Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2005

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 276 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Imię twoje… - Maria Nurowska

Spokojne, wypełnione pracą na nowojorskiej uczelni i spotkaniami z przyjaciółmi życie Elisabeth Connery, trzydziestokilkuletniej historyk sztuki, zmienia się nieoczekiwanie, kiedy jej mąż Jeff znika bez wieści podczas samotnej wyprawy naukowej na Ukrainę.

Elisabeth wybiera się na poszukiwania. Lwów, który wydawał jej się miejscem egzotycznym i groźnym, okaże się miastem o budzącej podziw tradycji, ale zarazem zniszczonym latami komunizmu, pełnym bezprawia i arogancji władz. Dzięki poznanemu po drodze Andrew Sanickiemu, ukraińskiemu prawnikowi bohaterka dotrze do współpracowniczki opozycyjnego dziennikarza Georgija Gongadze, zamordowanego przez ukraińskie służby bezpieczeństwa. Elisabeth podejrzewa, że ten sam los mógł spotkać jej męża Jeffa, który był z nim w bliskim kontakcie. Nie traci jednak nadziei – decyduje się na niebezpieczną wyprawę w strefę Czarnobyla, a potem do Czeczenii. Spotka się także z przebywającą w więzieniu opozycjonistką Oksaną Krywenko, oskarżoną o uprowadzenie Jeffa Connery'ego, a zarazem jak się okazuje matką kilkukuletniego Aleka, który jest jego synem. Losy dwóch kobiet nieoczekiwanie się splatają, a wyprawa w dziki Kaukaz okaże się wcale nie najbardziej ryzykownym przedsięwzięciem Elisabeth...

Imię twoje..., pierwsza powieść "trylogii ukraińskiej" Marii Nurowskiej, której kontynuacją jest Powrót do Lwowa, to opowieść o odwadze i poświęceniu, o bezradności wobec zła i o miłości, którą czasem bardzo trudno jest przyjąć. Wyraziste sylwetki bohaterów, odniesienia do najważniejszych wydarzeń współczesności, wartka akcja sprawiają, że Imię twoje... to przejmująca opowieść na długo pozostająca w pamięci czytelników. Dopełnieniem trylogii jest powieść Dwie miłości.

Opinie o ebooku Imię twoje… - Maria Nurowska

Fragment ebooka Imię twoje… - Maria Nurowska

Maria

Nurowska

Imię twoje…

Copyright © by Maria Nurowska, 2005 

Wydanie II 

Warszawa 2005

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.

Imię twoje cię wyprzedza… słowa znajomego profesora z Jerozolimy znalazły swoje zastosowanie. Jej imię… kim była ta kobieta, jaką odegrała rolę w życiu mężczyzny, który od osiemnastu lat był mężem Elizabeth.

Od wielu godzin była w podróży, dwa razy musiała zmieniać samolot, a nie mogła uwierzyć, że wszystko to dzieje się naprawdę. To się nie mieściło w scenariuszu jej życia, a ona się do narzuconej jej roli nie nadawała. Doszło do pomyłki, która się niebawem wyjaśni, i będzie mogła żyć jak dawniej. Ale wiedziała, że już nic nie będzie takie jak dawniej. Fakty, brzmiące najbardziej nieprawdopodobnie, były jednak faktami i nie mogła ich wymazać ze świadomości. Jej mąż Jeffrey Connery, pracownik naukowy Uniwersytetu Nowy Jork, kilka miesięcy temu wyjechał do Europy Wschodniej i tam zaginął. Czyniła starania, aby go odnaleźć. Otrzymała informacje z ambasady w Kijowie, że mąż opuścił teren Ukrainy. Dokładnie szesnastego września dwutysięcznego roku. Do Nowego Jorku jednak nie powrócił i nie odezwał się ani do niej, ani też do nikogo z bliskich sobie ludzi. Ostatni jego list nosił datę trzydziestego sierpnia. Jeff pisał w nim, ze wraca do domu, ma nawet zarezerwowany bilet na samolot. Pisał tez, ze dzieją się tu ciekawe rzeczy i ze jest bardzo zadowolony z materiałów, jakie udało mu się zgromadzić. Niektóre z nich były,,wręcz sensacyjne". Trochę ją to zdziwiło, bo mąż zbierał dokumentację do pracy o zabytkach kultury sakralnej, więc co mogło być w tym sensacyjnego? Jego bliski przyjaciel, Edgar, śmiał się, że Jeff jest bardzo zajęty, bo liczy ocalałe cerkwie na Ukrainie. W ostatnim liście mąż Elizabeth po raz pierwszy wymienił imię swojej współpracownicy. Przedtem pisał o niej jako o swoim ukraińskim cicerone w spódnicy. Teraz napisał:,,Bardzo pomogła mi Oksana". Oksana… imię tajemnicze, niepokojące… Czy ta młoda kobieta naprawdę była zamieszana w uprowadzenie jej męża? O ile to było uprowadzenie. Niestety, wszystko na to wskazywało. Zbyt dobrze znała Jeffa, aby brać pod uwagę jego dobrowolne zamilknięcie. Urzędnik w Departamencie Stanu, do którego dotarła dzięki znajomościom matki, coś takiego sugerował. Wymienił astronomiczną liczbę osób uznanych za zaginione, dodając, że w niemałym stopniu byli to mężczyźni, którzy po prostu zwiali od swoich żon. Tak się ten facet dosłownie wyraził. Elizabeth poczuła się dotknięta. Z nimi było inaczej. Skoro Jeff milczał, oznaczało to, iż uniemożliwiono mu kontakt z nią. Może powinna była z nim pojechać, ta myśl nie dawała jej spokoju. Ale nie towarzyszyła mu nigdy w jego podróżach, tak jak on nie towarzyszył jej. Oddzielali pracę od prywatnego życia, ona miała swoje podróże, on miał swoje, spotykali się w domu, w mieszkaniu na Manhattanie. Do tej pory nie zastanawiała się, jak ich małżeństwo mogło wyglądać z zewnątrz, uświadomiła jej to dopiero matka swoim pytaniem: „Czy naprawdę odczuwasz brak Jeffreya? Tak rzadko się widywaliście”. Widywali się rzadko, ale nie oznaczało to wcale, że stali się sobie obcy. Ich związek zmieniał się przez lata, tak samo jak zmieniały się ich twarze, ich widzenie świata, nabywali doświadczeń, które jednak nie wpływały na sposób, w jaki o sobie myśleli. Stanowili nierozerwalną całość i gdyby jedno z nich nagle odeszło, dla drugiego byłoby to katastrofą. I tak właśnie się teraz czuła, jak na skraju katastrofy. Nie brała jeszcze pod uwagę najgorszego, że mogą się nie zobaczyć nigdy. Nawet teraz, kiedy jechała do tego kraju, gdzieś na końcu świata, by zidentyfikować rzeczy Jeffa, odnalezione rzekomo w mieszkaniu jego współpracownicy. Nie wierzyła, że tamta mogła mieć coś wspólnego z jego zaginięciem. Jeff jej ufał, a poza tym, o co by mogło chodzić. Porwanie dla okupu? Inni nadawali się do tego lepiej. Politycy, biznesmeni, ludzie o znanych twarzach, aktorzy. Ale on? Naukowiec, zwykle bez grosza przy duszy. Chociaż podobno w tym dziwnym kraju kilka dolarów to już były znaczące pieniądze. Nie, nie, motyw porwania dla pieniędzy należało od razu wykluczyć. Chyba że w coś go wplątano. Narkotyki? Absurd. Jeff byt zbyt ostrożny, a Europa Wschodnia to jednak nie Ameryka Południowa ani Afryka, gdzie wszystko jest możliwe. Tylko co tak naprawdę wiedziała o tej Europie Wschodniej, o ile to w ogóle była jeszcze Europa. Babcia Jeffa bardzo odradzała jej tę podróż, mimo że Jeff był jej ukochanym wnukiem.,,Jemu nie pomożesz, a sobie zaszkodzisz – mówiła rozgorączkowanym głosem. – Ty nie wiesz, co to za dzicz, tam się wszystko może wydarzyć". Opowiadała, że jej mąż, dziadek Jeffa, zaraz po drugiej wojnie światowej był więziony przez parę lat w jednym z satelickich krajów Rosji. Ale działo się to przeszło pół wieku temu! Tamta Rosja już nie istniała. Inaczej też układały się stosunki pomiędzy mocarstwami. Mówiło się, że nowy prezydent Rosji w przeciwieństwie do poprzedniego jest cywilizowanym człowiekiem.

Prawdę powiedziawszy, niezbyt interesowała się polityką. Jej myśli kierowały się w zupełnie inną stronę, dawno temu zakochała się we freskach Michała Anioła w Kaplicy Sykstyńskiej i spędziła tam tyle czasu, iż uzbierałoby się z tego kilka lat. Była historykiem sztuki i pracę doktorską pisała właśnie z renesansowych fresków. Postaci stworzone przez genialnego twórcę długo zajmowały jej wyobraźnię,Stworzenie świataoglądała z bliska, z rusztowań ustawionych pod samym sklepieniem. Miała szczęście, że pozwolono jej tam wejść w czasie prac renowacyjnych. Właściwie to nie pozwolono, ale gdy wbiła sobie coś do głowy, nie było na nią sposobu… Kiedy tak przypatrywała się postaciom, ich rysom twarzy, ich ramionom, mięśniom na brzuchu i udach, całkiem serio zaczęła się zastanawiać, który z nich był prawdziwym Stwórcą, Bóg czy Michał Anioł. „Obaj – odpowiedział za nią Jeff, gdy mu się z tego zwierzyła. – Mike tworzył materię, a Bóg wyposażał ją w duszę”.

Ostatnio zajmowała się Pieterem Brueglem starszym, jedynym artystą w Niderlandach szesnastego wieku, który nie uległ panującej wówczas modzie na styl włoski, pozostał sobą i za to go bardzo ceniła. Aby obejrzeć oryginał obrazuSianokosyz cykluPory roku,wybierała się do Pragi, gdzie w Galerii Narodowej znajdowało się to płótno. Wybierała się i jakoś nie mogła tam dotrzeć. Od kilku miesięcy umawiali się z Jeffem, ze się w Pradze spotkają, lecz albo jej nie odpowiadał termin, albo jemu. W tym czasie odbyła dwie podróże do Europy, jedną do Włoch, drugą do Holandii, do Amsterdamu, a potem po śladach mistrza w jego rodzinne strony, do Brukseli i Antwerpii, gdzie zbierała dokumentację do swojej pracy. Ale to była inna Europa, dobrze jej znana, a tamta Europa budziła odruchową niechęć, jak wszystko, czego się nie zna i nie ma się ochoty poznać.,,Wiem, że mają w tej Pradze galerię, ale czy istnieje tam jakiś przyzwoity hotel?" – spytała męża niby żartem, a on się niemal na nią obraził.

– To dzielny naród, ten Waleza, ten robotnik, obalił przecież komunizm – powiedziała, aby to jakoś złagodzić.

– Wałęsa – poprawił ją – nie jest Czechem, ale Polakiem!

– Właśnie – podchwyciła wesoło – pomyliłam go z Havlem.

Tym razem Jeffa zawiodło poczucie humoru, odłożył słuchawkę. Kiedy ponownie wykręciła numer jego hotelu, recepcjonistka wydukała kulawą angielszczyzną, że,,pokój numer siedem nie odpowiada". Pokój numer siedem nie odpowiadał przez cały wieczór. Wina została jej wybaczona dopiero następnego dnia… Nie spotkali się więc w Pradze, a teraz udawała się do miejsca, w którym prawdopodobnie też się nie spotkają, mimo że on spędził tam kilka ostatnich miesięcy swojego życia. Twierdzono, że stamtąd wyjechał, ale intuicja jej podpowiadała, że on ciągle tam jeszcze jest.

Przyjrzała się ukradkiem pasażerom lecącym z nią samolotem. Kim byli, co kazało im udawać się do tak zakazanego miejsca jak miasto w dzikim kraju, w dzikiej części Europy… Ze zdziwieniem zauważyła, że jej towarzysze podróży mieli całkiem normalne twarze, ubrani byli też normalnie, mężczyzna siedzący obok niej czytał,,Time'a". Więc z pewnością był w podobnej jak ona sytuacji, a mimo to nie dostrzegła w jego twarzy śladu emocji. Chyba że to nie była jego pierwsza podróż w te strony.

– Nie wie pan, czy miejsce, do którego lecimy… czy Lwów to duże miasto? – odważyła się spytać.

Spojrzał na nią znad okularów.

– To zależy, co pani rozumie przez duże miasto. Jak duże, jak Nowy Jork? Czy Nowy Jork według pani jest dużym miastem?

– No tak – odrzekła spłoszona.

Mężczyzna uśmiechnął się lekko, nie był już młody, miał szpakowate skronie i bruzdy wokół ust, ale jego oczy zachowały młodość, były lekko zmrużone, odrobinę kpiące.

– Więc Lwów to nie tak duże miasto jak Nowy Jork, ale też nie małe. Położone jest jak Rzym, na siedmiu wzgórzach.

Tę wypowiedź Elizabeth przyjęła niczym świętokradztwo. Jak można przyrównywać jakieś nikomu nieznane miasto do miejsca, gdzie na każdym kroku czuło się obecność minionych wieków, obecność historii, czasów świetności i ludzkiego geniuszu.

On znowu się uśmiechnął.

– A jednak pozostanę przy swoim porównaniu – powiedział.

Elizabeth poczuła się zmieszana, zupełnie jakby nieznajomy czytał w jej myślach.

Rozmowa się urwała, on powrócił do swojej lektury, ona zaś udawała drzemkę. Przez przymknięte powieki przyglądała mu się ukradkiem. Kim był ten mężczyzna? Z pewnością nie jej współziomkiem, ale po sposobie wyrażania się mogła się zorientować, że doskonale zna angielski. Miał chyba kanadyjski akcent, z wyglądu przypominał jednak Anglika. Nie, to na pewno nie Anglik, jego angielszczyzna to wykluczała. Chyba że rodzina pochodziła z dawnych kolonii, ale byłoby to zbyt fantastyczne. Jak to, że siedziała w tym samolocie. Prawie nie mogła sobie wyobrazić momentu lądowania w jakichś zaroślach…

– Czy pan zna dobrze te strony? – odezwała się znowu.

Jak przedtem pochwyciła jego uważne spojrzenie.

– Chodzi pani o tę część Europy czy o samo miasto?

– O miasto – odrzekła szybko.

Uśmiechnął się.

– Miasto znam bardzo dobrze – padła odpowiedź.

Czekała, że powie coś bliższego, ale on milczał.

– Pierwszy raz jadę tutaj i… czuję się niepewnie.

– Sądzę, że nic pani nie zagraża. To w końcu Europa, może nieco różni się od tej, którą pani już zna, ale nie aż tak, jak pani sobie wyobraża.

Elizabeth wzruszyła ramionami.

– Skąd pan wie, co ja sobie wyobrażam? – spytała ostro.

Nie odpowiedział.

Rozmowa znowu się urwała. Przymknęła oczy i starała się zasnąć, była jednak zbyt podniecona, aby mogło się to udać. Powróciła myślami do obiektu swoich badań, do Bruegla starszego. Zdania na temat jego twórczości do dnia dzisiejszego były podzielone. Jedni uważali go za piewcę życia w jego najbardziej prymitywnych działaniach: praca na roli, zgarbione z wysiłku plecy, pot. I to wszystko pokazane z pietyzmem, niemal miłością. Inni dopatrywali się w tym ironii, wręcz karykatury. Dla jednych był moralizującym humanistą, z dystansem patrzącym na rzeczywistość, dla innych malarzem,,tradycyjnej mądrości", afirmującym życie, zagłębionym w codzienny byt swojego narodu. Nie było też zgody co do tego, jak dalece jego obrazy potępiają prześladowania inkwizycji, mordy, terror… Elizabeth najbliższe były jego rysunki z wczesnego okresu twórczości, te z podróży na południe, ale także alegorie, dopatrywała się w nich podobieństwa do twórczości Boscha.

– Nie przeszkadza pani światło? – usłyszała głos sąsiada.

– Nie, nie, ani trochę – odparła szybko. – Widzę, że jak ja nie potrafi pan spać w samolocie.

– Kiedy czuję się zmęczony, potrafię spać wszędzie – odpowiedział.

– Cenna umiejętność… praktyczna.

Spojrzał w jej stronę.

– Widzę, że nie przemieszcza się pani zbyt często.

– Przeciwnie, mogłabym powiedzieć, że samolot jest moim drugim domem, ale to dom, do którego… do którego… – nie potrafiła znaleźć odpowiedniego słowa – nie mam zaufania.

– Jak do celu obecnej podróży. – Wydało się jej, że w jego głosie czuje ironię.

– Nie wiem, co mnie czeka.

– Nikt tego nie wie.

Roześmiała się.

– To odpowiedź filozoficzna. Czy jest pan z zawodu filozofem?

Mężczyzna nieoczekiwanie podniósł się, skłonił w jej stronę.

– Andrew Sanicki. Jestem adwokatem.

Elizabeth nie wypadało nic innego, jak też się przedstawić.

– Teraz rozumiem, dlaczego jest pan tak precyzyjny w swoich odpowiedziach. Ale o mieście Lwów dużo się od pana nie dowiedziałam.

Uczynił nieokreślony ruch ręką.

– Nie wiedziałem, co panią interesuje.

– To na przykład, czy hotel, który zarezerwowałam, spełnia normy europejskie.

– Tu muszę być bardzo ostrożny w udzielaniu odpowiedzi. O jaki hotel chodzi?

Elizabeth sięgnęła do torebki i wyjęła notes.

– Hotel George – powiedziała po chwili – przy ulicy… ulicy… o trudnej nazwie – zakończyła z uśmiechem – może pan odczyta…

– Nie muszę, znam ten hotel. I cóż mogę o nim powiedzieć… okres świetności ma już za sobą. Jak wszystko w tym mieście. Ale mogła pani trafić gorzej.

– Proszę mnie nie straszyć.

Jej towarzysz rozłożył ręce.

– Skoro podjęła pani ryzyko podróży w nieznane, musi być pani przygotowana na najgorsze.

– Oczywiście, oczywiście – przytaknęła szybko – zadowolę się gorącym prysznicem i czystą pościelą.

Uśmiechnął się lekko.

– Wypada mi w tym miejscu opowiedzieć anegdotę o tymże hotelu George. W początkach ubiegłego wieku nasz hotel należał do najbardziej luksusowych w mieście. Późna secesja, tak bym określił jego styl. Dużo ozdób, przeładowania, jak to w secesji. Pokoje wysokie, bogate sztukaterie. Sala balowa zaprojektowana z rozmachem, z galerią dla orkiestry i widzów. To na pierwszym piętrze, cały parter natomiast zajmowała sala jadalna, całkiem elegancko urządzona. Jeśli zaś chodzi o sanitariaty, no cóż… dawał tu o sobie znać panujący w imperium rosyjskim prymityw. Ubikacja była jedna na całe piętro, takie drewniane pudło z otworem pośrodku, połączone z kominem za pomocą rury, która miała wyciągać zapachy, ale niestety nie wyciągała…

Elizabeth wpatrywała się w mężczyznę z napięciem.

– Ale są teraz chyba w pokojach łazienki…

– Łazienki były dwie – ciągnął, jakby jej nie słysząc – na parterze i na pierwszym piętrze. Nie można jednak było ot tak sobie z nich korzystać. Kąpiel w tamtych czasach uważana była za zagrażającą zdrowiu i niemal kłóciła się z dobrymi obyczajami. Wanien używano do innych celów, chłodzono w nich szampana na bal albo trzymano żywe karpie…

Spojrzał na Elizabeth.

– Dlaczego się pani nie śmieje, to właśnie ta anegdota.

– Może bym się nawet uśmiechnęła, gdyby nie myśl, że powinnam wybrać jakiś bardziej nowoczesny hotel.

– To byłoby tak samo ryzykowne.

– Widzę, że chce mnie pan przygotować na najgorsze. W mieście, do którego się udaję, nie ma kanalizacji? Mam rację? Chce mi pan powiedzieć, że jak w średniowieczu nieczystości wylewane są na ulice?

On nagle spoważniał.

– Nie, chcę pani powiedzieć, że to bardzo nieszczęśliwe miasto, po okresie rozkwitu i świetności skazano je na zagładę. Ono umiera powoli, w torturach… trwa to już przeszło pół wieku.

Zapadła cisza, towarzysz podróży zgasił światło i jego twarz znalazła się w cieniu. Kim on jest? – zadała sobie pytanie. – Co to za człowiek? Co go łączy z miastem Lwów? Sama myśl o tym nieznanym miejscu powodowała niepokój. Sanicki jeszcze ten niepokój w niej podsycił. Wszystko, co mówił, brzmiało zagadkowo, dwuznacznie. Ich rozmowy nie można było nazwać rozmową dwojga podróżnych. Mężczyzna sprawiał wrażenie kogoś, kto ma do spełnienia ważną misję. Skąd przybywał i dokąd się udawał? Czy miasto Lwów było celem jego podróży, czy tylko przystankiem?

– Widziałam pana na JFK… – zaczęła niepewnie.

– Ja panią też zauważyłem – dobiegł głos z ciemności.

– I znowu lecimy jednym samolotem.

– Tranzyt.

– Mieszka pan w Nowym Jorku?

– Dobrze pani wie, że nie mieszkam, poznała to pani po akcencie – odpowiedział.

– No… nie jest pan z pewnością urodzonym nowojorczykiem. Postawiłabym na Kanadę.

– Kanadyjczykiem też nie jestem.

– Ale długo pan tam przebywał?

– Owszem.

– A czy może mi pan zdradzić, kim pan jest?

– Przedstawiłem się pani.

– Znam pana nazwisko i zawód, tylko tyle… Przepraszam, zwykle nie jestem wścibska.

Rozmowa się urwała.

Samolot wylądował na betonowym pasie, a nie, jak się tego obawiała, w jakichś zaroślach, zaś budynek dworca lotniczego we Lwowie wprawił Elizabeth w zdumienie. Wszystkiego się mogła spodziewać, tylko nie tego, że zobaczy budowlę w starym stylu, przypominającą pałac ze szklaną kopułą, zupełnie jakby znalazła się w Wiedniu za czasów Franciszka Józefa… Miała też osobliwe wrażenie, że nie jest tu po raz pierwszy. To, co ukazywało się jej oczom, wydawało się dziwnie znajome. Przesuwający się za oknem samochodu krajobraz nie przypominał żadnego miejsca z przeszłości, z niczym się jej nie kojarzył, a jednocześnie nie był obcy. Zupełnie jakby miasto rozlokowane na wzgórzach, tonące w jesiennych barwach drzew, coś do niej mówiło. Jeszcze nie rozumiała jego języka.

Taksówkarz wiozący ją do hotelu przypominał Greka, ciemnowłosy, o śniadej twarzy, kiedy się uśmiechnął, zauważyła, ze ma braki w uzębieniu. Uśmiech był jedyną formą komunikowania się między nimi, gdyż on nie mówił żadnym innym językiem, poza rodzimym. Na szczęście jej towarzysz podróży wynalazł dla niej tę taksówkę i poinstruował kierowcę, dokąd powinien ją zawieźć. Na lotnisku nikt jej nie oczekiwał, chociaż konsul obiecał, że wydeleguje swojego pracownika, aby jej towarzyszył w ciągu tych kilku dni pobytu na Ukrainie. Może ten ktoś miał kłopoty z dotarciem tutaj z Kijowa.

W recepcji zastała wiadomość, że wicekonsul Smith zjawi się jutro rano, by udać się wraz z nią do prokuratury. Przyjęła to z ulgą, była zmęczona i marzyła tylko o tym, by położyć się do łóżka.

Jej pokój wyglądał dokładnie tak, jak go opisał Sanicki. Przypominał głęboką, wilgotną studnię, za to z przyozdobionym sztukateriami sufitem. Była wprawdzie łazienka i prysznic, lecz zabrakło ciepłej wody i resztki mydła Elizabeth starła ręcznikiem. Dobrze, że udało jej się spłukać włosy ciurkającą z prysznica letnią wodą. Weszła pod kołdrę, którą czuć było stęchlizną – nic dziwnego, skoro kaloryfery były zimne, przy dość chłodnej pogodzie.

Mimo niedogodności, których tak się obawiała przed przyjazdem, nie opuszczał jej ten dziwny stan, w jakim się znalazła zaraz po wylądowaniu. Może chodziło o to, że gdzieś tutaj przebywał Jeff, że znaleźli się bliżej siebie…

Było jednak coś jeszcze. Miała wrażenie, że wraz z nią z samolotu wysiadło jej życie… Jakby cała przeszłość nagle oddzieliła się od niej i Elizabeth mogła obserwować siebie taką, jaką była kiedyś.

…kłótnia z matką, że znowu gdzieś wychodzi, pozostawiając małą Elizabeth samą.

– A dlaczego mam tam nie iść? – pytała matka, patrząc na nią zdziwionym wzrokiem. – Przecież ci ludzie na mnie czekają.

– Ale oni czekają krócej niż ja…

– Nie rozumiem, o co ci chodzi.

Nigdy się nie rozumiały, ani wtedy, gdy Elizabeth była dzieckiem, podlotkiem, ani potem, gdy stała się osobą dorosłą. Matka traktowała macierzyństwo jak dopust boży, a jednocześnie zdawała sobie sprawę, że nie sprawdza się w tej roli, i to jej nie dawało spokoju. Była perfekcjonistką, wszystko, czego się dotknęła, powinno zostać dokończone i zamknięte. A ta sprawa zamknąć się nie dawała. Bo coś tu nie wyszło i każde spotkanie z Elizabeth jej o tym przypominało. A ona? Czy oczekiwała czegoś od matki? Nie. Już nie. Nie miała też ochoty wracać do swojego dzieciństwa, analizować, dlaczego nie układało się tak, jak w innych znajomych rodzinach. Pamięta swoje zdumienie, kiedy ojciec jej koleżanki wziął córkę na ręce i po prostu ją niósł. „Czy ona jest chora?” – spytała. „Nie, nie jest chora” – padła odpowiedz. Żadne z rodziców nigdy nie wzięło Elizabeth na kolana, nie mówiąc już o noszeniu.

Dlaczego teraz o tym myśli… może z powodu przeczucia, że jej życie się zmienia… Przez cały czas trwania swojego małżeństwa nie robiła żadnych podsumowań, może to było złe, może coś się latami gromadziło w jej podświadomości, jak niezapłacone rachunki. Jeżeli nie odnajdzie Jeffa i będzie musiała żyć dalej sama, będzie jej trudno się z tym uporać. Gdyby ktoś ją teraz zapytał, jak do tej pory żyła, miałaby trudności z odpowiedzią. Może najbliższa prawdy byłaby ta: wygodnie. Mieli z Jeffem przestronne mieszkanie, nie narzekali na brak pieniędzy, bo ich potrzeby były dość skromne. Oboje dużo czytali i sporo wydawali na książki. No i na podróże, ale zwykle zwracano im za nie pieniądze, bo albo były to stypendia, albo wyjazdy służbowe. Poza tym książka Elizabeth o malarstwie Michała Anioła bardzo dobrze się sprzedała w Ameryce, prawa do jej wydania zakupiły też inne kraje i od pewnego czasu Elizabeth dostawała spore tantiemy.,,Wygląda na to, że napisałaś bestseller" – żartował z niej Jeff. Ale cieszył się. Nie było między nimi rywalizacji, mimo że mieli podobne zawody. Ona skończyła historię sztuki, a Jeff, jak jego dziadek i ojciec, architekturę, wkrótce jednak odszedł od projektowania, zajęły go zabytkowe budowle, zaczął o tym pisać. Jeff oddalił się od współczesności, tak jak ona. Naprawdę dobrze się rozumieli. Czuła, że gdyby los ich rozłączył, byłoby to niesprawiedliwe…

Obudził ją ostry dźwięk telefonu. W słuchawce usłyszała głos wicekonsula Smitha.

– Czekam na panią w recepcji.

– Niestety, zaspałam – wyznała skruszona.

– W takim razie spotkajmy się w restauracji na dole, będę pani towarzyszył przy śniadaniu.

Kiedy odkręciła prysznic, usłyszała przeciągły syk i pociekło kilka zaledwie kropel. Z kranu umywalki wydobył się taki sam złowieszczy syk, więc nie mając innego wyjścia, Elizabeth umyła twarz i zęby w wodzie mineralnej, którą zastała w swoim pokoju na stole.

Pan Smith wstał na jej powitanie od stolika, był wysokim, chudym mężczyzną o wydatnym jabłku Adama, które zabawnie podskakiwało tuż nad krawatem, gdy wicekonsul mówił coś lub przełykał ślinę. Niewiele zresztą miał do powiedzenia na temat zniknięcia męża Elizabeth.

– Dlaczego zatrzymano tę kobietę? – spytała, zmagając się z niemal zimną, a co gorsza, pływającą w tłuszczu jajecznicą. – Władze nie obstają już przy tym, że mój mąż opuścił teren Ukrainy?

Jabłko Adama podskoczyło kilka razy, co mogło oznaczać, że pan Smith mierzył się z trudnym zadaniem wytłumaczenia jej, dlaczego właściwie się tu znalazła.

– Sprawdzają wszystkie tropy.

– I dlatego pozbawiono wolności osobę, która może być niewinna?

Mężczyzna poruszył się nerwowo.

– Pani Oksana Krywenko została zatrzymana do wyjaśnienia.

– Ale na jakiej podstawie uważa się, że ona ma coś wspólnego z zaginięciem mojego męża? To, że go znała, to naprawdę za mało.

– Była ostatnią osobą, która widziała pana Connery, zanim opuścił Ukrainę.

Elizabeth powstrzymywała się, aby nie wybuchnąć. Miała już dość wysłuchiwania podobnych stwierdzeń.

– Mój mąż nie opuścił Ukrainy! – rzekła podniesionym tonem. – Komunikuję to panu i oczekuję od was pomocy w jego odnalezieniu.

– Oczywiście, oczywiście – pośpieszył z odpowiedzią. – Wystosowaliśmy już notę do władz ukraińskich z zapytaniem w sprawie pani męża. Odpowiedzieli, że wszczęte zostało śledztwo.

Elizabeth odsunęła talerz i wstała.

– Możemy już jechać – powiedziała lodowato.

W drodze do prokuratury obserwowała mijane ulice, pan Smith prowadził samochód, którym przyjechał z Kijowa, mimo znacznej odległości. Okazało się, że wyjechał wczoraj, ale do Lwowa dotarł późno w nocy. Nie przyglądała się ludziom, lecz budowlom. Może teraz już by się tak nie oburzyła na porównanie z Rzymem, tutaj też czuło się bowiem upływ czasu, który w jej ojczyźnie był niewyczuwalny. Ciekawe, dlaczego Sanicki powiedział, że to nieszczęśliwe miasto. Nie wyglądało na nieszczęśliwe, mogłaby zaryzykować stwierdzenie, że w jego murach kryło się dostojeństwo. Wszystko tu ze sobą współgrało – budynki, skwery i drzewa, jakby wkomponowane w to miasto czyjąś natchnioną ręką. Taką rękę mógł mieć tylko Stwórca. Z pewnością nie stworzył jednak budynku prokuratury, który szary i obskurny, wyglądał jak chorobliwa narośl na ciele Lwowa.

Wygląd prokuratora bardzo Elizabeth zaskoczył, gdyż mężczyzna za biurkiem do złudzenia przypominał Winstona Churchilla, brakowało mu tylko nieodłącznego cygara w zębach. Co do zębów prokuratora, przeżyła następny szok, ponieważ niektóre z nich były złote. Jeff z pewnością nie powstrzymałby się od złośliwej uwagi, iż prokurator jest człowiekiem złotoustym… W pokoju znajdowały się dwie inne osoby, protokólantka, starsza kobieta o zmęczonej twarzy, i tłumaczka, wątła dziewczyna o bezbarwnej cerze i włosach mysiego koloru. Ona też miała problemy z uzębieniem, jak wszyscy dotychczasowi rozmówcy Elizabeth, więc może to była cecha narodowa Ukraińców. No nie, w żadnym wypadku nie mogła tego powiedzieć, bo przecież Andrew Sanicki miał olśniewający uśmiech. Tylko że on mógłby być obywatelem świata, gdyby zechciał. A jednak wrócił tutaj, do swojego nieszczęśliwego miasta, jak je nazywał…

Po wstępnych ustaleniach, kiedy to Elizabeth musiała okazać swój paszport i odpowiedzieć na kilka pytań ściśle dotyczących jej osoby, prokurator nacisnął dzwonek. Otworzyły się drzwi i młody mężczyzna wniósł podróżny neseser, w którym Elizabeth bez trudu rozpoznała własność swojego męża. W środku znalazła jego koszule, swetry, bieliznę osobistą, nawet okulary do czytania w wytartym skórzanym etui. Było też kilka książek, które Jeff zawsze ze sobą woził. Kiedy przeglądała to wszystko, towarzyszące jej w pokoju osoby zachowywały pełne napięcia milczenie.

– To są rzeczy mojego męża – powiedziała wolno.

Od chwili, kiedy młody mężczyzna wniósł neseser Jeffa do tego bezosobowego wnętrza (ściany były szare i puste, tylko nad głową prokuratora wisiały dwa portrety, jeden przedstawiał mężczyznę o pospolitych rysach twarzy, drugi ukazywał czyjś profil, o długich, równo ściętych nad karkiem włosach, jego strój wskazywał, iż nie był to człowiek współczesny. Tłumaczka, widząc zaciekawione spojrzenie Elizabeth, wyjaśniła, że to podobizny prezydenta i największego ukraińskiego poety o bardzo skomplikowanym nazwisku. Prokurator zainteresował się, o czym kobieta opowiada Elizabeth, a gdy jego ciekawość została zaspokojona, błysnął w uśmiechu złotymi zębami), od tej chwili więc, gdy zobaczyła rozłożone na pustym stole swetry z naszytymi na łokciach łatami, koszule, które odbierała z pralni, okulary wreszcie, które stale Jeff gdzieś zapodziewał, a ona mu je odnajdywała, czas jakby nabrał przyśpieszenia. Inaczej odbierała dźwięki, te we wnętrzu i spoza okna, także wzrok jakby się jej wyostrzył. Zauważyła nawet na portrecie poety nad głową urzędnika prokuratury ślady po owadzich ekskrementach. Podobne doznania musiało wywoływać zażycie narkotyku. Stan ten jej samej wydał się niezrozumiały. Skąd ten przypływ podekscytowania, niemal euforii na widok rzeczy bliskiej osoby? Powinna czuć się tym raczej przybita, bo to by potwierdzało najgorsze przypuszczenia. Ale dla niej to był znak, że Jeff stąd nie wyjechał i że być może wkrótce się spotkają. Nagle wszystko wydawało się możliwe, nawet to, że jest w stanie porozumieć się z prokuratorem bez pomocy tłumaczki, co wiele by uprościło. Pan Smith, wydelegowany pracownik amerykańskiego konsulatu, nie mówił po ukraińsku i słabo rozumiał ten język, był więc praktycznie bezużyteczny. A ponadto Elizabeth denerwował jego beznamiętny sposób bycia, jakieś emocje zdradzało jedynie tańczące nad kołnierzykiem jabłko Adama.

– Potwierdziła to też podejrzana – przekazała tłumaczka słowa prokuratora.

– Ale dlaczego mój mąż zostawił u niej rzeczy? Nikt nie zostawia walizki, udając się na lotnisko. To tylko oznacza, że on nigdy stąd nie wyjechał. Że ciągle przebywa na Ukrainie.

Słysząc to, prokurator skrzywił się, jakby go rozbolał ząb.

– To oznacza to, co oznacza, że na Ukrainie pozostała walizka. A gdzie jest jej właściciel, próbujemy ustalić.

– Więc dlaczego aresztowaliście tę kobietę?

Zapadła cisza, jakby rozmówca Elizabeth zastanawiał się nad odpowiedzią.

– To są szczegóły śledztwa, których nie musimy pani zdradzać – usłyszała wreszcie.

– To dotyczy mojego męża i chcę wiedzieć, i mam prawo wiedzieć o wszystkim. Bez względu na to, jaka będzie prawda – wybuchnęła. – Chcę prawdy!

– Nie znamy jej jeszcze. I pani nam już w niczym nie pomoże, może pani wracać do domu.

Elizabeth wydawało się, że się przesłyszała.

– Jak to, mogę wracać do domu? Dopiero tu przyjechałam!

Prokurator uśmiechnął się krzywo.

– Tylko tego od pani wymagaliśmy, zidentyfikowania rzeczy męża.

– A co z nim?

– Będziemy panią informować o przebiegu śledztwa.

Po tych słowach zerwała się z krzesła, mężczyzna za biurkiem nadal tkwił w fotelu. Mierzyli się wzrokiem.

– Nie wyjadę stąd bez męża – powiedziała twardo.

– Śledztwo może trwać bardzo długo.

– Więc i ja tu pozostanę długo.

– To nie będzie możliwe, za dwa dni kończy się pani wiza.

– Postaram się ją przedłużyć.

Prokurator znowu się uśmiechnął.

– Nie sądzę, aby się to pani udało.

– Tak? Bo co? Bo jestem tutaj persona non grata? Kłopotliwy świadek waszej nieudolności? Wmawialiście mi, że mąż opuścił wasz kraj, teraz się z tego wycofujecie!

– Nie wycofujemy się z niczego – padła odpowiedź. – Prowadzimy śledztwo.

– To bardzo wygodne stwierdzenie, śledztwo można prowadzić nawet latami, a potem je umorzyć z braku postępów. Muszę wam patrzeć na ręce, a już na pewno nie wyjadę stąd, dopóki nie zobaczę się z tą aresztowaną kobietą…

Zapadła cisza.

– To nie będzie możliwe – usłyszała po długiej chwili.

– Dlaczego? Mam chyba do tego prawo, jako żona zaginionego. Jeżeli… jeżeli mi tego odmówicie, zwołam konferencję prasową. Niech świat się dowie, jak się traktuje na Ukrainie kobietę, która przybyła z drugiej półkuli w poszukiwaniu męża.

Umilkła wyczerpana tym wybuchem. Zabrakło jej nagle sił, usiadła więc z powrotem na krześle.

– Uważam przesłuchanie za skończone – powiedział, cedząc słowa, prokurator. – Życzę pani szczęśliwej podróży.

W drodze do samochodu Smith zrobił jej wymówkę, że zbyt ostro rozmawiała z urzędnikiem, niedyplomatycznie.

– To pan jest dyplomatą, nie ja – odpowiedziała – ale dyplomatycznie pan milczał.

– Żadne tłumaczenia tu nie pomogą, oni wiedzą swoje – stwierdził. – A to straszenie konferencją prasową było niepotrzebne i… niebezpieczne. Tutaj nie jest bezpiecznie, ten kraj przechodzi transformację i dzieją się okrutne rzeczy, stoją za tym brudne pieniądze…

– Co mnie to obchodzi, ja chcę tylko odnaleźć męża! – podniosła głos.

Mężczyzna odchrząknął, jakby coś mu utkwiło w gardle.

– Ale to się ściśle wiąże z tym, co się tu dzieje.

– Więc co mi radzicie?

Wicekonsul Smith znowu odchrząknął.

– Najlepiej niech pani posłucha rady prokuratora i wyjedzie. Tutaj nie jest pani nic w stanie zrobić.

– Dziękuję za taką radę i niczego od was nie oczekuję. Proszę tylko o pomoc w przedłużeniu wizy.

– To od nas nie zależy. To zależy od tutejszych władz.

Elizabeth wzruszyła ramionami.

– Więc po co tu w ogóle jesteście? Po co amerykańscy podatnicy wydają na was pieniądze? Żebyście mieli ciepłe posadki?

– Gorycz przez panią przemawia – odpowiedział, otwierając jej drzwi samochodu.

– Dziękuję, przejdę się piechotą. Muszę trochę ochłonąć.

– Nie zna pani miasta, to nie jest rozsądne. – Mężczyzna miał wyraźnie zmartwioną minę. – O drogę się pani nie dopyta, bo nikt tutaj nie zna angielskiego.

– Poradzę sobie – odrzekła i ruszyła przed siebie chodnikiem.

Początkowo szła bardzo szybko, potem zaczęła zwalniać, aż w końcu wlokła się noga za nogą nieznanymi ulicami. W pewnym momencie przystanęła, ludzie zaczęli ją potrącać. Nagle nie wiedziała, dokąd dalej iść. Zorientowała się, że ulica, na której się znajduje, pnie się w górę. Za gęstwiną rudziejących liści dostrzegła wieże jakiegoś kościoła. Ruszyła więc w tamtą stronę, teraz dotarło do niej, że stąpa po bazaltowej kostce, kto wie, czy te wyszlifowane końskimi podkowami kwadraty nie pamiętały jeszcze czasów średniowiecza. Ten fakt w pewien sposób ją pocieszył, poczuła się tutaj mniej obco. Poczęła też dostrzegać urodę tego zaułka. Słońce przeświecało spoza chmur i w jego promieniach wszystkie kolory jesieni nabierały wyrazistości. Usiadła na ławce pod rozłożystym drzewem. Miało potężne, poskręcane konary i postrzępione liście, których blaszki mieniły się w słońcu złotem i czerwienią. Mógł to być stary klon, ale nie była pewna. Niczego w tej chwili nie była pewna, euforia, w jaką wpadła na widok rzeczy Jeffa, znikła bez śladu. Fakt ten wydawał się teraz wcale nie optymistyczny, a raczej groźny. W głowie kłębiło się mnóstwo pytań, na które nie umiała znaleźć odpowiedzi i co gorsza, nikt jej nie chciał pomóc w ich znalezieniu. Wymagano od niej tylko jednego – aby stąd wyjechała.

Obok niej na ławce przysiadła staruszka, była biednie ubrana, mimo niemal letniej pogody miała na głowie wełnianą chustkę, która okalała twarz pokrytą gęstą siatką zmarszczek. Skóra na policzkach kobiety była żółta i cienka jak pergamin, ale oczy, intensywnie niebieskie, wydawały się dziwnie młode w tej jakby przedpotopowej twarzy. Staruszka uśmiechnęła się do Elizabeth, ukazując puste dziąsła. Potem coś zagadnęła, chyba po ukraińsku. Elizabeth wyjęła z torebki rozmówki angielsko-ukraińskie. Wyszukała potrzebne jej zwroty.

– Jestem Amerykanką, nie mówię ukraiński – wydukała, mając świadomość, że niemiłosiernie kaleczy język.

Staruszka pokiwała ze zrozumieniem głową i nieoczekiwanie spytała:

- Parlez-vous franęais?

– Tak, mówię po francusku – odparła zaskoczona.

Staruszka znowu pokiwała głową.

– Przyjechała pani na wakacje do naszego Lwowa?

– Nie, raczej nie na wakacje. Mam tutaj coś do załatwienia.

– No tak, młodzi ludzie ciągle gdzieś biegną, coś załatwiają. A starym pozostają tylko wspomnienia…

W trakcie rozmowy Elizabeth ze zdumieniem zdała sobie sprawę z dwóch rzeczy: że francuszczyzna jej rozmówczyni jest nienaganna i że, mimo wyglądu żebraczki, stara kobieta jest osobą wysoce inteligentną. Powiedziała Elizabeth, iż jest Polką, a to miasto kiedyś należało do Polski.

– Myśmy przez cały wiek dziewiętnasty nie mieli swojego państwa, Rosja, Austria i Prusy podzieliły je między sobą, ale po pierwszej wojnie odzyskaliśmy je, chociaż nie na długo…

– Przecież Polska istnieje? – zdziwiła się Elizabeth.

Kobieta pokręciła przecząco głową.

– Wie pani, wtedy, w osiemnastym roku, kiedy mocarstwa zastanawiały się, w jakich granicach moja ojczyzna ma się odrodzić, moi rodacy z bronią w ręku walczyli o to miasto, nawet kilkunastoletnie dzieci. Marszałek Francji, Ferdynand Foch, nasz wielki przyjaciel, bardzo nam pomógł.,,Lwów wielkim głosem przemówił: Polska jest tutaj!" To są jego słowa.

– Nie wiedziałam, że tak to wyglądało – wyznała szczerze Elizabeth. – Myśmy też walczyli o wolność…

– Ale wy nie utraciliście swojej ojczyzny, mieliście więcej szczęścia, a może więcej mądrości… tak teraz sobie myślę, że nie zasłużyliśmy chyba na niepodległość jako naród.

– Każdy naród ma do tego prawo.

Staruszka pokiwała głową.

– A może wstąpi pani do mnie na herbatę? – zaproponowała.

– Nie wiem, czy nie będę przeszkadzać…

– Mieszkam sama, od przeszło pół wieku mieszkam sama. Mój mąż, moje dzieci… wszyscy nie żyją… A ja żyję i mam już dziewięćdziesiąt sześć lat.

Elizabeth niemal nie wierzyła swoim uszom. Ta drobna staruszka była świadkiem całej epoki.

– Będę zaszczycona móc u pani gościć – rzekła.

– Mieszkam tutaj niedaleko – odpowiedziała jej rozmówczyni i zerwała się z ławki, szła tak szybko, że Elizabeth ledwo mogła za nią nadążyć.

Schodziły w dół stromą ulicą, potem przemierzyły jeszcze kilka innych ulic i znalazły się na rynku ze studnią z posągiem Neptuna. Kamieniczki okalające rynek były starannie odrestaurowane, miały przepiękne fasady, Elizabeth aż przystanęła, oglądając każdą po kolei. Szczególne wrażenie zrobiła na niej zachodnia pierzeja, każda z tych kamieniczek miała swoją własną twarz, odpowiedni koloryt i nastrój.

– To patrycjuszowskie kamienice – powiedziała staruszka. – W tej pomalowanej na czerwono rezydował kiedyś burmistrz… Moja rodzina mieszkała w innej części miasta, ale zabrano mi mieszkanie, bo było dla mnie za duże. To tutaj i tak dzielę z obcymi ludźmi, mam tu pokój i kuchnię.

Elizabeth pomogła jej otworzyć ciężką, kutą bramę i weszła za staruszką do ciemnej sieni, w której panował okropny zaduch, w miarę jak się przybliżały do schodów, zaduch stawał się coraz intensywniejszy, jakby powietrze gęstniało. Idąc po schodach w zupełnych ciemnościach, miała uczucie, że za chwilę się udusi. Stanęły wreszcie przed jakimiś drzwiami.

– Kradną żarówki, dlatego jest ciemno – usprawiedliwiła się staruszka, zadziwiająco sprawnie radząc sobie z zamkiem u drzwi, mimo że dziurki od klucza musiała szukać po omacku.

Przedpokój był słabo oświetlony, piętrzyły się tam sterty ubrań na wieszaku i stały niezliczone ilości starych butów.

– To należy do moich sąsiadów – wyjaśniła gospodyni.

Po chwili znalazły się w mieszkaniu staruszki. Było ciasne, zastawione meblami, które, jak ich właścicielka, były świadkami minionej epoki. Na ścianie wisiał stary, ręcznie tkany kilim, a na nim obraz Matki Boskiej. Na przepięknej renesansowej komodzie stały fotografie ludzi o szlachetnych rysach twarzy, byli to starzy i młodzi mężczyźni, kobiety, dziewczynki z kokardami we włosach i w sukienkach z falbankami, chłopcy w mundurkach… Uwagę Elizabeth przykuła jedna z fotografii, przedstawiająca młodą kobietę o niezwykłej urodzie. Uśmiechała się lekko, zapatrzona gdzieś przed siebie. Ciekawe, co się z nią stało – pomyślała i zaraz otrzymała na to odpowiedź.

– To ja z czasów młodości – powiedziała staruszka, wnosząc z kuchenki tacę z dwiema filiżankami.

Herbata była bez smaku, widocznie długo przetrzymywana w pudełku zdążyła zwietrzeć.

– Pozwalam sobie na picie herbaty tylko przy szczególnych okazjach – wyznała gospodyni. – Ostatnio na Boże Narodzenie… to w mojej sytuacji luksus.

Po tych słowach Elizabeth uczuła ucisk w gardle. Patrzyła na tę obcą kobietę o zniszczonej twarzy i siwych włosach sczesanych w koczek z tyłu głowy jak na kogoś, kogo się zna od dawna.

– Dlaczego nie przeniosła się pani do swoich, jak zabrano to miasto?

Staruszka popatrzyła na nią ze smutkiem.

– Swoi są tutaj. Tutaj na cmentarzu leżą moi rodzice, mój brat zginął w obronie miasta w osiemnastym roku, nie miał jeszcze czternastu lat… Chodzę do nich… chociaż grobu brata nie ma… gdy weszli tu Rosjanie, zbezcześcili cmentarz bohaterskich dzieci… Orląt Lwowskich, jak je nazywano. Czołgi zniszczyły marmurowe płyty, te ocalałe rozkradziono, potem wysypywano tam śmieci…

– To oburzające!

– Ja się niczemu nie dziwię, za dużo widziały moje oczy.

– A pani mąż, dzieci?

Stara kobieta uśmiechnęła się smutno.

– W tysiąc dziewięćset czterdziestym pierwszym roku, kiedy miasto dostało się w ręce Niemców, został rozstrzelany wraz z innymi profesorami uniwersytetu. Był światowej sławy astronomem, nazywał się Jan Klonowski… a ja jestem Anna Klonowska.

– Elizabeth Sue Connery.

W milczeniu piły herbatę.

– Czy ma pani tutaj kogoś, poza umarłymi?

– Nie, jestem sama. Ale już się do tego przyzwyczaiłam. Smutno mi tylko, że rzadko mogę słuchać muzyki, mam stary gramofon i stare płyty… nie tak stare jak ja… ale trzeszczą i sąsiedzi się buntują.

Elizabeth dostrzegła w kącie na stoliku gramofon, nie wiedziała, że taki sprzęt istnieje jeszcze gdziekolwiek indziej poza muzeum.

– A jakiej muzyki pani słucha, pani Anno?

– Klasycznej… Bach, Beethoven… Moja matka była pianistką, jeździła z koncertami po całym świecie. To ona zaszczepiła we mnie miłość do muzyki. Ja niestety nie grałam na żadnym instrumencie, za to moja córka była bardzo utalentowana… jej profesor uważał, iż ma przed sobą przyszłość. Ale nie miała przyszłości, niestety… w czterdziestym piątym roku wywieziono nas do obozu… mnie i dwoje moich dzieci… tylko ja wróciłam…

– Niemcy was wywieźli?

Staruszka uśmiechnęła się smutno.

– Rosjanie. To