Wydawca: Burda Książki Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 251 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Idiotka. Miłość w Nowym Jorku - Hanna Bakuła

Na pokładzie samolotu do Nowego Jorku trzydziestoletnia Molly spotyka tajemniczą pięćdziesięciolatkę. Losy tych dwóch kobiet spirala czasu splata w przedziwny sposób. Starsza wie o życiu Molly w wymarzonym Nowym Jorku. Bo Molly to ona sama dwadzieścia lat wcześniej. Jest tytułową „idiotką”, która nie zna życia. Ma pięć tysięcy dolarów gotówką ukrytych w staniku i głowę pełną marzeń. Tymczasem nic nie ułoży się tak, jak planuje Molly: supersolidny przyjaciel Lolo nie odbierze jej z lotniska, nowojorskie lokum okaże się slumsem w murzyńskiej dzielnicy, a przyjaciółka oskubie ją z pieniędzy. No i pojawi się Karateka o imponującej muskulaturze – wielka miłość, ale i wielka klęska.

Samolot, jak srebrzysty pelikan, pomykał sobie przez watę. Patrzyła na Molly i zazdrościła jej wiary i młodości… Miała pokusę, aby choć zasugerować jej możliwość tego, że w Ameryce będzie zupełnie sama i zdana wyłącznie na siebie. Ale zrozumiała, że jakiekolwiek dobre rady nie mają sensu… Są ludzie, którzy muszą się sami potknąć…

To wzruszająca powieść o miłości i namiętności z Manhattanem w tle. Nowy Jork w latach osiemdziesiątych był pępkiem artystycznego świata i dyktował styl. Młodzi polscy artyści i inteligenci dzięki zawirowaniom historii zostają w Ameryce i żyją, jakby nie istniały pieniądze i problemy. To zasługa przyjaźni i cudownego miasta. Wraz z moim kolegą i współmieszkańcem Tarantulą dokumentującym cudowne życie punków w East Village, przez dziewięć lat miałam szczęście być w centrum sztuki, przebrana za punka, żeby nie odbijać od otoczenia. Idiotka… opowiada o miłości i moich pierwszych latach na Manhattanie spędzonych z grupą przyjaciół, również amerykańskich. Do dziś nie wiem, jak to się nam udawało.

Pięćdziesiąt groszy z każdego sprzedanego egzemplarza książki zostanie przekazane na statutową działalność Fundacji Hanny Bakuły.

Opinie o ebooku Idiotka. Miłość w Nowym Jorku - Hanna Bakuła

Fragment ebooka Idiotka. Miłość w Nowym Jorku - Hanna Bakuła

Dla Emila

Jechali coraz bardziej obskurnymi uliczkami, które wyglądały jak z horroru o Nebrasce. Sterty śmieci, rozprute foliowe worki i  dziwnie kontrastujące z  nimi bardzo porządne czerwone hydranty. Murzyn jechał jak po swoje. Ona z kolei była pewna, że nastąpiła jakaś pomyłka, bo co jak co, ale na tej ulicy nie było z  pewnością ani jednego mieszkalnego domu. Same garaże pomalowane sprejami bez ładu i składu. Okazało się, że są na miejscu, czyli pod zamkniętym na metalową żaluzję garażem na puściutkiej ulicy. Zgadzał się numer jeden i  drugi, zgadzało się osiemdziesiąt dolarów na liczniku.

Nagle została sama z dwiema ogromnymi walizami, ubrana jak laleczka z  Kalifornii w  białych jedwabnych spodniach, lnianej bluzce z tygryskiem wyhaftowanym na plecach, z rudymi nieuszkodzonymi podróżą lokami, w  pięknych białych sandałkach wysadzanych sztucznymi kamykami. Nigdy w życiu nie wydawały się jej bardziej idiotyczne. Czuła się jak obrana krewetka i  stała słupka, umierając ze strachu. Zadzwoniła parę razy przez grzeczność, ale oczywiście nikogo nie było, czego była pewna, zanim zadzwoniła, bo zawsze wiedziała, czy ktoś, kogo szuka, jest w domu. To, żeby Lolo ją wykiwał, nie wchodziło w  rachubę. Był jej serdecznym przyjacielem, a  skoro nim był, to jedynym wytłumaczeniem tego, że nie był po nią na lotnisku, było to, że nie żyje. Minąć się nie mieli jak, bo czekała na środku holu ponad godzinę, pilnując bagaży. Raz wybrała się do budki zadzwonić. Najpierw wystraszyła ją jakaś strasznie szybko mówiąca kobieta. Potem Lolo oznajmił łaskawie, że nie może podejść do telefonu. Nie wyjaśnił, czy chodziło o  paraliż, czy o  nieobecność. Gorączkowo myślała, co zrobić. Nie miała planu miasta, nie miała pojęcia, gdzie jest, czym się tu jeździ, skąd wziąć taksówkę. Jeżeli tak dalej pójdzie – pomyślała – to pięć tysięcy dolarów schowane przemyślnie w staniku wystarczy akurat na zwiedzenie miasta taksówką.

Nagle od jednej ze ścian odlepiło się dwóch wysokich Murzynów. Byli nieprawdopodobnie obdarci i  czarni. Stanęli nieopodal i  przyglądali się sobie jak stado antylop lwu. Nie do końca czuła się antylopą, oni też nie mieli pewności, czy byli lwami. W większej walizce miała srebrne sztućce do ryby na dwanaście osób – pamiątkę rodzinną – obrus haftowany, sporą ilość swojej biżuterii srebrnej oraz absolutnie wszystkie kosmetyki. W walizce mniejszej nierozsądnie umieściła katalogi, przybory do malowania, karty do brydża i – idiotyczne w tej sytuacji – pół litra dla Lola oraz parasolkę składaną. Mało wiedziała o Murzynach, ale sama wzięłaby większą walizkę zamiast mniejszej. Są dwie teorie co do uratowania życia w  sytuacji beznadziejnej. Albo się patrzy napastnikowi w oczy i zadaje jakieś proste pytanie, albo się udaje, że go nie ma, licząc na to, że staniemy się niewidzialni. Proste pytanie zadałaby chętnie, gdyby taka sytuacja wydarzyła się w Warszawie, ale jej angielski mógł tylko pogorszyć sytuację. Przebrana za Królewnę Śnieżkę z biustem numer cztery nie miała co liczyć na niewidzialność.

Murzyni przysuwali się bardzo powoli, kopiąc od niechcenia śmieci i  patrząc zupełnie nieprzytomnym, znarkotyzowanym spojrzeniem. Pożałowała swojego idiotycznego snobizmu, aczkolwiek chęć ułożenia sobie historyjki o tym, co się dzieje, tak aby się nadawała do opowiedzenia w  SPATiF-ie, łagodziła jej strach, a  była jeszcze torebka, w niej zaś wszystkie dokumenty, za to mało pieniędzy, ale wiadomo, że Murzyn lubi się sam o tym przekonać w swoim zacisznym gniazdku.

Majowe niebo zamykało się jak błękitny parasol i  pojawiły się ciemniejsze chmurki zwiastujące noc. Nie wiedziała, czy chce jej się siusiu ze strachu, czy z piwa. Jedno było pewne. Nie było żadnej szansy, żeby pójść do toalety.

Murzyni zatrzymali się na naradę. Na wszelki wypadek usiadła na walizce większej i zapaliła papierosa. Wtedy na horyzoncie ukazał się galopujący Lolo. Był całkiem na piechotę i  całkiem niepodobny do siebie. Głównie dlatego, że było go pół. Był o połowę chudszy, jakby skurczony, miał mniejszą głowę, połowę włosów i  połowę tych co zawsze zębów. Murzyni zagruchali przyjaźnie. Lolo odgruchał i podniósł wielką metalową żaluzję. Znaleźli się w garażu.

– Tu mieszkam – oznajmił.

Rzeczywiście było pięknie. Rama od motocykla, dwie podarte kanapy samochodowe, jakiś gruchot na podnośniku. Syf i malaria. Nie wiadomo, z jakich powodów nie zwariowała w tym momencie, ale może to różnica czasu, bo była już dwadzieścia godzin na nogach, a w samolocie żłopała jak najęta, co sprawiło, że wszystko oglądała, jakby była w akwarium. Lolo paplał jak subretka. Uchylił wielką drewnianą klapę i zaczął schodzić po drabinie. A na dole ślicznie. Przedpotopowa lodówka zamknięta na drewniany skobelek, stara rozlatująca się kanapa, szmaciane dywany, trójkątny stolik z laminatu na trzech metalowych nóżkach, dwa krzesełka bez oparcia, ekspres do kawy z  czasów Gershwina, a  za białym wiszącym w  poprzek prześcieradłem następny salonik urządzony podobnie.

– To twój pokój – oznajmił Lolo, promieniejąc staropolską gościnnością. – Z tyłu są gwoździe, to sobie możesz powiesić ubrania.

Poruszała się sennie jak Kleopatra ukąszona przez węża. Absolutnie nie wchodziło w  rachubę, by dopuściła do siebie myśl, że wszystko, co widzi, jest prawdą, bo wtedy musiałaby coś zrobić. A ona miała chęć wyłącznie na siusiu i kawę. Lolek wyglądał jak Chrystus, którego grał w teatrze. Tyle że był bez charakteryzacji.

– Nie mam kawy – oznajmił. – Jak masz jakąś forsę, to pójdę kupić.

Dała mu dziesięć dolarów, przeliczając je wprawnie na wódkę z  Peweksu. Wyniosło dwanaście butelek. Kiedy wyszedł, zajrzała do lodówki, w której leżał skurczony szczypior i  dwa filmy kodaka. Okazało się, że zapchała toaletę. Kiedy spuściła wodę, muszla zaczęła gwałtownie się napełniać. A  tu żadnych przyrządów. Umierała ze wstydu, ale Lolek powiedział, gotując wodę w straszliwym aluminiowym czajniku, że Amerykanie lubią sobie popatrzeć na kupę, i dlatego muszla zawsze pełna jest po brzegi.

Oczy piekły ją jak prasowane żelazkiem. Opowiadała o wszystkich znajomych, a język plątał się jej jak sznurowadło. Okazało się, że Lolek jest kelnerem. Pracuje w nocy, zęby wyrwał, bo go bolały, włosy wypadły bez pomocy, ale jest bardzo zadowolony, bo niedługo zagra w produkcji off Broadway.

„Ciekawe co?” – myślała sennie, kiwając się jak piesek za tylną szybą taksówki. Każda część jej ciała leżała poukładana oddzielnie. Jak przez mgłę dobiegła ją informacja, że mieszkanie dzieli Lolek z  dwójką aktorów, którzy trochę ćpają, ale ma iść za prześcieradło i  spać spokojnie, bo są kapitalni. Po czym grzecznie poprosił, by nie zostawiała na wierzchu żadnych pieniędzy.

Kiedy wyszedł, runęła na sprężyniastą kanapę jak kłoda i rozpoczęła swój pierwszy American dream. Pierwszy, za to krótki, bo za chwilę z drabiny runęły na dół dwie postacie – wyolbrzymione chińskie cienie na białym prześcieradle. Ewidentnie byli odmiennej płci, ale darli się jak równy z  równym. Nie rozumiała ani słowa. Jak zajączek szarak modliła się, żeby stać się niewidzialna. Państwo wzięli się za krzesła i zaczęli się napieprzać jak obłąkani. Teraz było jasne, dlaczego krzesła nie miały oparć. Bójka skończyła się tak, jak zaczęła, nagle, za to rozpętał się dość chaotyczny akt seksualny widoczny na białym ekranie. Gdyby nie strach i świadomość tego, że nie wie, gdzie jest Lolek, byłoby to cholernie zabawne. Idąc rano przez ich część pokoju, zobaczyła dwa wymizerowane, sine golasy śpiące jak Jaś i  Małgosia. Jej klucz leżał na stole. Włożyła sto dolarów do stanika, resztę pieniędzy wsunęła w szparę kanapy i udała się na poszukiwanie hotelu.

Hotel Kenmoore nie dał na siebie długo czekać. Był tuż za rogiem. Straszliwe miejsce, w  którym mieszkał Lolo, było jakby przygrywką do bardzo niebezpiecznej zachodniej części ulic dwudziestych na Manhattanie. Zupełny brak świadomości topografii miasta – bo i skąd – dawał jej odwagę kretyna, który nie wie, że zamiast śliwki miętosi nos niedźwiedzia. Słońce bielało wysoko na błękitnym niebie bez cienia chmurki. Szła ulicą wśród zdumionych kolorowych różnej narodowości, którzy spali smacznie na spłaszczonych tekturowych pudłach, wśród pustych puszek po piwie i nadgryzionych hamburgerów. Śmierdzieli niemiłosiernie, w przeciwieństwie do niej, która wyperfumowała się jak kurtyzana i  założyła dla odmiany biały jedwabny kombinezon pasujący idealnie do jej wyżej wzmiankowanych sandałków.

Kiedy weszła do recepcji, zza laminowanej ściany wyłonił się płaskogłowy wrzodowiec łysiejący z  tyłu plackowato. Spojrzał na nią martwym spojrzeniem dziadka utopionego w  akwarium. Pokoje nie były drogie, bo tylko piętnaście dolarów za dobę. Była bardzo zadowolona, a niejaki Bob, czyli podpisany na piersi facet, był tak zdziwiony, że ledwo kłapał żółtymi sztucznymi zębami.

Kiedy wróciła do domu, państwo jedli chińszczyznę, która smakowała jej jak nigdy nic. Narkomani po lekkiej trawce zachowywali się serdecznie jak odnaleziona po wojnie dalsza rodzina. Wszyscy z  ulgą przyjęli jej decyzję o  wyprowadzce do hotelu. Mniejszą walizkę z przyborami do malowania, w której z punktu widzenia narkomana nie było nic ciekawego, zostawiła. Większą Lolek dowlókł do hotelu i wjechali na górę, zostawiając ją w recepcji, bo Bob powiedział, że tak będzie lepiej.

Pokój, którego obsrane przez ptaki okno wychodziło na ścianę sąsiedniego domu, też obsraną, nie był większy od przedziału kolejowego. Łóżko na zawiasach przyczepiono do ściany. Było lustro, umywalka i krzesło. Drzwi zamykało się, opuszczając łóżko, gdyż otwierały się do środka. Pod sufitem paliła się oblepiona muchami malutka jarzeniówka. Nie umarła, tylko pomyślała, że lepsze to, niż dostać krzesłem, a po telefonie do licznych znajomych znajomych za chwilę zostanie zaproszona do jakiegoś luksusowego apartamentu. Koło umywalki leżał uschnięty ręcznik i cienka poszarzała pościel. Lolowi bardzo się podobało i  powiedział, że to jest fajny hotel, bo ma basen. Jedyny basen hotelowy, jaki znała, był w  warszawskiej Victorii. To trochę łagodziło stan jej upodlenia. Lolo odfrunął, zapraszając ją na kolację. Ucieszyła się bardzo, ale na krótko, bo wyobraziła sobie, jak z niej wraca dwa kilometry między garażami.

Postanowiła się przejść. Na wprost hotelu znajdował się coffee shop. Za ladą stał stuletni eksbandyta włoski, który nalał kawy z dzbanka. Rzuciła się jak żbik. Łyknęła i wypluła na ladę niewyobrażalne świństwo. Była to brązowa woda, którą nazywa się American coffee. Zapłaciła i powlokła się w stronę przeświecającego między budynkami nieba, licząc na jakiś przytulny skwerek, który, owszem, tam był, tyle że ogrodzony stylowym żeliwnym parkanem i zamknięty na cztery spusty. Po obu stronach ulicy znajdowały się miejskie szalety z okrągłymi lampkami przy wejściu. Do szaletu jej nie było, a dzień zapowiadał się strasznie długi.

Zdecydowała się wrócić do hotelu i skoczyć na basen. Bob wypożyczył jej własną walizkę, z  której wyjęła kosmetyki i kostium, poszła na górę, przebrała się i  zawołała windę. Ta nadjechała wypełniona dwoma staruszkami na wymarciu. W upiornym świetle lampki wyglądali jak z horroru. Z uszu sterczały im wielkie kręcone włosy, z nosów też. Ubrani byli w podkoszulki i ucięte przed kolanem spodnie od wełnianych garniturów. Basen miał cztery na pięć metrów i pływały w nim dwa plastikowe łabędzie naturalnej wielkości. Dookoła, powtykane byle jak, piętrzyły się sztuczne gałęzie imitujące roślinność tropikalną. Wszystkiego pilnował stary Murzyn w stroju pielęgniarza z domu wariatów. Stała chwileczkę, patrząc, jak dwóch staruszków z windy skoczyło do wody w tychże wełnianych spodniach. Popiskiwali radośnie. Wróciła na górę i  rzuciła się do telefonu. W  pokoju było szaro, bo nie dochodziło dzienne światło. Sięgnęła do torebki po notes, który rzuciła w kąt, bo oblepiony był karaluchami. Postanowiła zaryzykować śmierć przez uderzenie krzesłem, tym bardziej że niewiele już z  niego zostało. Pobiegła do Lola. Otworzył po pięciu minutach rozespany jak niemowlę.

– Musisz kupić roach motel – powiedział, drapiąc się po brzuchu, i wyrecytował slogan mówiący o tym, że karaluchy się w nim chętnie meldują, ale zdychają i nie mogą się wymeldować. Wytłumaczył również, że w Nowym Jorku karaluchy są wszędzie i  najlepiej po prostu mordować je kapciem i nigdy nie mieć nic do jedzenia poza lodówką.

Wykonała parę telefonów. Wszyscy ogromnie się cieszyli, szczególnie dowiadując się, że mieszka w  hotelu i ma pieniądze. Najbliższy termin spotkania pewni starsi państwo, znajomi jej najbliższej przyjaciółki, wyznaczyli na po weekendzie, a był czwartek. Następni wyjeżdżali na dwa tygodnie. Dopiero Krysia, dawna koleżanka ze studiów, ucieszyła się naprawdę i zaprosiła ją do siebie.

– Weźmiesz metro numer siedem w stronę Queens.

Dojedziesz do końca, przesiądziesz się na pociąg do tu i tu, nim też do końca, a ja będę na stacji.

– Gdzie jest metro? – zapytała.

– Co siedem bloków albo coś takiego. Łatwo poznasz, bo przy wejściu palą się okrągłe lampki.

Wyjaśniła się sprawa pisuarów. Umówiła się na jutro.

Samolot warczał beztrosko.

Jej sąsiadka Molly pociągała whisky z  piersiówki kupionej na lotnisku. W  pierwszej chwili chciała jej powiedzieć, że picie alkoholu w  czasie długich lotów po pijackiej drzemce powoduje straszliwe przebudzenie się na kacu z perspektywą dalszych kilku godzin dużego strachu. Nauczyła się tego przez wiele lat fruwania do Nowego Jorku i Kalifornii. Góra jedno piwko i jedno winko. Molly patrzyła przez okno na chmury i znowu pudrowała nos. Nie wiadomo dlaczego i komu chciała się podobać. Właśnie zabrała się do zmywania makijażu, mając nadzieję, że wkrótce puszczą film i  będzie się mogła chwileczkę zdrzemnąć.

– Jak się nazywa główna ulica handlowa? – zapytała Molly.

– Zależy, co pani chce kupić – odpowiedziała, chichocząc w duchu, bo w Nowym Jorku każda ulica jest handlowa na swój sposób, chyba że trafi się pomiędzy garaże, składy, stare fabryki i  inne miejsca, z  których wyjście żywym jest prawdziwym sukcesem.

– Co to jest loft? – pytała bez przerwy. Żeby odpowiedzieć na którekolwiek pytanie, musiałaby mówić dwie godziny o tym, jak naprawdę wygląda i funkcjonuje Manhattan. Że blok to nie budynek, tylko odległość między ulicami poprzecznymi lub alejami podłużnymi.

– Dlaczego pani pyta o loft?

– Bo mój przyjaciel Lolo, aktor, ma loft w  artystycznej dzielnicy. Zatrzymam się u niego, a potem wynajmę sobie jakieś mieszkanie z pracownią.

Było to piekielnie zabawne, bo wiedziała, ile ma pieniędzy. Pięć tysięcy dolarów gotówką w studolarowych banknotach leżało bezpiecznie na jej lewym cycku. Było to akurat tyle, żeby sobie pomieszkać z  sublokatorem przez pół roku. Nie jedząc, nie pijąc i nie jeżdżąc.

Wszystkie osoby w samolocie ubrane były wizytowo, wręcz balowo. Kobiety obwieszone biżuterią, na wysokich obcasach, ze świeżą henną na brwiach, w  zalotnych za krótkich spódnicach, albo staruszki ze skołtunioną trwałą ondulacją, ściskające kurczowo duże zniszczone torebki, w  których miały cały swój dobytek. Z  tyłu koło toalety wesołe grupki młodzieży męskiej otwierały ochoczo półlitrówki wiezione dla krewnych w USA. Było czarno od dymu papierosowego. Co pewien czas jakiś lśniący grubas odrywał się od kolegów i wtaczał do toalety po nierównej walce z  harmonijkowymi drzwiami, pod którymi w  sekundę odnajdowała się matka z  dzieckiem ubranym w potworny klaunowski stroik, mający być dowodem na to, że jesteśmy nie gorsi od tych, którzy nas zaprosili. Stewardesy biegały jak w ukropie, bo darmowość drinków sprawiała, że nawet niepijący chętnie by się napili.

Molly już była na lekkiej bani i jej profil rzymskiego senatora tracił swą ptasią ostrość.

Pamiętała dzień, kiedy kupiła bluzeczkę z  haftowanym tygryskiem, którą Molly miała na sobie. Było to poprzedniego roku w  Niemczech, kosztowała fortunę, a  ona, płacąc, widziała zdumione miny zachwyconych nowojorczan.

Minęły dopiero dwie godziny, a wrzało jak na średniowiecznym jarmarku. Wytoczyły się metalowe wozy pełne tacek, wzbudzając zachwyt i pożądanie. W  samolocie był rok osiemdziesiąty pierwszy. Wtedy w Polsce w sklepach można było dostać tylko majeranek i ocet. Plastikowe łyżeczki dawało się w prezencie.

Molly opowiedziała zabawnie wszystko to, co wiedziała o swoich przyjaciołach w kraju, tyle że wszyscy byli troszeczkę wyżsi, bogatsi, ładniejsi, inteligentniejsi i kochali ją do szaleństwa. Przez chwilę bardzo jej zazdrościła takich fajnych znajomych, a  potem przypomniała sobie, że przecież zna te osoby i pasują do tych rysopisów jak pięść do oka.

Po jedzeniu i wypiciu dwóch buteleczek wina Molly zaczęła się powtarzać. Przypudrowała nos, wwierciła głowę w oparcie fotela i ucięła sobie drzemkę.

Kiedyś w  jakimś wywiadzie powiedziała zdanie, którym zatruwano jej potem życie: „Znowu muszę jechać do Nowego Jorku!”. Było to w  czasach wydzielanych paszportów, stania godzinami przed ambasadą. To jej nie dotyczyło, bo od lat miała amerykańskiego męża z porządnej rodziny. Nowy Jork nigdy jej nie spowszedniał, chociaż spędzała w nim większość roku, bo każdy przylot był zupełnie inny. Mogła zamknąć oczy i  odtworzyć drogę samochodem z lotniska na Manhattan. Najpierw jedzie się wśród obitych byle tekturą pseudokolonialnych domków z wyliniałymi ogródkami. Na kilku pasmach autostrady bezstresowo suną stare i  nowe, wielkie i małe, poobijane i wypucowane auta. W prawie każdym podryguje kierowca, bo każdy sto razy za głośno słucha radia. Przejeżdżają rodziny portorykańskie, które nigdy nie widziały swojej ojczyzny, przejeżdżają grubi Murzyni i chude wściekłe staruszki.

Zza kolejnego zakrętu nagle na horyzoncie wyrasta najpiękniejsza pocztówka świata: panorama Manhattanu.

Pamiętała dzień, kiedy wjeżdżała na Manhattan żółtą taksówką z antypatycznym Murzynem oddzielonym od niej plastikową odrapaną szybą, w  której była dziurka z  metalową rynienką na włożenie pieniędzy. Później okazało się, że jakimś cudem woził ją ponad godzinę dłużej, niż potrzeba, za osiemdziesiąt dolarów. Patrząc przez okno, strasznie żałowała, że jest sama i  nie ma komu pokazać choćby takiego chryslera w kryształowej czapce ze srebrnymi rzygaczami, wyglądającego jak luksusowe auto z lat dwudziestych w pionie.

Zapomniała o całym świecie, bo na tle najwyższego nieba, jakie widziała w kolorze egejskiego turkusu, fruwały jeden za drugim malutkie samolociki, a pod nimi kolejno prężyły się jak na defiladzie wszystkie najpiękniejsze drapacze chmur. Przy opisywaniu Manhattanu nie sposób zachować dystansu. Musi on być kiczowaty i zawsze jest sto razy gorszy od tego, co można zobaczyć, jadąc z lotniska. Na Manhattan wjeżdża się przez most żeliwny nabijany ćwiekami, mając po prawej stronie na wyciągnięcie ręki dziewiętnastowieczne budynki fabryczne z brudnymi oknami, wielkie komunalne bloki z  czerwonej cegły, w  których gnieżdżą się tysiące biedaków. Most jest długi, bo rzeka jest szeroka.

Ding!!! – zadźwięczał dzwonek. Wlecieli w  strefę turbulencji. Molly obudziła się przerażona. Wiadomo było, że piekielnie boi się latać, dlatego tyle pije.

Nie była ładna w potocznym znaczeniu. Trzeba było uczciwie przyznać, że miała piękną cerę i oczy. Rzymski profil był już dla amatorów. Ewidentnie w kreowaniu wizerunku pomagały jej studia na Akademii Sztuk Pięknych. Miała płomienne rude włosy średniej długości, czerwone pazury u  rąk i  nóg, a  na nogach ekstrawaganckie białe sandałki na płaskiej skórzanej podeszwie wysadzane kolorowymi sztucznymi kamieniami. Był to strój idealny na Amerykę z jej wyobrażeń, której nauczyła się z  hollywoodzkich filmów. Zachowywała się też luźniej niż normalna Polka w pierwszej podróży za ocean. Wiedziała, że boi się jak cholera, ale bałaby się sto razy bardziej, gdyby wiedziała to, co ona.

– Jak tylko się jakoś ustawię – powiedziała Molly, pudrując nos po raz setny i już w zupełnej ciemności, bo właśnie miała się zacząć projekcja filmu – to od razu ściągam chłopaków. Mam narzeczonego i  przyjaciela. Chcemy mieszkać razem. Oni są pisarzami, skombinuje się jakieś stypendia.

Była pełna euforii. Święcie wierzyła w to, że narzeczony, któremu uciekła, podstępnie podając złą datę swojego wyjazdu, zapomni o pretensjach, rzuci ustabilizowaną karierę w Polsce i popędzi do Nowego Jorku malować cudze mieszkania. Przyjaciel też prędzej by umarł, niż wyruszył w  taką podróż. Programowo nie znał żadnego języka poza białoruskim, którego nabawił się na wydziale języków słowiańskich.

Miała pokusę, aby choć zasugerować Molly możliwość tego, że w Ameryce będzie zupełnie sama i zdana wyłącznie na siebie. Popatrzyła na nią i zrozumiała, że jakiekolwiek dobre rady nie mają sensu. Jedno było pewne. Nic jej się nie mogło stać. Ale tak myślała tylko ona.

Możliwość ucieczki z horrorowatego hotelu uskrzydlała ją, poza tym miał to być pierwszy samodzielny wyjazd poza Manhattan. Kiedy wyszła na oślepiającą ulicę, upał uderzył ją jak damski bokser, straciła oddech i zaklęła paskudnie.

Były to czasy nieklimatyzowanego metra. Lał się z niej pot jak w dżungli amazońskiej i myślała, że chyba zwariuje. Poprzesiadała się tak, jak Krysia kazała, i  oto na peronie stała długa Krysia, przebrana za Amerykankę z filmu Dynastia. Obok niej stała też długa, tylko krótsza, córeczka wyglądająca jak ociekający potem szparag, przebrany za dziecko kobiety z filmu Dynastia. Córeczka nazywała się Buba i była niesłychana – dłubała w nosie, wiła się jak piskorz i czekała, aż skończą się witać. Z nią się nie przywitała, a  właściwie podała wilgotną chusteczkę do nosa, która należała do niej, czyli rękę. Jedno było pewne – nie było tam tej, do której jechała. Natomiast już przyjechała i trzeba było coś z tym zrobić.

Szły, gawędząc w  miarę nieinteligentnie, do domu Krysi. Był to blok, duży, i wydawał się bardzo luksusowy z zewnątrz, bo wewnątrz już nie. Wdrapały się na trzecie piętro do małego mieszkania, pomalowanego złuszczającą się farbą, w którym były dwa pokoje w amfiladzie, duży i mały. W dużym stała kanapa, chyba ze śmietnika, stolik trójkątny z  laminatu, telewizor. W  małym stały dwa pojedyncze tapczaniki z  piekła rodem, strasznie wgniecione. Wyglądało to jak na filmie Lyncha; o  tyle jest to śmieszne, że Lynch jeszcze wtedy nie robił filmów, a już miał scenografię. Krysia gościnnie zamówiła „chińczyka”, który wtedy smakował jej bardzo, tak jak zresztą smakuje do teraz każdy porządny „chińczyk”, nie mówiąc oczywiście o facecie. Do tego wyjechał z lodówki galon białego, bardzo zimnego wina i rozpoczęły opowieści, co i jak z nią.

No, z  nią było kiepsko, hotel miała zapłacony jeszcze na tydzień i było wiadomo, że musi coś ze sobą zrobić, bo ze staruszkami z uszami, włosami i nosami nie może zostać. Karaluchów przestała się już bać, brzydziła się ogromnie, ale technicznie już opanowała sposób na ich mordowanie oraz na bardzo szczelne zamykanie torebki, w  której trzymała szczoteczkę do zębów i  kosmetyki, ubrania rozwieszała przewiewnie i spała przy zapalonym świetle. Karaluchy nie lubią zapalonego światła, wtedy siedzą w szparach.

Krysia bardzo jej współczuła. Była tu jakieś dwa lata i wtedy nagle do niej dotarło, że też po dwóch latach w  Stanach będzie tak siedziała, jeżeli czegoś natychmiast nie zrobi. Najgorszym sposobem na zrobienie czegoś w tej sytuacji był powrót do Warszawy. Można by wrócić do Warszawy, choć się naopowiadało, jak to będzie świetnie w Stanach dzięki pomocy przeróżnych fantastycznych znajomych.

Wiedziała już, że jest źle. Jako osoba ambitna postanowiła przeczekać. Nie wiedziała co. Umówiły się z Krysią, że kiedy skończy się jej hotel, zabierze walizy i przyjedzie do Krysi spać na dziurawej kanapie i  spokojnie czekać końca. To było okropne. Oczywiście, w  miarę wypijanego wina, coraz bardziej się jej podobało, a  Krysia stawała się coraz inteligentniejsza. Córeczka, demonstracyjnie ich nienawidząca w amfiladzie, stawała się miłym, lekko zagubionym dzieckiem w tle.

Następnego dnia rano po odespaniu Krysi, kiedy zwlokła się w kierunku recepcji, żeby wymienić bluzkę na czystą, którą miała w walizce, usłyszała nagle: „dzień dobry”. Odwróciła się. Wyjątkowo przystojny, młody mężczyzna – spocony jak ona i wszystko w tym hotelu, bo nie było klimatyzacji – powiedział: „Nazywam się Marek i tu mieszkam. Właśnie myślałem, że pani jest Polką, bo tak się pani śmiesznie ubiera i nie wie pani, co ze sobą zrobić. Obserwuję panią od pewnego czasu”.

Dziwnym trafem go nie zauważyła. Zapytał, czy zje z nim lunch. Była to pierwsza sensowna propozycja od czasu, kiedy przyjechała do Nowego Jorku. Zjeść lunch z facetem. Zapytał, czy lubi japońskie restauracje. Powiedziała, że przepada. Nigdy w życiu nie była w japońskiej restauracji. Przypuszczała, że mogą istnieć japońskie restauracje, ale też nie wiedziała za bardzo, czym się różnią od restauracji chińskich. Ucieszyła się ogromnie.

Wróciła do pokoju, zadzwonił Lolek i powiedział, że może zwiewać z  hotelu i  przenieść się do mieszkania jego znajomej dziennikarki, która mu je zostawiła, by podlewał kwiaty, i  kota bardzo niegrzecznego, ale pewnie da sobie radę. Popędziła do niego i poszli do metra. Okazało się, że mieszkanie jest w  superprestiżowej dzielnicy na pierwszym piętrze, w domku przedziwnie romantycznym, wyglądającym troszeczkę jak dla lalek, ze schodami wybitymi czerwonym dywanem. Weszli do środka. Kot nie dawał długo na siebie czekać, skoczył Lolkowi na głowę, wczepił się pazurami, ale go zdjęli i zamknęli w drugim pokoju.

Mieszkanie było przedziwne. Skórzane kanapy pomalowane w  gołe kobiety, na siedzeniu przód kobiety, głowa przechodziła na oparcie, a  na oparciu był namalowany tył kobiety. Bardzo jej się to podobało. Lolo twierdził, że właścicielka jest miliarderką – i  rzeczywiście, świadczyło o  tym wyjątkowo luksusowe, pięknie przykryte łóżko, lampy Tiffany’ego i  perskie dywany. Ale kiedy weszła do łazienki, zrozumiała, że chyba Lolo kłamie, bo łazienka miała kafelki pomalowane olejną farbą na kolor inny, ale ten poprzedni bardzo się pchał do tego, żeby było wiadomo, jaki był. Maleńka, zżarta wanna, naderwana umywalka. Pomyślała: „To ciekawe, skąd milionerka popadła w taką łazienkę?”. Wtedy Lolo powiedział, że w Nowym Jorku, o ile nawet samemu wyremontuje się mieszkanie, to się płaci wyższy czynsz, bo ma ono lepszy standard. Wtedy nie było to jeszcze dla niej jasne. Lolo powiedział, że nie powinna odbierać telefonów i jeżeli chce, to może do niego zadzwonić, to po pierwsze. Po drugie, miała karmić kota, tu pokazał zestaw niesłychanych puszek. A po trzecie, musi wchodzić do tego mieszkania, jak nikt nie widzi, bo osoba, u  której będzie mieszkała nie wiadomo jak długo, nie może wiedzieć, że oprócz Lola ktokolwiek tam wchodzi. Bardzo ją to rozbawiło, że będzie sublokatorem incognito. Zadzwoniła do hotelu i  poprosiła o  zostawienie wiadomości dla Marka, żeby przyszedł. Podała adres. Wpadł wieczorem, sprawa lunchu była jak najbardziej aktualna, ale, póki co, to miało być następnego dnia. Powiedział, że mieszkanie jest zajebiste i musi kosztować ze trzy tysiące dolarów miesięcznie. Wydało jej się to mocno przesadzone. Przyniósł wino; bardzo dobrze. Po winie postanowili wypróbować wspaniałe łóżko. Okazało się, że jest strasznie miło i  mają mnóstwo wspólnych znajomych. Był dobrze ustawionym w  Stanach malarzem, skończył krakowską akademię. Prześliczny, przemiły, uroczy. Rozstali się w  cudownej harmonii, poszedł nad ranem i  zobaczyli się dopiero następnego dnia na Washington Square, gdzie dotelepała się bez ładu i składu jakimiś autobusami. Potem się okazało, że to było bardzo blisko i można było dojechać tam za pomocą jednej linii metra, wziąwszy sobie mapę za darmo.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Burda Publishing Polska

Sp. z o.o. Spółka Komandytowa

ul. Marynarska 15, 02-674 Warszawa

Dział handlowy: tel. 22 360 38 41-42

Tekst i rysunki: Hanna Bakuła

Korekta: erte

Okładka: Maciej Szymanowicz

Redaktor prowadzący: Małgorzata Zemsta

Redaktor techniczny: Mariusz Teler

Copyright for text and drawings © 2014 Hanna Bakuła

Copyright for Polish edition © 2014 Burda Publishing Polska

Sp. z o.o. Spółka Komandytowa. All rights reserved.

Rysunek na okładce: Hanna Bakuła

Zdjęcia na wyklejkach: Hanna Bakuła

ISBN 978-83-7778-840-0

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach do przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.burdaksiazki.pl

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl