Imię mojej miłości - Sandi Lynn - ebook
Opis

Nigdy więcej żadnego mężczyzny. Zwłaszcza bogatego.

Tak sobie obiecałam, kiedy odeszłam od mojego chłopaka. Brandon był bogaty, arogancki i traktował mnie jak śmieć. Byłam z nim ze strachu przed samotnością i z przyzwyczajenia…

Ale spotkałam Simona Younga, młodego właściciela największej na świecie sieci luksusowych hoteli. Pragnął mnie, a ja przyjęłam wyzwanie...

Wiedziałam, że Simon bawi się kobietami, ale zdecydowałam się zagrać w jego grę. Chciałam wypełnić pustkę, jaką czułam, a on, razem ze swoimi luksusami, mógł to zrobić. Miał połączyć nas tylko seks – bez zobowiązań i bez uczuć. Taka była umowa, ale oboje jej nie dotrzymaliśmy. Kiedy w końcu uwierzyłam, że jestem warta miłości, odkryłam, że może spotkać mnie najboleśniejszy zawód…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 280

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Korekta

Magdalena Stachowicz

Hanna Lachowska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© Fuse/Thinkstock

Tytuł oryginału

A Love Called Simon

A Love Called Simon

Copyright © 2015 by Sandi Lynn.

Published by arrangement with Browne & Miller

Literary Associates, LLC.

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2015 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-5713-6

Warszawa 2015. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

P.U. OPCJA

juras@evbox.pl

Rozdział 1

Gdy tylko wsiedliśmy do samolotu, wstawiłam swoją walizkę do schowka nad naszymi fotelami w pierwszej klasie. Była ciężka i wypełniona po brzegi pamiątkami i innymi rzeczami, które kupiliśmy w Vegas. A raczej które ja kupiłam. Wycieczkę zaplanował Brendon, który od sześciu lat był moim chłopakiem. Myślałam, że lecimy tylko we dwoje, ale jak zwykle postanowił zabrać ze sobą kilku kumpli. Kumpli, których szczerze nie znosiłam – aroganckich, egoistycznych, bzykających wszystko, co się rusza, przedstawicieli bananowej młodzieży.

– Dzięki za pomoc. – Rzuciłam Brendonowi złe spojrzenie, sadowiąc się na fotelu obok niego.

– To twoje klamoty, nie moje. Skoro tyle tego nakupowałaś, to teraz się męcz.

– Ale z ciebie dupek!

– Ale z ciebie jędza!

Wolno pokręciłam głową i zerknęłam na elegancko ubranego mężczyznę, który siedział po drugiej stronie przejścia i nie odrywał ode mnie wzroku. Gorąca sztuka! Uśmiechnęłam się do niego przyjaźnie i odwróciłam wzrok. Brendon wyjął iPada i zajął się sprawdzaniem maili, a tymczasem w głośnikach rozległ się głos kapitana oznajmiającego, że odlot będzie nieznacznie opóźniony. Westchnęłam i sięgnęłam do torebki po swojego kindle’a.

– Cholera!

– Co znowu? – chciał wiedzieć Brendon.

Wydawało mi się, że włożyłam kindle’a do torebki. A jednak musiałam wpakować go do walizki – podniosłam się i z westchnieniem sięgnęłam do schowka. Jednak dosięgnięcie walizki i ściągnięcie jej na dół okazało się nie takie proste. Rzuciłam Brendonowi wymowne spojrzenie:

– Nie mógłbyś mi pomóc? Jesteś o wiele wyższy.

– Nie mógłbym, do cholery! Już mówiłem, to twoje klamoty, nie moje. Siadaj wreszcie na tyłku i oglądaj film albo czymś się zajmij. Do cholery, Gabby, zaczynasz mi działać na nerwy! – Wypluwał kolejne słowa z prędkością karabinu maszynowego, wyraźnie coraz bardziej się nakręcał.

Wzdrygnęłam się, gdy poczułam lekkie dotknięcie w dolnej części pleców.

– Pozwól, że ci pomogę, skoro twój przyjaciel najwyraźniej nie ma zamiaru tego zrobić – powiedział ktoś seksownie szorstkim głosem.

Odsunęłam się na bok, a gorący facet zdjął moją walizkę.

– Wyjmij to, czego potrzebujesz, a odstawię ją na miejsce.

– Dziękuję – uśmiechnęłam się słabo, próbując zignorować narastające uczucie upokorzenia i zawstydzenia.

Otworzyłam zapiętą na zamek błyskawiczny kieszeń z przodu walizki i wyjęłam kindle’a. Mężczyzna podniósł walizkę i z łatwością włożył ją na miejsce.

– Jeszcze raz dziękuję – powiedziałam cicho i zajęłam swoje miejsce.

– Dzięki za pomoc, stary! Ona czasem tak świruje – odezwał się Brendon.

Mężczyzna nawet nie spojrzał w jego stronę. Za to popatrzył na mnie i cicho powiedział:

– Nie ma za co. – I posłał Brendonowi pełne obrzydzenia spojrzenie.

Włączyłam kindle’a i znalazłam odpowiednią stronę książki, którą zaczęłam czytać przy basenie w Vegas. Jednak nie mogłam się skupić na słowach, które miałam przed oczami. Moje myśli uparcie krążyły wokół gorącego faceta siedzącego po drugiej stronie przejścia. Jego rudobrązowe włosy były ułożone dokładnie w taki sposób, w jaki zawsze chciałam, żeby Brendon nosił swoje. Gdy tylko go zobaczyłam, zwróciłam uwagę na jego błękitne oczy o przenikliwym spojrzeniu oraz na idealny cień popołudniowego zarostu, który na jego kwadratowej szczęce wyglądał naprawdę bosko. Gołym okiem było widać, że szyty na miarę, ciemnoszary garnitur to towar z najwyższej półki, podobnie jak częściowo ukryta pod nim śnieżnobiała koszula oraz idealnie dopasowany krawat w popielato-czarne prążki. Na samą myśl o tym facecie brakowało mi tchu. Miałam okazję dokładnie mu się przyjrzeć, kiedy sięgał po moją walizkę, ale moja pamięć fotograficzna też była pomocna.

Kiedy wreszcie wystartowaliśmy, Brendon przywołał stewardesę i poprosił o szklaneczkę burbona. Skinęła głową i spojrzała na mnie:

– Czy pani sobie czegoś życzy?

– Kieliszek białego wina. Jakiegokolwiek,

– Oczywiście – uśmiechnęła się i przyjaźnie dotknęła mojego ramienia.

Potem zwróciła się do gorącego faceta po drugiej stronie przejścia, żeby jemu również zaproponować coś do picia.

– Ja też poproszę o kieliszek białego wina. Jakiegokolwiek.

Serce zaczęło mi walić jak oszalałe. Uśmiechnęłam się i szybko utkwiłam wzrok w czytniku. Kiedy stewardesa przyniosła napoje, sięgnęłam do torebki po czekoladowy batonik.

– Naprawdę masz zamiar TO zjeść? – Brendon był wyraźnie zirytowany.

– Tak. Dlaczego pytasz? Chcesz kawałek?

– Już zapomniałaś, o czym rozmawialiśmy w Vegas? Pamiętasz, jak ci pokazałem te gorące laseczki w skąpym bikini i powiedziałem, że też byś mogła tak wyglądać, a ty obiecałaś, że nad tym popracujesz? Pamiętasz? A teraz masz zamiar wszystko spieprzyć i zjeść ten batonik?

– Masz rację. Przepraszam, kochanie – odparłam nerwowo i wsunęłam batonik z powrotem do torebki.

– To mi się podoba. Wiesz, że cię kocham, skarbie, ale czasem trzeba ci wskazać właściwy kierunek.

Wlepiłam wzrok w kindle’a. Czułam utkwiony w sobie wzrok mężczyzny z drugiej strony przejścia. Bałam się na niego spojrzeć, bo wiedziałam, że jeśli to zrobię, prawdopodobnie się rozpłaczę. Już czułam gromadzące się pod powiekami łzy.

Rozdział 2

Brendon Sommers i ja byliśmy parą od sześciu lat. Poznaliśmy się pierwszego dnia studiów na Cornell University, gdzie ja skończyłam studia menedżerskie MBA w zakresie marketingu, a on – MBA w finansach i ekonomii. Brendon przygotowywał się do przejęcia należącej do jego rodziny firmy deweloperskiej. Kiedy skończyliśmy studia, jego ojciec podarował mu jeden ze swoich luksusowych apartamentów, a Brendon zaproponował, żebyśmy zamieszkali w nim razem. Giana, moja najlepsza przyjaciółka, odradzała mi ten krok, ponieważ szczerze nie cierpiała Brendona. Tych dwoje nigdy się nie dogadywało. Jednak nie posłuchałam jej rady, ponieważ kochałam Brendona i wiedziałam, że on kocha mnie. Choć, fakt faktem, czasami zachowywał się jak dupek. No dobrze, zachowywał się tak prawie zawsze. Jednak był pierwszym facetem, który mnie pokochał i który chciał się mną zaopiekować. On i Giana byli jedyną rodziną, jaką kiedykolwiek miałam. Tylko oni wiedzieli, jak naprawdę wyglądało moje dzieciństwo i okres dorastania. Gianę poznałam, kiedy obie byłyśmy dziećmi. Bez niej i bez Brendona byłabym na świecie całkiem sama, o czym mój chłopak przypominał mi każdego dnia.

Po skończeniu studiów Giana podjęła pracę jako asystentka adwokata w renomowanej kancelarii w Seattle. Tęskniłam za nią, ale za każdym razem, gdy planowałam ją odwiedzić, Brendon znajdował sposób, aby wszystko spieprzyć. Przysięgam – robił to celowo.

Udawałam, że czytam, ale tak naprawdę bez przerwy zerkałam na nieznajomego po drugiej stronie przejścia. Pracował na laptopie; robił wrażenie pewnego siebie i opanowanego. Czy już wspominałam, że był cholernie seksowny? Na pewno był szychą w jakiejś korporacji. Jego spojrzenie podążyło w moim kierunku, więc czym prędzej utkwiłam wzrok w kindle’u.

Kiedy wreszcie wylądowaliśmy w Nowym Jorku, nieznajomy podniósł się, wyjął ze schowka moją walizkę i podał mi ją z ujmującym uśmiechem.

– Mam nadzieję, że miałaś udany lot.

– Owszem. Dziękuję – odwzajemniłam uśmiech i wzięłam z jego rąk walizkę.

– Powtórz swojemu przyjacielowi, że według mnie jest prawdziwym dupkiem i że zasługujesz na kogoś lepszego.

Wyciągnął dłoń i gestem pokazał mi, żebym szła przodem. Sam poszedł za mną, upewniwszy się najpierw, że między mną a Brendonem znalazły się co najmniej dwie inne osoby.

– Co do kurwy…? Widziałaś, co ten facet wyprawia? Pozwolił ci iść przodem, żeby cię ode mnie odciąć. Powinienem był dać mu w mordę.

– Wyluzuj, Brendon. Oboje jesteśmy zmęczeni, a ty powinieneś porządnie się wyspać. Bóg jeden wie, czy zdrzemnąłeś się choć chwilę w ciągu ostatnich czterech dni.

– Było warto, skarbie.

Gdy opuściliśmy lotnisko, zobaczyłam, jak mężczyzna, który siedział po przeciwnej stronie przejścia w czasie lotu 2225, wsiada do czarnej limuzyny, a następnie na zawsze odjeżdża z mojego życia.

– Chcę usłyszeć WSZYSTKO o twoim weekendzie w Vegas! – ekscytowała się Giana przez skype’a.

– Było w porządku.

– W porządku? Nic więcej? Gabby, to Vegas! Jak mogło być tylko „w porządku”?

– Trudno jest świetnie się bawić, kiedy twój chłopak zapomina o tobie i idzie w miasto ze swoimi kumplami, po czym twierdzi, że myślał, że idziesz za nimi. To była jedna wielka impreza, G. Wielka eksplozja męskiej przyjaźni.

– Założę się, że po kryjomu pieprzą się ze sobą.

Roześmiałam się.

– Mówię serio, Gabby. Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby ci idioci ustawiali się jeden za drugim i robili sobie jedną wielką orgię.

– O mój Boże! Natychmiast przestań! – nie mogłam powstrzymać śmiechu.

– Więc… robiłaś coś ekscytującego?

– Chodziłam na zakupy i trochę grałam w kasynach.

– Wygrałaś coś?

– Trzy tysiące dolarów – powiedziałam, podnosząc do góry zwitek banknotów.

– Brawo! Mam nadzieję, że nie przyznałaś się do tego swojemu Panu-Bez-Jaj?

– Nie, nie puściłam pary z ust. Jak zwykle po cichu wpłacę te pieniądze na rachunek oszczędnościowy.

– Mądra dziewczynka!

– Mogę ci coś powiedzieć?

– Jasne, Gabs. Co się dzieje?

– W samolocie do Nowego Jorku spotkałam faceta i jakoś nie mogę przestać o nim myśleć.

– Tak? – powiedziała, przyciskając twarz do ekranu komputera. Nie lubiłam, kiedy tak robiła.

– Był piękny, G. Cholernie piękny!

– Czekaj, czekaj! – powiedziała, podnosząc dłoń. – O facetach nie mówi się, że są piękni!

– Niech ci będzie. Był cholernie seksowny i miał na sobie naprawdę drogi garnitur. Pomógł mi z walizką, bo Brendonowi nie chciało się ruszyć z miejsca.

– Chodzący ideał. Był stary?

– Wyglądał na nieco ponad trzydzieści lat.

– Wysoki, niski, biały, czarny? Chcę więcej szczegółów! – uśmiechnęła się zalotnie.

– Miał jakieś sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu.

– Szczupły, gruby, muskularny?

– Z tego, co się zorientowałam, miał świetne ciało. Przez ten garnitur trudno było stwierdzić na pewno. Problem w tym, że nie potrafię przestać o nim myśleć. Naprawdę wpadł mi w oko.

– Posłuchaj, Gabby, i, bardzo cię proszę, nie obrażaj się. Spotkałaś czarującego mężczyznę, który ci pomógł. Oczywiście, to wystarczyło, żebyś straciła dla niego głowę! Żyjesz z kimś, kto tylko udaje prawdziwego mężczyznę. Z człowiekiem, który cię na każdym kroku olewa. Przepraszam, ale musiałam to powiedzieć. Dziewczyno, masz dwadzieścia cztery lata! Powinnaś świetnie się bawić, zamiast siedzieć w domu i cały czas czekać na tego pozbawionego jaj gnojka.

Westchnęłam.

– Brendon mnie kocha, a ja, owszem, świetnie się bawię.

– Ile razy uprawialiście seks w Vegas? – zapytała. – Czemu nie odpowiadasz? Przecież robiliście to, prawda?

– Nie – przyznałam, odwracając wzrok od komputera.

– CO??? KTO JEDZIE DO VEGAS ZE SWOIM CHŁOPAKIEM I NIE UPRAWIA SEKSU?!? – wrzasnęła, dla podkreślenia efektu wymachując rękami.

– Przez większość czasu był pijany albo balował na mieście z kumplami.

– Podczas gdy ty siedziałaś sama w hotelu? – zapytała, marszcząc brwi. – Obudź się, Gabby! To dla mnie nie do zniesienia, że tak się dajesz traktować. Do cholery! To jasne jak słońce, że uprawiał w Vegas seks z innymi kobietami albo przynajmniej ze swoimi lalusiowatymi koleżkami.

– Nigdy by mnie nie zdradził.

– Do diabła, Gabby! – wykrzyknęła, potrząsając ekranem.

– Będę kończyć, G. Muszę wymyślić, co przygotować na kolację. Brendon niedługo wraca.

– Cóż, cokolwiek to będzie, mam nadzieję, że się tym zadławi.

Przewróciłam oczami.

– Odezwę się później.

Wstałam od komputera i poszłam wyjąć kurczaka z lodówki. Przeszukałam szufladę w lodówce i na szczęście znalazłam w niej wystarczającą ilość warzyw, żeby przyrządzić jakąś chińszczyznę.

Brendon pojawił się około ósmej.

– Hej – przywitał się, podchodząc i całując mnie w policzek.

– Pachniesz kobietą – zmarszczyłam brwi.

– Nie uwierzysz, jaki miałem dzień! Zatrudniliśmy nową sekretarkę i przysięgam, że dziś przed pracą musiała wziąć kąpiel w wannie pełnej perfum! Musiałem jej powiedzieć, żeby przystopowała z tymi wonnościami, bo inaczej będę musiał ją zwolnić.

– Było aż tak źle?

– O tak, kochanie. Nie dało się wytrzymać. Wszystko, co mi podawała, cuchnęło jej perfumami. Muszę skoczyć pod prysznic, żeby to z siebie zmyć. Niedobrze mi od tego zapachu!

Uśmiechnęłam się i zaczęłam rozpinać mu koszulę.

– Mogę ci pomóc z tym prysznicem…

Ujął moje ręce i odsunął mnie od siebie.

– Przepraszam, kochanie, ale jeśli ci na to pozwolę, kolację zjemy chyba o północy, a tak się złożyło, że umieram z głodu. Daj mi dziesięć minut. Jedzenie pachnie obłędnie, nie mogę się doczekać! – mrugnął porozumiewawczo i ruszył w stronę łazienki.

Kiedy szykowałam się do pójścia do łóżka, zauważyłam, że Brendon przypatruje się mojemu odbiciu w ogromnym lustrze.

– Dziękuję za kolację. Była pyszna. Jak miło po długim dniu w pracy wrócić do domu, gdzie czekają na mnie twoje domowe frykasy – podszedł bliżej i położył ręce na moich biodrach. Jego wargi delikatnie muskały mój kark.

– Cała przyjemność po mojej stronie.

– Wiem, że już dawno się nie pieprzyliśmy, więc jeśli teraz masz ochotę, to ja także. Ale najpierw pozwól, że zgaszę światło.

– Dlaczego nie możemy dla odmiany kochać się przy włączonym świetle? – zapytałam.

Odgarnął mi kosmyk włosów za ucho.

– Przecież wiesz dlaczego. Ciągle masz tu i ówdzie parę kilo do zrzucenia. Mówiliśmy już o tym.

Zaprowadził mnie do łóżka i kochaliśmy się w ten sam sposób, w jaki robiliśmy to przez ostatnie sześć lat: w pozycji misjonarskiej, przy wyłączonym świetle. Położył się na mnie i po prostu wepchnął mi go. Nigdy nie było żadnej gry wstępnej, chyba że miał trudności z osiągnięciem erekcji. Wtedy mówił, żebym mu obciągnęła. Kiedy było już po wszystkim i odwrócona do niego plecami leżałam po swojej stronie łóżka, ogarnęła mnie rozpacz. Zawsze tak było, kiedy się kochaliśmy. Nie miałam z tego żadnej przyjemności, nie licząc emocjonalnej satysfakcji związanej z poczuciem, że ktoś mnie pragnie. Przecież gdyby mnie nie kochał, nie uprawiałby ze mną seksu…

Postanowiłam, że jutro po pracy pójdę na siłownię i dam sobie niezły wycisk.

Rozdział 3

Trzy miesiące później…

Codziennie od dziewiątej do siedemnastej pracowałam w Holster Marketing. Była to firma obsługująca klientów zajmujących się sprzedażą detaliczną. Kiedy tylko weszłam, Kendra, moja szefowa, poprosiła, żebym przyszła do jej gabinetu.

– Usiądź, Gabby.

Powiedziała to w sposób, który nie wróżył nic dobrego. Zdjęła okulary i skrzyżowała ręce na biurku.

– Jak wiesz, klient, którym się zajmowałaś, od jakiegoś czasu nie radzi sobie najlepiej. To nie twoja wina, ani nikogo z naszej firmy. Pogrążyło ich słabe zarządzanie i złe decyzje. Tak czy siak, właśnie ogłosili upadłość i zamykają pięćdziesiąt sklepów w całym kraju. A skoro oni tną koszty, my też nie możemy być rozrzutni.

– Zwalniasz mnie? – zapytałam z niedowierzaniem.

– Nie zwalniam. Wysyłam na bezpłatny urlop. Po stracie klienta nie możemy sobie pozwolić na utrzymanie ciebie i twojego zespołu

– Przecież pracowałam nad tą sprawą dzień i noc! – powiedziałam ze łzami w oczach.

– Wiem, i uwierz mi, jesteś jednym z naszych najlepszych pracowników. Tyle że musimy na czymś zaoszczędzić. Niestety, muszę dziś wysłać na bezpłatny urlop co najmniej pięć osób. Bardzo mi przykro. Jesteś bystra i inteligentna. Znajdziesz inną pracę, a ja ci wystawię najlepsze referencje. Jesteśmy w Nowym Jorku, praca dla marketingowców praktycznie leży tu na ulicy!

Z niedowierzaniem pokręciłam głową. Nie mogłam uwierzyć, że to się dzieje naprawdę.

– Rozumiem. Dziękuję, Kendro.

Wstałam, a ona podeszła i delikatnie mnie uścisnęła.

– Bądź dobrej myśli! Być może to najlepsza rzecz, jaka kiedykolwiek ci się przytrafiła.

Uśmiechnęłam się niepewnie, po czym wyszłam z jej gabinetu i udałam się do mojego boksu. Na biurku już czekało pudło, do którego miałam spakować swoje rzeczy. Wyjęłam z torebki telefon i wybrałam numer Brendona. Od razu włączyła się poczta głosowa, więc zadzwoniłam do Giany.

– Hej, Gabby!

– Właśnie mnie zwolnili – powiedziałam grobowym tonem.

– Mówisz serio?

– Zwolnili dziś pięcioro pracowników.

– Posłuchaj, właśnie wchodzę na salę rozpraw z Brianem. Jedź do domu, weź długą, gorącą kąpiel, a ja do ciebie oddzwonię, kiedy tylko stąd wyjdę.

– Dobrze. Będę czekać.

Opróżniłam biurko, po czym jeszcze raz wykręciłam numer Brendona. Nadal zgłaszała się poczta głosowa, więc postanowiłam jechać do domu. Wszystko było do niczego. Nie mogłam uwierzyć, że nie mam pracy. Moje poczucie własnej wartości spadało na łeb na szyję, choć wcześniej też nie było bardzo wysokie. Wreszcie udało mi się złapać taksówkę. Wpakowałam się do środka, a pudło z rzeczami położyłam na siedzeniu obok siebie.

– Wylali panią z roboty? – zainteresował się taksówkarz.

– Wysłali na bezpłatny urlop.

– Przykro mi to słyszeć.

– Dziękuję – odparłam bez entuzjazmu.

Na miejscu zapłaciłam za przejazd i wzięłam pod pachę swoje pudło. Po wejściu do apartamentu zostawiłam pudło w holu, po czym natychmiast poszłam do kuchni, żeby sobie nalać kieliszek wina. Wino i gorąca kąpiel – właśnie tego teraz potrzebowałam.

Weszłam po schodach na górę. Kiedy przechodziłam przez hol, nagle usłyszałam dochodzące z sypialni odgłosy. Przystanęłam. Serce zaczęło mi bić jak szalone, a nerwy w całym ciele stanęły na baczność. Cicho i ostrożnie podeszłam do drzwi sypialni i zajrzałam do środka. Stanęłam w drzwiach, zasłaniając ręką usta. Przed sobą miałam Brendona, pieprzącego od tyłu jakąś dziewczynę. Słuchałam dźwięków, jakie wydawał, a jakich nigdy wcześniej nie miałam okazji słyszeć. Rzuciłam kieliszkiem wina w ścianę, pod którą stało nasze łóżko. Brendon natychmiast się odwrócił i w obronnym geście podniósł do góry obie ręce.

– Co tu robisz, Gabby? Myślałem, że jesteś w pracy.

W powietrzu unosiła się woń perfum. Tych samych, które kiedyś na nim wyczułam. Całkiem naga kobieta usiadła na łóżku i zapytała:

– Kto to jest?

– Jestem jego dziewczyną – wyszeptałam, a po policzkach spływały mi łzy.

– Mówiłeś, że z nikim się nie spotykasz, Brendon – warknęła panienka i pospiesznie zaczęła zbierać ciuchy.

Kiedy przechodziła obok mnie z ubraniami zwiniętymi w kulkę i przyciśniętymi do ciała, lekko dotknęła mojego ramienia:

– Przykro mi. Nie wiedziałam.

Skinęłam głową. Dziewczyna bezszelestnie wyszła z pokoju. Brendon stał przede mną całkiem nagi, a ja patrzyłam na niego i cały czas miałam przed oczami sposób, w jaki ją pieprzył. Mnie nigdy tak nie traktował.

– Gabby, skarbie. Mogę wszystko wyjaśnić.

Przechyliłam głowę i bez słowa wpatrywałam się w niego. Całkiem jakbym była psychicznie chora i niezdolna do ogarnięcia otaczającej mnie rzeczywistości. Po chwili poszłam do łazienki i wyjęłam z szuflady nożyczki. Tak uzbrojona wróciłam do sypialni. W oczach Brendona błysnął strach.

– Co masz zamiar z tym zrobić? – zapytał, cofając się o parę kroków i zasłaniając rękami przyrodzenie.

Nagle dotarło do mnie, co on myśli: że zamierzam obciąć mu kutasa. Wybuchnęłam głośnym śmiechem. Podeszłam do szafy i odcięłam przywieszki na bagaż z mojej walizki.

– Skarbie, przepraszam. Nie wiem, dlaczego to zrobiłem. To się nigdy więcej nie powtórzy – uderzył w błagalny ton, kładąc rękę na moim ramieniu.

Błyskawicznie się odwróciłam i przycisnęłam nożyczki do jego krocza. Zastygł bez ruchu, a oczy mu się rozszerzyły.

– Masz całkowitą rację. To się nigdy nie powtórzy, bo nie jesteśmy już razem. A jeśli z twoich plugawych, obleśnych ust padnie jeszcze choć jedno słowo, obetnę ci małego. Ostatni raz udało ci się mnie tak upokorzyć i poniżyć, Brendonie Sommers. Zrozumiałeś?

Powoli pokiwał głową.

– A teraz wyjdź stąd i zostaw mnie wreszcie w spokoju! – krzyknęłam mu prosto w twarz.

Powoli się wycofywał, a kiedy nabrał pewności, że jest poza zasięgiem nożyczek, szybko pozbierał z podłogi ubrania i pędem wybiegł z sypialni. Zatrzasnęłam za nim drzwi i dodatkowo zamknęłam je na klucz, na wypadek, gdyby przyszło mu do głowy tutaj wrócić. Tak naprawdę to marzyłam, żeby wczołgać się na łóżko i schować pod kołdrę. Jednak wiedziałam, że jeśli to zrobię, nieprędko stamtąd wyjdę, a musiałam opuścić to miejsce i tego człowieka tak szybko, jak to tylko było możliwe. Zrzuciłam ciuchy, w których byłam w pracy i dokładnie obejrzałam się w lustrze. Może nie dawałam z siebie wszystkiego podczas treningów. Może powinnam była częściej chodzić na siłownię. Widocznie moje ważące pięćdziesiąt cztery kilo i mierzące sto siedemdziesiąt centymetrów ciało nie było dla niego wystarczająco atrakcyjne. Prawą dłonią przejechałam wzdłuż lewego przedramienia. Znów miałam ochotę to zrobić. Palce bezbłędnie odnalazły bliznę w miejscu, gdzie obsunęła mi się ręka i ostrze powędrowało zbyt głęboko. Teraz miałam ochotę znowu to zrobić. Tylko ten jeden jedyny raz i nigdy więcej. Musiałam jakoś uciszyć ten emocjonalny ból. Ale przecież obiecałam sobie, że już nigdy tego nie zrobię. Wrzuciłam do walizki parę ciuchów, wzięłam torbę na laptopa i zeszłam na dół. Kiedy byłam w holu, na horyzoncie pojawił się Brendon.

– Gabby, proszę. Czy możemy o tym porozmawiać? Nie możesz tak po prostu odejść.

Gniew, który we mnie kotłował, stopniowo narastał. Wreszcie odzyskałam głos:

– Ty też nie możesz tak po prostu pieprzyć innych kobiet. Niedobrze mi na samą myśl o tobie, Brendonie Sommers. Tysiące razy to, co robiłeś i to, co mówiłeś było dla mnie ciosem prosto w serce. Poniżałeś mnie przy ludziach, pogardzałeś mną i na każdym kroku dokładałeś wszelkich starań, żeby obniżyć moje poczucie własnej wartości do poziomu zera. Giana miała rację: nigdy mnie nie kochałeś.

– Giana to suka.

Nie wierzyłam, że to powiedział. Zasłoniłam mu ręką usta, żeby już się nie odzywał. Nigdy nie potrafił wziąć odpowiedzialności za to, co schrzanił w swoim życiu.

– Pieprz się, Brendon. Założę się, że to akurat pójdzie ci naprawdę dobrze. – Złapałam uchwyt walizki i tocząc ją za sobą, poszłam w kierunku drzwi. Brendon poczłapał za mną aż do windy.

– Wszystkiego dobrego, Gabby. Nie sądzę, żebyś kiedykolwiek spotkała faceta, który cię pokocha, bo nikt nie będzie w stanie pokochać kogoś takiego jak ty. Masz rację: nigdy cię nie kochałem. Jesteś zabawką, Gabby. Pionkiem w grze. Biedna mała Gabby, nikt jej nie kochał, kiedy była dzieckiem, a teraz, dwadzieścia cztery lata później, nadal nikt jej nie chce. Mam szczęście, że się ciebie wreszcie pozbyłem, dziwko. – Obrócił się na pięcie i wrócił do apartamentu.

Te słowa były jak policzek. Nogi tak bardzo mi się trzęsły, że kiedy drzwi do windy się otworzyły, weszłam do środka i usiadłam na podłodze, opierając się plecami o ścianę. Winda zjechała na dół do holu i drzwi się otworzyły. Silas, portier, natychmiast podbiegł i pomógł mi wstać.

– Wszystko w porządku, panno McCarthy?

– Nic mi nie jest, Silas – wyszeptałam, wbijając wzrok w drzwi wyjściowe.

– Wybiera się pani w kolejną podróż?

– Tak, ale tym razem kupię bilet tylko w jedną stronę.

– To dobra decyzja, panno McCarthy. Nigdy nie lubiłem pana Sommersa. Zawsze był dla pani bardzo niemiły.

Spojrzałam na Silasa i słabo się uśmiechnęłam.

– Prawda?

– Tak, był niemiły. Pozwoli pani, że wezwę taksówkę. – Wyszedł na zewnątrz, żeby gwizdnięciem przywołać taryfę.

Kiedy któraś wreszcie się zatrzymała, Silas zapakował moją walizkę do bagażnika i ostrożnie uściskał mnie na do widzenia.

Po przyjeździe na lotnisko natychmiast pobiegłam do kasy biletowej.

– W czym mogę pomóc? – zapytała irytująco radosna dziewczyna.

– Poproszę bilet na najbliższy lot do Seattle.

– Powrotny? – zapytała z szerokim uśmiechem.

– Nie, w jedną stronę.

– Ma pani szczęście. Następny samolot odlatuje mniej więcej za godzinę.

– Znakomicie.

Po kontroli bagażu poszłam do swojej bramki i usiadłam w poczekalni. Wyjęłam z kieszeni telefon, żeby zadzwonić do Giany. Okazało się jednak, że aparat padł, a ładowarka została w apartamencie. Na moment ogarnęła mnie panika, bo adres Giany miałam zapisany właśnie w telefonie, a w tej sytuacji nie miałam jak do niego dotrzeć. Zajrzałam do wewnętrznej kieszonki torebki i odetchnęłam z ulgą. Znalazłam tam nalepkę z jej adresem, którą oderwałam od jednej z paczek, które mi przysyłała. Spojrzałam na zegar na ścianie i pomyślałam, że mam akurat tyle czasu, żeby znaleźć sklep sprzedający ładowarki. Jednak kiedy podnosiłam się z krzesła, rozpoczęła się odprawa. W samolocie trafiło mi się miejsce przy oknie. Usiadłam i patrzyłam, jak rozpędzamy się po pasie startowym. Kiedy samolot wzbił się w powietrze, powiedziałam „żegnaj” mojemu dawnemu życiu i Nowemu Jorkowi.

Rozdział 4

Dotarłam do Seattle o dziesiątej wieczorem, złapałam taksówkę i za dziesięć jedenasta byłam przed apartamentowcem, w którym mieszkała Giana. Winda zawiozła mnie na czwarte piętro, gdzie szybko odnalazłam mieszkanie 4C. Kiedy cichutko zapukałam do drzwi, łzy same zaczęły mi płynąć z oczu. Wcześniej obiecałam sobie, że nie będę płakać do chwili, gdy się tutaj znajdę. Nie byłam już w stanie dłużej powstrzymywać łez.

– Kto tam? – odezwał się znajomy głos.

– To ja, Gabby.

Drzwi natychmiast się otworzyły i stanęła w nich zaskoczona Giana. Spojrzała na mnie i ujęła w dłonie moją twarz.

– Gabby! Skąd się tu wzięłaś? O mój Boże! Wszystko w porządku?

Jedyną odpowiedzią, na jaką się zdobyłam, było bezradne pokręcenie głową. Nie, nic nie było w porządku.

– Chodź do środka – powiedziała Giana i wzięła moją torbę z laptopem.

Posłusznie wtoczyłam swoją walizkę i jeszcze zanim Giana zdążyła zamknąć drzwi, padłam jej w ramiona i rozszlochałam się jak dziecko.

– Ciiii… wszystko będzie dobrze. – Przyjaciółka delikatnie gładziła mnie po włosach.

Zaprowadziła mnie na kanapę i próbowała uspokoić.

– Gabby, spójrz na mnie. Musisz mi powiedzieć, co się stało, kochanie.

– Przyłapałam Brendona na pieprzeniu się z jakąś dziewczyną w naszym łóżku. W naszym łóżku! – szlochałam.

– Rozumiem. Nie martw się, będzie ci lepiej bez niego. Jestem z ciebie dumna, że wreszcie odeszłaś od tego drania! Wyglądasz na wykończoną.

– Jestem wykończona. I przepraszam, że zwalam ci się na głowę bez zapowiedzi. Chciałam zadzwonić, ale komórka mi padła, a ładowarkę zostawiłam w Nowym Jorku.

– Nie przepraszaj. Tak się cieszę, że cię widzę! Teraz zaprowadzę cię do pokoju gościnnego i trochę się prześpisz. Pogadamy o wszystkim rano.

Skinęłam głową i Giana zaprowadziła mnie do sypialni.

– To jest twoja łazienka – powiedziała, włączając światło. – Znajdziesz tu mnóstwo ręczników. Umyj twarz, a ja poszukam ci jakiejś koszuli nocnej.

Zdjęłam bluzkę i weszłam do łazienki. Posłusznie umyłam twarz i przyglądałam się swoim napuchniętym, czerwonym oczom w lustrze, kiedy do łazienki weszła Giana i podała mi nocną koszulę.

– Mogę obejrzeć twoje przedramiona?

– Nie zrobiłam tego. Miałam ochotę, ale zdołałam się powstrzymać.

Dokładnie sprawdziła moje ręce, po czym mocno mnie przytuliła.

– Jestem z ciebie taka dumna!

W sypialni Giana odsunęła leżące na łóżku nakrycie, a ja wślizgnęłam się pod kołdrę. Otuliła mnie dokładnie w ten sam sposób, jak kiedy obie byłyśmy dziećmi.

– Prześpij się trochę, biedroneczko – uśmiechnęła się. – Rano zrobię pyszne śniadanie, wszystko omówimy i znajdziemy jakieś rozwiązanie. Po dobrze przespanej nocy lepiej się myśli.

– Dziękuję, G.

– Jakbyś czegoś potrzebowała, jestem u siebie.

Wyszła z pokoju, zostawiając uchylone drzwi. Leżałam tak, śmiertelnie zmęczona, a kiedy zamknęłam oczy, miałam pod powiekami obraz Brendona z tamtą dziewczyną.

Rano, po przebudzeniu, przez moment nie mogłam się zorientować, gdzie jestem. Wczorajszy dzień wydawał mi się jakiś zamazany i przez chwilę bawiłam się myślą, że to wszystko był tylko sen. Ale nie był. Tymczasem wydobywający się z kuchni zapach placuszków z jagodami powoli wypełnił całe mieszkanie, docierając wreszcie i do mojego pokoju. Wygrzebałam się z łóżka tylko dlatego, że musiałam skorzystać z łazienki. Przystanęłam przed lustrem i uważnie się sobie przyjrzałam. Moje oczy były zapuchnięte i zmęczone, a twarz wyglądała mizernie. Niedbale przejechałam szczotką po włosach, po czym podążyłam za zapachem placuszków, który zaprowadził mnie prosto do kuchni.

– Dzień dobry, słoneczko! – uśmiechnęła się Giana.

– Na pewno dobry?

– Cóż, próbuję podnieść cię na duchu. – Wyjęła z szafki kubek i nalała do niego kawy.

– Dla ciebie. Wypij.

– Dzięki.

– Plan jest taki – powiedziała, stawiając przede mną talerz z dwoma jagodowymi placuszkami. – Zostajesz w Seattle. Wprowadzasz się do mnie i znajdujesz pracę. Czas, żeby zacząć żyć innym życiem, Gabby. Swoim własnym życiem. Aha, i na razie nie przejmuj się rachunkami. Pogadamy o tym, kiedy znajdziesz pracę.

– Nie mogę tutaj zamieszkać.