Idziesz do więzienia i Kobiety bez litości. Opowiadania - Camilla Läckberg - ebook + audiobook
BESTSELLER

Idziesz do więzienia i Kobiety bez litości. Opowiadania ebook i audiobook

Camilla Läckberg

4,1

72 osoby interesują się tą książką

Opis

Idziesz do więzienia i Kobiety bez litości to kwintesencja kryminalnych opowiadań, w których sekrety i zdrada prowadzą do makabrycznej zemsty. To Camilla Läckberg jaką wszyscy uwielbiamy!

Idziesz do więzienia

Czworo młodych ludzi świętuje Nowy Rok w luksusowej willi nad jeziorem pod Sztokholmem. To najlepsi przyjaciele, podobnie jak ich rodzice, którzy urządzają przyjęcie w willi obok. Mają oni wszystko, ale noszą też swoje mroczne tajemnice, których nikomu nie zdradzili. Nawet sobie nawzajem. Kiedy gra w Monopoly się kończy, a stawka wzrasta, sekrety powoli zaczynają wychodzić na jaw i odsłania się skomplikowany plan…

Kobiety bez litości

Ingrid zrezygnowała z kariery, aby wesprzeć męża. Niedługo potem dowiaduje się, że ten ma romans. Birgitta pomija wizyty lekarskie. W ten sposób nikt nie odkryje siniaków, które zostawia jej mąż. Victoria porzuciła swoje życie w Rosji, aby poślubić mężczyznę poznanego przez internet. Tylko on nie jest taki, jak sobie wyobrażała.

Wszystkie te kobiety postanawiają wziąć sprawy w swoje ręce. Czy jedynym wyjściem będzie zbrodnia doskonała?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 180

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 5 godz. 21 min

Lektor: Camilla Lackberg

Oceny
4,1 (251 ocen)
105
82
49
13
2
Sortuj według:
lidiakrysiak

Nie polecam

Strata czasu. Nie tego oczekiwałam od Pani Lackberg. Nie dałam rady dokończyć.
00
Sengatime

Dobrze spędzony czas

Dwa opowiadania. Uwaga spojler ;-) wendeta kobiet doświadczonych przez trudne życie. Mała forma, więc bardziej do pociągu itp. czas szybko zleci.
00
grazyna2525

Nie oderwiesz się od lektury

Niezawodna ulubina przeze mnie autorka, dosłownie nie oderwałam się od kolejnej pozycji. Polecam wszystkim lubiącym kryminał toczący się w ekscytującym tempie.
00
lilianalehrer

Nie oderwiesz się od lektury

zgodnie z przewidywaniami-super
00
apilch

Nie oderwiesz się od lektury

Camilla Lackberg jak zwykle niezawodna. Ciężko oderwać się od książki. polecam.
00

Popularność




Idziesz do wię­zie­nia

Dla Meji i Polly

Część I

1.

Z radia płyną dźwięki Walk Like an Egyp­tian. Liv Andréasson lubi ten utwór.

Tak­sów­karz, od któ­rego czuć potem i który ma małe czer­wone prysz­cze na karku, koły­sze się w rytm muzyki. Od czasu do czasu zerka na nią we wstecz­nym lusterku, a ona za każ­dym razem odwraca wzrok.

W porządku, myśli Liv. Wyba­czam ci, że śmier­dzisz potem i że choć jestem ze trzy­dzie­ści lat od cie­bie młod­sza, obli­za­łeś wargi, kiedy zoba­czy­łeś, jak wycho­dzę z klatki scho­do­wej.

Cztery lata wcze­śniej tak­sów­karz z firmy Taxi Stoc­kholm ura­to­wał jej życie i dla­tego jest jej wierna. W prze­ci­wień­stwie do swo­ich przy­ja­ciół ni­gdy nie jeź­dzi Ube­rem.

Męż­czy­zna znów szuka kon­taktu wzro­ko­wego.

Liv odwraca głowę, patrzy na mia­sto.

Za szybą prze­suwa się ciemny, ośnie­żony Sztok­holm.

Zimowe ulice, zimowa kra­ina.

Ludzie na zewnątrz są cie­pło ubrani, opa­tu­leni gru­bymi pucho­wymi kurt­kami, które nało­żyli na ele­ganc­kie ubra­nia. Para ich odde­chów unosi się w świe­tle ulicz­nych latarni.

Walk Like an Egyp­tian się koń­czy i zdy­szany pre­zen­ter infor­muje, że nie­długo zosta­nie tylko sześć godzin sta­rego roku. Zaczęła się szy­ko­wać po połu­dniu w kawa­lerce przy Valhallavägen. Tak wła­ści­wie Liv mieszka w domu z rodzi­cami. Kawa­lerkę wyna­jęła pota­jem­nie przez ogło­sze­nie na Bloc­ket. Ma ją od trzech mie­sięcy, a będzie miała jesz­cze przez kolejne trzy. Wła­ści­cielka wyje­chała na Bali, żeby odna­leźć sie­bie. Liv bywa w tym miesz­ka­niu tak czę­sto, jak może. Jeź­dzi tam pro­sto po szkole. Okła­muje rodzi­ców, że nocuje u przy­ja­ciół. I że odra­bia prace domowe, musi się uczyć. Choć tego lata będzie zda­wać maturę.

Ni­gdy jej nie kusiło, żeby poka­zać komuś swoją kry­jówkę. Ow­szem, jest taka osoba, którą chcia­łaby tam zapro­sić. Ale wie, że ni­gdy do tego nie doj­dzie. Tak­sówka skręca, jedzie przez tunel i po chwili roz­po­ściera się przed nimi Söderström. Po dru­giej stro­nie lśnią tysiące świa­teł mia­sta. Samo­chód pod­ska­kuje, gdy wjeż­dżają na most Danvik. Liv sięga po torebkę, wyj­muje butelkę Sprite’a z wódką i upija łyk. Grze­bie w torebce. Znaj­duje tabletkę, która luzem leży w wewnętrz­nej kie­szonce, i wkłada ją do ust. Tabletka spo­czywa na języku i Liv czuje zna­jomy gorzki smak.

– Mia­łaś dobry rok? – pyta ją tak­sów­karz.

– Taki sobie. Moja matka umarła dwa tygo­dnie temu.

Ostat­nio to kłam­stwo przy­cho­dzi jej bar­dzo natu­ral­nie. Pierw­szy raz skła­mała na temat matki na impre­zie jakiś rok temu. Nagle te słowa po pro­stu padły z jej ust i gdy zoba­czyła, jak zszo­ko­wały chło­paka, z któ­rym roz­ma­wiała, poja­wiło się w niej wyzwa­la­jące uczu­cie, nie­mal odu­rza­jące. W oczach Liv to było tak, jakby jej matka nie ist­niała. Bo gdyby nie ist­niała, nie mogłaby też jej zawieść.

Oczy męż­czy­zny się roz­sze­rzają. Liv czuje przy­jemne, roz­le­wa­jące się po ciele cie­pło. Wytrą­ciła tak­sów­ka­rza z rów­no­wagi. Wygląda, jakby nie wie­dział, co powie­dzieć. Szuka słów, pró­buje wymy­ślić coś pocie­sza­ją­cego, ale na koniec zado­wala się wymam­ro­ta­niem:

– Przy­kro mi.

– Nie były­śmy ze sobą szcze­gól­nie bli­sko.

Oko­lica za oknami samo­chodu staje się coraz bar­dziej zna­joma. To tutaj się wycho­wała, w Sku­ru­sun­det pod Sztok­hol­mem. Rodzina Liv prze­pro­wa­dziła się tu z Örebro, kiedy dziew­czyna miała cztery lata. Wiel­kie wille są zwró­cone w stronę wąskiej cie­śniny. Te naj­pięk­niej­sze mają oczy­wi­ście działki nad samą wodą. Kiedy jest się na łodzi, pano­ra­miczne okna zmie­niają się w akwa­ria, przez które widać życie boga­tych ludzi. Liv o tym wie. Jej rodzina mieszka w jed­nym z takich akwa­riów. O tej porze po ulicz­kach poru­szają się tylko tak­sówki, SUV-y, a spor­towe wozy stoją zapar­ko­wane na pod­jaz­dach albo w gara­żach. W więk­szo­ści domów świa­tła są poga­szone. Miesz­kańcy Sku­ru­sun­det zazwy­czaj obcho­dzą Nowy Rok za gra­nicą. W Cha­mo­nix, na Sesze­lach, w Sankt Anton albo na Male­di­wach. O tej porze roku oglą­da­nie wrzu­tek na Insta­gra­mie jest dla Liv jak podróż dookoła świata.

Tak­sów­karz zatrzy­muje wóz. Liv podaje mu kartę, wstu­kuje PIN i w mil­cze­niu płaci. Wysiada i popra­wia krótką sukienkę.

Wieje zimny wiatr i prze­szywa ją dreszcz. Jej obcasy mają jede­na­ście i pół cen­ty­me­tra i spra­wiają, że jej nogi wydają się jesz­cze szczu­plej­sze i dłuż­sze. Ma nadzieję, że szczu­plej­sze i dłuż­sze niż Mar­tiny. Choć są naj­lep­szymi przy­ja­ciół­kami, wciąż we wszyst­kim rywa­li­zują. Zawsze tak było, ale zawsze też mogły na sie­bie liczyć. Ich rela­cje są bar­dzo skom­pli­ko­wane.

Prze­cho­dzi przez zamar­z­niętą kałużę na pod­jeź­dzie, śli­zga się i klnie. To takie typowe dla niej. Natych­miast pod­nosi wzrok na dom, by spraw­dzić, czy nikt jej nie widział, a rów­no­cze­śnie chwyta się porę­czy, by nie pośli­znąć się na któ­rymś z trzech stopni. Dzwoni do drzwi.

Natych­miast się otwie­rają.

– Wcze­śnie przy­szłaś – mówi Max ubrany w spodnie od smo­kingu i koszulę. Na jego szyi wisi nie­za­wią­zana muszka. Nie jest przy­zwy­cza­jona, by go widzieć w takim wyda­niu. Max zwy­kle cho­dzi w skó­rza­nej kurtce, T-shir­cie i prze­tar­tych dżin­sach. Jakoś ucho­dzi mu to wśród wszyst­kich tych swe­trów i paste­lo­wych koszul, w które ubie­rają się inni kole­dzy z klasy. – Wła­śnie się prze­bie­ra­łem – dodaje i ją prze­pusz­cza.

Liv pró­buje coś wyczy­tać z jego głosu. Cie­szy się czy chciał jesz­cze tro­chę pobyć sam? Z Maxem jest dziw­nie. Cza­sem potrafi przej­rzeć go na wskroś, rozu­mie każdą komórkę w jego ciele. A innym razem wydaje się obcy, jest tak, jakby wła­ści­wie nie mówili tym samym języ­kiem. Cho­ciaż znają się od dzie­ciń­stwa. Jego spoj­rze­nie prze­suwa się po jej czar­nej krót­kiej sukience. Ale chło­pak nic nie mówi. Jego spoj­rze­nie też nie. Tylko reje­struje.

Liv wcho­dzi za nim do środka. Dom jest trzy­pię­trowy. Jeden z naj­więk­szych i naj­bar­dziej luk­su­so­wych w Skuru. Par­ter to jedno wiel­kie pomiesz­cze­nie z wido­kiem na ciemną cie­śninę, i to tutaj będą witać nowy rok. Jedna część pomiesz­cze­nia to otwarta kuch­nia z olbrzy­mią wysepką i sto­łem na co naj­mniej dwa­na­ście osób, w dru­giej zaś stoją dwie gigan­tyczne sofy Sven­skt Tenn obite kla­syczną tka­niną pro­jek­to­waną przez Josefa Franka. Jest jak ogromna sala pełna naj­droż­szych kla­sycz­nych mebli i rodzin­nych pamią­tek, przy któ­rych te z Bukow­skis zbla­dłyby z zazdro­ści. Pomiesz­cze­nie jest w oczy­wi­sty spo­sób tak urzą­dzone, by impo­no­wało gościom.

Ojciec Maxa pra­cuje w banku na waż­nym, dyrek­tor­skim sta­no­wi­sku, jego matka jest gospo­dy­nią domową. Ale okre­śle­nie „gospo­dyni domowa” wpro­wa­dza w błąd. Kobieta nie zaj­muje się prze­cież pro­wa­dze­niem domu. Nie opie­ko­wała się też dziećmi, kiedy były mniej­sze i wszyst­kie wciąż miesz­kały w domu. Do takich rze­czy mają służbę. Max jest naj­młod­szy z czworga rodzeń­stwa i tylko on wciąż tu mieszka.

Pod wiel­kim pano­ra­micz­nym oknem stoi stół przy­ozdo­biony małymi eks­plo­zjami bro­katu i złota. Nad nim na krysz­ta­ło­wym żyran­dolu wisi szarfa z napi­sem „Szczę­śli­wego Nowego Roku!”. Na mar­mu­ro­wej pły­cie kuchen­nej wysepki stoją cztery wia­derka z lodem, z któ­rych wystają szyjki bute­lek. Choć będą świę­to­wać tylko we czworo, usta­wiono tu co naj­mniej czter­dzie­ści kie­lisz­ków do wina i szam­pana.

– Jak pięk­nie wszystko przy­go­to­wa­łeś – śmieje się Liv. – Ale po co tyle kie­lisz­ków?

– Żeby nie trzeba było pić dwa razy z tego samego.

– No to jutro będzie dużo zmy­wa­nia.

– Nie mój pro­blem. – Max wzru­sza ramio­nami.

Liv opiera się ple­cami o wysepkę. Prze­suwa opusz­kami pal­ców po ramie­niu, skóra reaguje i całe jej ciało prze­nika dreszcz. W pierw­szej chwili myśli, że to z zimna, potem dociera do niej, że to tabletka musiała już zacząć dzia­łać.

– Wypijmy po szo­cie, cze­ka­jąc na pozo­sta­łych – mówi Max i pod­cho­dzi do prze­szklo­nej szafki z wbu­do­wa­nym oświe­tle­niem. Wyj­muje dwa kie­liszki, sta­wia je na mar­mu­ro­wej pły­cie obok Liv, wyciąga z wia­derka z lodem oszro­nioną butelkę wódki Abso­lut. Tro­chę alko­holu mu się roz­lewa. Prze­suwa pal­cem po kro­plach i wsuwa go do ust. Krzywi się. Jesz­cze raz prze­suwa pal­cem po roz­la­nej wódce i wyciąga palec do Liv. Dziew­czyna go obli­zuje. Szybko. Wła­ści­wie ma ochotę troszkę dłu­żej trzy­mać go w ustach, ale nie ma śmia­ło­ści. W mil­cze­niu uno­szą kie­liszki, odchy­lają do tyłu głowy i piją.

Oboje par­skają i odsta­wiają kie­liszki.

– Twoi rodzice już przy­szli. Sta­rzy impre­zują, jakby nie było jutra – mówi Max.

Tym razem Liv wyraź­nie sły­szy pogardę w jego gło­sie. Max poka­zuje jej, żeby pode­szła z nim do okna. Wska­zuje na sąsiedni dom. Liv natych­miast roz­po­znaje swoją matkę, jej dłu­gie roz­pusz­czone rude włosy opa­da­jące na plecy. Stoi i roz­ma­wia z ojcem Maxa. Liv nali­czyła osiem osób. Tam wśród nich jest męż­czy­zna, który cztery lata temu wbrew jej woli pozba­wił ją dzie­wic­twa. Nie widziała go od jakie­goś czasu i mimo­wol­nie się wzdryga. Przed jej oczami na chwilę poja­wia się obraz i nagle czuje na ciele lodo­wate zimno. Szybko zerka w stronę Maxa, żeby spraw­dzić, czy coś zauwa­żył, ale on wciąż wpa­truje się upar­cie w sąsiedni dom. Wła­ści­wie Liv chcia­łaby wska­zać na tego męż­czy­znę i powie­dzieć: „On mnie zgwał­cił”, ale zaci­ska usta. Ni­gdy o tym nikomu nie powie­działa. I jak zare­ago­wałby Max? Może poczułby do niej obrzy­dze­nie. Pew­nie tak.

– Możesz mi zro­bić drinka? – pyta Liv i cią­gnie go za rękę w stronę alko­holi.

– Czego chcesz się napić?

– Zaskocz mnie.

– Wydaje ci się, że jestem jakimś napa­lo­nym bar­ma­nem? – pyta z kamienną twa­rzą Max.

A potem się uśmie­cha. Wrzuca do dwóch szkla­nek lód, wlewa do nich mnó­stwo alko­holu i uzu­peł­nia odro­biną napoju. Podaje jed­nego drinka Liv. Wzno­szą toast. Prze­pla­tają prawe ręce i śmieją się przy tym tak bar­dzo, że więk­szość alko­holu wylewa się na pod­łogę i ich ubra­nia.

Śmieją się jesz­cze bar­dziej.

Ale nagle Max poważ­nieje i się odsuwa. Liv się obraca. Mar­tina i Anton stoją i na nich patrzą. Mar­tina spo­gląda to na Maxa, to na Liv. Roz­bie­ga­nym wzro­kiem. Nie­spo­koj­nie. Ale nie ze zło­ścią. Raczej ze zdu­mie­niem.

Zdą­żyła już zdjąć kurtkę, a pod nią ma sukienkę z ceki­nami. Czarne buty na wyso­kich obca­sach. Praw­do­po­dob­nie zamie­ściła już na Insta­gra­mie kilka zdjęć swo­jej kre­acji. Jej blond włosy opa­dają jak wodo­spad na ramiona i na plecy. Jeśli jest zazdro­sna, to tego nie poka­zuje.

Anton stoi obok niej. Ma włosy zacze­sane do tyłu. Jest ubrany w smo­king. Lakierki wyglą­dają, jakby były za duże. Pod­cho­dzi do Liv, a tym­cza­sem Max całuje Mar­tinę. Gdy Liv ginie w obję­ciach ogrom­nego Antona pach­ną­cego calvi­nem kle­inem, widzi, jak Max odchyla Mar­tinę jak na jakimś sta­rym hol­ly­wo­odz­kim fil­mie i teatral­nie ją całuje.

– Kurwa, ale będziemy się dziś faj­nie bawić – mówi Mar­tina, a potem cią­gnie za sobą Liv do łazienki. Bez żad­nego zaże­no­wa­nia pod­ciąga sukienkę, zsuwa do kolan czarne koron­kowe majtki i siada na muszli. Liv opiera się ple­cami o jedną z dwóch umy­wa­lek.

Mar­tina to jej naj­lep­sza przy­ja­ciółka i Liv ją kocha. Cho­ciaż nie widują się już po szkole, odkąd Liv wynaj­muje to miesz­ka­nie w Gärdet. Wła­ści­wie powinna powie­dzieć o tym Mar­ti­nie. Ale chciała mieć coś, co będzie nale­żeć tylko do niej. Miej­sce, gdzie będzie mogła pobyć sama. I nie jest pewna, czy Mar­tina by to zro­zu­miała. Ani czy potra­fi­łaby docho­wać tajem­nicy.

Mar­tina coś papla. Liv sły­szy, ale nie słu­cha. Ktoś puka do drzwi.

Głos Maxa.

– To ja.

– Pocze­kaj chwilę – mówi Mar­tina. Wstaje, pod­ciąga majtki i popra­wia sukienkę. Spraw­dza maki­jaż przed lustrem, a potem kiwa głową do Liv, która otwiera drzwi. Liv zosta­wia Mar­tinę i Maxa samych i gdy wraca do salonu, dobiega ją dźwięk zamy­ka­nych drzwi i prze­krę­ca­nego zamka.

W miej­scu, gdzie jesz­cze kilka minut temu Max wsu­nął jej palec do ust, stoi teraz Anton. Trzyma w ręce tele­fon i nagle sły­chać trzask z gło­śni­ków. Ryk muzyki wypeł­nia cały pokój z każ­dej strony. Anton coś mówi, jego usta się poru­szają, ale muzyka – Liv wydaje się, że to Rihanna – zagłu­sza wszystko. Chło­pak ści­sza, wsuwa tele­fon do kie­szeni spodni od smo­kingu i wycho­dzi jej naprze­ciw.

– Cho­lera, ale ład­nie wyglą­dasz – mówi. – Jak modelka.

Anton pró­buje brzmieć swo­bod­nie, jakby był pewny sie­bie, ale Liv wie, że się dener­wuje. Jego szyja robi się czer­wona. Sięga po drinka.

– Ty też.

Liv lubi Antona. Jest jed­nym z naj­po­pu­lar­niej­szych chło­pa­ków w szkole w Skuru, pew­nie dla­tego, że kum­pluje się z Maxem. Żyje w cie­niu Maxa, tak jak Liv od pierw­szych klas pod­sta­wówki żyje w cie­niu Mar­tiny. Gdy tylko Max i Mar­tina wrócą, uwaga Antona skupi się na przy­ja­cielu, a wtedy zacznie się puszyć i jak zwy­kle dow­cip­ko­wać o dekol­cie Liv albo poprosi ją w żar­tach, żeby mu obcią­gnęła.

Liv nie ma mu tego za złe. Anton musi zapew­nić roz­rywkę Maxowi. Przez cały czas być tro­chę gor­szy od niego, rów­no­cze­śnie sta­wia­jąc Maxa na pie­de­stale. To jego zada­nie.

Anton stoi przy oknie i Liv mu się przy­gląda. Jest przy­stojny, ale cał­ko­wi­cie bra­kuje mu aury Maxa, tej oczy­wi­sto­ści, którą albo się ma, albo się jej nie ma. Teraz spo­gląda w stronę swo­jego domu, gdzie impreza ich rodzi­ców trwa w naj­lep­sze. Ubrany na biało męż­czy­zna cho­dzi mię­dzy gośćmi i ser­wuje mini­ka­napki; nie­mal sły­chać brzęk kie­lisz­ków do szam­pana.

– Myślisz, że dobrze się bawią? – pyta go Liv.

– Przed chwilą tam byłem, wiem, że nie. Prze­glą­dają się w sobie nawza­jem jak w lustrze. Opo­wia­dają o wła­snych suk­ce­sach. Roz­ma­wiają o swo­ich fir­mach, samo­cho­dach, podró­żach i innych rze­czach, które nic nie zna­czą. Plot­kują o tym, jacy nie­szczę­śliwi są inni albo jakiego mają pecha. Prze­cież wiesz, jacy oni są. A my pew­nego dnia będziemy dokład­nie tacy jak oni. Tak wła­ści­wie to strasz­nie żało­sne.

– Naprawdę myślisz, że za kilka lat będziemy jak oni? Tak samo puści? – pyta Liv.

Anton się śmieje.

– Założę się, że dwa­dzie­ścia lat temu tak samo mówili o naszych dziad­kach. Wła­ści­wie to chore, od jak dawna trwa ta przy­jaźń mię­dzy naszymi rodzi­nami.

Liv patrzy, jak męż­czy­zna, który ją zgwał­cił, sięga w stronę tacy i wkłada do ust tar­tinkę. Myśli o jego ustach, jego zębach, dosko­nale zna ich dotyk.

– Co się stało? – pyta Anton.

Przy­gląda się jej czuj­nie.

Liv się otrząsa.

– Nic.

– Przez chwilę strasz­nie dziw­nie wyglą­da­łaś. Upi­łaś się?

Liv kiwa głową.

– Tak, to musi być to. Piłam już wcze­śniej, kiedy się pod­krę­ca­łam.

– Twoi rodzice nic nie zauwa­żyli?

Zaraz wygada się o miesz­ka­niu, ale w ostat­niej chwili gry­zie się w język.

– Mam w pokoju kilka pocho­wa­nych bute­lek.

Anton się uśmie­cha i pod­cho­dzi do zlewu. Odkręca kran i wyj­muje szklankę z szafki. Chwilę odcze­kuje, spraw­dza pal­cem tem­pe­ra­turę, zanim ją napeł­nia. Nie­raz poda­wał jej wodę, kiedy za dużo wypiła, wie, że Liv lubi, żeby była lodo­wata. Podaje jej szklankę, a ona z wdzięcz­no­ścią ją przyj­muje. Lubi, kiedy Anton jest miły i tro­skliwy.

Pijąc, myśli o Maxie i Mar­ti­nie, któ­rzy zamknęli się w toa­le­cie. Pew­nie upra­wiają seks. Według Mar­tiny czę­sto to robią. Dwa, trzy razy dzien­nie. Może Max, który wcze­śniej wsu­wał palec w jej usta, ma go teraz w ustach Mar­tiny. Ślina ich obu się mie­sza. Za sprawą Maxa.

Cztery lata wcze­śniej, nie­mal co do dnia, tam­ten męż­czy­zna zgwał­cił ją po raz pierw­szy. W bagaż­niku swo­jego BMW X6. Kiedy szła chod­ni­kiem do domu po meczu uni­ho­keja, pod­je­chał i zapro­po­no­wał, że ją pod­wie­zie. Jed­nak zamiast od razu odsta­wić ją do domu, spy­tał, czy może naj­pierw coś zała­twić. Skrę­cił w leśną drogę pro­wa­dzącą na zmro­żoną, poło­żoną na ubo­czu plażę. Zatrzy­mał wóz. Wycią­gnął do niej rękę, naj­pierw musnął jej ramię, prze­su­nął dłoń na piersi, a potem w dół, mię­dzy nogi. Miał roz­chy­lone usta. Nagle ją puścił, otwo­rzył drzwi samo­chodu i powoli go obszedł. Naci­snął klamkę po jej stro­nie, wypu­ścił ją i deli­kat­nie popro­wa­dził po zamar­z­nię­tej tra­wie, otwo­rzył bagaż­nik i powie­dział, żeby poło­żyła się w środku. Nogi zwi­sały jej poza bagaż­nik. Nie­zdar­nie ścią­gnął jej spodnie od dresu i majtki. Nie pro­te­sto­wała, leżała jak spa­ra­li­żo­wana, kiedy w nią wszedł.

Tego samego dnia wie­czo­rem wło­żyła grubą kurtkę i wymknęła się, gdy jej rodzice spali. Pró­bo­wała zro­zu­mieć, co się wła­ści­wie stało, czy naprawdę została zgwał­cona. Nie powie­działa prze­cież „nie”. Nie pró­bo­wała go bić, kopać czy ugryźć. Była po pro­stu cał­ko­wi­cie spa­ra­li­żo­wana. I dla­czego był taki pewien, że ona o niczym nikomu nie powie?

Bez kon­kret­nego planu zmie­rzała w stronę cen­trum mia­sta. Opu­ściła bez­pieczną dziel­nicę wil­lową. Szła dłu­gimi ścież­kami rowe­ro­wymi i spa­ce­ro­wymi, mijała osie­dla sze­re­gow­ców, cen­tra han­dlowe i piękne kamie­nice z prze­łomu XIX i XX wieku. Oszo­ło­miona, wędro­wała przez ciem­ność i chłód. Nic nie czuła, o niczym nie myślała. Albo raczej wciąż myślała o tym samym. Co tak wła­ści­wie się wyda­rzyło. Nawet nie zauwa­żyła, kiedy minęły dwie godziny, i nagle zatrzy­mała się na moście Danvik. Przez chwilę spo­glą­dała w ciem­ność w dole, a potem wspięła się na balu­stradę. Ruch był bar­dzo słaby, pra­wie żaden. Nagle jed­nak za jej ple­cami zaha­mo­wał samo­chód. Usły­szała pisk opon. Odwró­ciła głowę. Na boku wozu wid­niał napis „Taxi Stoc­kholm”. Pro­wa­dziła kobieta. Była niska, pulchna i wyglą­dała jak praw­dziwa gospo­sia.

– Nie rób tego! – krzyk­nęła. – Na litość boską, nie rób tego!

Liv nie odpo­wie­działa, odwró­ciła się z powro­tem w stronę mroku. Kobieta się uspo­ko­iła. Kiedy znów się ode­zwała, jej głos nie był już tak udrę­czony i roz­pacz­liwy. Zbli­żała się powoli, lekko przy­gar­biona.

– Kocha­nie moje, pro­szę cię, nie skacz. Cokol­wiek się stało, na pewno będzie lepiej. Pomyśl o tym, że masz rodzinę, która cię kocha. Całe życie przed tobą.

Liv powoli odwró­ciła się w jej stronę. Kobieta pła­kała, jej policzki zaczer­wie­niły się od mrozu i wia­tru. W bła­gal­nym geście wycią­gnęła rękę. Liv do dziś nie wie, dla­czego ujęła dłoń kobiety i zeszła z balu­strady.

Kobieta ją przy­tu­liła, a potem odwio­zła do domu.

– Wiesz, o któ­rej będzie jedze­nie?

Liv otrząsa się z zamy­śle­nia i wspo­mnie­nie kobiety, która ura­to­wała jej wtedy życie, roz­pusz­cza się jak tabletka musu­jąca. Anton się jej przy­gląda. Liv uświa­da­mia sobie nagle, że strasz­nie mocno ści­ska pustą szklankę. Odsta­wia ją.

– Wydaje mi się, że firma cate­rin­gowa ma być około dzie­wią­tej.

– Już jestem głodny.

Anton głasz­cze się ręką po brzu­chu jak małe dziecko. Liv się uśmie­cha, a on wkłada rękę do kie­szeni i wyj­muje komórkę.

– Kto by dał radę tyle cze­kać. Zamó­wię jedze­nie z Foodora – mówi jakby do sie­bie. – Wła­śnie tak. Jakiś zasa­pany mały Hin­dus będzie musiał przy­wieźć mi pizzę na rowe­rze.

Liv prze­staje go słu­chać, pod­cho­dzi do szafki sto­ją­cej pod wiszą­cym na ścia­nie tele­wi­zo­rem na dru­gim końcu ogrom­nego salonu. Otwiera szu­flady. Prze­szu­kuje je. Co będą robić przez sześć godzin? Oczy­wi­ście pić. Jeść. Ale ma ochotę poro­bić coś jesz­cze. Na jed­nej z pó­łek znaj­duje starą grę Mono­poly. Wyciąga ją. Pod­nosi wieko, spraw­dza, czy są ele­menty. Nie myśląc o tym, co powie­dzą pozo­stali, idzie w stronę zestawu wypo­czyn­ko­wego, wyj­muje na stół plan­szę i meta­liczne pionki.

2.

Max patrzy na plan­szę do Mono­poly roz­ło­żoną na sto­liku. Mimo­wol­nie się wzdryga. Jesz­cze przed chwilą ten wie­czór wyda­wał mu się taki obie­cu­jący, ale teraz szybko się roz­gląda, by się upew­nić, czy pozo­stali nie zauwa­żyli jego zmiany nastroju.

Kiedy miał dzie­sięć lat, po takim wie­czo­rze spę­dzo­nym na gra­niu doszło do osta­tecz­nego roz­łamu w jego rodzi­nie. Może się wyda­wać, że Johan, naj­star­szy brat Maxa, który pra­cuje w banku w Lon­dy­nie, wciąż do niej należy; naj­waż­niej­sze jest to, żeby zacho­wać pozory ide­al­nego rodzin­nego życia, wszystko inne ma dru­go­rzędne zna­cze­nie. Ale po jed­nym z takich wie­czo­rów spę­dzo­nych na gra­niu w Mono­poly, osiem lat temu, Johan osta­tecz­nie zerwał kon­takty z ojcem. Po tym, jak go ude­rzył. Nad okiem. To było tak, jakby całe emo­cje z cza­sów dzie­ciń­stwa wez­brały wtedy w Joha­nie.

Roz­pę­tał się chaos. Johan wybiegł z domu; to był jasny letni wie­czór. Matka Maxa dała ojcu opa­ko­wa­nie mro­żo­nego groszku, żeby przy­ło­żył je sobie do oka. Ojciec zdro­wym okiem przyj­rzał się rodzi­nie i poin­for­mo­wał wszyst­kich, że żad­nemu z nich już ni­gdy nie wolno roz­ma­wiać z Joha­nem. Matka, Max i pozo­stała dwójka rodzeń­stwa go posłu­chali, pod­po­rząd­ko­wali się. Mil­czeli.

Tak jak zawsze.

Choć Max jest zły, że Johan znik­nął, wie, że brat zro­bił to dla niego. Że to była próba ochro­nie­nia sie­bie i Maxa.

Od tego czasu w domu nie wspo­mina się o Joha­nie.

Ale ojciec nie wie, że Johan dzwoni do Maxa dwa razy w roku. W jego uro­dziny, dzie­więt­na­stego czerwca, i w syl­we­stra.

Max zasta­na­wia się, czy dziś wie­czo­rem też zadzwoni.

Ma taką nadzieję, ale ni­gdy nie wia­domo.

Wsuwa dwa palce mię­dzy szyję a koł­nierz koszuli i popra­wia go. Prze­łyka. Mar­tina się uparła, żeby nosił muszkę. Wła­ści­wie wydaje mu się to śmieszne. Jest ich prze­cież tylko czworo, sami przy­ja­ciele, któ­rzy znają się od uro­dze­nia, ale Mar­tina chce, żeby wszystko wyglą­dało ide­al­nie w jej mediach spo­łecz­no­ścio­wych. Nie­długo będzie chciała wycią­gnąć go na taras od strony cie­śniny i zmusi go, żeby z nią pozo­wał.

– Cztery – woła Mar­tina i unosi swój pio­nek, samo­chód wyści­gowy. Prze­suwa go i tra­fia na plac Nor­r­malm­storg. – Kupuję.

Anton bie­rze do ręki komórkę leżącą na bla­cie stołu i wpa­truje się w nią poiry­to­wany.

– Pie­przony durny Hin­dus. Pobłą­dził. To takie trudne dostar­czyć pizzę hawaj­ską? Nic dziw­nego, że roz­wo­zisz żar­cie rowe­rem, ty pie­przona małpo – mówi do wyświe­tla­cza.

Nikt nie reaguje. Przy­wy­kli do fochów Antona.

– Patrz­cie tylko – wścieka się chło­pak. Unosi tele­fon i poka­zuje im wyświe­tlacz. – Teraz się zatrzy­mał, pew­nie się roz­gląda, ma w dupie, że dowie­zie mi zimną pizzę. W każ­dym razie ci roz­wo­zi­ciele z Foodora nie mają poję­cia, czym jest uczciwa praca. Powi­nie­nem napi­sać mail do jego szefa, żeby go wylali. Powiemy, że pró­bo­wał dobie­rać się do Liv. Pro­blem w tym, że nikt nie uwie­rzy, że nie chciała być obma­cy­wana. Wszy­scy ze Skuru wie­dzą, jaka z niej dziwka.

Śmieje się i szuka spoj­rze­nia Maxa.

Ten uśmie­cha się przez sekundę, potem roz­siada się wygod­niej na sofie i ziewa.

Liv macha ręką w stronę Antona, jakby chciała mu przy­ło­żyć, ale on się uchyla. Kiedy znów siada, jej sukienka naciąga się na udach i unosi, i Max widzi jej czarne majtki. Po chwili zmu­sza się, żeby odwró­cić wzrok.

– To okrop­nie nudne, musimy pod­nieść stawkę – oświad­cza.

Pozo­stali natych­miast milkną, jakby ktoś wyłą­czył świa­tło.

– Co masz na myśli? – pyta Liv.

– Te dru­ko­wane pie­nią­dze są nic nie­warte – mówi Max. Odsta­wia drinka, bie­rze garść bank­no­tów do gry i roz­rzuca je po dywa­nie. – Nie jeste­śmy prze­cież dziećmi. Prawda? Zro­bimy tak: wymy­ślimy wła­sne zasady. Kiedy ktoś trafi na ulicę, która należy do kogoś innego, będzie mógł albo zapła­cić…

– Albo co…? – pyta z wycze­ki­wa­niem w gło­sie Anton.

– Albo wybrać: prawda czy wyzwa­nie.

Mar­tina kiwa głową, Liv też.

– Patrz­cie na Liv. – Anton szcze­rzy zęby. – Na samą myśl o odro­bi­nie bli­sko­ści zaczyna dyszeć. Lepiej połóżmy pla­sti­kowy worek na dywa­nie, ina­czej się znisz­czy.

Mar­tina się śmieje, Liv udaje, że tego nie sły­szała. Ale coś Maxowi mówi, że Liv nie podo­bają się te docinki. Tylko co Max ma z tym zro­bić? Jeśli spra­wia jej to przy­krość, to powinna sama o tym powie­dzieć Anto­nowi. Tak jak przed chwilą stwier­dzili, prze­cież nie są już dziećmi.

Teraz kolej Mar­tiny. Dziew­czyna rzuca kost­kami. Vasa­ga­tan; należy do Antona.

– Prawda – mówi Mar­tina.

Anton roz­siada się wygod­nie, popija drinka i się jej przy­gląda.

– Z iloma face­tami spa­łaś?

Mar­tina prze­wraca oczami, zerka zanie­po­ko­jona na Maxa.

– Nie obcho­dzi mnie to – mówi chło­pak.

Mówi to poważ­nie, naprawdę się tym nie przej­muje. Sam spał tylko z trzema dziew­czy­nami, choć zwy­kle mówi, że było ich około pięć­dzie­się­ciu.

– Nie mam ochoty na to odpo­wia­dać.

– Daj spo­kój, jesteś grzeczną dziew­czynką – mówi Anton i dopija drinka. W szklance grze­cho­czą kostki lodu. – Założę się, że nie było ich wię­cej niż pię­ciu.

– Z sied­mioma.

Max sięga po kostki. Potrząsa nimi i rzuca. Toczą się po stole, zatrzy­mują się. Czwórka i trójka. Bie­rze swoje żelazko i prze­suwa je o sie­dem ulic do przodu. Tra­fia na Oden­ga­tan.

– Pła­cisz? – pyta go Mar­tina.

Max się zasta­na­wia. Spo­gląda na stertę pie­nię­dzy do gry, kręci głową.

– Zapo­mnij. Prawda.

– Kogo ze swo­jego rodzeń­stwa naj­bar­dziej lubisz?

Max marsz­czy nos.

– Co masz na myśli?

– Sie­dzi­cie we czworo w jed­nym pokoju. Wcho­dzi facet z pisto­le­tem. Pyta, któ­rych dwoje ma zastrze­lić.

Liv i Anton przy­glą­dają mu się wycze­ku­jąco.

– Porą­bane pyta­nie.

Max nie potrafi nic na to pora­dzić, wspo­mnie­nie wraca jak film. Pięść Johana tra­fia ojca w oko. Ojciec prze­wraca się z krzy­kiem, wyma­chuje rękoma. Johan stoi nad nim, znów unosi pięść, ale się powstrzy­muje. Odchrzą­kuje. Ślina ląduje na policzku ojca.

Już go nie tkniesz, rozu­miesz?

Max patrzy przed sie­bie pustym wzro­kiem.

– Johana – mówi cicho. Jedy­nego, który kie­dy­kol­wiek go chro­nił.

Wstaje, pod­cho­dzi do kuchen­nej wysepki i bie­rze jedno z wia­de­rek z lodem. Sta­wia je na sto­liku przy sofie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki