Idealne małżeństwo - Kimberly Belle - ebook

48 osób właśnie czyta

Opis

Nie ma idealnych małżeństw. Są tylko doskonałe kłamstwa.

Małżeństwo Iris i Willa jest tak perfekcyjne, jak tylko może być. Wiodą szczęśliwe życie w pięknym domu w ekskluzywnej dzielnicy Atlanty, oboje spełniają się zawodowo i planują założenie rodziny. Gdy Will wylatuje w delegację, ginie po nim wszelki ślad. Dlaczego nie odbiera telefonu? I, co gorsze, dlaczego był na liście pasażerów samolotu, który się rozbił? Czas mija, a mąż nie daje znaku życia. Gdzie jest? Dlaczego kłamał? I czego jeszcze jej nie powiedział?

Nawet Idealne małżeństwo ma swoją mroczną stronę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 419

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Ta książka jest dla Kristy Barrett, przepięknej kobiety

zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz.

Rozdział pierwszy

Budzę się, gdy jakaś ręka łapie mnie w pasie i całą przyciąga do rozgrzanej od snu skóry. Wzdycham i wtulam się w znajome ciało mojego męża, dopasowuję plecy do jego przodu, wciągam jego ciepło. Will jest piecem, gdy śpi, a ja zawsze mam jakąś zimną część do ogrzania. Tego ranka są to stopy. Wkładam je między dwie ciepłe łydki.

– Masz lodowate palce u stóp. – Jego głos dudni w ciemnym pokoju, odgłosy we mnie wibrują. Po drugiej stronie zasłon w naszej sypialni nie ma jeszcze ranka – jest ta fioletowa chwila między dniem i nocą, jeszcze ponad pół godziny do budzika. – Zwisały z boku łóżka czy jak?

Dopiero mamy kwiecień, a marzec jeszcze nie poluzował swych mroźnych szponów. Przez ostatnie trzy dni z ołowianego nieba lał się deszcz, a zimny wiatr obniżał temperaturę do o wiele niższej niż średnia. Meteorolodzy przewidywali kolejny tydzień zimna, a Will jest jedyną osobą w Atlancie, która cieszy się z chłodu i otwiera szeroko okna. Jego wewnętrzny termostat jest zawsze ustawiony na gorąco.

– To dlatego, że upierasz się, żebyśmy spali w igloo. Chyba wszystkie moje kończyny mają już odmrożenia.

– Chodź tutaj. – Jego palce gładzą mój bok, dłoń przyciąga mnie jeszcze bliżej. – W takim razie musimy cię rozgrzać.

Leżymy przez chwilę w ciszy, obejmuje mnie w pasie, jego broda mieści się w zagłębieniu mojego ramienia. Od snu Will jest lepki i wilgotny, ale mam to gdzieś. Takimi chwilami rozkoszuję się najbardziej – to chwile, w których nasze serca i oddechy są zsynchronizowane. Chwile tak intymne jak uprawianie miłości.

– Jesteś moją ulubioną osobą na tej planecie – mruczy mi do ucha. Uśmiecham się. To właśnie te słowa wybraliśmy zamiast standardowego „kocham cię”, znaczą dla mnie też o wiele więcej. Za każdym razem, gdy padają z jego ust, są dla mnie niczym tajemnica. – Lubię cię najbardziej, zawsze będę cię lubić.

– Ty też jesteś moją ulubioną osobą.

Przyjaciółki zapewniają mnie, że więź, którą mam z własnym mężem, nie będzie trwać wiecznie. W pewnej chwili, mówią, tę zażyłość zmrozi ogień i nagle zacznę zauważać innych mężczyzn. Będę malować policzki i usta dla bezimiennych, pozbawionych twarzy nieznajomych, którzy nie są moim mężem, i będę sobie wyobrażać, że dotykają mnie w miejscach, do których dostęp ma tylko mąż. Moje przyjaciółki nazywają to swędzeniem po siedmiu latach, a ja nie potrafię sobie tego wyobrazić, ponieważ dzisiaj – po siedmiu latach i dniu – gdy dłoń Willa gładzi moją skórę, ja nadal pragnę tylko jego.

Zamykam oczy, jego dotyk wywołuje mrowienie, które mówi mi, że prawdopodobnie spóźnię się do pracy.

– Iris? – szepcze.

– Hmmm?

– Zapomniałem wymienić filtry w klimatyzacji.

Otwieram oczy.

– Co?

– Powiedziałem, że zapomniałem wymienić filtry w klimatyzacji.

Śmieję się.

– Tak właśnie mi się wydawało.

Will jest genialnym informatykiem z lekkim zespołem nadpobudliwości psychoruchowej, a jego mózg jest tak pełen faktów i informacji, że zawsze zapomina o małych rzeczach… ale z reguły nie podczas seksu. Przypisuję to niezwykle pracowitemu czasowi w pracy w połączeniu z tym, że wyjeżdża na trzydniową konferencję na Florydzie, więc jego lista rzeczy do zrobienia jest dziś dłuższa niż zwykle.

– Możesz to zrobić w ten weekend, kiedy wrócisz.

– A co, jeśli wcześniej się ociepli?

– Nie powinno. A nawet jeśli, to jestem pewna, że filtry wytrzymają kilka dni.

– A twój samochód będzie prawdopodobnie wymagał wymiany oleju. Kiedy włączałaś klimatyzację po raz ostatni?

– Nie wiem.

Ja i Will podzieliliśmy obowiązki domowe zgodnie z płcią. Samochody i utrzymanie domu to jego działka, gotowanie i sprzątanie – moja. Żadne z nas nie myśli zbytnio o podziale pracy. Studia nauczyły mnie być feministką, ale małżeństwo nauczyło mnie być praktyczną. Robienie lasagne jest o wiele przyjemniejsze niż czyszczenie rynien.

– Sprawdź rachunki od konserwacji, dobrze? Są w schowku.

– No dobrze. Ale o co chodzi z tymi nagłymi wszystkimi zadaniami? Już się mną znudziłeś?

Z tyłu głowy czuję jego szeroki uśmiech.

– Może to właśnie to, co we wszystkich książkach o ciąży nazywa się wiciem gniazda.

Na myśl o tym, co robimy – co może już zrobiliśmy – radość wybucha w mojej piersi. Odwracam się do niego.

– Nie mogę być w ciąży. Oficjalnie staramy się dopiero od niecałych dwudziestu czterech godzin.

Wczoraj wieczorem raz przed kolacją i dwa razy po. Może trochę przesadziliśmy podczas naszej pierwszej oficjalnej sesji robienia dziecka, ale na swoją obronę mamy fakt, że to była nasza rocznica, a Will jest przesadnie ambitny.

Jego oczy błyszczą od samozadowolenia. Gdyby między naszymi ciałami było miejsce, by uderzył się w pierś, z pewnością by to uczynił.

– Jestem pewien, że moi faceci świetnie pływają. Pewnie już jesteś w ciąży.

– Wątpię – odpowiadam, chociaż jego słowa sprawiają, że lekko zaczyna mi się kręcić w głowie. W naszym związku to Will jest tym praktycznym – osobą, która stara się myśleć racjonalnie i nie wykazuje radosnego optymizmu labradora tak jak ja. Nie mówię mu, że zrobiłam już wszystkie obliczenia. Że dokładnie przeanalizowałam mój cykl, wyliczyłam dni od ostatniej miesiączki, wprowadziłam wszystko do aplikacji w telefonie i że ma rację. Równie dobrze mogę już być w ciąży.

– Na siódmą rocznicę większość ludzi daje wełnę albo miedź. Ty dałeś mi spermę.

Uśmiecha się, ale w taki nerwowy sposób. Ma taką minę zawsze, gdy uczynił coś, czego może nie powinien był robić.

– Nie tylko to.

– Will…

W zeszłym roku, pod jego naciskiem, utopiliśmy wszystkie nasze oszczędności i znaczną część naszych miesięcznych dochodów w hipotece, która zasadniczo sprawiła, że nie mamy wiele więcej niż nasz dom. Och, ale jaki to dom! Nasz wymarzony wiktoriański dom, z trzema sypialniami, na cichej ulicy w Inman Park, z szerokim gankiem z przodu i oryginalnymi drewnianymi wykończeniami. Weszliśmy tam i od razu wiedzieliśmy, że musimy go mieć, nawet jeśli to oznaczało, że w przewidywalnej przyszłości połowa pomieszczeń będzie stała pusta. Teraz miała być rocznica bez prezentów.

– Wiem, wiem, wiem, ale nie mogłem się powstrzymać. Chciałem kupić ci coś wyjątkowego. Coś, żebyś już zawsze pamiętała tę chwilę, nawet jeśli nadal będzie nas tylko dwoje. – Odwraca się, włącza światło i z szuflady od swojej strony łóżka wyciąga małe czerwone pudełko. Wręcza mi je z nieśmiałym uśmiechem. – Wszystkiego najlepszego z okazji rocznicy.

Nawet ja jestem w stanie poznać Cartiera Nie możemy pozwolić sobie nawet na kupienie drobinki kurzu w tym sklepie. Gdy nie otwieram pudełka, Will podnosi wieczko. Widzę trzy połączone ze sobą kółka, na jednym z nich połyskują rzędy malutkich brylancików.

– To potrójny pierścień. Różowy pasek oznacza miłość, żółty wierność, a biały przyjaźń. Spodobała mi się symbolika – ty, ja i nasze przyszłe dziecko. – Mrugam, żeby powstrzymać łzy, a Will podnosi palcem moją brodę i zmusza mnie, bym na niego spojrzała. – O co chodzi? Nie podoba ci się?

Przejeżdżam palcem po białych kamieniach, połyskujących na tle różowej skóry. Prawda jest taka, że Will nie mógłby lepiej wybrać. Pierścionek jest prosty, wyrafinowany i czarujący. Wybrałabym dokładnie taki sam. Gdybyśmy mieli do wydania całe pieniądze tego świata. Których nie mamy.

A mimo wszystko pragnę tego pierścionka bardziej, niż powinnam – nie dlatego, że jest piękny czy drogi, lecz dlatego, że wybrał go Will.

– Jest cudowny, ale… – Kręcę głową. – Za drogi. Nie stać nas na niego.

– Nie, nie jest za drogi. Nie dla matki mojego przyszłego dziecka. – Wyjmuje pierścionek z pudełka i wsuwa mi go na palec. Pierścionek jest zimny, ciężki i idealnie pasuje, obejmuje palec pod kostką, tak jakby został zrobiony specjalnie na moją dłoń. – Daj mi małą dziewczynkę, która będzie wyglądać tak samo jak ty.

Wpatruję się w równiny i zagłębienia jego twarzy, przyglądając się wszystkim moim ulubionym miejscom. Cienka blizna, która przecina jego lewą brew. Ten guzek na grzbiecie jego nosa. Szeroka, kwadratowa szczęka i mięsiste usta, zapraszające do pocałunku. Ma zaspane oczy i potargane włosy, na brodzie pojawił się drapiący zarost. Ze wszystkich jego przyzwyczajeń i nastrojów, ze wszystkich jego twarzy, jakie dane mi było poznać, najbardziej go kocham go takim, jakim jest teraz: uroczy, o miękkim sercu i pomięty.

Uśmiecham się do niego przez łzy.

– A co, jeśli to będzie chłopiec?

– To będziemy pracować tak długo, aż urodzisz mi moją dziewczynkę. – Całuje mnie długo i przeciągle. – Podoba ci się ten pierścionek?

– Jest cudowny. – Obejmuję go za szyję, brylanciki połyskują ponad jego ramieniem. – Jest idealny tak jak ty.

Szczerzy zęby.

– Może wiesz, zanim wyjadę, powinniśmy jeszcze poćwiczyć.

– Masz lot za trzy godziny.

Ale on już całuje moją szyję, a jego dłoń zsuwa się niżej i niżej.

– No i?

– Pada deszcz. Na ulicach będzie naprawdę kiepsko.

Kładzie mnie na plecach, przyciska moje ciało do łóżka.

– W takim razie lepiej się pośpieszmy.

Rozdział drugi

Nauka w Lake Forrest Academy, ekskluzywnej dwunastoklasowej szkole na liściastym przedmieściu Atlanty, gdzie pracuję jako szkolny psycholog, to koszt abstrakcyjnych 24 435 dolarów rocznie. Zakładając pięcioprocentową inflację, trzynaście lat spędzonych w tych otoczonych czcią salach będzie kosztować cię ponad czterysta tysięcy za jedno dziecko, i to zanim postawi stopę w kampusie uczelni. Nasi uczniowie są synami i córkami chirurgów i dyrektorów generalnych, bankierów i przedsiębiorców, prezenterów wiadomości i zawodowych sportowców. Są to dzieci uprzywilejowane i z elity, a jednocześnie najbardziej popieprzone, jak tylko można sobie wyobrazić.

Przeciskam się przez podwójne drzwi kilka chwil po dziesiątej – dzięki wcale-nie-tak-szybkiemu numerkowi Willa i gwoździowi w oponie – i idę korytarzem wyłożonym dywanem. Budynek jest cichy – jest taki tylko wtedy, gdy uczniowie są w klasie skuleni za swoimi nowiusieńkimi macbookami. Przyszłam w połowie trzeciej lekcji, więc muszę się pośpieszyć.

Gdy wychodzę zza rogu, widzę kilkoro uczniów czekających na korytarzu pod drzwiami mojego gabinetu. Wszyscy są pochyleni nad swoimi komórkami. Uczniowie wiedzą, że prowadzę politykę otwartych drzwi, i często z niej korzystają.

A potem z klasy po drugiej stronie korytarza wychodzi jeszcze więcej dzieci, mają podniesione głosy, czymś się ekscytują, a alarm, który słyszę, sprawia, że zamieram.

– Co się tutaj dzieje? Dlaczego nie jesteście w klasie?

Ben Wheeler patrzy w górę znad swojego iPhone’a.

– Właśnie spadł jakiś samolot. Mówią, że wyleciał z Hartsfield.

Ogarnia mnie panika, moje serce przestaje bić. Opieram się o szafkę.

– Jaki samolot? Gdzie?

Wzrusza chudymi ramionami.

– Więcej na razie nie wiadomo.

Mijam uczniów i siadam za biurkiem, drżącą ręką sięgam po myszkę.

– No dalej, dalej – szepczę, wybudzając komputer z hibernacji. W mojej głowie wirują dane na temat lotu Willa. Teraz powinien być w powietrzu od około trzydziestu minut i dolatywać do granicy z Florydą. Na pewno – na pewno – rozbity samolot to nie ten, w którym leciał. No bo jakie są szanse? Codziennie z lotniska w Atlancie startują tysiące samolotów, które nie spadają z nieba. Z pewnością wszyscy są bezpieczni.

– Pani Griffith, wszystko w porządku? – Ava, drobna uczennica drugiej klasy, odzywa się, stojąc w drzwiach mojego gabinetu. Jej słowa ledwo przebijają się przez ryk w moich uszach.

Po całej wieczności przeglądarka internetowa wreszcie się ładuje i wpisuję adres CNN sztywnymi i niezgrabnymi palcami. A następnie zaczynam się modlić. Proszę, Boże, proszę, nie pozwól, aby to był Will.

Obrazy, które wypełniają mój ekran kilka sekund później, są przerażające. Kawałki samolotu rozerwanego eksplozją, zwęglone pole usiane kropkami dymiących fragmentów wraku. Najgorszy rodzaj katastrofy, taki, w którym nikt nie przeżywa.

– Biedni ludzie – szepcze Ava nad moją głową.

Robi mi się niedobrze, mdłości zbierają się w gardle, zjeżdżam w dół, żeby sprawdzić szczegóły lotu. Liberty Airlines, lot 23. Głośno wypuszczam powietrze, miękną mi kolana.

Ava nieśmiało przejeżdża dłonią po moich łopatkach.

– Pani Griffith, co się dzieje? Jak mogę pomóc?

– Wszystko w porządku. – Moje słowa są bezgłośne, tak jakby do moich płuc nie dotarła jeszcze żadna wiadomość. Wiem, że powinno mi być szkoda pasażerów lotu 23 i ich rodzin, tych biednych ludzi rozerwanych na strzępy nad polem kukurydzy w Missouri, ich rodzin i przyjaciół, dowiadujących się o tym tak jak ja, z mediów społecznościowych i tych strasznych zdjęć na ekranach, ale zamiast tego odczuwam tylko ulgę. Ulga płynie przeze mnie niczym valium, silna, szybka i wspaniała. – To nie był samolot Willa.

– A kto to Will?

Gładzę policzki dłońmi i próbuję pozbyć się paniki, ale ona cały czas ze mną walczy, nie daje się usunąć.

– Mój mąż. – Moje palce nadal drżą, serce nadal wali, niezależnie od tego, ile razy powtarzam sobie, że to nie był samolot Willa. – Leci do Orlando.

Otworzyła szeroko oczy.

– Myślała pani, że pani mąż leciał tym samolotem? Raju, nic dziwnego, że prawie pani zemdlała.

– Nie zemdlałam, tylko… – Przyciskam dłoń do piersi i nabieram głęboko powietrza. – W tej sytuacji moja reakcja była jak najbardziej adekwatna. Takie przerażenie wywołuje gwałtowny wzrost poziomu adrenaliny, na który ciało musi odpowiedzieć. Ale teraz już wszystko jest w porządku. Nic mi nie będzie.

Mówienie o tym na głos, naukowe ujęcie mojej fizjologicznej reakcji, rozluźnia coś w mojej klatce piersiowej, a pulsowanie w głowie zamienia się w ciche buczenie. Dzięki Bogu to nie był samolot Willa.

– Ej, ja pani nie oceniam. Widziałam pani męża. Straszny przystojniak. – Rzuca plecak na podłogę, siada na krześle i krzyżuje nogi, zbyt gołe, by zgadzać się z regulaminowym strojem w szkole. Tak jak każda inna dziewczyna tutaj, Ava podwija spódniczkę do wysokości spódniczki u dziwki. Patrzy na moją prawą dłoń, nadal przyciśniętą do walącej piersi. – A tak przy okazji, ładny pierścionek. Nowy?

Opuszczam dłoń na kolana. To oczywiste, że Ava zauważyła pierścionek. I prawdopodobnie doskonale wie, ile kosztował. Ignoruję komplement, skupiając się na pierwszej połowie jej zdania.

– Kiedy widziałaś mojego męża?

– Na pani profilu na Facebooku. – Uśmiecha się szeroko. – Gdybym to ja obudziła się obok niego rano, też spóźniłabym się do szkoły.

Rzucam jej karcące spojrzenie.

– Bardzo miło mi się z tobą rozmawia, ale czy nie powinnaś przypadkiem wrócić do klasy?

Wykrzywia te swoje ładne różowe usteczka. Nawet krzywiąc się, Ava jest śliczną dziewczyną. Wręcz boleśnie piękną. Duże niebieskie oczy. Brzoskwiniowo-kremowa skóra. Długie, lśniące, kasztanowe loki. Jest również mądra, a gdy chce – bardzo zabawna. Mogłaby mieć w tej szkole każdego chłopca… i ma. Ava nie jest wybredna, a jeśli wierzyć Twitterowi, nietrudno zdobyć jej serce.

– Nie idę na angielski – mówi w sposób, w jaki z reguły mówi się do niemowląt.

Rzucam jej mój uśmiech psycholożki, przyjazny i nieoceniający.

– Dlaczego?

Wzdycha i przewraca oczami.

– Ponieważ unikam zamkniętych przestrzeni, w których Charlotte Wilbanks i ja musimy oddychać tym samym powietrzem. Nienawidzi mnie i zapewniam panią, że to uczucie jest odwzajemnione.

– Dlaczego uważasz, że ona cię nienawidzi? – pytam, chociaż doskonale znam odpowiedź. Charlotte i Ava były kiedyś najlepszymi przyjaciółkami, a historia ich sprzeczki jest dobrze udokumentowana. To, co kilka lat temu wywołało nienawiść, już dawno zostało zapomniane i pochowane pod milionem chamskich i pozbawionych smaku twittów, które wprowadzają pojęcie „złej dziewczyny” na zupełnie inny poziom. Z tego, co widziałam wczoraj, ich najnowszy konflikt obraca się wokół kolegi z klasy Adama Nightingale’a, syna legendy muzyki country Toby’ego Nightingale’a. W miniony weekend pojawiły się zdjęcia Avy i Adama, migdalących się w pobliskim barze ze świeżymi sokami.

– Kto to wie? Pewnie dlatego, że jestem ładniejsza. – Skubie idealny lakier do paznokci, jasnożółty żel, wyglądający, jakby nałożyła go dzień wcześniej.

Jak większość dzieciaków w szkole, tak i Ava dostaje od rodziców, czego tylko dusza zapragnie. Zupełnie nowe cabrio, najlepsze wycieczki do egzotycznych miejsc, kartę Platinum Amex i ich błogosławieństwo. Ale zasypywanie córki prezentami to nie to samo, co poświęcanie jej uwagi, i gdyby to oni siedzieli naprzeciwko mnie, zachęcałabym ich, aby dawali jej lepszy przykład. Matka Avy to lwica salonowa Atlanty z niezwykłą umiejętnością patrzenia w drugą stronę za każdym razem, gdy ojciec Avy, chirurg plastyk, który w mieście jest określany mianem „Facet od Cycków”, zostaje przyłapany z o połowę młodszą dziewczyną, co następuje dość często.

Na studiach uczyli mnie, że równie ważna jest natura dziecka i uwaga, jaką poświęcają mu rodzice, ale praca nauczyła mnie, że uwaga wygrywa za każdym razem. Szczególnie wtedy, gdy jej brakuje. Im więcej schrzanili rodzice, tym więcej chrzaniło dziecko. To naprawdę takie proste.

Ale wierzę również, że każdy, nawet najgorsi rodzice i najbardziej niedostosowane dzieci, może się uratować. Ava jest taka, bo nie potrafi sobie poradzić. To rodzice sprawili, że jest taka, jaka jest.

– Jestem pewna, że gdybyś poświęciła temu trochę więcej uwagi, mogłabyś wymyślić lepszy powód, dla którego Charlotte może…

– Puk, puk. – W drzwiach staje dyrektor szkoły, Ted Rawlings. Wysoki i tyczkowaty, z koroną ciemnych loków, przypomina mi pudla, który podchodzi poważnie do wszystkiego poza swoimi krawatami. Miał już na sobie setki ohydnych wzorów, zawsze śmiesznych, które wyglądały uroczo tylko na nim. Dzisiejsza wersja to jasnożółty krawat z poliestru, pokryty równaniami z fizyki.

– Zakładam, że słyszałaś o katastrofie.

Kiwam głową i patrzę na zdjęcia na ekranie. Ci biedni ludzie. Ich biedne rodziny.

– Ktoś w tej szkole będzie znał kogoś z tego samolotu – mówi Ava. – Tylko poczekajmy.

Pod wpływem jej słów po moim kręgosłupie przebiega dreszcz, bo wiem, że ma rację. Atlanta to duże miasto, ale małe miasteczko, takie, w którym rozłąki w rodzinie są zazwyczaj krótkie. Szanse, że ktoś w jakiś sposób jest powiązany z którąś z ofiar, wcale nie są małe. Zakładam, że najlepsze, na co mogę mieć nadzieję, to żeby wśród ofiar nie znajdował się żaden członek rodziny ani przyjaciel.

– Uczniowie są zdenerwowani – mówi Rawlings. – To oczywiście zrozumiałe, sądzę jednak, że nie damy rady prowadzić dzisiaj lekcji. Chciałbym, żeby z twoją pomocą dzieci się czegoś nauczyły. Stwórz dla nich bezpieczne miejsce, w którym będą mogły porozmawiać o tym, co się wydarzyło, i zadawać pytania. A jeśli panna Campbell ma rację, że ktoś z Lake Forrest stracił w katastrofie ukochaną osobę, my będziemy już przygotowani, aby zapewnić jej wsparcie, jakiego potrzebuje.

– To świetny pomysł.

– Cudownie. Cieszę się, że mamy cię w szkole. Zwołam zebranie w audytorium i wyznaczę cię do rozmów na ten temat.

– Oczywiście. Daj mi tylko minutę lub dwie, żebym się ogarnęła, i już idę.

Ted przejeżdża palcem po drzwiach i wychodzi. Ponieważ lekcje zostały oficjalnie odwołane, Ava podnosi plecak i przez kilka chwil czegoś w nim szuka. Ja w tym czasie wyjmuję puder kompaktowy z szuflady w biurku.

– Proszę – mówi, podając mi kilka tubek z markowymi podkładami. Chanel, Nars, YSL, Mac. – Bez obrazy, ale pani chyba potrzebuje ich bardziej niż ja. – Uśmiecha się szeroko, by załagodzić swoje słowa.

– Dziękuję, Avo. Ale mam własne przybory do makijażu.

Ona jednak nie zabiera tubek. Przestępuje z nogi na nogę, jedną ręką trzyma pasek plecaka. Przygryza wargę, zerka na swoje eleganckie buty i zaczynam myśleć, że pod całą tą odwagą i brawurą tak naprawdę może być nieśmiałą dziewczyną.

– Naprawdę bardzo się cieszę, że to nie był samolot pani męża.

Tym razem ulga buduje się powoli, otacza mnie ciepłem tak jak zaspane ciało Willa tego ranka. Jest niczym promienie słońca na nagiej skórze.

– Ja też.

Gdy wychodzi, sięgam po telefon i wyświetlam numer telefonu Willa. Wiem, że nie będzie mógł odebrać jeszcze przez jakąś godzinę, muszę jednak usłyszeć jego głos, choćby z taśmy. Pod wpływem gładkiego, znajomego głosu moje mięśnie się rozluźniają. To jest poczta głosowa Willa Griffitha…

Czekam na piknięcie i ponownie opadam na krześle.

– Cześć, kochanie, to ja. Wiem, że nadal lecisz, ale jeden samolot rozbił się tuż po starcie z Hartsfield i przez jakieś piętnaście przerażających sekund myślałam, że to może twój, i chciałam tylko… nie wiem, usłyszeć od samej siebie, że nic ci nie jest. Wiem, że to głupie, ale zadzwoń do mnie, jak tylko wylądujesz, dobrze? Dzieciaki oszalały, więc będę w audytorium, ale obiecuję, że odbiorę. Dobra, muszę lecieć, ale niedługo porozmawiamy. Jesteś moją ulubioną osobą i już strasznie za tobą tęsknię.

Chowam telefon do kieszeni i idę w stronę drzwi. Kosmetyki do makijażu Avy leżą tam, gdzie je zostawiła, na stosie na moim biurku.

Rozdział trzeci

Ted siedzi obok mnie na scenie w audytorium, wygładza dłonią krawat i mówi do sali pełnej licealistów.

– Jak wszyscy wiecie, lot 23 Liberty Airlines z lotniska Hartsfield-Jackson do Seattle w Waszyngtonie rozbił się niewiele ponad godzinę temu. Domniemywa się, że zginęli wszyscy pasażerowie, na pokładzie było ich stu siedemdziesięciu dziewięciu. Mężczyźni, kobiety i dzieci, ludzie tacy jak wy i ja. Zwołałem was tutaj, abyśmy mogli porozmawiać o tym jako grupa, otwarcie, uczciwie i bez osądu. Tragedie takie jak ta mogą sprawić, że wszyscy będziemy aż za bardzo świadomi zagrożeń w naszym świecie. Świadomi naszych słabości i tego, jak kruche bywa życie. To pomieszczenie jest bezpieczną przestrzenią, w której możemy zadawać pytania i płakać, a także robić wszystko, aby sobie z tym poradzić. Ustalmy, że to, co się tutaj stanie, nie wyjdzie na zewnątrz.

Każdy inny dyrektor szkoły średniej zarządziłby chwilę ciszy, a potem kazał dzieciakom wrócić do pracy. Ted wie, że dla nastolatków katastrofa zawsze ma pierwszeństwo przed rachunkami, a to dlatego, że we wszystkim upatruje okazję do nauki. A uczniowie podążają za nim bez pytania.

Patrzę na ponad trzysta dzieciaków i mogę powiedzieć, że są one podzielone mniej więcej na pół: połowa jest przerażona zdjęciami samolotu, którym być może lecieli ich sąsiedzi, a druga połowa cieszy się z odwołanych lekcji. Ich podekscytowane głosy odbijają się echem w dużej przestrzeni.

Głos jednej z dziewczyn jest głośniejszy niż pozostałe.

– Czy to jakaś grupowa terapia?

– No cóż… – Ted spogląda na mnie pytająco, a ja kiwam głową. Jeśli uczniowie Lake Forrest czują się komfortowo w jakiejś sytuacji, to właśnie podczas terapii, grupowej czy każdej innej. Bo nasze dzieciaki mają ustawione numery do terapeutów pod przyciskami szybkiego wybierania w telefonach. – Tak. Dokładnie tak jak w terapii grupowej.

Teraz, gdy wiedzą już, co się święci, zdają się uspokajać, krzyżują ręce na piersi i opierają się z powrotem na miękkich fotelach.

– Słyszałem, że to terroryści – krzyczy ktoś z tyłu. – Że organizacja ISIS zorganizowała już wystąpienie i się przyznała.

Jonathan Vanderbeek, który zaraz będzie kończył szkołę, odwraca się w przednim rzędzie.

– A kto ci to powiedział, Sarah Palin?

– Kylie Jenner właśnie tak napisała.

– Genialne – prycha Jonathan. – Bo Kardashianki są ekspertkami, jeśli chodzi o narodowe bezpieczeństwo.

– Już dobrze, dobrze – mówi Ted, kilka razy puka w mikrofon i przywołuje wszystkich do porządku. – Nie pogarszajmy sytuacji, powtarzając plotki i snując domysły. Obejrzałem wiadomości i poza faktem, że samolot się rozbił, tak naprawdę nie ma jeszcze żadnych szczegółowych informacji. Nikt nie powiedział, dlaczego samolot uległ katastrofie ani kto był na jego pokładzie. Najpierw władze muszą skontaktować się z rodzinami. – Ostatnie słowo – rodzinami – trafiło salę jak bomba. Na sekundę lub dwie zawisło w powietrzu, gorące i ciężkie. – A na przyszłość umówmy się, że istnieją bardziej wiarygodne źródła informacji niż Twitter, dobrze? – Z przedniego rzędu słychać prychnięcie.

Ted kręci karcąco głową.

– Dobrze, pani Griffith chciałaby powiedzieć wam kilka rzeczy, które mają być wprowadzeniem do dyskusji. Ja w tym czasie będę oglądał stronę CNN na laptopie i gdy tylko linie lotnicze podadzą jakiekolwiek nowe informacje, przerwę rozmowę i przeczytam je na głos, abyśmy wszyscy mieli te same aktualne dane. Czy to jest dobry plan?

Wszyscy kiwają głowami. Ted przekazuje mi mikrofon.

***

Chciałabym móc powiedzieć, że następne kilka godzin spędziłam na wpatrywaniu się w telefon i czekaniu na sygnał od Willa, ale siedemdziesiąt sześć minut po katastrofie, zaledwie dziesięć minut po rozpoczęciu naszej dyskusji i piętnaście przed oficjalnym wydaniem oświadczenia przez linie lotnicze, CNN podaje, że na pokładzie samolotu znajdowała się cała drużyna lacrosse z liceum Wells Academy, cała szesnastka i trenerzy. Najwyraźniej lecieli na turniej.

– O mój Boże. Jak to możliwe? Przecież dopiero co z nimi graliśmy. W zeszłym tygodniu.

– W zeszłym tygodniu, kretynko. Przecież sama właśnie to powiedziałaś. Co oznacza, że mieli mnóstwo czasu między wtedy a dzisiaj rano, by wsiąść do tego samolotu.

– Sam jesteś kretynem, kretynie. Mówię o tym, że przegraliśmy mecz, dzięki któremu Wells dostali miejsce w turnieju. Policz sobie.

– Chwileczkę – mówię i idę przez audytorium, zanim kłótnia się rozwinie. – Niedowierzanie to normalna reakcja na wiadomość o śmierci przyjaciela, ale wściekłość i sarkazm to kiepskie sposoby radzenia sobie z czymś takim i jestem pewna, że wszyscy doskonale zdajecie sobie z tego sprawę. – Dzieciaki patrzą po sobie skruszone i zniżają się na krzesłach.

– Posłuchajcie, rozumiem, że łatwo jest skryć się za negatywnymi emocjami zamiast skonfrontować się z tym, co stało się z naszymi przyjaciółmi albo kolegami – mówię już łagodniej. – Ale macie prawo być zaskoczeni, smutni, zszokowani czy nawet zranieni. To normalne reakcje na tak szokujące informacje i otwarta i szczera rozmowa pomoże nam wszystkim poradzić sobie z naszymi uczuciami. Dobrze? Założę się, że Caroline nie jest jedyną osobą, która myśli teraz o ostatnim razie, gdy widziała zawodników Wells. Kto z was był jeszcze na meczu?

Jedna po drugiej w górze pojawiają się ręce i uczniowie zaczynają mówić. Większość opowieści dotyczy tego samego czasu i miejsca, ale to oczywiste, że dzieciaki są przerażone. Gdyby wygrali ten mecz, gdyby to drużyna z Lake Forrest dostała miejsce w tym turnieju, w tym samolocie mogliby równie dobrze siedzieć nasi uczniowie. Prowadzenie rozmowy wymaga ode mnie ogromnego skupienia, aż wreszcie robimy przerwę na lunch.

Uczniowie wychodzą na zewnątrz, a ja wyjmuję telefon z kieszeni i marszczę czoło, bo ekran nadal jest pusty. Will wylądował ponad godzinę temu i nadal nie zadzwonił, nie napisał, nic nie zrobił. Gdzie on u diabła jest?

Ted kładzie rękę na moim przedramieniu.

– Wszystko w porządku?

– Co? Och tak. Tylko czekam na telefon od Willa. Dzisiaj rano poleciał do Orlando.

Oczy Teda robią się wielkie, ma współczującą minę.

– No cóż, to wyjaśnia wyraz twojej twarzy, gdy wcześniej wszedłem do twojego gabinetu. Musiałaś się nieźle przestraszyć.

– Tak, a biedna Ava odczuła to najbardziej. – Macham telefonem w powietrzu. – Spróbuję go namierzyć.

– Oczywiście, oczywiście. Idź.

Schodzę ze sceny i idę środkowym przejściem, wybieram numer Willa, jeszcze zanim wychodzę na korytarz przez podwójne drzwi. Lake Forrest przypomina uniwersytecki kampus, składa się z kilkunastu pokrytych bluszczem budynków na powierzchni około akra, idę brukowaną drogą, prowadzącą do budynku liceum. Deszcz przestał padać, ale ołowiane chmury nadal wiszą nisko na niebie, a lodowaty wiatr wywołuje gęsią skórę na moich rękach. Otulam się swetrem i biegnę po schodach do podwójnych drzwi, i wchodzę w ciepło dokładnie w chwili, w której komórka Willa przełącza mnie na pocztę głosową.

Szlag.

Czekam na piknięcie i próbuję się uspokoić. Powtarzam sobie, że mam się nie martwić. Że z pewnością istnieje proste wytłumaczenie tego, że jeszcze nie zadzwonił. W ciągu kilku ostatnich miesięcy miał w pracy dużo stresu i kiepsko spał. Może uciął sobie drzemkę. Poza tym łatwo zapomina, jest typowym informatykiem, który nie potrafi skupić się na jednej rzeczy naraz. Wyobrażam sobie, jak wybiera mój numer, a potem zapomina wcisnąć „Wyślij”. Albo siedzi z jakimiś grubymi rybami przy basenowym hotelu, nie zwracając uwagi na dzwoniący telefon. A może po prostu padła mu bateria albo zapomniał telefonu i zostawił go w samolocie. Myślę o tych wszystkich rzeczach i niemal odczuwam radość.

– Cześć, kochanie – mówię do telefonu, próbując brzmieć beztrosko. – Chciałam tylko sprawdzić, że wszystko jest w porządku. Powinieneś być już u siebie w hotelu, ale chyba mają tam kiepską recepcjonistkę. W każdym razie, gdy będziesz mieć chwilę, zadzwoń do mnie. Trochę zdenerwowałam się tą katastrofą i naprawdę bardzo chcę usłyszeć twój głos. No to na razie, czekam. Jesteś moją ulubioną osobą.

W swoim gabinecie idę prosto do komputera i włączam program pocztowy. Miesiąc temu Will wysłał mi szczegóły dotyczące konferencji, ale w mojej skrzynce odbiorczej jest ponad trzy tysiące maili, nie ma za to dobrego systemu ich organizacji. Muszę trochę poszukać, ale wreszcie znajduję to, czego szukałam:

Od: [email protected]–consulting.com

Do: [email protected]

Temat: FW: Bezpieczeństwo cybernetyczne w aspekcie krytycznych zasobów: szczyt wywiadowczy

Sprawdź! W czwartek jestem głównym prelegentem. Miejmy tylko nadzieję, że wszyscy nie zasną, tak jak ty, gdy tylko zaczynam mówić o pracy, xo

Will M. Griffith

Starszy inżynier oprogramowania

AppSec Consulting, Inc.

Z ulgi odczuwam mrowienie na skórze, czuję się usprawiedliwiona. Mam tutaj wszystko czarno na białym. Will jest w Orlando, bezpieczny.

Klikam załącznik, pojawia się ulotka z konferencji. Zdjęcie Willa znajduje się w połowie strony, obok blurba reklamującego jego doświadczenie w kwestii zarządzania ryzykiem. Drukuję ulotkę i spisuję na karteczce nazwę hotelu, w którym ma się odbywać konferencja, a następnie ponownie włączam wyszukiwarkę, żeby znaleźć numer. Właśnie go przepisuję, gdy mój telefon zaczyna dzwonić. Na ekranie pojawia się twarz mojej matki.

Zaczynam odczuwać niepewność. Moja matka, logopeda, doskonale wie, jak wygląda robota w szkole. Wie, że mam szalenie dużo pracy, i nigdy mi w niej nie przeszkadza, chyba że chodzi o sprawę życia i śmierci. Tak jak wtedy, gdy tata wjechał przednim kołem roweru w dziurę i fiknął koziołka na asfalcie, łamiąc sobie kość obojczyka. Jego kask rozpadł się wówczas na pół.

To dlatego odbieram i od razu mówię:

– Co się stało?

– Och, skarbie. Właśnie widziałam wiadomości.

– O katastrofie? Wiem. Cały dzień próbujemy ogarnąć to w szkole. Dzieciaki szaleją ze strachu.

– Nie. Nie o to mi chodzi. No dobrze, nie do końca… Kochanie, chodziło mi o Willa…

Coś w sposobie, w jaki to mówi, w ostrożnym pytaniu niby o Willa, a jednak nie o niego, sprawia, że każdy włosek na moim ciele staje dęba.

– Co z nim?

– No dobrze, zacznijmy od tego: gdzie on jest?

– W Orlando na konferencji. Dlaczego pytasz?

Siła, z jaką mama wzdycha do słuchawki, niemalże rozwala mi bębenek. Po chwili rozumiem, jak bardzo musiała nad sobą panować.

– Och, dzięki Bogu. Wiedziałam, że to nie może być Will.

– O czym ty mówisz? Kto nie mógł być moim Willem?

Jej odpowiedź ginie we wrzasku jednej z uczennic, która wpada do mojego gabinetu.

– Pan Rawlings kazał mi pani przekazać, że właśnie opublikowano listę nazwisk. – Krzyczy te słowa do mojego gabinetu, tak jakbym nie siedziała tutaj, metr dalej, i nie rozmawiała przez telefon. Uciszam ją i macham ręką, żeby sobie poszła.

– Mamo, zacznij od nowa. Kto nie jest moim Willem?

– William Matthew Griffith, który, jak mówią, był na pokładzie samolotu.

Z samego środka mnie pojawiają się słowa „to nie mój mąż!”. Mój Will leciał innym samolotem, zupełnie innymi liniami lotniczymi. A nawet gdyby, to przecież Liberty Airlines już by do mnie dzwoniły. Nie podano by jego nazwiska bez uprzedniego poinformowania o tym mnie – jego żony, jego ulubionej osoby na tej planecie.

Zanim jednak mówię mamie którąkolwiek z tych rzeczy, w moim telefonie rozlega się piknięcie – przychodzi kolejne połączenie. Słowa na ekranie sprawiają, że moje serce staje.

Liberty Airlines.

Rozdział czwarty

Drżącą dłonią zawieszam rozmowę z mamą i odbieram od Liberty Airlines.

– Tak, słucham?

Gardło mam tak ściśnięte, że mój głos zdaje się zachrypnięty i słaby.

– Dzień dobry, czy mogę rozmawiać z panią Iris Griffith?

Wiem, dlaczego ta kobieta dzwoni. Wiem to ze sposobu, w jaki wymawia moje nazwisko, ostrożnie neutralnym i biznesowym tonem. Nie jestem w stanie oddychać.

Ale ona się myli. Will jest w Orlando.

– Will jest w Orlando. – Słyszę swój głos.

– Przepraszam… Czy to jest numer pani Iris Griffith?

Co by się stało, gdybym odparła, że nie? Czy powstrzymałoby to tę kobietę przed wypowiedzeniem słów, które ma zamiar wypowiedzieć? Czy rozłączyłaby się i zadzwoniła do żony innego Williama Matthew Griffitha?

– To ja jestem Iris Griffith.

– Pani Griffith, nazywam się Carol Manning i dzwonię z Liberty Airlines. William Matthew Griffith ustawił panią jako osobę kontaktową w nagłych wypadkach.

Will jest w Orlando. Will jest w Orlando. Will jest w Orlando.

– Tak. – Ściskam żołądek ręką. – Jestem jego żoną. Jestem jego żoną. Jestem.

– Proszę pani, jest mi ogromnie przykro, ale muszę panią poinformować, że pani mąż był pasażerem dzisiejszego porannego lotu numer 23. Samolot rozbił się w drodze z Atlanty do Seattle. Zakłada się, że żaden z pasażerów nie przeżył katastrofy. – Brzmi jak robot, tak jakby czytała to z kartki. Brzmi jak Siri, która dzwoni do mnie, żeby poinformować mnie o śmierci mojego męża.

Moje mięśnie przestają działać, upadam. Klatka piersiowa pada na kolana, moje ciało składa się wpół niczym złamana gałąź. Pod wpływem siły uderzenia z moich płuc wydostaje się całe powietrze, jęczę głośno.

– Wiem, że to musi być dla pani szok, i zapewniam, że Liberty Airlines w każdej chwili zapewnią pani każde możliwe wsparcie. Założyliśmy specjalny numer infolinii i adres mailowy, by mogła się pani z nami skontaktować o każdej porze dnia i nocy. Na naszej stronie www.libertyairlines.com będą również pojawiać się najnowsze informacje.

Jeśli mówi coś jeszcze, to ja jej nie słucham. Telefon spada na podłogę. Na środku mojego zagraconego gabinetu, na oczach przerażonych uczniów, którzy stoją w drzwiach, ześlizguję się z krzesła i szlocham, przyciskam obie dłonie do ust, by stłumić ten dźwięk.

***

W moim polu widzenia znajdują się dwa wielkie buty.

– Och, Iris. Właśnie się dowiedziałem. Tak strasznie, strasznie mi przykro.

Spoglądam w górę przez moje włosy na Teda, na jego zmartwioną brew pod tymi loczkami, i szlocham z ulgą. Ted potrafi wszystko naprawić. Będzie wiedział, co robić. Zadzwoni do kogoś, kto mu powie, że to nie ten Will, nie ten samolot i nie ta żona.

Próbuję się zebrać, ale nie mogę, i dopiero wtedy zauważam, że w moim gabinecie jest pełno uczniów. Słyszałam, że zaczęli zbierać się na korytarzu przed moimi drzwiami, słyszałam ciche głosy i słowa, których nie powinnam słyszeć. Słowa takie jak mąż, samolot, martwy, i wiem już, że słyszeli tę wiadomość.

Nie. Jeszcze tego ranka, gdy nalewałam kawy do naszych kubków termicznych, Will sprawdzał na telefonie pogodę w Orlando.

– Trzydzieści stopni – powiedział, kręcąc głową. – A to przecież jeszcze nie lato. To dlatego nigdy nie będziemy mieszkać na Florydzie.

Ava patrzy na mnie ze łzami w oczach.

– Will jest w Orlando – mówię jej, a na jej twarzy maluje się współczucie.

Jestem zawstydzona faktem, że widzi mnie w takim stanie, że oni wszyscy widzą mnie w takim stanie, skuloną, zasmarkaną kupkę nieszczęścia na podłodze. Zasłaniam twarz dłońmi i pragnę, żeby sobie poszli. Chcę, żeby wszyscy po prostu zostawili mnie samą. Moja polityka otwartych drzwi może się gonić.

– Chodź, pomogę ci wstać. – Ted podnosi mnie z podłogi i sadza na krześle.

– Gdzie mój telefon? Chcę jeszcze raz zadzwonić do Willa.

Pochyla się, podnosi mój telefon z podłogi i mi go podaje. Dziesięć nieodebranych połączeń. Czuję gulę w gardle, gdy widzę, że wszystkie są od mojej matki. Żadnego, ani jednego połączenia od Willa.

– Dzieciaki, zostawcie nas samych, dobrze? – Ted patrzy przez ramię. – I zamknijcie za sobą drzwi.

Uczniowie po kolei wychodzą, mamrocząc kondolencje. Ava delikatnie przejeżdża palcem po mojej ręce. Wzdrygam się. Nie chcę jej współczucia. Nie chcę niczyjego współczucia. Współczucie oznaczałoby, że to, co powiedziała mi ta kobieta, to prawda. Współczucie oznaczałoby, że mój Will nie żyje.

Gdy już wszyscy wychodzą i zostajemy sami, Ted kładzie dłoń na moim ramieniu.

– Czy jest ktoś, do kogo powinienem zadzwonić?

Zadzwonić! Właśnie miałam dzwonić do hotelu. Patrzę na ulotkę z konferencji, wyszarpuję ją z drukarki i macham nią Tedowi przed twarzą.

– To! To udowadnia, że Will jest w Orlando. Jutro będzie głównym prelegentem. Nie było go w samolocie do Seattle. Był w samolocie do Orlando. – W mojej piersi rozkwita nadzieja.

– Czy zameldował się w hotelu? – pyta Ted tonem, którym próbuje mnie udobruchać.

Drżącą ręką znajduję karteczkę z numerem telefonu do hotelu i wstukuję go w telefon. Widzę, że Ted nie ma już nadziei, że myśli, że to, co robię, to strata czasu, nie jestem w stanie znieść bezczelnego współczucia na jego twarzy. Wpatruję się więc w biurko, skupiam się na zadrapaniach i rysach na jego powierzchni. Telefon dzwoni raz, potem drugi.

Po całej wieczności odzywa się kobiecy głos.

– Dzień dobry, Westin Universal Boulevard. W czym mogę pomóc?

– Proszę o połączenie z pokojem Willa Griffitha. – Słowa te wręcz ze mnie wypadają, zbyt szybko, niczym z naćpanego licytatora.

– Z przyjemnością – ćwierka mi do ucha recepcjonistka. Jestem pewna, że ciągle ma do czynienia z zazdrosnymi małżonkami, z kobietami śledzącymi swoich niewiernych chłopaków czy łajdaczących się mężów. W Westin jest prawdopodobnie cała instrukcja postępowania z takimi jak ja. – Powiedziała pani Griffith?

– Tak, Will. Albo pod William, pierwsza litera drugiego imienia to M. – Nabieram powietrza i próbuję się uspokoić, ale trzęsie mi się noga i nie mogę przestać drżeć.

Ted zdejmuje marynarkę i zarzuca mi ją na ramiona. Wiem, że chce dobrze, ale ten gest wydaje mi się o wiele za bardzo osobisty, poza tym materiał marynarki obco pachnie Tedem. Mam ochotę ją z siebie zerwać i wyrzucić ją przez okno. Mojego ciała mogą dotykać tylko ubrania Willa.

Przez kilka sekund kobieta wstukuje coś na klawiaturze.

– Hmm. Przykro mi, ale nie znalazłam rezerwacji na nazwisko pana Griffitha.

Tłumię szloch.

– Proszę sprawdzić raz jeszcze. Proszę.

Następuje kolejna przerwa, wypełniona jeszcze większą liczbą stuknięć. Strach zaczyna gromadzić się pod moją skórą niczym pasożyty, powoli i równomiernie, zjadając moją pewność siebie.

– Czy jest pani pewna, że chodzi o ten hotel Westin? Mamy drugi w Lake Mary, w północnej części miasta. Jeśli sobie pani życzy, podam pani numer.

Kręcę głową, mrugam, by odpędzić świeże łzy i móc przeczytać informację o hotelu na dole ulotki.

– Patrzę teraz na broszurkę z konferencji. Napisano tutaj Universal Boulevard.

Jej głos staje się radośniejszy.

– Och, skoro przyjechał tutaj na konferencję, to może uda mi się przekazać organizatorowi prośbę o kontakt. Która to konferencja?

– Bezpieczeństwo cybernetyczne w aspekcie krytycznych zasobów: szczyt wywiadowczy.

Waha się tylko sekundę lub dwie, ale dostatecznie długo, by w moim gardle ponownie pojawiła się gula.

– Proszę pani, bardzo mi przykro, ale w tym hotelu nie odbywa się taka konferencja.

Upuszczam telefon i wymiotuję do kosza na śmieci.

***

Claire Masters, koleżanka z działu rekrutacji, mieszczącego się po drugiej stronie korytarza, zawozi mnie do domu. Ja i Claire się kolegujemy, ale się nie przyjaźnimy. Nie muszę jednak pytać, dlaczego siedzę akurat w jej samochodzie, a nie w samochodzie kogoś innego. Na początku zeszłego roku mąż Claire zmarł z powodu chłoniaka Hodgkina i teraz, niezależnie od tego, czy sama chciała mnie odwieźć, czy ją o to proszono, powód jest oczywisty. Jeśli ktokolwiek zrozumie, przez co przechodzę, to tylko inna wdowa. Wdowa. Zwymiotowałabym raz jeszcze, ale mój żołądek jest już pusty.

Odwracam się i wyglądam przez okno, patrzę, jak mijamy znajome sklepy. Claire jedzie powoli, trzyma ręce na dziesiątej i drugiej, i nie odzywa się ani słowem. Milczy i obserwuje ruch uliczny i chociaż nie chcę trafić do jej tragicznej kategorii, wiem, że przynajmniej wie, że chcę, by zostawiono mnie samą.

Telefon brzęczy mi na kolanach. Matka dzwoni chyba po raz setny. Czuję ukłucie poczucia winy. Wiem, że unikanie jej w tej chwili jest nie w porządku, ale po prostu nie jestem w stanie z nią teraz rozmawiać. Nie jestem w stanie rozmawiać z nikim.

– Nie chcesz odebrać? – Głos Claire jest wysoki i dziewczęcy, kroi ciszę niczym piłka do chleba.

– Nie. – Ominięcie głazu w mojej piersi i wypowiedzenie jednego słowa całkowicie pozbawia mnie energii.

Patrzy na mnie, na mój telefon i na samochody przed nami.

– Podejrzewam, że twoja matka odchodzi teraz od zmysłów.

Krzywię się pod wpływem jej znaczącego tonu, pod wpływem sposobu, w jaki umieszcza nas obie w najgorszym możliwym zespole.

– Nie mogę. – Przy ostatnim słowie rwie mi się głos. Rozmowa z mamą oznaczałaby, że musiałabym wypowiedzieć na głos te wszystkie słowa. Willa już nie ma. Will nie żyje. Wypowiedzenie tych słów urzeczywistniłoby to zjawisko.

Telefon przestaje dzwonić, a potem, po dwóch sekundach, zaczyna dzwonić od nowa.

Tym razem Claire bierze go z moich kolan i odbiera.

– Dzień dobry, z tej strony Claire Masters. Jestem koleżanką Iris z Lake Forrest. Siedzi obok mnie, ale nie jest jeszcze gotowa do rozmowy. – Chwila ciszy. – Tak, proszę pani. Obawiam się, że to prawda. – Kolejna przerwa, tym razem dłuższa. – W porządku. Na pewno jej o tym powiem. – Rozłącza się i delikatnie kładzie telefon z powrotem na moich nogach. – Twoi rodzice już jadą. Będą przez zmierzchem.

Chciałabym jej podziękować, ale nie mam siły. Wyglądam przez okno i próbuję to sobie wyobrazić, mój Will na polu dymiących fragmentów samolotu, porozwalanych bagaży, szczątków i poskręcanych kawałków metalu, ale nie umiem. Wydaje mi się to niezrozumiałe, tak samo abstrakcyjne jak pojęcia z zajęć w klasie fizycznej.

Will leciał do Orlando, a nie do Seattle. Nie może być martwy. To po prostu niemożliwe.

Claire skręca w zjazd na Georgia 400 i wciska gaz, pędzimy na południe w błogosławionej ciszy.

Rozdział piąty

Bez względu na to, ile razy zapewniam ją, że nie jest to konieczne, Claire odprowadza mnie brukowaną ścieżką do drzwi wejściowych mojego domu. Grzebię w torebce i wyciągam klucze, wkładam je do zamka.

– Dzięki za podwózkę. Nic mi nie będzie.

Otwieram drzwi i wchodzę do środka, gdy jednak chcę je zamknąć, Claire mnie powstrzymuje.

– Skarbie, zostaję. Poczekam na twoich rodziców.

– Claire, nie obraź się, ale chcę być sama.

– Iris, nie obraź się, ale nie wyjdę. – Jej wysoki głos jest zaskakująco stanowczy, ale łagodzi swoje słowa uśmiechem. – Jeśli nie chcesz, nie musisz ze mną rozmawiać, ale zostaję i tyle.

Cofam się i pozwalam jej przejść.

Rozgląda się po korytarzu, patrzy na ściany koloru miodu, na lśniące sosnowe podłogi z niemal czarnymi plamami, rzeźbione poręcze na oryginalnej klatce schodowej. Wychyla głowę i zagląda do przedniego salonu, pustego poza beżową sofą, którą nadal spłacamy – zrobiliśmy sobie taki świąteczny prezent – a potem wskazuje na tył domu.

– Zakładam, że kuchnia jest w tę stronę? – Stawia swoją torbę przy drzwiach i rusza korytarzem. – Zaparzę nam herbaty. – Idzie do kuchni za rogiem.

Gdy tylko znika, opieram się o słupek poręczy schodów, bo atakują mnie wspomnienia poranka. Ciężar ciała Willa na moim, jego rozgrzewające dłonie i gorąca naga skóra. Jego usta w zagłębieniu mojej szyi i sunące na południe, drapiący poranny zarost na piersiach, brzuchu, jeszcze niżej. Moje palce wplątane w jego włosy. Woda spływająca po jego umięśnionym torsie, gdy wyszedł spod prysznica, dotyk jego palców na moich, gdy podałam mu ręcznik. Jego gładkie, ciepłe usta, wracające po jeszcze jeden pocałunek, niezależnie od tego, ile razy ostrzegałam, że zaraz spóźni się na samolot. Ostatnie machnięcie dłonią, gdy wytoczył walizkę przed drzwi, błysk jego obrączki we wczesnoporannych promieniach słońca. A potem odjechał w swoim samochodzie.

On musi wrócić. Musimy jeszcze iść na umówione randki, mamy rezerwacje w hotelach i przyjęcia urodzinowe do zaplanowania. W przyszłym miesiącu, tylko my dwoje, jedziemy do Seaside na Memorial Day, a latem do Hilton Head z moją rodziną. Przecież dopiero co ostatniej nocy pocałował mój brzuch i powiedział, że nie może się doczekać, aż będę taka gruba, nosząc pod sercem jego dziecko, że nie da rady mnie objąć. Will nie może odejść. Nieodwołalność tego stwierdzenia jest zbyt nierealna, zbyt niestrawna. Potrzebuję dowodu.

Rzucam moje rzeczy na podłogę i ruszam korytarzem na tyły domu, do otwartej kuchni z jadalnią. Z koszyka z owocami wyjmuję pilot, wciskam kilka guzików i pojawia się CNN. Przed polem kukurydzy stoi ciemnowłosa dziennikarka, wiatr targa jej włosy. Kobieta przeprowadza wywiad z siwym mężczyzną w grubym płaszczu. Na pasku na dole ekranu czytam, że jest to właściciel pola, zasypanego teraz częściami samolotu i ludzkimi szczątkami.

Claire wychodzi zza rogu. Niesie pudełko z różnymi rodzajami herbat, otwiera szeroko oczy.

– Naprawdę nie powinnaś teraz tego oglądać.

– Ciii. – Zwiększam głośność do tego stopnia, że ich głosy ranią moje uszy niemal tak mocno jak ich słowa. Dziennikarka zasypuje mężczyznę pytaniami, podczas gdy ja przyglądam się tłu, szukając jakichkolwiek oznak obecności Willa. Brązowych włosów, rękawa granatowego polara. Wstrzymuję oddech i staram się cokolwiek zobaczyć, ale widzę tylko dym i kołyszące się na wietrze tyczki na polu kukurydzy.

Dziennikarka prosi starszego mężczyznę, by opisał, co widział.

– Pracowałem w zachodniej części pola, gdy to usłyszałem – mówi mężczyzna, wskazując niekończące się rzędy kukurydzy. – To znaczy, samolot. Najpierw to usłyszałem, a potem zobaczyłem. Ewidentnie miał duże problemy.

Dziennikarka mu przerywa.

– Skąd pan wiedział, że miał problemy?

– Silniki ryczały, ale nie widziałem żadnego ognia ani dymu. Dopiero gdy uderzył w pole i wybuchł. Jeszcze nigdy nie widziałem takiej kuli ognia. Byłem jakiś kilometr dalej, ale i tak poczułem, jak ziemia się trzęsie, a wybuch gorąca był tak potężny, że osmalił mi włosy.

Ile czasu samolot spada z nieba? Minutę? Pięć? Myślę o tym, co czuł Will, pochylam się nad zlewem i próbuję zwymiotować.

Claire sięga po pilota i wyłącza dźwięk. Łapię się blatu, wpatruję się w odrapane dno zlewu, czekam, aż mój żołądek się uspokoi, i myślę: Co teraz? Co ja mam teraz zrobić, do ciężkiej cholery? Za sobą słyszę odgłosy krzątaniny w kuchni, otwieranie szafek i drzwi lodówki.

Po chwili Claire wraca z paczką słonych krakersów i butelką wody.

– Proszę. Woda jest zimna, więc bierz małe łyki.

Ignoruję ją, obchodzę blat i opadam na taboret przy barze.

– Zaprzeczenie, wściekłość, negocjacje, depresja, akceptacja.

Claire patrzy na mnie pytająco.

– Etapy żałoby według Kübler-Ross. Najwyraźniej jestem w fazie zaprzeczania, ponieważ nie ma to dla mnie najmniejszego sensu. Jak ktoś lecący do Orlando mógł skończyć w samolocie lecącym na zachód? Czy konferencja została przeniesiona do Seattle czy coś?

Wzrusza ramionami, ale na jej twarzy nie widać żadnej niepewności. Ja może i jestem w fazie zaprzeczenia, ale ona najwyraźniej nie jest. Chociaż nie mówi tego głośno, widzę, że jej zdaniem Will znajduje się wśród stu siedemdziesięciu dziewięciu osób rozerwanych na strzępy nad polem kukurydzy w Missouri.

– To po prostu niemożliwe. Will by mi powiedział i z pewnością nie opowiadałby mi o wyjeździe do Orlando. Jeszcze tego ranka stał tutaj, gdzie ty teraz, i mówił, jak bardzo nienawidzi tego miasta. Gorąco, ruch uliczny i gdziekolwiek spojrzeć, cholerne parki rozrywki. – Kręcę głową, desperacja sprawia, że mój głos staje się wysoki jak u syreny. – Był tak zestresowany, że może nie wiedział, że przeniesiono konferencję? Może przez cały czas tam jest, chodzi po upalnych ulicach Orlando i próbuje zlokalizować tę konferencję. Ale dlaczego nie oddzwonił?

Claire zaciska usta i nie odpowiada. Zamykam oczy na kilka sekund, emocje wybuchają w mojej piersi niczym bomba. Co mam zrobić? Do kogo zadzwonić? W pierwszym odruchu chcę zatelefonować do Willa, tak jak zawsze, gdy mam jakiś problem, którego nie potrafię sama rozwiązać. Jego metodyczny umysł widzi wszystko inaczej niż mój i niemal zawsze podsuwa mu prostą drogę do rozwiązania.

– Powinieneś stworzyć aplikację – powiedziałam mu kiedyś po tym, jak pomógł mi rozpisać na cały semestr program antynarkotykowy i antyalkoholowy dla dzieciaków. – Zarobiłbyś fortunę. Mógłbyś nazwać ją „Co powiedziałby Will”?

Poklepał się po brzuchu i posłał mi mój ulubiony uśmiech.

– Teraz Will mówi, że jesteś cudowna, masz tutaj podejść i mnie pocałować.

Przyciskam palce do ust i powtarzam sobie, że mam się uspokoić, że mam pomyśleć. Musi być jakaś osoba, do której mogę zadzwonić, która powie mi, że to wszystko to jedno wielkie nieporozumienie.

– Jessica! – Zeskakuję ze stołka i biegnę do telefonu, który leży na mikrofalówce i się ładuje. – Jessica będzie wiedziała, gdzie on jest. Będzie wiedziała, dokąd przeniesiono konferencję.

– Kto to Jessica?

– Jego asystentka. – Wbijam numer, który znam na pamięć, odwracam się plecami do Claire, żeby nie widzieć jej uniesionej brwi i sposobu, w jaki przygryza wargę. Nie traktuje mnie poważnie, tak samo jak Ted.

– AppSec Consulting, mówi Jessica.

– Jessica, z tej strony Iris Griffith. Czy ty…

– Iris? Myślałam, że jesteście na urlopie.

Jej słowa zaskakują mnie do tego stopnia, że potrzebuję kilku sekund, by do siebie dojść. Jessica może i potrafi świetnie odbierać telefony i koordynować terminarze kompletnie niezorganizowanych informatyków, ale nie ma najszybszego procesora.

– Eee, nie. Dlaczego tak sądzisz?

– Bo mieliście być na wycieczce all-inclusive na Rivierze Maya, gdzie mieliście w pełni skupić się na robieniu dziecka. Will pokazał mi zdjęcia tego ośrodka, wyglądał niesa… – Przełyka resztę zdania, a potem nabiera powietrza. – O Boże. Iris, chyba coś pomieszałam. Tak, chyba pomieszałam tygodnie.

Wiem, co ona teraz myśli. Że on poleciał tam z inną kobietą, a mnie to nawet za bardzo nie obchodzi, no bo co, jeśli ona ma rację? A co, jeśli Will żyje i wyleguje się teraz na plaży w Meksyku? Przez sekundę lub dwie ogarnia mnie nadzieja, która znika, gdy uświadamiam sobie, że jego wcale tam nie ma. Will nigdy by mnie nie zdradził, a nawet jeśli tak, to Meksyk byłby ostatnim celem mojego nienawidzącego upałów męża. Prędzej wyjechałby na Alaskę.

– On nie może być w Meksyku – mówię, z całych sił starając się zachować spokój i ukryć frustrację pod uprzejmością. – Przecież jest jednym z głównych prelegentów na konferencji dotyczącej bezpieczeństwa cybernetycznego, pamiętasz?

– Jakiej konferencji?

Otwieram szeroko oczy. Po jaką cholerę ktokolwiek w AppSec miałby zatrudnić tę kobietę?

– Tej w Orlando.

– Poczekaj. Nic nie rozumiem. To on nie jest w Meksyku?

I Boże, dopomóż, w tej chwili tracę nad sobą panowanie. Nabieram powietrza i wrzeszczę do telefonu na tyle głośno, by zedrzeć sobie gardło.

– Nie wiem, Jessico! Nie wiem, kurwa, gdzie jest Will! I w tym cały jebany problem!

Wokół panuje cisza i wszyscy są w szoku, zamieramy Claire, ja i Jessica po drugiej stronie linii. To jak cisza w stereo, dzwoniąca w obu uszach. Powinnam przeprosić, wiem, że tak, ale zaczynam szlochać i dławię się na kolejnych, strasznych słowach, które mówię dalej.

– Mó… mówią, że Will był w tym samolocie, który rozbił się dzisiaj rano, ale nie mają racji. Przecież leciał do Orlando. Powiedz mi, że jest w Orlando.

– O mój Boże. Widziałam wiadomości, ale, Iris, nie miałam pojęcia. Nie wiedziałam.

– Proszę. Po prostu pomóż mi znaleźć Willa.

– Oczywiście. – Na chwilę milknie, słyszę, jak wstukuje coś w klawiaturę komputera. – Jestem pewna, że nie rezerwowałam mu żadnych lotów na dzisiaj, ale mam dane jego logowania. Przypomnij mi, jakie to były linie?

– Liberty Airlines. Lot 23. – Kolejna długa pauza, wypełniona kolejnymi stukotami. – Dobrze, już jestem. Zobaczmy… Mówisz, że to lot 23?

Opieram oba łokcie o blat, chowam głowę w jednej dłoni, zamykam oczy, modlę się.

– Tak.

Wstrzymuję oddech i znam już odpowiedź po sposobie, w jaki Jessica nabiera powietrza.

– Och, Iris… – mówi, a kuchnia wokół mnie zaczyna wirować. – Tak strasznie mi przykro, ale mam to. Lot 23, wylot z Atlanty dzisiaj rano o ósmej pięćdziesiąt pięć rano do Seattle, a powrót w… Hm. Wygląda na to, że zarezerwował lot tylko w jedną stronę.

Nogi się pode mną uginają, zsuwam się na podłogę.

– Sprawdź Deltę.

– Iris, nie jestem pewna…

– Sprawdź Deltę!

– Dobrze, daj mi tylko sekundę lub dwie… Ładuje się… Poczekaj, to takie dziwne, tutaj też jest. Lot 2069 do Orlando, wylot dziś o dziewiątej, powrót w piątek o ósmej wieczorem. Dlaczego miałby rezerwować dwa bilety w przeciwnych kierunkach?

Ulga zamieniła moje kości w watę, prostuję się.

– Gdzie odbywa się ta konferencja? Zadzwoniłam do hotelu na Universal Boulevard, ale musiała zostać przeniesiona.

– Iris, przykro mi. Nie wiem nic na temat żadnej konferencji.

– To kogoś zapytaj! Na pewno ktoś tam wie o konferencji, którą zaplanowała twoja firma.

– Nie, chodziło mi o to, że aż do początku listopada AppSec nie ma zaplanowanych żadnych konferencji.

Trzy razy próbuję wydobyć z siebie słowa. Wreszcie się udaje.

– A Meksyk?

– Nie zarezerwowano go ani z Delty, ani z Liberty Airlines, ale jak chcesz, mogę sprawdzić inne linie.

Teraz w jej głosie słyszę współczucie. Nie jestem w stanie tego słuchać ani przez sekundę dłużej. Rozłączam się i szukam w telefonie numeru do Delty. Po całych ciągnących się dziewięciu minutach udaje mi się doczekać do końca kolejki. Wyjaśniam swoją sytuację obsłudze klienta, a potem wreszcie natrafiam na Carrie, zajmującą się obsługą rodzin i mówiącą radosnym głosem.