Wydawca: Świat Książki Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 529 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Idealna żona - Katherine Scholes

Kitty Hamilton przyjeżdża do Tanganiki z wielkimi nadziejami na nowe życie. Ekscytująca przygoda na drugim końcu świata może być tym, czego ona i Theo potrzebują, żeby odzyskać równowagę po skandalu, który omal nie zniszczył ich małżeństwa.

Ale w tym dzikim i obcym kraju zaczynają budzić się jej marzenia. I chodzi o coś więcej niż marzenia o byciu idealną żoną. Gdy stare rany zaczynają się odzywać, a nowe pragnienia rozpalać, Kitty i Theo muszą stawić czoło uczuciom, które pchną ich poza granice tego, co dotąd znali i w co wierzyli.

Głęboko poruszająca opowieść o walce między obowiązkiem a pragnieniem - i potrzebą podążania za głosem serca, bez względu na to, dokąd cię to zaprowadzi.

Egzotyczna sceneria, po mistrzowsku prowadzona narracja i więcej niż pobieżne spojrzenie na to, co czyni nas ludźmi.

„Weekly Times”

Katherine Scholes urodziła się w Tanzanii jako córka lekarza pracującego na misji i artystki. Gdy skończyła dziesięć lat, jej rodzina wyjechała do Anglii, a nastęnie osiadła na stałe na Tasmanii. Jako dorosła kobieta autorka przeniosła się wraz z mężem filmowcem do Melbourne. Przez wiele lat pracowali razem, pisząc książki i kręcąc filmy.

W Świecie Książki ukazały się m.in.: Królowa deszczu, Kamienny anioł, Żona myśliwego i Lwica.

Opinie o ebooku Idealna żona - Katherine Scholes

Fragment ebooka Idealna żona - Katherine Scholes

Tytuł oryginału THE PERFECT WIFE

WydawcaAgnieszka Koszałka Grażyna Woźniak

Redaktor prowadzącyBeata Kołodziejska

RedakcjaJoanna Wysłowska

KorektaLidia Ścibek Marzenna Kłos

Copyright © 2013 by Katherine Scholes Copyright © for the Polish translation by Małgorzata Żbikowska, 2017

Świat Książki Warszawa 2017

Świat Książki Sp. z o.o. 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanieJoanna Duchnowska

Dystrybucja Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o., Sp. j. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: hurt@olesiejuk.pl tel. 22 733 50 10www.olesiejuk.pl

ISBN 978-83-8031-681-2

Dla Jonny’ego i Linden

Rozdział pierwszy

Kitty poruszyła się niecierpliwie w fotelu. Podróż zdawała się ciągnąć w nieskończoność, ale wreszcie dobiegała kresu. Wkrótce spotka się z mężem. Zaczną wszystko od nowa, pozostawiając przeszłość za sobą. Już nie mogła się doczekać lądowania samolotu i nowego życia w Afryce.

By zająć myśli czymś innym, wygładziła żakiet, strzepnęła okruszki z kremowej płóciennej spódnicy, odchyliła głowę na oparcie fotela i zamknęła oczy. Od doby nie spała i czuła, jakby miała piasek pod powiekami. Gdzieś między Rzymem a Bengazi stewardesy przygotowały łóżka dla dziewięciu pasażerów. Były wygodne, ale Kitty nie mogła zasnąć. Silniki, od których drżał cały samolot, pracowały zbyt głośno. Poza tym krępowała ją obecność mężczyzn leżących obok. Miała wrażenie, że dopiero co usnęła, gdy wróciły stewardesy, żeby posłać łóżka i podać śniadanie.

Otworzyła oczy i odwróciła głowę w stronę sąsiada. Paddy nie wyglądał na zmęczonego. Siedział wyprostowany i czytał książkę pozaginaną na rogach. Uniósł wzrok, jakby wyczuwając spojrzenie Kitty.

– Już niedługo. Pewnie nie może się pani doczekać spotkania z mężem.

Kiwnęła głową.

– Te sześć tygodni wydaje się wiecznością.

– To się nazywa prawdziwa miłość – powiedział z bezczelnym uśmiechem.

Kitty również się uśmiechnęła. Paddy nie miał w sobie nic z chłodnego Anglika. Nie wyobrażała sobie, że czekałby, jak Theo, by kobieta usiadła pierwsza. Irlandczycy byli pod tym względem podobni do Australijczyków. Pewnie dlatego czuła się tak swobodnie w jego towarzystwie. I jeszcze ten wygląd. Był niskim, pulchnym mężczyzną, który miał w sobie coś ze szczeniaka. Nie stanowił więc żadnego zagrożenia.

– Muszę to skończyć, zanim wylądujemy. – Paddy machnął książką. – Mam przeczucie, że tam nie będzie na to czasu. – Wrócił do lektury, przesuwając palcem po stronie w poszukiwaniu miejsca, w którym przerwał czytanie.

Kitty przypomniała sobie targany wiatrem hangar przy pasie startowym pod Londynem. To tam poznała Paddy’ego i innych pasażerów, którzy tak jak ona mieli lecieć do Tanganiki[1]. Wojna skończyła się trzy lata temu, ale mężczyźni nadal podawali stopnie wojskowe przed nazwiskami, gdy zwracali się do siebie. Byli inżynierami i mechanikami skierowanymi do pracy w warsztatach naprawczych traktorów w Kongarze. Stojąc w grupce, z walizkami przy nogach, zaczęli rozmawiać o rządowym projekcie uprawy orzeszków ziemnych – o tym, co słyszeli i co wiedzieli. Kitty słuchała, starając się zapamiętać każdy szczegół. Chciała być dobrze poinformowana, żeby potem móc rozmawiać z Theo, gdy wróci do domu.

Paddy zjawił się spóźniony, zdyszany i czerwony na twarzy. Miał worek żeglarski przewieszony przez ramię, a w ręku pogniecione dokumenty podróży. Urzędnik z Ministerstwa do spraw Żywności sprawiał wrażenie, jakby walczyły w nim dwa uczucia – rozdrażnienia z powodu niepunktualności Paddy’ego i ulgi, że może wreszcie odhaczyć ostatnie nazwisko na liście pasażerów. Natychmiast poprowadził swoją trzódkę w stronę drzwi hangaru.

Po wyjściu na dwór Kitty otuliła się mocniej futrzanym kołnierzem. Anglia trwała w okowach zimy. Asfalt pokrywała warstwa lodu, patrzyła więc pod nogi i raczej usłyszała, niż zobaczyła idącego obok niej mężczyznę.

– Nazywam się Paddy O’Halloran – oznajmił z wesołym uśmiechem. – Nie walczyłem na wojnie.

Kitty uniosła brwi, zaskoczona jego bezpośrednim, niemal żartobliwym tonem.

– Kitty Hamilton.

– Tak – odparł. – Wiem o pani wszystko.

Kitty zwolniła kroku, czując przypływ paniki. W uszach zabrzmiał jej napięty z gniewu głos Theo. „Wygląda na to, że moja żona jest sławna”. Potem trzasnęła gazeta rzucona na stół i zadźwięczały porcelanowe filiżanki na spodeczkach.

Kitty z trudem przełknęła ślinę, szykując się na to, co za chwilę nastąpi, lecz głos Paddy’ego pozostał swobodny.

– Leci pani do męża, podpułkownika lotnictwa, Theo Hamiltona. Powiedzieli nam na odprawie, że będzie pani na pokładzie. – Mrugnął do niej. – Pewnie chcieli mieć pewność, że będziemy zachowywać się przyzwoicie. Niektórzy z tych facetów nie są przyzwyczajeni do obecności damy.

Kitty nie zdążyła odpowiedzieć, bo nagle poczuła, że sunie po lodzie. Paddy złapał ją za ramię i przytrzymał.

– Cholernie ślisko. Proszę uważać.

Gdy podeszli do samolotu, wskazał na rząd kwadratowych okien.

– To przerobiony bombowiec lancaster. Miejmy nadzieję, że prócz okien dodali również fotele.

– Mój mąż latał na lancasterach.

– Ile odbył lotów?

– Czterdzieści dziewięć – odparła z dumą.

Paddy aż gwizdnął.

– Musi być nieśmiertelny – stwierdził, po czym usunął się na bok, żeby mogła wejść po metalowych schodkach na pokład samolotu.

Chwyciła się poręczy, czując chłód przez rękawiczkę z koźlęcej skóry. Starała się nie myśleć o tym, że lancaster to wielki potwór, który za chwilę ją pożre. Przed oczyma mignęły jej sceny z kronik filmowych, a w uszach zabrzmiał charkot niesprawnych silników. Zobaczyła płonące kabiny pilotów i czarne smugi dymu ciągnące się za maszynami, które wyglądały jak zabawki spadające z nieba do morza. Przez trzy długie lata czynnej służby Theo żyła w strachu, że prędzej czy później go straci. Był tego bliski. Jego samolot został trafiony, gdy zrzucał bomby nad Niemcami. Udało mu się jednak wrócić do Anglii i wylądować awaryjnie, lecz tylko on jeden ocalał z całej załogi, gdy lancaster stanął w płomieniach. Następnego dnia wrócił do służby. Koszmar trwał i trwał, a przyjaciele ginęli jeden za drugim. Kitty już zaczęła odczuwać ulgę, gdy otrzymała telegram, który strach zamienił w rzeczywistość.

Dotarła do szczytu schodów i przystanęła dla zaczerpnięcia oddechu. Theo przeżył wbrew wszelkim oczekiwaniom, wojna skończyła się, a dzisiaj potężny bombowiec służył innym celom.

Załoga samolotu rozsadziła pasażerów i schowała ich wierzchnie okrycia, torby i gazety. Paddy wybrał miejsce obok Kitty.

– To mój pierwszy lot – oznajmił. – Lepiej czuję się na statku. A pani?

– Latałam już kilka razy małymi samolotami – odparła. – Ale to nie to samo.

W zdenerwowanie wprawiało nie to, że lancaster kojarzył jej się z wojną, lecz jego onieśmielająca wielkość. Pilot i kontrolki były tak daleko. Gdy latała tiger mothem, Theo siedział tuż za nią.

– Proszę się nie obawiać – powiedział Paddy. – Nic się nam nie stanie.

Kitty miała wrażenie, że pociesza ich oboje.

Podczas długich godzin lotu kilkakrotnie wpadali w turbulencje. Pasażerowie trzymali się wtedy kurczowo poręczy, a załoga rozdawała torebki. Gdy wszystko się uspokajało, pasażerowie zaczynali snuć opowieści lub żartować na temat jedzenia. Zdarzały się nawet dowcipy o toalecie, lecz nieprzeznaczone dla jej uszu. W czasie międzylądowań dla uzupełnienia paliwa w Rzymie, Libii, Ugandzie i Kenii czekali w dawnych wojskowych hangarach zamienionych na saloniki dla pasażerów. Mając płuca pełne spalin, popijali ciepłą coca-colę i zbyt długo parzoną herbatę. Podczas ostatniego postoju w Nairobi zjedli pyszne pierożki samosa, zaśmiecając podłogę okruszynami i bezwstydnie oblizując palce. Nic dziwnego, że po każdym powrocie do samolotu zacieśniały się między nimi więzy przyjaźni.

Teraz gdy podróż dobiegała końca, Kitty przyjrzała się swoim towarzyszom. Czekała ich praca w warsztatach przy naprawianiu traktorów i mieli zamieszkać w kwaterach dla mężczyzn. Ona zaś wiedziała, że czeka na nią normalny dom. To z powodu przedłużającego się remontu musiała czekać kilka tygodni w Anglii na przyjazd tutaj. Poza tym nie miała pojęcia, czego się spodziewać. Prócz ekscytacji, że wreszcie spotka się z Theo, czuła również wewnętrzne napięcie. Pocieszała się myślą, że Kongara nie jest dużą miejscowością i że od czasu do czasu będzie spotykała tych mężczyzn. W tym dziwnym i nowym świecie przyjemnie będzie zobaczyć znajomą twarz.

Przeczesała palcami włosy, odsuwając z twarzy nieposłuszne pasemka. Miała modnego boba i wciąż zaskakiwało ją to, że to uczesanie do ucha. Odkąd pamiętała, jej czarne włosy sięgały do ramion. Nie chciała ich ścinać – jednak nowa fryzura była częścią umowy zawartej z Theo. Nie chciał, żeby ktoś ją rozpoznał. Zresztą ona również. Kiedy jednak długie pasma opadały na podłogę jedno po drugim, nie mogła powstrzymać łez. Wiedziała, że ta zmiana to forma nawrócenia jej na właściwą drogę. Nowym wyglądem udowadniała, że jest jej wstyd z powodu tego, co zrobiła i kim była. Potrząsnęła głową, czując łaskotanie włosów na policzkach. Krótsza fryzura to rozsądny wybór, przekonywała siebie w duchu, odpowiednia do gorącego klimatu.

Sięgnęła po torebkę i wyjęła z niej puderniczkę. Już miała ją otworzyć, gdy jej wzrok padł na wygrawerowany na wieczku złoty monogram. Miała zostawić wszystko, co łączyło ją z Katyą, ale z puderniczką nie była w stanie się rozstać. Teraz pomyślała, że popełniła błąd. Powinna pozbyć się jej jak najszybciej, zanim ktoś ją zauważy. Jednak gdy trzymała pudełeczko w ręku, wyczuwając pod palcami gładkość szylkretowej oprawy, zrodziło się w niej coś na kształt oporu. Theo na pewno nie zauważy tego drobiazgu. Jeśli zaś chodzi o innych, to inicjały YKA były zbyt ozdobne, żeby je odczytać.

W małym, zasnutym różowym pyłem lusterku przyjrzała się ustom pociągniętym ciemnoczerwoną szminką i cienkim brwiom podkreślonym ołówkiem. Nie zdążyła się jeszcze przyzwyczaić do fryzury i miała wrażenie, że widzi obcą osobę.

Nos i czoło lekko się świeciły, więc ręka Kitty zawisła nad puszkiem do pudru. W uszach zabrzmiał jej głos matki Theo wyrażający opinię o kobiecie, która publicznie pudruje nos. Było to jedno z wielu drobnych przestępstw, przed którymi Louisa ostrzegała australijską dziewczynę. Kitty zamknęła na chwilę oczy, chcąc zablokować wspomnienie teściowej przekonującej o konieczności zachowania wytwornego dystansu wobec świata.

„Nazwisko damy pojawia się w gazetach trzy razy w życiu. Gdy się rodzi, gdy wychodzi za mąż i gdy umiera”.

Z powodu tego, co stało się później, te słowa nagle urosły w jej myślach do ogromnych rozmiarów. Zrezygnowała z pudrowania twarzy, jakby w ten sposób mogła się poprawić. Wiedziała, że nawet pójście do toalety na oczach tych wszystkich mężczyzn byłoby nieprzyzwoite. Zamknęła puderniczkę i wsunęła ją do torebki.

Siedzący obok niej Paddy odłożył książkę i wstał z fotela, żeby wyjrzeć przez okno. Rozstawił nogi, lecz i tak musiał się pochylić, by coś zobaczyć.

– Widać coś? – spytała.

Pokręcił głową przecząco.

Westchnęła. Pomyślała, że może powinna wyjąć podręcznik do nauki suahili i zrobić kilka ćwiczeń. Janet, emerytowana misjonarka, która uczyła ją tego języka, na pewno by to zaaprobowała. Jej zdaniem na uczenie się słówek należało poświęcać każdą wolną chwilę. Ale Kitty nie była w stanie się skupić. Spuściła wzrok na buty. Wyglądały elegancko pomimo cienkiej warstwy kurzu. Podkreślały kształt jej stopy, a wysokie obcasy wysmuklały łydki. Miała nadzieję, że przez to nie będzie wyglądała na wyższą od męża.

Paddy nagle wyprostował się i przywołał ją skinieniem ręki.

– Proszę podejść i zobaczyć.

Kitty wstała i stanęła obok niego. Przez ostatnie cztery czy pięć godzin widać było jedynie rozległą przestrzeń, która przypominała jej rodzinny kraj. Teraz jednak, gdy przysunęła twarz do szyby, zaskoczona wciągnęła gwałtownie oddech.

Krajobraz uległ zmianie. Krzewy, trawa i drzewa ustąpiły miejsca nagiej czerwonej ziemi, ciągnącej się w nieskończoność, poprzetykanej siatką prostych linii. Kitty domyśliła się, że są to drogi. Przypominały jej ścieżki na farmie ojca w Australii. Zobaczyła też falujące pokosy przecinające ziemię. Zastanawiała się, czy miały one zatrzymywać wiatr, erozję wody czy też służyły jednemu i drugiemu.

– Proszę zwrócić uwagę na skalę przedsięwzięcia. – Paddy aż gwizdnął przez zęby. – Każda z tych plantacji jest sto razy większa od ziemskich majątków w Anglii. – Uśmiechnął się do Kitty. – Słuchałem uważnie, co mówiono na odprawie. – Że projekt uprawy orzeszków ziemnych w Tanganice obejmuje obszar prawie miliona hektarów. To połowa Walii. Podobno sto tysięcy byłych żołnierzy zwerbowano do tego planu. – Uśmiechnął się. – Więc to my, fistaszkowa armia.

Inni pasażerowie również podeszli do okien i podziwiali ogrom tego, co rozciągało się poniżej.

– Wiecie, jak to wszystko się zaczęło?

Kitty rozpoznała głos Billy’ego, inżyniera z pułku Middlesex, który utykał z powodu rany od szrapnela. – Pan Strachey, minister do spraw żywności, wpadł na ten pomysł, gdy obserwował ciężarówki ruszające na front. Wyobraził sobie inny konwój. Pługi zamiast broni zmierzające do Afryki.

Wszystkie oczy zwróciły się na mówiącego. Przez całą podróż opowiadał dowcipy, ale teraz w jego głosie brzmiała powaga.

– To szansa, żeby zrobić coś dobrego – ciągnął. – Zrekompensować to całe zniszczenie i śmierć. Będziemy teraz prowadzić walkę z głodem.

Kitty wymieniła spojrzenia z Billym i Paddym, a potem z innymi – Nickiem, Jimmym, Jamiem, Robbiem, Ralphem i Peterem. Poczucie wspólnej misji było niemal namacalne. Nagle zniknęły wszelkie obawy związane z tym, co ją czeka w Kongarze. Nowe życie będzie pracowite i ekscytujące, bo ma jasno wytyczony cel.

*

Mężczyźni cofnęli się, żeby Kitty mogła wysiąść pierwsza. Gdy stanęła na metalowych schodkach podstawionych do samolotu, owiało ją znajome gorące i suche powietrze. Woń paliwa mieszała się z zapachami buszu: pyłu, krowiego łajna i piżmowego zapachu liści. Przebiegła wzrokiem tłumek zebrany na pasie startowym, szukając jasnorudej głowy Theo lub osoby z jego charakterystyczną postawą – pochylonej lekko w przód, jakby pod naporem wiatru. Nie dostrzegła go. Zmarszczyła brwi i ponownie się rozejrzała. Zauważyła grupkę mężczyzn w eleganckich garniturach, koszulach, krawatach i kapeluszach i drugą – w koszulach khaki, luźnych szortach, skarpetach i butach. Żaden z nich nie był Theo.

Osłoniła oczy dłonią przed oślepiającymi promieniami popołudniowego słońca i sięgnęła wzrokiem dalej. Jedyną białą osobą poza tamtymi był mężczyzna w niebieskim kombinezonie, zapewne pracownik lotniska. Stłumiła strach na myśl o tym, że Theo jest chory lub uległ wypadkowi. Starała się odsunąć od siebie wspomnienie tego, co stało się z człowiekiem, którego Theo zastąpił. Było to takie straszne, że Theo nie chciał wdawać się w szczegóły. Wiedziała tylko, że był to dziwny wypadek. Praca jej męża nie należała bowiem do niebezpiecznych. Zeszła po schodkach. Za plecami słyszała stuk butów Paddy’ego. Uniosła brodę, zdecydowana nie okazywać niepokoju. Musiał być jakiś prosty powód, dla którego Theo nie mógł jej osobiście powitać.

Gdy tylko dotknęła stopami płyty lotniska, podszedł do niej jeden z mężczyzn ubranych w garnitury i podał owinięty w celofan bukiet kwiatów.

– Witamy w Tanganice i witamy w Kongarze.

Wzięła bukiet i spojrzała mężczyźnie w twarz, szukając na niej oznak złych wiadomości.

Wyciągnął rękę.

– Szeregowy Toby Carmichael, asystent pani męża.

– Miło mi – odpowiedziała. Zaskoczyła ją blada cera mężczyzny. Nie wyglądał, jakby spędzał na dworze dużo czasu.

– Niestety pan Hamilton otrzymał pilne wezwanie, którego nie dało się przełożyć – wyjaśnił Toby z akcentem ze środkowej Anglii, ale dobór słów przypominał Kitty Theo. – Jest na plantacji. Wróci wczesnym wieczorem. – Wskazał na stojącą obok dziewczynę z dokumentami w ręku przypiętymi do podkładki. Kitty dostrzegła młodą pulchną twarz, czerwone wargi i starannie ułożone włosy, które kompensowały prostą spódnicę i bluzkę w kolorze khaki. – Lisa zawiezie panią do domu. Pan Hamilton dołączy do pani tak szybko, jak to możliwe. Mam nadzieję, że podróż nie była zbyt wyczerpująca, choć oczywiście bardzo długa.

– Czy coś się stało?

Teraz gdy wiedziała, że ani nie jest chory, ani nie uległ wypadkowi, czuła się zawiedziona, że go nie ma.

– Jakiś problem z irlandzkimi pracownikami. – Toby zniżył głos, jakby przekazywał jej poufną informację. – Ale to nic poważnego.

Kitty stłumiła uczucie rozczarowania. Praca jest najważniejsza. Po to tu przyjechali. By prowadzić walkę z głodem.

Zdążyła się dowiedzieć, że tą walką kierowała Overseas Food Corporation, Zamorska Korporacja Żywnościowa, w skrócie OFC, a pracowników rekrutowała Spółka United Africa. I oczywiście, że orzeszki ziemne to inna nazwa orzeszków arachidowych lub fistaszków.

– A teraz pozwoli pani, że dokonam prezentacji.

Kitty miała wrażenie, że prezentacja nazwisk, stopni wojskowych, uśmiechów i uścisków rąk ciągnie się w nieskończoność, gdy Toby przechodził od jednej osoby do drugiej. Osłoniła usta dłonią, tłumiąc ziewnięcie. Nagle kątem oka zauważyła jakiś ruch i natychmiast stała się czujna. Zbliżał się ku nim lśniący, błękitny niczym niebo sedan.

Gdy podjechał bliżej, Kitty zobaczyła, że jest to daimler. W Hamilton Hall stały takie dwa w garażach przerobionych ze stajni. Ten zaś był nowszym modelem, lecz zachował majestatyczną sylwetkę z wielkimi łukami nad kołami i szerokim podwoziem.

Samochód zatrzymał się w odległości zaledwie kilku metrów. Kitty zauważyła, że za kierownicą siedzi Afrykanin, a jego ciemna twarz jest prawie niewidoczna za błyszczącymi szybami. Spojrzała na tylne siedzenie, spodziewając się, że zobaczy Theo. A więc uciekł z pracy, by powitać ją na lotnisku. Lecz zamiast niego ujrzała kobietę w ciemnych okularach i wielkim kapeluszu w kolorze cytryny.

Szofer wysiadł, obszedł samochód i otworzył tylne drzwi. Wyglądał na mężczyznę w średnim wieku, lecz miał na sobie strój przypominający krojem marynarskie ubranie.

Pojawiła się stopa w białym pantofelku na wysokim obcasie, potem druga, a następnie nogi w pończochach i na koniec ich właścicielka. Miała na sobie żółtą sukienkę w tym samym odcieniu co kapelusz i białe rękawiczki pasujące do pantofli. Omiotła wzrokiem zebranych, po czym zdjęła okulary przeciwsłoneczne.

– Cholera. Wiedziałam, że się spóźnię. – Rzuciła oskarżycielskie spojrzenie szoferowi, po czym skierowała wzrok na Kitty. Miała szarozielone oczy, podkreślone kredką i cieniem. – Pani zapewne jest żoną Theo. – Mówiła z tym samym co on wyrafinowanym akcentem, lecz przesadnie przeciągała samogłoski. – Jestem Richardowa Armstrong. Mąż prosił mnie, żebym po panią przyjechała, skoro Theo nie może.

– To bardzo miło z pani strony – odpowiedziała Kitty.

Kobieta nie dała po sobie poznać, czy spełnia obowiązek czy przyjemność. Powitała zebranych lekkim uśmiechem, po czym odwróciła się do Toby’ego, który wyprostował ramiona i niemal stanął na baczność.

– Proszę dopilnować, żeby bagaż pani Hamilton odesłano do domu. My pojedziemy przodem.

– Tak, oczywiście.

Toby spojrzał na Lisę, dziewczynę z dokumentami na podkładce. Wyglądała na rozczarowaną, że tak nieoczekiwanie odsunięto ją na bok.

Kitty szukała w pamięci nazwiska Armstrong. Czy tak nazywał się przełożony Theo, dyrektor generalny? A może dyrektor do spraw rolnictwa?

Kobieta ponownie odwróciła się do Kitty.

– Możesz mówić mi Diana.

– Dziękuję. Proszę, mów mi Kitty.

Wzrok Diany omiótł jej twarz i figurę. Kitty cieszyła się w duchu, że dotrzymała obietnicy danej Theo i zmieniła wygląd. Pod badawczym spojrzeniem Diany spódnica i żakiet wydały się nagle zbyt proste, a nowe buty bez polotu. Ale przynajmniej fryzura i brwi były na czasie.

– Jedźmy więc – powiedziała Diana.

Kitty rozejrzała się, szukając Paddy’ego. Uśmiechnął się do niej i pomachał ręką na pożegnanie. Już miała pójść za Dianą, gdy nagle zerwał się wiatr. Mężczyźni chwycili za kapelusze i pochylili się dla ochrony przed kłującym pyłem. Papiery zatrzepotały na podkładce Lisy. Kitty spojrzała na Dianę spod zmrużonych powiek. Kobieta stała wyprostowana i niewzruszona. Zamknęła jedynie powieki, a pociągnięte tuszem rzęsy utworzyły czarne półksiężyce pod oczami. Ręka obciągnięta rękawiczką chwyciła brzeg żółtego kapelusza.

*

Daimler opuścił płytę lotniska i wjechał na nowo wybudowaną drogę – schludną wstęgę żwiru biegnącą przez wykarczowany busz. Kobiety usadowiły się na tylnym siedzeniu. Diana patrzyła przed siebie. Z bliska jej cera wyglądała na nieskazitelną, przykryta cienką warstwą naturalnego pudru i delikatnym różem na policzkach.

– Jesteś Australijką – stwierdziła Diana, nie patrząc na nią.

Kitty spojrzała na nią z niepokojem. Theo na pewno tego Dianie nie powiedział, a więc zdradził ją akcent. Nauczyciel dykcji zapewnił matkę Theo, że pochodzenia synowej nie da się rozpoznać po akcencie. Pewnie rozmowa z Paddym musiała wydobyć go z ukrycia. Może ujawnił się, gdy opowiadała Irlandczykowi o dorastaniu na farmie w australijskim buszu.

– Tak. Tam się urodziłam i wychowałam – odparła. – Ale od lat mieszkam w Anglii. Przyjechałam tuż przed wojną.

Diana nic na to nie powiedziała. Odchyliła głowę na oparcie siedzenia, jakby wykonała bardzo męczące zadanie. Cisza się przedłużała, więc Kitty zaczęła obserwować krajobraz za oknem samochodu. Czerwona ziemia wydawała się żyzna, ale roślinności było niewiele. Okolica wyglądała, jakby dotknęła ją susza. Ojciec przez całe życie zmagał się z taką ziemią, usiłując wyciągnąć z niej jakiś dochód, który ledwie wystarczał na utrzymanie rodziny. Ale ten teren wybrano przecież do realizacji jednego z najambitniejszych rolniczych projektów. Kitty pomyślała, że może to skutek jakichś anomalii pogodowych występujących w tropikach, o których nie miała pojęcia. Rozejrzała się ciekawie po wnętrzu samochodu, omiatając wzrokiem błyszczącą drewnianą obudowę, lśniące niklowane detale i skórzane siedzenia w kolorze czerwonej morwy. Był to zupełnie inny świat od tego na zewnątrz.

Droga wiła się przez chwilę wśród skupisk skalnych poprzetykanych krzakami, po czym znowu wyjechali na otwartą przestrzeń. Gdy samochód pokonał ostry zakręt, Kitty aż usta otworzyła ze zdziwienia. Nagle, jakby przez przypadek, wyrosło przed jej oczyma pasmo gór. Nie zauważyła ich, gdy samolot podchodził do lądowania. Musiały być z drugiej strony. Przyglądała się ostrym, poszarpanym szczytom pnącym się ku niebu. Przypominały doskonałe w kształcie piramidy jak na ilustracjach w książce dla dzieci.

Odwróciła się w stronę Diany.

– Te góry są piękne – powiedziała.

Diana wzruszyła lekko ramieniem.

– Dla mnie to wzgórza. W górach jeździ się na nartach.

Ponownie zapadła cisza, przerywana jedynie szumem silnika. Na tle gór otaczający je krajobraz wydawał się jeszcze bardziej nijaki. Potem w oddali pojawiło się coś w rodzaju osady. Kitty wyciągnęła szyję, starając się rozpoznać, co widzi. Gdy podjechali bliżej, dziwne kształty i kolory zmieniły się w morze białych, przybrudzonych namiotów ustawionych w równych rzędach.

– Co to jest? – spytała Diany, dostrzegając wysokie zasieki i miejsca parkingowe oznaczone pomalowanymi na biało kamieniami. – Wygląda jak obóz wojskowy.

– To Kongara.

Odpowiedź Diany wprawiła Kitty w zakłopotanie. Z tego, co mówił Theo po powrocie z odprawy w Londynie i z dwóch listów, które przysłał z Tanganiki, stworzyła sobie obraz miasteczka z prostymi, ale solidnymi domami. Pisał też o klubie z basenem i o sklepach. „Spodoba ci się nasz nowy dom – zapewniał. – Jest w pełni umeblowany przez OFC, łącznie z różowymi ręcznikami w łazience”.

– Miejscowi nazywają ją Londoni – wyjaśniła Diana ze śmiechem. – To Londyn w języku suahili. Tylko że trudno wymówić. Ale nazwa się przyjęła. Wszyscy jej teraz używamy. Co prawda, tylko do określenia miasteczka, nie całej okolicy.

Kitty powtórzyła w myślach to słowo. Lon-do-ni. Środkowa sylaba była wydłużona, dzięki czemu nazwa brzmiała melodyjnie i intrygująco. Omiotła wzrokiem rzędy namiotów. Dostrzegła między nimi okrągłe chaty o glinianych ścianach i dachach z brezentu. Potem zobaczyła długi, wąski dom z werandą. Jeden jego koniec pomalowano na biało, a nad drzwiami widniał napis: „Stołówka”. Drugi koniec był drewniany z napisem „Kantyna”. Wolna przestrzeń z przodu była otoczona płotem. Pewnie miał tu być ogród, lecz nic w nim nie rosło. Kitty zauważyła też kilka długich, półokrągłych baraków z blachy falistej, które widziała w Anglii podczas wojny, jak również kino pod chmurką z ekranem i rzędem krzeseł.

Samochód zwolnił, gdy wjechał w uliczkę z większymi namiotami. Nagle zaroiło się od ludzi – białych, Afrykanów, Hindusów – ubranych w różne odcienie khaki pasujące do stylu obozu wojskowego. W większości byli to mężczyźni, lecz dostrzegła również kilka młodych kobiet w spódnicach i koszulach takich jak Lisy. Wszyscy gdzieś się spieszyli. Jakiś mężczyzna w stroju safari spojrzał na zegarek i zaczął biec.

– Dyrekcja – wyjaśniła Diana.

Przed największym namiotem stał maszt z flagą brytyjską, a obok czarny rolls-royce, przy którym pełnił wartę afrykański żołnierz w eleganckiej kurtce z paskiem i rdzawoczerwonym fezie na głowie. Kitty wyciągnęła szyję, usiłując zajrzeć do wnętrza namiotu. Zobaczyła jedynie wielkie biurko, maszynę do pisania i nierówny stos broszur.

Samochód jechał dalej, mijając setki mniejszych namiotów. Za nimi ukazały się rzędy drewnianych domków. Były identyczne i wyglądały, jakby miały zaledwie dwie izby. Z boku zamocowano sznury do bielizny, na których wisiały robocze ubrania khaki oraz nieliczne jaśniejsze sukienki, bluzki i dziecięce piżamki.

– A to jest osiedle budek – poinformowała Diana.

– Czy to tu mieszkasz... Mieszkamy? – spytała ostrożnie Kitty.

– Dobry Boże, nie – odparła Diana. – Tu mieszka personel pomocniczy i medyczny. – Wskazała w stronę gór i pasa zieleni u podnóża. – My mieszkamy przy ulicy Milionerów. To oczywiście nie jest prawdziwa nazwa. Prawdziwa to Hillside Avenue. Najlepszy adres w Tanganice.

Kitty rozpoznała żartobliwy ton w głosie Diany. Zastanawiała się nad właściwą odpowiedzią, gdy nagle twarz Diany stężała. Kobieta wyciągnęła rękę w stronę ramienia szofera.

– Uważaj!

Samochód ostro zahamował, a pasażerki rzuciło na przednie siedzenia. Zapadła pełna napięcia cisza, po czym rozległ się dziecięcy śmiech.

– Dzięki Bogu – powiedział szofer. – Nie potrąciłem jej.

Na drogę wybiegła mała dziewczynka z jasnymi warkoczykami, goniąc za czerwoną piłką.

Kobiety ponownie usiadły na swoich miejscach. Kitty westchnęła z ulgą, lecz Diana wciąż tkwiła niczym skamieniała, z szeroko otwartymi oczyma.

– Wszystko w porządku – zapewniła Kitty. – Nic jej się nie stało.

Diana kiwnęła głową, lecz nadal nie mogła dojść do siebie. Na jej twarzy pojawiły się krople potu. Zdjęła kapelusz i rzuciła go na podłogę, odsłaniając pofalowane kasztanowe włosy, po czym ukryła twarz w drżących dłoniach. Kitty zobaczyła polakierowane paznokcie i palce ozdobione pierścionkami, lecz taktownie odwróciła wzrok. We wstecznym lusterku dostrzegła zatroskany wzrok szofera.

– Ruszajmy – poleciła. – Pani Armstrong przydałaby się szklanka wody.

Zwolnił hamulec i wcisnął gaz. Zostawili za sobą skupisko drewnianych domków i ruszyli w stronę ulicy Milionerów.

Diana powoli dochodziła do siebie. W końcu uniosła głowę i odsunęła z brwi wilgotne pasmo włosów.

– Rodzice powinni pilnować swoich dzieci – powiedziała, pochyliła się, podniosła kapelusz, otrzepała go z kurzu i położyła ostrożnie na kolanach.

Kitty kiwnęła uprzejmie głową i ponownie odwróciła wzrok. Miała świadomość, że oto była świadkiem czegoś, czego nie powinna. Diana odsłoniła się w sposób głęboko zawstydzający. Nie był to dla obu pań dobry początek znajomości.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

1 Terytorium mandatowe Wielkiej Brytanii w kontynentalnej części Tanzanii, we wschodniej Afryce w latach 1919–1964.