Wydawca: Świat Książki Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 194 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka ... i zejdzie na ich głowy nasz gniew! - Marcin Wyrwał

Dziennikarz i reporter Marcin Wyrwał relacjonował rewolucję ukraińską od samego jej początku. Ta książka, pisana w rytm coraz bardziej krwawych wydarzeń w Kijowie, daje okazję do poznania i zrozumienia ludzi, którzy stoją w tym konflikcie po obydwu stronach. To reportaż z samego serca walk na Ukrainie, walk, które mają znacznie bardziej złożony charakter, niż mogłoby się wydawać.  

W ciągu ostatniej godziny dostałem aż trzy przygnębiające informacje. Jedna z bohaterek tej książki, dziewczyna o najpiękniejszych oczach świata, trafiła do szpitala z uszkodzeniem wzroku spowodowanym odłamkiem granatu. W tym samym czasie w Doniecku został śmiertelnie ugodzony nożem zwolennik wolnej Ukrainy. Bez śladu zniknął kolejny bohater mojej książki. A jednak nadzieja, że wszystko skończy się dobrze, nie opuszcza mnie. W ciągu trzech miesięcy na kijowskim Majdanie poznałem ludzi o potężnej sile ducha. Ludzi, którzy swoim uporem w znaczący sposób przysłużyli się ukraińskiej rewolucji. Myślę o kozaku, który rozebrany do naga, bity i poniżany, sam obnażył okrucieństwo swych przeciwników. Myślę o fotografie z pierwszej linii frontu, który każdego ranka żegnał się z żoną w nadziei, że ta zobaczy go wieczorem żywego. Myślę o dwóch mężczyznach, którzy cudem przeżyli atak, w którym zginęło pozostałych piętnastu ludzi z ich oddziału. Myślę o dziewczynie, która samotnie stanęła naprzeciw szpalerowi żołnierzy sił specjalnych. Myślę o lekarzu, który raniony myśliwskim pociskiem nie przestawał reanimować rannego powstańca. Ich gniew, ich siła, ich wytrwałość pozwalają mi trwać w nadziei, że Ukraina ostatecznie wygra swoją wolność. Ta książka jest hołdem złożonym im wszystkim, wolnym Ukraińcom.Marcin Wyrwał

Mam wrażenie, że nie w hollywoodzkim filmie, a na ziemi Ukrainy odbywa się teraz wielka bitwa między Światłem i Ciemnością. Wierzę, że jesteśmy po stronie Światła. I wierzę, że zwyciężymy! – Ołeksandr Irwanec, ukraiński poeta i pisarz, autor słynnego „Riwne/Rowno”

Opinie o ebooku ... i zejdzie na ich głowy nasz gniew! - Marcin Wyrwał

Fragment ebooka ... i zejdzie na ich głowy nasz gniew! - Marcin Wyrwał

Wydawca: RENATA KURYŁOWICZ
Redaktor prowadzący: TOMASZ JENDRYCZKO
Redakcja: ELŻBIETA LEWCZUK
Fotoedytor: MARTYNA TURSKA
Korekta: ANNA SIDOREK, DOROTA WOJCIECHOWSKA
Skład i łamanie: Laguna
Copyright © by Marcin Wyrwał, 2014 Copyright © by Świat Książki Sp. z o.o., Warszawa 2014
ISBN 978-83-7943-848-8
Świat Książki Sp. z o.o. 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2 Księgarnia internetowa: Fabryka.pl
Konwersja: eLitera s.c.

Na barykadzie

Zanim wszystko przyspieszy w niewyobrażalny sposób, wypadki rozwijają się jak na zwolnionym filmie. Powstańcy z drewnianymi pałkami i w pomarańczowych plastikowych kaskach, jakie zwykle nosi się na budowach, niemrawo zajmują pozycje na barykadach. Po drugiej stronie formują szyki – uzbrojeni w kamizelki kuloodporne, kewlarowe hełmy, stalowe tarcze i metalowe pałki – milicjanci oraz jednostki sił specjalnych milicji Berkut. To zawodowcy, skuteczni i brutalni. Połamane kości, pęknięte czaszki, wybite zęby, odklejone siatkówki oka to tylko część długiej listy obrażeń demonstrantów po jednej akcji Berkutu na ulicy Bankowej sprzed dziesięciu dni.

Ale teraz jesteśmy na barykadzie na ulicy Instytuckiej. W dole, na oddalonej o 300 metrów scenie Majdanu, gwiazda ukraińskiej muzyki pop Rusłana, od początku wspierająca rewolucję, nawołuje, by kto żyw gnał na Instytucką. Na efekty nie trzeba długo czekać. Pod barykadą od strony Majdanu gromadzi się coraz więcej pomarańczowych kasków. Po stronie milicji niemal całkowity bezruch. Na prawo czarne mundury milicjantów, na lewo maskujące uniformy Berkutu. Nagle stojący pomiędzy tymi dwiema formacjami dowódca wykrzykuje jakiś rozkaz. Na krótką chwilę po obu stronach barykady zapada całkowita cisza. Dwa kordony uzbrojonych po zęby funkcjonariuszy ruszają w kierunku barykady. I wtedy dwa tysiące ludzi po majdanowej stronie barykady zaczyna śpiewać, niemal wykrzykiwać w stronę milicji hymn Ukrainy, jakby tym krzykiem chcieli powstrzymać to co nieuniknione. Kiedy milicja jest już pod samą barykadą, ludzie zaczynają skandować hasło, które jest obecne na Majdanie od samego początku konfliktu: „Milicja z narodem! Milicja z narodem!”. Ale tej nocy milicja z narodem nie będzie.

Powstańcy kończą hymn. Przez sekundę panuje całkowity bezruch. A potem wszystko przyspiesza w dziki i nieokiełznany sposób.

*

– Trzecia rano to ulubiona godzina Berkutu. Jak mają uderzyć, to wtedy – dowiadujemy się już trzeciego dnia naszego pobytu w Kijowie od Andrija, jednego z członków samoobrony Majdanu. Od tej pory ta informacja mnie oraz mojemu operatorowi i montażyście programów z kijowskiego Majdanu dla Onetu, Robertowi Wróblewskiemu, organizuje życie.

Każdego dnia od wczesnego popołudnia aż do świtu następnego dnia jesteśmy na Majdanie. Wtedy odbywają się najważniejsze wystąpienia polityków, ludzi kultury, aktywistów. Wtedy pojawiają się tu ludzie, z którymi warto pogadać. Śpimy od szóstej rano do południa. Wczesnym popołudniem jemy śniadanie, wpatrując się w internetowy live streaming z Majdanu i przeglądając filmiki i informacje z poranka. Około czternastej idziemy na Majdan Niepodległości.

Majdan w języku ukraińskim oznacza plac. Ale od 2004 roku jest w tym kraju synonimem rewolucji, sprzeciwu wobec władzy, wyrażania przez obywateli swojej woli. W 2004 roku protesty na Majdanie w Kijowie odniosły (wprawdzie krótkotrwałe) zwycięstwo. W 2014 roku sprawa zwycięstwa Majdanu nad władzą prezydenta Wiktora Janukowycza wciąż jest otwarta.

Tamtej nocy z 10 na 11 grudnia wracamy do hotelu wcześniej, żeby zmontować program pod roboczym tytułem „Milicja z narodem”. Opowiada on o tym, jak ludzie z Majdanu dbają o ustawianych w kordonach przed budynkami rządowymi milicjantów, zwykłych chłopaków z poboru, z których wielu chętnie znalazłoby się po drugiej stronie albo po prostu w domu. Ludzie palą w beczkach ogniska i przesuwają beczki w kierunku stojących wiele godzin na mrozie milicjantów, aby ci mogli ogrzać dłonie. Tuż przed północą wysyłamy materiał do Warszawy i wychodzimy z hotelu. Zmierzamy w kierunku Majdanu.

Żeby się orzeźwić po męczącym kilkugodzinnym montażu, idziemy Bulwarem Tarasenki. Noc jest mroźna, dziesięć stopni poniżej zera. Po drodze mijamy zrzuconego z cokołu Lenina. Na powalonym posągu wodza zupełnie innej rewolucji leży młotek. Każdy może odstukać sobie kawałek Lenina na pamiątkę. Taka pamiątka, choć darmowa, nie cieszy się specjalnym zainteresowaniem kijowian. Niecały kwadrans później docieramy na Majdan.

Na ustawionej pośrodku placu scenie przemawia akurat Witalij Kliczko, jeszcze niedawno najlepszy pięściarz wagi ciężkiej na świecie, dziś jeden z trzech głównych przywódców opozycji. Biegniemy za scenę, zaprzyjaźniony ochroniarz wpuszcza nas tam, gdzie media nie mają wstępu. Timing mamy znakomity. Kliczko akurat schodzi ze sceny. Wiem z wcześniejszych kontaktów z nim, że prośba o rozmowę nie zawsze ma sens. Często po prostu zignoruje cię, minie bez słowa. Rozumiem go, jest przemęczony, każdego dnia dziesiątki, jeśli nie setki ludzi czegoś od niego chcą. Ale jestem dziennikarzem i potrzebuję informacji. Ustawiamy się w wąskim przejściu, w którym trudno minąć się dwóm osobom. Robert włącza kamerę, a kiedy Kliczko się zbliża, od razu zaczynam od pytania:

– Panie Kliczko, czy opozycja weźmie udział w okrągłym stole? – pytam o ogłoszoną w rządowych mediach inicjatywę prezydenta Janukowycza. Robert stoi twardo za moimi plecami, świecąc Kliczce w oczy lampą nakamerową.

Kliczko nie zatrzymuje się, cofamy się z podstawionym pod nos mikrofonem. Ten olbrzym mógłby nas wgnieść w barierki jednym ruchem dłoni. Ale docenia naszą taktykę. Uśmiecha się pod nosem, a potem mówi, już całkiem poważnie:

– Jaki okrągły stół? Do tej pory nie dostaliśmy żadnego zaproszenia – odpowiada. – Ale jesteśmy gotowi z nimi rozmawiać. Ważne jest jednak, żeby najpierw oni uwolnili więźniów politycznych, a ludzie, którzy są odpowiedzialni za pobicie pokojowych demonstrantów na ulicy Bankowej, muszą ponieść odpowiedzialność.

W ciągu kilku godzin okaże się, że stawiane przez Kliczkę warunki są całkowitą mrzonką.

Idziemy do centrum prasowego zasięgnąć języka. Rozmawiam z kilkoma znajomymi dziennikarzami. Wszyscy wyczuwają, że sytuacja jest napięta.

– Ale czy będzie większa awantura? – zastanawia się Władymir, kolega z rosyjskich mediów. Tego nie wiedzą nawet najstarsi górale z polskich gór.

O trzeciej nad ranem opuszczamy centrum prasowe z zamiarem powrotu do hotelu, ale po drodze warto zahaczyć o najgorętszą w ostatnich dniach barykadę na ulicy Instytuckiej. Z początku mam wrażenie, że to jakiś żart. Jakby na nas czekali. Barykada właśnie jest uszczelniana. Ktoś krzyczy: „Berkut idzie!”. Zbrojne formacje pojawiają się w górze ulicy schodzącej w kierunku barykady, Majdanu i ulicy Instytuckiej. Zbrojni zatrzymują się sto metrów przed barykadą. Od strony Majdanu nadbiegają ludzie w pomarańczowych kaskach. Rusłana nie przestaje wzywać do mobilizacji. „Większa awantura” właśnie się zaczyna.

Milicja z narodem! Milicja z narodem! skanduje tłum, kiedy funkcjonariusze próbują zbliżyć się do barykady. Nie jest to proste. W szeregach powstańców znajdują się weterani wojny w Afganistanie, byli żołnierze specnazu i całkiem pokaźny zastęp Kozaków. To ludzie, którzy znają się na wojennej taktyce. Wcześniej polali ulicę wodą. Funkcjonariusze próbują utrzymać równowagę na tym lodowisku. Ześlizgują się, jeden za drugim, każdy trzyma za ramię poprzednika. W ten sposób dwa pociągi, jeden milicyjny i drugi berkutowy, dojeżdżają do barykady. Pierwsi wkraczają do akcji milicjanci, młodzi chłopcy z poboru, nieskorzy do walki. Gdy tylko podchodzą do barykady, w ruch idą pałki.

– Nie bijcie ich, oni niewinni! krzyczy dowódca barykady, koordynujący działania powstańców z boku. Atak ustaje, a milicjanci nie kwapią się do działania. Po prostu stoją, próbując utrzymać równowagę na śliskiej nawierzchni.

Wtedy do akcji wchodzi Berkut. Po każdej ze stron znajduje się dwa tysiące ludzi, lecz w bezpośredniej walce uczestniczą tylko ci na pierwszej linii. Tu Berkut ma zdecydowaną przewagę. Żołnierze ściągają ludzi z barykad, w ruch idą pięści i pałki. Pobici są wyrzucam na tyły, gdzie zajmują się nimi siły wsparcia.

Co się dzieje z ludźmi, tam na tyłach? Co oni z nimi robią? Z duszą na ramieniu zeskakujemy z boku barykady i idziemy wzdłuż bocznego kordonu berkutowców, próbując przebić się za plecy funkcjonariuszy. Nie wydają się nami zainteresowani. Zbieram się na odwagę i pytam gościa w kordonie:

– Przepuścisz nas tam na tyły?

– Oj, a ty chyba nie Ukrainiec, ale z akcentu słyszę, że brat Słowianin – odpowiada rosły mężczyzna.

Nie jestem twoim bratem – myślę, ale robię dobrą minę do złej gry, on ma żelazną pałkę, a ja tylko mikrofon. Poza tym mam sprawę do załatwienia.

– To co, przepuścisz brata? – pytam.

– Idźcie dalej, rebiata, za szykiem bojowym was przepuszczą – odpowiada.

I faktycznie, przepuszczają nas. Rozdzielamy się. Robert odchodzi z dużą kamerą, ja zostaję z kamerką gopro. Spoglądam w stronę barykady i widzę jedynie ścianę pleców berkutowców. Co chwila ściana rozstępuje się i jak z procy wylatuje z niej człowiek. Już kilku leży na ulicy. Ludzie z sił porządkowych zwijają się jak w ukropie, odciągając ich na głębokie tyły, do karetek pogotowia, ale też gdzieś dalej. Gdzie? Nie wiem. Tam mnie nie wpuszczają.

Nagle zza kordonu wylatuje pomarańczowy kask i trafia mnie w klatkę piersiową. Łapię go. Sekundę później żołnierze rzucają w moją stronę właściciela kasku. Może dwudziestoletni chłopak pada na oblodzony bruk kilka metrów ode mnie. Wstaje, stawia kilka chwiejnych kroków i ponownie pada na lód. Kucam przy nim. Jest zupełnie otępiały, z nosa obficie płynie krew.

– Potriebuwati dopomogi? (Potrzebujesz pomocy?) – pytam go.

Siedzi na bruku, patrzy na mnie bez zrozumienia. Dopiero po chwili docierają do niego moje słowa. Kiwa potakująco głową. Ale zanim zdążę wykonać jakikolwiek ruch, od tyłu podbiega dwóch berkutowców, chwytają go za ramiona i odciągają. Widzę jeszcze jego wystraszone, okrągłe oczy i chłopak znika, zasłonięty przez oddział przegrupowujących się berkutowców. Kask zostaje ze mną.

Tymczasem Berkut zamierza spuścić w kierunku barykady opancerzone auto, które ma ją staranować. Aby auto nie poleciało z impetem w dół, wiążą je na stalowej linie, po której chcą spuszczać je stopniowo w kierunku Majdanu. Ale zanim stalowa lina się napręży, obwiązuje się nią młoda dziewczyna. Drobna, może metr sześćdziesiąt wzrostu, z plecaczkiem i w czapce, spod której wystają gęste, kręcone włosy. Jeśli samochód przesunie się jeszcze o dwa metry, lina złamie ją niczym kłos trawy. Filmujemy całe zajście, obok nas pojawia się jeszcze jedna kamera, filmuje to także pewnie z setka telefonów komórkowych. Berkutowcy nie mogą jej teraz tak po prostu zbić i wyplątać z liny, szczególnie że ta jest już naprężona. Wycofują auto, a grupa demonstrantów odciąga dziewczynę na bok.

Na tyłach pojawia się coraz więcej rewolucjonistów. Nie biją się z Berkutem, ale każdy ma kamerę lub telefon. Funkcjonariusze zaczynają usuwać ich na bok. Zanim to nastąpi, berkutowcy spod barykady wyrzucają za siebie kolejnego młodego chłopaka. Mimo 10-stopniowego mrozu jest rozebrany do pasa. Klęka na ulicy przed milicją, rozkładając ręce.

– Ludzie! Co wy robicie?! Co wy robicie?! – krzyczy.

Berkut oczyszcza tyły z dziennikarzy. Wycofujemy się na stronę Majdanu. Robert pojawia się na chwilę, a potem znowu znika mi z oczu. Kiedy później będę oglądał jego zdjęcia, zobaczę magiczny kadr zrobiony sponad głów tłumu kotłującego się w oparach gazu łzawiącego.

Gaz zaczyna gryźć w oczy i gardło. Zakładam maseczkę, taką jakich używa się w szpitalach. Nie na wiele się przydaje. Jednak po chwili milicja rezygnuje z rozpylania gazu, bo wiatr znosi go na jej stronę.

Sytuacja zaczyna się uspokajać. Kilkadziesiąt minut od rozpoczęcia akcji Berkut nie bije już mocno. Trwa raczej wzajemna przepychanka. Celem sił rządowych jest zepchnięcie protestujących z barykady. Milicjantom udało się wejść klinem między rewolucjonistów, lecz ci wyciągają ich z kordonu pojedynczo. Gdyby to byli żołnierze Berkutu, to nie chcę nawet myśleć, co by się z nimi stało. Nienawiść do Berkutu jest tu ogromna. Siły specjalne mają już na koncie kilka straszliwych pobić. Jednak dla szeregowych milicjantów protestujący tworzą korytarz, którym pozwalają im uciec do swoich, a za milicjantami, podawane z rąk do rąk, ich tarcze.

Wchodzę w tłum i zbliżam się do kordonu milicjantów.

– Wpuść mnie proszę jednego z rewolucjonistów. Mężczyzna wycofuje się, a ja wchodzę na jego miejsce, żeby zrobić kilka zdjęć kamerką gopro. Zaczynam napierać i... o mało nie wpadam pomiędzy milicjantów. Rozglądam się: milicjanci z jednej strony, a powstańcy z drugiej nie tyle napierają, ile stoją oparci o żelazne tarcze. Nikomu się nigdzie nie spieszy, nikt nie zamierza z nikim się przepychać. Ponad dzielącą ich żelazną tarczą powstaniec podaje milicjantowi zapalonego papierosa.

– A ty skąd? – pyta.

– Z Iwano-Frankiwska – odpowiada milicjant, zaciągając się papierosem.

– Moja babcia jest z Iwano-Frankiwska – mówi powstaniec. – Na długo jeszcze tu zostajecie? – dopytuje, odbierając papierosa.

– Mam nadzieję, że nie, bo zimno jak chuj – odpowiada milicjant. – Mamy was wypchnąć za most, a potem odwrót.

– No to my już za mostem – stwierdza powstaniec.

– Pewnie wam teraz barykadę rozwalimy – informuje go smętnie milicjant, oddając papierosa.

– Spokojnie, odbuduje się – odpowiada powstaniec.

Obaj się śmieją. Papieros przechodzi tam i z powrotem przez tarczę.

Ledwie Ukraińcy dopalają papierosa, a milicja zaczyna się wycofywać. Tworzy się gruby milicyjny kordon, za którym porządkowi rozbierają barykadę.

Krąży tu dowcip, że ukraiński mężczyzna potrzebuje dwóch tygodni na zawieszenie półki na ścianie i dwóch godzin na postawienie barykady. Coś w tym musi być, bo kiedy po kilku godzinach wracamy na Instytucką, barykada stoi w tym samym miejscu. Tyle że wyższa, szersza i dłuższa.

*

Czy idąc tamtej nocy z 10 na 11 grudnia przez opustoszały Kijów, mogłem się spodziewać, że przed upływem kilku godzin będę świadkiem wściekłego starcia czterech tysięcy ludzi? Szczerze mówiąc, tak. Napięcie po obu stronach narastało od kilku dni. Konfrontacja pomiędzy władzą a rewolucjonistami była kwestią czasu. Jednak w najczarniejszych snach nie mogłem przypuszczać, że to gwałtowne starcie będzie jedynie przygrywką do bestialskich aktów przemocy, jakich świadkiem będę tej mroźnej ukraińskiej zimy.

Następnego dnia wróciliśmy do Warszawy. Żegnaliśmy Majdan tryskający nadzieją, pozytywną energią i muzyką. Nigdy go już takim nie zobaczyliśmy. Kiedy wrócimy tu w styczniu, Majdan będzie zupełnie inny będzie mrocznym, wściekłym, zmilitaryzowanym światem, który opłakuje swoich poległych. A ci, którzy przeżyli, będą nam mieli do opowiedzenia historie, które zmrożą nam krew w żyłach.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki