Idziesz do więzienia i Kobiety bez litości. Opowiadania - Camilla Läckberg - ebook + audiobook
BESTSELLER

Idziesz do więzienia i Kobiety bez litości. Opowiadania ebook i audiobook

Camilla Läckberg

4,2

14 osób interesuje się tą książką

Opis

Idziesz do więzienia i Kobiety bez litości to kwintesencja kryminalnych opowiadań, w których sekrety i zdrada prowadzą do makabrycznej zemsty. To Camilla Läckberg jaką wszyscy uwielbiamy!

Idziesz do więzienia

Czworo młodych ludzi świętuje Nowy Rok w luksusowej willi nad jeziorem pod Sztokholmem. To najlepsi przyjaciele, podobnie jak ich rodzice, którzy urządzają przyjęcie w willi obok. Mają oni wszystko, ale noszą też swoje mroczne tajemnice, których nikomu nie zdradzili. Nawet sobie nawzajem. Kiedy gra w Monopoly się kończy, a stawka wzrasta, sekrety powoli zaczynają wychodzić na jaw i odsłania się skomplikowany plan…

Kobiety bez litości

Ingrid zrezygnowała z kariery, aby wesprzeć męża. Niedługo potem dowiaduje się, że ten ma romans. Birgitta pomija wizyty lekarskie. W ten sposób nikt nie odkryje siniaków, które zostawia jej mąż. Victoria porzuciła swoje życie w Rosji, aby poślubić mężczyznę poznanego przez internet. Tylko on nie jest taki, jak sobie wyobrażała.

Wszystkie te kobiety postanawiają wziąć sprawy w swoje ręce. Czy jedynym wyjściem będzie zbrodnia doskonała?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 180

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 5 godz. 21 min

Lektor: Camilla Lackberg

Oceny
4,2 (768 ocen)
359
240
119
38
12
Sortuj według:
Puella52

Z braku laku…

Przeczytałam wszystkie książki Camilli Lackberg,tę można, ale nie trzeba przeczytać.
30
Sikorka70

Z braku laku…

ciekawie napisana ale nie jest to książka do polecenia
10
DawidMania1

Nie polecam

Jako zagorzała fanka powieści z Fjallbacki, niestety muszę stwierdzić, iż Camilla Lackberg w kilku ostatnich książkach absolutnie nie jest tym, co kiedyś! Fabuła nudna oraz jak jej ostatnie dzieła przepełnione sexem oraz tematyka z tym związana. Zdecydowanie nie polecam!!!!
10
lidiakrysiak

Nie polecam

Strata czasu. Nie tego oczekiwałam od Pani Lackberg. Nie dałam rady dokończyć.
10
Lauf_

Nie oderwiesz się od lektury

Opowiadania przyjemne, w sam raz "na raz". Rozwiązanie "Kobiet bez litości" było dość łatwe do przewidzenia, mimo to całość czytało się dobrze. W moim odczuciu warte polecenia, szczególnie dla tych, którzy szukają książki niezobowiązującej na więcej niż jeden wieczór.
00

Popularność




Idziesz do wię­zie­nia

Dla Meji i Polly

Część I

1.

Z radia płyną dźwięki Walk Like an Egyp­tian. Liv Andréasson lubi ten utwór.

Tak­sów­karz, od któ­rego czuć potem i który ma małe czer­wone prysz­cze na karku, koły­sze się w rytm muzyki. Od czasu do czasu zerka na nią we wstecz­nym lusterku, a ona za każ­dym razem odwraca wzrok.

W porządku, myśli Liv. Wyba­czam ci, że śmier­dzisz potem i że choć jestem ze trzy­dzie­ści lat od cie­bie młod­sza, obli­za­łeś wargi, kiedy zoba­czy­łeś, jak wycho­dzę z klatki scho­do­wej.

Cztery lata wcze­śniej tak­sów­karz z firmy Taxi Stoc­kholm ura­to­wał jej życie i dla­tego jest jej wierna. W prze­ci­wień­stwie do swo­ich przy­ja­ciół ni­gdy nie jeź­dzi Ube­rem.

Męż­czy­zna znów szuka kon­taktu wzro­ko­wego.

Liv odwraca głowę, patrzy na mia­sto.

Za szybą prze­suwa się ciemny, ośnie­żony Sztok­holm.

Zimowe ulice, zimowa kra­ina.

Ludzie na zewnątrz są cie­pło ubrani, opa­tu­leni gru­bymi pucho­wymi kurt­kami, które nało­żyli na ele­ganc­kie ubra­nia. Para ich odde­chów unosi się w świe­tle ulicz­nych latarni.

Walk Like an Egyp­tian się koń­czy i zdy­szany pre­zen­ter infor­muje, że nie­długo zosta­nie tylko sześć godzin sta­rego roku. Zaczęła się szy­ko­wać po połu­dniu w kawa­lerce przy Valhallavägen. Tak wła­ści­wie Liv mieszka w domu z rodzi­cami. Kawa­lerkę wyna­jęła pota­jem­nie przez ogło­sze­nie na Bloc­ket. Ma ją od trzech mie­sięcy, a będzie miała jesz­cze przez kolejne trzy. Wła­ści­cielka wyje­chała na Bali, żeby odna­leźć sie­bie. Liv bywa w tym miesz­ka­niu tak czę­sto, jak może. Jeź­dzi tam pro­sto po szkole. Okła­muje rodzi­ców, że nocuje u przy­ja­ciół. I że odra­bia prace domowe, musi się uczyć. Choć tego lata będzie zda­wać maturę.

Ni­gdy jej nie kusiło, żeby poka­zać komuś swoją kry­jówkę. Ow­szem, jest taka osoba, którą chcia­łaby tam zapro­sić. Ale wie, że ni­gdy do tego nie doj­dzie. Tak­sówka skręca, jedzie przez tunel i po chwili roz­po­ściera się przed nimi Söderström. Po dru­giej stro­nie lśnią tysiące świa­teł mia­sta. Samo­chód pod­ska­kuje, gdy wjeż­dżają na most Danvik. Liv sięga po torebkę, wyj­muje butelkę Sprite’a z wódką i upija łyk. Grze­bie w torebce. Znaj­duje tabletkę, która luzem leży w wewnętrz­nej kie­szonce, i wkłada ją do ust. Tabletka spo­czywa na języku i Liv czuje zna­jomy gorzki smak.

– Mia­łaś dobry rok? – pyta ją tak­sów­karz.

– Taki sobie. Moja matka umarła dwa tygo­dnie temu.

Ostat­nio to kłam­stwo przy­cho­dzi jej bar­dzo natu­ral­nie. Pierw­szy raz skła­mała na temat matki na impre­zie jakiś rok temu. Nagle te słowa po pro­stu padły z jej ust i gdy zoba­czyła, jak zszo­ko­wały chło­paka, z któ­rym roz­ma­wiała, poja­wiło się w niej wyzwa­la­jące uczu­cie, nie­mal odu­rza­jące. W oczach Liv to było tak, jakby jej matka nie ist­niała. Bo gdyby nie ist­niała, nie mogłaby też jej zawieść.

Oczy męż­czy­zny się roz­sze­rzają. Liv czuje przy­jemne, roz­le­wa­jące się po ciele cie­pło. Wytrą­ciła tak­sów­ka­rza z rów­no­wagi. Wygląda, jakby nie wie­dział, co powie­dzieć. Szuka słów, pró­buje wymy­ślić coś pocie­sza­ją­cego, ale na koniec zado­wala się wymam­ro­ta­niem:

– Przy­kro mi.

– Nie były­śmy ze sobą szcze­gól­nie bli­sko.

Oko­lica za oknami samo­chodu staje się coraz bar­dziej zna­joma. To tutaj się wycho­wała, w Sku­ru­sun­det pod Sztok­hol­mem. Rodzina Liv prze­pro­wa­dziła się tu z Örebro, kiedy dziew­czyna miała cztery lata. Wiel­kie wille są zwró­cone w stronę wąskiej cie­śniny. Te naj­pięk­niej­sze mają oczy­wi­ście działki nad samą wodą. Kiedy jest się na łodzi, pano­ra­miczne okna zmie­niają się w akwa­ria, przez które widać życie boga­tych ludzi. Liv o tym wie. Jej rodzina mieszka w jed­nym z takich akwa­riów. O tej porze po ulicz­kach poru­szają się tylko tak­sówki, SUV-y, a spor­towe wozy stoją zapar­ko­wane na pod­jaz­dach albo w gara­żach. W więk­szo­ści domów świa­tła są poga­szone. Miesz­kańcy Sku­ru­sun­det zazwy­czaj obcho­dzą Nowy Rok za gra­nicą. W Cha­mo­nix, na Sesze­lach, w Sankt Anton albo na Male­di­wach. O tej porze roku oglą­da­nie wrzu­tek na Insta­gra­mie jest dla Liv jak podróż dookoła świata.

Tak­sów­karz zatrzy­muje wóz. Liv podaje mu kartę, wstu­kuje PIN i w mil­cze­niu płaci. Wysiada i popra­wia krótką sukienkę.

Wieje zimny wiatr i prze­szywa ją dreszcz. Jej obcasy mają jede­na­ście i pół cen­ty­me­tra i spra­wiają, że jej nogi wydają się jesz­cze szczu­plej­sze i dłuż­sze. Ma nadzieję, że szczu­plej­sze i dłuż­sze niż Mar­tiny. Choć są naj­lep­szymi przy­ja­ciół­kami, wciąż we wszyst­kim rywa­li­zują. Zawsze tak było, ale zawsze też mogły na sie­bie liczyć. Ich rela­cje są bar­dzo skom­pli­ko­wane.

Prze­cho­dzi przez zamar­z­niętą kałużę na pod­jeź­dzie, śli­zga się i klnie. To takie typowe dla niej. Natych­miast pod­nosi wzrok na dom, by spraw­dzić, czy nikt jej nie widział, a rów­no­cze­śnie chwyta się porę­czy, by nie pośli­znąć się na któ­rymś z trzech stopni. Dzwoni do drzwi.

Natych­miast się otwie­rają.

– Wcze­śnie przy­szłaś – mówi Max ubrany w spodnie od smo­kingu i koszulę. Na jego szyi wisi nie­za­wią­zana muszka. Nie jest przy­zwy­cza­jona, by go widzieć w takim wyda­niu. Max zwy­kle cho­dzi w skó­rza­nej kurtce, T-shir­cie i prze­tar­tych dżin­sach. Jakoś ucho­dzi mu to wśród wszyst­kich tych swe­trów i paste­lo­wych koszul, w które ubie­rają się inni kole­dzy z klasy. – Wła­śnie się prze­bie­ra­łem – dodaje i ją prze­pusz­cza.

Liv pró­buje coś wyczy­tać z jego głosu. Cie­szy się czy chciał jesz­cze tro­chę pobyć sam? Z Maxem jest dziw­nie. Cza­sem potrafi przej­rzeć go na wskroś, rozu­mie każdą komórkę w jego ciele. A innym razem wydaje się obcy, jest tak, jakby wła­ści­wie nie mówili tym samym języ­kiem. Cho­ciaż znają się od dzie­ciń­stwa. Jego spoj­rze­nie prze­suwa się po jej czar­nej krót­kiej sukience. Ale chło­pak nic nie mówi. Jego spoj­rze­nie też nie. Tylko reje­struje.

Liv wcho­dzi za nim do środka. Dom jest trzy­pię­trowy. Jeden z naj­więk­szych i naj­bar­dziej luk­su­so­wych w Skuru. Par­ter to jedno wiel­kie pomiesz­cze­nie z wido­kiem na ciemną cie­śninę, i to tutaj będą witać nowy rok. Jedna część pomiesz­cze­nia to otwarta kuch­nia z olbrzy­mią wysepką i sto­łem na co naj­mniej dwa­na­ście osób, w dru­giej zaś stoją dwie gigan­tyczne sofy Sven­skt Tenn obite kla­syczną tka­niną pro­jek­to­waną przez Josefa Franka. Jest jak ogromna sala pełna naj­droż­szych kla­sycz­nych mebli i rodzin­nych pamią­tek, przy któ­rych te z Bukow­skis zbla­dłyby z zazdro­ści. Pomiesz­cze­nie jest w oczy­wi­sty spo­sób tak urzą­dzone, by impo­no­wało gościom.

Ojciec Maxa pra­cuje w banku na waż­nym, dyrek­tor­skim sta­no­wi­sku, jego matka jest gospo­dy­nią domową. Ale okre­śle­nie „gospo­dyni domowa” wpro­wa­dza w błąd. Kobieta nie zaj­muje się prze­cież pro­wa­dze­niem domu. Nie opie­ko­wała się też dziećmi, kiedy były mniej­sze i wszyst­kie wciąż miesz­kały w domu. Do takich rze­czy mają służbę. Max jest naj­młod­szy z czworga rodzeń­stwa i tylko on wciąż tu mieszka.

Pod wiel­kim pano­ra­micz­nym oknem stoi stół przy­ozdo­biony małymi eks­plo­zjami bro­katu i złota. Nad nim na krysz­ta­ło­wym żyran­dolu wisi szarfa z napi­sem „Szczę­śli­wego Nowego Roku!”. Na mar­mu­ro­wej pły­cie kuchen­nej wysepki stoją cztery wia­derka z lodem, z któ­rych wystają szyjki bute­lek. Choć będą świę­to­wać tylko we czworo, usta­wiono tu co naj­mniej czter­dzie­ści kie­lisz­ków do wina i szam­pana.

– Jak pięk­nie wszystko przy­go­to­wa­łeś – śmieje się Liv. – Ale po co tyle kie­lisz­ków?

– Żeby nie trzeba było pić dwa razy z tego samego.

– No to jutro będzie dużo zmy­wa­nia.

– Nie mój pro­blem. – Max wzru­sza ramio­nami.

Liv opiera się ple­cami o wysepkę. Prze­suwa opusz­kami pal­ców po ramie­niu, skóra reaguje i całe jej ciało prze­nika dreszcz. W pierw­szej chwili myśli, że to z zimna, potem dociera do niej, że to tabletka musiała już zacząć dzia­łać.

– Wypijmy po szo­cie, cze­ka­jąc na pozo­sta­łych – mówi Max i pod­cho­dzi do prze­szklo­nej szafki z wbu­do­wa­nym oświe­tle­niem. Wyj­muje dwa kie­liszki, sta­wia je na mar­mu­ro­wej pły­cie obok Liv, wyciąga z wia­derka z lodem oszro­nioną butelkę wódki Abso­lut. Tro­chę alko­holu mu się roz­lewa. Prze­suwa pal­cem po kro­plach i wsuwa go do ust. Krzywi się. Jesz­cze raz prze­suwa pal­cem po roz­la­nej wódce i wyciąga palec do Liv. Dziew­czyna go obli­zuje. Szybko. Wła­ści­wie ma ochotę troszkę dłu­żej trzy­mać go w ustach, ale nie ma śmia­ło­ści. W mil­cze­niu uno­szą kie­liszki, odchy­lają do tyłu głowy i piją.

Oboje par­skają i odsta­wiają kie­liszki.

– Twoi rodzice już przy­szli. Sta­rzy impre­zują, jakby nie było jutra – mówi Max.

Tym razem Liv wyraź­nie sły­szy pogardę w jego gło­sie. Max poka­zuje jej, żeby pode­szła z nim do okna. Wska­zuje na sąsiedni dom. Liv natych­miast roz­po­znaje swoją matkę, jej dłu­gie roz­pusz­czone rude włosy opa­da­jące na plecy. Stoi i roz­ma­wia z ojcem Maxa. Liv nali­czyła osiem osób. Tam wśród nich jest męż­czy­zna, który cztery lata temu wbrew jej woli pozba­wił ją dzie­wic­twa. Nie widziała go od jakie­goś czasu i mimo­wol­nie się wzdryga. Przed jej oczami na chwilę poja­wia się obraz i nagle czuje na ciele lodo­wate zimno. Szybko zerka w stronę Maxa, żeby spraw­dzić, czy coś zauwa­żył, ale on wciąż wpa­truje się upar­cie w sąsiedni dom. Wła­ści­wie Liv chcia­łaby wska­zać na tego męż­czy­znę i powie­dzieć: „On mnie zgwał­cił”, ale zaci­ska usta. Ni­gdy o tym nikomu nie powie­działa. I jak zare­ago­wałby Max? Może poczułby do niej obrzy­dze­nie. Pew­nie tak.

– Możesz mi zro­bić drinka? – pyta Liv i cią­gnie go za rękę w stronę alko­holi.

– Czego chcesz się napić?

– Zaskocz mnie.

– Wydaje ci się, że jestem jakimś napa­lo­nym bar­ma­nem? – pyta z kamienną twa­rzą Max.

A potem się uśmie­cha. Wrzuca do dwóch szkla­nek lód, wlewa do nich mnó­stwo alko­holu i uzu­peł­nia odro­biną napoju. Podaje jed­nego drinka Liv. Wzno­szą toast. Prze­pla­tają prawe ręce i śmieją się przy tym tak bar­dzo, że więk­szość alko­holu wylewa się na pod­łogę i ich ubra­nia.

Śmieją się jesz­cze bar­dziej.

Ale nagle Max poważ­nieje i się odsuwa. Liv się obraca. Mar­tina i Anton stoją i na nich patrzą. Mar­tina spo­gląda to na Maxa, to na Liv. Roz­bie­ga­nym wzro­kiem. Nie­spo­koj­nie. Ale nie ze zło­ścią. Raczej ze zdu­mie­niem.

Zdą­żyła już zdjąć kurtkę, a pod nią ma sukienkę z ceki­nami. Czarne buty na wyso­kich obca­sach. Praw­do­po­dob­nie zamie­ściła już na Insta­gra­mie kilka zdjęć swo­jej kre­acji. Jej blond włosy opa­dają jak wodo­spad na ramiona i na plecy. Jeśli jest zazdro­sna, to tego nie poka­zuje.

Anton stoi obok niej. Ma włosy zacze­sane do tyłu. Jest ubrany w smo­king. Lakierki wyglą­dają, jakby były za duże. Pod­cho­dzi do Liv, a tym­cza­sem Max całuje Mar­tinę. Gdy Liv ginie w obję­ciach ogrom­nego Antona pach­ną­cego calvi­nem kle­inem, widzi, jak Max odchyla Mar­tinę jak na jakimś sta­rym hol­ly­wo­odz­kim fil­mie i teatral­nie ją całuje.

– Kurwa, ale będziemy się dziś faj­nie bawić – mówi Mar­tina, a potem cią­gnie za sobą Liv do łazienki. Bez żad­nego zaże­no­wa­nia pod­ciąga sukienkę, zsuwa do kolan czarne koron­kowe majtki i siada na muszli. Liv opiera się ple­cami o jedną z dwóch umy­wa­lek.

Mar­tina to jej naj­lep­sza przy­ja­ciółka i Liv ją kocha. Cho­ciaż nie widują się już po szkole, odkąd Liv wynaj­muje to miesz­ka­nie w Gärdet. Wła­ści­wie powinna powie­dzieć o tym Mar­ti­nie. Ale chciała mieć coś, co będzie nale­żeć tylko do niej. Miej­sce, gdzie będzie mogła pobyć sama. I nie jest pewna, czy Mar­tina by to zro­zu­miała. Ani czy potra­fi­łaby docho­wać tajem­nicy.

Mar­tina coś papla. Liv sły­szy, ale nie słu­cha. Ktoś puka do drzwi.

Głos Maxa.

– To ja.

– Pocze­kaj chwilę – mówi Mar­tina. Wstaje, pod­ciąga majtki i popra­wia sukienkę. Spraw­dza maki­jaż przed lustrem, a potem kiwa głową do Liv, która otwiera drzwi. Liv zosta­wia Mar­tinę i Maxa samych i gdy wraca do salonu, dobiega ją dźwięk zamy­ka­nych drzwi i prze­krę­ca­nego zamka.

W miej­scu, gdzie jesz­cze kilka minut temu Max wsu­nął jej palec do ust, stoi teraz Anton. Trzyma w ręce tele­fon i nagle sły­chać trzask z gło­śni­ków. Ryk muzyki wypeł­nia cały pokój z każ­dej strony. Anton coś mówi, jego usta się poru­szają, ale muzyka – Liv wydaje się, że to Rihanna – zagłu­sza wszystko. Chło­pak ści­sza, wsuwa tele­fon do kie­szeni spodni od smo­kingu i wycho­dzi jej naprze­ciw.

– Cho­lera, ale ład­nie wyglą­dasz – mówi. – Jak modelka.

Anton pró­buje brzmieć swo­bod­nie, jakby był pewny sie­bie, ale Liv wie, że się dener­wuje. Jego szyja robi się czer­wona. Sięga po drinka.

– Ty też.

Liv lubi Antona. Jest jed­nym z naj­po­pu­lar­niej­szych chło­pa­ków w szkole w Skuru, pew­nie dla­tego, że kum­pluje się z Maxem. Żyje w cie­niu Maxa, tak jak Liv od pierw­szych klas pod­sta­wówki żyje w cie­niu Mar­tiny. Gdy tylko Max i Mar­tina wrócą, uwaga Antona skupi się na przy­ja­cielu, a wtedy zacznie się puszyć i jak zwy­kle dow­cip­ko­wać o dekol­cie Liv albo poprosi ją w żar­tach, żeby mu obcią­gnęła.

Liv nie ma mu tego za złe. Anton musi zapew­nić roz­rywkę Maxowi. Przez cały czas być tro­chę gor­szy od niego, rów­no­cze­śnie sta­wia­jąc Maxa na pie­de­stale. To jego zada­nie.

Anton stoi przy oknie i Liv mu się przy­gląda. Jest przy­stojny, ale cał­ko­wi­cie bra­kuje mu aury Maxa, tej oczy­wi­sto­ści, którą albo się ma, albo się jej nie ma. Teraz spo­gląda w stronę swo­jego domu, gdzie impreza ich rodzi­ców trwa w naj­lep­sze. Ubrany na biało męż­czy­zna cho­dzi mię­dzy gośćmi i ser­wuje mini­ka­napki; nie­mal sły­chać brzęk kie­lisz­ków do szam­pana.

– Myślisz, że dobrze się bawią? – pyta go Liv.

– Przed chwilą tam byłem, wiem, że nie. Prze­glą­dają się w sobie nawza­jem jak w lustrze. Opo­wia­dają o wła­snych suk­ce­sach. Roz­ma­wiają o swo­ich fir­mach, samo­cho­dach, podró­żach i innych rze­czach, które nic nie zna­czą. Plot­kują o tym, jacy nie­szczę­śliwi są inni albo jakiego mają pecha. Prze­cież wiesz, jacy oni są. A my pew­nego dnia będziemy dokład­nie tacy jak oni. Tak wła­ści­wie to strasz­nie żało­sne.

– Naprawdę myślisz, że za kilka lat będziemy jak oni? Tak samo puści? – pyta Liv.

Anton się śmieje.

– Założę się, że dwa­dzie­ścia lat temu tak samo mówili o naszych dziad­kach. Wła­ści­wie to chore, od jak dawna trwa ta przy­jaźń mię­dzy naszymi rodzi­nami.

Liv patrzy, jak męż­czy­zna, który ją zgwał­cił, sięga w stronę tacy i wkłada do ust tar­tinkę. Myśli o jego ustach, jego zębach, dosko­nale zna ich dotyk.

– Co się stało? – pyta Anton.

Przy­gląda się jej czuj­nie.

Liv się otrząsa.

– Nic.

– Przez chwilę strasz­nie dziw­nie wyglą­da­łaś. Upi­łaś się?

Liv kiwa głową.

– Tak, to musi być to. Piłam już wcze­śniej, kiedy się pod­krę­ca­łam.

– Twoi rodzice nic nie zauwa­żyli?

Zaraz wygada się o miesz­ka­niu, ale w ostat­niej chwili gry­zie się w język.

– Mam w pokoju kilka pocho­wa­nych bute­lek.

Anton się uśmie­cha i pod­cho­dzi do zlewu. Odkręca kran i wyj­muje szklankę z szafki. Chwilę odcze­kuje, spraw­dza pal­cem tem­pe­ra­turę, zanim ją napeł­nia. Nie­raz poda­wał jej wodę, kiedy za dużo wypiła, wie, że Liv lubi, żeby była lodo­wata. Podaje jej szklankę, a ona z wdzięcz­no­ścią ją przyj­muje. Lubi, kiedy Anton jest miły i tro­skliwy.

Pijąc, myśli o Maxie i Mar­ti­nie, któ­rzy zamknęli się w toa­le­cie. Pew­nie upra­wiają seks. Według Mar­tiny czę­sto to robią. Dwa, trzy razy dzien­nie. Może Max, który wcze­śniej wsu­wał palec w jej usta, ma go teraz w ustach Mar­tiny. Ślina ich obu się mie­sza. Za sprawą Maxa.

Cztery lata wcze­śniej, nie­mal co do dnia, tam­ten męż­czy­zna zgwał­cił ją po raz pierw­szy. W bagaż­niku swo­jego BMW X6. Kiedy szła chod­ni­kiem do domu po meczu uni­ho­keja, pod­je­chał i zapro­po­no­wał, że ją pod­wie­zie. Jed­nak zamiast od razu odsta­wić ją do domu, spy­tał, czy może naj­pierw coś zała­twić. Skrę­cił w leśną drogę pro­wa­dzącą na zmro­żoną, poło­żoną na ubo­czu plażę. Zatrzy­mał wóz. Wycią­gnął do niej rękę, naj­pierw musnął jej ramię, prze­su­nął dłoń na piersi, a potem w dół, mię­dzy nogi. Miał roz­chy­lone usta. Nagle ją puścił, otwo­rzył drzwi samo­chodu i powoli go obszedł. Naci­snął klamkę po jej stro­nie, wypu­ścił ją i deli­kat­nie popro­wa­dził po zamar­z­nię­tej tra­wie, otwo­rzył bagaż­nik i powie­dział, żeby poło­żyła się w środku. Nogi zwi­sały jej poza bagaż­nik. Nie­zdar­nie ścią­gnął jej spodnie od dresu i majtki. Nie pro­te­sto­wała, leżała jak spa­ra­li­żo­wana, kiedy w nią wszedł.

Tego samego dnia wie­czo­rem wło­żyła grubą kurtkę i wymknęła się, gdy jej rodzice spali. Pró­bo­wała zro­zu­mieć, co się wła­ści­wie stało, czy naprawdę została zgwał­cona. Nie powie­działa prze­cież „nie”. Nie pró­bo­wała go bić, kopać czy ugryźć. Była po pro­stu cał­ko­wi­cie spa­ra­li­żo­wana. I dla­czego był taki pewien, że ona o niczym nikomu nie powie?

Bez kon­kret­nego planu zmie­rzała w stronę cen­trum mia­sta. Opu­ściła bez­pieczną dziel­nicę wil­lową. Szła dłu­gimi ścież­kami rowe­ro­wymi i spa­ce­ro­wymi, mijała osie­dla sze­re­gow­ców, cen­tra han­dlowe i piękne kamie­nice z prze­łomu XIX i XX wieku. Oszo­ło­miona, wędro­wała przez ciem­ność i chłód. Nic nie czuła, o niczym nie myślała. Albo raczej wciąż myślała o tym samym. Co tak wła­ści­wie się wyda­rzyło. Nawet nie zauwa­żyła, kiedy minęły dwie godziny, i nagle zatrzy­mała się na moście Danvik. Przez chwilę spo­glą­dała w ciem­ność w dole, a potem wspięła się na balu­stradę. Ruch był bar­dzo słaby, pra­wie żaden. Nagle jed­nak za jej ple­cami zaha­mo­wał samo­chód. Usły­szała pisk opon. Odwró­ciła głowę. Na boku wozu wid­niał napis „Taxi Stoc­kholm”. Pro­wa­dziła kobieta. Była niska, pulchna i wyglą­dała jak praw­dziwa gospo­sia.

– Nie rób tego! – krzyk­nęła. – Na litość boską, nie rób tego!

Liv nie odpo­wie­działa, odwró­ciła się z powro­tem w stronę mroku. Kobieta się uspo­ko­iła. Kiedy znów się ode­zwała, jej głos nie był już tak udrę­czony i roz­pacz­liwy. Zbli­żała się powoli, lekko przy­gar­biona.

– Kocha­nie moje, pro­szę cię, nie skacz. Cokol­wiek się stało, na pewno będzie lepiej. Pomyśl o tym, że masz rodzinę, która cię kocha. Całe życie przed tobą.

Liv powoli odwró­ciła się w jej stronę. Kobieta pła­kała, jej policzki zaczer­wie­niły się od mrozu i wia­tru. W bła­gal­nym geście wycią­gnęła rękę. Liv do dziś nie wie, dla­czego ujęła dłoń kobiety i zeszła z balu­strady.

Kobieta ją przy­tu­liła, a potem odwio­zła do domu.

– Wiesz, o któ­rej będzie jedze­nie?

Liv otrząsa się z zamy­śle­nia i wspo­mnie­nie kobiety, która ura­to­wała jej wtedy życie, roz­pusz­cza się jak tabletka musu­jąca. Anton się jej przy­gląda. Liv uświa­da­mia sobie nagle, że strasz­nie mocno ści­ska pustą szklankę. Odsta­wia ją.

– Wydaje mi się, że firma cate­rin­gowa ma być około dzie­wią­tej.

– Już jestem głodny.

Anton głasz­cze się ręką po brzu­chu jak małe dziecko. Liv się uśmie­cha, a on wkłada rękę do kie­szeni i wyj­muje komórkę.

– Kto by dał radę tyle cze­kać. Zamó­wię jedze­nie z Foodora – mówi jakby do sie­bie. – Wła­śnie tak. Jakiś zasa­pany mały Hin­dus będzie musiał przy­wieźć mi pizzę na rowe­rze.

Liv prze­staje go słu­chać, pod­cho­dzi do szafki sto­ją­cej pod wiszą­cym na ścia­nie tele­wi­zo­rem na dru­gim końcu ogrom­nego salonu. Otwiera szu­flady. Prze­szu­kuje je. Co będą robić przez sześć godzin? Oczy­wi­ście pić. Jeść. Ale ma ochotę poro­bić coś jesz­cze. Na jed­nej z pó­łek znaj­duje starą grę Mono­poly. Wyciąga ją. Pod­nosi wieko, spraw­dza, czy są ele­menty. Nie myśląc o tym, co powie­dzą pozo­stali, idzie w stronę zestawu wypo­czyn­ko­wego, wyj­muje na stół plan­szę i meta­liczne pionki.

2.

Max patrzy na plan­szę do Mono­poly roz­ło­żoną na sto­liku. Mimo­wol­nie się wzdryga. Jesz­cze przed chwilą ten wie­czór wyda­wał mu się taki obie­cu­jący, ale teraz szybko się roz­gląda, by się upew­nić, czy pozo­stali nie zauwa­żyli jego zmiany nastroju.

Kiedy miał dzie­sięć lat, po takim wie­czo­rze spę­dzo­nym na gra­niu doszło do osta­tecz­nego roz­łamu w jego rodzi­nie. Może się wyda­wać, że Johan, naj­star­szy brat Maxa, który pra­cuje w banku w Lon­dy­nie, wciąż do niej należy; naj­waż­niej­sze jest to, żeby zacho­wać pozory ide­al­nego rodzin­nego życia, wszystko inne ma dru­go­rzędne zna­cze­nie. Ale po jed­nym z takich wie­czo­rów spę­dzo­nych na gra­niu w Mono­poly, osiem lat temu, Johan osta­tecz­nie zerwał kon­takty z ojcem. Po tym, jak go ude­rzył. Nad okiem. To było tak, jakby całe emo­cje z cza­sów dzie­ciń­stwa wez­brały wtedy w Joha­nie.

Roz­pę­tał się chaos. Johan wybiegł z domu; to był jasny letni wie­czór. Matka Maxa dała ojcu opa­ko­wa­nie mro­żo­nego groszku, żeby przy­ło­żył je sobie do oka. Ojciec zdro­wym okiem przyj­rzał się rodzi­nie i poin­for­mo­wał wszyst­kich, że żad­nemu z nich już ni­gdy nie wolno roz­ma­wiać z Joha­nem. Matka, Max i pozo­stała dwójka rodzeń­stwa go posłu­chali, pod­po­rząd­ko­wali się. Mil­czeli.

Tak jak zawsze.

Choć Max jest zły, że Johan znik­nął, wie, że brat zro­bił to dla niego. Że to była próba ochro­nie­nia sie­bie i Maxa.

Od tego czasu w domu nie wspo­mina się o Joha­nie.

Ale ojciec nie wie, że Johan dzwoni do Maxa dwa razy w roku. W jego uro­dziny, dzie­więt­na­stego czerwca, i w syl­we­stra.

Max zasta­na­wia się, czy dziś wie­czo­rem też zadzwoni.

Ma taką nadzieję, ale ni­gdy nie wia­domo.

Wsuwa dwa palce mię­dzy szyję a koł­nierz koszuli i popra­wia go. Prze­łyka. Mar­tina się uparła, żeby nosił muszkę. Wła­ści­wie wydaje mu się to śmieszne. Jest ich prze­cież tylko czworo, sami przy­ja­ciele, któ­rzy znają się od uro­dze­nia, ale Mar­tina chce, żeby wszystko wyglą­dało ide­al­nie w jej mediach spo­łecz­no­ścio­wych. Nie­długo będzie chciała wycią­gnąć go na taras od strony cie­śniny i zmusi go, żeby z nią pozo­wał.

– Cztery – woła Mar­tina i unosi swój pio­nek, samo­chód wyści­gowy. Prze­suwa go i tra­fia na plac Nor­r­malm­storg. – Kupuję.

Anton bie­rze do ręki komórkę leżącą na bla­cie stołu i wpa­truje się w nią poiry­to­wany.

– Pie­przony durny Hin­dus. Pobłą­dził. To takie trudne dostar­czyć pizzę hawaj­ską? Nic dziw­nego, że roz­wo­zisz żar­cie rowe­rem, ty pie­przona małpo – mówi do wyświe­tla­cza.

Nikt nie reaguje. Przy­wy­kli do fochów Antona.

– Patrz­cie tylko – wścieka się chło­pak. Unosi tele­fon i poka­zuje im wyświe­tlacz. – Teraz się zatrzy­mał, pew­nie się roz­gląda, ma w dupie, że dowie­zie mi zimną pizzę. W każ­dym razie ci roz­wo­zi­ciele z Foodora nie mają poję­cia, czym jest uczciwa praca. Powi­nie­nem napi­sać mail do jego szefa, żeby go wylali. Powiemy, że pró­bo­wał dobie­rać się do Liv. Pro­blem w tym, że nikt nie uwie­rzy, że nie chciała być obma­cy­wana. Wszy­scy ze Skuru wie­dzą, jaka z niej dziwka.

Śmieje się i szuka spoj­rze­nia Maxa.

Ten uśmie­cha się przez sekundę, potem roz­siada się wygod­niej na sofie i ziewa.

Liv macha ręką w stronę Antona, jakby chciała mu przy­ło­żyć, ale on się uchyla. Kiedy znów siada, jej sukienka naciąga się na udach i unosi, i Max widzi jej czarne majtki. Po chwili zmu­sza się, żeby odwró­cić wzrok.

– To okrop­nie nudne, musimy pod­nieść stawkę – oświad­cza.

Pozo­stali natych­miast milkną, jakby ktoś wyłą­czył świa­tło.

– Co masz na myśli? – pyta Liv.

– Te dru­ko­wane pie­nią­dze są nic nie­warte – mówi Max. Odsta­wia drinka, bie­rze garść bank­no­tów do gry i roz­rzuca je po dywa­nie. – Nie jeste­śmy prze­cież dziećmi. Prawda? Zro­bimy tak: wymy­ślimy wła­sne zasady. Kiedy ktoś trafi na ulicę, która należy do kogoś innego, będzie mógł albo zapła­cić…

– Albo co…? – pyta z wycze­ki­wa­niem w gło­sie Anton.

– Albo wybrać: prawda czy wyzwa­nie.

Mar­tina kiwa głową, Liv też.

– Patrz­cie na Liv. – Anton szcze­rzy zęby. – Na samą myśl o odro­bi­nie bli­sko­ści zaczyna dyszeć. Lepiej połóżmy pla­sti­kowy worek na dywa­nie, ina­czej się znisz­czy.

Mar­tina się śmieje, Liv udaje, że tego nie sły­szała. Ale coś Maxowi mówi, że Liv nie podo­bają się te docinki. Tylko co Max ma z tym zro­bić? Jeśli spra­wia jej to przy­krość, to powinna sama o tym powie­dzieć Anto­nowi. Tak jak przed chwilą stwier­dzili, prze­cież nie są już dziećmi.

Teraz kolej Mar­tiny. Dziew­czyna rzuca kost­kami. Vasa­ga­tan; należy do Antona.

– Prawda – mówi Mar­tina.

Anton roz­siada się wygod­nie, popija drinka i się jej przy­gląda.

– Z iloma face­tami spa­łaś?

Mar­tina prze­wraca oczami, zerka zanie­po­ko­jona na Maxa.

– Nie obcho­dzi mnie to – mówi chło­pak.

Mówi to poważ­nie, naprawdę się tym nie przej­muje. Sam spał tylko z trzema dziew­czy­nami, choć zwy­kle mówi, że było ich około pięć­dzie­się­ciu.

– Nie mam ochoty na to odpo­wia­dać.

– Daj spo­kój, jesteś grzeczną dziew­czynką – mówi Anton i dopija drinka. W szklance grze­cho­czą kostki lodu. – Założę się, że nie było ich wię­cej niż pię­ciu.

– Z sied­mioma.

Max sięga po kostki. Potrząsa nimi i rzuca. Toczą się po stole, zatrzy­mują się. Czwórka i trójka. Bie­rze swoje żelazko i prze­suwa je o sie­dem ulic do przodu. Tra­fia na Oden­ga­tan.

– Pła­cisz? – pyta go Mar­tina.

Max się zasta­na­wia. Spo­gląda na stertę pie­nię­dzy do gry, kręci głową.

– Zapo­mnij. Prawda.

– Kogo ze swo­jego rodzeń­stwa naj­bar­dziej lubisz?

Max marsz­czy nos.

– Co masz na myśli?

– Sie­dzi­cie we czworo w jed­nym pokoju. Wcho­dzi facet z pisto­le­tem. Pyta, któ­rych dwoje ma zastrze­lić.

Liv i Anton przy­glą­dają mu się wycze­ku­jąco.

– Porą­bane pyta­nie.

Max nie potrafi nic na to pora­dzić, wspo­mnie­nie wraca jak film. Pięść Johana tra­fia ojca w oko. Ojciec prze­wraca się z krzy­kiem, wyma­chuje rękoma. Johan stoi nad nim, znów unosi pięść, ale się powstrzy­muje. Odchrzą­kuje. Ślina ląduje na policzku ojca.

Już go nie tkniesz, rozu­miesz?

Max patrzy przed sie­bie pustym wzro­kiem.

– Johana – mówi cicho. Jedy­nego, który kie­dy­kol­wiek go chro­nił.

Wstaje, pod­cho­dzi do kuchen­nej wysepki i bie­rze jedno z wia­de­rek z lodem. Sta­wia je na sto­liku przy sofie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki