Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 355 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Idiotka wraca - Hanna Bakuła

Dalsze dzieje sympatycznej ekscentryczki Molly, alter-ego autorki, znanej malarki i pisarki. Na Manhattanie wiodła barwne życie wśród zwariowanych przyjaciół i kochanków, z sukcesem malując portrety i nieodpowiednio lokując swe uczucia. Po latach w wesołym Nowym Jorku, Molly wraca do Warszawy, smutnej i szarej po stanie wojennym... Cięty język, pikantny humor i galeria kolorowych postaci (także znanych) w opowieści „z pierwszej ręki” o Ameryce i Polsce, które w latach 80. były dwiema różnymi planetami.

Opinie o ebooku Idiotka wraca - Hanna Bakuła

Cytaty z ebooka Idiotka wraca - Hanna Bakuła

Cukinia smażona z czosnkiem Cukinię pokroić w centymetrowe plastry. Posolić, rozsmarować na każdym odrobinę wyciśniętego czosnku. Odstawić na pół godziny. Osączyć ręcznikiem papierowym. Smażyć na gorącym oleju sezamowym. Posypać grubo zmielonym białym lub kolorowym pieprzem. Podawać z daniem głównym lub solo.
* Fasola jaś z czosnkiem i majerankiem Fasolę jaś, jak największą, moczyć kilka godzin, potem gotować do miękkości i odcedzić. Dobrą oliwę wymieszać ze zgniecionym czosnkiem i majerankiem. Odstawić na 10 minut. Zieloną pietruszkę bardzo drobno posiekać. Wymieszać wszystko, dodając trochę białego zmielonego pieprzu. I tyle. Tajemnicą jest jakość produktów i duża ilość oliwy. Fasole muszą lśnić i nie być zlepione.
* Fasolka po bretońsku Kilogram fasoli jaś namoczyć i ugotować al dente. Puszkę pulpy pomidorowej, kartonik przecieru pomidorowego i szklankę soku pomidorowego wymieszać z podgrzaną oliwą, czosnkiem, podduszoną na oleju cebulą w plasterkach, dużą ilością majeranku, solą i łyżeczką cukru. Włożyć fasolę. Dusić do miękkości. Można dodać usmażoną na innej patelni kiełbasę, pokrojoną w kostkę, ale lepsze bez.
Gołąbki z brązowym ryżem, cukinią i pieczarkami w sosie z pomidorów z bazylią (lub kapusta faszerowana mięsem) Kapustę włoską, całą główkę po zdjęciu największych liści (tych nie wyrzucać), gotować 20 minut w dużej ilości osolonej wody. Wyjąć. Wodę zostawić do duszenia gołąbków. Ugotować 4 torebki brązowego ryżu, ostudzić i włożyć do miski. 30 dekagramów obranych pieczarek posiekać z czterema młodymi cebulami dymkami i całą, niedużą cukinią. Lekko podsmażyć na oleju sezamowym wymieszanym ze zwykłym, pół na pół. Wymieszać z ryżem i wbitymi trzema jajkami. Dodać sól, pieprz i zioła prowansalskie, do smaku. Kłaść na liście kapusty i zwijać dokładnie. Na dno garnka wlać olej, na nim ułożyć surowe liście kapusty, oddzielone na początku. Na nich kłaść ostrożnie gołąbki. Wodę z gotowania kapusty zmieszać z opakowaniem przecieru pomidorowego, opakowaniem krojonych suszonych pomidorów w zalewie, posiekanym pęczkiem bazylii, solą i grubo zmielonym pieprzem. Dodać łyżeczkę cukru i kawałek masła. Wymieszać. Zalać gołąbki i gotować do miękkości. Podawać ciepłe. Wyjmować ostrożnie łopatką i polewać sosem. Przepis ten jest identyczny, gdy chcemy zrobić kapustę faszerowaną. Po prostu ryż zastępujemy dowolnym mięsem mielonym (1 kilogram). Reszta składników zostaje ta sama.
Jabłka pieczone Jabłka przekroić w poprzek na pół. Wydrążyć, wsypać brązowego cukru z cynamonem albo, zamiast, dać miodu. W miąższ wbić kilka goździków. Włożyć do naczynia wyłożonego papierem do pieczenia. Piec 5 minut w mikrofalówce.
Krokiety ziemniaczane Ugotować kartofle i utłuc. Dodać całych surowych jajek, pieprzu, posiekanej zrumienionej cebuli i szczypiorku. Dokładnie wymieszać. Formować kulki, rozpłaszczać nożem i obtaczać w bułce tartej. Smażyć po 5 minut z każdej strony. Podawać z zieloną sałatą, polaną winegretem, albo z odrobiną gęstej śmietany.
Placki z jabłkami Kolejna bida. Na ciasto mąkę, mleko i jajka, w równych ilościach, oraz sól mieszać, aż powstanie gęsta masa, dodając trochę gazowanej wody. Jabłka obrać i pokroić w cienkie plasterki, posypać cynamonem. Skropić lekko cytryną. Powinny postać 5 minut. Na gorący olej kłaść łyżkę ciasta, na nią jabłko i znowu ciasto. Smażyć na złoto z obu stron. Posypać cukrem, niekoniecznie pudrem.
Spaghetti z oliwą, czosnkiem i pietruszką Oliwę ze zmiażdżonym czosnkiem, solą i posiekaną małą czuszką odstawić na 2 godziny. Spaghetti ugotować w osolonej wodzie al dente. Odcedzić. Wymieszać z oliwą i drobno posiekaną natką pietruszki. Na wierzchu posypać startym parmezanem.
Spaghetti z sosem pomidorowym Spaghetti ugotować jak wyżej. Kilka miękkich pomidorów obrać ze skórki, posiekać drobno, dodać bazylii, sporo czosnku w plasterkach i dusić na oliwie. Rozprowadzać sokiem pomidorowym, ale sos musi być gęstawy. Dodać przyprawy włoskiej i grubo zmielonego pieprzu. Można wrzucić kilka plasterków łagodnego sera i posiekaną bazylię. Gotowe danie posypać zieleniną i parmezanem.

Fragment ebooka Idiotka wraca - Hanna Bakuła

Burda Publishing Polska Sp. z o.o. Spółka Komandytowa ul. Marynarska 15, 02-674 Warszawa Dział handlowy: tel. 22 360 38 41–42 Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Tekst i rysunki: Hanna Bakuła

Korekta: erte Okładka: Maciej Szymanowicz Redaktor prowadzący: Małgorzata Zemsta Redaktor techniczny: Mariusz Teler Skład i łamanie: Hanna Szeliga-Czajkowska

Copyright for text and drawings © 2015 Hanna Bakuła

Copyright for Polish edition © 2015 Burda Publishing Polska Sp. z o.o. Spółka Komandytowa. All rights reserved.

Rysunek na okładce: Hanna Bakuła Zdjęcia na wyklejkach i na okładce (tył): prywatne archiwum Hanny Bakuły

ISBN 978-83-7778-858-5

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach do przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.burdaksiazki.pl

Skład wersji elektronicznej: pan@drewnianyrower.com

Od dwudziestu minut stała w lobby pod życzliwym okiem wołowatego Murzyna w liberii. Zostawiła mu już klucze od mieszkania przyjaciół, którzy dla jej wygody wyjechali na kilka dni do Woodstock. Co pewien czas wybiegała na rozpaloną jak złoto w tyglu ulicę. Karol niechętnie obiecał podjechać aż trzy godziny przed odlotem samolotu. Wykazywał się typowo męskim brakiem wyobraźni, bo zakładając optymistycznie, że droga jest pusta, jazda musiała trwać godzinę plus parkowanie i znalezienie najdalszego punktu na peryferyjnym terminalu. LOT biedniał w oczach i robił bokami, stąd oszczędności. Od pewnego czasu dzwoniła na komórkę wrednego Karola, ale nie po to był profesorem matematyki, żeby się dać tak prymitywnie złapać.

Kiedy po godzinie dopijała kawę zrobioną przez litościwego, hebanowego doormana, przed dom zajechała resztka granatowej toyoty, z której wystawało małpio owłosione ramię. Na jej widok się schowało i wyskoczyło z resztą człowieka orkiestry, którą, odkąd się znali, przypominał naukowiec-kamienicznik. Włosy, na dole siwe, na górze czarne, wyglądały jak krzywy tupecik. Malutkie tenisówki, króciutkie szorciki typu czar gomułkowskiego Sopotu i różowa koszulka bez rę­­­ka­­­­wów, eksponująca czarne loki na bicepsach, dopełniały całości młodego ojca, jakim był od dwóch lat. Zawsze był dziwadłem, ale z wiekiem trochę złagodniał i pozostało mu tylko zamiłowanie do kontrowersyjnych ubiorów. Nie było sensu go opieprzać, bo nigdy nie słuchał, co się do niego mówi – dotyczyło to szczególnie kobiet. Od dwudziestu lat byli przyjaciółmi i bez najmniejszego problemu przeżyła jego sześć żon, a obecna, siódma, była tak ładna i inteligentna, że mogła spać spokojnie, mając u boku cudnego synka, na którego punkcie tato-dziadzia miał hopla.

Karol wyrwał jej z ręki luksusową walizę i lekko wrzucił do bagażnika bez zamka. Korki już się zaczynały, most Queensboro był zapchany na amen. Wykręciła numer zaprzyjaźnionego dyrektora LOT-u, który w miarę możności umieszczał ją w business class, a teraz, gdyby co, miał zatrzymać samolot, dopóki nie dojadą. Nie odbierał. Posuwali się jak pogrzeb żółwia na Goa. Obok denerwowało się pięć pasm autostrady. Wyjątkiem były ryczące muzyką auta młodych afroamerykańskich testosteronowców.

Na lotnisko wpadli pół godziny przed odlotem. Karol pomachał z tłumu czekającego przed prześwietlarką. Pędziła do najdalszej bramki. Nie musiała patrzeć na numer. Tłumek wyglądał jak eliminacje do szkoły cyrkowej. Brzuchaci młodzieńcy z wąsiskami, w ogromnych białych adidasach i bermudach, przechadzali się nerwowo wśród balowo ubranych, tlenionych blondynek na potwornie wysokich obcasach. Staruszki z trwałą ondulacją pilnowały czujnie trzymanych na kolanach torebek. Powoli nabierały nowosądeckiego wyglądu, który utraciły, harując jako sprzątaczki na Greenpoincie. Spleciony kołtun małych rozwrzeszczanych clownów w groteskowych ubrankach z przeceny latał z wyciem dookoła udręczonych rodziców o ponurych twarzach. Oni już byli w domu. Kupowali i sprzedawali, witali się z rodzinami, rozdawali prezenty, rozwodzili się z niewiernymi żonami i odbierali z portu w Gdyni amerykańskie gruchoty wysłane statkiem przed miesiącem. W takim półtoratrucku mężczyzna wygląda jak superman i żadna laska go nie oleje, a jak oleje, to się znajdzie druga.

Z boku tłumu stała od stóp do głów ubrana markowo Molly, która jak zwykle jej nie poznała, choć ona poznała ją. Siebie sprzed lat.

Dyrektor pędził przez tłum i po serii maszynowych pocałunków podbiegł do stojącej ślicznotki w lotowskim uniformiku i skinął na nią radośnie. Będzie upgrade.

Wchodząc jako pierwsza, poprosiła stewardesę, żeby w miarę możności posadziła ją koło młodej laski w pięknej marynareczce i wielkich klipsach. Wiedziała, że Molly ma bilet pierwszej klasy. Wiedziała wszystko.

Za chwilę zobaczyła rozczarowaną twarz w za ostrym, typowym dla Polek makijażu. Molly ewidentnie liczyła na miejsce koło przystojnego amerykańskiego biznesmena w błękitnej koszuli z kratką burberry pod kołnierzykiem. Miała słabość do tej kratki, ale największą do bogatych, pięknych mężczyzn. A która zdrowa na umyśle kobieta nie ma?

Ona znała jedną, swoją najbliższą przyjaciółkę, Poetkę, która niedawno zmarła i zostawiła po sobie lej nie do zasypania, jak po bombie atomowej. Programowo wolała biednych zakatarzonych smutasów w rozciąg­niętych swetrach, którzy nie woleli jej.

Molly, zanim usiadła, wykonała parę piruetów, wyciągając z torby książkę Andermana Gra na zwłokę, potem następny obrót i wyfrunął „Vogue”, potem puderniczka, błyszczyk, paczka peanut butter cups i Molly usiadła na sekundę, ale zaraz wstała w poszukiwaniu pasa. Ubrana była w lniany żakiecik Hugo Bossa w beżowo-czarną łączkę i czarne obcisłe spodnie. Francuski manicure, włosy blond, króciutkie na jeża, a w uszach wielkie klipsy z turkusami. Na sekundę mignął spod mankietu złoty longines.

Patrzyła na nią z rozczuleniem, bo przecież kiedyś już leciały do Nowego Jorku, który Molly wyobrażała sobie jako większy, przyjazny Paryż. A tu figa. Moloch o mało jej nie pożarł.

Kiedy ostatni czerwony na gębie, zapasiony maruder przeszedł przez klasę biznes, wlokąc wielką torbę w wulgarne paski, stewardesy wniosły kieliszki z szampanem. Były starsze i uśmiechały się do kobiety przyjaźnie, co Molly wyraźnie dziwiło, i zaczęła się jej uważnie przyglądać. Jak na pięćdziesięcioletnią staruszkę wyglądała młodo w czarnych dżinsach rurkach i srebrnych tenisówkach. Króciutkie włosy były wesoło nastroszone. Obie miały jedną cechę wspólną: za silny makijaż, ale wyglądały w nim w miarę dobrze, a super na tle współpasażerek.

Szampan zniknął równie szybko, jak się pojawił. Stewardesy przypięły się pasami i samolot poturkotał w stronę wolnej ojczyzny. Start nie zrobił na nich żadnego wrażenia w przeciwieństwie do widoku Manhattanu z góry. Jak miło było wiedzieć, co jest co i gdzie. W takich momentach czuła się stuprocentową Amerykanką, a właściwie nowojorką, bo to specjalny, wspanialszy od innych gatunek osób.

Samolot wleciał w barankowate obłoczki podświet­lone jak bezy w cukierni Veniro i stewardesy rozdały menu. Nie takie fajne jak kilka lat temu, z dużą ilością dań do wyboru, ale wina proponowano dobre. Lecąc ostatnio z Warszawy z pewnym naiwnym milionerem zakochanym w małoletniej laseczce, wypiła na to konto butelkę szampana i ileś tam koniaków Camus, a on dwa razy tyle. W Nowym Jorku spotkali się kilkakrotnie, a on w kółko opowiadał, jak go robią w balona. Był tym zachwycony, a forsę tłukł na produkcji stolików, w których chował się telewizor. Kiedy zapytała, czy chodzi o zmylenie złodziei, odpowiedział grzecznie, że ludzie kulturalni nie pokazują obcym telewizorów. Była więc niekulturalna.

Dobrze jest siedzieć w pierwszym rzędzie, bo stewardesy z winem mają blisko. Postanowiły zostać przy szampanie.

Molly zaczęła konwersację pytaniem, czy to była jej pierwsza podróż do Nowego Jorku. Wcale się nie roześmiała i zaprzeczyła, mówiąc, że od lat bywa na Manhattanie regularnie, choć już nie ma własnego mieszkania. Molly prawie nie słuchała. Jak każdy miała swoją lepszą historyjkę.

Rozłożyły wysuwane z poręczy stoliki, na nich serwetki z adamaszku, a na nich malutkie tacki z przekąs­ką krewetkową i sałatą. Szampan pasował idealnie. Przystojny amerykański milioner pił wodę i podry­giwał przy dźwiękach walkmana. Na pewno miał zapasioną żonę w Seattle i trójkę dzieci, w tym dwoje adoptowanych wietnamskich. Żona się nie malowała i tyła od makrobiotycznych chipsów, a on wyżywał się, grając w squasha. Życie miał zapięte na ostatni guzik, choć właściwsze wydawało się porównanie do kaftana bezpieczeństwa.

Ona miała życie niezapięte, w przeciwieństwie do Molly, która już wyczekująco patrzyła na zasłonkę, za którą trwała walka stewardes z podgrzewaczami pełnymi drugich dań. Pachniało jak w raju głodomorów. Wybór był korzystny dla obu: ryba albo kura. Nie jadały czerwonego mięsa, i to z tego samego powodu, z powodu dawnej miłości do wegetarianina.

Samolot sunął cichutko pewien swego, a ona rozmyślała z błąkającym się pod nosem uśmieszkiem o kompromitacji pomysłu z niebem pełnym aniołków. Potem wydała się sprawa nieistnienia Pana Boga na chmurce. Wszystko przez Rosjan i Amerykanów, którzy udowodnili, że kosmosu nie zamieszkuje nikt, poza paroma śmiałkami latającymi od pięćdziesięciu lat w sputnikach.

Podano sery i winogrona. Szampan pasował dalej, więc piły spokojnie. Wtem zza zasłonki od strony drugiej klasy pojawiła się sprytna góralska buzia z kruczym wąsikiem typu Zorro przymocowana do ciąży spożywczej. Wypatrzywszy toaletę, przemyślny globtroter rzucił się w kierunku drzwiczek. Nic z tego. Stewardesa była szybsza. Stanęła w przejściu i efektownie rozkrzyżowała ramiona. Sprytne oczki rozejrzały się podejrzliwie i znikły. Cała business class była zajęta głównie przez starsze osoby, które już pozakładały specjalne skarpety frotte i mościły sobie legowiska z kocyków i poduszek. Podniebny dom starców mknął ku ojczyźnie opuszczonej sto lat temu. Nareszcie nie było komunistów z zakrwawionymi bagnetami i można było wrócić z amerykańską rentą.

Molly ewidentnie paliła się do rozmowy. Ciekawe było, od czego zacznie. Czy od swojego ślubu, czy może opowie o tych ośmiu latach przeżytych w międzykontynentalnym szpagacie. Na razie pudrowała nos i pociągała usta błyszczykiem, choć nikogo to nie obchodziło.

Towarzystwo szykowało się do spania. Pod toaletą stał milioner na bosaka ze szczoteczką do zębów. Miał co myć, spojrzała z zachwytem. W końcu kiedyś miała męża dentystę.

Kiedy wróciła z toalety, Molly czochrała fachowo tył głowy, żeby się nie spłaszczył po oparciu o poduszkę. Przed zgaszeniem światła poprosiła o jeszcze dwa kieliszki szampana. Była zbyt podekscytowana, żeby spać. Jechała do nowej Polski, z której wykurzono komunistów. Decyzję podjęła nagle po wygranych przez Solidarność wyborach. Po ośmiu latach mieszkania na Manhattanie zdecydowała się znowu, jak w czasach strajków, zaufać intuicji i zmienić całkowicie swoje, ciekawe i tak, życie. Wyciągnęły wygodne podnóżki i piły, zajęte każda swoją wersją Polski po Okrągłym Stole.

Molly była pełna euforii. Za rok będzie jak w reszcie Europy. Mazowiecki to żółw, ale mądry, a Balcerowicza nawet Amerykanie cenili. Za chwilę dolar i złoty będą jeden do jednego. Tego byli pewni, pijąc jak smoki w ich mieszkaniu na 11. Ulicy. Trzeba szybko sprzedawać dolary i kupować antyki i biżuterię. Była to niezła koncepcja, szczególnie gdy się miało nowego męża – amerykańskiego dentystę, o czym Molly jeszcze nie wspomniała.

Było to spełnienie jej marzeń: latanie do Polski pierwszą klasą, ciuchy z Bloomingdales. Ciężko na to pracowała, odchudzając się bez przerwy i malując jak najęta, czasem do szuflady, ale bardziej dla zaprzyjaźnionej galerniczki, która bez trudu sprzedawała jej akwarele. Amerykański, nowiutki paszport spał w torbie. Odebrała go kilka dni przed powrotem do kraju, w którym postanowiła ryzykancko rozpocząć życie z Bartkiem dentystą wywróżonym kiedyś przez starutką wróżkę, panią Olgę.

Przed ostatnim wyjazdem z Polski poszła do niej postawić sobie tarota.

Był grudzień. Ulica na tyłach Marszałkowskiej straszyła pustką, socrealistyczne brudne bloki stały zniechęcone i ziały beznadzieją. Olga mieszkała na parterze. Kiedy weszła, staruszka z malutkim siwym koczkiem uśmiechnęła się jak dziewczynka. Przywitały się entuzjastycznie, bo od pierwszej chwili pokochały się bezwarunkowo.

Kiedyś zapytała ją, skąd się biorą wielkie sympatie i antypatie.

Odpowiedź była prosta. Osoby, które pokochujemy, były w poprzednich wcieleniach naszą najbliższą rodziną lub kochankami, a ci, których nie znosimy bez powodu, na przykład ucięli nam głowę w czternastym wieku. I tyle. Olga pewnie była jej napoleońską mamusią, a Karol bratem bliźniakiem. Bartek uratował jej życie w pożarze Biskupina, reszta znajomych pojawiała się pozytywnie w dawnych czasach. Sądząc z ilości ukochanych przyjaciół, musiała się sporo wcielać.

Usiadły w ciemnym, obrzydliwym, pozbawionym ozdób, pachnącym starością pokoju przy stole nakrytym spłowiałą ceratą. Olga rozłożyła karty, a właściwie opłatki z zupełnie zatartymi obrazkami. Tylko ona wiedziała, co mówią. Malutkim ogryzkiem ołóweczka kreśliła coś na karteczce w kratkę. Miała prawie dziewięćdziesiąt lat i nie wychodziła z domu, bo jej się przestał podobać świat. Swoje widziała.

Urodziła się w dziewiętnastym wieku, w tym samym miasteczku, co pan Wołodyjowski. Jej ojciec odbywał tam praktyki lekarskie. Matka była wziętą do niewoli turecką księżniczką, a babcia po kądzieli wróżką. To ona nauczyła malutką Olgę czytać z kart. Potem pojechali do Petersburga, gdzie Olga kończyła konserwatorium, gdy wybuchła rewolucja. Ojciec był w tym czasie jednym z dworskich lekarzy. Uciekli do Polski, dzięki temu przeżyli.

Zza paskudnych zasłon w picassy sączyło się ciemne światło zmroku. Dochodziła trzecia po południu. Za oknem zapaliły się brudne jarzeniówki czekające na zziębniętych mieszkańców tej upiornej, socrealistycznej dzielnicy.

– Nu, nu! – Olga pokręciła głową. – Suknię sljubną wziąć. Sljub będzie w Ameryce.

Molly podskoczyła zdumiona. Właśnie usiłowała wymknąć się kolejnemu psychopacie, który chciał się z nią żenić, ale był w Warszawie.

– On już na cjebie czeka od lat. Znacje sję.

Olga zaciągała cudownie, jak Dziewoński w Kabarecie Starszych Panów. W końcu lata całe mieszkała na Kresach. Mickiewicz i Słowacki też zaciągali, aż głowa pękała. To rzucało nowe światło na lektury szkolne i trochę Molly do nich zniechęciło.

Była pewna, że nie czeka na nią nikt godny uwagi. Karol właśnie ożenił się ze śniętą, tyczkowatą architektką. Tantrysta był w wieku jej matki, Peter okazał się gejem. Staruszka ewidentnie się myliła. Zaprotestowała, choć za mąż lepiej było wyjść w oczekiwaniu na paszport USA. Poprzedni amerykański mąż zwrócił jej wolność, choć protestowała. Jego ostatni dziubas lat dwadzieścia dwa, mistrz fotografii czarno-białej, nie mógł znieść myśli, że Bob ma żonę. Ten kretyński rozwód przeciągał sprawę złożenia dokumentów na amerykański paszport o następne dwa lata.

Uważnie patrząc na stół, pani Olga powiedziała, że w kartach wychodzi: Poljak – nie-Poljak, włosy cjemne, kędźjory. Wypukła litera w imieniu, z medycyną związany, i że znają sję od lat.

Zapytała, kiedy niby ma być ten ślub, a w myślach przelatywał notes. Śladu wypukłej litery związanej z medycyną. Chyba że znajomy lekarz zbok, który kazał kochankom udawać chore. Rzucił ją, gdy okazała się zdrowa jak byk i nie chciała chodzić o kulach.

– Nu, jak to kiedy? W czasje ważnych dla Polski wydarzeń. A potem powrót was czeka i fortuna. – Uśmiechnęła się wesoło, aż zafalowały dwa siwiutkie kosmyczki, i otworzyła belgijską bombonierkę, którą Molly dostała od kochanka wariata i podała dalej.

Wychodząc, zostawiła pieniądze na szafce nocnej, bo staruszka była biedna jak mysz, i wycałowały się jak najbliższe przyjaciółki. Pojechała prosto do matki. Kiedy ta otworzyła drzwi, zapytała, czy mają do ubrania coś zabawnego, w czym mogłaby wziąć ślub w Nowym Jorku. Pytanie pozostało bez odpowiedzi, a matka puknęła się w czoło, bo Molly za mąż wyszła już trzy razy i za każdym razem bez sensu.

Samolot leciał sobie w czarnej nocy. W trupim światełku małych lampek pasażerowie wyglądali jak foki w mazucie po ekologicznej katastrofie. Niektórzy mieli na oczach niepotrzebne okulary z materiału, a wszyscy pootwierane karpiowato usta. W tej sytuacji pudrowanie nosa przez Molly było zabawne i roześmiały się obydwie. Molly właśnie skończyła historyjkę o wróżce i czekała, co ona na to. A ona nic, bo wiedziała, co było dalej, ale udała bardzo zaciekawioną. Molly wypiła resztkę szampana i w ciemności ciągnęła z innej beczki.

Miała w Nowym Jorku ukochanego Karatekę, z którym suchą nogą przeszła na Manhattanie stan wojenny, a potem on okazał się psychopatycznym satrapą i uciekła, a właściwie wyrzuciła go z mieszkania i przyjęła sublokatora nikczemnej urody, którego nazwała Tarantulą. Mieszkali razem sześć lat. Tu Molly ziewnęła niemiłosiernie.

Po rozstaniu z Karateką za namową przyjaciół, a najbardziej ze strachu, żeby jej nie dopadł, wyjechała do Chicago. Tam czekał olbrzym Jacek, gwiazda gierkowskich kabaretów, z trochę mniejszą, a za to dwa razy młodszą Tunią. Byli parą w przedwojennym stylu, stary hrabia i gwiazda, którą Tunia nie była, a powinna, bo anegdota jest w życiu najważniejsza.

Załatwili Molly projektowanie talerzy z emaliami limoges dla American Copper. Towarzyszący jej Tarantula miał być czeladnikiem. Z kolei nie chciało jej się rozstawać z nowo poznanym profesorem fizyki Karolem, który też pachniał psychopatą, ale wesołym i bajecznie złośliwym. Co się odwlecze, to nie uciecze. Na to liczyła.

Olbrzymie Chicago okalało cudowną plażę. Miało niewiele z Manhattanu i jej kojarzyło się wyłącznie z prohibicją znaną z filmów retro.

Po nocnym bankiecie powitalnym na plaży jeziora Michigan, gdzie pili szampana, stojąc po pachy w wodzie, z zachwytem zamieszkali w pierwszym na świecie studiu radiowym. Konsola, mikrofony z początku dwudziestego wieku, dwa materace ze śliczną pościelą. No i klimatyzacja, bo za oknem sto stopni Fahrenheita, czyli po polsku plus czterdzieści.

Zarabiała pięćdziesiąt dolarów za godzinę, i to za to, co uwielbiała robić, a Tarantula trzydzieści, co też było coś, bo pracowali po osiem godzin dziennie. Nie miał pojęcia o emaliach, więc musiała mu pomagać. Wstawali o piątej po południu, jedli śniadanie i czekali, kiedy słońce przestanie palić. Nie tylko oni. Ulice były kompletnie puste. Po ósmej jechali z całym towarzystwem, składającym się z krakowskich malarzy i Dariusza, młodego biznesmena z białym cadillakiem, na piękną plażę i pływali do północy, popijając szampana i zagryzając go krewetkami z wielkiej przenośnej lodówki.

Molly pomimo złamanego serca już strzelała oczami do wyglądającego na nową zdobycz przystojnego bogacza. Siadali w morzu koło siebie coraz bliżej i bliżej. Tarantula patrzył zdumiony, bo Molly budziła się w nocy i paliła jednego papierosa za drugim. Wiadomo było, o co chodzi. Wahała się, czy zadzwonić do Karateki, który przed odjazdem przysłał list z zapewnieniami, że jest jego jedyną, największą miłością i zrobi wszystko, żeby wróciła. Kiedy przeczytała to swojej najbliższej przyjaciółce Ewie, Kaziowi, kumplowi od lat, i Tarantuli, wyrazili nadzieję, że list wrzuci do kibla, a lepiej spali. Miała go ze sobą i w kółko czytała, nie wiedząc, co robić, bo tęskniła za seksem stulecia. Instynkt jednak mówił, że te parę słów to tylko śliski język ropuchy, która chce ją zjeść. Vox populi, vox Dei, czyli jej banda nie mogła się mylić. Znali Karatekę dwa lata. Postanowiła wytrwać.

Na razie, żeby zmniejszyć cierpienia, jadła kolacje z biznesmenem o wytwornym gejowskim imieniu. Swoją drogą, co przychodzi do głowy jakimś nowotarskim chłopom, żeby tak nazwać dziecko wyglądające jak sto pokoleń Jaśków. Po tygodniu kochali się w pensjonacie nad jeziorem o powierzchni Bałtyku. Był bardzo czuły, ale chemia nie dawała się oszukać. Jego żona niczego się nie domyślała do tego stopnia, że zamówiła sobie u Molly portret. Jedno nie wykluczało drugiego i powstał ciemnobłękitny rysunek z plażą w tle.

Po dwóch miesiącach zamówienia na talerze się skończyły, kochanek spowszedniał, więc niechętnie wrócili z Tarantulą do Nowego Jorku prywatnym samolotem, w którym był bar z darmowym szampanem. Bilety po tysiąc dolarów, bo jeszcze dołożono ostrygi. Wśród nadętych biznesmenów młodzi w podkoszulkach i szortach wyglądali jak żebracy, ale nikomu to nie przeszkadzało. Napili się jak bąki, a w porcie helikopterowym na Manhattanie, gdzie dowieziono ich z lotniska, obok przerdzewiałego buicka z psim łańcuchem przewleczonym przez maskę czekał rozpromieniony Karol. Wiedziała, że to początek romansu, i aż się trzęsła z radości, pokryta gęsią skórką myśliwego, który wypatrzył jelonka. Biznesmeni stali jak żony Lota, bo Karol i auto świadczyli o ich skrajnej nędzy, więc skąd forsa na tak drogi bilet? Powiedzieli w czasie picia koniaku przy barze, że są studentami z Warszawy. Polak potrafi.

Wrócili z przyjemnością, bo Chicago było fatalną dziurą w porównaniu z Manhattanem. A tu okropne informacje. Generał gnębił Ojczyznę, napływały sprzeczne wiadomości, które weryfikowała dysydentka Ewa, przyjaciółka z czasów studiów. Podobno niebawem stan wojenny miał zostać zniesiony. Nie wiadomo, co o tym myśleć, bali się na zapas, głównie o rodziny.

Od powrotu w mieszkaniu nie było prądu. Koledzy elektrycy sprawdzili. Instalacja w porządku, to co się działo? Podłączyli się z konieczności do gniazdka w korytarzu, ale to mogło się wydać i wtedy naprawdę zaczęłyby się kłopoty. Amerykanie to dziwny naród, nie znoszą oszustw do tego stopnia, że właściwie nie oszukują. Straszna nuda.

Któregoś dnia Molly spojrzała przypadkiem na sufit w kuchni i zauważyła rdzawą plamę. Tarantula puknął młotkiem. Wyleciał kawał gipsu i gazeta, przykrywające przecięty przez Karatekę kabel. Tak miło się z nią pożegnał, bo Kazio wzięty na tortury przyznał się do pożyczenia mu kluczy na jeden dzień, żeby zabrał niezbędne książki. Molly aż się wzdrygnęła na myśl o powrocie we wredne ramiona, które jednak postanowiła zapamiętać do końca życia, a list zachować na pamiątkę. Przecież zaraz jak diabełek z pudełka wyskoczy kochanek o jeszcze jaśniejszych oczach, jeszcze bardziej podobny do greckiej rzeźby.

Którejś nocy zadzwonił telefon. Był to zdenerwowany Karol, który zapytał, czy może u nich spać. Odmówiła, bo były tylko ich łóżka, nawet śladu większej kanapy. Po chwili zadzwonił domofon i do mieszkania wpadł zamarznięty, opatulony w pościel w kwiatki, siny brunet z czerwonym nosem. Oznajmił, że będzie spał pod stołem w kuchni. W sekundę już leżał i chrapał. Rano go nie było, a złożona pościel została. Tarantula nie był zachwycony, bo mieli sanatoryjną umowę o braku gości po północy. Ona węszyła jak wyżeł, Karol był na swój groteskowy, bynajmniej nie grecki sposób przystojny, poza tym kipiał intelektualnie jak skamandrycki imbryk i to był jego niekonwencjonalny seksapil.

Pojawił się wieczorem z pudełkiem wielkich eklerek, które zjadł w sekundę sam, i poprosił o kawę, bo ta, którą przyniósł, właśnie się skończyła. Powiedzieli grzecznie, żeby się pocałował w dupę, a on, że zamiast tego można skoczyć potańczyć do dyskoteki w Lime Lights i że stawia. O, to była propozycja, bo wstęp dziesięć dolarów, a miejsce supertrendy, w starym protestanckim kościele.

Szli zamarzniętymi ulicami, niebo jak emaliowany, granatowy garnek przykrywało ułożone w kratkę ulice, którymi czasami przemykała żółta taksówka z ciemnoskórym kierowcą, Hindusem, nigdy Chińczykiem. Jeśli taksówkarz był biały, znaczyło Ruski, niemówiący słowa po angielsku.

W kościele strzeżonym przez monstrualnych goryli grało Dire Straits. Umarli z zachwytu i wskoczyli na ołtarz, gdzie wiło się kilku czarnych gejów, ewidentnie baletmistrzów. Karol zatarł włochate łapki i rozpoczął się rock and roll stulecia. Tańczyli pierwszy raz, ale musieli być kiedyś, zgodnie z opinią wróżki Olgi, holly­woodzką parą taneczną typu Fred Astaire i Rita Hayworth. Geje zwolnili i gapili się zdumieni, bo na ołtarz mieli monopol, a dokoła było coraz gęściej. Kloszowa spódniczka Molly wirowała, a lakierowane sztyblety drobiły rytmicznie jak tłoki w małym silniku. Rude, ostrzyżone na punka włosy ruszały się jak wachlarz. Spod pomalowanego własnoręcznie w pawie pióra smokingu z lat trzydziestych ukazywał się cud gorset. Molly wirowała jak derwisz i fruwała podrzucana przez Karola, lądując dokładnie tam, gdzie powinna, aby ułatwić kolejną przerzutkę. Sala, tańcząc, biła brawo. Karol jak czerwony wiatrak synkopował małymi stopkami w kamaszach. Ubrany jak inkasent w sklepie Armii Zbawienia, w brązowych spodniach i tanim sweterku wyglądał interesująco, bo nikt na punkowym Manhattanie tak się nie nosił. Byli skrajnie kontrastowi i może to z powodu miejsca, gdzie znajdowała się dyskoteka, wstąpił w nich Duch Święty. Tarantula pokrzykiwał spod ich kurtek i podrygiwał wesoło. Wiadomo było, że Karol może u nich zostać. Jak Salome tańcem załatwił sprawę. Była zakochana.

Pojawienie się Karola trochę pokrzyżowało jej plany. Miała szukać męża milionera, póki był czas i uroda dopisywała, a nagle irracjonalnie przygarnęła coraz bardziej niezrozumiałego faceta, który odganiał od niej absolutnie wszystkich mężczyzn. Ale z jednym się nie udało, bo krążył koło niej, jeszcze w czasach Karateki, pewien pięćdziesięcioletni staruszek tantrysta. Chodzili pokryjomu do drogich japońskich restauracji, gdzie, z trudem ukrywając smutek skąpca wyrzucającego dolary, płacił wysokie rachunki, a potem odprowadzał ją do domu, bo Karateka czuwał. Któregoś razu po powrocie z Chicago zjedli kolację, a Tarantuli nie było w domu, za to było wielkie łóżko i butelka wina. Nie mając najmniejszego zamiaru pakować się w jakąś aferę, wylądowała koło profesjonalnego wielkoluda, który poza tym, że był architektem, był tantrystą. Każdej kobiecie życzymy takiego ofiarnego, czułego kochanka o wschodnich erotycznych obyczajach, choćby był stary jak ten, z którym w weekendy spotykała się od tamtego czasu Molly, a Tarantula patrzył przez palce na jego noclegi. Jednym z powodów było pojawianie się w lodówce dobrego wina i wędlin z polskiego sklepu, na które Molly, znając skłonność mężczyzn do aportowania, go naciągała, ale widać było, że facet się męczy. Mieszkanie składało się z dwóch niezależnych części oddzielonych przedpokojem i kuchnią, przez którą wchodziło się do jej dwóch pokoików w amfiladzie. Budowane w dziewiętnastym wieku bidaapartamenciki były jak tramwaje. Wagon za wagonem i jeszcze jeden wagon, a w kuchniach stały wanny z pokrywą, służące w dzień jako blaty kuchenne. Toalety na korytarzu, jedna na dwumieszkaniowe piętro. Za takie cudo płacili miesięcznie sześćset dolarów. Niemożliwe, żeby poprzedni lokator miał tyle. Kiedy Molly wynajmowała je jeszcze z Karateką, było ruiną z dziurami w ścianach i stadami robali w każdej szparze. Ale co było robić. Jedenasta Ulica to wspaniały manhattański adres, jeśli się pominęło problem karaluchów.

Karaluchy nie gryzą i tego należało się trzymać, jednocześnie nie zostawiając okruszka poza lodówką i na wszelki wypadek wytrząsając ubrania przed założeniem. Bogatsi kupowali pułapki zwane „roach motel”, że niby karaluch się melduje, a wymeldować nie może, bo jest przylepiony. Błee! Rzygać się chciało, ale absolutnie nic, poza zostawianiem światła na noc, nie można było zrobić.

Tantrysta od dwóch tygodni czekał na skinienie, a w łóżku nadstawiał łapę do drapania starannie owłosiony Karol, który po kilku dniach spania na podłodze w kuchni, dowcipkując wesoło, wlazł ze swoją kołdrą do jej pościeli w chińskie parawany. W sumie było to naturalne, ale dziwne, bo w rękę można się drapać drugą ręką, jak się ma, ale drapała, nie dyskutując.

Była podekscytowana jak chomik w kółku, do czasu, kiedy nie usłyszała chrapania. W nocy krzyknęła przerażona, zobaczywszy śpiącą koło siebie małpę z włosami na plecach. Rano go nie było. Pojawił się za dwa dni, w poniedziałek, uprzednio zadzwoniwszy, że ma regaty. Kłamał lepiej od Tarantuli, który kłamał zawsze, choćby przy podawaniu godziny przypadkowemu przechodniowi. Był na to sposób – nie słuchać. Kłamstw Karola trzeba się będzie nauczyć, bo zanosiło się na barona Münchhausena. Był w trakcie rozstania ze wstrętną niemiecką wariatką, która szczuła go córeczką niewiadomego pochodzenia. Nie byli razem od lat, a wredna Niemra nie chciała dać rozwodu. Mieszkanie Karola służyło mu do pracy, bo był profesorem matematyki i musiał pisać książki. Była pewna, że ta naukowość jest wymyślona, aż tu nagle zaprosił ją do swojego gabinetu na Uniwersytecie Nowojorskim, gdzie na półkach stały opatrzone jego nazwiskiem opasłe tomy oprawione w półskórek. To tłumaczyło jego świra. Wiadomo, że matematycy i fizycy to wariaci, tak się twierdziło na ASP i miało się rację. Molly jako młoda studentka przeszła przez małżeństwo z geniuszem matematycznym i do teraz szczękała zębami.

Karol nie pokazywał się w weekendy, więc Tantrysta pojawił się godzinę po telefonie, choć mieszkał daleko z dorastającym synem. Najpierw siedzieli nad sushi rozłożonym na drewnianej jasnej desce. Po małej restauracji krążyła, ruszając biodrami, żona właściciela, maleńkiego Japończyka. Była dupiastą i cycatą Kubanką o barokowym seksapilu. Na ścianach wisiały zdjęcia z karnawału w Rio i święte oleodruki z bardzo nadwyrężonym Jezusem, z którego kapały plastikowe krople krwi. Sytuację estetyczną łagodziły strusiowe pióropusze, bo Kubanka była niegdysiejszą królową samby. Pokazywały to zdjęcia, na których wiła się, obszyta cekinami, w ramionach jakiegoś bynajmniej nie samuraja.

Tantrysta z wiadomych powodów jadł szybko, ale przestał, gdy powiedziała, że sypia platonicznie z Karolem. Wykrzywił się jak japońska litera i poprosił o wyjaśnienia, które wydały mu się mocno kretyńskie. Był stary, dlatego trudno mu było pojąć coś oczywistego. Z kolei zapewnianie, nawet naj­­­­­­­­­­­bliższych kolegów, o platoniczności bycia z Karolem, było przyjmowane z paskudnymi uśmieszkami, tym bardziej że Karol robił miny Rasputina, który właśnie zlazł z carycy.

Zadzwonił, kiedy leżeli z Tantrystą, wspo­­­­minając ostatnie sekundy niezwykłego seksu opierającego się wyłącznie na ofiarności partnera i punkcie G, którego używać właśnie się nauczyła. W łóżku różnica dwudziestu lat zupełnie się zacierała. W tym momencie wolała go od Karola, który jednak był od architekta milion razy zabawniejszy, gdyż ten był mieszczańskim, polonijnym matołkiem.

To właśnie usiłował udowodnić przez telefon wściekły, bezsilny Karol, więc musiała odłożyć słuchawkę, bo Tantrysta zbaraniał, słysząc o sobie tak miłe rzeczy. Nie dość, że peszyła go obecność Tarantuli, daleko, bo daleko, ale jednak, to jeszcze jakiś czubek dobijał się telefonem co dziesięć minut.

Karol, jakby była sama, zadzwonił rano, że wpada na śniadanie, ale nie miała zamiaru przerywać sobie randki. Stał na dole: czyli był, czy nie był na regatach? Może spał u żony? Ee tam! Dzwonił, ale nie otworzyła. Weekend się skończył. Tantrysta w nienagannym garniturze i nowej, właśnie rozpakowanej, koszuli pomaszerował do subwayu.

Karol wpadł wieczorem z Tarantulą, żując coś ze smakiem, i podstawił rękę do drapania. Tak jak sprawni inaczej był tantrystą inaczej. Tylko brał, ale jej to nie przeszkadzało. Stanowili razem przezabawną towarzysko parę, dlatego dom był zawsze pełen gości, którzy wpadali, wymachując butelkami. Najmniejszy z nich, Eddie – chiński karzeł, adwokat – wpasował się idealnie w ich ześwirowaną paczkę. Jeszcze w czasach Karateki zapraszał Molly na kosztowne kolacje, uczył dobrych restauracji i win, których był kolekcjonerem. W jego mieszkanku pełnym drabinek, w specjalnych regałach spały butelki po kilkaset dolarów, które otwierał tylko w specjalnych momentach, na przykład kiedy wpadała Molly. Przyjaźnili się bardzo, a Eddie, dobry adwokat, z niejednych ją wyciągał opresji. Miał dwie wady: z wiatrówki, która przy nim wyglądała jak armata, strzelał do gołębi obsrywających mu parapet i nie przepadał za Karolem, bo twierdził, że to oszust: zresztą wiele osób tak twierdziło. Był zazdrosny, bo Molly miała znacznie mniej czasu na wspólne kolacje.

Karola szkalowano niesłusznie, bo okazał się prawdziwym profesorem. Jego ojciec był ambasadorem w Londynie i Karol musiał chodzić w podkolanówkach zimą do prywatnej szkoły dla chłopców. Tam nauczył się swojego brawurowego angielskiego. Jego babka była Skandynawką, muzą Ibsena. Skończył prestiżowe liceum w Warszawie i ekskluzywną matmę. Takie osoby nie są oszustami. Dlaczego jednak nawet jej kochający Polaków mąż twierdził, że Karol jest nieuczciwy, bo kupił jego rower od złodzieja i nie oddał, jak się wydało? Z kolei wiadomo, co mówią zazdrośnicy. Zakochana Molly wiedziała swoje i wierzyła, że po niekonwencjonalnych zalotach nastąpi takiż seks, jeśli wśród sierści znajdzie jaki taki kwiat paproci.

Goście, jak prawie co dzień, schodzili się powoli, koło północy. Nowy Jork nie śpi nigdy, oni pasowali do tej koncepcji idealnie. Poza Kaziem, nocnym stróżem w banku, nikt nie pracował. To znaczy u kogoś, bo malarze malowali, graficy rysowali, muzycy grali, pisarze pisali. W końcu Tarantula nie wytrzymał nędzy i oprócz zdjęć punków zaczął robić jakieś reklamowe fotki oraz rozwijać swoją remontową firmę krzak, czyli wszystko na lewo. Remonty za grosze, bez ubezpieczenia. Co z tego, nikt nie wiedział, że polska złota rączka rzucający kurwami na remontowanym dachu nabombiony jest jak koala i jak spadnie, to nie ma za co iść do szpitala. W ich paczce wszyscy byli bez grosza jak szewcy, co nie mieli pieniędzy, za to mieli czas. Dobre i to.

Pojawiali się na Manha­­ttanie stopniowo. Ona była druga, a pierwszy grafik Michał, po którym, gdy się wzbogacił, odziedziczyła mie­­­­­szkanie w sklepie na 10. Ulicy. Schodziło się po kilku schodkach. Po lewej stronie drzwi, na poziomie chodnika, znajdowało się wystawowe okno. Sklep był zakończony dużą łazienką i kuchenką. Reszta w jednym kawałku.

Mieszkanie podobało się wszystkim poza jej matką, która, zapłakana z powodu upadku córki, wyjechała po tygodniu, skracając pierwsze odwiedziny. Podziwiał je nawet sam asystent Kantora, do którego podczas manhattańskich występów ją doprowadził. Uwielbiała jego teatr i była bardzo przejęta. Akurat miał dobry nastrój i zgodził się na sesję zdjęciową, o której załatwienie poprosił Molly znajomy fotograf. Była to wielka przysługa, bo Kantor był kapryśną primadonną. Zdjęcia wyszły wspaniale, ale maestro nie odebrał ich osobiście, kazał zostawić w recepcji hotelu i nie podziękował. Fotograf długo lizał zranioną łapę.

To było dawno, ponad dwa lata temu, a teraz miała już swoją własną amfiladę z widokiem na boisko szkolne, co dawało oddech i prawdziwe dzienne światło, o które zawsze trudno w mieszkaniach na wchodzącej właśnie w modę East Village.

Cały czas leciało reggae, ulubiona muzyka Molly i Karola. W dzień słuchała, rysując, a wieczorami tańczyli, machając wchodzącym gościom. Dobrze, że staruszka na dole była zupełnie głucha, bo jakby nie była, toby ogłuchła. Każdy wnosił galon wina, którego nigdy nie brakowało, i słusznie, bo czy jest coś milszego niż w nocy napić się z przyjaciółmi, biednymi emigrantami, o minach właścicieli Manhattanu?

Balowali co wieczór, wymyślając różne atrakcje. Na początek teatr, założony z Kaziem, przyjacielem od lat, Markiem, kolegą amerykańskiego męża, i Tarantulą. Konsultował literacko sławny w Polsce Pisarz, którego, poza Molly, wszyscy się bali. Ona nie, i to od początku.

Jako młoda panna przeczytała jego pierwszy zbiór opowiadań i struchlała jak moc w jego późniejszej, bajecznej książce. To się nie mieściło w głowie. Lepsze niż proza amerykańska, w której się wtedy zaczytywała. Postanowiła poznać autora i wyjść za niego za mąż, jak tylko będzie pełnoletnia. On się w niej zakocha. Ot, zwykła historia o nagłej jak cios noża miłości.

Dowiedziała się, że przy Dziekance kręcono film, do którego scenariusz napisał jej idol. Był straszny mróz. Uciekła ze szkoły, podkradła piękny bułgarski kożuch matce, jej kozaczki z czerwonego skaju też się przydały.

Makijaż i na Krakowskie. W tłumku cudownych aniołów w białych ruskich kożuchach przechadzał się autor w rozpiętej do pępka koszuli, pod którą widać było owłosiony tors. Fryzura rzymskiego senatora. Duże usta – obowiązkowo pogardliwe, oczy zadumanego kondora. Spojrzał na nią, bo właśnie przechodziła pod sznurkiem z karteczką na autograf. Wiedziała, że zrobiła wrażenie. Autor szepnął coś do wymoczka w amerykańskiej kurtce i za chwilę dwóch spaślaków wyniosło ją z powrotem w tłum. Tak się poznali, długo to wspominała i opowiadała w szkole. To było dawno, teraz byli przyjaciółmi i razem przeglądali tekst sztuki o nazwie Satyra na leniwych chłopów. Mieściło się w niej wszystko. Historia, pierwiastek prawdziwego Polaka i narodowy luzik. Kanwą były autentyczne staropolskie ramoty. Wieczorami z Karolem i całą grupą pisali scenariusz. Pisarz, jak miał czas, komentował twórczo. Wszystko było żartem i nie miało sensu, za to wspólne wymyślanie było idealne na emigracyjne, rozchwiane życie.

Wspominała to, patrząc na śpiącą Molly z głową ułożoną tak, żeby nie pogniotły się włosy obcięte u męskiego, włoskiego fryzjera na rogu Broadwayu i 4. Zachodniej Ulicy. Molly uśmiechała się przez sen i wyglądała ładnie, nawet w trupim świetle lampeczki, którą ona zapaliła, żeby chwilę poczytać artykuł o katastrofach lotniczych, który znalazła w kieszeni naprzeciwko. Co za pomysł na rozrywkę w czasie lotu? Jednego wciągnęło w muszlę klozetową i odmarzło mu dupsko. Sześciu z fotelami wyrwało i uniosło w kosmos, inny samolot się nie wyrobił i skończył mu się pas, więc wpadł do morza, a piloci uciekli. Potem się okazało, że jeden leciał po raz pierwszy, a drugi był naćpany. Było też trochę zdjęć rozbitych samolotów, z detalami. Nic ją to nie obeszło, bo od dawna nie bała się latać i samolot traktowała jak pociąg.

Kątem oka widziała, jak kolejni pasażerowie klasy eknomicznej chcą się przekraść do ich pachnącego kibla. Nic z tego. Stewardesy grzecznie brały ich za kark i wrzucały w czyśćcową otchłań pełną chrapiących piwoszy i wódkoszy. Ciemność była przyjazna i sprzyjała wspomnieniom, które zachwycone obecnością Molly wyskoczyły jak wiosenne kiełki. Jak zwykle lot był miły.

Pisarza zobaczyła z okna autobusu na 8. Ulicy kilka miesięcy przed robieniem teatru, na który dość długo mieli pomysł. Szedł w rozpadającym się skórzanym płaszczu, wspomnieniu po żołnierzu Wehrmachtu, i miał z powodu mrozu zapięty jeden guzik u koszuli więcej. Do przystanku było daleko i bała się, że idol, o którego przyjeździe wiedziała od Ewy i podziemnych przyjaciół, zniknie.

Powiedziała kierowcy, że ma ciążowe mdłości i autobus stanął. Pobiegła za miarowo powiewającym płaszczem. Pisarz nawet się nie zdziwił, gdy podeszła i szybko wymieniła kilku wspólnych przyjaciół. Skończyło się w barze i w barze zaczęła się ich niekrępująca znajomość, dłuższa, niż mogłoby się na początku wydawać.

Pomimo lekkiej degradacji wszyscy polscy artyści i ich satelity starali się mieszkać na Manhattanie, jak najbliżej siebie, i widywać się bez ograniczeń, ile tylko można, bo emigracja dawała wolność, szczególnie tym, którzy przyjechali sami.

Salonik Molly podzielony był umownie na sekcję taneczną i intelektualno-solidarnościową, w której rej wiedli Ewa i socjolog z Krakowa, współmieszkaniec jej amerykańskiego męża. Generał zaraz padnie i musi odwołać stan wojenny, jak Ruscy nie weszli, to nie wejdą. Internowani trzymają się dzielnie, bojkot telewizji i radia trwa. Życie kulturalne toczy się w kościołach. Filareci nowej generacji zasypani proszkami do prania z darów zagranicznych obmyślają zemstę na komunie. Pisała o tym przyjaciółka Molly, cudowna Poetka, która tęskniła do niej i cierpiała, choć bez problemu płynęła na katamaranie złożonym z męża, znanego lewicowego dziennikarza, i kochanka, podziemnego do szpiku kości. Na pokładzie bawiło się dziecko.

Sztuka pod tytułem Pikuś w żabę przemieniony, autorstwa prawie wszystkich, a najbardziej Reja i Kochanowskiego, miała premierę za tydzień. Opowiadała historię psa emigranta, który po całym świecie szuka odpowiedniej żaby, żeby ją pocałować i wybawić. Brnie trasą Kordiana przez Alpy i mickiewiczowskie ukraińskie prerie. Spotyka postacie historyczne, ale nigdzie nie zabawia długo i cały czas naraża życie. Ma amarantową obrożę z białą baryłeczką na wódkę, wiadomo, barwy narodowe. Płakali ze śmiechu. Spróbowali kilka razy i dopuścili głośne podpowiadanie przez suflera – właściciela polskiej księgarni.

Nadszedł pamiętny dzień pierwszego przedstawienia. Miało ono charakter charytatywny, bo zysk z biletów – pięć dolarów od osoby – przeznaczano na operację zmniejszenia wielkiego biustu Molly. Było o tym na plakacie wiszącym w polskiej restauracji Krystyna i wszyscy rozumieli powagę sytuacji, bo często tam wpadała na flaki z Pisarzem w coraz bardziej reytanowskiej koszuli.

Bilety sprzedawano w przedpokoju, więc zrobił się korek od czwartego piętra do parteru. Przed drzwiami „ukraińska małpa”, właścicielka domu, znana pijczyni polskiej krwi, zdumiona zamiatała pierwsze żółte liście, które dopiero zaczynały fowistyczną hulankę. Eddie, chiński karzeł, pozdrowił ją mile i pomachał wielką butelką wina. Oniemiała. Chińczyk w jej domu? Pozdrowił ją po angielsku. Nie znał polskiego, ale i zaprzyjaźnieni Amerykanie też.

W małym mieszkaniu był tłum siedzący na podłodze, krzesłach, kanapie, jej oparciu i parapetach. Na piętnastu metrach zmieściło się około pięćdziesięciu osób. Widać trafili w lukę, bo na Manhattanie polskiego teatru nie było. Wszystkim dyrygował Karol, udający właściciela Molly i pomysłodawcę. Pomimo jesieni upał był nie do wytrzymania i aktorzy pocili się w garderobie, czyli ubikacji na korytarzu, na której przypięto ich nazwiska. Molly jako potrójna mężatka miała ich aż cztery. Było ciasno, ale się napili. Tarantula w chińskim kimonie i koronie był Chrobrym, który gardzi Pikusiem. Marek w sukmanie – starej jesionce przepasanej łowickim bieżnikiem – powtarzał na głos tekst. Molly w stroju szlacheckim i z wąsem z suchej trawy była narratorem. Rozpoczynała spektakl zdaniem z Satyry na leniwych chłopów – „chytrze bydlą z pany kmiecie”. Stała na scenie, czyli we wnęce sypialni, i deklamowała. O tyle niepotrzebnie, że na jej widok wszyscy pospadali z kanapy i krzeseł, a reszta na podłodze wiła się jak czerwie.

Kazio w pilotce z uszami grał Pikusia. Marek – wójt – przygniatał nogą w adidasie jego kark psa patrioty. Alpy były krzesłami przykrytymi na biało prześcieradłami, to przez nie przedzierał się na czworakach. Też nie było go słychać, bo wszyscy ryczeli ze śmiechu. Szkoda, bo pięknie deklamował Odę do młodości. Szło jak z płatka. Nagle ukazał się Chrobry z gumową, dmuchaną żabą, do której podkradł się skamlący z radości Pikuś. Sala szalała, gdy po pocałunku z żaby z pierdzeniem wyszło powietrze, a spod prześcieradła ukazała się Molly w koronie z folii aluminiowej i włosami z trawy jako Wanda, co nie chciała Niemca, a psa chętnie.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Wstęp krótki

Duża liczba dań polskich, które gotowała Molly na Manhattanie, sugeruje nostalgiczny stosunek jej i stołowników do kulinariów dalekiej Ojczyzny. Ale raczej chodziło o to, że knajpy orientalne były co krok. Poza tym produkty używane do polskich dań w Ameryce są tanie, a to wtedy było ważne. Na Manhattanie są sklepy typu mydło i powidło, prowadzone przeważnie przez Sikhów, gdzie można kupić duże opakowania oliwy i przypraw, a nawet garnki i patelnie. Tanio i miło.

Były pewne reguły: „Jemy ostrygi, kiedy tylko jest okazja” – jak mawiała Jackie Kennedy. Staramy się nie jeść masła, bo drogie, a oliwa lepsza. Nie pieczemy ciast, bo obok cukiernia. Oszczędzone pieniądze wydajemy na sushi i wino.

Wszystkie przepisy na minimum pięć osób, dla mniejszej liczby nie opłacało się gotować. Wszystko „na oko”, dlatego nie podaję liczb i gramów.

Nie ma dobrego jedzenia bez przypraw, soli, ziół i świeżego czosnku. W domu Molly zawsze były: sól morska, pieprz czarny w młynku, curry, papryki słodka i ostra, pieprz kajeński, chili, majeranek, zioła prowansalskie, kminek cały i mielony, kurkuma, garam masala i mielony imbir. To baza. Do tego świeże zioła: zielona pietruszka, kolendra, bazylia.

Można je posiać w wielkiej, płaskiej doniczce, ale trzeba podlewać. Lepiej kupować na bieżąco. W ogóle lodówka powinna być pusta. Tylko kawa, mleko, czosnek i negatywy zdjęć Tarantuli.

Śniadania je się w coffee shopach za grosze. A zakupy robi kilka godzin przed obiadem; Molly serwowała go o siódmej wieczorem. Do pomocy musiał być podkuchenny. Wszystkie przepisy są idealne dla wielodzietnych rodzin z przyległościami, bo tanie jak barszcz. Aż się płakać chce, taka bida, ale wszystko przepyszne, a jak się znudzi, są przeróżne restauracje. Poza tym ważne jest dobre towarzystwo. Samemu gotować jest nudno i pierwsi wpadli na to Amerykanie, którzy wręcz zapędzają gości do kuchni, żeby pomagali, popijając wino. W ogóle zaproszenie kogoś na domową kolację jest wyróżnieniem, a w restauracjach podejmuje się dalszych znajomych lub szefów, jak się ich ma. Jedzenie i jego przygotowanie tworzy zastępczą rodzinę i wtedy chyba to się Molly udało.

Przepisy kulinarne z natury śmieszne nie są, a szkoda. Osoby, które lubią żarty z jedzenia, odsyłam do Alicji w krainie czarów.

Dania szczególnie niezdrowe oznaczone są *.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.