87 osób interesuje się tą książką

Opis

Bestsellerowy thriller psychologiczny dla fanów "Kobiety w oknie" i "Za zamkniętymi drzwiami".

Beth Murphy ucieka…

Z nowym wyglądem, nazwiskiem i miejscem zamieszkania. Przemyślała swój plan wyjątkowo starannie. Ma świadomość, że wystarczy jedna mała wpadka, by jej skłonny do przemocy mąż trafił na jej ślad.

Kilkaset kilometrów dalej, Jeffrey wraca do domu po służbowej podróży i odkrywa, że jego żona, Sabine, zniknęła. Wszystkie poszlaki wskazują na to, że doszło do popełnienia przestępstwa.

Jedno jest pewne, ktoś kłamie, a prawda w końcu wyjdzie na jaw.

Gdzie jest Sabine? I kim właściwie jest Beth? Co łączy te dwie kobiety?

Ostatnie dziesięć lat nauczyło mnie, że nie wolno nikomu ufać. Nawet tym, których powinniśmy obdarzyć największym zaufaniem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 380

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 19 min

Lektor: Anna Szymańczyk

Popularność


 

 

 

 

 

 

 

Dla cudownych pań z Altitude – Angelique, Jen,

Mandy, Marquette, Nancy i Tracy. Nie zamierzam

jeszcze wyskakiwać z pokładu tego samolotu.

 

 

BETH

 

 

 

 

Włączam kierunkowskaz, wjeżdżam na płatną autostradę Muskogee i biorę głęboki wdech po raz pierwszy od siedmiu długich lat. Zaczerpnięty pełną piersią oddech, od którego płuca rozdymają mi się niczym piłka plażowa. Nabieram tak dużo powietrza, że aż palą mnie z bólu.

Tak smakuje wolność.

Jestem w drodze od czterech godzin. Dzieli nas czterysta pięćdziesiąt pięć kilometrów, a mimo to nadal odnoszę wrażenie, że to za mało. Ciągle słyszę brzęk twoich kluczy rzucanych na stół, ciągle zamieram w bezruchu na dźwięk stukotu twoich butów, gdy idziesz w stronę kuchni. Nadal czuję strach czający się tuż pod powierzchnią mojej skóry.

Ostatnio miewasz trzy rodzaje nastroju: obraźliwy, wściekły i agresywny. Chwila, w której wyłaniasz się zza rogu, a ja dostrzegam któryś z nich, sprawia, że czuję w ustach gorzki posmak żółci. To zdecydowanie najgorsza część mojego dnia.

Powtarzam sobie, że koniec z tym. Koniec z chodzeniem na paluszkach w trakcie twoich ataków wściekłości, koniec z unikaniem twoich ciosów.

Podobnie jak Arkansas, tamte dni są już daleko za mną.

Jak na wczesne środowe popołudnie, na autostradzie jest tłoczno. Po obu stronach z głośnym hukiem przejeżdżają zakurzone ciężarówki, a ja trzymam dłonie na kierownicy w prawidłowej pozycji, na godzinie dziesiątej i drugiej, jadąc zgodnie z przepisami.

Cała Oklahoma jest poprzecinana autostradami takimi jak ta, czteropasmówkami usianymi fotoradarami monitorującymi przekroczenia prędkości i naruszenia zasad poboru opłat. Jest zbyt wcześnie, by na każdej rejestrowano wszystkie czarne sedany z tablicami z Arkansas, ale nie daję im żadnego powodu, aby to zrobiły. Używam kierunkowskazu i nie przekraczam dozwolonej prędkości, jadąc sporo poniżej górnego limitu, choć w rzeczywistości mam ochotę wcisnąć gaz do dechy.

Dotykam guzika sterującego opuszczaniem szyb, pozwalając, by podmuch powietrza z autostrady rozwiał zapach ciebie i domu. Przy prędkości stu dwóch kilometrów na godzinę wiatr jest porywisty, gorący i nieprzyjemny. Cuchnie spalinami, łajnem i chemikaliami, które są średnio przyjemne. Tworzy we wnętrzu samochodu coś na kształt miniaturowego tornada, rozwiewając mi włosy i szarpiąc ubranie oraz podrzucając mapą leżącą na przednim siedzeniu pasażera jak papierowym samolocikiem. Zsuwam z nogi but i przyciskam kartkę do fotela. Wiem, że mi nie odpuścisz, więc muszę trzymać się tej mapy.

Owszem, papierowa mapa to staroświecki przeżytek, ale jej zaletą jest to, że nie można jej namierzyć. Nie udało ci się jeszcze odkryć numeru telefonu na kartę ładującego się w uchwycie pojemnika na napoje, jednak wyznaję zasadę, że przezorny zawsze ubezpieczony. Lepiej nie ryzykować. Wyjęłam telefon z opakowania, ale nie zdążyłam go jeszcze włączyć. Zrobię to dopiero po dotarciu na miejsce. Nie po to zapędziłam się tak daleko w nowe życie, żeby dać się ściągnąć z powrotem do starego.

Jak na razie krajobraz wygląda identycznie jak ten w stanie, z którego właśnie wyjechałam – pola, farmy i niekończące się wstęgi wyblakłego asfaltu. Nawet dźwięki są te same. Lokalne stacje radiowe dają do wyboru tylko dwie opcje: country lub przemowy kaznodziejów. Słucham głębokiego głosu wychwalającego siłę przebaczenia, ale to pojęcie, z którym już od dawna się nie utożsamiam. Zmieniam stacje, zatrzymując się na przeboju Mirandy Lambert, którego tekst odpowiada bardziej mojemu obecnemu nastrojowi, i podkręcam głośność.

Dla ścisłości – nigdy tego nie chciałam. Nie chciałam uciekać. Zostawiać wszystkich i wszystko za sobą. Staram się nie myśleć o rzeczach, które mnie ominą, o twarzach, za którymi będę tęsknić, nawet jeśli ich właściciele nie będą tęsknić za mną. Zbudowanie chłodnego dystansu między mną a ludźmi, których kocham najbardziej, było częścią planu, tak samo jak niedopuszczenie do tego, by poznali prawdę. To jedyny aspekt, za który nie mogę cię winić – to ja odcięłam się od przyjaciół po to, żebyś ich nie prześladował. Tylko jedna osoba wie, że wyjechałam, a pozostali… Miną dni, a może nawet tygodnie, nim ktokolwiek zacznie się zastanawiać, gdzie jestem.

Jesteś bystry, więc muszę być bystrzejsza. I przebiegły, więc muszę wykazać się jeszcze większą przebiegłością. Nie posiadałam żadnej z tych umiejętności, gdy wiele lat temu szłam do ołtarza, zakochana w tobie po uszy. Spojrzałam ci wtedy w oczy i przyrzekłam, że będziemy razem, dopóki śmierć nas nie rozłączy, mówiąc absolutną prawdę. Rozwód nigdy nie wchodził w grę – aż w końcu nie miałam wyboru.

Kiedy wspomniałam to słowo po raz pierwszy, powaliłeś mnie na podłogę, wsadziłeś pistolet w usta i kazałeś powtórzyć. Rozwód. Rozwód, rozwód, rozwód, rozwód. Już nigdy nie wypowiedziałam tego słowa na głos, choć przyznaję, że bardzo często chodziło mi po głowie.

Oczami wyobraźni widzę, jak wchodzisz do domu i zaczynasz mnie szukać. Przechodzisz z pokoju do pokoju, nawołując i przeklinając pod nosem, i w końcu wyciągasz telefon, by do mnie zadzwonić. Widzę, jak idziesz do kuchni, zwabiony stłumionym brzęczeniem komórki, i marszczysz gniewnie brwi, gdy uświadamiasz sobie, że wydobywa się ono z szafki pod zlewem. Otwierasz drzwiczki jednym szarpnięciem i wyrzucasz na podłogę wszystkie śmieci, brudząc sobie ręce szlamowatymi fusami od kawy i resztkami kolacji z poprzedniego wieczoru, aż w końcu odnajdujesz mojego starego iPhone’a, a wtedy na mojej twarzy pojawia się uśmiech. Uśmiecham się tak szeroko, że zaraz policzki pękną mi na pół.

Nie zawsze byłam taka mściwa, ale ty również nie zawsze byłeś dla mnie taki wredny. Gdy się poznaliśmy, byłeś czarującym facetem, który w zimne poranki włączał ogrzewanie w moim samochodzie i przyrządzał na moje urodziny najlepsze na świecie grillowane steki. Jeśli się postarasz, nadal potrafisz taki być. Jesteś jak kokaina, której dają spróbować psom policyjnym przeszukującym samochody na granicy. Dajesz mi tylko tyle, bym pragnęła więcej. To jeden z powodów, dla którego tak długo zwlekałam z tym, żeby od ciebie odejść. Drugim był tamten wepchnięty do ust pistolet.

Nie chciałam tego robić, ale zaplanowałam wszystko krok po kroku. Od dawna planowałam ten dzień.

Mój pierwszy dzień wolności.

 

 

JEFFREY

 

 

 

 

Gdy parkuję przed domem po czterech dniach w trasie, od razu rzucają mi się w oczy trzy rzeczy.

Pierwsza: zamiast stać na swoim miejscu przy wewnętrznej prawej ścianie, kosze na śmieci nadal leżą rozrzucone przed drzwiami garażu, choć od ich opróżnienia minęły już dwa dni. Druga: zasłony w salonie są zaciągnięte, choć na zewnątrz jest jeszcze jasno, co oznacza, że nie były przesuwane od poprzedniego wieczora albo przez cały ten czas, gdy nie było mnie w domu. Trzecia: pomimo nisko położonego na niebie słońca, światła na werandzie są włączone. Wróć – jedno z nich jest włączone. Żarówka po prawej stronie jest przepalona, a jej szklana powierzchnia ciemna jak od sadzy. Można odnieść wrażenie, że ludzie, którzy tu mieszkają, nie zawracają sobie głowy wymienieniem jej, ale to nieprawda. Tylko jednej osobie z naszej dwójki to nie przeszkadza, a jest nią Sabine.

Zatrzymuję się. Pozbywam się negatywnych emocji. Koniec narzekań. To obietnica, którą złożyłem sam sobie. Dość tych kłótni.

Wyjmuję walizkę z bagażnika i wchodzę do domu.

– Sabine?

Stoję w absolutnym bezruchu, nasłuchując dobiegających z piętra dźwięków. Szumu prysznica, suszarki do włosów, muzyki albo telewizji, ale niczego nie słyszę. Wokół panuje tylko cisza.

Rzucam klucze na stolik obok grubej na siedem centymetrów sterty poczty.

– Sabine, jesteś tu? – wołam, zaglądając do dalszych pomieszczeń.

Wracam myślami do rozmowy telefonicznej, którą odbyliśmy wczesnym rankiem, i próbuję sobie przypomnieć, czy wspominała cokolwiek o tym, że wróci późno do domu. Nawet w najlepiej zorganizowanym dniu grafik Sabine potrafi być nieprzewidywalny, a ona nie zawsze pamięta, by zaktualizować nasz wspólny kalendarz.

Trajkotała przez bite dziesięć minut o prezentacji nowo nabytej nieruchomości, którą zaplanowała, o jakimś dopiero co wybudowanym architektonicznym koszmarku w północnej części miasta. Bez przerwy nawijała o przepięknej stolarce i krytym łupkiem dachu, przesuwanych drzwiach i podłodze z dębowych desek oraz całej masie innych szczegółów, które gówno mnie obchodziły, bo szedłem w pośpiechu przez lotnisko w Atlancie, by zdążyć na samolot, i bardzo możliwe, że wcale jej nie słuchałem. Paplanina Sabine była urzekająca na samym początku naszego związku, a ostatnimi czasy wywołuje u mnie niepohamowaną chęć ciśnięcia telefonu prosto do rzeki Arkansas, jedynie po to by się odciąć od niekończącej się gadaniny. Gdy tylko dotarłem do bramki i zorientowałem się, że pasażerowie wchodzą już na pokład, od razu się rozłączyłem.

Zerkam przez okno w stronę garażu. Nie ma w nim jej mercedesa. Wygląda na to, że zdążyłem wrócić do domu przed nią.

Wchodzę do kuchni, w której panuje totalny bajzel. W zlewie i na blacie stoją sterty brudnych naczyń. Na stole walają się gazety sprzed tygodnia, rozłożone niczym karty do gry. W wazonie pełnym mętnej, zielonej wody gniją na wpół uschnięte, opadłe róże. Sabine wie, jak bardzo nie znoszę wracać do domu, gdy w kuchni jest bałagan. Biorę do ręki miseczkę po płatkach śniadaniowych, w której resztki jej śniadania przykleiły się do porcelany niczym zaschnięte na kamień odpady nuklearne. Napełniam miseczkę wodą z kranu, gotując się z wściekłości.

Kosze na śmieci, brudna kuchnia, brak jakiegokolwiek liściku, w którym napisałaby, gdzie jest – to wszystko kara za coś, co zrobiłem. W pasywno-agresywny sposób Sabine daje mi do zrozumienia, że nadal jest o coś wściekła. Nie pamiętam nawet, o co się pokłóciliśmy. Pewnie o jakiś drobiazg, tak jak w przypadku pozostałych sprzeczek. Okruchy na kanapie, włosy w odpływie, kto zapomniał odebrać rzeczy z pralni albo wypił resztę soku pomarańczowego. Kompletne pierdoły, które nie powinny mieć znaczenia, ale w przypływie złości jakimś cudem zawsze mają.

Wyjmuję telefon z kieszeni i przewijam esemesy, będące skrawkami naszego przyziemnego, małżeńskiego życia.

 

Pamiętałeś o rachunku za światło?

Mikrofalówka znowu się popsuła.

Składam zamówienie na materiały biurowe, potrzebujesz czegoś?

 

Docieram do ostatniej wiadomości – i bingo. To właśnie jej szukałem.

 

Mam dzisiaj prezentację. Będę w domu przed 21.

 

Przez następne pół godziny sprzątam bałagan, którego narobiła Sabine. Wszystko, co nie trafia do zmywarki, ląduje w workach na śmieci, które wrzucam później do odpowiednich koszy po tym, jak ustawiłem je na swoim miejscu. Po wszystkim wnoszę walizkę na piętro.

Łóżko jest nieposłane. Część szafy z ubraniami Sabine przypomina chlew. Staram się zignorować chaos, który wszędzie po sobie zostawia: ciśnięte byle jak buty, koszulki z niewywiniętymi rękawami założone niechlujnie na koślawych, drucianych wieszakach. W niczym nie przypomina to schludnej, poukładanej zawartości szafy po mojej stronie. Czy naprawdę tak ciężko odłożyć rzeczy na swoje miejsce? Albo pogrupować ubrania według kolorów?

Dziesięć minut później, ubrany w spodenki, koszulkę i adidasy, pokonuję wściekłym sprintem ścieżkę na zachód wzdłuż rzeki. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że nie mam najłatwiejszego usposobienia i czasami ciężko ze mną wytrzymać. Sabine przypomina mi o tym częściej, niż jestem w stanie zliczyć. Nic nie poradzę na to, że mam swoje upodobania – umyty samochód, czysty dom, ciepły obiad, czekający na mnie po pracy. Sabine jest świetną kucharką, o ile praca nie pochłania większości jej czasu, co ostatnio dzieje się niemal bez przerwy. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz wróciłem wieczorem do domu, by móc rozkoszować się jednym z jej domowych posiłków, takich, których przygotowanie zajmuje niemal cały dzień. Dawno temu serwowała mi je w fartuszku i niczym więcej.

Poświęciłem mnóstwo czasu na rozmyślania, jak sprawić, byśmy wrócili do tego etapu w naszym związku. Do tego, jacy byliśmy seksowni, swobodni, zaskakujący. Zanim utknąłem w martwym punkcie w firmie zajmującej się zasobami ludzkimi, sprzedającej wadliwe oprogramowanie po zawyżonej cenie, którego nikt nie chce kupować. Zanim Sabine zrobiła licencję agenta nieruchomości, którą zlekceważyłem jako zwykłe hobby. Teraz, w dobrym miesiącu, jej pensja dwukrotnie przewyższa moją. Powiedziałbym jej, żeby to rzuciła, ale jeśli mam być szczery, to przyzwyczailiśmy się do lepszych pieniędzy. To jak przeprowadzka do domu z dodatkowym schowkiem – człowiek zawsze do czegoś go wykorzysta.

W naszym przypadku kasa sprawiła, że staliśmy się zbyt pewni siebie i aroganccy, topiąc znaczną część dochodów w dom, dwupoziomowe szkaradztwo ze zbyt małymi oknami i kruszącą się elewacją. Wnętrze było w jeszcze gorszym stanie. Tanie panele i wytarte dywany zachodzące na ściany i pokrywające schody.

„Jaja sobie robisz”, powiedziałem, gdy oprowadzała mnie po ciasnych, zatęchłych pokojach. Wnętrze wyglądało jak plan filmu porno z lat siedemdziesiątych. Jak uboga wersja Króliczków Playboya, w której w każdej chwili zza rogu mógł się wyłonić ubrany w znoszony szlafrok Hugh Hefner. Nie było opcji, żebyśmy tu zamieszkali.

Wtedy Sabine zaciągnęła mnie na werandę na tyłach domu, gdzie moim oczom ukazał się wspaniały widok na zapierającą dech w piersiach panoramę rzeki Arkansas. Sabine wszystko wykalkulowała: trzeba było wziąć kredyt na trzydzieści lat, zaciągnięty na podstawie szacowanej wartości nieruchomości po gruntownym remoncie. Jego suma zwaliła mnie z nóg. Kupiliśmy dom jeszcze tego samego dnia.

I tak oto staliśmy się właścicielami pięknego bungalowu w stylu rustykalnym nad rzeką, choć jako rodowici mieszkańcy Pine Bluff, miasteczka zaludnionego przez klasę robotniczą, wciśniętego pomiędzy farmy i fabryki, powinniśmy mieć więcej rozumu. Dom stoi po niewłaściwej stronie miasta i jest niczym zamek w porównaniu z dwupoziomowymi ruderami stojącymi po obu stronach ulicy. Żaden remont, bez względu na to jak rozległy, nie zmieni faktu, że w mieście nie ma zbyt wielu ludzi, którzy mogliby pozwolić sobie na jego kupno. Nigdy nie będziemy w stanie go sprzedać. Nasz dom nie tylko wychodzi na rzekę, ale wznosi się nad nią. Nurt wody znajduje się tak blisko, że drewniane schodki na tyłach pęcznieją wraz z każdą nagłą ulewą.

Chodzi o to, że praca Sabine, która na początku była drobnym, nic nieznaczącym zajęciem zapewniającym okazjonalny, dodatkowy dochód, stała się niezbędna.

Komórka brzęczy w kieszeni przy moim biodrze, więc zatrzymuję się na dróżce. Patrzę na ekran, a głęboko w moich trzewiach rozlewa się palące uczucie irytacji, gdy widzę, że to nie Sabine, tylko jej siostra. Odbieram połączenie, wypuszczając z ust krótkie, zdyszane oddechy.

– Cześć, Ingrid.

Powitanie jest chłodne i formalne, ponieważ taka jest moja relacja z Ingrid – chłodna i formalna. Wszystkich rzeczy, które uwielbiam w swojej żonie – kasztanowe włosy ze złocistymi refleksami, smukłe uda i wąska talia, pachnąca wanilią i cukrem skóra – w rażący sposób brakuje jej siostrze bliźniaczce. Ingrid jest niższa, korpulentna i mało atrakcyjna. W porównaniu do królowej balu Sabine, jest jak podpierająca ściany sierota. Jak stara chabeta stojąca obok klaczy czempionki. Ingrid nigdy nie miała żalu do siostry o to, że jest ładniejsza, ale gołym okiem widać, że ma żal do wszystkich, którzy zwracają na to uwagę.

– Próbuję dodzwonić się do Sabine – mówi Ingrid rozdrażnionym, nosowym głosem. – Rozmawiałeś z nią dzisiaj?

Po rzece płynie motorówka z ryczącym silnikiem, a ja czekam, aż zniknie w oddali.

– U mnie wszystko w porządku, Ingrid. Dzięki, że pytasz. Tak, rozmawiałem z nią, choć bardzo krótko, bo przez cały tydzień byłem na konferencji na Florydzie. Dopiero co wróciłem do domu, a ona ma prezentację nieruchomości. Próbowałaś dodzwonić się na jej komórkę?

Ingrid wydaje z siebie niski pomruk, coś w rodzaju dźwięku, po którym człowiek przewraca oczami.

– Oczywiście, że próbowałam, chyba z milion razy. Kiedy rozmawiałeś z nią po raz ostatni?

– Jakąś godzinę temu. – Kłamstwo wychodzi z moich ust w sposób automatyczny. Ingrid może wiedzieć, że dziś rano rzuciłem słuchawką w rozmowie z jej siostrą, ale na pewno nie usłyszy tego ode mnie. – Sabine mówiła, że wróci przed dziewiątą wieczorem, więc spróbuj wtedy. Tak czy inaczej, przekażę jej, że dzwoniłaś.

Z tymi słowami wciskam przycisk kończący rozmowę, podkręcam na maksa muzykę w słuchawkach i biegnę w stronę zachodzącego słońca.

 

 

BETH

 

 

 

 

Osiedle przy River Bend to nudna, przeciętna społeczność na brzegach przepływającej przez Tulsę rzeki Arkansas, która niejako automatycznie sprawia wrażenie znajomej. Brązowe kamienie, beżowe fasady, niczym niewyróżniające się budynki złożone z trzech i czterech pięter, upchnięte wokół basenu o kształcie ameby. Takich kompleksów mieszkaniowych, rozsianych po setkach tysięcy miast i miasteczek w całej Ameryce, są miliony. Właśnie dlatego zdecydowałam się na jeden z nich.

Parkuję na pustym miejscu przed głównym budynkiem, biorę torbę – która poza ciuchami na moim grzbiecie jest wszystkim, co mam ze sobą – i idę w stronę drzwi.

Ludzie, którzy wyglądają, jakby dopiero co skończyli studia, zajmują olbrzymi kryty wewnętrzny dziedziniec, ściskając w dłoniach papierowe kubki z kawą albo stukając w swoje macBooki. Wszyscy mnie ignorują, co jest nieoczekiwaną, ale przyjemną odmianą. Zapisuję sobie w pamięci, że osiedle takie jak to jest idealnym miejscem na kryjówkę. W krainie zapatrzonych w siebie milenialsów każda osoba po trzydziestce równie dobrze mogłaby być niewidzialna.

Mój wzrok przykuwa szyld biura wynajmu i idę wzdłuż korytarza. Kobieta siedząca za eleganckim, szklanym biurkiem jest jedną z nich. Młoda. Blondynka. Prawdziwa piękność. Laska ze starannie wyselekcjonowaną zawartością Instagrama, składającą się z selfie z dziubkiem i pozowanymi fotkami w stylu glamour z ręką wspartą na biodrze. Zatrzymuję się przy krawędzi jej biurka, a ona unosi wzrok i spogląda na mnie z oślepiającym uśmiechem.

– Witam panią. Szuka pani domu w najbardziej ekskluzywnym osiedlu mieszkaniowym w Tulsie? Bo jeśli tak, to trafiła pani w odpowiednie miejsce.

Dobry Boże. Ten jej środkowozachodni akcent, piskliwy głosik jak u Kim Kardashian i nienaturalnie białe zęby… Ta dziewczyna nie może być prawdziwa.

– Uhm, tak. Przeglądałam mieszkania z jedną sypialnią na waszej stronie internetowej i…

– Orajuśku! W takim razie to pani szczęśliwy dzień. Dosłownie przed sekundką dotarła do mnie wiadomość, że na początku przyszłego tygodnia zwalnia się apartament Vogue. Co pani myśli o siedemdziesięciu czterech metrach kwadratowych przestrzeni i balkonie z widokiem na basen?

Podrzucam torbę wyżej na ramieniu.

– Brzmi świetnie, ale miałam nadzieję, że uda mi się znaleźć coś, co będzie dostępne nieco szybciej.

– To znaczy jak szybko?

– To znaczy od razu.

Jowialny uśmiech znika z jej twarzy.

– Och. Cóż, mamy kilka wolnych mieszkań z jedną sypialnią, ale są mniejsze i nie zapewniają takich wspaniałych widoków.

Wzruszam ramionami.

– Nie przeszkadza mi to.

Dziewczyna wskazuje na jedno z tapicerowanych krzeseł za moimi plecami.

– W takim razie proszę usiąść, a ja sprawdzę, czy będę mogła przydzielić pani któryś z naszych apartamentów Alpha. Kiedy chciałaby się pani wprowadzić?

Siadam na krześle, kładąc torbę na kolanach.

– Jeszcze dzisiaj, o ile to możliwe.

Otwiera szeroko oczy ze zdziwienia i kręci głową.

– Nie jest. To znaczy, nie ma takiej możliwości. Procedura przyjmowania wniosku wynosi co najmniej dwadzieścia cztery godziny.

Moje serce zaczyna gwałtowniej bić.

– Procedura przyjmowania wniosku?

Zdążyłam się z nią zapoznać. Przeszukałam całą stronę internetową i dobrze wiem, co jest potrzebne, by zamieszkać w tym miejscu. Wiem też, że właśnie na tym etapie sytuacja może stać się bardzo nieciekawa.

Kobieta kiwa głową.

– Potrzebuję miesięcznych pasków płacowych albo zaświadczenia o wynagrodzeniu na pani wyciągu bankowym, wydany przez rząd dokument tożsamości, taki jak prawo jazdy albo paszport, i numer ubezpieczenia. Proces sprawdzania danych to standardowa procedura, ale trwa dzień lub dwa, w zależności o której godzinie złożę wniosek.

Mam wszystkie rzeczy, które wymieniła. Są w kopercie, schowane w torbie. Kiedy wrzuci informacje do swojego komputera, jedno kliknięcie myszki przeniesie do sieci wszystkie moje dane. Proces sprawdzania danych wiąże się z dokumentami, wskazówkami i wyjściem ze strefy anonimowości. Gdy tylko znajdziesz mnie w systemie, a nie mam wątpliwości, że tak się stanie, będę mieć zaledwie kilka godzin, nim zjawisz się na miejscu, szukając mnie.

Kobieta sprawdza czas na swoim telefonie.

– Jeśli się teraz pośpieszymy, do jutra rana wszystkie informacje zostaną przepuszczone przez system.

A wtedy mnie już dawno tu nie będzie.

Przesuwam kopertę po blacie biurka.

– W takim razie pośpieszmy się. Za dwa dni zaczynam nową pracę i do tej pory chciałabym się już wprowadzić.

Kobieta kartkuje plik dokumentów. Jej palce zatrzymują się na moim wyciągu bankowym, a powietrze w pokoju gęstnieje. Kompleksy mieszkalne wymagają minimalnej kwoty wynagrodzenia w wysokości trzykrotności miesięcznego czynszu i dlatego dodałam do wyciągu kilka zer. Częścią przygotowań do Dnia Pierwszego było opanowanie obsługi Photoshopa.

Ale ona nie skupia się wcale na kwocie, tylko na poprzednim adresie.

– O, Arkansas. Co sprowadza panią do miasta?

Odchylam się wygodnie na krześle.

– Dostałam pracę w QuikTrip.

To kłamstwo, ale sądząc po tym, jak jej twarz rozjaśnia się w uśmiechu, kupuje je.

– Pracuje tam moja koleżanka. Uwielbia to miejsce. Mają świetne dodatki pracownicze. O wiele lepsze niż tutaj, choć jeśli komuś to pani powtórzy, zaprzeczę, że kiedykolwiek tak powiedziałam. – Uśmiecha się, jakbyśmy były najlepszymi kumpelami, więc robię to samo.

Wskazuję ręką na plik w jej dłoni.

– Nie dostałam jeszcze odcinków płacowych, dlatego załączyłam kopię umowy.

Podrobionej, rzecz jasna, ale i tak wygląda na wystarczająco autentyczną. O ile jej koleżanka nie pracuje w dziale kadr, nikt prócz mnie i drukarki w bibliotece publicznej Pine Bluff nie ma pojęcia, że to fałszywka.

Daję jej chwilę na przejrzenie reszty dokumentów, które są autentyczne. Moje prawdziwe prawo jazdy. Numer ubezpieczenia socjalnego. Adres – wróć – mój poprzedni adres. Cały ten plan opiera się na tym, by przyjęła spoczywające w jej dłoniach dokumenty, umożliwiając mi pozostawienie za sobą fałszywego śladu, a potem zniknięcie.

Unosi wzrok znad pliku papierów i uśmiecha się szeroko.

– Nieczęsto się zdarza, żeby trafił mi się obiecujący najemca z dokumentami bez zarzutu. O ile system nie wychwyci czegoś, co mogło mi umknąć, reszta procedury będzie tylko formalnością.

Nie umiem stwierdzić, czy za jej słowami kryje się pytanie, czy ostrzeżenie. Uśmiecham się, zakładając, że nie chodzi o żadną z tych rzeczy.

Dziewczyna kładzie papiery na biurku i sięga po myszkę.

– W takim razie wprowadźmy pani dane do systemu.

 

 

Ty i ja poznaliśmy się w McDonald’s, w oparach bijących ze smażonych na głębokim tłuszczu ziemniaków i w towarzystwie migreny, od której głowa pękała mi z bólu. To właśnie ona zaprowadziła mnie do tego miejsca, budząc we mnie rozpaczliwą potrzebę pożarcia zestawu Happy Meal. Magiczną, leczniczą kombinację skrobi, soli i fruktozy, która działa lepiej od każdej połkniętej przeze mnie tabletki. To jedyna rzecz, która jest w stanie zmniejszyć ucisk podobny do imadła zamykającego się na mojej czaszce i uspokoić szalejący żołądek.

Siedziałam w okularach przeciwsłonecznych i skubałam frytki, a małe potworki wbijały w mój mózg gwóźdź po gwoździu, gdy znalazłeś się w przestrzeni pomiędzy stołami.

– Co dostałaś?

Nie odpowiedziałam. Mówienie sprawiało nieznośny ból, a poza tym nie miałam bladego pojęcia, o co pytasz.

Wskazałeś palcem na pudełko obok mojego łokcia.

– Czy do tych zestawów nie są dołączone zabawki? Co ci się trafiło?

Przesunęłam okulary na czubek głowy i zajrzałam do środka.

– Plastikowy żółty samochodzik.

Wyciągnęłam go i podałam ci.

– To autko z serii Hot Wheels.

Położyłam zabawkę na krawędzi tacy.

– Co takiego?

– Jestem prawie pewien, że to dodge charger. Każdy chłopiec na świecie miał takie autko w którymś momencie swojego życia. Mój siostrzeniec ma ich chyba z milion.

Byłeś niewiarygodnie przystojny. Charakteryzowała cię uroda, która zupełnie nie pasowała do scenerii zwykłego fast foodu. Zagadałeś do nieznajomej o dzieciach i postaciach z kreskówek. Wysoki, ciemnowłosy, dobrze zbudowany, z gęstymi wachlarzami rzęs i mocną, kwadratową szczęką. Pomyślałam, że pewnie masz włoskie albo greckie korzenie.

Wyciągnęłam dłoń z samochodzikiem w twoją stronę.

– Weź go i daj swojemu siostrzeńcowi.

Twoje usta wygięły się w uśmiechu. Może w końcu węglowodany trafiły do mojego krwiobiegu, ale kiedy posłałeś go w moją stronę, ból nieco zelżał.

Trzy dni później zakochałam się w tobie po uszy.

Teraz, gdy otwieram przed sobą szklane drzwi restauracji, myślę o tobie. Inny stan, inny McDonald’s, ale wrażenia podobne. Wszystko pasuje w niemal poetycki sposób. Ty i ja kończący w tym samym miejscu, w którym zaczęła się nasza historia.

W nozdrza uderza mnie zapach smażonych frytek i skwierczącego mięsa, wywołując falę mdłości i widmowy ból pulsujący w głębi czaszki, choć od miesięcy nie miałam migreny. To prawda, co mówią, że zapach jest największym katalizatorem wspomnień, nie powinno mnie więc dziwić, że jedno zaciągnięcie się powietrzem w McDonald’s jest w stanie wywołać początkowe stadium migreny. Połykam zapobiegawczo jedną tabletkę excedrinu i popijam ją wodą kupioną przy kasie.

Jak na bar szybkiej obsługi położony u wylotu głównej drogi międzystanowej, lokal jest zaskakująco wyludniony. Przechodzę między prawie pustymi stolikami, rejestrując po drodze klientów rozsianych po sali. Wśród nich jest matka przeglądająca czasopismo, której dzieci obrzucają się nuggetsami z kurczaka, pryszczaty nastolatek oglądający na telefonie jakiś filmik z YouTube’a oraz para w podeszłym wieku siorbiąca brązową breję przez słomki.

Wybieram stolik przy oknie z widokiem na parking. Rząd pick-upów połyskuje w popołudniowym słońcu, rywalizując o miano najbrzydszego. Olbrzymie opony z wypolerowanymi felgami, poręcze, uchwyty na strzelby, naklejki z łopoczącymi flagami na tylnej szybie. Chrześcijanie, wielbiciele broni i Trumpa, jeśli wierzyć naklejkom na zderzakach. Popularny, stereotypowy wizerunek mieszkańców Środkowego Zachodu, który jest w stu procentach prawdziwy.

Kolejny stereotyp: samotna kobieta w okularach przeciwsłonecznych siedząca w barze szybkiej obsługi bez jedzenia z pewnością nie może mieć dobrych zamiarów. Przez chwilę rozważam kupno jednodolarowego posiłku w ramach przykrywki, ale jestem zbyt zdenerwowana, by jeść. Sprawdzam zegarek i staram się nie wiercić. Za trzy minuty wybije siedemnasta.

Lepiej, żeby ten koleś Nick się nie spóźnił. Stanowi istotną część mojego planu, a ja nie mam czasu do stracenia. Za godzinę wrócisz z pracy do domu. Przejdziesz przez próg, spodziewając się, że zastaniesz mnie w kuchni, czekającą na ciebie z kolacją, po której bez przerwy będę musiała donosić ci gazety, piloty do telewizora i piwo, a potem przyjdzie pora na seks – choć to, czy twoje pożądanie będzie napędzała namiętność, czy wściekłość, to wieczna loteria. Ta myśl sprawia, że momentalnie robi mi się gorąco, a mięśnie w moim ciele napinają się bezwiednie pod wpływem intensywnej potrzeby podbiegnięcia do samochodu i ucieknięcia stąd, gdzie pieprz rośnie. Za godzinę od teraz, paręset kilometrów stąd, zaczniesz mnie szukać.

– Skąd będę wiedziała, że to ty? – spytałam Nicka dwa dni temu w trakcie jedynej rozmowy telefonicznej, którą odbyliśmy. Zadzwoniłam z telefonu do obsługi klienta w Walmarcie po tym, jak skłamałam, że w moim aucie wysiadł akumulator.

Nick i ja nigdy się nie spotkaliśmy. Nie wymieniliśmy się zdjęciami ani nawet podstawowym opisem wyglądu zewnętrznego. Jeszcze tydzień temu nie wiedziałam o jego istnieniu.

Nick parsknął śmiechem.

– Niby co mam zrobić, trzymać w zębach różę? Nie martw się. Od razu mnie poznasz.

Zerkam ukradkiem na nastolatka śmiejącego się z czegoś, co zobaczył na ekranie smartfona. To na pewno nie on. Gdy rozmawialiśmy przez telefon, Nick nie sprawiał wrażenia nieświadomego własnego otoczenia. Przenoszę wzrok na mężczyznę w podeszłym wieku, oferującego żonie resztę mlecznego shake’a. To też nie on.

Gdy Nick zjawia się na trzydzieści sekund przed piątą, wypuszczam z ust pełen ulgi oddech, bo miał rację. Od razu wiem, że to on, bo każdego innego dnia i w każdym innym McDonaldzie nigdy nie zwróciłabym na niego uwagi.

Wszystko zaczyna się od jego samochodu, nieokreślonego, czterodrzwiowego pojazdu, wciśniętego pomiędzy podrasowanego forda F-250 a dodge’a ram z przedłużoną kabiną. Jego ubrania są równie nijakie – zwykłe spodnie bojówki, biała koszulka oraz brązowe buty. Wygląda jak nauczyciel matematyki w dniu wolnym od pracy albo inżynier. Podchodzi do drzwi, a jego oczy przesłania ciemnoniebieska czapeczka baseballowa. Nawet nie patrzy w moją stronę.

Zamawia przy kasie kubek kawy, po czym zanosi go do mojego stolika i siada z klapnięciem na krześle naprzeciwko mnie.

– Nick, jak mniemam.

Sądząc po spojrzeniu, którym mnie taksuje, to niemożliwe, by to było jego prawdziwe imię.

– A ty pewnie jesteś Beth.

Touché. To również nie jest moje prawdziwe imię.

Z bliska wygląda lepiej, niż się spodziewałam. Szeroko rozstawione oczy, wąski podbródek, gęste włosy wystające spod czapeczki. W normalnym świecie, w swoich dżinsach i wygniecionym podkoszulku, Nick wcale nie byłby taki zły.

Wsypuje do swojej kawy trzy saszetki sztucznego słodzika i miesza zawartość czerwoną plastikową słomką.

– To jedyny sposób, żebym przełknął tą lurę. Zabijam jej smak czymś, co smakuje, jakby importowano to prosto z Czarnobyla. Jeśli wyrośnie mi dodatkowe ucho, zwalę winę na ciebie.

To mały przytyk w moją stronę, bo chciał się spotkać w Dunkin’ Donuts po drugiej stronie ulicy. Jakoś niespecjalnie silił się na subtelność w tej kwestii. „Jeśli nie masz nic przeciwko, to naprawdę wolałbym spotkać się w Dunkin’”, powiedział, i to nie raz, ale wystarczającą ilość razy, by dawna ja ugięła się pod naporem jego próśb, choć w rzeczywistości miałam wiele przeciwko temu. To, o czym chciałam porozmawiać z Nickiem, mogło zostać zrobione wyłącznie w restauracji sieci McDonald’s. Wszechświat się tego domaga.

– Z tym miejscem wiążą się dla mnie wyjątkowe wspomnienia – mówię w ramach wyjaśnienia, a nie przeprosin. To raczej gałązka oliwna wyciągnięta na zgodę za kawę rodem z Czarnobyla. – Niekonieczne dobre, ale to zawsze wspomnienia. Jeśli zrobimy to tutaj, to będzie jak karma.

Nick wzrusza ramionami, nie drążąc tematu.

– Karma to wredna suka. Zawsze powtarzam, że lepiej jej nie wkurwiać. – Upija łyk kawy, po czym odkłada kubek na stole, krzywiąc się. Splata dłonie na blacie z formiki. I czeka.

– Rozumiem, że dużo podróżujesz w interesach.

Nick został mi polecony głównie z powodu spełnienia tego warunku – musi dużo podróżować w interesach. Drugi warunek – musi być rzetelny i dyskretny – odhaczyłam w myślach w momencie, w którym zobaczyłam, jak wchodzi do środka o czasie i w ubraniu, które czyniło go niezauważalnym dla innych.

– Jestem w trasie niemal bez przerwy.

– Jak długie bywają te wyjazdy?

– To zależy. Czasami muszę siedzieć cicho na miejscu przez dzień lub dwa, ale nawet wtedy nie śpię w tym samym hotelu dłużej niż dwie noce. Lubię przemieszczać się z miejsca na miejsce, tak na wszelki wypadek.

Nie dodaje nic więcej, a ja nie wnikam. Tak na wszelki wypadek. Cokolwiek to znaczy, średnio mnie to obchodzi. W przypadku zadania, które ma do wykonania, nie robi to żadnej różnicy.

– Jednak w trakcie zwykłego miesiąca robię od trzech do czterech tysięcy mil, więc to chyba kwalifikuje się jako daleka podróż w interesach – dodaje, wzruszając ramionami.

– Masz jakąś bazę, do której zwykle wracasz?

– Mam ich całe mnóstwo. Ale jak już wspominałem, prawie nie zagrzewam w nich miejsca.

– Idealnie.

Szczerzy zęby w uśmiechu.

– Powiedz to mojej żonce.

Jestem pewna, że żartuje, albo mówi to tylko dlatego, żebym nie wiązała z nim żadnych nadziei. Faceci tacy jak Nick nie są stworzeni do żeniaczki – a jeśli faktycznie się na to decydują, chodzi im o wygodę albo przykrywkę, a nie o miłość. Miłość nie ma z tym nic wspólnego.

– Zabawne – mówię, odkręcając korek z butelki wody. – Zawsze lubiłam, kiedy mój mąż wyjeżdżał w delegacje.

Gdy tylko wypowiadam te słowa, mam ochotę wepchnąć je sobie z powrotem do ust. Skóra wokół oczu Nicka napina się nieznacznie, ale trwa to wystarczająco długo, żebym zauważyła. W odróżnieniu od jego niewinnego żartu o nieistniejącej żonie, mój ujawnił zbyt wiele – to, że mąż istnieje, że życie było lepsze, gdy nie było go w pobliżu. Nick nie jest moim przyjacielem. Nie jest osobą, z którą powinnam żartować przy kubku gównianej kawy. To spotkanie w interesach, więc im mniej o mnie wie, tym lepiej.

Z bocznej kieszeni torby wyjmuję lśniącą kartę kredytową Wells Fargo i kładę ją na stole.

– Chcę, żebyś wydał moje pieniądze.

Milczy, ale bierze kartę i przesuwa palcem po błyszczących, złotych literach z przodu – składających się na moje prawdziwe imię i nazwisko, którym wcale nie jest Beth. Gdy unosi wzrok, wyrazu jego twarzy nie da się odczytać.

– Dla jasności, nie mam na myśli kupna biletu pierwszej klasy do Vegas ani przepuszczenia całej forsy na ruletkę, a bardziej o drobne wydatki. Dziesięć dolców tu, dwadzieścia tam. Masz się stale przemieszczać. Nigdy nie korzystać dwa razy z tego samego bankomatu ani nawet nie przebywać w tym samym mieście. Im bardziej oddalone będą od siebie poszczególne wypłaty środków i im bardziej różne lokalizacje, tym lepiej. Uznaj mnie za swoją bankomatową dobrą wróżkę.

– Chcesz, żebym zostawił fałszywy trop.

Przytakuję głową w wyrazie milczącego potwierdzenia.

– O ile nie będziesz pobierał więcej niż sto dolarów tygodniowo, co i tak ci się nie uda, bo ustawiłam na karcie tygodniowy limit, będziesz mógł wyjąć z bankomatu pięćset dolarów w ciągu pięciu następnych tygodni.

– A co z moim honorarium?

Jego honorarium wynosi pięć tysięcy dolarów. Przez telefon dał mi znać jasno i wyraźnie, że to kwota niepodlegająca negocjacjom. Zadanie, które mu zleciłam, liczy się dodatkowo, co oznacza, że z tą pracą wiąże się spora premia w gotówce. To chyba najłatwiej zarobione pieniądze, jakie kiedykolwiek udało mu się zgarnąć.

– Twoje honorarium też jest na karcie. Możesz je wyjąć już teraz. Tygodniowy limit zostanie uruchomiony, jak tylko to zrobisz.

Wsuwa kartę do przedniej kieszeni spodni.

– Chcesz, żebym pojechał na wschód czy na zachód?

Wiem, dlaczego pyta – zakłada, że chcę, żeby pojechał w przeciwnym kierunku. A przynajmniej tak mi się wydaje. Nadal czuję dyskomfort z powodu swojej poprzedniej gafy. Dzięki karcie w kieszeni Nick zna moje prawdziwe nazwisko. Nie zamierzam mu mówić – przestępcy i całkiem obcemu facetowi – dokąd jadę. Nie sądzę, by chciał mnie dopaść, ale mimo wszystko… Jedyną rzeczą, której nauczyłam się w ciągu ostatnich dziesięciu lat, jest to, żeby nikomu nie ufać, nawet ludziom, którym powinnam ufać najbardziej.

– Na wschód, zachód, północ, południe, wszystko mi jedno, pod warunkiem że twoje wypłaty z bankomatów będą chaotyczne, a przystanki nieprzewidywalne. Będę obserwować transakcje przez Internet, a jeśli nie spodoba mi się to, co widzę, założę blokadę na konto.

– Wiesz, że w każdym bankomacie są zainstalowane kamery?

Przewracam oczami. Oczywiście, że wiem. Nie po to spędziłam ostatnie dziesięć miesięcy na planowaniu, żeby nie wziąć pod uwagę tak podstawowego elementu, którym są kamery nadzorujące. Jednak miną dnie, a może nawet tygodnie, zanim wytropisz wypłaty, a jeszcze dłużej, zanim zobaczysz na nagraniach twarz Nicka, a nie moją. Nie martwię się taką drobnostką jak głupie kamery.

– Tylko pamiętaj, żeby się ładnie uśmiechać. – Zarzucam torbę na ramię, dając tym samym znak, że rozmowa, przypominająca bardziej kombinację przesłuchania i rozkazów, dobiegła końca. – PIN to 2764.

Nick sięga po kubek z kawą, nadal pełny, ale już nie parujący, po czym zmienia zdanie. Zostawia go na stoliku i wstaje z krzesła.

– Założę się, że często do tego dochodzi.

– Do czego?

– Do tego, że ludzie cię nie doceniają. Że myślą, że jesteś bardziej naiwna niż w rzeczywistości. Zanim znowu przewrócisz lekceważąco oczami, powinnaś wiedzieć, że to nic złego. Jeśli sprawy przybiorą niepomyślny obrót, możesz obrócić to na swoją korzyść.

W końcu udaje mu się przywołać uśmiech na moją twarz.

– Taki mam plan.

 

 

JEFFREY

 

 

 

 

Budzę się gwałtownie na kanapie, a kryształowa szklanka kołysząca się niebezpiecznie na moim brzuchu przechyla się, rozlewając swoją zawartość. Odsuwam się, chcąc uniknąć oblania, ale jest już za późno. Płyn zdążył wsiąknąć w materiał dżinsów i poduszki. Zmarnowałem sporo drogiego bourbona. Z przeciągłym jękiem zawodu odstawiam szklankę na podłogę, siadam na kanapie i próbuję wziąć się w garść.

Do połowy zjedzona pizza, którą zamówiłem na kolację, leży zimna i zastygnięta na stoliku kawowym. Zamykam pokrywę pudełka. Na ekranie wiszącego na ścianie telewizora migają obrazy palącego się domu i garstki osób w żółtych uniformach pod strumieniami lejącej się wody. Sięgam po pilota i wciskam guzik od programu telewizyjnego. Cyferki na górze ekranu pokazują, że jest już siedemnaście minut po jedenastej wieczorem.

Cholera. Gdy wyciągnąłem się na kanapie, była za kwadrans dziewiąta. Cztery dni w podróży i całodniowe konferencje wymęczyły mnie bardziej, niż sądziłem.

– Sabine?

Cisza. Możliwe, że śpi. Wyobrażam ją sobie w łóżku na piętrze, z długimi, jedwabistymi włosami rozsypanymi na poduszce, a w mojej piersi odzywa się znajomy palący ból. Dlaczego nie przyszła się przywitać? Dlaczego mnie nie obudziła?

Wyłączam telewizor i wstaję z kanapy.

Na dole panuje cisza, a w korytarzu nadal palą się światła. Wyłączam je w drodze do schodów, przystając na moment w drzwiach kuchni. Blat jest nieskazitelnie czysty, a trzy identyczne lampy wiszące nad wyspą rozświetlają wszystko złotym blaskiem. Sabine jest fleją, ale tak samo jak ja nienawidzi wyrzucać pieniędzy w błoto. Gdyby tu była i prześlizgnęła się obok mnie w drodze na piętro, wyłączyłaby światła.

Niepokój sprawia, że czuję ściskanie w klatce piersiowej.

Idę szybkim krokiem po chłodnych podłogowych płytkach i szarpnięciem otwieram drzwi do garażu, wyczuwając w powietrzu wyraźny zapach benzyny. Mój samochód stoi tam, gdzie go zaparkowałem. W miejscu auta Sabine widać tylko plamę z oleju na betonie. Moje serce przeszywa nagłe ukłucie bólu.

Pokonuję schody po dwa i trzy stopnie naraz, pędzę korytarzem i wpadam do sypialni, choć z góry wiem, co w niej zastanę. Nietknięta kołdra nadal leży na swoim miejscu, tak jak ją poprawiłem. Poduszki jedna na drugiej, nieruszone.

Łóżko jest puste.

 

 

BETH

 

 

 

 

Stoję przy umywalce pokoju numer 17 w obskurnym motelu na przedmieściach Tulsy i przeglądam się w lustrze. Ziemista cera. Fioletowe kręgi wokół oczu. Włosy zbyt długie i za grube, by dało się je ujarzmić.

Stale powtarzasz, żebym nigdy nie obcinała włosów. Mówisz, że lubisz, kiedy są długie – ciemne, grube pasma, ozdobione lśniącymi, czekoladowymi refleksami, o idealnym, delikatnym skręcie. Takie włosy widuje się w reklamach szamponów. Kobiety płacą setki dolarów miesięcznie za taki efekt. Ale dla ciebie to coś więcej niż włosy. To zabawka, podnieta, coś, w co wsuwasz palce albo w co pojękujesz w trakcie orgazmu za każdym razem, gdy uprawiamy seks.

Jednak włosy, które tak bardzo kochasz, uwielbiasz wykorzystywać jako broń. Ciągniesz mnie za nie, wlokąc z pokoju do pokoju. Przypierasz mnie nimi do podłogi. Włosy są o wiele mocniejsze, niż się wydaje na pierwszy rzut oka. Ich cebulki tkwią w skórze niczym uzbrojone haczyki. Prędzej pęknie skóra na czubku głowy, niż uda się komuś wyrwać kosmyk włosów. Znam to z doświadczenia.

Nabieram garść włosów, biorę do ręki nożyce i ucinam, pozostawiając nierówną linię. To o wiele łatwiejsze, niż mi się zdawało. Zdecydowanie mniej bolesne, niż kiedy łapiesz mnie za kucyk i podnosisz prosto z łóżka. Pasma staczają się po mojej piersi, przyczepiając do białej, bawełnianej koszulki. Czuję się lżejsza. Niczym nieobciążona. Wolna.

Obcinam dalej, zgarniając kosmyki do umywalki. Później je wyrzucę. Nie robię tego w przekonaniu, że wpadniesz na mój trop, ale dlatego, że wierzę w karmę. Niedługo będę potrzebowała pracy i bardzo możliwe, że wyląduję w pokoju hotelowym takim jak ten, usuwając z odpływu czyjeś włosy. Moi rodzice niezupełnie to mieli na myśli, gdy opłacali moje studia, ale podjęcie lepiej płatnej pracy, takiej, do której mam niezbędne kwalifikacje, mogłoby wzmóc twoją czujność i sprawić, że natrafisz na mój ślad.

Nigdy wcześniej nie obcinałam włosów, więc efekt nie powala na kolana. Zamierzałam zrobić coś na kształt pixie, ale wyglądam bardziej jak po spapranej wizycie w kiepskim salonie fryzjerskim albo jakbym obcięła sobie włosy od garnka rodem z lat 70. Naciągam pojedyncze pasma między palcami, tak jak zrobiłby to profesjonalny fryzjer, i tnę pod kątem, uzyskując asymetryczne warstwy. Na koniec roztrzepuję włosy palcami, nadając im objętości, i przeglądam się w lustrze. Z odrobiną żelu nie będą wyglądać tak źle.

Nie jesteś tą samą osobą, co wcześniej. Teraz nazywasz się Beth Murphy.

– Jestem Beth – mówię, wypróbowując brzmienie nowego, fikcyjnego imienia niczym wątpliwy odcień szminki. To imię podałam Nickowi i podpisałam się nim w hotelowej rejestracji, ale dopiero po tym, jak wcisnęłam facetowi w recepcji dwa banknoty dwudziestodolarowe, by nie prosił kolejny raz o pokazanie dowodu tożsamości. – Nazywam się Beth Murphy.

Beth z beznadziejną fryzurą.

Z drogeryjnej reklamówki wyjmuję pudełko farby do włosów i wyciskam tubki, mieszając kolor. W poprzednim życiu byłam jedną z tych brunetek, która nigdy nie chciała przefarbować się na blond. Blondynki są krzykliwe, odważniejsze i bardziej rzucają się w oczy. Są wyzywające i ambitne, jak członkinie żeńskiego stowarzyszenia studentek albo cheerleaderki. Nie są to zbyt pożądane cechy dla osoby, która chce zniknąć.

Zdjęcie na pudełku reklamuje popielaty blond, najmniej rzucający się w oczy odcień blondu, jaki tylko może być. Blond dla początkujących. Rozprowadzam go liniami po czubku głowy za pomocą aplikatora, po czym nakładam rękawiczki i sprawdzam godzinę na zegarku. Wystarczy dziesięć minut, a potem dowiemy się, czy to prawda, co mówią, że blondynki lepiej się bawią.

Czekając, aż kolor się utrwali, włączam telewizję. Jest już po północy, a ja znajduję się czterysta osiemdziesiąt dwa kilometry od Pine Bluff – jest za późno na program lokalnego nadawcy i za wcześnie na to, by informacja o moim zniknięciu przedostała się do kablówki. Mimo to siedzę na skraju łóżka i przełączam między CNN a Fox News, czekając na najmniejszą wzmiankę o mnie. Pusty dom. Zaginiona kobieta. Moja twarz ukryta za ciemnymi okularami, wypatrzona w trakcie ucieczki na zachód. Nic. Jestem rozdarta między poczuciem ulgi a strachem. Do tej pory na pewno zacząłeś mnie szukać.

Biorę prysznic i zakładam ubrania, które kupiłam wcześniej w Walmarcie – niemodną, dżinsową spódnicę i koszulę o dwa rozmiary za dużą. Torba podróżna na łóżku jest wypchana tego typu ubraniami, z syntetycznych materiałów, w jaskrawych kolorach, tanich i takich, które już dawno wyszły z mody. Normalnie nigdy bym na nie nawet nie spojrzała. W poprzednim życiu nigdy nie spojrzałabym na Beth. Ze swoimi workowatymi ciuchami i okropnymi włosami Beth wygląda jak czupiradło.

Zostawiam klucz na stoliku nocnym, zabieram swoje rzeczy i wychodzę na zewnątrz.

Po upływie kilku godzin nadciągają chmury, niczym ciemny i złowróżbny koc rozwieszony nad dusznym, naładowanym elektrycznie powietrzem. Wiatr stoi w miejscu, ale to się wkrótce zmieni. Mieszkam w tej części kraju wystarczająco długo, by wiedzieć, jak wygląda pionowa ściana chmur i jak często przekształcają się one w tornada. Błyskawica rozrywa niebo na pół niczym cięcie noża. Pora się przyczaić albo uciekać samochodem. Wybieram bramkę numer dwa.

Mój samochód stoi dokładnie tam, gdzie go zostawiłam, na dalekim skraju parkingu obok śmietnika, choć „mój” to pojęcie względne, skoro oficjalnie auto nie należy do mnie, tylko do Marshy Anne Norwood z Little Rock w Arkansas. Kobiety, która chciała dokonać dyskretnej transakcji gotówkowej równie chętnie co ja. Kupiłam samochód dwa tygodnie temu, po czym przestawiałam go z parkingu na parking w sąsiednim mieście, ale nigdy nie zarejestrowałam go na swoje nazwisko.

Zaglądam do środka. Wszystkie rzeczy leżą dokładnie tak, jak je zostawiłam. Kluczyki wrzucone do uchwytu na kubki, złożony akt własności na przednim siedzeniu. Otwarte drzwi. Obrzucam wzrokiem pozostałe samochody, gruchoty takie jak mój. Moje auto nie powala wyglądem, ale to łatwy łup dla każdego złodzieja amatora. Samochód Marshy Anne nie postoi tu zbyt długo.

Odwracam się i idę w stronę warsztatu samochodowego Dill’s znajdującego się po przeciwnej stronie drogi.

„Nie potrafisz kupić samochodu”, powiedziałeś mi kiedyś, gdy musiałam wymienić auto na nowe. „Nie odzywaj się, a ja wszystko załatwię”.

Dill mógłby się z tym nie zgodzić, skoro udało mi się namówić go do zejścia o ponad dziesięć procent z ceny wyjściowej buicka regala z 1996 roku. To kupa zardzewiałego żelastwa, ale silnik działa jak należy, a cena jest dobra, szczególnie kiedy odkrywam, że Dill lubi, gdy zwracam się do niego per „przystojniaku”. Przekazuje mi dokumenty i adres najbliższego wydziału komunikacji w Oklahomie, a ja obiecuję, że udam się tam z samego rana. Jeśli się pośpieszę, dotrę do innego stanu, zanim otworzą.

Dill wręcza mi kluczyki, a ja wsiadam do samochodu i włączam silnik w momencie, w którym zaczyna padać deszcz.

 

 

JEFFREY

 

 

 

 

Pierwszy numer, pod który dzwonię, należy do Sabine, choć już przed wybraniem pierwszej cyfry wiem, że to strata czasu. Jeśli Sabine jest wściekła, jeśli karze mnie za coś, to i tak nie odbierze.

A jeśli coś się stało… Czuję ściskanie w dołku, ale odpycham od siebie tę myśl.

Jej telefon dzwoni. Rozlegają się cztery niekończące się sygnały, po czym zostaję przekierowany na pocztę głosową.

– Sabine, to ja. Czy zapomniałem, że gdzieś dzisiaj wychodzimy? Dostałem od ciebie wiadomość, w której mówiłaś, że będziesz w domu przed dziewiątą, ale dochodzi już północ, a ciebie nadal nie ma. Zadzwoń do mnie, dobrze? Jestem w domu i powoli zaczynam się martwić. Okej, do usłyszenia.

Rozłączam się, rozważając przez chwilę zadzwonienie pod 911, ale nie ma jej dopiero od jakichś trzech godzin. Za krótko, by zgłosić nagły wypadek. Policja wymaga odczekania dwudziestu czterech godzin, zanim zgłosi się zaginięcie. Co niby miałbym im powiedzieć? Że moja żona nie wróciła do domu na czas?

Wkładam telefon do kieszeni i wchodzę po schodach na piętro. Wiem, że miała prezentację domu. Późną prezentację.

Poza tym, to do niej niepodobne, żeby ignorować telefon. To jedno z jej najmniej ulubionych wymagań w pracy – by zawsze, ale to zawsze była dostępna i pod telefonem. Od chwili, w której się budzi, do momentu, w którym kładzie się spać, zawsze ma w dłoniach jakieś urządzenie albo zestaw słuchawkowy w uchu. Gdyby jej samochód zepsuł się po drodze, a ona siedziała na poboczu na autostradzie z przebitą oponą, nie mając bladego pojęcia, jak ją zmienić na zapasową, zadzwoniłaby po pomoc drogową, a potem do mnie.

Zakładając, że jest przytomna.

Skóra cierpnie mi na samą myśl o tym, że może wykrwawiać się na poboczu drogi albo jeszcze gorzej, dryfować twarzą w dół po rzece Arkansas. Wyobrażam sobie, jak jej ciało kołysze się pod wpływem fal albo zaplątuje się w sitowie, które rośnie wzdłuż naszego trawnika na tyłach domu. Widzę, jak jakiś psychol wlecze ją siłą do prezentowanej nieruchomości, a ona zapiera się piętami o nową, drewnianą podłogę, krzycząc w głębi pustego domu.

Nigdy nie podobał mi się pomysł, aby pokazywała posesje na sprzedaż obcym ludziom. Gdy przyjęła tę pracę, był to jeden z punktów zapalnych między nami. Fakt, że na prezentacji mógł zjawić się dosłownie każdy i udawać potencjalnego klienta. A gdyby z Randall Williams uciekł jakiś więzień? Gdyby miał nóż albo pistolet? Równie dobrze mogłaby przykleić sobie do pleców papierową tarczę strzelniczą. Ładna agentka nieruchomości, na wyciągnięcie ręki.

Wyciągam telefon i znowu do niej dzwonię.

– Sabine, mówię serio, to nie jest zabawne. Gdzie się podziewasz? Rozumiem, że nadal jesteś na mnie wściekła, ale przynajmniej napisz do mnie, żebym wiedział, że nic ci nie jest. Cholernie się o ciebie martwię. Daję ci jeszcze jedną godzinę, a potem dzwonię na policję.

Rozłączam się i biorę głęboki, uspokajający oddech, ale to w niczym nie pomaga. Coś musiało się stać. Nie wiem jeszcze, co takiego, ale mam przeczucie, że stało się coś bardzo, bardzo złego.

Wybieram numer jej siostry.

Ingrid odbiera po pierwszym dzwonku, zupełnie jakby leżała z palcem uniesionym nad ekranem, czekając, aż rozjarzy się od przychodzącego połączenia. Głos ma szorstki i natarczywy.

– Halo!

Nie jest to pytanie wypowiedziane z typową dla niego intonacją wznoszącą na końcu, tak jak mówi każda normalna osoba odbierająca telefon, tylko rozkaz. Przypomina bardziej warknięcie niż faktyczne słowo. Nadal pozostaje dla mnie tajemnicą, jak to możliwe, że te dwie kobiety mają identyczne DNA.

– Ingrid, tu Jeffrey. Wybacz, że dzwonię do ciebie o tej porze, ale…

– Jeffrey, twoje imię wyświetla mi się na ekranie, więc nie musisz się przedstawiać. Daj Sabine do telefonu.

Zamykam oczy i biorę długi, uspokajający oddech.

– Właśnie dlatego dzwonię do ciebie w środku nocy. Nie wiem, gdzie ona jest.

– Jak to nie wiesz? Nie ma jej w domu?

– Nie wróciła po prezentacji nieruchomości i nie odbiera telefonu.

– Na litość boską, Jeffrey, i dopiero teraz mi to mówisz? Do jasnej cholery, co robiłeś przez cały ten czas? – Słyszę szelest materiału i piskliwy odgłos uginających się sprężyn materaca. Ingrid mieszka sama w kawalerce oddalonej o kilka mil stąd. Nikt nie byłby w stanie znieść mieszkania z nią pod jednym dachem. – Do kogo jeszcze dzwoniłeś?

– Do nikogo. Ty jesteś pierwsza.

Momentalnie zaczynam tego żałować. Rozmowa z Ingrid jest jak żucie tłuczonego szkła. Człowiek z góry wie, że nie sprawi mu to żadnej przyjemności.

– Znasz numer do jej szefa? – pytam. – Miała prezentację późnym wieczorem, więc możliwe, że Russ będzie coś wiedział.

– Russ? – odpowiada podszytym irytacją głosem Ingrid. – Russ przeprowadził się w grudniu do Little Rock. Spróbuj zadzwonić do Lisy.

– Do kogo?

– Do Lisy O’Brien, szefowej Sabine? – Milknie, czekając na moją reakcję, ale nie mam pojęcia, co powiedzieć. Sabine ma nowego szefa? Od kiedy? – O mój Boże, czy wy dwoje w ogóle ze sobą rozmawiacie? To wydarzyło się wiele miesięcy temu.

Wzdycham do telefonu. Mam dość ignorowania beznadziejnego zachowania Ingrid.

– Masz numer do Lisy czy nie?

– Nie. – Słyszę trzask zamykanych drzwi i dźwięk odpalanego silnika. – Dzwoń na policję, Jeffrey. Zaraz u ciebie będę.

 

 

Gdy w początkowej fazie naszego związku Sabine powiedziała mi, że ma siostrę bliźniaczkę, pamiętam, jak pomyślałem, że jest szczęściarą. Że ja jestem szczęściarzem. Gdzieś tam istniała wierna kopia Sabine, yin dla jej cudownego yang. To dopiero było coś. Dwie Sabine w cenie jednej.

A potem poznałem Ingrid. Między nami od razu rozwinęła się wzajemna niechęć. Doszło do tego mniej więcej w czasie, w którym pochowały ojca, a ich matka zaczęła w kółko powtarzać te same nużące historyjki, co siostry od razu wychwyciły jako oznakę choroby. W trakcie tych kilku pierwszych tygodni zrzucałem porywczość Ingrid na karb smutku i zmartwienia. Przymykałem na to oko.

Tyle że Ingrid była przyzwyczajona do tego, że jest najważniejszą osobą w życiu swojej siostry, i dała jasno do zrozumienia, że nie zamierza przekazywać nikomu pałeczki pierwszeństwa. Była potwornie zaborcza i traktowała mnie jak etap przejściowy, niemile widzianego, ale tymczasowego intruza naruszającego ich wspólne życie. Oskarżyłem Ingrid o to, że za bardzo kocha siostrę, a ona o to, że nie kocham Sabine wystarczająco mocno. Sabine czuła się jak w potrzasku. Od tamtej chwili planowała wszystko tak, żebyśmy razem z Ingrid prawie nigdy nie przebywali w jednym pomieszczeniu. Stałem się mistrzem w unikaniu tej baby. Gdy jechałem samochodem, by coś załatwić, mijałem ją po drodze bez zatrzymywania się albo uciekałem do drugiego pokoju w trakcie przyjęć, gdy tylko stawała w progu.

Przyglądam się jej zza przeciwnej strony stołu, jej włosom przypominającym kłębki kurzu oraz błyszczącym od trądzikowych plam policzkom, gdy zapisuje coś na bloczku żółtego papieru. Grubymi krechami kreśli nazwę firmy Sabine, jej wzrost, kolor włosów i numer jej telefonu komórkowego. Ta kobieta w niczym nie przypomina mojej żony. Wygląda jak zły troll, który kąpie się w bagnie i ogryza kości pod mostem. Na twarzy ma odciśnięte ślady od poduszki, wściekle czerwone linie w kształcie krzyża.

Wzdycham, żałując, że to nie ja mam w dłoniach kartkę i długopis. Nie chcę siedzieć bezczynnie, tylko działać. Moje nogi podrygują nerwowo pod stołem. Siedzimy i czekamy na przyjazd policji, a moja cierpliwość jest na wyczerpaniu. Chcę, żeby ktoś sprowadził moją żonę do domu.

– Musi istnieć jakieś wytłumaczenie – mówię.

Ingrid mnie ucisza. Strzela palcami w moją stronę i syczy „ciii”, ani razu nie podnosząc wzroku znad swoich bazgrołów. Do góry nogami wyglądają zupełnie jak wielkie, niechlujne wywijasy Sabine.

– Odezwiesz się czy nie? Powiedziałem, że musi istnieć jakieś wytłumaczenie tego, gdzie jest Sabine. Gdzie mogła pójść. Boję się, że coś mogło się jej stać.

Ingrid prycha pod nosem, a ten dźwięk wywołuje u mnie falę negatywnych uczuć.

– Co to miało znaczyć?

– Przecież niczego nie powiedziałam.

– Owszem. Prychnęłaś. Jeśli chcesz mi coś powiedzieć, wyrzuć to z siebie. Nie prychaj na mnie zza stołu – rzucam najbardziej jadowitym głosem, na jaki mnie stać, odzwierciedlającym aktualny stan moich emocji.