Wydawca: Świat Książki Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 548 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka I żyli długo i szczęśliwie - Patricia Scanlan

Druga część trylogii o życiu Debbie i jej najbliższych, pióra jednej z najpoczytniejszych irlandzkich powieściopisarek (pierwsza część, „Wybacz i zapomnij”, ukazała się w czerwcu 2014). Debbie, świeżo upieczona mężatka, odchodzi od zmysłów na myśl o piętrzących się długach – swoich i Briana, który nie zamierza rezygnować z życia w luksusie na rzecz siedzenia na kanapie w miękkich kapciach. Ojciec Debbie dowiaduje się, że jego druga żona spodziewa się dziecka. On jest przeszczęśliwy, ona  – przerażona. Czy ich małżeństwo przetrwa? A ponadto Connie, matka Debbie, właśnie poznała wspaniałego mężczyznę i chce sobie ułożyć z nim życie. Jednak rodzina potrzebuje jej teraz bardziej niż kiedykolwiek. Czyje szczęście Connie postawi na pierwszym miejscu: swoje czy bliskich? Przeczytaj jak, z końcem miodowego miesiąca, zaczyna się prawdziwe życie…

Patricia Scanlan jest bez wątpienia królową współczesnej irlandzkiej literatury kobiecej” –  Independent on Sunday

Opinie o ebooku I żyli długo i szczęśliwie - Patricia Scanlan

Fragment ebooka I żyli długo i szczęśliwie - Patricia Scanlan

Tytuł oryginału: HAPPY EVER AFTER?
Wydawca: GRAŻYNA SMOSNA
Redaktor prowadzący: KATARZYNA KRAWCZYK
Redakcja: ELŻBIETA KOBUSIŃSKA
Korekta: EWA GRABOWSKA, MARIANNA FILIPKOWSKA
Łamanie : MAGiK
Copyright © Patricia Scanlan 2009 Copyright © for the Polish translation by Jolanta Kozak 2014
ISBN 978-83-7943-913-3
Świat Książki Sp. z o.o. 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2 Księgarnia internetowa: Fabryka.pl
Konwersja: eLitera s.c.

PROLOG

DEBBIE

Nie do wiary, że to już po miodowym miesiącu – pomyślała z żalem Debbie Kinsella, spoglądając na rozgardiasz małżeńskiej sypialni. Bryan porozsiewał po swojej stronie łóżka plik katalogów galerii sztuki. Trzy hipsterskie T-shirty, kupione przez Debbie w sklepie Gap dla przyrodniej siostry, leżały byle jak na komodzie. Kto by przypuszczał, że ona, Debbie, zacznie robić prezenty nastolatce, którą tak długo pogardzała; sama się temu dziwiła, wieszając T-shirty na ramiączkach, żeby się rozprostowały. Poczuła niemiły wyrzut sumienia na wspomnienie o tym, jak wrogo i niegrzecznie zachowywała się latami wobec Melissy. Miała tak wielki żal do ojca za odejście z domu, że nie mogła spokojnie patrzeć na jego szczęście z nową rodziną. Gdy urodziła się Melissa, Debbie definitywnie zapomniała o pobożnym życzeniu, żeby Barry i Connie zeszli się z powrotem. I całą swą złość skupiła na długi czas na Melissie. Niesprawiedliwie, dlatego teraz wstydziła się za siebie i pragnęła naprawić sytuację. Z nadzieją, że przyrodniej siostrze spodobają się wybrane przez nią koszulki, umieściła wieszaki na gałce drzwi szafy.

Kosz na brudy już pękał w szwach, a walizki wciąż stały nierozpakowane i pełne rzeczy do wyprania. W tym tempie nie upora się z praniem nawet w tydzień. Kiedyś wrzuciłaby to wszystko w wielką torbę i zaniosła do pralni, a potem odebrała czyste i poprasowane. Nie za darmo. Prasowanie słono kosztuje, ale Debbie kiedyś miała to w nosie, uważała taki wydatek za uzasadniony.

Jednak teraz, z kredytem na karku, niespłaconą pożyczką na koszty wesela i podróży poślubnej i horrendalnym debetem na karcie Visa, trzeba zacząć trzymać się za kieszeń; drobne luksusy, na jakie pozwalali sobie z Bryanem, muszą pójść w odstawkę. To Debbie wymyśliła, żeby wrócili do pracy w piątek: po pierwsze, był to dzień wypłaty, a po drugie, okazja do wdrożenia się przed weekendem w „normalne życie” po weselnych i wyjazdowych emocjach. Popracują jeden dzień, a potem będą mieli sobotę i niedzielę na odpoczynek plus zastrzyk gotówki w portfelach. Wyglądało to początkowo na świetny pomysł, ale teraz, patrząc na otaczający ją bajzel, już nie była tego taka pewna.

Upuściła mokry ręcznik na podłogę i zaczęła się ubierać. Przynajmniej nie musiała martwić się, co na siebie włożyć, i całe szczęście, bo oszczędziło jej to nurkowania w zapchanej szafie w poszukiwaniu czegoś czystego – a było to chwilowo zadanie dla zuchwałych. Garsonka do pracy wisiała, pięknie odprasowana, na drzwiach szafy i Debbie w myślach poklepała się po ramieniu za to, że wykazała chociaż tyle zmysłu organizacyjnego. Przejechała szczotką po miedzianych włosach do ramion, zwinęła je nad karkiem i spięła grzebieniem, spod którego wymknęły się luźne pasemka i okoliły trójkątny zarys jej twarzy. Niebieskim oczom z orzechowymi cętkami wystarczyła odrobina szarego cienia na powiekach, który Debbie nałożyła z wyćwiczoną wprawą.

Dziwnie było znowu ubierać się do pracy. Tydzień wcześniej o tej porze łazili z Bryanem po Metropolitan Museum w Nowym Jorku i podziwiali prace amerykańskiego fotografika Walkera Evansa, stanowiące część olbrzymich zbiorów fotograficznych.

Był to zresztą wyjątkowo miły dzień – pomyślała Debbie, rozprowadzając opalizujący puder po policzkach, z lekkim żalem, że nie da rady zamaskować piegów na nosie i pod oczami. Śniadanie zjedli wtedy w knajpce na ulicy East 52, a potem poszli spacerkiem na odległą o parę przecznic Piątą Aleję, do Tiffany’ego, gdzie kupili sobie nawzajem breloczki do kluczy z serduszkiem, na pamiątkę podróży poślubnej. Prosto stamtąd udali się do Metropolitan Museum, gdzie spędzili uroczy ranek, wędrując od kolekcji do kolekcji. Dopiero po południu wygnał ich stamtąd głód, więc przenieśli się do restauracji Boathouse nad stawem w Central Parku. Siedząc na słonecznym tarasie w oczekiwaniu na krewetki i sałatę, gapili się na łodzie wiosłowe, polujące na okruchy kaczki i łabędzie, refleksy słońca na wodzie i wieżowce Manhattanu strzelające w niebo spoza drzew na przeciwległym brzegu stawu.

Przypomniała się Debbie scena z Seksu w wielkim mieście, w której do tego właśnie stawu wpadają Big i Carrie – prawie musiała się uszczypnąć, żeby uwierzyć, że faktycznie spędziła miodowy miesiąc w Nowym Jorku i jest teraz panią Bryanową Kinsella. Och tak, to był wspaniały i szczęśliwy dzień, uśmiechnęła się do siebie, obracając złotą obrączkę na serdecznym palcu lewej ręki.

Mało brakowało, aby wszystko się zawaliło z wielkim hukiem, ale pokonali z Bryanem trudne chwile i teraz Debbie była najszczęśliwsza na świecie. A przykry przymus powrotu do pracy osładzała jej myśl, że przynajmniej nie musi się spotkać z jędzowatą szefową, Judith Baxter, unieruchomioną w szpitalu po wypadku samochodowym. Chodziły słuchy, że jej nieobecność w biurze może potrwać, co większość personelu – a zwłaszcza Debbie – przyjęła z niemałą ulgą. Judith była tyranem i mocno dała się Debbie we znaki tuż przed ślubem. O każdy najmniejszy błąd robiła jej karczemną awanturę. Za głupie kilkuminutowe spóźnienie potrafiła jej na sześć miesięcy wstrzymać rutynową podwyżkę. Debbie była w szoku. Stało się to w najgorszym momencie, bo liczyła na to, że dzięki podwyżce pospłaca długi.

Nie życzyła szefowej źle, ale czuły do siebie antypatię i Debbie przyznałaby bez bicia, że nie zmartwiłoby jej, gdyby miała nigdy więcej nie oglądać tej baby. Ciężko było wracać do pracy, ale byłoby sto razy ciężej, gdyby czekała tam Judith, czyhająca jak jastrząb na najmniejsze spóźnienie Debbie.

Trzeba doceniać drobne radości – pomyślała, zbiegając po schodach, żeby jednak nie spóźnić się do biura pierwszego dnia, bez względu na obecność czy nieobecność Judith. Poczta już została wrzucona przez szparę w drzwiach. Debbie pozbierała z ziemi przesyłki, głównie rachunki, i serce podeszło jej do gardła na widok rozliczenia karty Visa. Znacznie przekroczyli z Bryanem limit kredytu i trzeba będzie poważnie zacisnąć pasa, żeby uporać się ze spiralą długów. Bryan będzie wściekły, już teraz narzekał, ale muszą stawić czoło sytuacji, zanim wymknie się spod kontroli.

Debbie domknęła za sobą drzwi i szybkim krokiem wyszła na ulicę. Zapowiadał się upalny dzień – o ileż przyjemniej byłoby wyciągnąć się na leżaku na tarasie, przeglądać kolorowe pisma i popijać kawę. Czy kiedykolwiek będzie sobie mogła pozwolić na rezygnację z pracy? Albo chociaż na przejście na pół etatu, podział obowiązków z kimś innym – tak jak pracowały niektóre mężatki w jej biurze? Chyba że wygram w Lotto – pomyślała gorzko. W tym tygodniu pula wynosi osiem milionów euro, koniecznie trzeba kupić parę kuponów. Zrobi to w przerwie na lunch. Spróbowała dodać sobie otuchy: w końcu ma taką samą szansę na wygraną jak każdy.

Przeszła przez jezdnię pomiędzy pojazdami. Rzeczywistość powróciła z mściwą siłą. Ale przynajmniej Debbie nie pędziła do pracy z bólem brzucha, jakiego zwykle dostawała na samą myśl o Judith Baxter, tym się pocieszała, ogłuszona rykiem hamujących i ruszających samochodów, piskiem hamulców i płaczem niemowląt, wiezionych w wózkach do żłobka przez spieszące się matki. Dzielnica Sandymount nie była zbytnio oddalona od centrum, jednak jazda samochodem w godzinie szczytu oznaczała włączenie się w uliczny chaos, toteż Debbie i Bryan zdecydowanie woleli metro. Czasami jednak Bryan musiał wziąć samochód, żeby jechać do klienta. A jej mały spacer do biura od stacji Dart naprawdę dobrze robił, pomagał utrzymać formę.

Debbie przyspieszyła kroku i włączyła się w poranną rzekę dojeżdżających do pracy.

BRYAN

– No dawaj, dawaj, dawaj! – Bryan Kinsella tkwił za kierownicą swojego kabrioletu audi, posuwając się naprzód po parę centymetrów w korku ulicznym na Strand Road. A trzeba było zaryzykować i pojechać objazdem przez wieś, skąd wyskakiwało się prosto na wschodnią obwodnicę. Przed sobą widział korek sięgający hen, aż po ulicę Sean Moore – sznur ledwo czołgających się, zderzak w zderzak, samochodów. Czasem, gdy wyjeżdżał do pracy wcześnie rano, potrafił dotrzeć do IFSC w niecałe dziesięć minut. Tym razem zanosiło się na bitą godzinę.

Więc tak ma teraz wyglądać jego życie, z wyjątkiem kilku bezcennych tygodni urlopu? Jęknął, bo znowu zapaliło się czerwone. I już po ślubie – kto by to pomyślał? Przyjęcie, na które szykował się bardziej niż na samą ceremonię, zacierało się już w pamięci, a miodowy miesiąc i podróż jego życia, podczas której zwiedził, co się tylko dało w Nowym Jorku, wydawały się bajecznym snem. A taki był szczęśliwy, łażąc po setkach galerii i pracowni, pijąc latte w kawiarnianych ogródkach, oglądając spektakle i buszując u Bordersa, gdzie kupował upragnione książki, nie martwiąc się absolutnie niczym.

A teraz wracał do rzeczywistości, pełnej kłopotów i stresów. Wolał nie myśleć, jakich długów sobie narobili przez miodowy miesiąc. Obydwie ich karty kredytowe zostały wykorzystane do limitu, tak samo jak ta jego sekretna, o której Debbie nie wiedziała. Również bez wiedzy Debbie Bryan zaciągnął swego czasu pożyczkę kredytową i już ją samą ledwo dawał radę spłacać. Zapowiadało się w dodatku, że ich zawrotna hipoteka pójdzie w górę o kolejne pół procentu, a on nie opłacił nawet rachunku za telefon, chociaż powiedział Debbie, że to zrobił.

Oto co małżeństwo robi z faceta – myślał ponuro, gapiąc się tępo w szybę samochodu. Czemu kobiety tak się palą do zamążpójścia? Kompletnie tego nie rozumiał. Jak dla niego, mogliby osiąść na pierwsze kilka lat w jakimś niedużym, eleganckim, wynajętym mieszkanku w dobrej dzielnicy, bez hipoteki, no ale Debbie uparła się, żeby kupić dom, twierdząc, że wynajmowanie to wyrzucanie pieniędzy w błoto. Niepotrzebnie jej, cholera jasna, usłuchał. Dom w Sandymount kupili w szczycie boomu budowlanego, gdy ceny poszybowały ostro w górę, i zapłacili za niego obłędną sumę. Nie da się zaprzeczyć, że Sandymount to szykowny adres i w sumie fajnie było tam mieszkać. Bryanowi odpowiadało wiejskie otoczenie, luksusowe delikatesy, bistra i restauracje, hipsterskie sklepy. Miło było pospacerować w niedzielę po nadmorskim bulwarze, kupić prasę, a na drugie śniadanie wypić latte i zjeść jajka po florencku w Itsa4. Albo wyskoczyć na sobotnią kolację do Brownesa i zajadać się legendarnymi rolmopsikami z surowego łososia wędzonego w płatkach czy niesamowitym carpaccio z krabów, z których ta knajpa słynęła. Ślinka napłynęła Bryanowi do ust na myśl o ulubionych przysmakach. Nie zjadł śniadania, więc był głodny.

A teraz nastał kryzys i nie ma mowy, żeby udało im się sprzedać dom za cenę, za jaką go nabyli, gdyby, rzecz jasna, zdecydowali się na taki krok, więc pod tym względem już byli na dużym minusie. Gdyby Debbie tak strasznie się nie niecierpliwiła, mogli zagrać na czas i wynająć dom, a kupić go dopiero po spadku cen, gdy rynek mieszkaniowy stał się rynkiem nabywcy. Obiecał sobie mściwie, że wspomni o tym w rozmowie z Connie, matką Debbie. Okropnie chciał się na kimś odegrać za swoje krzywdy i uznał, że Connie, jego napuszona teściowa, idealnie się do tego nadaje.

Nie była to jego ulubiona postać, o nie. Stale miał wrażenie, że Connie go ocenia, i to negatywnie, tylko dlatego, że nie spędzał swoich bezcennych weekendów na zdzieraniu starych tapet i majsterkowaniu. Ewidentnie marzyła o kimś lepszym dla swojej jedynaczki. A sama nie utrzymała przy sobie męża, więc nie powinna zadzierać nosa – doszedł do wniosku Bryan; wolał nie pamiętać o pokaźnym czeku, który razem z Debbie dostali od teściowej, z pieniędzy ciężko przez nią zarobionych.

Zapaliło się zielone i sznur aut posunął się o parę metrów, zanim znów stanął. Bryan przejrzał się w lusterku i stwierdził z satysfakcją, że opalenizna nadała ciemniejszy ton brązu jego oczom. Był przystojnym facetem, czego nie krył przed sobą, obracając to jeden profil, to drugi do lusterka – aż, niestety, dostrzegł zaczątki kurzych łapek w kącikach oczu. Cholera, nim się obejrzy, stuknie mu trzydziestka, Debbie zachce się dzieci i jego własne życie skończy się definitywnie. Była to dołująca myśl. Czy wszyscy świeżo upieczeni małżonkowie snują takie refleksje, czy tylko on? Nigdy nie był mistrzem w braniu na siebie odpowiedzialności, ona go przytłaczała. Najchętniej spędziłby z Debbie całe życie bez ślubu i bez dzieci. Żyliby we dwoje, cieszyli się wolnością i korzystali z uciech świata.

Debbie na pewno już dawno jest w śródmieściu, w rejonie stacji Dart, chociaż on wyjechał z domu grubo przed nią. Ciekawe, jak by zareagowała, gdyby Bryan jej powiedział, że ma chęć rzucić pracę i otworzyć galerię sztuki. Pewnie niezbyt entuzjastycznie – pomyślał, przerzucając stacje radiowe, aż natrafił na Lyric FM. Zabrzmiał Temat Lary z Doktora Żywago. Zasłuchany Bryan wyobrażał sobie, jak urządzi swoją galerię, dopiero nerwowy klakson samochodu z tyłu przywrócił go do rzeczywistości. Posunął się o dalsze parę metrów w stronę pracy.

CONNIE

Panie Boże, spraw, żebym wygrała w Lotto – modliła się w duchu Connie Adams, klęcząc u stóp panny Eunice Bracken i naciągając rajstopy na jej szczudłowate, sinawe i oplecione żylakami nogi.

– Tylko prosto, niech siostra uważa. Nie lubię, jak mi się marszczą na kostkach. Nie jestem Norą Batty – dyrygowała panna Bracken. Była eksdyrektorką szkoły i cały personel domu opieki Willowfield traktowała jak swoje uczennice. Connie naciągnęła wreszcie rajstopy na gorset i włożyła pensjonariuszce przez głowę nylonową halkę. Panna Bracken lubiła nosić dwie halki, jedną na drugą, żeby nie zmarznąć, mimo że był środek lata.

– Beżowa spódnica, kremowa bluzka i seledynowy kardigan, wszystko wisi w szafie. W to się dzisiaj ubiorę. – Eunice Bracken wskazała szafę władczym gestem. – Najpierw proszę porządnie rozłożyć strój na łóżku.

Tak, panno Bracken, nie, panno Bracken. Mam to gdzieś, panno Bracken – myślała z irytacją Connie, wstając i idąc do szafy po żądane ubrania. Dlaczego, u diabła, kobieta w jej wieku pozwala się sztorcować zrzędliwej starej jędzy? Miała czterdzieści osiem lat, z czego dwadzieścia dziewięć przepracowała jako pielęgniarka, i była rozwiedzioną matką świeżo wydanej za mąż dwudziestopięciolatki. To chyba upoważnia do jakiegoś szacunku?

– I niech mi siostra poda ametystową broszkę, leży na toaletce – padł kolejny wyniosły rozkaz. Pensjonariuszka najwyraźniej uważała Connie za swoją osobistą służącą.

– Oczywiście, panno Bracken – odpowiedziała Connie, rozbawiona własnym zachowaniem. Stawianie się w imię godności własnej nie miało najmniejszego sensu. Nie od dziś obsługiwała tę leciwą despotkę i wiedziała z doświadczenia, że najlepszy na nią sposób to nie zwracać uwagi na tę manierę kaprala i nie dać się wyprowadzić z równowagi.

Cenna stara broszka leżała koło otwartej bombonierki Terry’s All Gold, do której Connie tęsknie zapuściła żurawia. Marzyła o przerwie na herbatę. Akurat miała okres, więc ciągnęło ją do soli i słodyczy. Kupiła sobie chipsy King na przekąskę, czekoladka świetnie by do nich pasowała. Ale postąpiłaby nieroztropnie, gdyby zwędziła ją ukradkiem. Panna Bracken była zołzą, jakich mało. Liczyła te swoje czekoladki codziennie i biada całemu personelowi, gdyby choć jednej zabrakło.

– Co się siostra tak guzdrze! – fuknęła panna Bracken, a Connie w ostatniej chwili ugryzła się w język, żeby czegoś niemiłego nie powiedzieć. Sama już nie wiedziała, czy to kwestia menopauzy, czy nie, ale ostatnio chodziła ciągle zła i zmęczona, do tego stopnia, że którejś niedzieli rano posłała wściekły e-mail prezenterowi radiowemu, który zbyt lekko potraktował problem przeludnienia w domach opieki. Listu nie odczytano na antenie, a Connie, ochłonąwszy, nie wiedziała, czy śmiać się, czy płakać nad własnym zachowaniem. Panna Eunice Bracken nie wiedziała, że igra z ogniem. Cierpliwość Connie wisiała na włosku. Dzięki Bogu, że dni jej pracy w agencji pielęgniarskiej były policzone. Już nie mogła się doczekać nowej posady; miała zostać prywatną opiekunką starszej pani w Greystones, niedaleko od siebie, i tylko parę godzin dziennie. Ale przedtem jedzie na tydzień do Hiszpanii ze szwagierką Karen, to dopiero perspektywa. Bardzo potrzebowała wakacji, czuła się skonana.

Stres związany ze ślubem Debbie kosztował ją więcej, niż myślała – uświadomiła sobie, tłumiąc ziewnięcie. Nałożyła pannie Bracken beżową spódnicę przez głowę.

– Niechże siostra uważa, co siostra robi, znowu mnie siostra potargała! – rozeźliła się staruszka, gdy jej głowa wyłoniła się spod spódnicy. Włosy miała lekko zmierzwione, a okulary przekrzywione. Connie obciągnęła na rachitycznym ciele spódnicę z gumką w pasie. Panna Bracken cierpiała na artretyzm stawów i zwyrodnienie kolan, prawej nogi nie podnosiła już zupełnie, dlatego nie mogła wkładać spódnicy dołem.

– Przepraszam. Uczeszę panią, jak tylko skończymy się ubierać.

– Zbytek łaski. Sama umiem się uczesać – warknęła Eunice Bracken, poirytowana nagłym ukłuciem bólu. – Niech mi siostra poda tabletki, szybko! Strasznie mi dzisiaj dokucza artretyzm.

– To pewnie przez ten deszcz, który pada od kilku dni – odparła ze współczuciem Connie, której nagle zrobiło się żal nieznośnej staruszki. No bo co ona miała za życie? Dla takiej dumnej i niezależnej kobiety fakt, że ktoś musi ją ubierać, był przecież upokarzający, nie mówiąc o życiu z chronicznym i upośledzającym ruchowo bólem. Co się dziwić, że biedactwo stale zrzędzi?

Podała chorej tabletki i szklankę wody do popicia, po czym dokończyła ubieranie jej, zapinając guziki bluzki, czego panna Bracken, z racji artretycznych palców, nie była w stanie zrobić sama.

– Siostra jeszcze nie jest taka najgorsza – burknęła pensjonariuszka, gdy Connie zakończyła czynności.

– Dziękuję, panno Bracken – odparła z uśmiechem Connie, zdając sobie sprawę z tego, że usłyszała komplement. – A teraz, jeśli pani pozwoli, zaprowadzę panią do saloniku na filiżankę gorącej herbaty.

Ująwszy starą damę pod ramię, pomalutku wyprowadziła ją z pokoju i dalej, korytarzem, do przestronnego, komfortowego salonu, którego okna wychodziły na zielone trawniki i bujne rabaty krzewów oraz kwiatów.

– Tamten fotel pod oknem, szybko, szybko, zanim przyjdzie pan McCall. On go wiecznie okupuje, wie siostra? Zupełnie jakby uważał, że to jego własność – perorowała z oburzeniem panna Bracken. Zawłaszczywszy upragniony fotel, sapnęła triumfalnie. – No! Teraz może mi siostra przynieść herbatę i mojego „Irish Timesa” – rozkazała, moszcząc się wygodnie i popatrując tęsknie na piękny ogród. Swego czasu sama z pasją zajmowała się ogrodnictwem, czemu, niestety, kres położył artretyzm. Jedyne, co jej pozostało, to śledzić i krytykować działania tego obiboka, który miał się tutaj zajmować zielenią, a faktycznie najczęściej stał z boku, ćmił papierochy i gadał z każdym, kto mu się nawinął. – Ostrzygłby się przynajmniej! Wygląda jak troglodyta! – fuknęła panna Bracken, odbierając gazetę od Connie, która parsknęła śmiechem, co starą damę niepomiernie zdziwiło.

– Cieszę się, że siostrę rozbawiłam – rzuciła cierpko.

– W tym zawodzie bez poczucia humoru nie ma się szans, proszę mi wierzyć. – Tym razem Connie nie opanowała lekkiej nutki irytacji w głosie.

– Istotnie – przytaknęła panna Bracken. – Zapewne ma siostra rację.

Spotkały się wzrokiem i w oczach starej damy błysnęła ledwie widoczna iskierka sympatii. Connie z poczuciem małego zwycięstwa poszła do jadalni dla personelu na upragnioną filiżankę herbaty i chrupki.

Padała ze zmęczenia, gdy wreszcie dotarła do domu. Oczy ją piekły, a w krzyżu ćmił uporczywy ból, który zawsze towarzyszył menstruacji. Ranna zmiana była mordercza, ale przynajmniej miało się potem całe popołudnie dla siebie. W domu powitała ją radośnie mała czarna kotka, Panna Nadzieja.

– Cześć, kiciu. – Connie podniosła kotkę i zanurzyła nos w jej miękkim, czarnym futerku. – Teraz urządzimy sobie małą przekąskę i drzemkę – mamrotała, przechodząc do kuchni.

Praca przez siedem dni w tygodniu to istny magiel – pomyślała i czekając, aż woda się zagotuje, posmarowała masłem kromkę razowca i ukroiła plaster cheddara. Musiała jednak się odkuć finansowo po wydatkach na wesele i prezencie gotówkowym dla Debbie i Bryana. Zwłaszcza jeśli nie chciała przesadnie oszczędzać na wycieczce w Hiszpanii.

Kiedyś nie było dla niej żadnym problemem pracować siedem dni w tygodniu, ale z wiekiem poziom energii spada, chociaż trudno się z tym pogodzić.

– Och, przestań jojczyć, marudo, jesteś w kwiecie wieku! – mruknęła do siebie, zanurzając saszetkę herbaty w kubku z wrzątkiem. – Nawet jeśli gadasz sama do siebie i wysyłasz wariackie maile.

Uśmiechnęła się.

Z herbatą, której tak pilnie domagał się jej organizm, wyszła na patio i zadowolona, usiadła przy stoliku, po czym zrzuciła buty z nóg. Zadzwonił telefon komórkowy. Connie zmarszczyła brwi. Czy dziesięć minut spokoju to takie wielkie wymaganie? – pomyślała ze złością, wyciągając komórkę z kieszeni. Zdumiała się, bo wyświetlony numer należał do jej byłego męża.

Czego on może chcieć? Ślub już się odbył, a ona nie miała chęci utrzymywać stałych kontaktów z Barrym. Wolała nie pamiętać o wybuchu namiętności, jaki im się przytrafił tamtej nocy. Nie, żeby go żałowała, ale to był jednorazowy wyskok, z czego Barry najwyraźniej nie zdawał sobie sprawy. Obydwoje przeżyli szok, gdy Debbie wygarnęła ojcu całą prawdę o swoich uczuciach. Connie nie miała pojęcia, że córka czuła się aż tak głęboko zraniona. No a potem pocałowali się z Barrym na pocieszenie i nagle z pocałunku zrobiło się coś znacznie więcej, ale to się już nigdy, przenigdy nie powtórzy.

– Słucham cię, Barry – odezwała się cierpko, pragnąc, aby słońce wyszło zza chmur ocieniających jej ogródek za domem.

– Cześć, Connie – rzekł wesoło Barry. – Co u ciebie?

– Wszystko dobrze. W przyszłym tygodniu jadę do Hiszpanii, z Karen. Bardzo się cieszę. – Mówiła tonem niezobowiązującym, niemal nonszalanckim. Niech sobie Barry nie myśli, że skoro odbył z nią mały numerek przed ślubem córki, to teraz jest jej najlepszym przyjacielem i powiernikiem. Connie była zdecydowana rozwiać podobne mrzonki, gdyby je żywił.

– Tak, słyszałem coś o tym. Spotkałem niedawno Karen całkiem przypadkiem. Mówiła, że zamierza tam spać, jeść, pić i czytać. Śmiertelnie nudne plany, jak na mój gust.

– Jak dla mnie super – odparła Connie.

– Skoro tak, to dobrej zabawy. Należy ci się, bez wątpienia.

– Dziękuję – mruknęła. Nagle, przez Barry’ego, wymarzone wakacje wydały jej się beznadziejne.

– Słuchaj, nie chciałbym się narzucać, ale bardzo mi zależy na podtrzymaniu kontaktu między Debbie a Melissą. To wielki postęp, że spotkały się na ślubie, szkoda byłoby zmarnować te relacje.

– Jasne, rozumiem – odrzekła Connie nieco serdeczniejszym tonem. Tak bardzo ucieszyło ją pojednanie Debbie z ojcem po tylu latach goryczy, że z radością obserwowała, jak przyrodnie siostry zaczynają nieporadnie zbliżać się do siebie.

– Byłoby znakomicie, gdybyśmy wszyscy spotkali się gdzieś w kawiarni czy w restauracji, ale... no właśnie... ty i Debbie, i Aimee niezupełnie się zgadzacie, więc może wyszłoby to trochę niezręcznie. A nie chciałbym, żeby skrupiło się na Melissie. Ona jest bardzo lojalna wobec matki. Krótko mówiąc, czy nie dałoby się jakoś na was „wpaść”?

– To bardzo miła propozycja, Barry – odparła Connie, lekko zawstydzona własną irytacją w momencie odebrania telefonu. Barry stał się z latami naprawdę dobrym ojcem, to musiała przyznać. Jej były małżonek miał słuszność: te nowe, nieprzewidziane więzy rodzinne należało podtrzymywać. Szkoda tylko, że Aimee przez te swoje złe maniery stwarza niezręczne sytuacje i trzeba ją z tego wykluczyć. Stosunki Connie z drugą żoną Barry’ego były w miarę poprawne aż do dnia ślubu, gdy Aimee urządziła scenę przed kościołem, narzekając głośno na koszty przyjęcia, które rzekomo musiała pokryć z własnych ciężko zarobionych pieniędzy. Od tamtej pory się omijały.

– W soboty rano często wychodzę z Melissą na kawę i rogaliki. Powiedzmy, że znaleźlibyśmy się w ogródku którejś kafejki przy Pavilionie, a ty z Debbie przypadkowo przechodziłybyście obok? Czy uważasz, że to zbyt ostentacyjne? – spytał Barry.

– Hm... Mogłabym umówić się z Debbie w sklepie Meadows and Byrne, powiedzmy, pod pretekstem wyboru nowej kanapy czy czegoś, że niby potrzebuję jej rady... – podsunęła Connie.

– Zrobiłabyś to, Connie? Fantastycznie! – uradował się Barry, na co Connie uśmiechnęła się mimo woli. Co za prostoduszna naiwność. Zdaje mu się, że jednym posunięciem uleczy wszystkie zadawnione rany. I stworzy jedną wielką, szczęśliwą rodzinę.

A może właśnie on ma rację, myśląc w ten sposób – westchnęła w duchu. Może naprawdę łatwo jest odpuścić. Ona w każdym razie nie będzie stawała na przeszkodzie.

– Zadzwonię do Debbie i spróbuję coś zaaranżować – obiecała. – Do zobaczenia.

– Dzięki, Connie, doceniam twoje dobre chęci.

– Nie ma za co, Barry – odparła i odłożyła słuchawkę. Chyba powinna się ucieszyć, że Barry podejmuje taką inicjatywę. Bóg świadkiem, ile czasu musiało upłynąć, zanim doszedł do jakiego takiego porozumienia z Debbie. Więc ona, Connie, zrobi co może, aby podtrzymać dobre stosunki między ojcem a córką. A poza tym polubiła Melissę, która wreszcie wyrosła z nastolatkowego zbuntowania. To ważne, żeby Debbie zaprzyjaźniła się z Melissą. Bliska relacja z siostrą to skarb cenniejszy niż złoto. Connie sama dużo by dała za to, żeby mieć siostrę. Nienawidziła tego, że jest jedynaczką. Dobrze wiedzieć, że w przyszłości te dwie dziewczyny będą się mogły wzajemnie wspierać. Connie uśmiechnęła się z przekąsem. No i znowu to ona naprawia życie wszystkim dokoła, taki już widać jej los. Ale jak tylko pchnie Debbie i Melissę na wspólne tory, koniec z rolą dobrej samarytanki. Powziąwszy to postanowienie, stwierdziła, że już nie ma co liczyć na słońce, i wróciła pod dach poleżeć na kanapie. Miała też w końcu własne życie. Parę minut później już spała.

BARRY

– Doskonałe zagranie, Barry, bardzo mi się podoba. I cieszę się, że wchodzimy we wspólne interesy. Wydawana raz na kwartał reklama naszej oferty win, upominków i promocji bez wątpienia podniesie sprzedaż, a także świadomość konsumenta. Wasza oferta miała nie tylko konkurencyjną cenę, ale i wysoką jakość – mój dział sprzedaży był pod wrażeniem, ja sam zresztą też. Ustalenie detali pozostawimy naszym ludziom.

Desmond Donnelly uścisnął Barry’emu rękę i wyszedł.

Barry odprowadził go wzrokiem do wyjścia z klubu i westchnął z ulgą. Przez całe rano miał supeł w żołądku z niepokoju, czy załatwi ten kontrakt. Wiadomo przecież, kryzys, powszechne zaciskanie pasa, więc łatwo stracić szansę, bo firmy dochodzą do wniosku, że błyszczące foldery reklamowe to luksus, na jaki już nie mogą sobie pozwolić.

Wreszcie będzie miał satysfakcję, gdy w domu oznajmi Aimee, że ubił lukratywny interes dla swojej firmy. Niech się żona dowie, że on też jest nadal w grze i nie ona jedna w tym mieście robi karierę. Oparł się wygodnie, ale zaraz stracił humor na wspomnienie żony i dzielącego ich od jakiegoś czasu chłodu. Od awantury na ślubie Debbie, czyli przed przeszło dwoma tygodniami, klimat w domu stał się iście arktyczny. Tak źle jeszcze nigdy między nimi nie było. Oczywiście, zdarzały się tąpnięcia, ale zawsze oboje starali się jak najszybciej sprawy załagodzić i wyjść na prostą. Tym razem jednak ich oddalenie miało inny charakter: padły ostre, pochopnie rzucone, bolesne słowa, których nie da się już cofnąć – ich ciernie wciąż tkwiły głęboko.

Cóż, nie miało się szczęścia z żonami, ani z byłą, ani z obecną – podsumował ponuro Barry. Jego eksmałżonka, Connie, niedwuznacznie dała mu do zrozumienia, że nie jest zainteresowana podtrzymywaniem relacji, pomimo zbliżenia, do którego doszło tuż przed ślubem córki. Nietuzinkowego zbliżenia – pomyślał, wspominając namiętność Connie w nieoczekiwanym erotycznym uniesieniu, jakie ich porwało w trakcie przygotowań do wielkiego dnia w życiu Debbie.

Przypominał to sobie często, zawsze z podnieceniem. Miał ochotę na więcej. Niestety, eksżona ewidentnie nie pałała miłością, a obecna była zimna jak lód. Przestała z nim sypiać jeszcze przed awanturą na weselu. Za bardzo zmęczona wracała z pracy. I coraz więcej pracy przynosiła do domu. Kariera jego żony bardzo silnie oddziaływała na małżeństwo, czego Aimee nawet nie raczyła zauważyć – myślał z goryczą Barry.

To właśnie z tego powodu nie miał żadnych skrupułów w związku z myślą o przespaniu się z byłą żoną. Nie mógł zrozumieć, czemu Connie tak się opiera przed powtórzeniem ich uroczego skoku w bok. Przecież sprawiło jej to nie mniejszą przyjemność niż jemu samemu, a do tego miał prawie pewność, że Connie przez większość czasu, jaki minął od rozwodu, pozostawała w celibacie. Zresztą należała do kobiet zmysłowych, mogliby poromansować sobie niezobowiązująco: idealny układ, w którym obie strony zyskują. Dobrze, że chociaż zgodziła się na spotkanie z nim i z Melissą. Barry’emu bardzo zależało na zbliżeniu obydwu rodzin, chociaż Aimee krzywo na to patrzyła. Dopił kawę i zaczął się szykować do powrotu do biura.

– Co tam u ciebie, Barry? Dawno cię nie widziałem. Podobno wydałeś córkę za mąż. Mnie też to wkrótce czeka. Masz jakieś dobre rady? – usłyszał za plecami głęboki, modulowany głos.

Odwrócił się i ujrzał Jeremy’ego Farrella. Nienagannie elegancki, w prążkowanym garniturze jak spod igły, Jeremy był najmniej lubianym przez Barry’ego członkiem klubu. Podstarzały elegant upajał się własnym głosem i wiecznie snuł przechwałki o swoich dawnych sukcesach w biznesie, z lubością cytując słynne nazwiska, z jakimi miał do czynienia, kiedy udzielał się na giełdzie. Niedawno odszedł na wcześniejszą emeryturę z racji problemów z sercem, lecz nadal działał jako konsultant swojej dawnej firmy, Crookes & Co. Kompanom od golfa doradzał w kwestiach inwestycyjnych, polecając akcje konkretnych przedsiębiorstw.

Półtora roku wcześniej namówił Barry’ego do zainwestowania pewnej sumy w prywatną grupę bankową AdCo, która właśnie weszła na giełdę. Barry go usłuchał, zwłaszcza że jego własny księgowy był zdania, że to dobry cel. No i faktycznie, inwestycja szybko się zwróciła, a po roku Barry sprzedał akcje z dużym zyskiem i zarobił około pięciu tysięcy euro. Co, oczywiście, było pestką w porównaniu z sumami, jakimi obracały klubowe grube ryby. Barry pluł sobie w brodę z powodu własnego asekuranctwa, szczególnie kiedy patrzył na kupioną za same procenty limuzynę Glena Harrisa, Series 5 Beemer.

– Jeremy! A co u ciebie? – rzekł, siląc się na entuzjastyczny ton i serdeczny uścisk ręki.

– Dobrze. Wszystko dobrze, żeby tylko nie ten przeklęty ślub. Trzej moi synowie stanęli przed ołtarzem bez najmniejszych problemów. A teraz szykuje się do tego najmłodsza latorośl, jedyna córka, i nie uwierzyłbyś, co to za różnica. Łzy, spazmy, jedna wielka trauma. A ja mam zszargane nerwy i malejący w zastraszającym tempie stan konta w banku.

Jeremy demonstracyjnie przewrócił oczami.

Barry się roześmiał.

– Mnie to mówisz? Bogu dzięki nie czeka mnie powtórka przez najbliższe parę lat.

– Słuchaj. – Jeremy konspiracyjnie zniżył głos. – Masz pięć minut? Miałbym dla ciebie cynk, jeśli jesteś zainteresowany. Skoro tak dobrze poszło ci z AdCo, to z Secure Co International Plus trafisz żyłę złota. Interesuje cię to?

– Chętnie posłucham, co masz do powiedzenia, Jerry – odrzekł Barry.

– Brawo, to lubię. Siądź wygodnie, a ja skombinuję dla nas dwie kawy.

Barry usiadł. Nie zaszkodzi posłuchać, co tam ma w zanadrzu Jeremy. I tym razem żadnego tchórzostwa. Jeśli sprawa będzie wyglądała obiecująco, Barry włoży w nią więcej niż marne parę tysiączków. Tym razem pójdzie na całość, jak Glen Harris. Taki prezencik jak nowiutki beemer zrobiłby wrażenie na Aimee i Melissie. Młodsza córka Barry’ego była fanką modnych samochodów. Podobno to podnosiło prestiż wśród koleżanek z klasy, tak mu tłumaczyła. Doszło do tego, że zaczęła namawiać ojca na zakup domu wakacyjnego za granicą, bo dużo dziewczyn w klasie takie ma i ona też by chciała się pochwalić, że wyjeżdża do Francji, Portugalii czy innej Hiszpanii. Melissie się wydaje, że pieniądze rosną na drzewach – pomyślał Barry z czułością, przypominając sobie, że powinien zadzwonić do córki i sprawdzić, jak sobie radzi. Była na wakacjach, po raz pierwszy puścili ją samą, bez opiekunki. Aimee, co prawda, miała w tej kwestii spore wątpliwości, bo w dniu ślubu Debbie znalazła na balkonie puste butelki po napoju alkoholizowanym. Aimee wściekła się wtedy nie na żarty, więc teraz Melissa wiedziała, że jeszcze jedno przewinienie, a wpadnie w poważne tarapaty. Barry przyrzekł sobie, że do niej zadzwoni, gdy tylko wsiądzie do samochodu. Na razie robił miejsce na stoliku dla dwóch dymiących filiżanek kawy, które niósł Jeremy, i czekał na to, co usłyszy.

AIMEE

Żebym się tylko nie porzygała, żebym przez to jakoś przebrnęła – modliła się w duchu Aimee Davenport, biorąc głęboki wdech i wkraczając do hotelu Four Seasons. Jej obcasy tonęły w luksusowym, grubym dywanie, po którym zmierzała do baru na umówione spotkanie z jednym ze swoich najważniejszych klientów, Rogerem O’Learym.

Dwa miesiące wcześniej nadzorowała organizację wartego ponad milion euro wesela córki O’Leary’ego, realizując swój popisowy pakiet The Best of Irish. Było wszystko co do joty, włącznie z porcelaną marki Royal Tara, kryształami Louise Kennedy, pierwszej jakości organiczną wołowiną i jagnięciną od Kilkenny’ego, ostrygami, homarami, łososiem i specjalnie na tę okoliczność wyhodowanymi ziołami. Wyszło świetnie – owoc wielomiesięcznej harówki i dbałości o detale. Państwo O’Leary byli uszczęśliwieni. Trwała ostra rywalizacja pomiędzy najbogatszymi biznesmenami w kraju, próbującymi się nawzajem zdyskredytować albo chociaż wzajemnie sobie dorównać, a agencja eventowo-cateringowa Chez Moi, w której pracowała Aimee, zbierała obfite żniwo tej rywalizacji. W dniu imprezy Aimee nasłuchała się komplementów, co dało jej dużą satysfakcję.

Jej szef, Ian Kelleher, dyrektor zarządzający Chez Moi, potwierdził ten sukces wylewnym mailem, w którym prosił Aimee o przyjęcie jego uniżonych ukłonów. Co za palant – pomyślała z niesmakiem. Zorganizowała już masę podobnych eventów dla agencji i doprawdy czas był najwyższy, aby za pochwałami poszła podwyżka pensji.

Dzisiaj jednak Aimee miała spotkać się z Rogerem i paroma jego wspólnikami. Propozycja wyszła od niego. Aimee przeczuwała, że coś wisi w powietrzu. Gdy O’Leary zadzwonił, by umówić się na spotkanie, napomknął o pewnej ofercie dla niej. Więc powinna być w superformie, bez żadnych mdłości i zmęczenia, które, niestety, właśnie ją dopadły. Wstąpiła do toalety, żeby poprawić makijaż. Celowo przyszła na spotkanie przed czasem. Zawsze tak robiła, bo dawało jej to większe poczucie kontroli. Uważnie przyjrzała się swemu odbiciu w lustrze, zadowolona, że ma luksusową łazienkę tylko dla siebie.

Wyglądała znakomicie, całe szczęście, nic na zewnątrz nie zdradzało jej kiepskiego samopoczucia. Zielone oczy w oprawie czarnych rzęs były błyszczące i wyraziste. Wysokie kości policzkowe podkreślały klasyczną rzeźbę twarzy, którą odziedziczyła po matce. Lśniące czarne włosy były spięte w szykowny koczek, nadający jej schludny, biz- nesowy styl. Ciemną szarość kostiumu od Donny Karan przełamywał bladoliliowy odcień bluzki. Na szyi pojedynczy sznur pereł, w uszach perłowe kolczyki. Makijaż bez zarzutu. Nieostentacyjna, szykowna, wyrafinowana – do takiego obrazu Aimee dążyła i taki właśnie udało jej się osiągnąć, co stwierdziła, badając krytycznym okiem własną powierzchowność w trakcie podmalowywania ust szminką. Nikt by nie odgadł, że mam doła – pomyślała, biorąc malutką miętówkę dla pokonania mdłości.

Dokładnie w dniu wesela córki O’Learych dopadł ją niespodziewany atak mdłości i przeraziła się, że może być w ciąży. Spadło to na nią jak grom z jasnego nieba i Aimee omal nie popłakała się z rozpaczy. Na razie jeszcze nawet nie zrobiła sobie testu. Kupiła go, ale właściwie nie musiała sprawdzać tego, co już wiedziała, i nie spieszyło jej się do ostatecznego potwierdzenia faktu, który był według niej totalną osobistą klęską.

Znów poczuła przypływ rozpaczy. Schowała szminkę i zatrzasnęła torebkę od Prady. Absolutnie nie życzy sobie następnego dziecka i całego związanego z nim zamieszania. Wystarczyła jej aż nadto Melissa. A poza tym właśnie teraz, gdy zaczęła robić zawrotną karierę, butelki, pieluszki i bezsenne noce, nie mówiąc o organizacji opieki nad niemowlęciem, były doprawdy ostatnią rzeczą, jakiej Aimee potrzebowała.

Co za brutalne zrządzenie losu, że akurat teraz. Melissa dopiero co osiągnęła wiek samodzielności, w którym może obyć się bez opieki, dzięki czemu Aimee zyskała więcej swobody na zajęcie się pracą. Dzieci pochłaniają tak wiele czasu, a jej ten czas był potrzebny na zebranie kapitału całej ciężkiej kilkuletniej działalności zawodowej. Wysiłek się opłacił, chciała teraz w pełni z tego skorzystać i przeć dalej do przodu.

Barry’emu nie mówiła, że jest w ciąży, właściwie prawie w ogóle już z nim nie rozmawiała. Po aferze na ślubie Debbie, gdy narobiła mężowi wstydu wobec Connie i ich wspólnej córki, wytykając wysokie koszty imprezy, lodowata atmosfera w domu jakoś nie topniała.

Aimee chciała, żeby wszystko wróciło do normy. Brakowało jej bliskości Barry’ego, jego towarzystwa. Pragnęła mu opowiedzieć, co się u niej dzieje zawodowo. Aż do organizacji wesela O’Learych zawsze interesował się karierą żony, wspierał ją i motywował. Teraz całkiem się to zmieniło. Widocznie poczuł, że Aimee się wspięła wyżej od niego po szczeblach kariery, i nie umie sobie z tym poradzić. Chodził naburmuszony, zamknięty w sobie i narzekał, że sam musi robić zakupy, bo żona wiecznie jest zajęta. A więc dawniej tylko udawał, że jej kibicuje? Na to wyglądało. Gorycz jego pretensji sprawiała przykrość Aimee. Nigdy nie spodziewała się po mężu takiego zachowania. Przecież to właśnie szacunek Barry’ego dla jej kariery przeważył szalę wahań Aimee co do ślubu z nim. Teraz wyglądało na to, że popełniła gruby błąd. Barry, żeniąc się z nią, doskonale wiedział, jaka jest i jakie ma cele w życiu. Jeżeli woli nudną żonusię w domowych kapciach, to powinien był zostać ze Świętą Connie. Aimee westchnęła. Obok problemu jej kariery do omówienia mieli jeszcze sprawę tego incydentu z wesela Debbie. To prawda, nie zachowała się wzorowo, lecz to nie powód, żeby się na nią dąsać na wieki. Barry musi spuścić z tonu. Connie sprawiedliwie dostała nauczkę – nie jest w końcu jakąś mimozą. Aimee było przykro, że w kościele Barry usiadł koło byłej żony, a ją pozostawił własnemu losowi. Właśnie z tego powodu wyszła z kościoła.

Ciekawe, jak mąż zapatrywałby się na jeszcze jedno dziecko. A Melissa? Pewnie obraziłaby się, że ma konkurencję. No i musieliby zmienić mieszkanie. Penthouse jest spory, owszem, ale nie dla czterech osób. Aimee zmarszczyła brwi. Chyba żeby zrezygnowała z pokoju gościnnego.

Ale co to w ogóle za myśli? Planuje, jakby miała to dziecko urodzić. To przecież dopiero sam początek. Istnieją różne rozwiązania. Nikt by się nie dowiedział, gdyby zdecydowała się przerwać ciążę. Czemu ma rodzić dziecko, którego nie chce? Dziecko teraz oznaczałoby rewolucję w jej życiu, rewolucję, jakiej sobie nie życzyła. Faceci mają cholerne szczęście. Nie muszą się przejmować takimi konsekwencjami, zawsze to kobieta zostaje z dzieckiem na rękach, w całkiem dosłownym sensie. Aimee podejrzewała, że Barry byłby zgorszony, gdyby poznał jej obecne myśli. Ukłuło ją poczucie winy. Przecież to jego dziecko, nie mniej niż jej. Prawo daje głos obojgu rodzicom. No tak, tylko czyje prawo? A jej osobiste prawa się nie liczą? Miała ochotę wrzeszczeć z bezsilności, gniewu i rozpaczy. Tyle kobiet chce mieć dziecko, a nie może, tymczasem ją się zmusza do rodzenia, choć wcale tego nie pragnie. Nie była typem macierzyńskim. Sama pierwsza mogła to przyznać. Po urodzeniu Melissy beztrosko założyła, że świetnie sobie poradzi. Tymczasem do dziś ze zgrozą wspominała horror, jaki przeżywała w pierwszych miesiącach z powodu każdego płaczu niemowlęcia. A Melissa płakała niemało. Cierpiała na kolki. Aimee zadręczała się podejrzeniem, że zatruwa własne dziecko. Lęk stał się jej nieodłącznym towarzyszem. Czy karmi za dużo, czy może za mało? Czy dziecko ma gorączkę i jest chore, czy po prostu się przegrzało? Czy żółte kupki są normalne? Czy wysypka na główce jest normalna? Aimee żyła w ciągłym rozstroju nerwowym, na granicy załamania, do mniej więcej drugiego roku życia córeczki. Usiłowała się nie porównywać z innymi matkami, którym wszystko przychodziło tak łatwo i bez kłopotów. Jedynym marzeniem Aimee było wrócić do pracy, prysnąć z domu i zostawić wszystkie problemy żłobkowi.

Po raz pierwszy w życiu uświadomiła sobie, jak dobrze byłoby mieć kogoś, z kim można by omówić ten dylemat. Właśnie teraz przydałaby się zaufana przyjaciółka, której można się zwierzyć. Jedyną odpowiednią osobą, która w dodatku powstrzymałaby się od osądzania i krytykowania Aimee, była Gwen Larkin, jedna z jej najstarszych przyjaciółek. Co za pech, że pokłóciły się okropnie w dniu wesela Debbie.

Aimee przygryzła wargę od środka. Przyznać musiała, choć niechętnie, że Gwen słusznie się na nią pogniewała. Aimee źle ją wtedy potraktowała, udając, że prawie się nie znają, po to tylko, żeby uniknąć przedstawienia jej Rogerowi O’Leary’emu; no, ale Gwen wyglądała fatalnie z tymi niechlujnie upiętymi włosami, w wymiętej marynarce i obskurnych dżinsach. A do tego jeszcze tych jej dwoje kłócących się dzieciaków. Aimee natomiast wystąpiła tamtego dnia jako stuprocentowa bizneswoman, ubrana super, w zabójczych szpilkach, specjalnie na ten ślub. Jej wpływowy i mający świetne powiązania klient mógłby się więc słusznie zastanawiać, z kim też właściwie ona się zadaje, gdyby przedstawiła mu przyjaciółkę. Rzuciła jej więc tylko przelotne „cześć” i dodała, że niedługo zadzwoni. Gwen nie była idiotką, musiała wiedzieć, że Roger jest klientem Aimee i że rozmawiają o interesach.

No i Gwen poczuła się dotknięta. To jednak nie powód, żeby napadać na Aimee, i to wobec Connie i Debbie, nawet jeżeli uznała, że została źle potraktowana. Aimee poczerwieniała gwałtownie na samo wspomnienie. Karczemna scena. Gwen piekliła się jak jakaś przekupka, drąc się na całe gardło i oskarżając Aimee o najgorsze zbrodnie.

Aimee wyprostowała plecy i swobodnym krokiem wyszła do baru. Nie potrzeba jej Gwen ani Barry’ego, ani w ogóle nikogo. Sama potrafi sobie poradzić ze swoim problemem. I zajmie się nim zaraz po spotkaniu z Rogerem i jego kolegami.

MELISSA

– O kurcze! Szybko, idzie Dziobak Nolan! Schowajmy się w księgarni!

Melissa Adams pociągnęła przyjaciółkę, z którą szła właśnie do McDonalda skrótem przez centrum handlowe.

Wpadły do księgarni Dubray, żywiąc resztki nadziei, że koleżanka z klasy ich nie dostrzegła. Nie cierpiały Evanny Nolan, jednej z klasowych prymusek, która zadzierała przed nimi pryszczatego nosa. Evanna Nolan była chuda jak szparag, niezgrabna, z prostymi, wiecznie przetłuszczonymi, czarnymi włosami, i miała się za intelektualistkę. Melissa i Sarah nieraz bywały celem jej ostrych docinków, ale odkąd Nolan pożarła się ze swoją najlepszą przyjaciółką Niamh Sampson, też z rodu dziobaków, do czego doszło podczas szkolnej debaty o zasługach literackich Jane Austen, przestała się tak strasznie wywyższać, a nawet kilkakrotnie, gdy przypadkiem wpadły na nią w okolicy Dun Laoghaire, zachowała się wręcz przymilnie, co budziło zrozumiały niepokój.

– Myślisz, że uznała nas za wystarczające kujonki, żeby się z nami zaprzyjaźnić, skoro pokłóciła się z tą Sampson i nie ma już z kim łazić? – zaniepokoiła się Sarah, gdy kucnęły za stertą książek, modląc się, żeby Evanna poszła dalej.

– O kurde, toby dopiero był obciach! Chyba nie mówisz poważnie? – przeraziła się Melissa. Pokazać się z Dziobakiem Nolan i jej przyjaciółkami to towarzyskie harakiri. Przecież tylko dzięki trzymaniu się paczki klasowych luzaków dawało się jakoś przetrwać koszmar szkoły, była to więc sprawa najwyższej wagi.

Melissa ciężko westchnęła. Z niemałym trudem trzymała dziarski, wesoły fason w sytuacji, gdy obie z Sarah truchlały ze strachu na myśl, że w każdej chwili mogą stać się wyrzutkami towarzyskimi. Znajdowały się, można powiedzieć, na granicy. Melissa niczego nie pragnęła bardziej niż końca roku szkolnego. Jedyne, co ją pocieszało, to fakt, że jakoś przetrwała pierwszą klasę gimnazjum i początki życia nastolatki. Gdy powróci do szkoły we wrześniu, będzie już w drugiej klasie, a w dodatku po czternastych urodzinach. Zdawało jej się, że mieć czternaście lat to nieskończenie więcej niż mieć trzynaście.

No więc po wakacjach w szkole będzie całkiem inaczej. Melissa nie tylko przestanie być nowa, ale będzie też chudsza, bo już zaczęła tracić na wadze, odkąd na weselu jej przyrodniej siostry, Debbie, ktoś powiedział o niej „mała tłusta cizia”. Aż się zarumieniła na samo wspomnienie. Te słowa popsuły najfajniejszy dzień jej życia. Bo zanim je usłyszała, czuła się naprawdę szczęśliwa. To niesamowite uczucie przytrafiło jej się po raz pierwszy w życiu. No i właśnie wtedy jakaś wstrętna pijana flądra zniszczyła wszystko jedną złośliwą uwagą: „Kim jest ta mała tłusta cizia?”. Prześladowało ją to zdanie. Jej życie straciło urok. Melissa stała się boleśnie świadoma każdego grama tłuszczu na swoim ciele.

– O, nie! Lezie tutaj! – jeknęła Sarah, bo istotnie, Evanna pchnęła drzwi do księgarni i najwyraźniej zdążała w ich stronę.

– Cześć, dziewczyny. Co u was? Ale masz fajny top, Melissa – przemówiła rozradowana, jak do najlepszych przyjaciółek. Fałsz był znakiem rozpoznawczym Evanny.

Co za głupia krowa – pomyślała z niesmakiem Melissa i obiecała sobie w duchu, że tego topu nie włoży nigdy więcej. Jeżeli Evanna Nolan uważa go za fajny, to znaczy, że ciuch jest do kitu.

– Cześć, Evanna – burknęła. Sarah, ignorując Evannę, przeglądała wziętą na chybił trafił książkę.

– Co czytasz, Sarah? – zaciekawiła się Evanna, dalej z tym przyklejonym uśmiechem.

– Książkę – odparła chłodno Sarah. Ani myślała zapomnieć, że Nolan wyzwała ją od ignorantek, gdy w szkolnym turnieju wiedzy pokręciła nazwiska i na pytanie, kto napisał Odę do żonkili, odpowiedziała, że Keats zamiast Wordsworth.

– Tyle to sama widzę. – Uśmiech Evanny nieco przywiądł, nie dawała za wygraną. – Jaki tytuł?

– Siła Teraz, autor Eckhart Tolle – odparła beztrosko Sarah.

– Kompletnie o nim nie słyszałam – zawstydziła się Evanna.

– Naprawdę? To światowej sławy mędrzec i mistyk. Pisze o tym, jaką siłę odkrywa w sobie człowiek, poddając się doświadczeniu Teraz – objaśniła Sarah, demonstracyjnie przewracając oczami.

Melissa z trudem powstrzymała złośliwy uśmiech.

Evanna zdębiała.

– Nie wiedziałam, że interesujesz się takimi sprawami, dla mnie to abrakadabra – przyznała, siląc się na wesoły ton.

– Bo do tego trzeba mieć specyficznie dociekliwe nastawienie umysłu – ofuknęła ją Sarah.

– Z pewnością. Po prostu nie sądziłam, że ten temat cię pociąga – uśmiechnęła się słodko Evanna.

– Życie nie kończy się na Ross O’Carroll-Kelly, droga Evanno – rzekła z naciskiem Sarah, spostrzegłszy nazwisko autora popularnego czytadła wystającego z torby koleżanki.

Evanna zrobiła się czerwona jak burak. Ross O’Carroll-Kelly bynajmniej nie zaliczał się do wielkich literatów, a zostać przyłapanym na lekturze jego książek oznaczało totalny obciach.

– Potworna chała, no nie? – zaszczebiotała Evanna. – Czytałaś to? – zwróciła się do Melissy.

– Nie – odburknęła Melissa. – W ogóle nie czytam książek w tym stylu.

Evanna po raz drugi spaliła się ze wstydu z racji czytania czegoś, co nie zaliczało się nawet do popularnej literatury dla dziewcząt.

– A powiedzcie, dziewczyny: co robicie po południu? – spytała, raptownie zmieniając temat.

– Ja po lunchu idę chłodzić się na taras – odrzekła Melissa.

– To super! Nigdy nie oglądałam widoku z twojego tarasu, założę się, że jest obłędny!

– Owszem, niezły – przyznała Melissa.

– No a dokąd się wybieracie na lunch? – drążyła Evanna.

Sarah rzuciła Melissie ostrzegawcze spojrzenie.

– No, wiesz... jeszcze się nie zdecydowałyśmy. Może kupimy coś na wynos i zjemy na zimno u mnie w domu.

– Idealny pomysł na taki dzień jak dzisiaj. Może bym poszła z wami? – zaproponowała Evanna.

Melissa była zszokowana jej bezczelnością.

– Ale...

– My tak właściwie jeszcze dokładnie nie wiemy, co będziemy robić – wtrąciła się Sarah. – Ja najpierw muszę kupić parę rzeczy w sklepie, mama mi kazała. No to cześć, Evanna.

Sarah odstawiła Eckharta Tollego z powrotem na półkę, złapała Melissę za rękę i bokiem wyminęła Evannę, tak jakby ta cierpiała na jakąś szczególnie zaraźliwą chorobę.

– Nie do wiary! – burczała, niemal wybiegając z księgarni razem z Melissą. – Przecież gdyby ona się dalej przyjaźniła z Niamh Sampson, to nawet by nam nie powiedziała „cześć”. Słyszałaś, jak się wpraszała do ciebie do domu?

– Słyszałam. – Melissa z niedowierzaniem pokręciła głową. – Ale super ją spławiłaś. Skąd wiedziałaś to wszystko o książce tego Ekkeya czy jak mu tam?

– Przeczytałam na odwrocie okładki – odparła, chichocząc, Sarah.

– Najbardziej mi się podobało „specyficznie dociekliwe nastawienie umysłu”. Widziałaś, jak na ciebie spojrzała? Jak słowo daję, byłaś za sto punktów – powiedziała ze śmiechem Melissa.

– No, nieźle mi wyszło, co? – Sarah pękała z dumy. – Chodź, fundniemy sobie big maca i rozwalimy się na całe popołudnie u ciebie na tarasie. Tym razem nam się upiekło. Ale jak Nolan zacznie za nami łazić w szkole, to mamy przerąbane.

– No, wiem – przyznała smętnie Melissa, gdy wychodziły z centrum handlowego na ulicę. – Nie ma innej rady, tylko musimy jak najlepiej się starać ją ignorować.

Godzinę później Melissa stała w łazience ich rodzinnego penthouse’u. Sarah, wyciągnięta na leżaku na tarasie, czytała magazyn „OK”. Melissie mocno waliło serce. Miała to zrobić pierwszy raz i wiedziała, że przekracza granicę, za którą łatwo wpaść w tarapaty, jeśli się dostatecznie nie uważa.

– Będę to robić tylko po śmieciowym żarciu – obiecała sobie, klękając przy sedesie i otwierając usta. Na samą myśl, że ma się zmusić do wymiotów, było jej niedobrze. Jakim cudem inne dziewczyny robią to po pięć, sześć razy dziennie? Ona nienawidziła wymiotować. Ale przed chwilą zjadła dużą porcję frytek, hamburgera i loda i popiła coca-colą – to stanowczo za duże ryzyko dla cennych kilogramów utraconych od wesela Debbie.

Spuściła głowę i przypomniała sobie to zdanie, którego piętno paliło jej pamięć: „Kim jest ta mała tłusta cizia?”. Słowa, które zepsuły najlepszy dzień jej życia.

To wystarczyło. Wetknęła palce w gardło i zwróciła zawartość żołądka.

Już po wszystkim wstała i wytarła usta. Kątem oka dojrzała własne odbicie w lustrze. Oczy miała nienaturalnie błyszczące, policzki czerwone. Doznała dziwnego podniecenia. Zrobiła to. Uczyniła pierwszy krok. Znała w życiu dwie anorektyczki. Obserwowała je, jak nikną w oczach, zanim trafiły do szpitala. Jedną karmili nawet przymusowo rurką przez nos. Melissa nie zamierzała spalić się do cna jak świeca, zmarnieć, mieć wiecznie podkrążone oczy i wszystkie kości na wierzchu. Chciała tylko schudnąć dziesięć kilo, a potem przestać.

Z nią nie będzie tak jak z lizakiem w buzi dziecka. Ona nie straci kontroli nad sytuacją. Będzie nad TYM panowała. TO nigdy nie zapanuje nad nią. Tak sobie przysięgła, spłukując sedes. Potem wróciła do najlepszej przyjaciółki.

JUDITH

Judith Baxter drzemała wsparta na poduszkach, gdy ostry promień słońca przebił się przez sunące niebem chmury i padł prosto w szpitalne okno, ogarniając chorą nieproszonym blaskiem. Jego jaskrawość zbudziła Judith, która wydała głębokie westchnienie.

Czuła się zmęczona i obolała; ostatnia dawka środków przeciwbólowych przestała już działać, a do następnej brakowało jeszcze godziny. Judith z wysiłkiem wygrzebała się z wymiętej pościeli żelaznego szpitalnego łóżka i poczłapała do okna, żeby zaciągnąć roletę. Wyjrzała na zewnątrz, zadowolona, że ma przynajmniej okno, z którego coś widać. Leżała na górnym piętrze, skąd panorama przedmieść aż po Howth i morze prezentowała się imponująco.

Przez moment śledziła wzrokiem kurs jachtu „SeaCat”, sunącego w oddali po horyzoncie. Zdawało się, że jacht lada chwila oderwie się od horyzontu i popłynie w niebo. Ta iluzja optyczna zazwyczaj fascynowała Judith, lecz nie dzisiaj, kiedy ból głowy przyprawiał ją o niepokój i drażliwość. Całe ciało ją swędziało i już wiedziała od pielęgniarek, że odstawiono jej morfinę.

Czuła, że jej gorąco, wszystko jej przeszkadzało, wszystko ją irytowało. Nie życzyła sobie, żeby z niej drwiło rozżarzone słońce. Wystarczy, że cała była potłuczona, samochód miała do kasacji i czekał ją jeszcze tydzień na zbiorowym oddziale z innymi pacjentami, których połowę stanowiły osoby w podeszłym wieku, charczące, stękające i po całych nocach wydzwaniające po pielęgniarkę, przez co nie będzie można zmrużyć oka.

Nie marudź – przywołała się do porządku, ściągając żaluzję zdrową ręką i krzywiąc się z bólu, który przeszył jej kark i bark. Prawą rękę miała w gipsie, na szyi gorset ortopedyczny, a pod jednym i pod drugim swędziała ją skóra. Dobrze przynajmniej, że jednak udało jej się załatwić separatkę; co za ulga móc zamknąć drzwi i odciąć się od bieganiny, hałasu i kontrolowanego chaosu wielkiej kliniki akademii medycznej, do której trafiła.

Jak dobrze było leżeć samotnie i w ciszy. Wcześniej leżała na oddziale, gdzie gwar nie milkł ani na sekundę. Pacjentki stale wchodziły i wychodziły z sali. Wciąż przychodziły pielęgniarki pobierać krew, zawsze kręcił się jakiś doktor na obchodzie, z orszakiem studentów. Odwiedzający zjawiali się praktycznie na okrągło, nie przestrzegano zbyt rygorystycznie godzin wizyt. Czy zarząd szpitala naprawdę nie wiedział, jak pacjentom przeszkadza nieustanne kręcenie się osób z zewnątrz, nawet w porach posiłków? Niektórych pacjentów budzono o szóstej rano. Nie dało się ani odpocząć, ani zdrzemnąć, bo stale coś przeszkadzało.

Matka Judith, Lily, skrupulatnie przestrzegała godziny końca odwiedzin, za co Judith była jej głęboko wdzięczna. Matka okazywała serdeczność i troskliwość, o jakie córka nigdy jej nie podejrzewała. Zachowywała się rewelacyjnie.

Judith wróciła do łóżka i spróbowała z powrotem zapaść w letarg. Sen był bezcenny, przynosił ulgę od bólu i zmartwień. Zażywała pigułki nasenne, które podawano jej wieczorem, i zasypiała po nich stosunkowo szybko, ale budziła się, niestety, po kilku godzinach, po czym już do rana wierciła się, szukając wygodnej pozycji w łóżku i nie mogąc się doczekać następnej dawki środków przeciwbólowych.

Kiedy jeszcze leżała w śpiączce, przynajmniej nic jej nie bolało i nie martwiło. Wszystko, co pamiętała z tamtych dni, to ulotne wrażenie spokoju.

Chwilami żałowała, że ją wybudzili.

Westchnęła ciężko. Nie powinna tak myśleć, to niewdzięczność. W końcu uratowali jej życie. Mogła zginąć w tym wypadku, po którym z jej samochodu została kupa złomu.

Jej wzrok padł na wielki bukiet kwiatów, przyniesiony przez Lily. Sięgnęła pod poduszkę po malutkiego aniołka w szklanej kulce, mieszczącego się idealnie w skulonej dłoni. Prezent od Lily, która wcisnęła go córce do ręki z solennym zapewnieniem, że teraz jest pod opieką aniołów. Judith nie miała już, co prawda, pewności, że wierzy w Boga i wyznaje jakąkolwiek religię, a zwłaszcza trudno jej było po tym wszystkim uwierzyć w boże miłosierdzie, jednak aniołek od matki dawał jakieś pocieszenie.

Jak to się dziwnie układa – pomyślała. Stare przysłowie mówiące, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, zdecydowanie sprawdziło się w stosunku do jej matki. Kto by pomyślał, że znerwicowana, niesamodzielna i wylękniona Lily nagle zacznie radzić sobie sama w domu, robić zakupy, przyjeżdżać autobusem do córki do szpitala i na nowo odkrywać, co znaczy wieść normalne życie? Przed wypadkiem nie ruszała się nawet na krok z domu bez towarzystwa córki. Nie poszła sama ani do kościoła, ani do sklepu, ani do rodzonej siostry; Judith musiała ją wszędzie wozić samochodem. Nie było też mowy, żeby matka choć jedną noc przespała sama w domu, bo panicznie bała się włamywaczy. Judith czuła się wiecznie uwiązana. Stała się niańką własnej matki, chociaż ta była całkowicie zdrowa, wyjąwszy te „nerwy”.

Gdyby Lily nabrała odwagi do życia ileś lat wcześniej, losy jej samej, a przede wszystkim Judith, mogły potoczyć się całkiem inaczej. Judith mężnie spróbowała odepchnąć gorzką myśl. Teraz już dla niej za późno na założenie własnej rodziny. Który mężczyzna poleci na pięćdziesięcioletnie stare pudło? Była skazana na życie pod jednym dachem z leciwą matką, bez innych perspektyw niż wcześniejsza emerytura za dziesięć lat.

Czym sobie zawiniła na tak straszliwą karę? Wypiła łyk letniego 7UP i oddała się smętnym refleksjom. Najpierw opiekowała się chorym ojcem, potem, po jego śmierci, mieszkała z matką. Chyba za to należy się człowiekowi jakaś nagroda z nieba, a nie następny cios w splot słoneczny.

– Dzięki Bogu, że przeżyłaś – powtarzała po kilka razy dziennie matka, odkąd Judith wybudziła się ze śpiączki.

Judith za każdym razem miała na końcu języka: „Nie ma za co dziękować Bogu. Przede wszystkim, czemu dopuścił do tego wypadku?”.

Zakręciła aniołkiem w dłoni. Lily mówiła, że znalazła tego aniołka w sklepie w Finglas, naprzeciwko optyka, do którego się wybrała po nowe okulary, ponieważ na swoje stare niechcący nadepnęła.

– To taki śliczny sklepik, wiesz, Judith? Chciałabym, żebyś go kiedyś zobaczyła – entuzjazmowała się matka, siedząc przy łóżku Judith i dziergając na drutach kocyki dla dzieci w Afryce.

Doprawdy, trudno było uwierzyć, że to ta sama kobieta. Że zdobyła się na to, żeby dwoma autobusami pojechać z Drumcondry, gdzie mieszkały, do Finglas. Niesłychane rzeczy. Judith bacznie przyglądała się matce. Widziała błysk w jej oczach i ogólne ożywienie. Druty śmigały w palcach staruszki. Paplała bez ustanku, a to o wyjściu do biblioteki, a to o spacerze w parku, a to o kolejkach do autobusów, kiedy wraca do domu wieczorami. Judith miała chwilami wrażenie, że znalazła się w innym świecie. Także czułe ucałowanie w czoło, którym matka ją teraz witała, było im całkowicie obce wcześniej. Lata wrogości i kłótni w ich wspólnym życiu jakby się nagle rozwiały i uleciały w niepamięć.

Lily nigdy nie przyszła do szpitala z pustymi rękami. I zawsze od progu pytała z nadzieją:

– Czujesz się trochę lepiej, Judith? Bardzo cię boli? Mam zawołać pielęgniarkę, żeby ci coś podała?

Jakby na nowo odkryła w sobie pogrzebane przez lata uczucia macierzyńskie. A Judith, pomimo bólu i udręki, stwierdzała, że neoficka czułość i serdeczność matki działają jak balsam na jej skołataną duszę.

Nigdy by nie przypuszczała, że kiedykolwiek będzie cieszyć się na myśl o spędzaniu czasu z pogardzaną niegdyś własną matką. Lily była tak uszczęśliwiona jej wyjściem ze śpiączki, że Judith jak mogła starała się udawać, iż cieszy się, że żyje.

Nie siliła się na to przy bracie Tomie i siostrze Cecily. Gdyby nie przeżyła wypadku, stanęłaby przed Stwórcą z brzemieniem kiepskich stosunków z rodzeństwem. Pokłóciła się z Cecily o to, że zbyt późno przyjechała po matkę w dniu wypadku, a z Tomem pożarła się o testament matki. Brat pewnie nie żałowałby zbytnio, gdyby Judith umarła. Więcej zostałoby dla niego po śmierci Lily.

Na plus Cecily trzeba zaliczyć to, że przeprosiła ją z płaczem za spóźnienie w dniu wypadku, no i teraz ciągle dzwoniła, dopytując się, czy Judith czegoś nie potrzebuje. A ona, szczerze mówiąc, wolałaby, żeby siostra dała jej spokój. Nie miała siły borykać się z cudzym poczuciem winy. Nigdy nie były ze sobą blisko i po latach skrywanej pretensji, że to jej zostawiono opiekę nad matką, Judith już nie wierzyła, że ta sytuacja może się zmienić. Jednak mimo wszystko dobrze było wiedzieć, że młodsza siostra bardzo przeżyła jej niedoszłą śmierć. O bracie nie mogła tego powiedzieć.

Tom, z udawaną serdecznością, pouczał ją, że nie powinna narzekać, bo wiele osób zrobiłoby wszystko, żeby wymigać się od pracy. Matka spojrzała na niego za to morderczym wzrokiem, co nawet rozbawiło zbolałą Judith.

– Judith była o krok od śmierci, Tom. Chyba nie zdajesz sobie z tego sprawy – wygarnęła synowi Lily. – Nie wolno ci tak mówić.

– Żartowałem, mamo – odburknął. – Nie czepiaj się.

W sumie to fajnie, że matka stanęła w jej obronie. Judith przymknęła wtedy oczy i udała, że zasypia, bo już nie miała siły udawać zadowolonej z odwiedzin brata. Ulżyło jej, kiedy sobie poszedł. Resztki ciepłych uczuć łączyły ją jeszcze z siostrą, lecz nawet jej otarcie się o śmierć nie przyczyniło się do naprawienia relacji z jedynym bratem – podsumowała z pewnym dystansem, jakby chodziło o kogoś innego.

Ciekawe, kto kieruje teraz w pracy jej działem. Była szefową działu płac w dużej firmie ubezpieczeniowej. Praca trudna, w której nie wolno popełniać błędów. Ale o pracy też myślała Judith teraz z wielkim dystansem. Ciekawe, czy Debbie Adams już wróciła z podróży poślubnej. Pewnie teraz nosi nazwisko męża, kto wie jakie. Przynajmniej ominęło Judith oglądanie zdjęć ze ślubu i z miodowego miesiąca. Zdjęcia szczęśliwej młodej pary były ostatnią rzeczą, jaką miała ochotę widzieć. Co takiego było w Debbie Adams i jej bajecznym życiu, że Judith czuła się przy niej totalną nieudacznicą? Irracjonalne i nierozsądne poczucie, wiedziała o tym, a jednak cieszyło ją, że nie musiała być obecna przy ślubnych ploteczkach. Może już nigdy nie będzie w stanie wrócić do pracy? Może przejdzie na rentę? Błogą myśl zakłóciło brzęczenie muchy. Tylko co ona by robiła na rencie? Och, zastanowi się nad tym kiedy indziej. Na razie nie miała na to siły. Ziewnęła.

Zadzwonił telefon przy łóżku. Matka.

– Judith? Czy masz ochotę na coś specjalnego, co mogłabym ci dzisiaj przynieść? – spytała Lily.

– Nie, mamo, nic mi nie potrzeba, dzięki.

– A jak się dzisiaj czujesz? Trochę mniej cię boli?

– Tak, mamo, trochę mniej – skłamała Judith.

– To dobrze, Judith, to bardzo dobrze. Bo ja modlę się za ciebie dzień i noc – wyznała z żarliwą powagą.

Judith potrafiła sobie łatwo wyobrazić matkę siedzącą z różańcem w rękach w ulubionym fotelu z wysokim oparciem, tym w salonie, i odmawiającą modlitwę odmierzaną przesuwaniem paciorków między kościstymi palcami. Albo matkę z siateczką na włosach klęczącą przy łóżku we flanelowej nocnej koszuli w kwiaty, z twarzą ściągniętą głębokim skupieniem na żarliwej modlitwie do Wszechmogącego i zastępu świętych, w których wstawiennictwo Lily jakże mocno wierzyła.

– Dziękuję, mamo. No to do zobaczenia później – wydusiła z siebie Judith przed odłożeniem słuchawki.

„Modlę się za ciebie dzień i noc” – powiedziała matka. Nie wiedzieć czemu, słowa te dotknęły jakiejś głębokiej, zaskorupiałej, niedostępnej niszy w sercu Judith.

Dwie duże łzy stoczyły jej się po policzkach. A chwilę potem z oczu Judith trysnął cały wodospad łez. Płakała, sama nie wiedząc, co się z nią dzieje.

LILY

Lily Baxter wsypała łyżeczkę cukru do herbaty i zamieszała, wyjęła z puszki na herbatniki jedno ciasteczko, ułożyła je na brzegu spodka i wszystko razem przeniosła do saloniku od ulicy. Włączyła radyjko tranzystorowe, które trzymała na stoliku koło fotela. Akurat Dean Martin śpiewał That’s Amore, więc uśmiechnęła się. Z Tedem, swoim mężem, tańczyła przy tej piosence w dniu ślubu, ile to już lat... To była ich piosenka. Dziwna rzecz: odkąd Judith miała ten wypadek i Lily została w domu sama, bardzo silnie odczuwała bliską obecność zmarłego męża. Może to on sprawił, że prezenter Ronan Collins puścił akurat dzisiaj tę piosenkę, specjalnie dla niej, żeby ją podnieść na duchu – tak sobie myślała, głęboko wierząc w to, że zmarli mają swoje sposoby przekazywania żywym małych komunikatów o miłości, i to w chwilach, gdy ci najbardziej tego potrzebują.

A Lily bardzo potrzebowała podniesienia na duchu. Tak się martwiła o Judith. Jej córka przechodziła traumę, nie tylko bólu fizycznego, ale i emocjonalnego. Ten wypadek ją dobił. Lily odnosiła chwilami wrażenie, że jej córka żałuje, iż przeżyła.

Nie wolno tak myśleć! – skarciła się w duchu, czując, że lada chwila ogarnie ją znajomy dygot lęku i niepokoju. Nie wolno jej dopuścić do powrotu dawnego stanu, z atakami paniki i zastoju serca, z nerwicą żołądka, która prześladowała ją przez całe życie. Teraz Lily była silna. Tak sobie powtarzała, pomału popijając gorącą, słodką herbatę i zagryzając ją ciasteczkiem. Zdumiała samą siebie i resztę rodziny własnym zachowaniem od dnia wypadku Judith.

Spisałam się na medal – pomyślała, klepiąc się w duchu po ramieniu. Nie załamała się, czego wszyscy się po niej spodziewali. Nie przeprowadziła się do młodszej córki, Cecily, dlatego że bała się mieszkać sama w domu. Nie, została u siebie, spała w swoim łóżku i nawet zaczęła sama wychodzić z powrotem na świat. Ona, która przedtem czekała, aż Judith zaprowadzi ją na zakupy i do kościoła albo zawiezie, gdzie trzeba, teraz jeździła samodzielnie do supermarketu Spar w Drumcondra. Potrafiła nawet dojechać z przesiadką do Finglas, żeby pójść do optyka, kiedy połamały jej się okulary. To był dla Lily wielki dzień, chociaż przyznać trzeba, że podróż odbyła z bijącym sercem. Odetchnęła dopiero, gdy dotarła do Finglas. Jej rodzice mieszkali niegdyś koło starego kościoła, znała tę miejscowość. Lily zajrzała do paru sklepów, cały czas nie dowierzając, że oto wypuściła się samopas na małą wycieczkę.

Teraz stała się już weteranką podróży do szpitala i z coraz większą pewnością siebie wsiadała popołudniami do autobusu na końcu ulicy, by się udać w odwiedziny do córki.

A więc nie ma powodu się denerwować – perswadowała sobie, gdy wtem ujrzała przez okno pana Ryana, jednego z sąsiadów staruszków, drepczącego wolniutko ulicą, ze zbolałą miną i uwagą skupioną na każdym kolejnym kroku. Wspierał się ciężko na lasce i co chwila przystawał. A nie był tak znów wiele starszy od Lily, siedemdziesiąt parę lat – jednak zadyszka i artretyzm robiły swoje.

Mam szczęście – doszła do wniosku Lily, popijając herbatę. Chodziła sprawnie, nie dostawała zadyszki i gdyby nie katarakta, mogłaby powiedzieć, że jest zdrowa jak ryba. Gdyby niedomagała jak pan Ryan, znalazłaby się teraz w strasznym kłopocie; pewnie musiałaby się zdać na łaskę syna, Toma, który rzadko raczył się z nią kontaktować, i najmłodszej córki, Cecily, dla której matka była tylko utrapieniem.

Pan Bóg jednak okazał się dla niej miłosierny. Radziła sobie samodzielnie, nawet jeśli świadomość, że jest do tego zdolna, pojawiła się dopiero na tak późnym etapie jej życia.

Lily westchnęła boleśnie, dotknięta poczuciem winy. Zmarnowała życie Judith, bez wątpienia. Latami czepiała się córki jak pijawka, przez co Judith nie miała szans ułożyć sobie własnego życia i zmieniła się w zgorzkniałą, wiecznie niezadowoloną piećdziesięcioletnią kobietę, która niczego się już od życia nie spodziewa.

Lily postanowiła, że musi coś z tym zrobić. Wybada możliwości zaciągnięcia pożyczki bankowej pod zastaw domu, żeby Judith mogła sobie kupić własne mieszkanko. Córce nic jeszcze nie mówiła o tych planach ani dwojgu pozostałym dzieciom, które z pewnością nie byłyby nimi uszczęśliwione. Lily doskonale wiedziała, że Tom liczy na udział ze sprzedaży domu po jej śmierci – no to się przeliczy. Dom zostanie dla Judith, to postanowione. Chociaż Lily może spokojnie pożyć jeszcze z dziesięć lat. Jej rodzice oboje zmarli grubo po osiemdziesiątce. Więc i z nią może być podobnie. A Judith potrzebuje własnego kąta już teraz.

Obserwowała pana Ryana, jak zgięty w kształt litery S odpoczywał przy barierce. Biedak był w opłakanym stanie. Mogłaby mu właściwie zaproponować, że zawsze kupi i dla niego to, czego potrzebuje, gdy będzie robiła własne sprawunki – mleko, chleb i tym podobne. Nie jest to znowu taki wielki wysiłek. Wszyscy sąsiedzi okazali jej wiele serdeczności na wieść o Judith, proponowali, że podwiozą Lily wszędzie, gdzie zechce, i kazali w razie potrzeby dzwonić do siebie o każdej porze dnia i nocy. I to pomimo że zawsze trzymały się z Judith raczej osobno. Bardzo krzepiąca była ta mobilizacja sąsiadów wokół niej w ciężkich chwilach.

Więc czas najwyższy, aby i ona spełniła jakiś dobry uczynek dla innych. Lepiej późno niż wcale – pomyślała z przekąsem. Przypomniała jej się słynna modlitwa świętego Franciszka: Albowiem zapominając siebie, odnajdujemy. Śpiewali ją jako jeden z hymnów w kościele ostatniej niedzieli i Lily jakoś bardzo wzięła to do siebie. Miała wrażenie, że mowa jest o jej życiu.

Wcześniej nigdy nie odmawiała tej modlitwy. Słowa świętego Franciszka budziły w niej poczucie winy. Zbyt wiele od człowieka wymagały. A ona nie potrafiła im sprostać. Bo sama chciała zostać pocieszona, a nie pocieszać innych; bo sama chciała zostać zrozumiana, a nie rozumieć innych. I co w tym złego? To przecież ludzka rzecz. Daleko, bardzo daleko jej było do świętości.

A jednak teraz – uprzytomniła sobie – czyni wysiłek, aby zrozumieć Judith, czyni wysiłek, aby pocieszyć córkę, modli się o jej wyzdrowienie dniem i nocą. Planuje, jak może jej pomóc po wyjściu ze szpitala. Po raz pierwszy w życiu przedkłada cudze potrzeby ponad własne. A spełniając te drobne uczynki, odnajduje w sobie siłę, o jaką się nie podejrzewała.

Albowiem zapominając siebie, odnajdujemy...

Więc to miały znaczyć te słowa – dotarło do niej w nag- łym błysku oświecenia. Gdy świadczyła pomoc Judith, odnajdywała w sobie odwagę i siłę. Nigdy wcześniej nie myślała o tym w ten sposób. Uśmiech rozjaśnił jej wychudłą twarz. Wiele jeszcze musi się nauczyć od życia, ale dzisiaj odkryła głęboką prawdę, która pomoże jej brnąć naprzód przez nadchodzące dni. A będą to dni niełatwe, zwłaszcza gdy Tom się dowie, że ma wspomóc Judith finansowo. Lily była pewna, że syn zaprotestuje. A niech sobie protestuje, ile chce, ona już podjęła nieodwołalną decyzję. Judith potrzebuje teraz matki tak, jak ona sama dawniej potrzebowała Judith, więc stanie za nią murem.

Lily zgasiła radio i sięgnęła na półkę pod stolikiem po książeczkę do nabożeństwa. Pamiętała, że ma modlitwę świętego Franciszka na karcie pamiątkowej, którą kiedyś dostała od ciotki. Odszukawszy ją, westchnęła głęboko. To nie była łatwa modlitwa. Stawiała wysokie wymagania, ale też obiecywała wielką pomoc temu, kto ją odmawia we właściwej intencji.

– Panie, uczyń mnie narzędziem Twojego pokoju...

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki