Wydawca: Wielka Litera Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 72 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Idealne matki - Doris Lessing

W kinach film Idealne matki na podstawie opowiadania Doris Lessing DWIE KOBIETY

Jak wielka jest miłość, która niszczy samych zakochanych?

Liz i Ros są nierozłączne, mieszkają po sąsiedzku w pięknych domach nad brzegiem oceanu. Obie są samotnymi kobietami i obie mają nastoletnich, atrakcyjnych synów. Jeden niedozwolony pocałunek niszczy ten przyjacielski układ i popycha bohaterów do uwikłania się w skandaliczne romanse, które trwają długie lata i niszczą wszystkich dookoła. A najbardziej najbliższych.

Opinie o ebooku Idealne matki - Doris Lessing

Fragment ebooka Idealne matki - Doris Lessing

IDEALNE MATKI

Niewielki cypel, na którym roiło się od kafejek i restauracji, oblewało rozbrykane, acz bezpieczne morze, nie to co prawdziwy ocean, który ryczał i przewalał się za wejściem do zatoki i odgradzającymi ją skałami nazywanymi – nawet na mapach – Zębami Baxtera. Kim był Baxter? Dobre, często zadawane pytanie. Odpowiedzi udzielała oprawiona w ramki, zręcznie postarzona kartka papieru wisząca na ścianie restauracji U Baxtera usytuowanej w najlepszym, najbardziej prestiżowym miejscu na samym końcu cypla. Kartka informowała, że sala w głębi lokalu była niegdyś szopą Billa Baxtera, którą wybudował własnymi rękami z cegły i trzciny. On sam był niestrudzonym podróżnikiem i wilkiem morskim, który natknął się przypadkiem na tę rajską zatokę i mały skalisty cypel. Wcześniejsze wersje legendy napomykały jeszcze o pokojowo nastawionych i gościnnych tubylcach. Kiedy pojawiły się w niej Zęby Baxtera? Człowiek ten niezmordowanie badał okoliczne wybrzeże i wyspy. Gdy powierzył swój los maleńkiej łupinie, którą własnoręcznie skleił z wyrzuconych na brzeg desek, morze poniosło go pewnej księżycowej nocy do tych siedmiu czarnych skał. Widział stamtąd wyraźnie swój mały domek z latarnią sztormową, równie niezawodną jak latarnia morska, wskazującą drogę do zatoki małym statkom zdolnym przepłynąć przez rafę.

Restaurację U Baxtera otaczały teraz wysokie drzewa osłaniające stoliki i krzesła, a poniżej, z trzech stron, było przyjazne morze.

Biegnąca przez zarośla ścieżka prowadziła do ogrodu restauracji. Pewnego popołudnia ruszyło tym łagodnym podejściem sześć osób: czworo dorosłych i dwie małe dziewczynki, których radosne piski brzmiały niczym pokrzykiwanie mew.

Przodem szło dwóch przystojnych mężczyzn, nie młodych, lecz jedynie złośliwiec oceniłby, że są w średnim wieku. Jeden utykał. Za nimi podążały dwie równie przystojne kobiety około sześćdziesiątki – ale nikt nie nazwałby ich starszymi paniami. Złożyli torby, zawiniątka i zabawki przy stoliku, który najwyraźniej dobrze znali. Byli eleganccy i promienni, jak to ludzie, którzy potrafią korzystać ze słońca. Usadowili się. Opalone, jedwabiście gładkie nogi kobiet były obute w niewyszukane sandały. Ich kompetentne dłonie chwilowo spoczęły w bezruchu. Kobiety po jednej stronie, mężczyźni po drugiej i kręcące się wokół dziewczynki. Sześć jasnych głów. Z pewnością łączyło ich pokrewieństwo. One musiały być matkami tych mężczyzn, a oni byli ich synami. Dziewczynki, głośno domagające się pójścia na plażę, do której prowadziła skalista ścieżka, usłyszały od babć, a później od ojców, że mają być grzeczne i ładnie się bawić. Przykucnęły więc i zaczęły palcami i patyczkami rysować coś na piasku. Śliczne małe dziewczynki. Nic dziwnego, skoro miały tak przystojnych antenatów.

Dziewczyna stojąca w oknie restauracji zawołała do nich:

– Podać to, co zwykle?

Jedna z kobiet potwierdziła skinieniem ręki. Wkrótce pojawiła się taca ze świeżo wyciśniętymi sokami i kanapkami z razowego pieczywa, które wskazywały, że ludzie ci dbają o zdrowie.

Theresa, zdawszy końcowe egzaminy w liceum, wyjechała na rok z Anglii, dokąd zamierzała powrócić na studia. Przekazała im tę informację kilka miesięcy temu, a w zamian otrzymywała na bieżąco wieści o postępach dziewczynek w ich pierwszej szkole. Teraz też spytała, jak im idzie. Obie zgodnie zapiszczały, że szkoła jest fajowa. Śliczna kelnerka pośpieszyła z powrotem do restauracji, posyłając mężczyznom uśmiech, który sprawił, że kobiety uśmiechnęły się najpierw do siebie nawzajem, a później do synów. Jeden z nich, Tom, powiedział:

– Nigdy nie wróci do Anglii. Wszyscy chłopcy chcą, żeby tu została.

– Głupio zrobi, jeśli wyjdzie za mąż i wszystko zmarnuje – skomentowała jedna z kobiet, Roz, a właściwie Rozeanne, matka Toma.

Za to druga, Lil (Liliane), matka Iana, rzuciła:

– Hm, czy ja wiem...? – I uśmiechnęła się do Toma.

To ustępstwo czy przyznanie, że oni też istnieją na świecie, sprawiło, że mężczyźni skinęli do siebie głowami, żartobliwie zaciskając usta, jakby w reakcji na często słyszaną wymianę zdań.

– Ma dziewiętnaście lat, jest za młoda – zauważyła Roz.

– Ale kto wie, jak by się to ułożyło? – odrzekła, rumieniąc się, Lil.

Czując swój rumieniec, lekko się skrzywiła, co nadało jej twarzy łobuzerski czy też zadziorny wyraz, na tyle niezgodny z jej prawdziwą naturą, że pozostali wymienili między sobą spojrzenia, które nie tak łatwo było zinterpretować.

Na koniec wszyscy westchnęli i wybuchnęli szczerym śmiechem, który zdawał się stanowić komentarz do tych niedopowiedzeń.

– Z czego się śmiejecie? – spytała jedna z dziewczynek, Shirley, a druga, Alice, dorzuciła, naśladując krnąbrny, choć w istocie niezamierzony, wyraz twarzy babci:

– Co jest takie śmieszne? Nie widzę w tym nic śmiesznego.

Lil poczuła się skrępowana i znowu się zarumieniła.

Shirley nie dała jednak za wygraną, wciąż dopominając się uwagi.

– Co jest takie śmieszne, tatusiu?

Wtedy obaj ojcowie zaczęli na niby mocować się z córkami. Dziewczynki opierały się i umykały, by zaraz znów wracać do zabawy, aż w końcu znalazły schronienie na kolanach babć i już tam pozostały – z klejącymi się powiekami i kciukami w buziach, ziewające. To było upalne popołudnie.

Senna, pełna zadowolenia scena. Przy innych stolikach w cieniu wysokich drzew odpoczywali podobnie szczęśliwi ludzie. Ledwie kilka metrów niżej pluskało, wzdychało i szumiało morze, a wokół słychać było ciche, rozleniwione głosy.

Theresa zastygła na moment przy oknie, z tacą zimnych drinków, i spojrzała na siedzącą przy stoliku rodzinę. Po policzkach pociekły jej łzy. Zakochała się w Tomie, a później w Ianie, a potem znów w Tomie – z powodu ich wyglądu, obycia i czegoś jeszcze, aury sytości, jakby przez całe życie nasiąkali przyjemnościami, a teraz to oddawali pod postacią niewidzialnych fal zadowolenia.

I jeszcze z powodu łatwości i wprawy, z jaką zajmowali się córeczkami. I dlatego, że babcie zawsze były pod ręką, czyniąc z czwórki szóstkę... Ale gdzie się podziewały ich matki? Przecież dziewczynki miały matki, Hannah i Mary, uderzająco niepodobne do tej jasnowłosej rodziny, do której weszły. Były drobne i ciemne i – choć całkiem ładne – Theresa wiedziała, że nie zasługują na takich mężów. Obydwie pracowały. Prowadziły własną firmę. To dlatego babcie pojawiały się tak często. Zatem babcie nie pracowały? Pracowały, ale mogły w każdej chwili powiedzieć: „Jedźmy do Baxtera” – i przyjeżdżały. Matki czasami też i wtedy robiło się ich ośmioro.

Theresa zakochała się w nich wszystkich. Wreszcie to zrozumiała. Serce wyrywało się do mężczyzn, to oczywiste – ale niezbyt gwałtownie. Łzy napływały jej do oczu, gdy widziała ich razem – kiedy ich obserwowała, tak jak teraz. Z tyłu, przy stoliku pod barem, siedział Derek, młody farmer, który chciał się z nią żenić. Nie miała nic przeciwko niemu, nawet się jej podobał, ale wiedziała, że prawdziwą namiętność wzbudza w niej ta rodzina.

W przenikających przez głęboki cień drzewa promieniach słońca upalne błękitne powietrze, przesiąknięte atmosferą rozkoszy i szczęścia, zdawało się wydzielać wielkie krople czegoś na podobieństwo złotej mgły, którą dostrzegała tylko ona. Właśnie w tamtej chwili postanowiła, że wyjdzie za mąż za swego farmera i tu zostanie, na tym kontynencie. Nie mogła go porzucić dla zmiennych uroków angielskiego Bradford, choć wrzosowiska nie były takie złe w chwilach, gdy zaświeciło nad nimi słońce. Nie, zostanie tutaj, musi. „Chcę tego, chcę”, powiedziała sobie w duchu, nie powstrzymując już łez. Pragnęła tej fizycznej swobody, spokoju odnajdującego wyraz w leniwych ruchach, w długich opalonych nogach i rękach oraz w złocistym błysku jasnych włosów rozświetlonych słońcem.

Właśnie gdy zadecydowała o swej przyszłości, dojrzała wspinającą się po ścieżce jedną z matek. Mary. Tak, to była ona. Drobna brunetka, wiercipięta, bez cienia wytworności i klasy rodziny.

Szła powoli. Przystanęła, popatrzyła, ruszyła dalej, znów przystanęła, a wszystko to z zaplanowanym rozmysłem.

Ciekawe, co ją ugryzło, zamyśliła się Theresa, która wreszcie odeszła od okna, by zanieść tacę z drinkami zniecierpliwionym już na pewno klientom. Mary Struthers niemal zastygła w miejscu. Stała wpatrzona w rodzinę, marszcząc brwi. Roz Struthers dostrzegła ją i pomachała do niej raz, a później znowu. Potem, jakby usłyszała ostrzeżenie, ręka powoli jej opadła, a twarz zaczęła tracić swą promienność i blask. Patrzyła na synową, ale jak gdyby nie wprost. To spojrzenie kazało jej synowi, Tomowi, obrócić twarz w tamtą stronę i pomachać. Ian też pomachał. Ich ręce opadły tak jak ręka Roz. Było w tym coś nieodwracalnego.

Mary zatrzymała się. Obok stał stolik. Osunęła się na krzesło. Wpatrywała się w Lil, po czym przeniosła wzrok na swojego męża, Toma. Przymrużone oskarżycielskie oczy wędrowały od jednej twarzy do drugiej. Czegoś szukały. W ręku miała jakąś paczkę. Listy. Siedziała może trzy metry od nich i się wpatrywała.

Obsłużywszy pozostałe stoliki, Theresa znów stanęła przy oknie. W myślach piętnowała Mary, żonę jednego z synów. Wiedziała, że to zazdrość, jednak broniła się następująco: „Gdyby na nich zasługiwała, nie miałabym nic przeciwko niej, ale przy nich jest nikim”.

Tylko zazdrosne oko mogło tak deprecjonować Mary, uderzająco ponętną młodą brunetkę. Teraz jednak nie wyglądała ładnie – miała woskowo bladą twarz i zaciśnięte usta. Theresa dostrzegła listy w jej dłoni. Spojrzała na czwórkę siedzącą przy stoliku. „Jakby udawali posągi”, pomyślała. Światło ich opuszczało. To wspaniałe popołudnie mogło nic sobie z tego wszystkiego nie robić, ale oni siedzieli całkiem nieruchomo, jak skamieniali. A Mary wciąż patrzyła – raz na Lil, czyli Liliane, raz na Roz, Rozeanne, później na Toma i na Iana, i znów na wszystkich po kolei.

Pod wpływem nieświadomego impulsu Theresa nalała do szklanki wody ze stojącego w lodówce dzbanka i pobiegła do Mary. Ta nieśpiesznie obróciła głowę i marszcząc brwi, spojrzała na Theresę, lecz nie wzięła od niej szklanki. Theresa postawiła ją na blacie. Nagle migotanie wody przyciągnęło uwagę Mary. Sięgnęła po szklankę, lecz zaraz cofnęła rękę, zbyt drżącą, by zdołała ją utrzymać.

Theresa wróciła do okna. Czuła, że popołudnie raptem pociemniało. Ona też drżała. Co się stało? Co było nie tak? Wydarzyło się coś strasznego, nieodwracalnego.

W końcu Mary z trudem się podniosła, podeszła do stolika, przy którym siedzieli pozostali, i opadła na stojące nieco z boku krzesło. Nie była częścią tej rodziny.

Wszyscy czworo dostrzegli teraz listy, które trzymała w dłoni.

Siedzieli nieruchomo, wpatrywali się w Mary i czekali.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

Tytuł oryginału

THE GRANDMOTHERS

Redakcja

Anna Jutta-Walenko

Korekta

Jadwiga Przeczek

Justyna Żebrowska

Copyright © Doris Lessing 2013

Copyright © Wielka Litera Sp. z o.o., Warszawa 2013

Copyright © for the translation Bohdan Maliborski, 2013

Zdjęcie na okładce © 2012 HOPSCOTCH FEATURES PTY LTD,

THE GRANDMOTHERS PTY LTD, SCREEN AUSTRALIA, SCREEN NSW,

CINE@, MON VOISIN PRODUCTIONS, GAUMONT, FRANCE 2 CINEMA

Wielka Litera Sp. z o.o.

ul. Kosiarzy 37/53

02-953 Warszawa

ISBN 978-83-64142-08-6

Opowiadanie"Idealne matki" ukazało się wcześniej w zbiorze opowiadań Doris Lessing pod tytułem "Dwie kobiety"

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl