Wydawca: Filia Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 380 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Idealne życie - Minka Kent

Autumn Carpenter patrzy.
Każdego dnia obserwuje życie McMullenów.
Z zazdrością przygląda się idealnej rodzinie wychowującej troje pięknych dzieci.
Każde urodziny, każda podróż, każdy dzień – Autumn zawsze jest z nimi.
Tyle że nikt o tym nie wie.
Nikt nie podejrzewa, że coś w tej rodzinie należy do niej.

Pewnego dnia okoliczności zmuszają ją do podjęcia ryzykownej decyzji.
Musi jeszcze bardziej zbliżyć się do rodziny McMullenów.
Wtedy zdaje sobie sprawę, że pozory mylą.
Idealne życie to mrzonka, rodzin bez skazy nie ma.
A piękni ludzie skrywają najbrzydsze sekrety.

Idealne życie to Dziewczyna z pociągu 2017 roku! Nie można jej odłożyć. No i to zakończenie!”
Romy, The Riveted Reader Blog

„Zwięzły, intensywny i trzymający w napięciu thriller. Fani Zaginionej dziewczyny z pewnością będą zachwyceni”.
Kenneth, recenzent Amazon.com

„Autorka do samego końca każe nam zgadywać. Nie byłam w stanie przewidzieć finałowego zwrotu akcji”.
Book Lover, recenzent Amazon.com

Opinie o ebooku Idealne życie - Minka Kent

Fragment ebooka Idealne życie - Minka Kent

Dla K, M, C i A. Ta książka zrodziła się z miłości, a ukształtowała ją Wasza brutalna szczerość. Dziękuję.

Prolog

Autumn

Znalazłam ją.

Zajęło mi to trzy lata, ale wreszcie się udało.

Nazywają ją Grace i chociaż nie wygląda jak oni, należy do nich.

Ale też do mnie.

Ma jasnobrązowe włosy, lekko kręcone, takie jak ja, gdy byłam w jej wieku, oraz czarne oczy, okrągłe i ciekawskie, które rozświetlają anielską buzię, kiedy się uśmiecha.

Matka, Daphne, stroi ją w różowe koronki, ogromne kokardy do włosów i przy każdej okazji każe jej pozować do zdjęć, które następnie wrzuca do Internetu.

Tamtego dnia, gdy znalazłam profil Daphne McMullen na Instaface, siedziałam aż do czwartej nad ranem, przeglądając wszystkie jej zmiany statusu i zdjęcia. Zapisywałam na dysku i chłonęłam każdą uwiecznioną chwilę i każde wspomnienie od dnia, w którym przynieśli ją do domu ze szpitala, do momentu gdy zdmuchnęła trzecią świeczkę na swoim wielkim torcie urodzinowym.

W ciągu jednej bezsennej nocy nadrobiłam tysiąc dziewięćdziesiąt pięć dni z życia mojej córki, czyli wszystkie te, które mnie ominęły.

Przekładam nogę przez brzeg wanny, pochłonięta przeglądaniem profilu Daphne, już po raz setny w tym tygodniu. Widziałam te zdjęcia milion razy, ale ciągle mam wrażenie, jakbym odkryła je przed sekundą.

Woda w wannie paruje, moje czoło zraszają krople potu. Znajduję się w transie, z którego wyrywa mnie dopiero walenie w drzwi. To moja współlokatorka.

– Już kończysz? – pyta. – Włączyłam ten program, który chciałaś obejrzeć. Zamówiłam też pizzę. Niedługo przywiozą.

Ona jest jak pijawka, ciągle czegoś potrzebuje, zdradza mi swoje sekrety i żali się, jak trudno jest być nią. Jest tak pokręcona, że daje mi do czytania swój pamiętnik, a przysięgam, że ta dziewczyna nie ma żadnego powodu do płaczu.

Jej samochód? Opłacony.

Jej studia? Opłacone.

To mieszkanie? Opłacone.

Jej rodzice? Ludzie sukcesu z wysokimi oczekiwaniami. Och, co za biedactwo…

– Tak. Za chwilę wyjdę! – krzyczę.

Ale się nie ruszam. Zamiast tego dalej skroluję, przesuwając kciukiem po zaparowanej szybce telefonu i uśmiechając się pod nosem. Oglądam kolejne zdjęcia i tracę poczucie czasu. Moja współlokatorka znowu zaczyna się dobijać do drzwi.

– Ciągle tam siedzisz? Jest już pizza – informuje słabym głosem. W ciągu paru lat stałam się najważniejszą osobą w jej życiu. Beze mnie nie może nigdzie pójść, niczego zrobić ani podjąć żadnej decyzji. Jednak ostatnio jest coraz bardziej zgaszona, chowa się do swojej skorupy. Częściej mówi szeptem niż zwykłym głosem, a w nocy słyszę przez ścianę, jak płacze. Nie chce jednak zwrócić się do nikogo o pomoc, bo kiedy ostatnim razem to zrobiła, rodzice zafundowali jej pobyt w szpitalu.

– Już wychodzę. – Jęczę w duchu, odkładam telefon i sięgam po ręcznik.

– Mówiłaś to dwadzieścia minut temu.

Jezu, co za maruda.

Uwielbiam wszystko, co ma związek z jej życiem. Uwielbiam jej nadopiekuńczych rodziców, głupkowatego młodszego brata, jej kochającą babcię. Uwielbiam jej białe bmw i kolekcję nieużywanych markowych torebek, które wypełniają szafę. Uwielbiam jej szuflady pełne drogich kosmetyków oraz zapach luksusowego szamponu, który czuję od niej każdego ranka, gdy wychodzi spod prysznica.

Ale nie uwielbiam jej.

Ma wszystko, o czym można marzyć, a ona skupia się wyłącznie na swojej przeszłości, na rzeczach, których nie może zmienić. Trzy lata temu zdarzyła się pewna niefortunna sytuacja, o której nie chce przestać myśleć. Ta dziewczyna ma jakąś obsesję. Gdyby tylko przeżyła choć jeden dzień z mojego życia, wtedy naprawdę miałaby czym się zadręczać.

Czasami jestem przekonana, że urodziłam się w złym ciele, w złej rodzinie.

Powinnam się urodzić moją współlokatorką.

– Już się wycieram! – krzyczę do niej, owijając się miękkim ręcznikiem. – Wyjdę za dziesięć minut.

Kończę przeglądać zdjęcia, wcierając w wilgotną skórę jej absurdalnie drogie, bezzapachowe mleczko do ciała i prawie podskakuję z radości, gdy widzę, że Daphne wrzuciła nową fotkę Grace.

Boże, to jest jak narkotyk.

Mam wrażenie, jakby ktoś odsłonił przede mną magiczne okienko, przez które mogę obserwować życie mojej córki.

Jest już wieczór, więc Grace ma na sobie koszulkę nocną sięgającą aż do pulchnych kostek. Wygląda w niej jak mała księżniczka. Kosmyki długich włosów wpadają jej do oczu. Jedną rączką ciągnie za sobą białego pluszowego misia.

Pragnę pocałować ją w czółko, ułożyć w łóżeczku i powiedzieć, jak bardzo ją kocham.

Może kiedyś będę miała okazję to zrobić.

Na razie musi mi wystarczać coś takiego.

Rozdział pierwszy

Autumn

7 lat później

Wciśnij przycisk, dotknij ekranu, odśwież stronę.

W ciągu tych wszystkich lat algorytmy Instaface zdążyły się nauczyć, że interesuje mnie przede wszystkim profil Daphne McMullen. Jej posty zawsze się wyświetlają na samej górze. Ale dzisiaj nie ma ani jednego.

Coś jest nie tak.

Zjeżdżam w dół, mijając posty użytkowników@TheLittleGreenCottage i @FitnessJunkie887, a potem @JustJustine i @CaliMakeupGirl.

Przewijam dalej…

Dalej…

Dalej…

Nigdzie nie widzę Daphne.

To dziwne.

Mam ściśnięte gardło, serce bije nerwowo. Dzieje się coś złego. Czuję to całą sobą. Każdą swoją komórką.

Stukam palcem w pasek wyszukiwarki i wpisuję@TheMcMullenFamily, a potem biorę głęboki wdech.

Brak wyników wyszukiwania.

To jakaś bzdura.

A może mnie zablokowała?

Daphne nawet mnie nie zna. Oczywiście, że nie dała mi bana. Poza tym obserwuję ją jako „duch” – nie jestem oficjalnym followersem. Oficjalni followersi muszą przejść test potwierdzający tożsamość, zgodnie z surową polityką Instaface dotyczącą fałszywych kont.

Dla pewności wylogowuję się i ponownie używam wyszukiwarki.

Znowu brak wyników.

Może zmieniła nazwę profilu?

Wpisuję @McMullenFamily, @DaphneMcMulleni @GrahamandDaphneMcMullen. Próbuję pięćdziesięciu tysięcy innych wariacji, ale za każdym razem kończę w tej samej ślepej uliczce.

Brak wyników wyszukiwania.

Robi mi się duszno, gorąco. Moja twarz płonie. Nie mogę oddychać.

Biegnę do okna, szarpię za zasłony i ciągnę za klamkę. Rozpaczliwie potrzebuję powietrza. Wystawiam głowę na anemiczny poranny deszcz, który nie jest w stanie mnie uspokoić.

To się nie dzieje naprawdę. To się nie dzieje naprawdę. To się nie dzieję naprawdę.

Nie mogę w to uwierzyć.

To nie ma żadnego sensu.

Profil Daphne McMullen obserwują tysiące osób.

Ona tym żyje.

Firmy przysyłają jej darmowe rzeczy.

Zarabia na płatnych reklamach.

Czemu miałaby z tym skończyć?

Jeszcze dzisiaj rano wrzuciła zdjęcie, jak jej dzieci szykują się do szkoły… jak mogłaby po prostu zniknąć? Bez żadnego ostrzeżenia?

Piekące łzy napływają mi do oczu i wszystko zamienia się w plamę. Wzbiera we mnie szloch, który za chwilę wyrwie się z piersi, jeśli nie zrobię czegoś, żeby go powstrzymać.

Uginają się pode mną kolana. Chwytam się krawędzi szafki, żeby nie upaść, ponieważ nie mam siły dalej stać. Gdyby mój chłopak nie kręcił się gdzieś pod drzwiami łazienki, w tej chwili klęczałabym przy kiblu i wymiotowała z szoku, którego doznałam, jeśli dzięki temu mogłabym lepiej się poczuć, trochę się uspokoić.

Okienko, przez które obserwowałam życie Grace, nagle się zamknęło.

Wszystko, czymżyję… zniknęło.

– Autumn, dobrze się czujesz? – pyta Ben zza drzwi. – Słyszałem jakiś hałas. Coś się stało?

Tak. Stało się.

Nie odpowiadam. Nie jestem w stanie. Drzwi otwierają się w momencie, gdy udaje mi się wyprostować. Mocniej zaciskam poły szlafroka, żeby nie mógł dostrzec, co mam pod spodem.

– Wszystko w porządku – mówię. – Zakręciło mi się w głowie. Pewnie złapałam jakiegoś wirusa.

Ben mruży niebieskie oczy, ale po chwili wyraz jego twarzy łagodnieje. Uwierzył w moje kłamstwo. Tak jak we wszystkie inne.

Zerkam w swoje odbicie w lustrze, przeczesuję palcami jasne włosy i układam je w koczek, dokładnie taki, jaki widziałam u pewnej ślicznej dziewczyny wczoraj rano na stacji benzynowej – porządnie skręcony i związany gumką, ale trochę niedbały. Mam na sobie wygrzebaną z dna szafy gładką białą bluzkę, a do stanika push-up wsunęłam dwie wkładki w kształcie kotleta, bo jestem na sto procent pewna, że tamta ślicznotka zrobiła sobie cycki.

To wszystko jest ukryte pod puszystym szarym szlafrokiem. Gdy tylko Ben wyjdzie z domu, pomaluję usta odważną szminką w kolorze „elektryczna czerwień”. Ten odcień ma delikatną niebieskawą nutkę, a to – jak dowiedziałam się z czasopism o modzie i urodzie – sprawia, że zęby wydają się idealnie bielutkie. A jeśli nauczyłam się czegoś w ciągu dwudziestu pięciu lat spędzonych na tej cholernej planecie, to właśnie tego, że bogaci ludzie zawsze mają śnieżnobiałe uzębienie.

W łazience unosi się obłok pary, która otula mnie swoim ciepłem. Wyczuwam w powietrzu ślady wody kolońskiej Bena, ale to wcale nie jest „jego zapach”, którego używa od zawsze. Podpatrzyłam ją u innego faceta, Dylana Abernathy’ego.

Obserwuję jego żonę, Delię, na Instaface. Delektuję się każdą ich udokumentowaną, malowniczą chwilą w taki sposób, jakby była częścią mojego życia. Tak naprawdę te momenty są częścią mojego życia. Wystarczy, że zamykam oczy i przenoszę się w wyobraźni do ich pięknego domku stojącego na wybrzeżu Maine nieopodal Portland. Biorę wdech, napełniam płuca słonym powietrzem, rozkoszuję się zapachem oceanu…

Zauważyłam tę wodę kolońską w tle jednego ze zdjęć Delii i od razu wiedziałam, że muszę zamówić jeden flakonik dla Bena. Okazało się, że ta woda pachnie mokrym mchem i spirytusem, ale on twierdzi, że i tak mu się podoba.

Czasami widzę w myślach, jak Delia zaciąga się tym zapachem, wtulając twarz w zagłębienie ramienia Dylana. Zdarzają się chwile, gdy całuję się z Benem i wyobrażam sobie, że jesteśmy nimi, otuleni tą samą wonią. Gładzę jego ramiona tak, jak pewnie robi to Delia, przywieram ustami do jego warg, i w ciągu tych paru ulotnych sekund prostej, błogiej rozkoszy jestem Delią Abernathy.

Zamieniam się w nią każdą swoją cząstką.

– Na pewno nic ci nie jest? – Ben obejmuje mnie w pasie i przywiera do moich pleców. Muska ciepłymi wargami moją szyję i prawie czuję, jak się lekko uśmiecha. – Mam polecieć do apteki po lekarstwa?

– Nie, nie trzeba. Przeżyję. – Spoglądam na komórkę, która w tej chwili wydaje mi się już tylko jakimś bezużytecznym przedmiotem. Chcę, żeby Ben już wyszedł, bo muszę przemyśleć to, co się stało.

– Dzisiaj sobie odpocznij, dobrze? – Unosi ciemne brwi, wpatrując się w moje oczy i czekając, aż przytaknę.

Ostatnio ciągle odpoczywam. Mam mnóstwo czasu dla siebie, odkąd dwa miesiące temu straciłam pracę w klinice dziecięcej.

– Właśnie tak zrobię – odpowiadam.

– To dobrze. – Znowu całuje mnie w szyję. – Bo dziś wcześniej wracam.

Usiłuję sobie przypomnieć, jakie mamy plany na ten wieczór.

– Urodziny mojej siostry… – podpowiada, unosząc brwi. – Zabieramy Marnie na kolację. Podobno wczoraj zapakowałaś dla niej prezent.

– Ach, tak – kłamię z wymuszonym uśmiechem. Wcale nie zapakowałam prezentu dla jego siostry. Nawet go jeszcze nie kupiłam. W głowie dopisuję to zadanie do listy rzeczy, które muszę dzisiaj załatwić, staję na palcach, cmokam go w usta i odsyłam do pracy słowami: – Miłego dnia, Benny.

On uwielbia i zarazem nie cierpi, kiedy tak się do niego zwracam. Za każdym razem jednak udaje mi się wywołać uśmiech na jego twarzy, a chcę, by wierzył, że nic złego się nie dzieje. Na tym etapie potrzebuję Bena bardziej niż kiedykolwiek wcześniej – z powodów, których nigdy nie zdołałby pojąć.

Czasami czuję się okropnie, spoglądając w jego niebieskie, łatwowierne oczy i na pełen uwielbienia uśmiech, mając świadomość, że wybrałam go na takiej samej zasadzie, na jakiej kobiety wybierają idealną parę butów z katalogu wysyłkowego.

Znalazłam go. Wybadałam. Wybrałam.

Sprawił, że to było dziecinnie łatwe. Wystarczyło zajrzeć na jego profile w mediach społecznościowych.

Zanim oficjalnie poznałam Bena Gotlieba, wiedziałam o nim już wszystko: gdzie dorastał (Rochester w stanie Nowy Jork), gdzie studiował (Uniwersytet Vermont), jaka jest jego ulubiona kapela (Coldplay) i ulubione jedzenie (kuchnia meksykańska) oraz jaką ma pracę (jest księgowym). Wiedziałam, że z nikim się nie spotyka, że jest najstarszy z rodzeństwa, co oznaczało, że jest odpowiedzialną osobą, na której można polegać. Wiedziałam, że ma dobre serce, bo wrzucał na swój profil dużo inspirujących, motywacyjnych tekstów. Wiedziałam, że chętnie biega maratony, zdobywa medale i kolekcjonuje pamiątkowe naklejki, które potem przylepia do tylnej szyby swojego ciemnozielonego subaru. Wystarczyła mi godzina spędzona przed komputerem, żeby zyskać pewność, że Ben Gotlieb jest poczciwym facetem.

Chodziłam za nim do pubów i restauracji.

Obserwowałam go z daleka.

Sprawdzałam, z kim się zadaje i jakie kobiety przyciągają jego uwagę.

Ben zdecydowanie miał swój typ.

Nigdy nawet nie patrzył w stronę blondynek. Podobnie jak brunetek i rudych. Za każdym razem interesował się natomiast kobietami z włosami o piaskowym odcieniuà la Jennifer Aniston. W jego guście była chyba „dziewczyna z sąsiedztwa”. Nisko zwisające na biodrach dżinsy-boyfriendy i koszulki z dekoltem w serek. Minimalny makijaż. Uroczy koński ogon. Okulary-kujonki.

Musiałam przeistoczyć się w taką dziewczynę.

Z telefonem załadowanym fotkami blogerki urodowej prowadzącej na Instaface profil @EmmaLeeFacesTheDay wkroczyłam do salonu fryzjerskiego na rogu ulic Vine i Copeland i poprosiłam o przefarbowanie moich brązowoszarych włosów na ciemny popielaty blond nr 532. W drodze do domu wstąpiłam do salonu optycznego i sprawiłam sobie ładne okulary zerówki w grubej szylkretowej oprawce. Na koniec zrobiłam zakupy w centrum handlowym Valley Park, gdzie chodziłam od sklepu do sklepu, popijając przepłacone mrożone latte, które bardzo chciałam polubić. Wyszłam stamtąd obładowana torbami z ciuchami i z wykorzystanym limitem na karcie kredytowej.

Przygotowywałam się do tego spotkania przez wiele dni, godzinami ćwicząc przed lustrem, a gdy nadszedł weekend, byłam już gotowa oficjalnie nawiązać znajomość z Benem.

Udawanie kogoś innego bardzo ułatwiło mi to zadanie. Sposób, w jaki chodziłam… w jaki się śmiałam, dotykając dłonią obojczyków… w jaki spoglądałam na niego o sekundę zbyt długo, uśmiechając się kusicielsko… to nie byłam ja.

A jednak tobyłam ja.

– Do zobaczenia wieczorem! – woła Ben przed wyjściem z pokoju. Przyglądam się, jak podnosi z komody swój skórzany portfel i wsuwa go do tylnej kieszeni spodni, jak wkłada granatową marynarkę na szerokie ramiona, a potem zatrzymuje się w progu i wpatruje we mnie takim samym wzrokiem, jakim robi to od pierwszej chwili naszej znajomości. Prawie słyszę, jak zadaje sobie w myślach pytanie: „Jakim cudem miałem takie szczęście?”. Wzdycha i dodaje: – Kocham cię, Autumn.

– Ja ciebie też – odpowiadam. Mówię prawdę. Mniej więcej.

Myślę, że kocham Bena… ale gdy jesteś z kimś już dwa lata, powinnaś wiedzieć, a nie tylko „myśleć”. Problem w tym, że on tak szybko wyskoczył ze swoim uczuciem. Spotykaliśmy się dopiero od ośmiu tygodni, gdy wyznał mi miłość w trakcie jedzenia chińszczyzny na wynos (on wybrał danie) i oglądania filmu na DVD (on wybrał tytuł). A potem zaczął opowiadać o tym, że nigdy nie spotkał kogoś podobnego do mnie, że nie może uwierzyć, jak idealnie do siebie pasujemy i że jestem dziewczyną z jego snów, która nagle pojawiła się w jego życiu.

Dwa miesiące później poprosił, żebym się do niego wprowadziła. Oczywiście się zgodziłam.

Bo właśnie z tego powodu go wybrałam.

Mieszkał w uroczym, niebieskim parterowym domku stojącym za domem McMullenów.

A ja chciałam patrzeć, jak dorasta moja córka.

Rozdział drugi

Daphne

Przemoczona bluzka przykleja mi się skóry. Czuję na plecach zimny dreszcz. Graham przez okrągły rok ustawia temperaturę we wszystkich pomieszczeniach na dwadzieścia stopni Celsjusza. Bo tak lubi. Nieważne, że zwykle nie ma go w domu. Kiedy nie pracuje przez pięćdziesiąt godzin tygodniowo, przechadza się po polu golfowym i udaje, że występuje przed cichą publiką, która bije mu brawo po każdym uderzeniu w piłeczkę.

Sebastian pluska się w wannie. Chichocze, gdy woda chlapie mi w twarz. Ocieram ramieniem brodę, a potem wycieram strużkę rozmazanego tuszu pod okiem. Kąpanie mojego czteroletniego syna jest gorsze niż kąpanie naszego ogromnego psa, którego Graham postanowił kupić dzieciakom rok temu na gwiazdkę.

– No dalej, kolego. Wychodzimy z wanny. – Obracam się, żeby sięgnąć po ręcznik, ignorując jękliwe protesty mojego synka.

– Tatuś pozwala mi dłużej siedzieć. – Sebastian krzyżuje ramiona i podciąga kolana pod brodę.

– To nieprawda – odpowiadam. Mogłabym policzyć na palcach jednej ręki, ile razy Grahamowi zdarzyło się kąpać dzieciaki. Usiłuję złapać Sebastiana pod pachami, ale on przyciska ramiona do boków. – Jeśli wyjdziesz teraz z wanny, później przeczytam ci dodatkową bajkę na dobranoc.

Jestem tego typu rodzicem. Takim, który używa przekupstwa. W którymś momencie straciłam kontrolę nad tym wszystkim i nie mam zielonego pojęcia, jak ją odzyskać.

– Nienawidzę, jak czytasz mi bajki – oświadcza Sebastian z nadąsaną miną i zaciśniętymi ustami, ale wreszcie wstaje z wody. Jest prawie identyczną, miniaturową wersją swojego ojca: mlecznokarmelowa karnacja, czekoladowe włosy i błękitne oczy. Gdy Sebastian ma dobry dzień, potrafi być rozkosznym, słodziutkim chłopcem, który swoim uśmiechem zdołałby roztopić nawet najmocniej skute lodem serce. Gdy ma zły dzień, jest rozwydrzonym potworkiem. – Lubię tylko, jak tatuś mi czyta.

Nie pozwalam się obrazić czteroletniemu maluchowi, więc ignoruję komentarz, zarzucam mu ręcznik na ramiona i wyciągam go z wanny. Słyszę, jak w pokoju Grace dziewczynki głośno się śmieją. Ciekawe, czy już przebrały się w szkolne mundurki, tak jak im kazałam dziesięć minut temu.

Biorę Sebastiana na ręce i zanoszę go do pokoju na końcu korytarza, a potem stawiam przy łóżku, gdzie wcześniej ułożyłam jego odzież. Im szybciej zdołam go ubrać, tym wcześniej uda mi się zaznać choćby odrobiny spokoju, zanim wspólnie wybierzemy się na zakupy do supermarketu.

– Nie chcę dinozaurów. Chcę ciężarówki – zaczyna protestować, wymachując nogami, kiedy staram się nałożyć mu dżinsy, a potem rzuca koszulką przez cały pokój.

– Ale w dinozaurach jest ci tak ładnie – mówię, dobrze wiedząc, że tylko szaleńcy próbują rozsądnie dyskutować z nadąsanymi przedszkolakami. Wsuwam jego nóżkę w jedną nogawkę i to samo chcę zrobić z drugą, ale on zaczyna się wiercić i wywraca spodnie na lewą stronę. Wzdycham rozdrażniona i robię kolejne podejście. – Twój tatuś wybrał to ubranko.

Kłamię.

Ale kłamstwem jest przecież każda część mojego życia.

Sebastian rozpromienia się, gdy wspominam o tatusiu. Miałam nadzieję, że Graham pomoże mi w zajmowaniu się dziećmi, zanim pójdą do szkoły, ale jeszcze przed świtem pocałował mnie na pożegnanie i szepnął do ucha, że zobaczymy się wieczorem, gdy wróci z pracy.

– Dobrze. – Sebastian zeskakuje z łóżka, podnosi koszulkę i oddaje mi ją. – Przepraszam, mamo.

To właśnie dzięki takim krótkim, małym chwilom znowu zakochuję się w byciu matką. Gdy daje mi słodkie uściski, sam z siebie mówi czasami „kocham cię”, uśmiecha się do mnie promiennie, zrywa dla mnie mlecze – to wszystko każe mi myśleć, że może jednak synek mnie kocha. Przypominam sobie, że wszystko wcale nie układa się tak źle, jak myślę – i od tej pory może być tylko lepiej. Wyciągam z kieszeni telefon, pstrykam fotkę mojemu słodkiemu synkowi i wrzucam ją na Instaface, dodając hasztag #jegoszczęśliwamama.

– Dobra, chodź zobaczyć, co robią twoje siostry. – Biorę go za rączkę i podążając za odgłosem śmiechu dziewczynek, prowadzę go do pokoju Grace. Drzwi są przymknięte, ale lampka rzuca ciepły blask, który wylewa się na korytarz.

Uśmiecham się, słysząc chichot Rose. A potem rozbrzmiewa jakiś dziwny, metaliczny odgłos. Wpadam jak burza do pokoju, tłukąc drzwiami o ścianę.

– Nie, nie, nie, nie… – Moje serce nagle zamiera, gdy podnoszę z podłogi jasne, jedwabiste kosmyki włosów. Grace stoi w bezruchu z nożyczkami w ręku. Złośliwy uśmieszek powoli znika z dziecięcej twarzy.

Wyszarpuję jej nożyce tak gwałtownie, że Grace upada na łóżko. Moja siedmioletnia Rose zaczyna płakać.

– Rose… – Podchodzę do niej, ujmuję jej słodką buzię w obie dłonie i oczy wypełniają mi się łzami na widok upiornej fryzury, którą Grace oszpeciła swoją piękną młodszą siostrę. Rose odgarnia paluszkami postrzępione kosmyki z czółka. Jej dolna warga dygocze.

– Mamo, Grace chciała, żebym była śliczna – wyjaśnia, patrząc na mnie oczkami lśniącymi od łez.

– Już jesteś śliczna, Rosie. Nie trzeba cię upiększać. – Całuję ją w czubek główki, zaciągając się głęboko waniliowo-pomarańczowym zapachem jej szamponu. Miękkie loczki leżą na ziemi wokół naszych stóp. Włosy, które zapuszczała, odkąd była malutka, pomijając kilka wizyt u fryzjera. Sięgały jej do połowy pleców… aż do teraz.

– Mamusiu, przepraszam. – Głos Grace odciąga moją uwagę od Rose. Odwracam się do niej. Siedzi na brzegu łóżka, ale na jej twarzy nie maluje się nawet cień skruchy. Widać, że nie ma żadnych wyrzutów sumienia. Jej piaskowe włosy zwisają wokół okrągłej twarzy. Są zawsze rozczochrane i poplątane, niezależnie od tego, jak często je szczotkuję i układam. – Nie chciałam.

– Nie rozumiem, Grace. Jesteś już na tyle duża, żeby wiedzieć, że takich rzeczy się nie robi. – Patrzę na obcięte włosy Rose rozsypane na podłodze. Gwałtownie wzbiera we mnie gniew. Zaciskam pięści tak mocno, że bolą mnie dłonie. Grace zawsze coś przeskrobie. W tym tygodniu to włosy Rose. W poprzednim wypuściła psa przez drzwi frontowe, a ja godzinę ganiałam za nim po okolicy, jak jakaś wariatka. Dwa tygodnie temu zrzuciła osiem flakonów z moimi perfumami ze szczytu schodów na drewnianą podłogę w korytarzu. Chciała sprawdzić, czy się stłuką. Sześć się rozbiło. Mój dom ciągle pachnie jak francuski burdel.

Zaciskam palce na nożyczkach z taką siłą, że zostawiają ślady na mojej skórze. Po chwili zdaję sobie sprawę, że nigdy wcześniej nie widziałam tych nożyczek.

– Skąd je wzięłaś? – pytam, trzęsąc się, jak ktoś, kto już kompletnie stracił panowanie nad swoim życiem.

Odkąd zaczęliśmy podejrzewać, że Grace wymaga wyjątkowej opieki, w każdy możliwy sposób zabezpieczyliśmy przed nią cały dom. Graham w dalszym ciągu uważa, że ona jest idealna, ale nie widzi tego, co ja, ponieważ tak się składa, że nigdy nie ma go wtedy w pobliżu.

Z nią jest coś nie tak.

– Odpowiadaj, Grace – mówię ostrzejszym tonem, wpatrując się w nią srogim wzrokiem. – Skąd je wzięłaś?

Grace wzdycha i przewraca oczami.

– Wczoraj zabrałam je pani Applegate. Stały w kubku na jej biurku.

– Ukradłaś je nauczycielce? W szkole? – Stoję z rozdziawionymi ustami. Dopiero po chwili dochodzę do siebie. – My nie kradniemy, Grace McMullen. Rozumiesz?

– Tak. – Głos dziesięciolatki jest przepełniony frustracją. Siedzi i patrzy w pstrokaty plakat Hello Kitty zawieszony na ścianie.

– Patrz na mnie, kiedy do ciebie mówię.

Spogląda na mnie brązowymi oczami, zaciskając zęby.

– Przeproś swoją siostrę. Jeszcze dzisiaj oddasz nożyce pani Applegate razem z pisemnymi przeprosinami. Za chwilę do ciebie wrócę – mówię. – Ubierz się do szkoły. Umyj zęby. Autobus odjeżdża za dwadzieścia minut, a twoje śniadanie jest już zimne. Pośpiesz się. Zrozumiano?

– Tak. – Człapie wściekła do swojej komody, szarpie za szufladę, aż prawie ją wyrywa, a ja kątem oka dostrzegam koktajlową sukienkę za osiemset dolarów, którą – jak sądziłam – zgubiłam rok temu. Doszło nawet do tego, że zrobiłam awanturę w pralni chemicznej i przeniosłam się w inne miejsce, a potem opowiedziałam całą historię koleżankom przy kawie.

– Skąd masz moją sukienkę? – Maszeruję do komody i otwieram pozostałe szuflady, żeby sprawdzić, jakie inne skarby tam się kryją. Tak jak podejrzewałam, znajduję zabytkowy, wysadzany diamentami zegarek mojej babci, wciśnięty do piórnika z serii Truskawkowe Ciasteczka. Kiedyś zwolniłam gosposię z powodu tego zegarka. W innej szufladzie znajduję pudełko czekoladowych babeczek i zjedzoną do połowy wielką pakę chipsów ziemniaczanych. Okruszki poprzyklejały się do zimowych swetrów Grace. Kręcę głową i pod nosem wypowiadam jej imię.

Każdego dnia żałuję, że adoptowaliśmy Grace. Skłamałabym, mówiąc, że jest inaczej. Nasze relacje nie są łatwe, a często wydaje mi się, że w ogóle nie istnieje między nami żadna więź. Wszystko w niej jest wyzwaniem. Najczęściej nawet nie mam siły, żeby je podejmować. Adoptowanie dziecka było jak przylepienie plastra na krwawiącą ranę. Prowizorycznym rozwiązaniem małżeńskiego problemu. I kolejną zachcianką Grahama, z którą nie dało się nawet dyskutować. A ja byłam tylko młodą żoną, starającą się zadowolić jedynego mężczyznę, jakiego kiedykolwiek kochałam. Desperacko chciałam zatrzymać go przy sobie. Za wszelką cenę.

Jeśli nauczyłam się czegoś w ciągu trzydziestu sześciu lat życia, to tego, że zdesperowani ludzie nie podejmują dobrych decyzji.

Rozdział trzeci

Autumn

Wydaje mi się, że mam dwa wyjścia: mogę się całkowicie załamać, leżeć całymi dniami na sofie jak warzywo i opłakiwać zniknięcie Daphne z Instaface, wzbudzając swoim zachowaniem niepokój Bena. Albo mogę żyć dalej tak, jakby nic się nie stało, i kombinować, co powinnam teraz zrobić.

W tej chwili potrzebuję Bena. Dzięki niemu mam dostęp do Grace, nawet jeśli dzieli mnie od niej ogromna działka i ogrodzenie.

Coś wymyślę. Dam sobie radę. Zawsze tak było i zawsze tak będzie.

Jak na czwartkowy poranek w supermarkecie panuje straszny tłok. Widocznie mieszkańcy Monarch Falls nie mają dzisiaj nic innego do roboty. Czyżby zamknięto centrum jogi z powodu remontu? W kawiarniach zabrakło mleka sojowego? A może w piekarniach skończyły się babeczki bezglutenowe?

– Cześć. – Słyszę głos jakiegoś mężczyzny stojącego po drugiej stronie alejki z płatkami śniadaniowymi. Podnoszę wzrok i widzę głupkowaty uśmiech oraz wlepione we mnie oczy.

Zapomniałam, że dzisiaj udaję tamtą śliczną dziewczynę, którą widziałam na stacji benzynowej. Czerwone usta. Duże piersi. Obcisłe dżinsy. Seksowna fryzura.

To przyjemne uczucie zmienić się w kogoś takiego, wyjść ze swojej skóry, która tak strasznie mnie uwiera. Prawie udało mi się zapomnieć o Instaface. Prawie…

Uśmiecham się do tego obcego faceta, tak jak zrobiłaby to pewnie tamta ślicznotka: mrużąc lekko oczy i unosząc kącik ust. Macham do niego lewą ręką, poruszając jedynie palcami, a potem wymijam go, pchając przed siebie wózek. Kątem oka dostrzegam, że odwraca się za mną. Dopiero gdy skręcam za rogiem, przestaję czuć na sobie jego spojrzenie.

– Uwaga! – Jakaś starsza kobieta z nastroszoną siwą czupryną, ubrana w lawendową bluzkę i lawendowy sweterek, prawie wjeżdża we mnie wózkiem. Jest tak bezczelna, że gromi mnie wzrokiem, jakby to była moja wina.

– Przepraszam – burczę pod nosem. Parę chwil wcześniej zauważyłam, jak sunie z wózkiem, szurając nogami i gapiąc się na rzędy płatków śniadaniowych.

Kobieta prycha pod nosem i człapie dalej, łypiąc na mnie z wrogością, jakby mój dzisiejszy wygląd osobiście ją obrażał.

Typowa stara bogata jędza z Monarch Falls.

Ciekawe, jak ślicznotka ze stacji benzynowej radzi sobie z takimi ludźmi? Podejrzewam, że w ogóle nie zauważa ich istnienia. A może chodzi ciągle naćpana? Z łatwością potrafię sobie wyobrazić, że jest uzależniona od kokainy, na którą codziennie wydaje dwa tysiące dolców.

Przede mną jakieś dwie matki – jedna z wrzeszczącym niemowlakiem, druga z wiercącym się małym chłopcem – blokują wylot alejki z płatkami śniadaniowymi. Dyskutują o czymś z wielkim podnieceniem. Może o przedszkolach? Komitetach rodzicielskich? Lekcjach pływania? Mam kompletnie gdzieś temat ich rozmowy, tak samo jak ich wypłowiałe spodnie do jogi i podkrążone oczy. Nie powinny tutaj stać i gadać. Gdy na nie patrzę, nie widzę matek, dla których zajmowanie się dziećmi jest psychicznym odpoczynkiem. Widzę umęczone kobiety.

Nie chciałabym być żadną z nich.

– Przepraszam – mówię z uprzejmym uśmiechem, patrząc prosto przed siebie, wskazując wózkiem kierunek, w którym chcę iść.

Obie kobiety przestają trajkotać i obrzucają mnie takim spojrzeniem, jakby zaczęły się nagle zastanawiać, jak wyglądałoby ich życie, gdyby nie poślubiły swoich licealnych narzeczonych tuż po ukończeniu college’u i nie urodziły gromadki dzieci jeszcze przed trzydziestką.

Nie mówię, że jest w tym coś złego.

To po prostu nie moja bajeczka.

Bajeczka…

Nauczyłam się tego tekstu od pewnej kobiety, którą w ubiegłym roku przez jakiś czas obserwowałam na Instaface. Mnóstwo podróżowała i spotykała się z włoskim modelem, który chodził po światowych wybiegach. Za każdym razem, kiedy czegoś nie lubiła albo coś jej się nie podobało, uprzejmie tłumaczyła, że to nie jej bajeczka. A potem rzucił ją chłopak, coraz rzadziej pojawiała się w Internecie, a po jakimś czasie zupełnie zniknęła. Chwilę później odlajkowałam jej profil, a teraz nawet nie pamiętam, jak się nazywała.

Szczęśliwe, ale umęczone matki przestają się gapić i odsuwają wózki, żebym mogła się między nimi przecisnąć. Nie chce mi się nawet mruknąć pod nosem „dziękuję”. Osoby tak niemyślące o innych, że blokują alejkę w zatłoczonym sklepie tylko dlatego, że mają ochotę na pogaduszki, nie zasługują na uprzejme traktowanie, więc wymijam je tylko z wyniosłym, ironicznym uśmieszkiem.

Skręcam za rogiem i zatrzymuję się przy alejce z prezentami.

Marnie. Marnie. Marnie.

Gdybym chciała być lepszą osobą, skoczyłabym do galerii handlowej i poszukała czegoś porządnego. Może karty podarunkowej do salonów Bloomingdale’s albo Victoria’s Secret – czegoś, co sprawiłoby jej przyjemność i naprawdę się przydało. Ale dzisiaj nie czuję się kimś tak szlachetnym.

Wyobrażam sobie, jak wręczam Marnie taniego pluszowego misia i bukiet barwionych goździków owiniętych różowym sreberkiem. Widzę jej zawiedzioną minę…

Nie ucieszyłaby się z tych prezentów.

Znienawidziłaby mnie.

Ale Marnie i tak już mnie nienawidzi. Wiele razy dawała temu wyraz za moimi plecami. Ale nigdy nie powiedziała mi tego prosto w oczy. Bo jest taką właśnie tchórzliwą larwą bez kręgosłupa. Za każdym razem, kiedy jest sama z Benem, odczuwa potrzebę, żeby wyrazić swoją opinię na temat naszego związku. Mówi, że on jest dla mnie za dobry, a ja go tylko wykorzystuję. Ben zawsze próbuje zamknąć jej usta, za co dziękuję mu w duchu, ale to jej nie zniechęca i następnym razem robi dokładnie to samo.

Z uśmieszkiem pod nosem sięgam po neonowego, zielonego misia z matowym, szorstkim futerkiem. Zerkam na cenę.

Pięć dolców bez jednego centa.

A potem myślę o Benie.

Nie mogę mu tego zrobić. On jest dobrym facetem. Poprosił, żebym kupiła jego siostrze prezent urodzinowy i właśnie to muszę zrobić, nawet jeśli ta czynność budzi we mnie taką niechęć.

Odkładam brzydkiego pluszaka na półkę i ruszam w stronę alejki z kartkami. Biorę pierwszą z brzegu pastelowo żółtą kartkę urodzinową z najbardziej oklepanym tekstem, wrzucam ją do koszyka, a potem przechodzę do działu z kartami upominkowymi.

Wiem dużo rzeczy o Marnie Gotlieb.

Ubóstwia zakupy, ale najbardziej gustuje w tych drobiazgach z wizerunkami martwych prezydentów. Lubi dostawać zaproszenia na kolację od różnych starszych facetów, których poznaje na portalach randkowych. Kiedyś w college’u przespała się z wykładowcą chemii w zamian za zaliczenie w indeksie.

Jestem pewna, że pociągają ją podtatusiali faceci, chociaż nie mam pojęcia, skąd to się wzięło, skoro jej ojciec jest kolejnym wcieleniem Warda Cleavera[1].

Biorę parę kart podarunkowych, w tym jedną do księgarni, ponieważ ta dziewczyna powinna spędzać mniej czasu z nosem w komórce, oraz jedną na zakupy w domu handlowym, żeby zatuszować pasywno-agresywne podteksty związane z tą pierwszą.

Wrzucam je do koszyka i przypominam sobie, jak mówiłam Benowi, że wczoraj wieczorem zapakowałam prezenty dla Marnie, co oznacza, że muszę kupić jej jakiś prawdziwy podarunek. Ruszam więc w kierunku alejki z kosmetykami do ciała i łapię z dolnej półki mydła – organiczne, ręcznie robione – zestaw trzech za dwanaście dolarów, i dorzucam do tego buteleczkę balsamu do ciała o zapachu migdałów i miodu.

Nie mam pojęcia, jakie są ulubione zapachy Marnie. I zupełnie mi to zwisa.

Skręcam w kolejną alejkę i gwałtownie się zatrzymuję, widząc w oddali znajomą postać.

Długie nogi, buty z czerwoną podeszwą, lśniące złote włosy i wrzeszczący mały chłopiec. To kobieta, którą bardzo dobrze znam, ale której nigdy wcześniej nie spotkałam w realu.

Daphne McMullen pcha swój wypełniony wózek, powoli przesuwając wzrokiem po opakowaniach organicznego makaronu i sera oraz niezliczonych bochenkach chleba bezglutenowego. Wraz z każdym ruchem jej włosy falują w powietrzu. Obraca się do najmłodszego członka rodziny McMullenów, czteroletniego Sebastiana, i co parę sekund łaskocze go pod brodą albo robi mu noski eskimoski.

Jeśli Bóg istnieje, to chyba w ten sposób przeprasza mnie za to, co stało się rano. Jest mu przykro, że zniknęło konto Daphne na Instaface. Dlatego celowo doprowadził do tego spotkania.

Serce wali mi jak oszalałe, w ustach mi zasycha. Zaciskając mocno palce na uchwycie wózka, gapię się na nią z rozdziawionymi ustami. Na żywo jest piękna, co potwierdza moje podejrzenia: Daphne McMullen w rzeczywistości jest dokładnie taka sama, jak w Internecie, na Instaface.

Obserwowanie, jak zajmuje się swoim najmłodszym dzieckiem, sprawia, że robi mi się ciepło na sercu. Grace ma naprawdę ogromne szczęście, że Daphne jest jej matką.

Dobrze wybrałam.

Sebastian upuszcza coś na ziemię. Daphne kuca, żeby to podnieść, i rozgląda się na boki. Wpadam na chwilę w panikę i odwracam głowę w przeciwną stronę. Nie mogę tutaj stać i gapić się na nią, chociaż z przyjemnością robiłabym to cały dzień.

Za mną jakiś starszy pan głośno chrząka, jakby chciał mi dać do zrozumienia, że tarasuję mu przejście.

– Przepraszam – mówię i odsuwam wózek.

Wchodzę w następną alejkę i widzę z daleka, jak Daphne rusza w kierunku kas, więc robię to samo. Sprawdzając ustawiony przede mną tłum klientów, próbuję zgadnąć, którą kasę ona wybierze. W ciągu paru sekund ustawiam się za brzuchatym facetem w średnim wieku, który zajmuje miejsce za Daphne. Nie ogląda się na niego, więc mnie też nie zauważa.

Jakaś kobieta stojąca za mną ciągle zerka na kolejki do innych kas, jakby przejście gdzieś indziej mogłoby jej zaoszczędzić cenną chwilę. Patrzy na zegarek, wzdycha, a potem zagląda do mojego wózka. Wygląda na poirytowaną czekaniem w ogonku albo faktem, że stoję z wielkim wózkiem, a mam w nim jedynie trzy kartki urodzinowe i parę kostek mydła. Może jest oburzona, że niepotrzebnie zajmuję tyle miejsca? Może osobiście ją to obraża? To przecież wystarczający powód, żeby człowieka krew zalała… jeśli jest się cholerną jędzą.

Dwie alejki dalej zapala się zielone światełko. Kasjer woła:

– Zapraszam następną osobę!

Kobieta stojąca za mną wyrywa tam galopem, a w ślad za nią rusza stojący przede mną brzuchaty facet, który prawie się przewraca o stojak ze słodyczami.

Tacy są ludzie.

Właśnie dlatego świat jest totalną porażką.

I dlatego nienawidzę supermarketów. To jest pieprzone zoo, tylko zamiast zwierząt są ludzie.

Podnoszę wzrok, szykując się do zajęcia miejsca w kolejce, które zwolnił brzuchacz, ale moje serce nagle się zatrzymuje i oblewam się zimnym potem, gdy sobie przypominam, że przede mną stoi Daphne. Parę chwil zajmuje mi uświadomienie sobie, że to wszystko dzieje się naprawdę.

To jest rzeczywistość.

A nie moja fantazja.

Pulsująca krew dudni mi w uszach, a ja ruszam do przodu. Zatrzymuję się dopiero wtedy, gdy znajduję się tuż za nią.

Wcześniej byłam kompletnie oszołomiona, obserwując ją z daleka, schowana za półkami, jakbym zobaczyła jakąś wielką gwiazdę, ale to nic w porównaniu z tym, co czuję w tej chwili.

Przyglądam się, jak Daphne gawędzi z kasjerem, dziewiętnastolatkiem z trądzikiem, rudawymi włosami i piegami rozsypanymi po pyzatej twarzy. Jego ruchy są nerwowe i nieskoordynowane, jakby czuł się okropnie skrępowany w jej obecności, mimo że ona jest najzupełniej spokojna. Skóra Daphne ma odcień biskwitowej porcelany, jest kremowa i nieskazitelna, a jej złote włosy, tak gęste i lśniące, opadają idealnie na ramiona, jak w reklamach.

Mały Sebastian siedzi z przodu w wózku, wymachując nóżkami i nucąc do siebie jakąś okropnie irytującą, ale jednocześnie uroczą rymowankę.

– Jeszcze chwilkę, mój mały skarbie. – Daphne mówi głosem miękkim jak aksamit i słodkim jak miód, prawą dłonią dotykając jego pucułowatego policzka. Myślę o wszystkich hasztagach, które u niej widuję, zwłaszcza o często przez nią używanym #mójmałyskarb, a moją pierś wypełnia ciepło. – Już prawie skończyliśmy zakupy.

Zaglądam do jej wózka, w którym znajdują się owoce granatu i karambole, niesłodzone mleko kokosowe, organiczne daktyle oraz rukola. Oto jedzenie, którym będzie karmiła swoją rodzinę.

Oraz moją córkę.

To zupełnie inna bajka niż tania przetworzona żywność – zapiekanki, mrożonki i frytki – na jakiej ja się wychowałam.

– Dwieście pięć dolarów i jedenaście centów – mówi kasjer łamiącym się głosem, a potem odchrząkuje. Wyłamuje sobie palce, przyciskając je do zielonego fartucha, i przemyka wzrokiem po kolejce, unikając kontaktu wzrokowego z resztą klientów, podczas gdy Daphne przesuwa przez czytnik błyszczącą srebrną kartę kredytową.

Sebastian zaczyna wymachiwać nogami, jakby chciał kogoś kopnąć. Daphne się odwraca, nachyla i szepcze mu do ucha coś, dzięki czemu chłopiec się uspokaja. W jej wykonaniu bycie rodzicem wydaje się czymś dziecinnie prostym. Wszyscy dookoła patrzą na nią z podziwem.

– Czy ma pan dzieci? – pyta kasjera.

– Nie, psze pani – odpowiada chłopak, znowu głośno odchrząkując. Im dłużej Daphne skupia na nim swoją uwagę, tym intensywniejszy kolor przybiera jego twarz, a ja się zastanawiam, czy ona działa w ten sposób na każdego, kto ma z nią kontakt.

Pewnie tak.

– Tak myślałam – mówi, śmiejąc się uprzejmie. – Dla mojego synka to już prawie pora drzemki.

Rzucam okiem na zegarek. Jest dopiero dziesiąta rano. Żaden ze mnie ekspert od rodzicielstwa i pracowałam w klinice dziecięcej tylko parę lat, ale jestem pewna, że czterolatki nie ucinają sobie porannych drzemek.

– Ślicznie dziękuję. – Daphne bierze paragon od czerwonego jak burak kasjera, składa go na pół i pośpiesznie chowa do portfela, z którego przypadkowo wylatuje banknot – dwadzieścia dolarów – i spada na ziemię. Daphne tego nie zauważa. Odchodzi, stukając obcasami.

A ja stoję i gapię się na nią do chwili, gdy czekający za mną mężczyzna dotyka mojego ramienia.

– Odda jej to pani? – Wąsaty dobry samarytanin wskazuje palcem nieruchomy banknot leżący parę kroków przede mną.

Daphne jest już prawie przy wyjściu. Szybko podnoszę banknot, a potem biegnę za nią.

– Proszę pani! – wołam do niej, mimo że Daphne McMullen jest zbyt młoda i piękna, żeby zwracać się do niej w tak formalny sposób. – Przepraszam…

Jej obcasy (to oczywiste, że ta cudownie tajemnicza istota chodzi do sklepu spożywczego w butach na obcasach) nagle przestają stukać o ziemię. Rozgląda się dookoła, aż wreszcie jej spojrzenie pada na mnie. Zbliżam się do niej z wyciągniętą ręką. Serce wali mi tak gwałtownie, że z trudem oddycham.

– Upuściła to pani – tłumaczę zdumiona, że taka zwyczajna sytuacja potrafi odebrać mi całą pewność siebie.

Jej usta pomalowane fiołkoworóżową pomadką układają się w uśmiech, który rozświetla całą twarz. Przesuwając dłonią po płaskim brzuchu, rusza w moją stronę powolnym krokiem i spotyka się ze mną w pół drogi. Jestem w szoku, że ktoś potrafi chodzić w butach na obcasach z taką łatwością, z jaką każdy inny chodzi w tenisówkach.

– Bardzo dziękuję – mówi, patrząc mi prosto w oczy, jakby wydawały się jej dziwnie znajome. Bo powinny. Grace, nasza Grace, ma po mnie brązowe oczy, a także szerokie czoło, okrągłą twarz i brązowe włosy.

Kiwam głową, wypuszczając powietrze, które przetrzymywałam w płucach. Nie mogę sformułować jakiejkolwiek odpowiedzi, co rzadko mi się zdarza.

Daphne uśmiecha się i daje mi chwilę wytchnienia, gdy odwraca się do zniecierpliwionego Sebastiana. Nasza rozmowa się kończy i matka mojej córki odchodzi, pchając wypełniony wózek, w którym siedzi braciszek Grace. Pakuje organiczną żywność do bagażnika SUV-a, którym moja córka jeździ na treningi piłki nożnej i lekcje baletu, a potem jedzie do domu, do którego Grace biegnie, gdy wysiada ze szkolnego autobusu codziennie o trzeciej piętnaście.

Jak w transie wracam do kolejki, wyciągam z portfela kartę kredytową Bena i płacę za prezenty dla Marnie. Kasjer w mojej obecności nie wygląda na zdenerwowanego. Nie chrząka ani nie wyłamuje palców. Nie ma rozbieganego wzroku. Wpatruje się we mnie tępym, pustym spojrzeniem, a potem krzyczy „Następny!”, zanim nawet zdążę spakować zakupy.

Po paru minutach siedzę już za kierownicą swojego auta i przekręcam w dół lusterko, żeby dobrze się sobie przyjrzeć. A raczej ślicznej dziewczynie, którą dzisiaj udaję. Moje czerwone usta wyblakły, trochę szminki rozmazało się pod wargami, a idealnie niedbały kok w paru miejscach się rozpadł i kosmyki zwisają po bokach. Nigdy nie umiem zrobić sobie fryzury, która trzymałaby się dłużej niż godzinę czy dwie.