Idealne kłamstwo - Rachel Abbott - ebook

39 osób właśnie czyta

Opis

Wczoraj Scott był martwy. Dzisiaj wrócił.
Ale Anna nie wierzy w duchy.

Scott był chłopakiem Anny. Kochała go, ale on zrujnował jej życie. Kiedy umarł, powinna poczuć wolność, jednak dzisiaj, czternaście lat później – Scott przez radio grozi, że ujawni jej mroczny sekret.

Anna popełniła jeden błąd i teraz przyjdzie jej za niego słono zapłacić. Scott jest jedyną osobą, która zna prawdę, ale jakim cudem żyje?
Wkrótce odpowiedzi będzie szukał Tom Douglas. Jednak Anna ucieka w panice: przed mężczyzną, którego kochała, przed mężczyzną, którego śmierć widziała na własne oczy; przed mężczyzną, który powrócił do żywych.

I ma tylko tydzień, by go znaleźć i zatrzymać.

„Niekwestionowana królowa thrillerów psychologicznych” – Fabulous Magazine
„Mroczny, ekstremalnie wciągający, znakomicie skonstruowany thriller psychologiczny” – The Times
„To oczywiste, dlaczego czytelnicy sięgają po kolejne thrillery tej autorki” – The Observer

Ponad 3 miliony sprzedanych egzemplarzy!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 410

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

Prolog

 

 

 

 

 

Obserwuje ją. Wie, dokąd zmierza, co robi, ale mimo to obserwuje. Jest teraz w środku – znika mu z pola widzenia – ale wkrótce znów się zjawi. Upłynęło trzydzieści minut, lecz czekanie mu nie przeszkadza. Opiera się ramieniem o ścianę w zacienionym przejściu, w miejscu, gdzie stał już wielokrotnie, i zastanawia się, kim ona jest i kim się stała.

W końcu szklane drzwi budynku mieszkalnego otwierają się i kobieta wychodzi. Unosi wysoko głowę, a jej jasne włosy lśnią w blasku lamp zamontowanych przy wejściu. Nawet z tego miejsca widać, że użyła ciemnoczerwonej pomadki do ust i ciemnego tuszu do rzęs. Dolna część jej krótkiej sukienki porusza się luźno wokół nagich, opalonych nóg. Nie widzi wyrazu jej oczu, ale wie, że jeszcze tej nocy będą błyszczeć z emocji.

Nienawidzi jej za to.

Przygląda się, jak ludzie odwracają głowy, żeby popatrzeć na tę atrakcyjną kobietę, która z taką pewnością siebie kroczy w szpilkach. Zastanawiają się zapewne, jakim cudem ktoś tak piękny idzie sam ulicami Manchesteru.

Od celu dzieli ją niewielka odległość i wcale nie musi za nią iść, ale robi to mimo wszystko. Zastanawia się, czy kobieta czuje na plecach palące spojrzenie, pełne pogardy za to, kim ona jest, i za ból, jaki spowodowała.

Pozostaje mu nadzieja, że jednak to czuje, bo wtedy mogłaby też poczuć strach. A on tego potrzebuje. Chce ujrzeć jej strach, posmakować go. Ale jeszcze nie teraz.

Wkrótce.

 

PONIEDZIAŁEK

 

 

 

 

 

1

 

 

 

 

 

Wszyscy kłamiemy. Okłamujemy zarówno innych, jak i siebie samych. Później się usprawiedliwiamy, że to niewinne kłamstewka lub tak zwane białe kłamstwa, odbierając im w ten sposób jakiekolwiek znaczenie. Czasami twierdzimy jednak, że są one niezbędne, żeby chronić innych przed krzywdą. Bez względu na to, jak byśmy je usprawiedliwiali, jakiego nabrałyby kształtu, nadal pozostaną kłamstwami.

Oszustwo to poważniejsze słowo. Oszuści manipulują faktami, by tworzyć fałszywy obraz rzeczywistości, podobnie jak prestidigitator przy swoich sztuczkach.

Ja okłamuję moich najbliższych codziennie, a każde wypowiedziane łgarstwo odgrywa swoją rolę w większym oszustwie. Jest mi za to wstyd. Już na początku tej drogi zdawałam sobie sprawę, że nie przyniesie to niczego dobrego, ale pierwsze kłamstwo przeszło bez trudu i szybko się przekonałam, że nie mam większego wyboru. Nie zdawałam sobie wtedy sprawy z faktu, że kłamstwo, które miało nikogo nie skrzywdzić, będzie kosztowało aż tyle. Uważałam, że to jedyny sposób na to, by ochronić rodzinę i utrzymać ją w całości. Ale w miarę jak oszustwo staje się coraz bardziej skomplikowane, pogłębieniu ulega też dół, który kopię. Staram się przekonać samą siebie, że to już prawie koniec, że wkrótce nie będę musiała kłamać. No, może nie aż tak często. Ale to kolejne kłamstwo – tym razem wobec samej siebie.

Budzę się każdego rana z poczuciem winy, a zaraz po nim przychodzi wstyd. Dziś jest gorzej niż kiedykolwiek dotąd. Dla mnie to wyjątkowy dzień, jednak nie mogę z nikim podzielić się jego doniosłością. Sama muszę poradzić sobie z bólem. Oczy wypełniają mi łzy, więc pozwalam sobie na chwilę oddechu, zanim wstaję z łóżka. Czuję ucisk w piersi, a ochota na podciągnięcie kolan pod brodę i zostanie w łóżku jest coraz silniejsza, jednak mój dwulicowy charakter nakazuje mi przybrać uśmiechniętą maskę i rozpocząć dzień.

Podchodzę do okna, odsuwam zasłony i zerkam na pole golfowe rozciągające się na tyłach domu. To kolejny piękny poranek, a w taki dzień jak ten jedynie kwestią czasu jest zapełnienie się torów mężczyznami i kobietami, którzy będą ciągnąć swoje wózki, wybijać małą piłeczkę na sto metrów lub więcej tylko po to, by potruchtać za nią i znów uderzyć. Nie rozumiem zachwytu golfem, doceniam jednak piękno krótko przyciętej zielonej trawy, przemyślnie wykopane oczka wodne i zagajniki, które już niedługo zaczną gubić liście.

Ten dom to prawdziwe szczęście. Jest w żałosnym stanie, ale kiedy mój mąż odziedziczył go po wuju, nie potrafiliśmy odmówić, poza tym nie jesteśmy obciążeni hipoteką. Z czasem go wyremontujemy, jednak trwa to wszystko dłużej, niż oczekiwaliśmy, jak to zwykle zapewne bywa przy takich nieruchomościach.

Opuszczam zasłony i idę do łazienki. Wydaję z siebie krótki pisk, kiedy kłuje mnie w stopę drzazga stercząca z drewnianej podłogi, wciąż oczekującej na cyklinowanie, które przywróci jej dawny wiktoriański blask. Dzieciom nie wolno wychodzić z łóżek bez kapci z gumowymi podeszwami, ale ja zawsze o tym zapominam. To moja wina, że podłoga tak wygląda. Sfrustrowana brakiem postępów, zerwałam przed dwoma tygodniami starą, brudną wykładzinę, czym zasłużyłam sobie na połajankę ze strony męża. Najwyraźniej miał jakiś plan, którego powinnam była się trzymać. To człowiek lubiący sporządzać listy spraw, które można potem skreślać po zrealizowaniu.

Prysznic daje mi trochę czasu na złapanie oddechu. Patrzę w lustro, upewniając się, że nic nie zdradza moich prawdziwych uczuć. Widzę zwyczajną twarz: trochę za długa górna warga, prosty nos i ciemnobrązowe włosy, które kończą się na wysokości podbródka. Moje błękitne oczy o owalnym kształcie, które zasadniczo uważam za najładniejsze, dziś są podpuchnięte, przez co nabieram jeszcze większej ochoty na to, by wrócić do łóżka i położyć na nich na pół godziny torebki z herbatą. Nie mogę jednak tego zrobić, moczę więc flanelowy ręcznik pod wodą i przyciskam do skóry z nadzieją, że pozwoli mi zdziałać cuda z makijażem.

W końcu schodzę na dół, mijając dwa worki na śmieci wypchane zerwaną tapetą – wynik mojej kolejnej próby przydania się na cokolwiek. Słyszę chichot i zerkam w stronę otwartych drzwi do kuchni, stając się świadkiem przyjemnej sceny, w której dzieci jedzą śniadanie przy chybotliwym stole z ceratą pod uważnym okiem mojego męża. Wychodzi na korytarz, chcąc jak zawsze się upewnić, że nie brakuje mi niczego do rozpoczęcia dnia. Zauważam, że lekko dziś utyka, ale nie komentuję tego. Wiem, że tego nie znosi.

Podnoszę rękę i obejmuję go za szyję.

– Jesteś taki cholernie wysoki – mówię, pociągając jego głowę do dołu, żeby pocałować go w usta. To prawda, jest wysoki, a jego szerokie ramiona wyglądają jak skonstruowane wyłącznie z myślą o tym, żeby się do nich tulić. Gdybym tylko mogła to zrobić.

– Dzień dobry, Hobbicie – odpowiada z uśmiechem i też mnie całuje.

Wygładzam żakiet nowej garsonki, którą kupiłam z myślą o takich dniach jak dzisiejszy, kiedy mam ważne spotkanie i muszę przyzwoicie wyglądać.

– Dobrze się prezentuję?

– Fantastycznie. Jesteś gotowa, by podbijać świat.

Dominic zawsze bardzo się stara, żeby poprawić mi humor. Nie pracuje od osiemnastu miesięcy, od chwili, którą eufemistycznie określiliśmy jego „wypadkiem”, i jest bardzo zadowolony z roli kury domowej, opiekując się dziećmi i stopniowo remontując dom. Oznajmił, że nie ciągnie go z powrotem do nauczania, podejrzewam jednak, że źle oszacował czas, który pochłania opieka nad dwójką szkrabów.

Ja byłam zazwyczaj przeciwnym biegunem dla mojego mało ambitnego męża. Kiedy miałam osiemnaście lat, chciałam latać, przeskoczyć każdy płotek na swojej drodze, sprawić, by wszystko było możliwe. Ta żądza życia doprowadziła jednak wyłącznie do zamętu i szybko nauczyłam się cenić stabilizację i życie wolne od niepewności. Czasami chcę oczywiście uwolnić choć małą część siebie od ograniczeń życia wynikających z kodeksów napisanych przez innych.

Idę w stronę kuchni, by pożegnać się z dziećmi, i rzucam do Doma przez ramię:

– Wcześnie dziś wstałeś. Nie mogłeś spać?

– Było mi za gorąco. Myślę, że następnym etapem remontu będzie naprawa okien w sypialni, żebyśmy mogli je przynajmniej otwierać i wpuszczać powietrze do środka. Prawie się tam udusiłem. Przepraszam, że cię obudziłem, wiedziałem jednak, że już nie zasnę, i poszedłem się przejść. Wiesz, jak to rano pomaga.

Podąża za mną, więc zatrzymuję się przy drzwiach i odwracam.

– Słyszałam samochód. Jak tam twoje nogi?

– Nie najgorzej, choć poszedłem chyba za daleko. Postanowiłem, że podjadę do parku, żeby zmienić trochę scenerię. Przed szóstą było tam zupełnie pusto. Rewelacja.

– Brzmi nieźle. – Wchodzę do kuchni. – Gdzie te nasze wyjątkowe dzieci?

Przez większość czasu z łatwością odgrywam rolę idealnej żony w idealnej rodzinie, czasami jednak trudno jest się zorientować, co jest farsą, a co rzeczywistością – to życie z dziećmi, które kocham, czy sekretne życie, w którym gram rolę pierwszoplanową.

Podchodzę pospiesznie do stołu. Powinnam już być w drodze, ale całuję Holly w policzki tak długo, aż odpycha mnie od siebie, chichocząc. Odwracam się w stronę Baileya, podnoszę jego pulchną rękę i zlizuję miód z palców, zanim rozmaże go na moim ubraniu.

– Zobaczymy się wieczorem, dzieciaczki. Życzę wam pięknego dnia! – wołam, kierując się do drzwi wejściowych.

Odwracam się na chwilę w progu, macham po raz ostatni Dominicowi na do widzenia, po czym podchodzę do mojego nowiuteńkiego karmazynowego samochodu, macając w torebce w poszukiwaniu kluczyków.

Wyciągam dłoń, by chwycić klamkę, i zastygam. W porę zauważam, co siedzi na szybie, zaledwie kilkanaście centymetrów od miejsca, gdzie chciałam położyć dłoń. Mam ochotę się odwrócić i uciec, ale wiem, że powinnam stać nieruchomo i zaczekać, aż źródło mojego przerażenia odleci. Nie sprawia jednak wrażenia, jakby dokądkolwiek się wybierało, a ja wpatruję się w żółto-czarne paski i smukły odwłok ukryty pod skrzydełkami. Wiem, gdzie znajduje się żądło. Słyszałam, że żądlą wyłącznie samice os, ale nie mam pojęcia, jak odróżnić samca od samicy i guzik mnie to obchodzi. Dla mnie one wszystkie są wrogami.

Przez chwilę wydaje mi się, że osa szykuje się do odlotu, bo unosi się na nóżkach i brzęczy przez kilka sekund. Siada jednak z powrotem. Mam wrażenie, że się ze mną bawi, czeka, aż zacznę machać i sprowokuję ją do ataku.

– Zaczekaj, Anno! – woła Dominic. Nie mogę na niego spojrzeć, ale pewnie zerka przez ramię, czy dzieci nadal jedzą śniadanie. Słyszę nieregularny tupot jego butów i czuję palce na ramieniu. Wyciąga rękę, trzymając w niej chusteczkę. Zatrzymuje się, po czym robi szybki zamach, a ja odruchowo pokrzykuję.

– Mam – mówi z nutą satysfakcji. Odwraca się i uśmiecha. – Możesz jechać, kochanie.

Znów jestem w stanie oddychać, choć widok tej osy odebrałam jako zły omen. Stoję w bezruchu.

Dominic otwiera drzwi do auta.

– Chcesz na chwilę wrócić do domu? Dobrze się czujesz?

Przez chwilę nie mogę zebrać myśli, ale w końcu się otrząsam. Przynajmniej Dominic nigdy się ze mnie nie śmieje. Mało tego, nawet zbadał mój problem.

„Sfeksofobia, czyli lęk przed osami”, wyjaśnił mi, kiedy po raz pierwszy był świadkiem mojej paniki.

W dzieciństwie zostałam trzykrotnie użądlona i od tamtej pory nienawidzę i straszliwie boję się os. Ale to nie uzasadnia paraliżującego mnie teraz strachu. Nie mogę wyjaśnić tego Dominicowi. Trauma związana z dniem, gdy stałam się sfeksofobiczką, była dużo gorsza, niż mógłby sobie wyobrazić.

Niestety nie wszystko da się rozwiązać z pomocą Dominica oraz chusteczki, odrobiny miłości i atencji. Niektóre sprawy wymagają czegoś więcej, a myśl o tajemniczej górze, na którą muszę się wspiąć, jest przytłaczająca. Czuję, jak zaciska mi się krtań. Kolejne kłamstwa, kolejne oszustwa.

Są takie chwile, których końca nie mogę się doczekać.

Ale są i takie, które mogłyby nigdy się nie kończyć.

 

2

 

 

 

 

 

Czasami pytam samą siebie, która „ja” jest prawdziwa: ta rodzinna – mama dwojga uroczych dzieci i żona silnego, pozostającego na utrzymaniu męża; profesjonalistka – Anna Franklyn, dyrektorka szkoły, kobieta pełna woli, ambicji i szczerej troski o dobro swoich uczniów; czy może jeszcze ktoś inny – ktoś, kogo nikt nie zna, kogo puls przyspiesza podczas emocji związanych z poczuciem winy.

Kiedy jestem w szkole, potrafię w prosty sposób zrzucić ciężki bagaż wyrzutów sumienia i przybrać oblicze osoby publicznej, a podczas półgodzinnej jazdy każdego dnia zamieniam się w lepszą wersję samej siebie. W niedużej szkole podstawowej należącej do Kościoła anglikańskiego zaczęłam pracować przed dwoma laty jako wicedyrektorka, jednak po nieprzyjemnym zwolnieniu dyrektora zaledwie kilka miesięcy później objęłam tymczasowo jego stanowisko, do chwili aż znajdą kogoś nowego. Nikogo nie znaleźli, toteż z lekkim zdumieniem i prawdziwą przyjemnością przyjęłam ofertę piastowania tego stanowiska na stałe.

Podczas jazdy zerkam przez okno na ludzi spieszących do pracy. Krótka poprawa pogody, zbyt upalnej jak na początek września, sprawiła, że z szaf powyjmowano jaskrawe ciuchy, które tkwiły w nich podczas deszczowego i żałosnego sierpnia. Kobiety w barwnych sukienkach i mężczyźni w koszulkach spacerują, unosząc twarze do słońca, radośni, że nie muszą się już kulić przed opadami.

Staram się rozluźnić ramiona, a poranny stres zaczyna powoli puszczać. Jedna osa nie zrujnuje mi przecież dnia. Patrzę na innych kierowców, pieszych, pasażerów autobusów i zastanawiam się, czego oni się boją. Każdy w końcu czegoś się boi.

Przede mną formuje się korek, co jest irytujące, ale nie stanowi końca świata. Pochylam się do przodu i włączam radio. Wesoły głos spikera zagłusza odgłos pneumatycznego wiertła, robię więc głośniej, poprawiam się na fotelu i przyjmuję na twarz promienie słońca, słuchając utworu Take That z lat dziewięćdziesiątych. Przypominam sobie nastoletnie czasy w sypialni Cindy Williams, kiedy próbowałyśmy naśladować taneczne ruchy Jasona Orange’a. Życie było wtedy takie proste.

Muzyka cichnie i na ostatnie takty wbija się głos prezentera.

– A teraz chwila, na którą wszyscy czekaliście – podsumowanie tygodnia! Czas na audycję Historiapewnego rozstania!

Lubię ten cotygodniowy program, pogłaśniam więc, zbliżając się do miejsca, w którym toczą się prace drogowe.

– Dziś mamy na antenie Susie z Oldham, która opowie nam o swojej nieudanej miłości. To historia, na którą zagłosowaliście w ubiegłym tygodniu, moi drodzy. Powiedz nam zatem, Susie, kim był on lub ona? Dlaczego ta osoba była taka doskonała i w jaki sposób odeszła?

Susie z Oldham opowiada z entuzjazmem o wspaniałym mężczyźnie, którego poznała w internecie, i o tym, jak kilka nieprzemyślanych zdjęć wysłanych przez telefon gwałtownie zakończyło ich związek. Nie jest to najciekawsza opowieść, jaką słyszałam, nie rozumiem też, co skłania ludzi do wysyłania zdjęć swoich części ciała esemesem, jednak moja jazda staje się nagle mniej uciążliwa. Czasami Historiepewnego rozstania są zabawne, czasami smutne, ale moi koledzy i koleżanki lubią o nich dyskutować. Założono nawet grupę HPR na Facebooku. Najlepsze są jednak telefony na sam koniec. Słuchacze opowiadają w kilku słowach o własnej niedoli, a ten, który otrzyma najwięcej głosów, wybierany jest do przyszłotygodniowego programu.

– Mamy na linii trzech rozmówców gotowych nas uwieść – mówi prezenter głosem pełnym emocji. – Jesteście gotowi, słuchacze? Pamiętajcie, głosować możecie przez internet lub esemesem, a zwycięzca będzie miał okazję ujawnić radosne, smutne lub krwawe szczegóły opowieści na swój temat już w przyszły poniedziałek o tej porze.

Zbliżam się powoli do młota pneumatycznego, który zakłóca mi odbiór. Pierwsza zapowiedź jest żenująca, jak to czasami bywa. Jakaś dziewczyna płacze, ponieważ jej chłopak wrócił do żony, co budzi moje obrzydzenie. A jeśli jego żona tego słucha? Prezenter na szczęście odcina ją i przechodzi do następnego dzwoniącego.

– Mam na imię Scott.

Moje dłonie zaciskają się odrobinę mocniej na kierownicy. To imię zawsze przyprawia mnie o ciarki – szczególnie dziś – ale to irracjonalna reakcja.

– Okej, Scott, jesteś na antenie. Masz sześćdziesiąt sekund, żeby nam powiedzieć, dlaczego akurat twojej historii powinni wysłuchać nasi radiosłuchacze w przyszły poniedziałek. Uwaga… teraz!

– Moja historia dotyczy pięknej dziewczyny, nazwałem ją Spike. – Wstrzymuję oddech. Scott mówi szybko, a młot pneumatyczny jeszcze bardziej utrudnia słuchanie. W jego głosie jest coś znajomego, ale z pewnością żyje więcej niż jeden Scott z walijskim akcentem, prawda? Ale Spike… cóż za zbieg okoliczności. – Spike nie było oczywiście jej prawdziwym imieniem – ciągnie. – Zdradzę jej prawdziwe imię, jeśli zostanę wybrany. Kochałem ją, była dla mnie wszystkim. Niestety zrobiliśmy coś, czego robić nie powinniśmy, i wszystko się posypało. Prawie nas to zabiło, szczerze mówiąc. Działo się to dokładnie co do dnia przed czternastoma laty, rok po naszym poznaniu. Podjęliśmy straszliwą decyzję, która zmieniła nasze życie, a przynajmniej moje. Jeśli tego słuchasz, Spike, to wiem, że też nie zapomniałaś.

Nie mogę uwierzyć w to, co słyszę. Łzy kapią mi z oczu i przecieram twarz. Mam ochotę wyciągnąć rękę i wyłączyć radio – nie chcę już tego słuchać. Moja dłoń zatrzymuje się przy przyciskach, ale nie dotykam odbiornika.

– To były straszne czasy, a Spike zdecydowała, że to koniec, zwłaszcza dla mnie. Następny poniedziałek to kolejny ważny dzień, o którym zawsze myślałem jak o „końcu”. I wtedy opowiem moją historię.

Przełykam ślinę, czując ścisk w gardle. To nie może być mój Scott. Ale te daty! To przecież musi być nasza historia.

Mężczyzna, który przedstawił się jako Scott, chyba kończy i wtrąca się prezenter.

– Lubisz trzymać nas w napięciu, co, Scott? Powiedz mi, kiedy widzieliście się po raz ostatni?

W tym samym momencie zrównuję się z operatorem młota pneumatycznego, którego grzechot jest ogłuszający. Radio jest włączone na cały regulator, ale nie słyszę, co mówi, a kiedy mijam roboty drogowe, jest już po wszystkim. Słychać tylko prezentera, który informuje słuchaczy, że została jedna osoba, a potem nastąpi głosowanie.

– Myślę, że młody Scott zaintrygował nas wszystkich. Kim jest Spike? I co zrobili ci dwoje, że ich związek się rozpadł? Główka pracuje, moi drodzy. Nie zapomnijcie zagłosować, a jeśli moje domysły są słuszne, w następny poniedziałek dowiemy się, co zakończyło cudowną relację Scotta i Spike oraz co takiego wyjątkowego wydarzyło się tego dnia przed czternastoma laty.

 

Pozostałą część drogi pokonuję w całkowitym zaćmieniu. Oczy mi się zaszkliły i ledwie funkcjonuję. Drżą mi ręce i staram się trzymać kierownicę jak najmocniej, zmuszając się do skupienia na ruchu ulicznym i usiłując pozbyć się tych wszystkich żałosnych myśli. To nie jest Scott.

Gdyby nie ta data, akcent i imiona.

Walijczyk imieniem Scott wiele lat temu nazwał mnie Spike[1] tuż po tym, jak moje włosy zostały przycięte wyjątkowo krótko tylko po to, by wyglądały cool – było to słowo, którego wtedy wszyscy używali na co dzień.

Mogę próbować się przekonywać, że istnieje wielu mężczyzn o imieniu Scott oraz że Spike nie jest wcale taką wymyślną ksywką, nie potrafię jednak zignorować dat. Jedynie ten Scott znałby znaczenie dzisiejszego dnia. To dzień, którego się bałam każdego roku.

Zdaję sobie niespodziewanie sprawę, że dotarłam już do szkoły, choć nie mogę przypomnieć sobie całej drogi. Wjeżdżam na parking starego budynku z czerwonej cegły, który za pierwszym razem wydał mi się taki zaniedbany. Nie zauważam w ogóle pięknego, barwnego ogrodu, który powstał dzięki rozentuzjazmowanej grupie dzieci i nauczycielom. Nie widzę niczego poza obrazami z przeszłości. Mam wrażenie, że wciąż kręci mi się w głowie.

Radio wciąż gra, ale nie słuchałam go przez ostatnie minuty. Aż do tej pory.

– Wyślijcie do nas esemes z hasłem „Scott”, jeśli chcecie się dowiedzieć, co przydarzyło się Scottowi i Spike czternaście lat temu w Nebrasce.

Wstrzymuję oddech. To właśnie musiał powiedzieć, kiedy przejeżdżałam obok hałasującego młota pneumatycznego. To wszystko zdarzyło się w Nebrasce.

Przełykam ślinę, żeby powstrzymać łzy.

Dokładnie czternaście lat temu, tego dnia, byłam ze Scottem w Nebrasce i był to najgorszy dzień w moim życiu. Nie wie o tym nikt poza Scottem, ale to nie może być on, bo Scott nie żyje od czternastu lat.

To ja go zabiłam.

 

 

 

[1] Spike (ang.) – kolec, zadzior, szpic (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).

 

3

 

 

 

 

 

– Becky! – zawołał nadinspektor Tom Douglas, przechodząc przez biuro głównego zespołu dochodzeniowego.

Becky Robinson stała przy tablicy i rozmawiała z sierżantem Keithem Simsem. Odwróciła się, słysząc emocje w głosie Toma.

– Co jest?

– Chodź, już czas, żebyś włączyła się do akcji – odpowiedział, kiedy do niego podeszła.

Becky wróciła z urlopu macierzyńskiego i choć trudno było jej zostawić dziecko w domu, wyraźnie podekscytowała się na myśl o nowej sprawie. Wiedząc, że Tom przekaże jej wszystkie niezbędne informacje po drodze na miejsce przeznaczenia, chwyciła swoją torbę i wyszła za nim na słońce.

– Za gorąco jak na wrzesień – powiedział Tom, otwierając drzwi samochodu. – Jak w cholernym piecu.

– Kiedy prowadziliśmy razem naszą ostatnią sprawę, było lodowato. O ile dobrze pamiętam, napadało śniegu po pas, więc dla odmiany teraz może być upalnie.

Tom wrzucił bieg i wycofał samochód z miejsca postojowego.

– Jak tam Buster?

Becky się uśmiechnęła. Dali dziecku na imię George, jednak jej partner Mark w ostatnich miesiącach jej ciąży zwracał się do niego Buster i przezwisko przylgnęło na dobre.

– Świetnie sobie radzi. Mały grubasek. Będziesz musiał wpaść razem z Lucy i znów go zobaczyć.

Córka Toma, Lucy, uwielbiała dzieci i zawsze świetnie dogadywała się z Becky.

– Wpadniemy, dziękuję.

– To dokąd dziś jedziemy?

– Niedaleko, do centrum Manchesteru. Na piętrowym parkingu w samochodzie znaleziono ciało mężczyzny. Parking został zamknięty, ale jeśli szybko nie opanujemy sytuacji, już wkrótce wybuchnie tam chaos i ludzie zaczną się wkurzać.

Doświadczenie podpowiadało, że dokładne zbadanie miejsca przestępstwa może potrwać wiele godzin, więc właściciele pojazdów znajdujących się już na parkingu byli zasadniczo skazani na pozostawienie ich tam na dłuższy czas, a tych, którzy zamierzają wjechać, trzeba będzie odsyłać w inne miejsce do odwołania.

Becky jęknęła.

– Będziemy mieli mnóstwo ludzi narzekających na to, że nie dajemy im normalnie funkcjonować, podczas gdy kilka metrów dalej leży jakiś martwy biedak. Oni chyba uważają, że celowo usiłujemy utrudnić im życie.

Tom się uśmiechnął. To prawda, społeczeństwo wydawało się podzielone na tych, którzy akceptowali fakt, że czasami dochodzi do zdarzeń wywołujących pewne niedogodności, i na tych, którzy szukali tylko winnych wszelkich zaistniałych problemów. Zwykle obrywało się policji, którą obarczano wszelką odpowiedzialnością.

– Na szczęście dla nas z całym tym bałaganem będzie musiał poradzić sobie jakiś nieszczęsny mundurowy. My musimy dostać się jak najbliżej ofiary, a nie mam żadnych informacji na temat jej stanu. To będzie twój pierwszy trup od jakiegoś czasu, Becky. Jesteś na to gotowa czy zmiękłaś po tym porodzie?

Becky prychnęła.

– Jeśli już, to raczej stwardniałam, choć muszę przyznać, że stałam się nieco ostrożniejsza w kwestii bezpieczeństwa. Zaczekaj, aż ja poprowadzę następnym razem. Już nie będziesz musiał chwytać się drzwi, kiedy wejdę w zakręt. Jestem ostatnio antytezą brawury.

Tom rzucił jej spojrzenie mówiące o tym, że nie uwierzył w ani jedno jej słowo. Często droczył się z Becky, wspominając ich pierwsze wspólne doświadczenie w samochodzie – w centrum Londynu – kiedy stwierdził, że nie ma absolutnie żadnego pojęcia, jakim cudem dotarli z punktu A do punktu B, nie powodując żadnego poważnego wypadku.

Swobodna rozmowa została jednak przerwana, kiedy przybyli na parking. Tom spoważniał.

– No to jesteśmy na miejscu. Chodźmy zobaczyć, z czym mamy do czynienia. Gotowa?

Skinęła głową i otworzyła drzwi samochodu.

 

Kiedy Tom i Becky wspinali się po schodach na poziom piąty parkingu, ich kroki odbijały się echem od gładkich ścian. W powietrzu unosił się zapach rozgrzanego betonu i rozgotowanych warzyw, który prawdopodobnie dochodził ze stołówki dla personelu sąsiednich biur. Becky zmarszczyła nos. Uniosła jeden koniec długiego, kolorowego jedwabnego szala, który nosiła w celu ukrycia – zgodnie z jej słowami – wciąż pulchnego pociążowego brzuszka, i przyłożyła go dość teatralnie do twarzy.

– Nie można oczekiwać, że parkingi będą miejscami szczególnie urokliwymi, ale kiedy człowiek wciągnie smrodek duszonej kapusty, to zaczyna się robić nieznośnie.

Tom się uśmiechnął i pchnął drzwi prowadzące na słabo oświetlony parking. Panowała tu przejmująca cisza. Po rampach nie zjeżdżały ani nie wjeżdżały żadne auta, a w pobliżu nie było widać żywego ducha.

– Gdzie są wszyscy? – spytała Becky nienaturalnie głośno.

– Musimy podejść rampą na następny poziom pośredni. Z tego, co mi wiadomo, samochód stoi na samym końcu.

Skręcili na krótką rampę i spojrzeli w prawo, gdzie trzy lampy rozświetlały cienie. Przy jednym z samochodów kręcili się kryminalistycy, a Tom odetchnął z ulgą, ujrzawszy wielką postać Jumoke Osoby, zwanego Jumbo, który stał z rękami wspartymi na biodrach i nadzorował prace.

Uwagę wszystkich absorbowała ciemnoszara limuzyna Mercedes klasy S. Kiedy podeszli bliżej, Tom odnotował, że wóz wygląda na nowy, choć trudno było to stwierdzić z powodu spersonalizowanej tablicy rejestracyjnej CEJ79. Jumbo odwrócił się w ich stronę, a jego czarną twarz rozjaśnił szeroki, biały uśmiech.

– Dzień dobry, Tom. Dobrze znów cię widzieć, Becky.

Becky odpowiedziała uśmiechem i oboje szybko wskoczyli w stroje ochronne.

– Co mamy, Jumbo? – spytał Tom, podchodząc do samochodu.

– Jedna ofiara, mężczyzna, tak na oko po trzydziestce. Przyczyna śmierci wydaje się dość oczywista, choć patolog z MSW będzie to jeszcze musiał potwierdzić. Sami zobaczcie.

Pierwszą rzeczą, jaką zauważył Tom, była opuszczona szyba po stronie kierowcy. Nie było to zaskakujące, zważywszy na temperaturę. Wyciągnął osłoniętą rękawiczką dłoń, aby dotknąć maski. Zimna. Wyglądało na to, że ofiara była tu od pewnego czasu, a przynajmniej jej samochód. Bilet parkingowy powinien dać im dokładną odpowiedź. Czy kierowca zostawił otwarte okno po odebraniu biletu z automatu po przyjeździe, czy opuścił je, żeby z kimś porozmawiać? Czy znał zabójcę? Przyjechał na parking czy szykował się do wyjazdu? Tom układał wszystkie te kawałki w głowie, próbując je dopasować.

Drzwi auta były zamknięte, a Jumbo przesunął się na bok, żeby pozwolić Tomowi zajrzeć do środka. Samochód stojący obok mercedesa został zaparkowany tak blisko, że trzeba się było przeciskać.

Tom popatrzył na twarz mężczyzny, napuchniętą i poznaczoną popękanymi naczyniami krwionośnymi. Miał szeroko otwarte oczy i nabiegłe krwią białka.

Jak już powiedział Jumbo, przyczyna śmierci nie budziła większych wątpliwości. Na szyi mężczyzny znajdowała się nylonowa opaska do kabli. Została mocno zaciśnięta – nie sposób byłoby jej poruszyć – i werżnęła się mocno w skórę na szyi. Mężczyzna został uduszony – zgarotowany – od tyłu.

– I co myślisz? – zapytał Jumbo.

– Wiemy, kim jest ofiara?

– Tak sądzimy. Samochód jest zarejestrowany na Camerona Edmundsa, lepiej znanego jako Cameron Edmunds Junior. Nie ma przy sobie żadnego dokumentu, a telefon komórkowy na siedzeniu jest zablokowany. Nic nie zrobimy, dopóki nie dostaniemy się do karty SIM.

Nazwisko wyjaśniało przynajmniej skrót na tablicy rejestracyjnej. Tom założył, że numer był rokiem urodzenia, choć nawet w obecnym stanie facet wyglądał na młodszego.

– Jumbo, powinieneś rzucić na to okiem. – Jeden z techników klęczał między samochodami, badając forda focusa zaparkowanego obok mercedesa.

Tom i Jumbo przykucnęli przy techniku i popatrzyli we wskazane miejsce. Na drzwiach focusa widoczna była głęboka rysa, a wokół niej ślady ciemnego lakieru. Odwrócili się w stronę mercedesa i Jumbo ostrożnie otworzył tylne drzwi. Ich krawędź zbiegła się z rysą.

– Ktoś wsiadał lub wysiadał z tyłu i bardzo się spieszył, nie sądzicie?

Tom skinął głową.

– Może jedno i drugie.

Becky podeszła bliżej i stanęła nad nimi.

– Szefie, rozmawiałam z posterunkowym Khatrim, był pierwszy na miejscu przestępstwa. Osoba, która je zgłosiła, powiedziała, że zaparkowała samochód po przeciwnej stronie tego poziomu i podeszła bliżej, żeby przyjrzeć się mercowi, najwyraźniej wymarzonemu samochodowi. Założywszy, że jest pusty, facet zajrzał do środka. Teraz jest na dole w biurze parkingu i popija herbatę, żeby się uspokoić. Czy mam pójść z nim porozmawiać?

– Tak, za chwilę. Musimy jeszcze uzyskać jak najwięcej informacji na temat Camerona Edmundsa, skontaktować się z rodziną, zanim ktoś coś powie na zewnątrz. Ale zanim to zrobisz, przyjrzyj się miejscu zbrodni i powiedz, co widzisz.

 

Tom i Jumbo oddalili się od samochodu, żeby zrobić Becky miejsce. Obserwowali ją uważnie.

Popatrzyła z bliska na rozdętą twarz mężczyzny, świadoma, że był czyimś mężem, ojcem lub synem. Pragnienie zadośćuczynienia ludziom, którzy go stracili, sprawi, że będzie szukać odpowiedzi tak długo, aż dopadnie mordercę. To właśnie sprawiało jej taką cholerną satysfakcję w pracy i dlatego tak się cieszyła ze swojego powrotu.

– Samochód jest zimny, czyli stoi tu od jakiegoś czasu, ale u ofiary nie wystąpiło jeszcze stężenie pośmiertne, czyli nie jest martwa zbyt długo. To sugeruje, że denat wrócił do samochodu i zamierzał odjechać. Dlaczego więc otworzył okno? Z pewnością włączył klimatyzację. – Becky rozejrzała się dookoła. – Co z kamerami?

Jumbo się skrzywił.

– Nie ma żadnej? – spytała Becky z rozczarowaniem. Tak bardzo ułatwiłoby jej to pracę.

– To jeden z ostatnich parkingów wielopoziomowych, na których ich jeszcze nie zamontowano – odparł Jumbo. – Z pewnością wiedział o tym nasz morderca. Kamery są przy wjeździe i wyjeździe, ale nie na każdym poziomie.

– Niech to szlag – mruknął Tom.

– W rzeczy samej. Kilka kamer jest na pobliskich ulicach, ale to nam nic nie da, dopóki nie będziemy wiedzieli, kogo w ogóle szukamy.

Becky cofnęła się kawałek i spojrzała na samochód. Ofiara została zaatakowana od tyłu, czy to zatem oznaczało, że sprawca siedział już w środku? Podeszła do okna kierowcy i jeszcze raz spojrzała na twarz mężczyzny.

– Czy któryś z was zauważył, że skóra wokół oczu i nosa wydaje się napuchnięta, podrażniona? To mogło być cokolwiek, przeziębienie, alergia. Zastanawiam się jednak, czy nie pryśnięto mu czymś w oczy, co pozwoliło zabójcy wskoczyć na tylne siedzenie.

– Ale co? Spray pieprzowy? Gaz łzawiący? Dobre spostrzeżenie – przyznał Tom.

– Wspomnę o tym anatomopatologowi – dodał Jumbo, kiwając z uznaniem głową.

Becky zastanawiała się, czy okno było już otwarte, czy może ofiara opuściła szybę, żeby porozmawiać z zabójcą. Dlaczego miałby to zrobić? Znał go? Może sprawca udawał, że potrzebuje pomocy lub zasygnalizował mężczyźnie, że coś jest nie tak z samochodem – być może wskazał przebitą oponę – a ten otworzył okno, żeby sprawdzić. Wtedy zabójca prysnął mu czymś w oczy, wskoczył do samochodu, zarzucił opaskę na kable na szyję ofiary i ją udusił.

Czy to mogła być przypadkowa napaść? Rozbój? Nigdzie nie było portfela, ale telefon wciąż leżał na siedzeniu. Becky uznała, że nie ma w tym żadnej przypadkowości. Spray i opaska sugerowały, że wszystko skrupulatnie zaplanowano.

Wyglądało to raczej na egzekucję.

 

4

 

 

 

 

 

Poniedziałek jest zazwyczaj moim ulubionym dniem tygodnia. Zawsze zaczynamy dzień szkolny od zebrania, a ja uwielbiam patrzeć na pogodne twarze dzieci siedzących przede mną po turecku. Większość z nich nie zetknęła się jeszcze z żadną ciemniejszą stroną życia, uśmiechają się więc radośnie, a ich oblicza są odzwierciedleniem niewinności.

Dziś z trudem przychodziło mi jednak skoncentrowanie się na zajęciach, a godziny ciągnęły się niemiłosiernie. Rozdałam sporo uśmiechów na ważnym spotkaniu z zarządem i nikt na szczęście nie zauważył mojego nieobecnego spojrzenia, kiedy bez przerwy odtwarzałam w głowie słowa mężczyzny z radia. Jedna myśl nieustannie wybijała się ponad inne.

Jeśli ktokolwiek się dowie, co zrobiliśmy ze Scottem, moje życie zupełnie się rozsypie.

Upominam się jednak, że Scott nie żyje – wiem, że nie żyje – a moje obawy są irracjonalne. Mimo to węzeł w moim żołądku nie puszcza.

Jeśli to nie Scott, to czy ktoś może znać naszą historię?

Wspomnienia na nasz temat dręczą mnie przez cały dzień. Po zakończeniu zajęć nie mogę się oprzeć pokusie zalogowania na facebookową stronę HPR, żeby zobaczyć, co piszą ludzie. Zgodnie z moimi przeczuciami historia Scotta wszystkich zaintrygowała, a pod nią mnożą się rozmaite teorie.

– Myślisz, że oni kogoś zabili?

– Może napadli na bank! Może to tacy Bonnie i Clyde!

Nikt jednak nie zna prawdy. Nikt nigdy nie może jej poznać.

Pod koniec długiego dnia dochodzę do wniosku, że nie mam ochoty wracać do domu. Choć bardzo kocham swoją pracę, zawsze z niecierpliwością czekam na powrót do dzieci. Próbuję je sobie teraz wyobrazić. Siedzą zapewne przy kuchennym stole, rysując z tatą, który odebrał je ze szkoły i poczęstował przekąską, żebyśmy wszyscy razem mogli zjeść obiad po moim powrocie. Chcę się jednak tutaj ukryć, żeby nikt nie mógł wyczytać strachu w moich oczach.

Od kiedy Dom opiekuje się dziećmi, jest mi dużo łatwiej. Pamiętam czasy, kiedy urodziła się Holly i oboje uczyliśmy. Każdy dzień wiązał się z ciągłym pośpiechem – najpierw jechała do opiekunki, potem zabieraliśmy ją z powrotem, próbując znaleźć chwilę na zrobienie zakupów, pranie i posprzątanie w domu. Bailey przyszedł na świat przed czterema laty, po czym przeprowadziliśmy się do rozpadającego się domu. Sama nie wiem, jak sobie poradziliśmy. Dom, nauczyciel aktorstwa w szkole średniej, wieczorami i w weekendy angażował się w wystawianie sztuk i samo nauczanie, a żadne z nas nie wydawało się dysponować wolną chwilą.

Potem doszło do „wypadku” Doma. Nie lubi określenia „napaść”, ponieważ boleśnie przypomina mu to o tamtym wydarzeniu. Czuje, że powinien był sobie poradzić znacznie lepiej, choć nie wiem dlaczego. Było ich trzech, a on wyszedł z tego obronną ręką, jedynie ze złamaną nogą, która mu wciąż czasami dokucza.

Przerwał pracę na pół roku, wtedy to łamano i nastawiano mu kości, próbując naprawić nogę. Ostatecznie Dom przyznał, że lubi spędzać czas w domu z dziećmi. Dzięki temu, że jego spadek uwolnił nas od hipoteki, zaczął się zastanawiać, czy nie poradzimy sobie bez jego pensji. Zgodziłam się z prawdziwą radością.

Zrobiłabym cokolwiek, by mógł poczuć się lepiej. Cokolwiek. Dlatego że to wszystko była moja wina, ale nie mogę mu nigdy tego powiedzieć.

Dzieci chodzą do miejscowej podstawówki, a mnie dojazd do trochę większej placówki zabiera pół godziny. Kiedy wracam każdego dnia do domu po pracy, Dominic już ma przygotowany obiad, dzieci są po zabawie, a świat wydaje się spokojnym, zorganizowanym miejscem. A przynajmniej świat w czterech ścianach mojego domu.

Dziś jednak muszę opóźnić swój powrót.

Wysyłam Domowi wiadomość, że będę w domu przed szóstą, po czym znajduję sobie zajęcia, żeby usprawiedliwić mój spóźniony przyjazd. W końcu, kiedy nie mogę już tego dłużej odwlekać, wsiadam do samochodu ze świadomością, że muszę zadzwonić. Odkładałam to przez cały dzień, jest jednak pewna osoba, która wie więcej, niż ktokolwiek wiedzieć powinien, i muszę sprawić, by zatrzymała tę wiedzę dla siebie.

Wyciągam z torebki komórkę, przełączam na głośnik i uruchamiam silnik.

– Cześć, mamo. To ja – dodaję niepotrzebnie, bo wiem, że telefon ma ustawiony na odtwarzanie Isn’t She Lovely przy połączeniu ode mnie i za nic w świecie nie mogę jej namówić do zmiany.

– Cześć, kochanie. Cieszę się, że dzwonisz. Martwiłam się o ciebie przez cały dzień. Słuchałam rano radia i dzwoniłam kilka razy, ale włączała się poczta głosowa.

Wiedziałam, że mama będzie słuchać audycji. Lubi tę samą stację i te same programy telewizyjne co ja. Tak naprawdę jest samotna, ale nie chce wyprowadzić się z domu, w którym mieszkała z tatą. Na samą myśl o tym, jak blisko było utraty tego domu, przechodzi mnie dreszcz.

– Przepraszam, mamo. Byłam na spotkaniu i wyłączyłam telefon. – Kiepska wymówka, nie chciałam z nią jednak rozmawiać, dopóki się nie uspokoję. Musiałam być przygotowana, bo wiem dokładnie, co powie.

– Słyszałaś Scotta w radiu, Anno? Co za niespodzianka. Przypuszczałaś, że on nie żyje, prawda? Od samego rana o niczym innym nie myślę. Jestem pewna, że mocno to tobą wstrząsnęło.

Wrzucam wsteczny bieg.

– Nie aż tak. O czym tu myśleć, mamo? Scott nie żyje. Byłam na jego pogrzebie. No, może nie tyle pogrzebie, ile na nabożeństwie żałobnym. Byli tam jego rodzice. To jest ktoś inny. Na świecie jest więcej ludzi niż jeden Scott, przecież wiesz.

Muszę ją przekonać, że to nic takiego, że wszystko źle odebrała. Jeśli mi się nie uda, porozmawia o tym z Dominikiem, a na to nie mogę pozwolić.

– Tak, ale przecież wspominał coś o Nebrasce.

Upewniam się, że słyszy moje ciężkie westchnienie.

– Zdajesz sobie sprawę, że Nebraska jest mniej więcej półtora razy większa niż Anglia? Nie uznałabyś tego za dziwne, gdyby jakiś facet mówił o swojej dziewczynie i o tym, że pojechali do Anglii, prawda?

– No tak – mówi powoli matka. – Chyba masz rację.

Nie wspominam o tym, że Nebraska nie jest aż tak popularnym miejscem dla brytyjskich turystów, i mam nadzieję, że moja matka nie ma o tym zielonego pojęcia. Kobiecie, która uważa, że Manchester to inny kraj, choć mieszka w odległości zaledwie stu pięćdziesięciu kilometrów od Kumbrii, wydaje się to dość bezpiecznym założeniem. Ona musi pomyśleć, że to zupełny nonsens, nic więcej ponad zwykły zbieg okoliczności. Dzięki Bogu, że ta data nic dla niej nie znaczy.

– Słuchaj, mamo, czy możemy już więcej do tego nie wracać? Nigdy nie rozmawiałam z Dominikiem o tamtym lecie.

– Dlaczego nie? – Mama wydaje się szczerze zdziwiona. – Miałaś wtedy dziewiętnaście lat. Dominic nie miałby chyba pretensji o to, że wtedy z kimś się spotykałaś? Nie sądzę, by uważał, że jest pierwszym mężczyzną w twoim życiu.

Dom wie, że z kimś się spotykałam, choć nie ma pojęcia, jak bardzo tego kogoś kochałam. Wie również, że zrobiłam fakultet z literatury angielskiej i nie ma mowy o tym, żeby obejmowało to dwumiesięczny staż w Nebrasce, w co wierzy moja matka.

– Oczywiście, że Dom wie o wcześniejszych chłopakach. Wie nawet, że jeden z nich miał na imię Scott, nigdy jednak nie czuliśmy potrzeby, by dzielić się intymnymi szczegółami, i nie mam ochoty robić tego teraz. Proszę, mamo, dajmy sobie z tym spokój.

Tym razem to moja matka wzdycha.

– No dobrze, skoro chcesz. I tak nigdy nie uważałam Scotta za kogoś dobrego dla ciebie, ale byłaś tak daleko, a my z tatą bardzo się cieszyliśmy, że ktoś się tobą opiekuje, mimo że wróciłaś z Ameryki w kiepskim stanie. Wpędził cię w chorobę, prawda?

Zamykam na moment oczy, przypomniawszy sobie ból, ale zmuszam się, by rozmawiać normalnym tonem.

– Nie wracajmy do tego, mamo. To było lata temu. Jestem szczęśliwą mężatką ze świetną pracą i dwojgiem wspaniałych dzieci, patrzmy więc na jasną stronę życia, dobrze? Zadzwonię do ciebie za jakiś czas.

Rozłączam się i robię długi wydech, mając nadzieję, że telefon do matki zadziałał prawidłowo. Nie mogę pozwolić, by zaczęła grzebać w przeszłości, a ona zawsze wraca do moich czasów na uniwersytecie w Manchesterze, jakby u mnie były jakimś odchyleniem od normy. Kiedy miałam osiemnaście lat, wcale nie chciała, żebym wyprowadzała się z domu, jednak ledwie radzę sobie ze świadomością, że wraz z ojcem – przynajmniej początkowo – cieszyli się z obecności Scotta w moim życiu.

– Gdybyś tylko znała prawdę, mamo – szepczę.

 

5

 

 

 

 

 

15 LAT WCZEŚNIEJ

 

– Mamo, przestań robić zamieszanie! – wyszeptałam z przejęciem, przerażona myślą, że ktoś może usłyszeć każde słowo przez otwarte drzwi mojego pokoju. Na korytarzu panował harmider. Wszyscy studenci pierwszego roku rozpakowywali się w swoich pokojach w akademiku. Ale moja mama nie chciała się zamknąć.

– Posłuchaj, Anno, jesteś daleko od domu, a ja muszę się upewnić, że wszystko jest w porządku.

Chciałam jej uświadomić, że to tylko sto pięćdziesiąt kilometrów, ale zaczynałam już żałować, że nie wybrałam uniwersytetu położonego na południowym wybrzeżu.

– Rozpakujmy cię – powiedziała, krzątając się po pokoju i próbując otworzyć większą z dwóch walizek.

– Nie, mamo. – Wyciągnęłam rękę i oparłam na jej ramieniu. – Wiem, że starasz się pomóc, ale naprawdę nie musisz tego robić. Nie zdecydowałam jeszcze, gdzie co położę.

Nie mogłam się przyznać, że odbierałam to wszystko jak wyrwanie się na wolność. Miałam najlepszych rodziców na świecie, ale oni nie potrafili zrozumieć, dlaczego chcę opuścić nasz piękny dom w Lake District i przyjechać tutaj, do Manchesteru. Od dnia, gdy w centrum miasta wybuchła bomba podłożona przez IRA, upłynęło już kilka lat, ale mama była przekonana, że to jeszcze nie koniec i że znajdę się w samym epicentrum wybuchu. Pragnęła, żebym została w domu i podjęła pracę w miejscowym hotelu – może nawet tym samym, w którym pracowała – dopóki nie wyjdę za mąż i nie założę własnej rodziny.

Rodzina była wszystkim, czego zawsze pragnęła, choć ja okazałam się sporą niespodzianką – pojawiłam się na świecie dopiero po jej czterdziestych drugich urodzinach, kiedy rodzice porzucili już wszelką nadzieję na dziecko. Nie mogła uwierzyć, że nie pragnęłam tego samego.

Odwróciłam się do taty, który opierał się o ścianę i lekko uśmiechał.

– Na mnie nie patrz, Anno. Dobrze wiesz, że ona i tak nie posłucha, co mam do powiedzenia na ten temat.

Odwróciłam się więc z powrotem do mamy, która nagle wydała się zagubiona. Nie miała już córki, którą mogłaby poganiać, dla której mogłaby gotować, którą mogłaby wozić. Zapowiadały się dla niej ciężkie czasy. Dla mnie zresztą również. Brakowało mi trochę pewności siebie, którą miały moje rówieśnice. Znałam wszystkich domowników od urodzenia, ale nikogo więcej. Nigdy nie pojechaliśmy na wakacje, bo praca mojej mamy miała charakter sezonowy. Musiałam jednak nauczyć się dbać o siebie.

Chciałam podejmować własne decyzje, a pierwszą z nich miało być zrobienie małej rewolucji na głowie. Czułam, że muszę wymyślić siebie od początku, wparować z impetem w nowe życie, zamierzałam więc ufarbować je na blond i krótko przyciąć. Odważna decyzja, ale kto nie ryzykuje…

– Chodź już, Iris, kochanie – powiedział tata, starając się delikatnie wyprowadzić mamę z pokoju. – Daj jej odrobinę przestrzeni. Jedźmy do domu, chcesz przecież zdążyć przed zmrokiem.

Widziałam, że mama bardzo stara się nie rozpłakać, zignorowałam więc kluchę w gardle i przytuliłam ją mocno.

– Będę za wami tęskniła, ale wrócę do domu na weekend, a zanim się zorientujecie, już będzie Boże Narodzenie. To tylko kawałek drogi pociągiem, mamo. Zawsze możesz przyjechać i zobaczyć się ze mną, kiedy tata będzie w pracy.

To była prawda, jednak życie, jakie wiedliśmy do tej pory, było tak spokojne, że zwykły wyjazd do położonego w odległości sześciu kilometrów Keswick wydawał się dużym przedsięwzięciem. Samodzielna podróż do dużego miasta, takiego jak Manchester, zdecydowanie wychodziła poza strefę komfortu mojej mamy.

Kiedy stanęli w drzwiach, odwróciła się i wyciągnęła ręce, żeby uścisnąć moje.

– Rozmawialiśmy już na temat chłopców i uważania na siebie, ale na świecie jest wielu złych ludzi, Anno. Takich, z którymi byś sobie nie poradziła. Bądź ostrożna, kochanie. Naprawdę. Uważaj, komu ufasz. Złe rzeczy przydarzają się też dobrym ludziom, wiedz o tym.

Uśmiechnęłam się, nie zdając sobie nawet przez moment sprawy, że jej ostrzeżenia są słuszne, że mogłabym zrobić coś, czego będę się wstydzić tak bardzo, że nigdy nie zechcę nikomu o tym powiedzieć.

Zamknęłam drzwi za rodzicami i oparłam się o nie, a serce zabiło mi szybciej, kiedy ogarnęła mnie mieszanka podniecenia i obawy. Przez krótką chwilę chciałam otworzyć drzwi i zawołać „Wracajcie! Zabierzcie mnie do domu!”. Zamiast tego skoncentrowałam się na mentalnym obrazie ekscytującego życia, o którym marzyłam latami. Otworzyłam oczy dopiero, gdy uznałam, że moi rodzice już się oddalili. Zsunęłam się po drzwiach, aż przysiadłam na dywanie z podkurczonymi nogami, a po policzkach spłynęło mi kilka cichych łez.

– Uspokój się, Anno – mruknęłam do siebie, ocierając twarz chusteczką. – Dasz sobie radę.

 

6

 

 

 

 

 

OBECNIE

 

Dom wydaje się zaskakująco cichy, kiedy wchodzę do środka. Nie dobiega moich uszu zwyczajowa kakofonia bawiących się dzieci, choć słyszę telewizję i zastanawiam się przez chwilę, czy Dominic nie uległ i nie pozwolił im obejrzeć jakiejś kreskówki. Dźwięk przypomina jednak bardziej wiadomości – coś, co rzadko oglądamy, dopóki Holly i Bailey nie znajdą się w łóżkach. Popycham drzwi prowadzące do salonu i zauważam Dominica, który stoi z założonymi rękami i patrzy na ekran. Wyłącza telewizor i odkłada pilota na stół.

– Cześć, kochanie – mówi, odwracając się do mnie z uśmiechem.

– Co oglądałeś?

– Wiadomości. Znaleziono jakiegoś zamordowanego faceta na parkingu w mieście. – Kręci głową, jakby był rozczarowany tym, do czego dochodzi na świecie.

– Wiedzą, kto to taki? Złapali mordercę?

– Najwyraźniej nie, odpowiadając na twoje dwa pytania. A przynajmniej niczego nie powiedzieli. – Podchodzi bliżej, wyciąga ręce i przytula mnie. Po chwili mówi do czubka mojej głowy. – Ale przechodząc do nieco przyjemniejszych tematów, jak minął ci dzień?

– W porządku. Nic specjalnego. Nudne spotkanie z zarządem, który wydawał się jednak usatysfakcjonowany. Gdzie dzieci? Cicho tu jakoś.

Miałam nadzieję, że dzieci mnie zajmą i pozwolą na czymś skupić wzrok, żeby uniknąć badawczego spojrzenia Dominica. Obawiałam się, że wyczuje emocje, które wywołał we mnie poranny program w radiu. Dopóki jednak moja głowa jest przyciśnięta do jego piersi, jestem stosunkowo bezpieczna.

– Holly została zaproszona do zabawy przez swoją najnowszą przyjaciółkę Daisy, a Bailey narobił takiego rwetesu z powodu braku takiego zaproszenia, że mama Daisy zabrała i jego, ku wyraźnemu niezadowoleniu Holly. Za kilka minut jadę ich odebrać.

Odsuwam się od niego, uśmiecham się i odwracam, żeby nie przyglądał mi się zbyt uważnie.

– W takim razie pójdę się przebrać i zdejmę ten kostium. To nie potrwa długo.

Kiedy idę korytarzem w stronę schodów, rozlega się dzwonek przy wejściu.

– Otworzę! – wołam i omijam bałagan, żeby dotrzeć do drzwi.

Podświadomie oczekuję, że dzieci zostały wcześniej przywiezione do domu, ale ku mojemu zaskoczeniu widzę mężczyznę w czarnej skórze. Na głowie ma kask z otwartą szybką.

– Pizza na nazwisko Franklyn. – Wyciąga przed siebie cztery kartony.

Dominic chyba nie zamówił pizzy? Ma obsesję na punkcie zdrowego żywienia, szczególnie w odniesieniu do dzieci.

– Jest pan pewien, że to dla nas?

– Jeśli pani nazywa się Franklyn, a ten adres należy do pani, to tak. Są dla państwa.

– Okej, ile płacę? Muszę pójść po portmonetkę.

– Nic. Wszystko zostało opłacone z góry.

Dostawca wciska mi kartony do rąk i odwraca się w stronę skutera.

– Do następnego razu – mówi, schodząc po ścieżce, poniewczasie przypomniawszy sobie o zawołaniu: „smacznego!”.

Zanoszę pizze do kuchni, zatrzymując się przy drzwiach do salonu. Dominic ponownie włączył wiadomości i stoi do mnie tyłem.

– Nie powiedziałeś, że zamówiłeś pizzę! – przekrzykuję głos z telewizora.

– Bo nie zamówiłem – odpowiada i odwraca się, by spojrzeć na mnie i kartony. – Nie zapłaciłaś chyba za nie, co?

– Nie. Dostawca powiedział, że zamówienie zostało już opłacone, więc uznałam, że to twoja sprawka.

– Nie mam z tym nic wspólnego. Zrobiłem zapiekankę rybną.

Widzę zdumioną minę Dominica i wiem, że mam podobną.

– Dziwna sprawa – mówię. – Mam zadzwonić do nich i zapytać?

– Nie. Jeśli dowieźli przez pomyłkę, to już nie nasz problem. Zjedz sobie, jak chcesz, ja jednak wolę, żeby dzieci zjadły zapiekankę. Jest dla nich trochę lepsza niż pizza.

Nie cierpię marnować jedzenia. Z pewnością nie zaszkodziłoby, gdyby dzieci raz na jakiś czas zjadły pizzę. Zapiekanka może zaczekać do jutra. Wracam do kuchni i kładę pudełka na stole. Otwieram górny karton, żeby zajrzeć, z jakimi składnikami mam do czynienia. Na spodniej stronie kartonu zauważam ręcznie napisany tekst: Smacznego, to twoja trzecia wygrana w loterii dobroczynnej w tym miesiącu.

Stoję z łomoczącym sercem, wpatrując się z słowa. Nie zauważam, że Dominic stoi za moimi plecami.

– Wygrałaś je na loterii? Serio?

Przełykam ślinę i staram się uśmiechnąć.

– Pewnie zorganizowali coś nauczyciele w szkole. – Zamykam karton. – Wyrzucę je, dobrze? Twoja zapiekanka rybna brzmi dużo lepiej. Pójdę wziąć prysznic, a ty jedź po dzieci.

Wiem, że moje zachowanie musi wydawać się Dominicowi dziwne. W normalnych okolicznościach pewnie byśmy zażartowali, że spośród wszystkich wygranych dostępnych w loterii trafiliśmy na coś, czego wcale nie chcieliśmy. Myślę jednak tylko o tym, żeby pozbyć się tych kartonów, zanim on się zorientuje, że ledwie oddycham. Bo to nie jest żaden zbieg okoliczności. Nie było żadnej loterii. Przynajmniej nie pamiętam żadnej od około piętnastu lat, a jedyną osobą, która o niej wiedziała, był Scott.

 

7

 

 

 

 

 

WTEDY

 

Pięć pierwszych dni po przyjeździe do Manchesteru upłynęło powoli. Sądziłam, że poznanie nowych przyjaciół będzie proste, ale choć wszyscy byli rozmowni i mili, to chyba jednak zdecydowanie lepiej czuli się sami ze sobą. Nigdy nie musiałam podchodzić do nikogo, żeby się przedstawić – dokądkolwiek poszłam w Kumbrii, wszędzie otaczały mnie znajome twarze.

Robiłam wszystko jak należy. Zapisałam się na dodatkowe zajęcia i wycieczki, chodziłam na specjalne pokazy filmowe i zaangażowałam się w zbiórki pieniędzy. Ludzie rozmawiali ze mną, uśmiechali się, żartowali. Było wspaniale. Nikt jednak nie powiedział: „Wybierzemy się gdzieś dziś wieczorem?” albo „Chciałabyś pójść ze mną na spektakl?”.

Studenci na moim piętrze zawsze rozmawiali o tym, co miało się wydarzyć danego wieczoru.

– Dziś szykuje się niezły koncert – powiedział jeden z nich.

To była dla mnie wskazówka.

Powinnam była powiedzieć: „Tak, też o tym słyszałam. Pójdziemy?”. Ale nie zrobiłam tego.

Podekscytowała mnie ta wolność, jednak nie zdawałam sobie sprawy, jak trudno będzie wykonać pierwszy ruch. W domu automatycznie zakładałam, że jestem uwzględniona we wszystkich planach – była to pewnie jedna z korzyści związanych z długoletnimi przyjaźniami – i nigdy nie zdawałam sobie sprawy, że jestem tak naprawdę nieśmiała i że brakuje mi pewności siebie. Na domiar złego nowa fryzura, dzięki której miałam poczuć się odważna i niezależna, okazała się katastrofą.

Musiałam zebrać się na odwagę, żeby wybrać się do ulubionego studenckiego baru, gdzie często grano muzykę na żywo. Co mam zrobić, jeśli nikt się do mnie nie odezwie? Choć zżerały mnie nerwy, musiałam to jednak zrobić.

– Dobra, zbieramy się – mruknęłam, zamykając pokój na klucz. – Wszystko będzie super.

Chciałam dotknąć nieba, unieść się wysoko nad chmurami, a jeśli miałam naprawdę latać, to właśnie szykowała się pierwsza lekcja. Musiałam przetestować moje skrzydła, niezależnie od tego, jak kruche mogły się okazać.

W barze panował hałas i nie sposób było znaleźć wolnego miejsca. Może powinnam była przyjść wcześniej? Choć kusiło mnie, by się odwrócić i ruszyć w drogę powrotną do akademika, zmusiłam się do przepchnięcia przez tłum do baru, żeby zamówić pół szklaneczki cydru. Z drinkiem w dłoni dotarłam do ściany i przylgnęłam do niej plecami, starając się wyglądać na zrelaksowaną. Czułam się nieco skrępowana, że stoję sama, ale nie mogłam dostrzec żadnej znajomej twarzy.

– O, uwielbiam to! – zawołała dziewczyna przy pobliskim stoliku, poderwała się z krzesła i ruszyła w kierunku tańczących, dołączając do ludzi, z którymi najwyraźniej nie przyszła i których najpewniej nie znała. Nawet gdybym zdobyła się na odwagę, by zrobić to samo, nie miałam gdzie zostawić szklanki ani torebki. Nie wiem, po co w ogóle zabierałam torebkę. Uznałam, że wypiję drinka i wrócę do siebie. Przynajmniej zmusiłam się do tego i przekonałam samą siebie, że będzie łatwo.

Poczułam raczej, niż zobaczyłam, że ktoś opiera się o ścianę tuż obok. Zwrócona byłam w kierunku tańczących i kiedy odwróciłam głowę, ujrzałam chłopaka. Wyglądał na mojego rówieśnika i się uśmiechał.

– Nie tańczysz? – zapytał, pochylając się bliżej mojego ucha. Muzyka była ogłuszająca i zastanawiałam się, czy dobrze usłyszałam. Uśmiechnęłam się do niego niepewnie. – Pierwszy rok? Ja jestem z drugiego. Ekonomia i polityka. A ty?

– Literatura angielska.

Usiłowałam dodać coś interesującego, ale na szczęście lukę wypełniała muzyka.

– Podoba ci się tutaj? – spytał.

– Jest okej. Nie znam jeszcze nikogo, więc nie wiedziałam, kogo zapytać o jakieś fajne miejsca w okolicy.

Poczułam się głupio. To więcej informacji, niż chciał ode mnie uzyskać.

– Chciałabyś może pójść gdzieś, gdzie jest fajniej, no i trochę ciszej?

Odwróciłam się w jego stronę. Był gładko ogolony, miał gęstą ciemną czuprynę i czarujący uśmiech. Ładne zęby, jak oceniłaby moja matka. Chciałam się zgodzić, ale go nie znałam. Nie wiedziałam nawet, jak ma na imię, więc jak mogłabym dokądś z nim pójść? Nie chciałam być jednak niegrzeczna.

– Dzięki, że pytasz, ale czekam na kogoś.

– Mówiłaś chyba, że nikogo nie znasz? – Poczułam, że się czerwienię. – Nie ma sprawy. Nie masz pojęcia, kim jestem. Rozumiem. Jak masz na imię?

– Anna.

– Cóż, miło cię poznać, Anno. Jestem Scott, a jak już pewnie zauważyłaś po moim akcencie, przyjechałem z północnej Walii. Naprawdę nie chciałem sugerować niczego niestosownego. Może innym razem.

Scott odepchnął się od ściany i ruszył w stronę baru, gdzie odstawił pustą szklankę. Idąc do drzwi, odwrócił się jeszcze i pomachał mi, a ja zaczęłam się zastanawiać, czy jeszcze go kiedykolwiek zobaczę. Zachowałam się jak idiotka, odmawiając mu. Wyglądał na takiego miłego.

 

8

 

 

 

 

 

W centrum koordynacyjnym słychać było gwar wielu głosów. Wszyscy oczekiwali na moment, kiedy Tom otworzy dyskusję. Stanął przy tablicy z podwiniętymi z powodu upału rękawami koszuli i rozejrzał się po pomieszczeniu, w którym ostatni maruderzy zajmowali miejsca.

– W porządku, zaczynajmy – powiedział. – Wszyscy znacie już szczegóły dotyczące dzisiejszego morderstwa. To paskudny przypadek, dość dobrze zaplanowany, noszący znamiona egzekucji. Zabójca miał przy sobie podwójnej długości opaskę do kabli i choć nie zostało to jeszcze potwierdzone, spray, którym prysnął ofierze w oczy. Mało prawdopodobne zatem, żebyśmy mieli do czynienia z przypadkową napaścią. Jeśli się nie mylę, ktoś chciał pozbawić tego człowieka życia, a my musimy się dowiedzieć kto i dlaczego. Przyjrzyjmy się temu, co mamy. Inspektor Robinson, prosimy o informacje.

Becky wstała ze swojego miejsca.

– Wszystkie dowody wskazują na to, że naszą ofiarą jest Cameron Edmunds. Do nazwiska dodawał zwykle „Junior”, jak pewnie zatem podejrzewacie, jest też Edmunds Senior, ale do niego jeszcze wrócę. Jak dotąd nie udało się nam dokonać formalnej identyfikacji. Samochód należał do niego, ofiara jest mniej więcej w odpowiednim wieku, nie ma też śladu po Edmundsie w domu, brak zatem podstaw, by podejrzewać, że to ktoś inny. Nie mamy jednak w bazie odcisków palców. Choć szukaliśmy w internecie jego ostatnich zdjęć, nie udało nam się znaleźć niczego – żadnych kont w mediach społecznościowych, z tego co nam na razie wiadomo.

Becky zerknęła w swoje notatki.

– Edmunds mieszka w Prestbury. Żonaty, czworo dzieci poniżej dziesięciu lat. W końcu udało się nam porozmawiać z jego żoną, ale do jutra nie będzie mogła go zidentyfikować. Dziećmi opiekuje się niania, a pani Edmunds, na imię ma Dawn, odpoczywa w spa w Surrey, gdzie telefony komórkowe są niemile widziane, więc trudno było się z nią skontaktować. Niania, co jest dość dziwne, nie wiedziała dokładnie, gdzie zatrzymała się mama dzieci będących pod jej opieką. Jak dowiedzieliśmy się od gospodyni, Cameron Edmunds Senior pływa gdzieś na południowym Pacyfiku.

W pomieszczeniu rozległy się pomruki, zapewne w reakcji na to, jak niektórym ludziom się powodzi.

– Wysłaliśmy funkcjonariusza z lokalnej jednostki do spa, żeby poinformować panią Edmunds o naszych podejrzeniach, że ofiarą jest jej mąż, nie jest jednak gotowa, żeby jeszcze dziś wrócić z Surrey. Przez cały dzień poddawała się detoksykacji i nie ma wystarczająco dużo sił na podróż, choć nie musiałaby prowadzić sama. Według funkcjonariusza powiedziała: „Jeśli on nie żyje, to nie widzę wielkiej różnicy, czy przyjadę dzisiaj, czy jutro rano. Wrócę do domu do południa”. Myślę, że to wiele nam o niej mówi.

Becky spojrzała na zgromadzonych policjantów.

– Samochód Edmundsa wjechał na parking o dwudziestej pierwszej trzydzieści wczoraj wieczorem. Anatomopatolog w miejscu zbrodni przekazał nam przybliżony czas zgonu, który nastąpił mniej więcej o szóstej trzydzieści nad ranem. Tak, auto stało tam przez całą noc, ale to raczej nic nietypowego. Żona nie rozmawiała z nim od chwili wyjazdu do spa przed trzema dniami, nie wiedziała więc, że nie ma go w domu.

– Czy wiemy, gdzie przebywał od czasu przyjazdu aż do śmierci? – zapytał sierżant Keith Sims.

–