistą obelgę.

Wyszła ze sklepu zaczerwieniona, ściskając w dłoniach kanapkę, i nie poruszała więcej tego tematu.

* * *

Ostatecznie Daniel zdobył adres kobiety od tych samych chłopców, których podsłuchał w kolejce. Zobaczył ich w weekend na moście Williamsburg. Stali oparci o barierkę i palili trawkę. Byli od niego starsi – mieli może czternaście lat – a w dodatku, żeby poprosić o szczegóły, Daniel musiał najpierw przyznać się do podsłuchiwania.

Chłopcy się nie obrazili. Chętnie podali mu numer, pod którym miała mieszkać kobieta, choć nie wiedzieli, jak można umówić się na wizytę. Plotki głosiły, że trzeba przynieść opłatę. Niektórzy twierdzili, że należność należy uiścić w gotówce; inni mówili, że wróżka ma dość pieniędzy, więc trzeba jej zaproponować coś bardziej oryginalnego. Jakiś chłopiec przyniósł jej ponoć zakrwawioną wiewiórkę znalezioną na poboczu – podniósł truchełko szczypcami i zapakował do foliowej torebki, którą następnie mocno zawiązał. Ale Varya oznajmiła stanowczo, że nikt nie chciałby dostać czegoś takiego, nawet wróżka, więc ostatecznie zrobili składkę z kieszonkowego. Mieli nadzieję, że to wystarczy.

Kiedy Klary nie było w domu, Varya wyciągnęła spod łóżka siostry Księgę wróżb i wdrapała się na swój materac. Położyła się na brzuchu i zaczęła odczytywać na głos różne słowa: haruspicja (wróżenie z wątroby zwierząt ofiarnych), ceromancja (z lanego wosku), rabdomancja (za pomocą drewnianych różdżek). W chłodniejsze dni przez okno wpadał wiatr. Szeleścił starymi zdjęciami i drzewami genealogicznymi, które Varya przykleiła na ścianie nad swoim posłaniem. Za pomocą tych dokumentów Varya śledzi tajemnicze ścieżki procesów dziedziczenia: układy genów migoczą tu i ówdzie, w różnych konfiguracjach. Daniel odziedziczył smukłe nogi dziadka Lwa, ale Saul nie miał tyle szczęścia.

Lew przyjechał do Nowego Jorku na parostatku razem z ojcem – handlarzem tkaninami – po tym jak jego matka została zamordowana w pogromach w 1905 roku. Na Ellis Island obaj zostali przebadani na obecność chorób zakaźnych i przesłuchani po angielsku. Wpatrywali się w pięść żelaznej kobiety, obserwującej ich niewzruszenie z brzegu morza, które właśnie przemierzyli. Ojciec zajął się naprawą maszyn do szycia. Lew znalazł pracę w fabryce odzieży, prowadzonej przez niemieckiego Żyda, który pozwalał chłopcu obchodzić szabat. Lew został z czasem zastępcą kierownika, a następnie kierownikiem. W trzydziestym roku otworzył własny interes: Zakład Modniarski Golda w suterenie przy Hester Street.

Varya otrzymała imię po matce Saula, która pracowała jako księgowa Lwa aż do emerytury. O dziadkach od strony matki wie mniej – tylko tyle, że babcia miała na imię Klara, tak jak młodsza z sióstr, i że przyjechała tu z Węgier w 1913. Ale babcia umarła, kiedy Gertie, matka Varyi, miała zaledwie sześć lat. Gertie rzadko ją wspomina. Pewnego razu Klara i Varya wślizgnęły się do sypialni Gertie i przeczesały cały pokój w poszukiwaniu pamiątek po dziadkach. Dziewczynki niczym myśliwskie psy wywęszyły obłok tajemnicy otaczający tę parę, wyczuły zwietrzałą woń intrygi i wstydu – i szukały tak długo, aż w końcu dotarły do komody, w której Gertie trzyma bieliznę. W górnej szufladzie znalazły małe drewniane puzderko z lakierowanym wieczkiem i złotymi zawiasami. W środku leżał stosik pożółkłych fotografii, przedstawiających drobną kobietę o filuternym uśmiechu, krótkich czarnych włosach i ciężkich powiekach. Na pierwszym zdjęciu stała w obcisłym kostiumie ze spódniczką, z wysuniętym na bok biodrem, a nad głową trzymała laseczkę do żonglerki. Na innym jechała na koniu, tak wygięta do tyłu, że aż było jej widać brzuch. Na fotografii, która Varyi i Klarze spodobała się najbardziej, kobieta zwisała z liny trzymanej w zębach.

Znalazły dwie wskazówki na dowód, że ta kobieta to ich babcia. Pierwsza: na pogniecionym starym zdjęciu, zatłuszczonym od odcisków palców, ta sama kobieta stała obok wysokiego mężczyzny i małego dziecka. Varya i Klara wiedziały, że dziewczynka na fotografii to ich matka, rozpoznały ją nawet w tej miniaturowej wersji. Ściskała dłonie rodziców w małych, pulchnych piąstkach, a buzię miała ściśniętą w wyrazie konsternacji, która nadal często gości na twarzy Gertie.

Klara oznajmiła, że to jej się należy szkatułka wraz z zawartością.

– To moje – powiedziała. – Mam po niej imię. Mama i tak nigdy ich nie ogląda.

Prędko okazało się jednak, że to nieprawda. Już następnego ranka po tym, jak Klara zabrała lakierowane puzderko do swojego pokoju i wetknęła pod materac, z sypialni rodziców dobiegł głośny skrzek, po którym posypała się seria wściekłych pytań Gertie i stłumione protesty Saula. Chwilę później Gertie wpadła jak burza do pokoju dzieci.

– Które wzięło?! – wrzasnęła. – Które?

Nozdrza miała rozdęte, szerokimi biodrami zupełnie odcięła światło wpadające zwykle z korytarza. Klara zapłonęła z przerażenia, łzy napłynęły jej do oczu. Kiedy Saul wyszedł do pracy, a Gertie zniknęła w kuchni, Klara przemknęła się do sypialni rodziców i odłożyła pudełko dokładnie tam, gdzie je znalazła. Ale Varya wie, że kiedy w mieszkaniu nikogo nie ma, Klara wraca do fotografii i do drobnej kobiety w puzderku. Z fascynacją chłonie świeżość i szyk kobiety, przysięgając w duchu, że dorówna swojej imienniczce.

* * *

– Nie rozglądajcie się tak – syczy Daniel. – Zachowujcie się, jakbyście byli u siebie.

Rodzeństwo Goldów pędzi po schodach. Ze ścian łuszczą się płaty beżowej farby, na korytarzach panuje mrok. Kiedy docierają na czwarte piętro, Daniel się zatrzymuje.

– I co teraz? – szepcze Varya. Lubi, kiedy Daniel jest zbity z tropu.

– Teraz czekamy – mówi Daniel – aż ktoś wyjdzie.

Ale Varya nie chce czekać. Jest roztrzęsiona, niespodziewanie wypełnia ją przerażenie. Rusza wzdłuż korytarza.

Sądziła, że magia będzie jakoś wyczuwalna, ale wszystkie drzwi na piętrze wyglądają identycznie, mają takie same odrapane mosiężne klamki i tabliczki z oznaczeniem mieszkań. Czwórka pod numerem 54 obsunęła się na bok. Kiedy Varya podchodzi do drzwi, słyszy dobiegający ze środka dźwięk telewizora albo radia: mecz bejsbola. Odsuwa się, bo nie sądzi, żeby rishika interesowała się bejsbolem.

Jej rodzeństwo zdążyło w tym czasie rozpierzchnąć się po korytarzu. Daniel wkłada ręce do kieszeni, opiera się o poręcz schodów i obserwuje drzwi. Simon staje obok Varyi przed numerem 54, wyciąga się do góry najwyżej, jak może, i palcem wskazującym popycha czwórkę na drzwiach z powrotem do pionu. Klara przez chwilę wędrowała w przeciwną stronę, ale teraz wraca do reszty. Roznosi wokół siebie zapach Breck Gold Formula, kupionego za odkładane tygodniami kieszonkowe; reszta rodziny myje włosy szamponem Prell w plastikowej tubce, która przypomina opakowanie pasty do zębów. Kiedy ją nacisnąć, ze środka wydobywa się galaretowata substancja o barwie wodorostów. Wprawdzie Varya prycha pogardliwie na tę ekstrawagancję – ona nigdy nie wydałaby tyle pieniędzy na szampon – ale po cichu zazdrości pachnącej pomarańczami i rozmarynem Klarze, która teraz unosi dłoń, żeby zapukać do drzwi.

– Co ty wyprawiasz? – syczy Daniel. – Tam może być ktokolwiek. Może…

– Co? – Zza drzwi dobiega niski, burkliwy głos.

– Przyszliśmy spotkać się z tą kobietą – próbuje Klara.

Cisza. Varya wstrzymuje oddech. W drzwiach jest wizjer – węższy niż gumka na ołówku.

Po drugiej stronie ktoś odkasłuje.

– Pojedynczo – mówi.

Varya zerka na Daniela. Nie sądzili, że będą musieli się rozdzielić. Ale nie ma czasu na negocjacje, bo już rozlega się szczęk odsuwanej zasuwki, a Klara – czy ona oszalała? – wchodzi do środka.

* * *

Żadne z rodzeństwa nie potrafi ocenić, ile czasu minęło, odkąd Klara zniknęła w mieszkaniu. Varya ma wrażenie, że upłynęły godziny. Siedzi oparta o ścianę, z kolanami podciągniętymi pod brodę. Przypominają jej się różne bajki o czarownicach, które porywają dzieci i je pożerają. Przerażenie rozgałęzia się jej w żołądku niczym drzewo, zapuszcza korzenie coraz głębiej, aż wreszcie drzwi znów się otwierają.

Varya podrywa się na nogi, ale Daniel jest szybszy. Nie da się zajrzeć do środka, choć Varyi wydaje się, że słyszy muzykę – orkiestra mariachi? – i brzęk garnka na palniku.

Przed wejściem Daniel patrzy na Varyę i Simona.

– Nie martwcie się – mówi.

Ale oni i tak się martwią.

– Gdzie jest Klara? – pyta Simon, kiedy Daniel znika w środku. – Dlaczego nie wyszła?

– Jest dalej w środku – zapewnia Varya, chociaż ona sama też się nad tym zastanawia. – Zobaczysz ich, kiedy wejdziemy, Klarę i Daniela. Pewnie po prostu… czekają na nas.

– To był zły pomysł – ocenia Simon. Jego blond loki są ciemne od potu.

Ponieważ Varya jest najstarsza, a Simon najmłodszy, dziewczynka uważa, że powinna umieć się nim zaopiekować po macierzyńsku, ale brat jest dla niej enigmą. Tylko Klara wydaje się go rozumieć. Simon mówi mniej od pozostałych. Przy obiedzie zwykle siedzi ze zmarszczonym czołem i szklistymi oczami. Ale jest też prędki i ruchliwy jak królik. Czasami, kiedy Varya idzie z Simonem do synagogi, nagle zauważa, że jest sama. Wie, że Simon tylko odbiegł kawałek do przodu albo został kilka kroków w tyle, ale za każdym razem ma wrażenie, że jej brat zniknął na dobre.

Kiedy drzwi się otwierają, znów zaledwie na centymetr, Varya kładzie dłoń na ramieniu Simona.

– Wszystko w porządku, Si. Ty idź, a ja tu zostanę i popilnuję korytarza. Dobrze?

Nie jest pewna, po co ani przed kim miałaby pilnować wejścia – w budynku jest tak samo pusto jak wtedy, kiedy tu przyszli. Tak naprawdę Varya trochę się obawia; wprawdzie jest najstarsza, ale woli puścić resztę przodem. Simon jednak wygląda, jakby jej słowa dodały mu otuchy. Odgarnia kosmyk włosów z oczu i zostawia siostrę na klatce schodowej.

* * *

Kiedy Varya zostaje na korytarzu sama, znów wzbiera w niej popłoch. Czuje się odcięta od rodzeństwa, jakby stała na brzegu i patrzyła, jak ich statki odpływają w dal. Trzeba było powstrzymać całą tę wyprawę. Kiedy drzwi znów się otwierają, pot już perli się na jej górnej wardze i oblepia skórę pod gumką spódniczki. Za późno, żeby odejść tą samą drogą, którą tu przyszła – a poza tym rodzeństwo na nią czeka. Varya otwiera drzwi.

Wchodzi do maleńkiej kawalerki, zawalonej tyloma przedmiotami, że w pierwszej chwili w ogóle nie widać kobiety. Książki piętrzą się na podłodze niczym modele wieżowców. Na kuchennych półkach zamiast jedzenia zalegają stosy gazet, a na blacie tłoczą się produkty z długą przydatnością do spożycia: krakersy, płatki, zupy w puszkach, z dziesięć rodzajów herbaty w jaskrawych opakowaniach. Varya dostrzega też talie kart do gry i do tarota, astrologiczne wykresy i kalendarze – rozpoznaje chiński, jeden z rzymskimi cyfra4mi i taki z fazami księżyca. Na ścianie wisi pożółkły plakat I Ching z heksagramami, które Varya widziała w Księdze wróżb Klary. Wazon wypełniony piaskiem; gongi i miedziane misy; wieniec laurowy; stosik gałązek z poziomymi nacięciami; misa z kamieniami – niektóre zostały obwiązane długimi kawałkami sznurka.

Tylko jeden kąt przy drzwiach nie jest zagracony. Stoi tam składany stół i dwa krzesełka, też składane. Obok Varya widzi mniejszy stolik, na którym leżą czerwone róże z materiału i otwarta Biblia. Wokół Pisma Świętego stoją dwa białe gipsowe słonie, gromnica, drewniany krzyż i trzy figurki: jedna przedstawia Buddę, druga Matkę Boską, a trzecia Nefretete – Varya wie to tylko dlatego, że u stóp posążku znajduje się malutka tabliczka z ręcznie wykaligrafowanym napisem NEFRETETE.

Varyę gryzie sumienie. W szkółce żydowskiej ostrzegali ją przed fałszywymi bożkami. W skupieniu słuchała, jak rabin Chaim czyta traktat Awoda Zara. Rodzice nie byliby zadowoleni, że tu przyszła. Ale przecież to Bóg stworzył wróżkę, tak samo jak ich, prawda? W synagodze Varya próbuje się modlić, ale Bóg nigdy jej nie odpowiada. Z rishiką przynajmniej można porozmawiać.

Kobieta stoi przy zlewie i ostrożnie strząsa suche liście herbaty do delikatnej metalowej kulki. Ma na sobie luźną bawełnianą sukienkę, skórzane sandały, a na głowie granatowy szal. Dwa długie brązowe warkocze spływają jej na plecy. Wprawdzie kobieta jest potężna, ale porusza się z precyzyjną elegancją.

– Gdzie moi bracia i siostra? – pyta Varya ochryple. Wstydzi się desperacji, którą słyszy we własnym głosie.

Rolety są zaciągnięte. Kobieta zdejmuje z górnej półki kubek i wkłada do niego metalową kulkę.

– Chcę wiedzieć – powtarza Varya, tym razem głośniej – gdzie są moi bracia i siostra.

Na kuchence gwiżdże czajnik. Kobieta gasi palnik i unosi czajnik nad kubkiem. Wrzątek leje się szerokim, czystym strumieniem, a pomieszczenie wypełnia trawiasty zapach.

– Na zewnątrz – mówi.

– Nieprawda. Czekałam na korytarzu, ale oni nie wyszli.

Kobieta podchodzi do Varyi. Policzki ma pulchne, nos bulwiasty, wargi ściągnięte. Jej skóra jest złotobrązowa jak u Ruby Singh.

– Nic nie mogę zrobić, jeśli mi nie zaufasz. Zdejmij buty. Potem możesz usiąść.

Varya pokornie zsuwa półbuciki i stawia je przy drzwiach. Może kobieta ma rację. Jeśli Varya odmówi współpracy, cała wyprawa będzie na darmo, i na nic całe ryzyko: badawcze spojrzenie ojca, rozjątrzenie matki, kieszonkowe całej czwórki. Dziewczynka siada przy składanym stole. Kobieta stawia przed nią kubek z herbatą. Varya myśli o tynkturach i truciznach, o Ripie Van Winkle uśpionym przez duchy na dwadzieścia lat. A potem o Ruby. Ta kobieta wie różne rzeczy, powiedziała Ruby. Nigdy nie zdołamy jej się odwdzięczyć.

Varya unosi kubek do ust i bierze łyk naparu.

Rishika siada na krześle naprzeciwko. Przygląda się sztywnym ramionom Varyi, wilgotnym dłoniom i twarzy.

– Nie czujesz się zbyt dobrze, co, złotko?

Zaskoczona Varya przełyka ślinę. Potrząsa głową.

– Czekasz, aż zrobi ci się lepiej?

Varya siedzi nieruchomo, choć serce bije jej coraz szybciej.

– Zamartwiasz się. – Kobieta kiwa głową. – Masz problemy. Na zewnątrz się uśmiechasz, śmiejesz się, ale w sercu masz smutek. Jesteś sama. Mam rację?

Wargi dziewczynki drżą w niemym potwierdzeniu. Serce tak nabrzmiewa jej uczuciem, jakby zaraz miało pęknąć.

– Szkoda – mówi kobieta. – No, ale do rzeczy.

Pstryka palcami i wskazuje na lewą dłoń Varyi.

– Ręka.

Varya posłusznie zsuwa się na krawędź krzesła i wyciąga rękę w stronę wróżki. Dłonie kobiety są zręczne i chłodne. Varya oddycha płytko. Nie pamięta, kiedy ostatni raz dotknęła kogoś nieznajomego; woli kryć się pod powłoką dystansu, jakby przed ludźmi chronił ją płaszcz przeciwdeszczowy. Po powrocie ze szkoły, gdzie ławki są tłuste od dotyku dziesiątek rąk, a plac zabaw pełen zarazków naniesionych przez przedszkolaki, Varya szoruje dłonie do czerwoności.

– Naprawdę pani to potrafi? – pyta. – Wie pani, kiedy umrę?

Varyę przeraża kapryśność losu; niepozorne tabletki, które mogą otworzyć umysł albo wywrócić go na lewą stronę; losowo wybrani ludzie, których wysłano do zatoki Cam Ranh i na górę Dong Ap Bia, gdzie w bambusowych zaroślach i krzakach rozplenicy znaleziono tysiąc martwych żołnierzy. Varya miała w klasie kolegę, który nazywał się Eugene Bogopolski. Jego trzech braci wysłano do Wietnamu, kiedy Varya i Eugene mieli zaledwie dziewięć lat. Wszyscy trzej wrócili cali i zdrowi, a Bogopolscy wyprawili z tej okazji przyjęcie w swoim mieszkaniu przy Broome Street. Rok później Eugene skoczył na główkę do basenu, uderzył głową o betonowe dno i umarł. Data śmierci to rzecz ważna, uznaje Varya – może nawet najważniejsza rzecz, o której warto byłoby wiedzieć na pewno.

Kobieta patrzy na Varyę. Jej oczy są jak dwie świetliste czarne kulki.

– Mogę ci pomóc – mówi. – Mogę zrobić dla ciebie coś dobrego.

Przenosi wzrok na dłoń Varyi. Najpierw przygląda się jej ogólnym kształtom, potem kwadratowym, tępo zakończonym palcom. Łagodnie odciąga kciuk dziewczynki w tył; staw nie wygina się zbyt daleko, opiera się presji. Następnie kobieta analizuje przestrzeń między czwartym a piątym palcem. Ściska koniuszek małego palca Varyi.

– Czego pani tam szuka?

– Twojego charakteru. Słyszałaś kiedyś o Heraklicie?

Varya potrząsa głową.

– To taki grecki filozof – wyjaśnia wróżka. – Charakter człowieka jest jego przeznaczeniem, tak mówił. Jedno idzie z drugim ręka w rękę, jak brat i siostra. Chcesz znać swoją przyszłość? – Kobieta wskazuje na Varyę wolną dłonią. – To popatrz w lustro.

– A jeśli się zmienię? – Varyi wydaje się niemożliwe, że przyszłość już gdzieś tam siedzi i czeka, schowana w jej wnętrzu jak aktorka za kulisami, czekająca całe dekady, aż będzie mogła wejść na scenę.

– To będziesz wyjątkiem. Bo większość ludzi się nie zmienia.

Rishika odwraca dłoń Varyi wierzchem do góry i odkłada ją na stół.

– Dwudziesty pierwszy stycznia dwa tysiące czterdziestego czwartego roku. – Głos ma obojętny, jakby mówiła o temperaturze na zewnątrz albo o wyniku meczu. – Masz mnóstwo czasu.

Na chwilę serce Varyi wyrywa się i unosi do góry. W 2044 roku będzie miała osiemdziesiąt osiem lat. Całkiem dobry wiek, żeby umrzeć. Ale niemal natychmiast dziewczynka spogląda na wróżkę.

– Skąd pani wie?

– Co ja ci mówiłam o zaufaniu? – Rishika unosi gąsienicowatą brew i marszczy czoło. – No, a teraz idź do domu i pomyśl nad tym, o czym rozmawiałyśmy. Jeśli to zrobisz, poczujesz się lepiej. Ale nie mów nikomu, dobrze? To, co widać w dłoni, co ci powiedziałam, powinno zostać między nami.

Kobieta wpatruje się w Varyę, a dziewczynka odwzajemnia jej spojrzenie. Teraz, kiedy Varya ocenia, zamiast być ocenianą, dzieje się coś dziwnego. Blask w oczach wróżki gaśnie, jej ruchy tracą grację. Ta przepowiednia jest zbyt dobra i staje się przez to dowodem na oszustwo kobiety; pewnie każdemu mówi to samo. Varya myśli o czarnoksiężniku z Krainy Oz. Podobnie jak on, kobieta nie jest żadną wróżką, żadną wieszczką. Zwykła kanciara, hochsztaplerka. Varya wstaje.

– Mój brat miał pani zapłacić – mówi, wkładając znów buty.

Kobieta też podnosi się z miejsca. Podchodzi do innych drzwi – Varya sądziła, że prowadzą do szafy, z klamki zwisa stanik z miskami tak głębokimi jak siatka, w którą Varya latem łapie motyle. Kobieta uchyla drzwi, a Varya dostrzega pas czerwonej cegły, fragment wyjścia ewakuacyjnego. Kiedy słyszy głosy rodzeństwa dobiegające z dołu, serce pęcznieje jej od ulgi.

Ale wróżka blokuje jej drogę. Chwyta Varyę za ramię w mocny uścisk.

– Wszystko ci się ułoży, skarbie. – W jej głosie pobrzmiewa złowrogi ton, jakby to było bardzo ważne, żeby Varya jej wysłuchała, żeby uwierzyła. – Wszystko będzie dobrze.

Skóra Varyi bieleje między palcami kobiety.

– Proszę mnie puścić.

Sama jest zaskoczona chłodem w swoim głosie. Twarz kobiety zmienia wyraz, jakby ktoś zaciągnął gwałtownie zasłony. Wypuszcza rękę Varyi i odsuwa się na bok.

* * *

Varya zbiega ze schodów, szczękających pod podeszwami jej butów. Łagodny wiatr gładzi jej ramiona i miękkie, jasnobrązowe włoski, które zaczynają już rosnąć jej na nogach. Kiedy dociera na ulicę, widzi, że policzki Klary są poznaczone ścieżkami łez, a nos zaczerwieniony.

– Co się stało?

Klara odwraca się nerwowo.

– A jak myślisz?

– Och, chyba nie wierzycie naprawdę… – Varya patrzy na Daniela, szukając wsparcia, ale on ma twarz jak z marmuru. – Nieważne, co ci powiedziała, to nic nie znaczy. Wszystko sobie zmyśliła. Prawda, Daniel?

– Prawda. – Daniel się odwraca i rusza w stronę ulicy. – Idziemy.

Klara ciągnie Simona za ramię. Chłopiec nadal ściska w dłoni sakiewkę, tak samo pełną jak wtedy, kiedy tu przyszli.

– Miałeś jej zapłacić – mówi Varya.

– Zapomniałem.

– Nie zasłużyła na nasze pieniądze. – Daniel stoi na chodniku z dłońmi na biodrach. – Chodźcie!

Droga do domu upływa im w milczeniu. Varya jeszcze nigdy nie czuła się tak odcięta od innych. Przy kolacji dłubie w zapiekance. Simon w ogóle nie rusza jedzenia.

– Coś nie tak, kochanie? – pyta Gertie.

– Nie jestem głodny.

– Dlaczego?

Simon wzrusza ramionami. W świetle kuchennej żarówki jego blond loki wydają się zupełnie białe.

– Matka zrobiła kolację, jedz – nakazuje Saul.

Ale Simon odmawia. Siada sobie na dłoniach.

– O co chodzi? – gdacze Gertie, unosząc brew. – Nie dość dobre dla panicza?

– Dajcie mu spokój. – Klara wyciąga rękę, żeby zmierzwić bratu włosy, ale Simon szarpie się do tyłu i odsuwa krzesło ze zgrzytem.

– Nienawidzę was! – krzyczy, zrywając się z miejsca. – Nienawidzę! Was! Wszystkich!

– Simon. – Saul też wstaje. Nadal ma na sobie garnitur, w którym chodzi do pracy. Włosy ma jaśniejsze niż Gertie, połyskujące niezwykłym odcieniem miedzianego blondu; zaczynają mu już rzednąć. – Nie wolno tak mówić do rodziny.

Jest drewniany w tej roli, niezgrabny. To żona zwykle wymusza dyscyplinę. Teraz jednak Gertie siedzi oniemiała, z rozchylonymi ustami.

– Ale ja tak mówię – odpowiada Simon. Na jego twarzy maluje się zdziwienie.

CZĘŚĆ PIERWSZA

Będziesz tańczyć, synek

1978–1982

Simon

1

Kiedy Saul umiera, Simon siedzi na lekcji fizyki i rysuje koncentryczne kółka, które mają przedstawiać powłoki atomu, ale dla Simona kompletnie nic nie znaczą. Przez dysleksję i skłonność do bujania w obłokach nigdy nie został dobrym uczniem. Przeznaczenie powłoki elektronowej – orbity elektronów wokół jądra atomu – kompletnie mu umyka. W tej samej chwili jego ojciec zgina się wpół na przejściu dla pieszych na Brome Street w drodze powrotnej z lunchu. Taksówka trąbi, hamuje gwałtownie; Saul opada na kolana; krew odpływa mu z serca. Jego śmierć nie jest dla Simona ani trochę bardziej zrozumiała niż transfer elektronów między atomami: jedno i drugie było i zniknęło.

Varya przyjeżdża z Vassar College, Daniel z Uniwersytetu Binghamton. Żadne nie rozumie, co się stało. Owszem, Saul był zestresowany, ale przecież najgorsze dla miasta chwile – kryzys finansowy, awaria zasilania – wreszcie minęły. Związki zawodowe ocaliły miasto od bankructwa, Nowy Jork znów staje na nogi. W szpitalu Varya pyta o ostatnie chwile ojca. Czy cierpiał? Tylko przez chwilę, zapewnia pielęgniarka. Mówił coś? Nikt nie słyszał, żeby się odzywał. To nie powinno zaskoczyć żony i dzieci Saula, przyzwyczajonych do małomówności ojca – a mimo to Simon czuje się oszukany, ograbiony z ostatecznego wspomnienia ojca, który w śmierci pozostał tak samo milczący jak za życia.

Ponieważ następnego dnia wypada szabat, pogrzeb odbywa się dopiero w niedzielę. Żałobnicy zbierają się w konserwatywnej synagodze Tiferet Israel, do której należał Saul i którą wspierał datkami. Przy wejściu rabin Chaim podaje każdemu z Goldów nożyczki na krię.

– Nie. Nie zrobię tego – protestuje Gertie, którą trzeba prowadzić po kolei przez każdy etap ceremonii, jak przez kontrolę celną na granicy kraju, którego nigdy nie zamierzała odwiedzać. Ma na sobie dopasowaną sukienkę, którą Saul uszył dla niej w 1962 roku: sztywna czarna bawełna, zebrana w talii, zapinana z przodu na guziki, z odczepianym paskiem. – Nie zmusicie mnie – dodaje, spoglądając na przemian na rabina i dzieci. Cała czwórka posłusznie rozcięła ubrania na sercu. Rabin tłumaczy, że on do niczego nie może jej zmusić, tylko Bóg, ale wygląda na to, że Bóg też tu nic nie wskóra. Ostatecznie rabin wręcza Gertie czarną wstążkę do rozcięcia zamiast sukienki, a ona w aurze bolesnego zwycięstwa zajmuje swoje miejsce w ławce.

Simon nigdy nie lubił przychodzić do synagogi. Z powodu szorstkich ścian z ciemnego kamienia i zatęchłego powietrza w dzieciństwie był pewien, że to miejsce jest nawiedzone. Nabożeństwa były jeszcze gorsze: ciągnące się w nieskończoność milczące modlitwy, gorące prośby o odnowę Syjonu. Teraz Simon stoi nad zamkniętą trumną, powietrze wkrada mu się pod koszulę przez rozcięcie na piersi, a on uświadamia sobie, że już nigdy nie zobaczy ojca. Przypomina sobie nieobecne spojrzenie Saula i powściągliwy, niemal kobiecy uśmiech. Rabin Chaim nazywa Saula dobroczyńcą znanym z siły ducha i niezłomnego serca, ale w oczach Simona ojciec był człowiekiem porządnym i statecznym, który za wszelką cenę unikał kłopotów i konfliktów. Saul był tak pozbawiony pasji, że jego małżeństwo z Gertie należałoby uznać za prawdziwy cud, bo związku z tą ambitną i humorzastą kobietą nikt o zdrowych zmysłach nie uznałby za decyzję pragmatyczną.

Po nabożeństwie wychodzą za niosącymi trumnę na cmentarz Mount Hebron, gdzie leżą rodzice Saula. Obie dziewczynki płaczą – Varya po cichu, Klara głośnym szlochem wtóruje matce – a otumaniony Daniel trzyma fason wyłącznie z poczucia obowiązku.

Simon jednak nie jest w stanie płakać, nawet kiedy trumna zostaje spuszczona w głąb ziemi. Ma tylko poczucie, że coś stracił – nie ojca, którym Saul był, tylko człowieka, którym możliwe, że był. Przy obiedzie ojciec i najmłodszy syn siedzieli na przeciwnych krańcach stołu, każdy pogrążony we własnych myślach. Dopiero kiedy jeden z nich podnosił oczy i napotykał wzrok drugiego, przeskakiwała między nimi iskra – działo się to przypadkiem, ale jednak ich oddzielne światy łączyły się na chwilę niczym na zawiasie, dopóki któryś nie odwracał spojrzenia.

Teraz zawias zniknął. Owszem, Saul zawsze był nieobecny, ale pozwolił każdemu z rodziny Goldów objąć własną rolę: on sam był karmicielem rodziny, Gertie – generałową, Varya posłuszną najstarszą córką, a Simon tym najmłodszym, nieobciążonym żadnymi oczekiwaniami. Jeśli ciało ich ojca – ze zdrowym sercem i cholesterolem niższym niż u Gertie – tak po prostu się zatrzymało, to co jeszcze może pójść nie tak? Jakie jeszcze prawa wszechświata mogą ulec zakrzywieniu? Varya chowa się na swoim łóżku pod sufitem. Daniel ma dwadzieścia lat, ledwo zdążył stać się mężczyzną, ale teraz wita gości i przynosi jedzenie na stół, prowadzi modlitwy po hebrajsku. Klara, której kąt w sypialni jest zawsze w największym nieładzie, szoruje kuchnię aż do bólu ramion. A Simon zajmuje się Gertie.

To sprzeczne z ich zwykłym podziałem obowiązków, bo Gertie zawsze skakała wokół Simona bardziej niż przy pozostałych dzieciach. Kiedyś chciała być intelektualistką; leżała w Washington Square Park przy fontannie, zaczytując się Kafką, Nietzschem, Proustem. Ale kiedy skończyła dziewiętnaście lat, poznała Saula, który po ukończeniu liceum zaczął pracować w firmie ojca, i już rok później była w ciąży. Wkrótce zrezygnowała ze studiów na Uniwersytecie Nowojorskim, choć miała stypendium, i wprowadziła się do mieszkania zaledwie kilka przecznic od Zakładu Modniarskiego Golda, który Saul miał odziedziczyć po ojcu, kiedy jego rodzice przejdą na emeryturę i zamieszkają na Kew Gardens Hills.

Niedługo później urodziła się Varya – wcześniej, niż Saul uważał za właściwe – a w dodatku, ku jego upokorzeniu, Gertie została recepcjonistką w kancelarii prawniczej. Wieczorami nadal była ich niezłomną głównodowodzącą. Ale rano wkładała sukienkę i malowała policzki różem z małego okrągłego pudełeczka, po czym zostawiała dzieci u pani Almendinger i wychodziła z kamienicy krokiem tak lekkim, jak to tylko było możliwe w jej sytuacji.

Ale po narodzinach Simona Gertie została w domu dziewięć miesięcy zamiast pięciu jak przy starszych dzieciach, a potem dziewięć zmieniło się w osiemnaście. Wszędzie go nosiła. Kiedy płakał, nie reagowała wzbierającą lawinowo frustracją, tylko tuliła go i śpiewała, jakby ogarniała ją nostalgia wobec tego zadania, którego dotąd nie znosiła – bo tym razem wiedziała, że już więcej się nie powtórzy. Wkrótce po przyjściu na świat Simona, kiedy Saul był w pracy, Gertie wybrała się do lekarza. Wróciła z małą szklaną fiolką wypełnioną pigułkami – na etykiecie było napisane Enovid – i ukryła ją w głębi szuflady z bielizną.

– Si-mon! – zawodzi teraz z łóżka, głęboko i przeciągle, jak syrena przeciwmgielna. – Podaj mi to – prosi na przykład i wskazuje na poduszkę leżącą tuż przed jej nogami. Albo oznajmia niskim, złowrogim tonem: – Mam odleżyny. Za dużo czasu już spędziłam w tym łóżku.

Wprawdzie Simona aż odrzuca w środku, ale posłusznie ogląda twardą krawędź matczynej pięty.

– Mama, to nie odleżyny, tylko odcisk.

Ale ona już nie słucha i prosi, żeby przyniósł jej Kadysz, albo rybę i czekoladę z półmiska z jedzeniem, który rabin Chaim przysłał im na sziwę.

Simon mógłby pomyśleć, że Gertie takie komenderowanie sprawia przyjemność, gdyby nie nocny szloch matki – tłumiony poduszką, żeby nie dotarł do pokoju dzieci, choć Simon i tak wszystko słyszy – albo gdyby nie widział jej skulonej w kłębek na łóżku, które przez dwie dekady dzieliła z Saulem. Gertie przypomina wtedy nastolatkę, którą była, kiedy go poznała. Sziwy przestrzega z pieczołowitością, jakiej Simon nigdy by się po niej nie spodziewał – Gertie zawsze bardziej wierzyła w przesądy niż w jakiegokolwiek Boga. Spluwa trzy razy, kiedy widzi przechodzący pogrzeb, rzuca przez ramię solą z upuszczonej solniczki i pod żadnym pozorem nie minęłaby w czasie ciąży cmentarza, więc między 1956 a 1962 rokiem cała rodzina musiała wszędzie chodzić okrężną drogą. Zazwyczaj w każdy piątek Gertie przestrzega szabatu z umęczoną cierpliwością, jakby znosiła obecność gościa, którego bardzo chce się już pozbyć. Ale teraz przez cały tydzień sziwy Gertie się nie maluje. Rezygnuje z noszenia biżuterii i skórzanych butów. Nie zdejmuje obcisłej czarnej sukienki w dzień ani w nocy, ignorując skorupkę z tłuszczu wołowego na udzie, jakby chciała w ten sposób odpokutować nieudaną krię. Ponieważ Goldowie nie mają w domu drewnianych stołków, do recytacji Kadiszu siada na podłodze. Próbuje nawet czytać księgę Hioba, mrużąc oczy z nosem w Tanachu. Kiedy odkłada księgę, w jej szeroko otwartych oczach maluje się zagubienie, jak u dziecka rozglądającego się za rodzicami. A potem znów wzbiera w niej wołanie:

– Si-mon!

Gertie potrzebuje czegoś dotykalnego: świeżych owoców, babki maślanej; albo żeby otworzyć jej okno lub zamknąć je przed przeciągiem; koca, szmatki do mycia, świeczki.

Kiedy zbiera się dość gości na minjan, Simon pomaga matce przebrać się w świeżą sukienkę i w kapcie. Następnie Gertie wynurza się z sypialni, by wziąć udział w modlitwach. Dołączają do nich wieloletni pracownicy Saula: księgowi, szwaczki, projektanci, sprzedawcy i wreszcie młodszy partner Saula, Arthur Milavetz, trzydziestodwuletni mężczyzna o piskliwym głosie i z nosem przypominającym ptasi dziób.

W dzieciństwie Simon uwielbiał odwiedzać sklep ojca. Księgowi dawali mu spinacze do papieru albo skrawki tkanin do zabawy, a Simon był dumny, że jest synem Saula. Szacunek, z jakim odnosili się do Saula pracownicy i przestronny gabinet z jasnymi oknami mówiły chłopcu, że ojciec jest kimś ważnym. Saul podrzucał Simona na kolanie i pokazywał, jak wykrajać kawałki materiału i zszywać próbki. Później Simon towarzyszył ojcu w wyprawach do magazynów tkanin, gdzie Saul wybierał tweedy i jedwabie, które miały być modne w przyszłym sezonie, i na Saks Fifth Avenue, gdzie kupował ubrania w najmodniejszych fasonach, by później kopiować ich kroje we własnym zakładzie. Po pracy ojciec pozwalał Simonowi zostać w sklepie, a mężczyźni grali w kierki albo przesiadywali w gabinecie Saula z pudełkiem cygar i debatowali nad strajkami nauczycieli i śmieciarzy albo nad Kanałem Sueskim i wojną Jom Kippur.

Przez cały ten czas coś wisiało w powietrzu, powoli pęczniało, zbliżało się, aż w końcu Simon był zmuszony spojrzeć na problem w całej potwornej okazałości: na swoją przyszłość. Daniel od zawsze planował karierę lekarza, więc Saulowi został tylko jeden syn – Simon, niecierpliwy i ledwie wytrzymujący we własnej skórze, a co dopiero w dwurzędowym garniturze. Zanim wszedł w wiek nastoletni, zdążył się już znudzić modą kobiecą, a od wełny wszystko go swędziało. Miał żal do Saula o wątłe nitki jego zainteresowania, które, jak podejrzewał Simon, nie przetrwałyby rozstania z pracą, o ile coś takiego w ogóle było możliwe. Chłopiec jeżył się w obecności wiecznie trwającego u boku Saula Arthura, który traktował Simona jak pomocnego małego pieska. Ale jedno odkrycie okazało się dla Simona zupełnie niepojęte: to sklep był prawdziwym domem Saula, a pracownicy znali pana Golda o wiele lepiej niż jego własne dzieci.

Dziś Arthur przynosi trzy półmiski z delikatesów i tackę wędzonej ryby. Wygina długą, łabędziowatą szyję i całuje Gertie w policzek.

– Co my teraz zrobimy, Arthurze? – pyta kobieta, wtulając twarz w poły jego płaszcza.

– Tak, to straszne – zgadza się on. – Koszmarne.

Maleńkie kropelki wiosennego deszczu przycupnęły Arthurowi na ramionach i na soczewkach okularów w rogowej oprawie, ale jego wzrok nadal jest ostry i przenikliwy.

– Dzięki Bogu, że mam ciebie. I Simona – wzdycha Gertie.

* * *

W ostatnią noc sziwy, kiedy Gertie już śpi, rodzeństwo zbiera się na strychu. Wszyscy są znużeni, wybiedzeni, mają zapuchnięte, podkrążone oczy i poskręcane żołądki. Szok nie zdążył jeszcze osłabnąć; Simon nie wyobraża sobie, że kiedykolwiek ich opuści. Daniel i Varya siedzą na pomarańczowej welwetowej kanapie; wyściółka wyłazi z podłokietników. Klara zajmuje patchworkowy puf, który kiedyś należał do świętej pamięci pani Blumenstein. Nalewa bourbona do czterech wyszczerbionych filiżanek. Zgarbiony Simon siada po turecku na podłodze i miesza bursztynowy płyn palcem.

– No, to co planujecie? – pyta, zerkając na Daniela i Varyę. – Wyjeżdżacie jutro?

Daniel kiwa głową. On i Varya muszą złapać poranny pociąg na uniwersytet. Już pożegnali się z Gertie i obiecali, że wrócą za miesiąc, po egzaminach.

– Nie mogę zostać dłużej, bo zawalę semestr – mówi Daniel. – Niektórzy z nas nie muszą się martwić o takie rzeczy – dodaje, trącając Klarę stopą.

Klarze zostały jeszcze dwa tygodnie liceum, ale już powiedziała rodzinie, że nie zamierza brać udziału w ceremonii zakończenia roku szkolnego. („Dreptać do rytmu z tą bandą pingwinów? Niech sami sobie odstawiają te swoje szopki”). Varya studiuje biologię, Daniel ma nadzieję zostać lekarzem wojskowym, ale Klara nie ma ochoty iść na studia. Chce zajmować się magią.

Ostatnie dziewięć lat spędziła na pobieraniu nauk u Ilyi Hlavacka, podstarzałego artysty rewiowego i iluzjonisty, który jest też jej szefem w sklepie ezoterycznym Artykuły Magiczne Hlavacek i Wspólnicy. Klara odkryła to miejsce w wieku dziewięciu lat, kiedy kupiła od Ilyi Księgę wróżb; teraz sprzedawca jest dla niej ojcem w równym stopniu co Saul. Ilya, siedemdziesięciodziewięcioletni czeski imigrant, który dorastał między jedną wojną a drugą, artretyczny i przygarbiony, z kępką siwych włosów jak u trolla – opowiada jej wspaniałe historie z dawnych czasów, kiedy występował na scenie. O tym, jak zjeździł całe środkowe Stany w tournée po najbardziej obskurnych muzeach osobliwości, a jego stolik z kartami nierzadko znajdował się zaledwie metr czy dwa od słojów z zamarynowanymi ludzkimi głowami; o namiocie cyrkowym w Pensylwanii, gdzie wykonał sztuczkę ze zniknięciem burego sycylijskiego osła o imieniu Antonio, a tysiącosobowa publiczność nagrodziła go eksplozją oklasków.

Ale minęło już ponad sto lat, odkąd bracia Davenport wywoływali duchy zmarłych na salonach zamożnych pań i panów, a John Nevil Maskelyne sprawił, że kobieta lewitowała w londyńskim Egyptian Hall. Dziś amerykańscy magicy – ci, którym najbardziej się poszczęściło – zajmują się efektami specjalnymi w teatrach albo występują w skomplikowanych przedstawieniach w Las Vegas. Prawie wszyscy to mężczyźni. Kiedy Klara odwiedziła Marinka’s, najstarszy sklep magiczny w kraju, młody człowiek za ladą obrzucił ją pogardliwym spojrzeniem, po czym zaprowadził do półki z tabliczką Czarownice. („Palant”, wymamrotała pod nosem Klara, choć i tak kupiła Demonologię: Przywołania krwią – tylko po to, żeby zetrzeć mu ten ważniacki uśmieszek z twarzy).

Poza tym Klarę niespecjalnie interesują magicy estradowi, z ich jaskrawymi reflektorami, wieczorowym strojem, lewitacją na rusztowaniach. Woli artystów dających pokazy w skromniejszych miejscach, gdzie magia przekazywana jest z ręki do ręki niczym wymięty banknot. W niedziele ogląda ulicznego magika Jeffa Sheridana, występującego w swoim stałym punkcie przy pomniku Sir Waltera Scotta w Central Parku. Ale czy naprawdę dałaby radę z tego wyżyć? Nowy Jork się zmienia. Hipisi już zniknęli z jej dzielnicy, a ich miejsce zajęli punkrockowcy, zamiast miękkich narkotyków teraz bierze się twarde. Portorykańskie gangi trzęsą Dwunastą Ulicą i Aleją A. Raz Klarę przytrzymało kilku mężczyzn. Mogłoby się źle skończyć, gdyby Daniel akurat nie przechodził obok.

Varya strząsa popiół z papierosa do pustej filiżanki.

– Nie mogę uwierzyć, że nadal zamierzasz wyjechać. I co, zostawisz mamę w takim stanie?

– Varya, taki był plan. Od zawsze. Wyjeżdżam.

– Czasami plany się zmieniają. Bywa, że nie ma innego wyjścia.

– Więc dlaczego ty nie zmienisz swoich? – pyta Klara, unosząc brew.

– Nie mogę. Mam egzaminy.

Dłonie Varyi są sztywne, plecy wyprostowane. Nigdy nie była skłonna do kompromisów: taka świętoszkowata, trzymająca się zasad, jakby całe życie chodziła po linie. W swoje czternaste urodziny zdmuchnęła wszystkie świeczki z wyjątkiem trzech, a Simon, wtedy zaledwie ośmioletni, wspiął się na palce, żeby pomóc jej z resztą. Varya nakrzyczała na niego i rozpłakała się tak histerycznie, że nawet Saul i Gertie byli zbici z tropu. Varyi brak urody Klary, nie interesują jej ubrania ani makijaż. Jej jedyną słabostką są włosy. Sięgają jej do pasa, nigdy nie były farbowane ani rozjaśniane – i to nie dlatego, że ich naturalny kolor, przypominający spierzchnięte letnie błoto, czymkolwiek się wyróżnia. Varya po prostu tak woli. Klara farbuje swoje na jaskrawą, chemiczną czerwień. Kiedy poprawia odrosty, umywalka jeszcze przez kilka dni wygląda jak scena zbrodni.

– Egzaminy. – Klara macha dłonią, jakby studia były hobby, z którego Varya powinna wreszcie wyrosnąć.

– A dokąd ty właściwie zamierzasz jechać? – wtrąca Daniel.

– Jeszcze nie zdecydowałam. – Klara mówi to ze spokojem, ale na jej twarzy widać napięcie.

– Dobry Boże. – Varya odrzuca głowę. – Nie masz nawet pomysłu, co ze sobą zrobić?

– Czekam, aż mi się objawi.

Simon patrzy na siostrę. Wie, że Klara dobrze się z tym kryje, ale myśl o przyszłości ją przeraża.

– A kiedy już ci się objawi to miejsce, do którego się wybierasz, to jak tam dotrzesz? – Daniel nie odpuszcza. – Czekasz, aż to też ci się ukaże we śnie? Nie masz pieniędzy na samochód. Nie stać cię na bilet na samolot.

– Widzisz, Danny, jest taki nowy sposób, nazywa się autostop. Wszyscy to robią.

Klara jako jedyna zwraca się do Daniela zdrobnieniem z dzieciństwa, wiedząc, że to przypomina bratu o moczeniu łóżka, krzywych zębach, a przede wszystkim o rodzinnej wyprawie do Lavallette w New Jersey, podczas której Daniel nie wytrzymał i zrobił kupę w sztruksowe spodnie, psując pierwszy dzień wakacji i powietrze w wynajętym chevrolecie.

– Klaro, proszę cię. – Varya natychmiast podnosi głowę. – Obiecaj mi, że nie będziesz nigdzie jeździć autostopem. Tak po całym kraju? Jeszcze cię zabiją.

– Nikt mnie nie zabije. – Klara zaciąga się i wypuszcza dym na lewo, z daleka od Varyi. – Ale jeśli to tyle dla ciebie znaczy, pojadę autokarem.

– Wiesz, ile to będzie trwało? – wtrąca Daniel.

– Taniej niż samochodem. A poza tym naprawdę uważacie, że mama mnie potrzebuje? Jest szczęśliwsza, kiedy nie musi mnie oglądać.

Informacja, że Klara nie zamierza składać podania na studia, wywołała serię awantur między nią a Gertie, które ostatecznie ustąpiły miejsca gorzkiej ciszy.

– No i przecież nie będzie sama. Jest jeszcze Si. – Klara wyciąga rękę w stronę brata, ściska go za kolano.

– Nie przeszkadza ci to, Simon? – pyta Daniel.

Przeszkadza. Simon już widzi, jak to będzie wyglądało, kiedy wszyscy wyjadą. Zostanie sam na sam z matką, uwięzioną w swojej wiecznej sziwie – „Si-mon!” – i z ojcem, nieobecnym i wszechobecnym zarazem. Nocami będzie wymykał się z domu pobiegać, żeby choć na chwilę się wyrwać. No i jeszcze interes – oczywiście, interes po ojcu – który teraz należy się Simonowi. Myśl o stracie Klary jest równie okropna, ale ze względu na siostrę Simon tylko wzrusza ramionami.

– E tam. Klara powinna robić, co chce. Raz się żyje, nie?

– O ile nam wiadomo. – Klara zgniata niedopałek. – Myślicie o tym czasami?

– O życiu pozagrobowym? – Daniel unosi brwi.

– Nie. Jak długo będziecie żyć.

Teraz, kiedy Klara otworzyła pudełko ze wspomnieniami, na strychu zapada cisza.

– A ty znowu o tej starej klępie? – Daniel nie wytrzymuje.

Klara wzdryga się, jakby to ją obraził. Od lat nie rozmawiali o kobiecie z Hester Street. Ale teraz Klara jest pijana. Simon widzi to po jej zaszklonych oczach i tym, jak przeciąga „s”, kiedy mówi.

– Tchórze z was – odcina się Klara. – Nie potraficie się nawet przyznać.

– Do czego? – pyta Daniel.

– Co wam powiedziała. – Klara wskazuje na niego palcem. Paznokcie ma pomalowane na czerwono, tu i ówdzie lakier zdążył już odprysnąć i się złuszczyć. – Proszę bardzo, Daniel. Ty zaczynasz.

– Nie.

– Tchórz. – Klara uśmiecha się krzywo, zamykając oczy.

– Nawet gdybym chciał, to nie mógłbym ci powiedzieć. To było dawno, dziesięć lat temu. Naprawdę myślisz, że to pamiętam?

– Ja zapamiętałam – wtrąca Varya. – Dwudziesty pierwszy stycznia dwa tysiące czterdziestego czwartego roku. I proszę, po tajemnicy.

Bierze łyk bourbona, potem kolejny, i odstawia opróżnioną filiżankę na podłogę. Klara patrzy na siostrę z zaskoczeniem. Potem chwyta butelkę za szyjkę i znów napełnia filiżanki – najpierw Varyi, potem własną.

– Ile to lat? – zastanawia się Simon. – Osiemdziesiąt osiem?

Varya przytakuje.

– Gratulacje. Mnie powiedziała, że dożyję trzydziestu jeden – oznajmia Klara.

Daniel odkasłuje.

– No, to jakieś farmazony.

– Można mieć nadzieję. – Klara unosi filiżankę.

– Dobra. – Daniel wychyla swojego drinka. – Dwudziesty czwarty listopada dwa tysiące szóstego. Przebiłaś mnie, Vi.

– Czterdzieści osiem – liczy Klara. – Nie martwi cię to?

– Coś ty. Raszpla rzuciła pierwszą datę, jaka jej przyszła do głowy. Musiałbym zgłupieć, żeby się przejmować czymś takim – prycha, odstawiając filiżankę z brzękiem na deski. – A tobie co powiedziała, Si?

Simon pali już siódmego papierosa. Zaciąga się i wypuszcza dym, nie odrywając wzroku od ściany.

– Młodo.

– Jak młodo? – dopytuje Klara.

– Moja sprawa.

– Och, przestań – fuka Varya. – To idiotyczne. Ona ma nad nami władzę tylko, jeśli ją od nas dostanie. To oczywiste, że była oszustką. Osiemdziesiąt osiem? Błagam. Z taką przepowiednią pewnie wpadnę pod ciężarówkę przed czterdziestką.

– Więc jak to się stało, że reszta dostała takie złe? – pyta Simon.

– Nie wiem. Dla odmiany? Nie może wszystkim mówić tego samego. – Na twarz Varyi występuje rumieniec. – Żałuję, że w ogóle do niej poszliśmy. Tylko namieszała nam w głowach.

– To przez Daniela – przerywa jej Klara. – To on nas tam zabrał.

– Myślisz, że nie wiem? – syczy Daniel. – A ty pierwsza się zgodziłaś.

Wściekłość kipi Simonowi w piersi. Przez chwilę czuje nienawiść do nich wszystkich: do Varyi, racjonalnej i zdystansowanej, z dekadami życia przed sobą; Daniela, który lata temu zaklepał sobie karierę medyczną, zmuszając Simona do przejęcia interesu po ojcu; do Klary, która teraz go opuszcza. Ma żal, że oni mogą uciec.

– Cisza! – przerywa ostro. – Koniec! Zamknijcie się, dobra? Tata nie żyje. Więc moglibyście się, kurwa, przymknąć?

Sam jest zaskoczony swoim rozkazującym tonem. Nawet Daniel się skurczył.

– Simon mówi – mamrocze starszy z braci.

* * *

Varya i Daniel wracają na dół i kładą się do łóżek, ale Klara i Simon wychodzą na dach. Zabierają ze sobą poduszki i koce i zasypiają na betonowej posadzce pod zasnutym smogiem księżycem.

Budzą się przed świtem, ktoś nimi potrząsa. Z początku myślą, że to Gertie, ale po chwili dostrzegają przez sklejone snem powieki wąską, szarą twarz Varyi.

– Jedziemy – szepcze. – Taksówka czeka na dole.

Zza Varyi wyłania się Daniel, patrzy zza szkieł okularów nieobecnym wzrokiem. Skórę pod oczami ma srebrnoniebieską, o rybim połysku, a przeżycia ostatniego tygodnia wyryły mu głębokie bruzdy wokół ust – a może one zawsze tam były?

Klara zasłania twarz ramieniem.

– Nie.

Varya podnosi rękę siostry, gładzi Klarę po włosach.

– Pożegnaj się.

Głos Varyi jest łagodny, Klara siada. Zarzuca siostrze ramiona na szyję, ściska tak mocno, że mogłaby złapać się za łokcie.

– Do zobaczenia – szepcze.

Kiedy Varya i Daniel odjeżdżają, niebo żarzy się czerwienią, potem przechodzi w kolor bursztynu. Simon chowa twarz we włosach Klary. Pachną dymem.

– Nie jedź – szepcze.

– Muszę, Si.

– Co tam niby na ciebie czeka?

– Kto wie? – Oczy Klary są szkliste ze zmęczenia, jej źrenice wydają się lśnić własnym blaskiem. – Właśnie o to chodzi.

Wstają i składają koce.

– Powinieneś jechać ze mną – dodaje Klara, spoglądając na niego z ukosa.

– Jasne – śmieje się Simon. – Opuścić dwa lata szkoły? Mama by mnie zabiła.

– Nic ci nie zrobi, jeśli będziesz dość daleko.

– Nie mogę.

Klara podchodzi do krawędzi dachu i opiera się o balustradę. Nadal ma na sobie puszysty niebieski sweter i dżinsowe szorty z poszarpanymi brzegami. Nie patrzy na niego, ale Simon czuje na sobie ciężar jej uwagi, Klara aż drży, jakby wiedziała, że tylko udając nonszalancję, będzie mogła powiedzieć to, co właśnie zamierza.

– Moglibyśmy jechać do San Francisco.

Simon traci na chwilę oddech.

– Nie mów tak.

Kuca, żeby podnieść poduszki, bierze po jednej pod każde ramię. Ma metr siedemdziesiąt dwa, tyle samo co Saul, zwinne, umięśnione nogi i smukłą pierś. Jego pełne, różowe wargi i ciemnoblond loki – spadek po jakimś dawno pogrzebanym aryjskim przodku – zaskarbiają mu sympatię dziewcząt z klasy, ale jego interesuje zupełnie inna publiczność.

Waginy nigdy go nie interesowały: ich kapuściane fałdy, długi korytarz ukryty w głębi ciała. Simon pragnie pchnięć fiuta, silnego naporu, wyzwania rzuconego przez ciało podobne do jego własnego. Tylko Klara o tym wie. Kiedy rodzice spali, ona i Simon często wymykali się przez okno, Klara chowała do torebki ze sztucznej skóry gaz pieprzowy i złazili po schodach pożarowych na ulicę. Chodzili do Le Jardin posłuchać Bobby’ego Guttadaro albo jechali metrem na 12 West, do starej hurtowni kwiatów przerobionej na dyskotekę. Właśnie tam Simon poznał tancerza go-go, który opowiedział mu o San Francisco. Siedzieli w ogrodzie na dachu, a tancerz opowiadał, że San Francisco ma radnego geja, jest tam wydawana gejowska gazeta, geje mogą wszędzie pracować i uprawiać seks, kiedy chcą, bo nie ma tam żadnego prawa zakazującego sodomii.

– Nawet sobie nie wyobrażasz – powiedział, a Simon od tamtej pory nie był w stanie myśleć o niczym innym.

– Dlaczego nie? – Klara się odwraca. – Okej, mama byłaby zła. Ale przecież widzę, jakie życie cię tu czeka, Si, i nie chcę, żeby cię to spotkało. Ty też nie. Jasne, mama chce, żebym poszła na studia, ale już to ma z Dannym i Vi. Musi zrozumieć, że nie jestem taka jak ona. A ty nie jesteś tatą. Jezu, ty przecież nie możesz zostać krawcem. Krawcem! – Przerywa, jakby zależało jej, by te słowa wybrzmiały. – To wszystko nie tak. To niesprawiedliwe. Więc daj mi jeden powód. Jeden dobry powód, dla którego nie miałbyś zacząć żyć.

Kiedy tylko Simon pozwala sobie na tę myśl, prawie robi mu się słabo. Manhattan powinien być jego oazą – są tu gejowskie kluby, nawet sauny – ale on boi się stworzyć sobie nową tożsamość w miejscu, które zawsze było jego domem. Faygelehs, mruknął kiedyś Saul, spoglądając z niechęcią na trzech smukłych mężczyzn, wnoszących bizantyjską wręcz kolekcję instrumentów do mieszkania, na które Singhów nie było już stać. Obelżywe określenie w jidysz przejęła od Saula Gertie i choć Simon udawał, że nie słyszy, za każdym razem miał wrażenie, że rodzice mówią o nim.

W Nowym Jorku Simon żył dla nich, ale w San Francisco mógłby żyć dla siebie. I wprawdzie niechętnie do tego wraca – a tak naprawdę wręcz obsesyjnie unika tematu – teraz pozwala sobie na tę myśl: co, jeśli kobieta z Hester Street miała rację? Samo wspomnienie sprawia, że Simon widzi swoje życie w innym świetle; wszystko wydaje mu się pilne, rozmigotane, drogocenne.

– Jezu, Klara. – Simon dołącza do siostry, kładzie dłonie na barierce. – Ale co ty będziesz z tego miała?

Słońce wznosi się nad horyzont w głębokiej czerwonej łunie, Klara spogląda na nie, mrużąc oczy.

– Ty możesz jechać tylko w jedno miejsce – mówi. – Ja mogłabym zamieszkać gdziekolwiek.

Twarz wciąż ma jeszcze po dziecięcemu pyzatą, okrągłą. Kiedy się uśmiecha, widać, że jej zęby są nieco krzywe: jej twarz staje się wtedy na wpół dzika, na wpół urocza. Jego siostra.

– Czy ja kiedykolwiek pokocham kogoś tak bardzo jak ciebie? – pyta Simon.

– Proszę cię – śmieje się Klara. – Znajdziesz kogoś, kogo pokochasz o wiele bardziej.

Pięć pięter niżej wzdłuż Clinton Street biegnie młody mężczyzna. Ma na sobie cienką białą koszulkę i niebieskie nylonowe szorty. Simon przygląda się, jak mięśnie na piersi biegacza falują pod ubraniem, obserwuje jego nogi, mocne jak pnie drzew. Klara podąża wzrokiem za spojrzeniem brata.

– Simon, uciekajmy stąd.

2

Maj przychodzi w feerii barw, złoty od słońca. Krokusy wychylają się z trawy w parku Roosevelta. Po zakończeniu ostatniego dnia lekcji Klara wpada do mieszkania, ściskając w dłoni pustą ramkę na dyplom. Dokument otrzyma pocztą, kiedy wykaligrafują na nim jej imię i nazwisko, ale do tego czasu Klary już tu nie będzie. Gertie wie, że córka wyjeżdża, więc walizka czeka na Klarę w korytarzu. Jest jednak coś, czego Gertie nie wie. Simon, którego bagaż czeka wciśnięty pod łóżko, wyjeżdża razem z siostrą.

Zostawia prawie cały swój dobytek, zabierając wyłącznie rzeczy najpotrzebniejsze i najcenniejsze. Dwie welurowe koszule w paski z kołnierzykiem. Czerwony plecak na sznurkach. Brązowe sztruksowe dzwony, które miał na sobie, kiedy młody Portorykańczyk puścił do niego oko w pociągu; to jak dotąd najromantyczniejsze przeżycie Simona. Złoty zegarek na skórzanym pasku, prezent od Saula. I jeszcze new balance’y 320 z niebieskiego zamszu: najlżejsze buty do biegania, jakie miał w życiu na nogach.

Walizka Klary jest większa, bo kryje w sobie coś, co Ilya Hlavacek podarował jej w ostatnim dniu pracy. Na noc przed wyjazdem Klara opowiada Simonowi historię prezentu.

– Przynieś mi tamto pudełko – nakazał Ilya, wskazując palcem.

Drewniana, pomalowana na czarno skrzyneczka towarzyszyła Ilyi w przydrożnych pokazach i cyrkowych występach aż do 1931 roku, kiedy zaraził się chorobą Heinego-Medina.

– W samą porę – żartował często. – Potem kino i tak zabiło sztukę wodewilu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki