Wydawca: WAB Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 405 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka I że Cię nie opuszczę aż do śmierci - Kate White

 

 

W swojej najnowszej książce – „I że Cię nie opuszczę aż do śmierci”, powraca słynna bohaterka kryminałów Kate White – Bailey Weggins, która po raz kolejny znajdzie się na tropie mordercy. W pewien zimny styczniowy wieczór Weggins odbiera telefon od znajomej poznanej niedawno na ślubie - Ashley Hanes. To co usłyszy zmrozi ją jednak bardziej niż pogoda za oknem. W otoczeniu Ashley i Bailey giną dwie kobiety. Obie śmierci wydają się przypadkowe, jednak jest coś co budzi wątpliwości Ashley – nie tylko zbieżność w czasie obu tragedii, ale i nić łącząca zmarłe kobiety. Obie były druhnami na ślubie ich wspólnej przyjaciółki Peyton Cross. Druhną podczas tej samej ceremonii była również Ashley Hanes, która teraz bojąc się o swoje życie prosi Weggins o zbadanie całej sprawy. Bailey Weggins godzi się pomóc znajomej zaniepokojona dziwnym zbiegiem okoliczności, ale i osobiście poruszona usłyszaną historią – obok państwa młodych w sukience druhny stała i ona.

 

Pasjonująca… Spędzanie czasu z Bailey Weggins to świetna zabawa.

Hilary Williamson, BookLoons.com

 

Wiele rzeczy w tej książce bawi… Bailey jest tak urzekająca jak zawsze, kolejny raz udowadniając, że w zagadkach większe znaczenie ma kto jest w nie zamieszany niż jakie jest ich rozwiązanie.

Booklist

 

Świetna zabawa… rześka i pełna animuszu, idealna dla tych, którzy lubią tajemnice zabarwione emocjonalnością typowej literatury kobiecej.

Amie Taylor, BookReporter.com

 

Ekscytująca… świetny thriller kryminalny.

Harriet Klausner, The BestReviews.com

Opinie o ebooku I że Cię nie opuszczę aż do śmierci - Kate White

Fragment ebooka I że Cię nie opuszczę aż do śmierci - Kate White

KATE

WHI­TE

I ŻE CIĘ NIE OPUSZ­CZĘ AŻ DO ŚMIER­CI

Prze­ło­ży­ła Anna Zel­ler

Ty­tuł ory­gi­na­łu ’Til De­ath Do Us Part

Co­py­ri­ght © 2004 by Kate Whi­te. By ar­ran­ge­ment with the au­thor.

All ri­ghts re­se­rved

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Prze­kład Anna Zel­ler

Re­dak­cja Ew­do­kia Cy­dej­ko

Ko­rek­ta Kry­sty­na Ki­sze­lew­ska

Ad­iu­sta­cja Ma­ria Kar­piń­ska

Pro­jekt okład­ki Krzysz­tof Kieł­ba­siń­ski

Zdję­cie na I stro­nie okład­ki © ra­chus/istock­pho­to.com

Skład TYPO

ISBN 978-83-7881-168-8

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.

00-372 War­sza­wa, ul. Fok­sal 17

tel. 22 828 98 08, 22 894 60 54

biu­ro@gwfok­sal.pl

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej Mi­chał Olew­nik / Wy­daw­nic­two W.A.B.i Mi­chał La­tu­sek / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

Dla Peg Schmidt, fan­ta­stycz­nej przy­ja­ciół­ki na całe ży­cie

Podziękowania

Dzię­ku­ję wszyst­kim, któ­rzy tak bar­dzo mi po­mo­gli w przy­go­to­wa­niach do na­pi­sa­nia tej książ­ki: le­ka­rzo­wi me­dy­cy­ny, Pau­lo­wi Pa­ga­nel­li, or­dy­na­to­ro­wi od­dzia­łu ra­tun­ko­we­go w Mil­ton Ho­spi­tal w Pen­syl­wa­nii; Bar­ba­rze A. But­cher, kie­row­ni­ko­wi czyn­no­ści do­cho­dze­nio­wych w biu­rze głów­ne­go ko­ro­ne­ra No­we­go Jor­ku; dok­to­ro­wi me­dy­cy­ny, Mat­thew J. Fried­ma­no­wi, pro­fe­so­ro­wi wy­dzia­łu psy­chia­trii i far­ma­ko­lo­gii Aka­de­mii Me­dycz­nej Dart­mo­uth; Min­dy Her­mann, dy­plo­mo­wa­nej spe­cja­li­st­ce od die­te­ty­ki oraz by­łej psy­cho­loż­ce FBI Can­dan­ce de­Long.

Spe­cjal­ne po­dzię­ko­wa­nia dla mo­jej re­dak­tor pro­wa­dzą­cej, Ca­ryn Kar­matz Rudy, za nie­oce­nio­ną po­moc.

Rozdział 1

Kie­dy za­dzwo­ni­ła do mnie pew­ne­go stycz­nio­we­go wie­czo­ru i się przed­sta­wi­ła, jej głos wy­dał mi się skądś zna­jo­my. Mó­wi­ła ka­te­go­rycz­nym, po­gar­dli­wym to­nem, jak­by chcia­ła oznaj­mić: „To ja mam to­reb­kę od Mar­ca Ja­cob­sa, a nie ty”.

– Ash­ley Ha­nes – po­wtó­rzy­ła, tym ra­zem z po­iry­to­wa­niem i prze­sad­nie ak­cen­tu­jąc sy­la­by jak ame­ry­kań­ski tu­ry­sta zwra­ca­ją­cy się do ob­co­kra­jow­ca, któ­ry go nie ro­zu­mie. – Spo­tka­ły­śmy się na ślu­bie Pey­ton Cross. By­łam druh­ną, pa­mię­tasz mnie?

Ach tak, rze­czy­wi­ście. Zo­sta­ły­śmy so­bie przed­sta­wio­ne pod ko­niec kwiet­nia w Gre­en­wich, w sta­nie Con­nec­ti­cut, pod­czas sła­wet­ne­go week­en­du, gdy pan­na Cross i pan Sla­vin za­war­li zwią­zek mał­żeń­ski. Ash­ley ukoń­czy­ła eks­klu­zyw­ne li­ceum pry­wat­ne w tej sa­mej kla­sie co pan­na mło­da i pra­co­wa­ła te­raz – je­śli mnie pa­mięć nie myli – jako de­ko­ra­tor­ka wnętrz w Gre­en­wich. Choć pra­ca była dla niej ra­czej ka­pry­sem niż ko­niecz­no­ścią. Przy­po­mnia­łam so­bie, jak wy­glą­da­ła: dłu­gie kasz­ta­no­we wło­sy, szczu­pła jak fran­cu­ska ba­giet­ka i wy­nio­sła jak wszy­scy dia­bli – tak samo jak ten głos w słu­chaw­ce. Za­li­cza­ła się do ko­biet tego po­kro­ju, któ­re w trak­cie przy­ję­cia pa­trzą na czło­wie­ka jak­by był ro­śli­ną do­nicz­ko­wą.

– Ach tak, rze­czy­wi­ście – po­wie­dzia­łam. – Prze­pra­szam, mia­łam ja­kieś za­ćmie­nie. Co u cie­bie?

Wie­dzia­łam mniej wię­cej, co te­raz na­stą­pi. Pi­su­ję dla ma­ga­zy­nu „Gloss” i czę­sto do­sta­ję te­le­fo­ny od lu­dzi, któ­rzy mnie kie­dyś po­zna­li i te­raz ocze­ku­ją po­ra­dy na te­mat mody albo przy­słu­gi zwią­za­nej z ko­nek­sja­mi w wy­daw­nic­twie. Ja jed­nak opi­su­ję dla ma­ga­zy­nu praw­dzi­we hi­sto­rie lu­dzi z kry­mi­nal­nym wąt­kiem w tle i nie mam związ­ku z ca­łym tym blich­trem. Na­zy­wam się Ba­iley Weg­gins, tak przy oka­zji, i żeby było ja­sne – ab­so­lut­nie nie mogę ni­ko­mu ani po­móc zo­stać mo­del­ką Toma For­da, ani za­ła­twić wej­ściów­ki na wy­prze­daż pró­bek Cha­nel, ani po­móc w opu­bli­ko­wa­niu pa­mięt­ni­ków do­ku­men­tu­ją­cych od­sy­sa­nie tłusz­czu i opi­su­ją­cych póź­niej­sze brzyd­kie bli­zny na po­ślad­kach.

– Po­trze­bu­ję two­jej po­mo­cy – za­czę­ła.

– Do­brze – prze­rwa­łam jej – ale je­śli cho­dzi o…

– To bar­dzo po­waż­na spra­wa. Mu­szę z tobą po­roz­ma­wiać.

„Po­waż­na spra­wa” dla ko­goś ta­kie­go jak Ash­ley mo­gła ozna­czać, że jej sty­li­sta wy­je­chał na ty­dzień z mia­sta, ale po­ru­szy­ła mnie nuta nie­po­ko­ju w jej gło­sie.

– Cho­dzi o Pey­ton? – spy­ta­łam. La­tem ze­szłe­go roku roz­ma­wia­łam raz z Pey­ton przez te­le­fon, ale nie wi­dzia­łam jej od dzie­wię­ciu mie­się­cy, czy­li od cza­su, kie­dy oszo­ło­mi­ła pię­ciu­set go­ści zgro­ma­dzo­nych na sali ba­lo­wej sa­ty­no­wą suk­nią ślub­ną od Very Wang z moc­no wy­de­kol­to­wa­nym, usztyw­nio­nym gor­se­tem. Stam­tąd uda­ła się pro­sto na wy­spy grec­kie ze swym świe­żo po­ślu­bio­nym, star­sza­wym mę­żem, Da­vi­dem, któ­ry do­ro­bił się for­tu­ny w świe­cie fi­nan­sów, co­kol­wiek by to mia­ło zna­czyć.

– Nie. To zna­czy tak, ale nie­bez­po­śred­nio. Słu­chaj, to nie jest spra­wa na te­le­fon. Mo­że­my się spo­tkać i po­roz­ma­wiać w czte­ry oczy?

– W po­rząd­ku. Mów, gdzie i kie­dy. Wciąż miesz­kasz w Gre­en­wich?

– Tak, ale dziś je­stem w No­wym Jor­ku. Za­trzy­ma­łam się w ho­te­lu Four Se­asons. Mo­żesz wpaść do mnie na drin­ka?

– Dzi­siaj?! – wy­krzyk­nę­łam. Kil­ka go­dzin temu za­czął sy­pać śnieg, a te­raz przez okno mo­je­go miesz­ka­nia na czter­na­stym pię­trze zo­ba­czy­łam, że nad­cią­ga za­wie­ja. Miesz­kam na wschod­nim krań­cu Gre­en­wich Vil­la­ge na rogu Dzie­wią­tej uli­cy i Broad­wayu. W taką po­go­dę zła­pa­nie tak­sów­ki w kie­run­ku Pięć­dzie­sią­tej Siód­mej bę­dzie cho­ler­nie trud­ne, a w stro­nę po­wrot­ną jesz­cze trud­niej­sze.

– To pil­ne – od­par­ła. – Gdy usły­szysz, co mam ci do po­wie­dze­nia, sama zro­zu­miesz, dla­cze­go mu­si­my się na­tych­miast spo­tkać.

Wy­glą­da­ło na to, że nie mam wy­bo­ru. Była go­to­wa usły­szeć od­mo­wę mniej wię­cej tak samo, jak od­być dłu­gą po­dróż za­tło­czo­nym au­to­bu­sem da­le­ko­bież­nym. Poza tym, je­śli spra­wa rze­czy­wi­ście do­ty­czy­ła Pey­ton Cross, na­wet po­śred­nio, by­łam cie­ka­wa, o co cho­dzi. Po­in­for­mo­wa­łam Ash­ley, że do­jazd zaj­mie mi ja­kieś czter­dzie­ści pięć mi­nut. Umó­wi­ły­śmy się, że gdy będę na miej­scu, za­dzwo­nię do jej po­ko­ju z re­cep­cji, a ona zej­dzie do baru w lob­by.

Kie­dy Ash­ley do mnie za­te­le­fo­no­wa­ła, wła­śnie czy­ta­łam książ­kę, wy­le­gu­jąc się w ulu­bio­nym dre­sie, i po­pi­ja­łam go­rą­ce ka­kao, by uczcić nad­cią­ga­ją­cą śnie­ży­cę. I te­raz niby mia­łam wy­ściu­bić nos z mo­je­go cie­płe­go gniazd­ka? Kil­ka mie­się­cy temu za­an­ga­żo­wa­łam się w sta­ły zwią­zek z fa­ce­tem o na­zwi­sku Jack Her­li­hy, któ­ry wy­kła­dał psy­cho­lo­gię na Geo­r­ge­town Uni­ver­si­ty w Wa­szyng­to­nie, więc wi­dy­wa­li­śmy się tyl­ko w week­en­dy. W ty­go­dniu cza­sem wy­cho­dzi­łam ze zna­jo­my­mi do kina czy na ko­la­cję, ale naj­czę­ściej albo za­szy­wa­łam się w moim miesz­kan­ku, albo uci­na­łam so­bie miłą po­ga­węd­kę z sie­dem­dzie­się­cio­let­nim są­sia­dem, Lan­do­nem. Nie mo­głam się do­cze­kać week­en­dów z Jac­kiem, bo resz­ta wie­czo­rów była za­zwy­czaj tak fa­scy­nu­ją­ca jak trans­mi­sja ob­rad Kon­gre­su w te­le­wi­zji. Ostat­nio Lan­don nie­po­ko­ił się, że pro­wa­dzę się tak, jak­bym lada mo­ment mia­ła za­cząć przy­gar­niać bez­dom­ne koty.

Prze­bra­łam się w ob­ci­słe, ciem­ne dżin­sy, czar­ny golf, a w uszy wpię­łam wiel­kie srebr­ne koła (żeby wy­glą­dać odro­bi­nę bar­dziej ele­ganc­ko). Do tego wło­ży­łam wy­so­kie ko­za­ki, któ­re po trwa­ją­cych pięć mi­nut po­szu­ki­wa­niach wy­grze­ba­łam z sza­fy. Nad Man­hat­tan nad­cią­ga­ła pierw­sza tej zimy śnie­ży­ca.

Wy­szłam na ze­wnątrz i z za­sko­cze­niem stwier­dzi­łam, że na chod­ni­ku leży już pię­cio­cen­ty­me­tro­wa war­stwa śnie­gu. Cięż­kie chmu­ry na nie­bie za­po­wia­da­ły, że to jesz­cze nie ko­niec. Po­sta­no­wi­łam po­je­chać me­trem, li­nią nu­mer 6, z Astor Pla­ce. Po­my­śla­łam, że tak bę­dzie szyb­ciej niż tak­sów­ką, a wy­sią­dę za­le­d­wie kil­ka prze­cznic od ho­te­lu.

Gdy po­ciąg pę­dził tu­ne­lem, a pod­ło­ga wa­go­nu wy­peł­nia­ła się co­raz więk­szą ka­łu­żą top­nie­ją­ce­go śnie­gu, mia­łam wresz­cie czas za­sta­no­wić się, ja­kie kło­po­ty mo­gła mieć cza­ru­ją­ca Pey­ton Cross. Z wia­do­mo­ści, ja­kie do mnie do­cie­ra­ły, wno­si­łam, że żyło jej się kom­for­to­wo. Po­dob­nie jak ja, za­le­d­wie prze­kro­czy­ła trzy­dziest­kę, a już na­zy­wa­no ją dru­gą Mar­thą Ste­wart albo „wier­ną ko­pią Mar­thy Ste­wart”. Tak okre­śla­li ją ci, któ­rzy za­zdro­ści­li jej tak bar­dzo, że nie mo­gli tego znieść. Pro­wa­dzi­ła coś na kształt szko­ły ku­li­nar­nej, fir­my ca­te­rin­go­wej, wy­kwint­nej kuch­ni i skle­pu z żyw­no­ścią na sta­rej far­mie Ivy Hill na obrze­żach Gre­en­wich. Jej pierw­sza książ­ka ku­char­ska wy­szła w tym roku, a ona sama czę­sto go­ści­ła w pro­gra­mach te­le­wi­zji Food Ne­twork. Ostat­nio sły­sza­łam, że jej mąż za­in­we­sto­wał w bu­do­wę stu­dia te­le­wi­zyj­ne­go na far­mie, żeby mo­gła pro­wa­dzić wła­sne show.

Zna­łam ją od pierw­sze­go roku na Uni­wer­sy­te­cie Brow­na. By­ły­śmy wte­dy współ­lo­ka­tor­ka­mi. Try­ska­ła wprost ener­gią i no­si­ła się z nie­prze­sad­nie wy­ra­fi­no­wa­ną spor­to­wą ele­gan­cją, choć za­wsze do­pię­ta na ostat­ni gu­zik. Mia­łam wra­że­nie, że nie bała się ni­cze­go. Była ład­na i choć onie­śmie­la­ła część fa­ce­tów, to więk­szość da­wa­ła się po­rwać jej uro­ko­wi. Za­wsze bie­ga­ło za nią przy­najm­niej kil­ku stra­ceń­ców. Lu­bi­ła atrak­cyj­nych męż­czyzn w ty­pie „nie­grzecz­nych chłop­ców”, ta­kich, co to po­rzu­ca­ją ko­bie­ty, ła­miąc im bez skru­pu­łów ser­ca, ale w więk­szo­ści wy­pad­ków to ona do­mi­no­wa­ła.

By­cie jej współ­lo­ka­tor­ką by­wa­ło za­baw­ne, ale po­twor­nie iry­tu­ją­ce. Po­tra­fi­ła być wy­jąt­ko­wo sa­mo­lub­na i nie­przy­jem­na. Zda­rza­ło jej się umó­wić ze mną na ko­la­cję, a po­tem ka­zać mi sa­mot­nie cze­kać w re­stau­ra­cji przez go­dzi­nę, albo po­ży­czyć mój naj­lep­szy ciuch i po­rzu­cić go gdzieś pod łóż­kiem mię­dzy kłę­ba­mi ku­rzu. Z cza­sem na­uczy­łam się, jak uni­kać sy­tu­acji, w któ­rych do­pro­wa­dza­ła mnie do szew­skiej pa­sji. Po pro­stu na­le­ża­ło mieć nie­wiel­kie ocze­ki­wa­nia i do­brze się ba­wić.

Na dru­gim roku do­sta­ły­śmy po­je­dyn­cze po­ko­je i od tej pory wi­dy­wa­ły­śmy się z rzad­ka, choć po­lu­bi­ły­śmy się do tego stop­nia, że cza­sem wy­pa­da­ły­śmy ra­zem na piwo. Za­przy­jaź­ni­łam się z kil­ko­ma dziew­czy­na­mi, któ­re w od­róż­nie­niu od Pey­ton, sta­no­wi­ły lep­szy ma­te­riał na przy­ja­ciół­ki. Po stu­diach pi­sy­wa­ły­śmy do sie­bie ma­ile, ale nie­zbyt czę­sto. Za­de­biu­to­wa­łam w roli re­por­ter­ki w „Al­ba­ny Ti­mes Union” i „Re­cord” w Ber­gen Co­un­ty, a po­tem ru­szy­łam na Man­hat­tan z na­dzie­ją zna­le­zie­nia pra­cy w któ­rymś z du­żych ma­ga­zy­nów. Za­dzwo­ni­łam więc do niej z proś­bą o po­moc w na­wią­za­niu kon­tak­tów. Pra­co­wa­ła wte­dy dla „Food and Wine” przy opra­co­wy­wa­niu prze­pi­sów. Obie­ca­ła przed­sta­wić mnie kil­ku oso­bom z bran­ży i – ku mo­je­mu zdu­mie­niu – zro­bi­ła to. Za­pro­si­ła mnie też parę razy do Gre­en­wich na przy­ję­cia, któ­re wy­da­wa­ła w ra­mach wła­sne­go, szyb­ko roz­kwi­ta­ją­ce­go biz­ne­su zwią­za­ne­go z ca­te­rin­giem i or­ga­ni­za­cją przy­jęć. Taka wła­śnie była Pey­ton – kie­dy już, już mia­ło się ocho­tę ją skre­ślić na za­wsze z li­sty zna­jo­mych, na­gle sta­wa­ła się do bólu urze­ka­ją­ca.

Nig­dy wcze­śniej nie by­łam na tak luk­su­so­wej im­pre­zie jak jej ślub. Od­by­wał się w hi­sto­rycz­nej re­zy­den­cji na przed­mie­ściach Gre­en­wich, ca­te­ring przy­go­to­wa­ła jej wła­sna fir­ma. Po pierw­sze dla­te­go, że Pey­ton nie wie­rzy­ła, by ktoś inny mógł za­jąć się tym tak do­brze jak ona, a po dru­gie była to dla niej świet­na re­kla­ma. Moi przy­ja­cie­le za­kła­da­li się, że upo­lu­ję na tym we­se­lu ja­kie­goś bo­ga­te­go go­ścia, ale Da­vid Sla­vin był od Pey­ton pięt­na­ście lat star­szy i więk­szość jego przy­ja­ciół czy wspól­ni­ków była ra­czej pro­stac­ki­mi, pod­sta­rza­ły­mi pa­na­mi z brzusz­kiem. To­też więk­szą część przy­ję­cia spę­dzi­łam, flir­tu­jąc z jed­nym z bar­ma­nów.

Kie­dy wy­szłam ze sta­cji me­tra na rogu Pięć­dzie­sią­tej Dzie­wią­tej uli­cy i Le­xing­ton, śnieg pa­dał jesz­cze moc­niej. Ode­tchnę­łam z ulgą, gdy wresz­cie do­tar­łam do wy­so­kie­go, wy­ło­żo­ne­go mar­mu­rem lob­by ho­te­lu Four Se­asons. Za­dzwo­ni­łam z dołu do Ash­ley, by po­in­for­mo­wać ją o przy­by­ciu, i uda­łam się do baru, pro­sząc o dys­kret­nie po­ło­żo­ny sto­lik. Ko­lo­ry wnę­trza – ścia­ny, za­sło­ny i me­ble – wszyst­ko błysz­cza­ło zło­ta­wym be­żem. Jak na mój gust, nie­co za bar­dzo przy­po­mi­na­ło to mau­zo­leum.

Choć przez te­le­fon nie sko­ja­rzy­łam na­zwi­ska Ash­ley, bez tru­du roz­po­zna­łam ją, gdy pew­nym sie­bie kro­kiem zmie­rza­ła do mo­je­go sto­li­ka. Kie­dy szła, ob­ró­ci­ło się za nią kil­ka głów. Roz­ta­cza­ła wo­kół sie­bie tak cha­rak­te­ry­stycz­ną dla bo­ga­tych dziew­czyn aurę pew­no­ści sie­bie i wy­jąt­ko­wo­ści. Wie­le ak­to­rek z pierw­szych stron ga­zet ca­ły­mi la­ta­mi pra­co­wa­ło nad tą ce­chą, na ogół bez­sku­tecz­nie.

Gdy się zbli­ży­ła, za­uwa­ży­łam, że to coś w ko­lo­rze ciem­nej śliw­ki, co mia­ła na so­bie, było fu­trem. Albo za­mie­rza­ła gdzieś wyjść, albo bała się je zo­sta­wić w po­ko­ju. Fu­tro uszy­te z bo­bra, a może z no­rek, wy­da­wa­ło się mięk­kie i pu­szy­ste, z pew­no­ścią kosz­to­wa­ło co naj­mniej dwa­dzie­ścia ty­się­cy do­la­rów. Za­sta­na­wia­łam się, czy na zde­rza­ku jej spor­to­we­go sa­mo­cho­du moż­na było prze­czy­tać NIE HA­MU­JĘ PRZED MA­ŁY­MI ZWIE­RZĘ­TA­MI.

Wsu­nę­ła się na krze­sło po mo­jej le­wej stro­nie, nie za­wra­ca­jąc so­bie gło­wy zdaw­ko­wym cmok­nię­ciem w po­li­czek ani na­wet zwy­kłym „cześć”. Pew­nie uzna­ła, że wy­mie­ni­ły­śmy ko­niecz­ne uprzej­mo­ści pod­czas roz­mo­wy te­le­fo­nicz­nej. Kasz­ta­no­we wło­sy spię­ła z tyłu, pod­kre­śla­jąc smu­kłą, opa­lo­ną twarz. Jej ko­ści po­licz­ko­we zda­wa­ły się tak ostre i wy­so­kie, że gdy­by się za­nad­to do nich zbli­żyć, pew­nie za­dra­snę­ły­by do krwi.

– Za­mó­wi­łaś już? – spy­ta­ła, ener­gicz­nie zdej­mu­jąc fu­tro. Mia­ła na so­bie la­wen­do­wą weł­nia­ną su­kien­kę z de­li­kat­ny­mi buf­ka­mi. Ob­rzu­ci­ła znie­sma­czo­nym spoj­rze­niem moje dżin­sy i golf, jak­bym wło­ży­ła wiel­ki pla­sti­ko­wy śli­niak z na­pi­sem JE­STEM ŚWIN­KĄ.

– Nie, cze­ka­łam na cie­bie – od­rze­kłam.

Ro­zej­rza­ła się po sali i ski­nę­ła na kel­ner­kę. Wy­glą­da­ła na zde­ner­wo­wa­ną. Po­dej­rze­wa­łam, że ma to zwią­zek z tym, co za­mie­rza­ła mi ob­wie­ścić. Nie wi­dzia­łam po­wo­du, by tra­cić ko­lej­ne pięć mi­nut na gad­kę-szmat­kę, to­też gdy tyl­ko za­mó­wi­ła mar­ti­ni, a ja po­pro­si­łam o kie­li­szek ca­ber­ne­ta, wy­pa­li­łam pro­sto z mo­stu:

– No to mów, co się dzie­je.

– Kie­dy ostat­ni raz roz­ma­wia­łaś z Pey­ton?

– Ja­kiś czas temu. Chy­ba la­tem.

– Pa­mię­tasz druh­nę Ja­mie Howe? Bru­net­ka, krót­ko ścię­te wło­sy?

Ja­mie. Spę­dzi­łam z nią spo­ro cza­su pod­czas we­se­la, głów­nie dla­te­go, że też była dzien­ni­kar­ką. Po­zna­ła Pey­ton, kie­dy pra­co­wa­ła w „Food and Wine”, po­tem zo­sta­ła re­dak­tor­ką w ja­kimś in­nym mie­sięcz­ni­ku. Nie prze­pa­da­łam za nią – sta­le na­dą­sa­na i za­wist­na, chy­ba za­zdro­ści­ła Pey­ton suk­ce­su. Cią­gle po­wta­rza­ła, ja­kie to ona mia­ła szczę­ście, zna­czy się Pey­ton, że Da­vid pła­ci za wszyst­kie jej po­my­sły.

– Ja­sne. Miesz­ka w No­wym Jor­ku, no nie?

– Miesz­ka­ła – rzu­ci­ła Ash­ley nie­mal wy­zy­wa­ją­co. – Już nie żyje.

– Żar­tu­jesz! – wy­krzyk­nę­łam. Ta­kiej wia­do­mo­ści się nie spo­dzie­wa­łam. – Jak to się sta­ło?

– Zo­sta­ła po­ra­żo­na prą­dem we wła­snym miesz­ka­niu na Lo­wer East Side. We wrze­śniu.

Na mo­ment od­ję­ło mi mowę. Ash­ley po­cią­gnę­ła so­lid­ny łyk mar­ti­ni. Kie­dy prze­ły­ka­ła, przy­ło­ży­ła wy­pie­lę­gno­wa­ną dłoń do klat­ki pier­sio­wej, jak­by dzię­ki temu al­ko­hol miał ła­twiej spły­wać do żo­łąd­ka. Kie­dy od­sta­wi­ła szklan­kę, po­czu­łam mdły za­pach oli­wek.

– O rany, te­raz so­bie przy­po­mi­nam. Sły­sza­łam, że ktoś z bran­ży zgi­nął w ten spo­sób – po­wie­dzia­łam w koń­cu – ale nie mia­łam po­ję­cia, że to o nią cho­dzi. Co się do­kład­nie sta­ło?

– Bra­ła ką­piel i od­twa­rzacz CD wpadł jej do wan­ny.

– To okrop­ne.

– Wiem. Aż trud­no uwie­rzyć, że nie zda­wa­ła so­bie spra­wy z nie­bez­pie­czeń­stwa, sta­wia­jąc sprzęt tak bli­sko wan­ny.

Mia­ła dziw­ny zwy­czaj koń­czyć wy­po­wiedź po­cią­gnię­ciem no­sem.

– Co masz na my­śli? – za­py­ta­łam. – My­ślisz, że...

– Do ze­szłe­go ty­go­dnia nie­wie­le o tym my­śla­łam – rze­kła wy­raź­nie roz­go­rącz­ko­wa­na. – Nie zna­łam na­wet Ja­mie przed tym ślu­bem. Ale nie uwie­rzysz, co się sta­ło. Dwa ty­go­dnie temu zmar­ła ko­lej­na druh­na. Ro­bin Lol­ly, moja współ­lo­ka­tor­ka.

Wy­pu­ści­łam po­wie­trze tak gło­śno, że na­dę­ty waż­niak sie­dzą­cy przy są­sied­nim sto­li­ku od­wró­cił się w na­szą stro­nę. Ash­ley mia­ła ra­cję – nie mo­głam uwie­rzyć w to, co sły­sza­łam.

– Jak to się sta­ło?

– Bra­ła an­ty­de­pre­san­ty i do­szło do re­ak­cji aler­gicz­nej. Po­łą­czy­ła leki z ja­kimś nie­od­po­wied­nim je­dze­niem. – Tu­taj jej oczy wy­peł­ni­ły się łza­mi, któ­re jak mi się zda­wa­ło, bra­ły się w tym sa­mym stop­niu ze zde­ner­wo­wa­nia, co ze smut­ku.

– Ro­bin? – upew­ni­łam się. – Ta Ro­bin, któ­ra pro­wa­dzi­ła sklep na far­mie Pey­ton?

– Tak, ta sama – po­twier­dzi­ła Ash­ley nie­cier­pli­wie. – Ład­na blon­dyn­ka z dłu­gi­mi wło­sa­mi. Kie­dy się spo­tka­ły­ście, mo­gła uży­wać na­zwi­ska po mężu, At­kins.

– To strasz­ne… – wy­mam­ro­ta­łam. – By­ły­ście ze sobą bli­sko?

– Nie moż­na po­wie­dzieć, że wsko­czy­ły­by­śmy za sobą w ogień – po­trzą­snę­ła gło­wą – ale zna­ły­śmy się od cza­sów li­ceum. Ja, Ro­bin, Pey­ton, Pru­den­ce, któ­ra jak pa­mię­tasz, była świad­ko­wą na ślu­bie, cho­dzi­ły­śmy ra­zem do Gre­en­wich Aca­de­my. W mar­cu Ro­bin za­miesz­ka­ła ze mną, bo po­trze­bo­wa­ła miesz­ka­nia po roz­wo­dzie, a aku­rat wy­pro­wa­dza­ła się moja po­przed­nia współ­lo­ka­tor­ka.

– Umar­ła w domu?

– Nie, wy­je­cha­ła sama na nar­ty do Ver­mont, gdzie odzie­dzi­czy­ła do­mek po ro­dzi­cach. Po­je­cha­ła tam w pią­tek. Pa­to­log stwier­dził, że zmar­ła praw­do­po­dob­nie nie­dłu­go po przy­jeź­dzie. Cia­ło zna­la­zła sprzą­tacz­ka do­pie­ro w po­nie­dzia­łek rano. – Jej głos za­ła­mał się, gdy wy­po­wia­da­ła ostat­nie zda­nie.

– Przy­kro mi – rze­kłam. – To musi być dla cie­bie okrop­ne. I dla Pey­ton też.

– Słu­chaj! – za­wo­ła­ła, chwy­ta­jąc mnie na­gle za ra­mię tak moc­no, że mu­sia­ła­bym chy­ba użyć roz­pie­ra­cza hy­drau­licz­ne­go, żeby się uwol­nić. – Czy nie wy­da­je ci się dziw­ne, że ni z tego, ni z owe­go dwie zdro­we, mło­de ko­bie­ty, bę­dą­ce wcze­śniej na jed­nym ślu­bie, umie­ra­ją w od­stę­pie kil­ku mie­się­cy w tak dzi­wacz­nych oko­licz­no­ściach?

– Chcesz po­wie­dzieć, że ktoś je za­bił? – spy­ta­łam. – Dla­te­go że były druh­na­mi?

– Wiem tyl­ko, że coś tu jest nie w po­rząd­ku, a ja za­czy­nam wa­rio­wać. Ro­bin i Ja­mie na­wet się nie zna­ły przed ślu­bem. Po­tem się za­przy­jaź­ni­ły. A te­raz obie nie żyją. Boję się, że i mnie może się coś po­dob­ne­go zda­rzyć.

– Do­my­ślam się, że moc­no to prze­ży­wasz, ale cała spra­wa wy­glą­da na fa­tal­ny zbieg oko­licz­no­ści, nic wię­cej.

– Wszy­scy tak mó­wią – po­krę­ci­ła gło­wą wzbu­rzo­na. – Pey­ton i resz­ta też.

– No cóż… Masz coś jesz­cze na po­twier­dze­nie swych po­dej­rzeń?

– Po pierw­sze, cała ta hi­sto­ria z po­łą­cze­niem le­ków z nie­do­zwo­lo­nym je­dze­niem wy­da­je mi się ab­sur­dal­na. Ro­bin prze­cież do­sko­na­le wie­dzia­ła, co może jeść, a cze­go nie. Za­wsze mnie o tym uprze­dza­ła, gdy dla nas go­to­wa­łam.

Ja­koś trud­no mi było so­bie wy­obra­zić, że Ash­ley przy­go­to­wu­je po­si­łek w ja­kiś inny spo­sób niż przez za­mó­wie­nie go w wy­kwint­nej re­stau­ra­cji.

– Lu­dzie cza­sem oszu­ku­ją, na­wet gdy są na spe­cjal­nej die­cie, choć za­rze­ka­ją się, że wy­peł­nia­ją wszyst­kie za­le­ce­nia – za­uwa­ży­łam.

Ro­zej­rza­ła się ner­wo­wo po sali, jak­by oba­wia­ła się, że ktoś pod­słu­chu­je i na­chy­li­ła się do mnie.

– Nie ona. Wie­dzia­ła, ja­kie skut­ki może mieć dla niej na­wet drob­ne od­stęp­stwo od die­ty. Nie są­dzę, żeby oszu­ki­wa­ła. Poza tym jest coś jesz­cze. Po śmier­ci Ja­mie Ro­bin sta­ła się ja­kaś dziw­na. Jak­by ner­wo­wa i spię­ta.

– To chy­ba nor­mal­ne w ża­ło­bie – za­su­ge­ro­wa­łam.

– Nie wie­rzę – wes­tchnę­ła. – My­śla­łam, że cho­ciaż ty po­trak­tu­jesz to po­waż­nie. Zda­je się, że sama będę mu­sia­ła za­dbać o wła­sne bez­pie­czeń­stwo.

Była w jej gło­sie ja­kaś nuta sza­leń­stwa. Waż­niak przy sto­li­ku obok zno­wu się obej­rzał. Dla po­stron­nych ob­ser­wa­to­rów wy­glą­da­ło to pew­nie tak, jak­bym pró­bo­wa­ła uci­szyć ko­goś, kto za­żył spo­rą daw­kę koki i te­raz od­la­ty­wał spo­koj­nie w rów­no­le­głe świa­ty.

– Ash­ley, po­słu­chaj. Mu­sisz za­cho­wać spo­kój. Na­wet je­śli sta­ło się naj­gor­sze, je­śli ktoś je za­bił, to może to mieć zwią­zek z ich przy­jaź­nią, a nie z tym, że ba­wi­ły się na jed­nym we­se­lu.

– Nie, nie – po­krę­ci­ła gło­wą. – Też tak my­śla­łam przez ja­kieś czter­dzie­ści se­kund, ale po­tem coś mi się przy­po­mnia­ło. Otóż za­raz po śmier­ci Ja­mie Ro­bin za­czę­ła mnie wy­py­ty­wać o ślub. Chcia­ła wie­dzieć, czy za­uwa­ży­łam tego dnia coś dziw­ne­go.

Po­czu­łam, jak zje­ży­ły mi się wło­ski na kar­ku, jak­bym do tej pory ze znu­dze­niem przy­słu­chi­wa­ła się roz­mo­wie, a te­raz wresz­cie usły­sza­łam coś, co przy­cią­gnę­ło moją uwa­gę.

– Co ro­zu­miesz przez „coś dziw­ne­go”? – za­py­ta­łam.

– Sama nie wiem. Nic mi wte­dy nie przy­szło do gło­wy, może poza tym, że w tych cho­ler­nych suk­niach dru­hen wy­glą­da­ły­śmy jak gi­gan­tycz­ne bezy. Po­pro­si­łam ją, żeby wy­ja­śni­ła, o co jej do­kład­nie cho­dzi, ale od­po­wie­dzia­ła, że nie­waż­ne. Wte­dy nie łą­czy­łam jej py­ta­nia ze śmier­cią Ja­mie, ale te­raz wi­dzę, że to musi mieć zwią­zek.

Za­py­ta­łam, czy opo­wie­dzia­ła to wszyst­ko po­li­cji. Po­wie­dzia­ła o Ja­mie ofi­ce­ro­wi pro­wa­dzą­ce­mu śledz­two w spra­wie śmier­ci Ro­bin, ale ten nie wy­ka­zał naj­mniej­sze­go za­in­te­re­so­wa­nia. Oba wy­pad­ki zda­rzy­ły się w róż­nych sta­nach i po­li­cja nie chcia­ła ich ze sobą łą­czyć.

– Cze­go wła­ści­wie ode mnie ocze­ku­jesz? – spy­ta­łam w koń­cu.

– Przy­jedź do Gre­en­wich. Przyj­rzyj się temu z bli­ska. W koń­cu chy­ba ta­ki­mi wła­śnie spra­wa­mi się zaj­mu­jesz, praw­da?

Ko­bie­ta taka jak Ash­ley nie przy­ję­ła­by do wia­do­mo­ści od­po­wie­dzi, że nie do koń­ca ta­ki­mi spra­wa­mi się zaj­mu­ję. Co praw­da pra­co­wa­łam przy kil­ku mor­der­stwach, ale w za­sa­dzie je­stem tyl­ko re­por­ter­ką. Jed­nak tak ka­te­go­rycz­ne damy in­te­re­so­wa­ło tyl­ko to, czy czło­wiek może im się do cze­goś przy­dać.

Przez chwi­lę po­grą­ży­łam się w za­du­mie, są­cząc wino. Na pierw­szy rzut oka spra­wa rze­czy­wi­ście wy­glą­da­ła na prze­ra­ża­ją­cy zbieg oko­licz­no­ści. Jed­nak py­ta­nie, któ­re Ro­bin za­da­ła Ash­ley na te­mat ślu­bu, nie da­wa­ło mi spo­ko­ju. Poza tym chcia­łam po­ga­dać z Pey­ton. Mu­sia­ła być tym wszyst­kim wstrzą­śnię­ta.

W koń­cu po­wie­dzia­łam Ash­ley, że się zga­dzam. Przy­ja­dę do Gre­en­wich, po­roz­ma­wiam z Pey­ton i być może się ro­zej­rzę. Na­stęp­ny dzień, śro­da, wy­dał mi się od­po­wied­ni na ten go­dzin­ny wy­pad sa­mo­cho­dem. W czwar­tek po po­łu­dniu mu­sia­łam być z po­wro­tem w wy­daw­nic­twie na ko­le­gium re­dak­cyj­nym. Mia­łam wra­że­nie, że Ash­ley ulży­ło. Wzię­łam od niej nu­mer te­le­fo­nu i oświad­czy­łam, że za­dzwo­nię do niej na­stęp­ne­go dnia, kie­dy będę już wie­dzia­ła, o któ­rej ru­szam.

Po­pro­si­ły­śmy o ra­chu­nek. Za­pła­ci­ła, choć przez mo­ment po­my­śla­łam, że za­pro­po­nu­je, że­by­śmy go po­dzie­li­ły. To by­ło­by ty­po­we. Od­pro­wa­dzi­łam ją do win­dy i wy­szłam z ho­te­lu tyl­nym wyj­ściem, pro­sto na 58. Uli­cę. Cią­gle sy­pał gę­sty śnieg, a sa­mo­cho­dy wol­no su­nę­ły po jezd­ni, raz po raz śli­zga­jąc się na mo­krej na­wierzch­ni. Ja­kimś cu­dem po­ja­wi­ła się tak­sów­ka i nikt nie pró­bo­wał mi sprząt­nąć jej sprzed nosa. Kie­dy usa­do­wi­łam się już w cie­płym sa­mo­cho­dzie, po­czu­łam ucisk w żo­łąd­ku. Roz­mo­wa z Ash­ley po­ru­szy­ła mnie.

Kie­dy do­tar­łam z po­wro­tem do domu, zrzu­ci­łam płaszcz oraz buty i nie za­pa­la­jąc świa­tła, opa­dłam na ka­na­pę. Może i nie miesz­kam jak sio­stry Hil­ton, ale jak na sin­giel­kę ży­ją­cą na Man­hat­ta­nie mam cał­kiem przy­tul­ne miesz­kan­ko z jed­ną sy­pial­nią, spo­rym sa­lo­nem, w któ­rym zmie­ścił się na­wet duży stół. No i jesz­cze ta­ras wy­cho­dzą­cy na za­chod­nią stro­nę. Wi­dok co praw­da bez żad­nych fa­jer­wer­ków, ale moim zda­niem fan­ta­stycz­ny. Roz­cią­ga się na dzie­siąt­ki sza­rych, czer­wo­na­wych i pia­sko­wych do­mów oraz set­ki roz­sia­nych po da­chach kon­te­ne­rów na wodę, przy­kry­tych sta­rym gon­tem.

Świa­tła mia­sta od­bi­ja­ją­ce się w śnie­gu za­le­ga­ją­cym na ta­ra­sie roz­ja­śnia­ły sa­lon. Otu­lo­na po­du­cha­mi pró­bo­wa­łam przy­po­mnieć so­bie dzień ślu­bu Pey­ton. Wspo­mnie­nia roz­my­wa­ły się, choć uda­ło mi się przy­wo­łać pew­ne waż­ne szcze­gó­ły. Ce­re­mo­nia, któ­ra od­by­ła się w ko­ście­le pro­te­stanc­kim w Gre­en­wich, za­ję­ła rap­tem pięt­na­ście mi­nut. Za to przy­ję­cie cią­gnę­ło się go­dzi­na­mi. Za­czę­ło się od kok­taj­lu, pod­czas któ­re­go obok in­nych ra­ry­ta­sów ser­wo­wa­no wód­kę z ka­wio­rem. Ko­la­cja skła­da­ła się z pię­ciu dań, wli­cza­jąc w to sery po­da­ne tuż przed de­se­rem.

Z roz­my­ślań wy­rwał mnie dźwięk te­le­fo­nu. Dzwo­nił Jack. Jak zwy­kle, by mi rzec do­bra­noc.

– Pró­bo­wa­łem się do­dzwo­nić wcze­śniej – za­czął. – Nie wie­dzia­łem, że mia­łaś wyjść… – W jego to­nie sły­chać było nie pre­ten­sję, lecz cie­ka­wość.

Po­krót­ce opo­wie­dzia­łam mu całą hi­sto­rię.

– Bez dwóch zdań, to jest dziw­ne – za­uwa­żył. – Ale nie przej­mo­wał­bym się. To za­pew­ne tyl­ko zwy­kły zbieg oko­licz­no­ści.

– Nie­zgod­ny z ra­chun­kiem praw­do­po­do­bień­stwa, nie są­dzisz? – od­par­łam w na­dziei, że Jack, jako psy­cho­log, zdo­ła mi ra­cjo­nal­nie wy­tłu­ma­czyć tę se­kwen­cję wy­da­rzeń.

– Nie­ko­niecz­nie. To się na­zy­wa kla­ster. Czy­li układ lo­so­wych zda­rzeń, któ­ry wy­da­je się nie­przy­pad­ko­wy ze wzglę­du na ich po­nad­prze­cięt­ną licz­bę. Tym­cza­sem nie są one ni­czym wię­cej niż lo­so­wy­mi zda­rze­nia­mi. I na­praw­dę nic nie zna­czą.

Jesz­cze raz mnie za­pew­nił, że­bym się nie przej­mo­wa­ła, po czym prze­szli­śmy do oma­wia­nia pla­nów na week­end. Od razu po­czu­łam się le­piej, ale gdy tyl­ko odło­ży­łam słu­chaw­kę, nie­po­kój wró­cił. Owszem, zgo­da, do dwóch wy­pad­ków mo­gło dojść przy­pad­kiem, ale skąd w ta­kim ra­zie to py­ta­nie Ro­bin: „Czy za­uwa­ży­łaś wte­dy coś dziw­ne­go?”. Nie mo­głam so­bie wy­obra­zić, co ta­kie­go mo­gło się zda­rzyć tego kwiet­nio­we­go po­po­łu­dnia, że aż do­pro­wa­dzi­ło do za­mor­do­wa­nia dwóch ko­biet, któ­re w do­dat­ku do­pie­ro co się po­zna­ły.

Włą­czy­łam świa­tło i po­czła­pa­łam do ma­leń­kie­go ga­bi­ne­tu, w któ­rym kie­dyś się mie­ści­ła gar­de­ro­ba. Prze­szu­ka­łam szu­fla­dę biur­ka i zna­la­złam fo­to­gra­fię z we­se­la przy­sła­ną mi przez Pey­ton na pa­miąt­kę. Obo­je z Da­vi­dem pro­mien­nie się na niej uśmie­cha­li. Na lewo od nich stał świa­dek Da­vi­da, Trip, i kil­ku jego przy­ja­ciół, z któ­ry­mi le­d­wie za­mie­ni­łam sło­wo w cza­sie tego week­en­du. Po pra­wej, obok Pey­ton, sta­ła świad­ko­wa i pięć dru­hen. Po­śród nich ja: krót­kie, zło­to­brą­zo­we wło­sy zmal­tre­to­wa­ne we fry­zu­rze à la Do­ris Day oraz cały metr i sześć­dzie­siąt osiem cen­ty­me­trów cia­ła uwię­zio­ne­go w nie­koń­czą­cych się fał­dach żół­tej ta­fty.

Te­raz ro­zu­mie­cie, dla­cze­go opo­wieść Ash­ley zro­bi­ła na mnie ta­kie wra­że­nie. Ja też by­łam druh­ną na tym ślu­bie.

Rozdział 2

Wiem, nad czym się te­raz za­sta­na­wia­cie. Sko­ro Pey­ton Cross uwa­ża­ła mnie za tak bli­ską przy­ja­ciół­kę, że aż po­pro­si­ła, bym zo­sta­ła druh­ną, dla­cze­go w ta­kim ra­zie nie wi­dzia­ły­śmy się od dnia we­se­la?

No cóż, a sły­sze­li­ście kie­dyś o ta­kim sło­wie jak bri­de­zil­la? To pan­na mło­da, któ­ra swo­im po­twor­nym za­cho­wa­niem ter­ro­ry­zu­je wszyst­kich za­an­ga­żo­wa­nych w or­ga­ni­za­cję ce­re­mo­nii we­sel­nej do tego stop­nia, że w dniu ślu­bu wszy­scy czu­ją się tak, jak­by wa­lec wdep­tał ich w zie­mię. No więc ten ter­min opi­su­je Pey­ton w stu pro­cen­tach. Jak wspo­mi­na­łam, za­wsze była ra­czej ego­istycz­ną oso­bą, ale w ostat­nich ty­go­dniach przed ślu­bem prze­isto­czy­ła się w ist­ne mon­strum, wred­ną ję­dzę.

Nie dość, że wy­bra­ła dla nas te ohyd­ne suk­nie, to jesz­cze za­ży­czy­ła so­bie, że­by­śmy mia­ły na so­bie ta­kie same do­dat­ki, włą­cza­jąc w to iden­tycz­ne poń­czo­chy od Don­ny Ka­ran (szcze­rze mó­wiąc, dzi­wi­łam się, że nie spraw­dzi­ła, czy na­sze majt­ki są od­po­wied­nio do­pa­so­wa­ne). Mia­ła wa­riac­kie wy­ma­ga­nia co do na­sze­go wy­glą­du. Na dwa mie­sią­ce przed ślu­bem nie wol­no nam było się opa­lać, po­nie­waż nie chcia­ła wy­glą­dać na bled­szą od nas. Nie wol­no nam też było zmie­niać fry­zu­ry bez jej po­zwo­le­nia. Cią­gle wy­sy­ła­ła nam ma­ilem ela­bo­ra­ty na te­mat na­szych obo­wiąz­ków do­ty­czą­cych uro­czy­sto­ści. W wie­czór przed ślu­bem, z po­wo­du stłucz­ki, spóź­ni­ły­śmy się dwa­dzie­ścia pięć mi­nut na pró­bę ge­ne­ral­ną. Za­miast się za­in­te­re­so­wać, czy nic nam się nie sta­ło, zbesz­ta­ła nas z góry na dół przy wszyst­kich go­ściach za to, że za­bu­rzy­ły­śmy plan wie­czo­ru.

By­łam na­praw­dę za­sko­czo­na, że Pey­ton w ogó­le za­pro­si­ła mnie na ten cho­ler­ny ślub. A wła­ści­wie po­in­for­mo­wa­ła, że do­stą­pił mnie taki za­szczyt. Za­sto­so­wa­ła na­wet spe­cjal­ną stra­te­gię. Po­przed­niej je­sie­ni ni stąd, ni zo­wąd za­dzwo­ni­ła do mnie, py­ta­jąc, ja­kie mam pla­ny na trze­ci week­end kwiet­nia. Kie­dy od­po­wie­dzia­łam, że nic mi nie przy­cho­dzi do gło­wy, za­pro­po­no­wa­ła rolę druh­ny, nie po­zo­sta­wia­jąc szan­sy na od­mo­wę. Przy­po­mnia­ła mi, że jesz­cze na stu­diach obie­cy­wa­ła, że nie­za­leż­nie od tego, kie­dy bę­dzie wy­cho­dzić za mąż, ja będę obec­na na tym ślu­bie. Mu­sia­łam być wte­dy nie w for­mie, bo za nic nie mo­głam so­bie przy­po­mnieć ta­kiej umo­wy.

Pod ko­niec week­en­du we­sel­ne­go wszyst­kie druh­ny nie ukry­wa­ły pra­gnie­nia, żeby to wszyst­ko wresz­cie się skoń­czy­ło. At­mos­fe­ra była dra­ma­tycz­na i każ­da z nas ob­wi­nia­ła o to Pey­ton. Ślub, w do­dat­ku z jed­nym z naj­bo­gat­szych lu­dzi w mie­ście, od­po­wie­dzial­ność za ca­te­ring na wła­snym we­se­lu do­pro­wa­dzi­ły ją do po­twor­ne­go stre­su, tak że jej za­cho­wa­nie sta­ło się nie do znie­sie­nia. Po­nie­waż kil­ka z dru­hen dla niej pra­co­wa­ło, mo­gły albo jej wy­ba­czyć, albo za­po­mnieć o na­stęp­nej pen­sji. Ja jed­nak nie mia­łam ta­kich roz­te­rek i żad­na ilość ostryg, ka­wio­ru z bie­łu­gi czy szam­pa­na Veu­ve Cli­qu­ot nie mo­gła spra­wić, bym pu­ści­ła w nie­pa­mięć jej wred­ne za­cho­wa­nia. Zde­cy­do­wa­łam więc, że przez ja­kiś czas nie będę z nią utrzy­my­wać kon­tak­tu. Kie­dy za­dzwo­ni­ła w sierp­niu, by za­pro­sić mnie do swej szko­ły ku­li­nar­nej z ja­kiejś tam oka­zji, grzecz­nie od­mó­wi­łam. My­ślę, że zo­rien­to­wa­ła się, że by­łam na nią wście­kła. Cho­ciaż, może wca­le nie. Wte­dy wie­dzia­łam już, że Pey­ton Cross dba tyl­ko o wła­sne sa­mo­po­czu­cie.

Ża­den z tych po­wo­dów nie po­wstrzy­mał mnie jed­nak przed za­te­le­fo­no­wa­niem do niej na­stęp­ne­go dnia, w śro­dę rano tuż po za­pa­rze­niu so­bie kawy. Ode­brał ktoś obcy, pew­nie po­moc do­mo­wa, któ­ra po­in­for­mo­wa­ła mnie, że Pey­ton wy­szła już na far­mę. Zo­sta­łam prze­łą­czo­na na jej ko­mór­kę.

– Och, Ba­iley, jak do­brze, że dzwo­nisz – rze­kła, gdy do­wie­dzia­ła się, że wiem o ostat­nich wy­pad­kach. – Jak się za­pew­ne do­my­ślasz, zro­bi­ło się tu strasz­nie.

Oznaj­mi­łam jej, że wy­bie­ram się do Gre­en­wich w po­rze lun­chu i że chcia­ła­bym wpaść do niej na far­mę i po­roz­ma­wiać. Wy­ja­śni­łam, że po­ru­szy­ła mnie śmierć jej ko­le­ża­nek i że w związ­ku z tym chcia­ła­bym za­mie­nić z nią parę zdań. Wa­ha­ła się przez kil­ka se­kund – nie wiem, czy z po­wo­du za­sko­cze­nia moją pro­po­zy­cją, czy dla­te­go, że nie mia­ła ocho­ty mnie wi­dzieć – tak czy owak po chwi­li od­par­ła, że­bym ko­niecz­nie przy­je­cha­ła.

Po­tem za­dzwo­ni­łam do Ash­ley, któ­ra na­tych­miast ode­bra­ła te­le­fon. Usta­li­ły­śmy, że naj­pierw za­bio­rę ją z miesz­ka­nia, a po­tem ra­zem po­je­dzie­my na far­mę. Ash­ley po­bież­nie wy­tłu­ma­czy­ła mi, jak do niej do­je­chać. Lu­dzie miesz­ka­ją­cy w eks­klu­zyw­nych dziel­ni­cach za­wsze mają wra­że­nie, że wszy­scy wie­dzą, jak się tam do­stać, mu­sia­łam więc spoj­rzeć na plan mia­sta w In­ter­ne­cie.

Po­pro­si­łam, by wy­sta­wio­no z ga­ra­żu mo­je­go je­epa na je­de­na­stą, po czym wy­ko­na­łam kil­ka te­le­fo­nów, żeby do­wie­dzieć się wię­cej na te­mat wy­pad­ków Ro­bin i Ja­mie. Naj­pierw za­dzwo­ni­łam do Pau­la Pe­tro­cel­li, le­ka­rza po­go­to­wia ra­tun­ko­we­go. Zro­bi­łam z nim kie­dyś wy­wiad w związ­ku z jed­nym z mo­ich ar­ty­ku­łów i od tego cza­su chęt­nie mi po­ma­gał. Szczę­śli­wie aku­rat ni­ko­go nie zszy­wał ani nie płu­kał ni­czy­je­go żo­łąd­ka, miał więc kil­ka mi­nut na roz­mo­wę. Za­py­ta­łam, czy zna ja­kieś leki prze­ciw­de­pre­syj­ne, któ­re wcho­dzą w nie­bez­piecz­ne in­te­rak­cje z je­dze­niem.

– In­hi­bi­to­ry MAO – od­po­wie­dział bez za­sta­no­wie­nia.

– A mo­żesz ja­śniej?

– In­hi­bi­to­ry mo­no­ami­no­ok­sy­da­zy to ro­dzaj an­ty­de­pre­san­tów. Po­da­je się je pa­cjen­tom, któ­rzy nie re­agu­ją na le­cze­nie no­wo­cze­sny­mi le­ka­mi, ta­ki­mi jak pro­zac. Były bar­dzo po­pu­lar­ne swe­go cza­su, ale póź­niej oka­za­ło się, że mają po­waż­ną wadę: jed­no­cze­sne przyj­mo­wa­nie le­ków i nie­któ­rych po­traw może do­pro­wa­dzić do nie­bez­piecz­ne­go sko­ku ci­śnie­nia, cza­sem ze skut­kiem śmier­tel­nym.

– O ja­kie po­tra­wy cho­dzi?

– Li­sta jest dość dłu­ga. Każ­de fer­men­to­wa­ne je­dze­nie, kon­ser­wo­wa­ne albo wę­dzo­ne mię­so jak sa­la­mi i tego typu rze­czy. Sos so­jo­wy, ka­wior, wą­trób­ki dro­bio­we też, wy­da­je mi się. Piwo. I ser. Ser na­le­ży ob­cho­dzić sze­ro­kim łu­kiem. Wy­so­kie ci­śnie­nie, o ja­kim mó­wi­my, na­zy­wa­ne jest na­wet cza­sem „re­ak­cją na ser”.

– Co do­kład­nie się może stać?

– No do­brze, opo­wiem ci, ale prze­rwij mi, gdy będę mó­wił nie­zro­zu­mia­le. Wszyst­kie po­tra­wy, któ­re wy­mie­ni­łem, za­wie­ra­ją ty­ra­mi­nę, czy­li zwią­zek, któ­ry wpły­wa na ci­śnie­nie krwi. En­zy­my MAO w spo­sób na­tu­ral­ny po­zby­wa­ją się nad­mia­ru ty­ra­mi­ny z or­ga­ni­zmu. Ale je­śli przyj­mu­jesz in­hi­bi­to­ry MAO, któ­re po­ma­ga­ją ulżyć w de­pre­sji, to po­zby­wa­nie się jej jest utrud­nio­ne. Ty­ra­mi­na za­czy­na się gro­ma­dzić, co może się skoń­czyć uda­rem mó­zgu.

– Więc ktoś mu­siał­by być na­praw­dę głu­pi, żeby ce­lo­wo jeść któ­rą­kol­wiek z tych rze­czy? Czy tak?

– Tak, ale nie­któ­rzy nie mogą się po­wstrzy­mać i pró­bu­ją się oszu­kać. Jak na każ­dej in­nej die­cie. Skosz­tu­ją mały ka­wa­łek i wi­dzą, że nic złe­go się nie dzie­je. Może tak się zda­rzyć, bo nie każ­de je­dze­nie za­wie­ra jed­na­ko­wą ilość ty­ra­mi­ny. Może się udać raz, dwa razy, a za trze­cim ra­zem doj­dzie do sko­ku ci­śnie­nia.

– Po ja­kim cza­sie od spo­ży­cia wy­stę­pu­je re­ak­cja?

– Po kil­ku go­dzi­nach. Nie jest na­tych­mia­sto­wa.

– Ostat­nie py­ta­nie. Da­ło­by się w taki spo­sób za­mor­do­wać ko­goś, kto przyj­mu­je in­hi­bi­to­ry MAO?

– Ba­iley, a ty za­wsze o mor­der­stwie, co? – za­śmiał się. – No cóż, pew­nie da­ło­by się ja­koś prze­my­cić te za­ka­za­ne pro­duk­ty do po­sił­ku. Jed­nak za­zwy­czaj lu­dzie po pro­stu od­pusz­cza­ją so­bie za­kaz sku­sze­nia się ka­wał­kiem pysz­ne­go, mięk­kie­go brie, co oka­zu­je się śmier­tel­nym błę­dem.

Po­dzię­ko­wa­łam za in­for­ma­cję i roz­łą­czy­łam się. Po­tem za­dzwo­ni­łam do re­dak­tor­ki dzia­łu ku­li­nar­ne­go w „Gloss”, któ­ra jak się do­wie­dzia­łam, wi­dy­wa­ła się z Ja­mie i pew­nie zna­ła ja­kieś szcze­gó­ły do­ty­czą­ce jej śmier­ci. Nikt nie ode­brał, zo­sta­wi­łam więc wia­do­mość. Z na­szej do­tych­cza­so­wej współ­pra­cy wie­dzia­łam, że zwy­kle mija kil­ka dni, nim od­słu­cha pocz­tę gło­so­wą.

Kie­dy wy­szłam z domu, tuż po je­de­na­stej, mia­sto wy­glą­da­ło jak z baj­ki. War­stwa nie­ska­zi­tel­nie bia­łe­go pu­chu mie­ni­ła się w słoń­cu ni­czym skar­biec Ali Baby. Sa­mo­cho­dy nie zdą­ży­ły jej jesz­cze ze­pchnąć na po­bo­cze, gdzie nie­chyb­nie zmie­ni­ła­by się w brud­ne za­spy.

Po­dróż do Gre­en­wich oka­za­ła się dużo ła­twiej­sza, niż się spo­dzie­wa­łam. Au­to­stra­dy były czy­ste, a ruch nie­wiel­ki. Jed­nak w Gre­en­wich wszyst­ko się po­psu­ło. Głów­na uli­ca peł­na ele­ganc­kich bu­ti­ków, Gre­en­wich Ave­nue, cał­kiem się za­kor­ko­wa­ła. Lu­dzie naj­wy­raź­niej nie go­dzi­li się, by po­go­da prze­szka­dza­ła im w za­ku­pach dro­gich win czy kasz­mi­ro­wych swe­trów.

Kie­dyś mój były mąż za­su­ge­ro­wał, że­by­śmy po­my­śle­li o prze­pro­wadz­ce na przed­mie­ścia i nie­mal do­sta­łam ata­ku pa­ni­ki. Za­ko­cha­łam się w No­wym Jor­ku i nie wy­obra­ża­łam so­bie, bym mo­gła gdzie in­dziej miesz­kać. Po­tem zo­rien­to­wa­łam się, że mój naj­droż­szy jest bez­na­dziej­nie uza­leż­nio­nym ha­zar­dzi­stą i szyb­ko sta­ło się ja­sne, że już nig­dy i nig­dzie nie bę­dzie­my ra­zem miesz­kać.

Kie­dy w koń­cu do­tar­łam na miej­sce, Ash­ley otwo­rzy­ła drzwi tak samo szyb­ko, jak ode­bra­ła te­le­fon. Urze­ka­ła kre­acją w od­cie­niu doj­rza­łej brzo­skwi­ni, a w ręku trzy­ma­ła tlą­ce­go się pa­pie­ro­sa, cien­kie­go i su­per­dłu­gie­go, jak ru­ro­ciąg na Ala­sce.

– Ład­nie tu – po­wie­dzia­łam, wcho­dząc do środ­ka.

W sa­lo­nie do­mi­no­wa­ła czer­wień i zło­to, a wszę­dzie prze­wi­jał się mo­tyw mał­py. Małp­ki tań­czy­ły na tka­ni­nach, lam­py mia­ły kształt mał­py, mał­pa na ple­cach pod­trzy­my­wa­ła szkla­ną kulę z po­tpo­ur­ri.

– Sama urzą­dza­łaś?

– Oczy­wi­ście – od­par­ła pro­tek­cjo­nal­nym i po­iry­to­wa­nym to­nem. – Prze­cież je­stem de­ko­ra­tor­ką wnętrz. Na­pi­jesz się cze­goś?

– Za­bi­ła­bym za łyk kawy – po­wie­dzia­łam, a ona chy­ba skrzy­wi­ła się, sły­sząc taki ple­bej­ski zwrot.

– Mam tyl­ko eks­pre­so­wą w to­reb­kach, taką jak her­ba­ta – po­in­for­mo­wa­ła. Tak bar­dzo chcia­ło mi się kawy, że nie od­mó­wi­łam.

Za­pro­wa­dzi­ła mnie do ma­łej kuch­ni wy­po­sa­żo­nej w czar­no-zie­lo­ny blat z gra­ni­tu i błysz­czą­ce, no­wiut­kie sprzę­ty AGD. Nig­dzie nie było ani śla­du bru­du czy tłusz­czu. Wszyst­ko w ide­al­nym po­rząd­ku i na swo­im miej­scu.

Ash­ley zga­si­ła pa­pie­ro­sa i na­peł­ni­ła wodą czaj­nik. Kie­dy za­pa­la­ła pal­nik ku­chen­ki, za­uwa­ży­łam, że jej ru­chy są ner­wo­we. Wy­da­wa­ła się tak samo spię­ta jak po­przed­nie­go wie­czo­ru.

– Ash­ley, uspo­kój się – po­wie­dzia­łam.

– Wczo­raj, jesz­cze przed na­szym spo­tka­niem, my­śla­łam, że jak z kimś po­roz­ma­wiam o mo­ich lę­kach, to mi przej­dzie. Tak się nie sta­ło. Je­stem jesz­cze bar­dziej prze­ra­żo­na.

– To na­praw­dę wy­glą­da na zbieg oko­licz­no­ści.

– Nie daje mi spo­ko­ju to py­ta­nie, któ­re za­da­ła Ro­bin: czy za­uwa­ży­łam coś dziw­ne­go pod­czas ślu­bu?

– Prze­cież gdy je za­da­wa­ła, mo­gło wca­le jej nie cho­dzić o śmierć Ja­mie. Opo­wiedz, jak to się sta­ło, że się za­przy­jaź­ni­ły?

– Z tego, co mi opo­wia­da­ła, po pro­stu za­czę­ły ze sobą roz­ma­wiać pod­czas pró­by albo już na sa­mym ślu­bie. Ja­mie wła­śnie z kimś ze­rwa­ła, a Ro­bin roz­sta­wa­ła się z mę­żem. Wspo­mi­na­ła po­tem, że w kół­ko wał­ko­wa­ły ten sam te­mat. Moż­na po­wie­dzieć, że zbli­ży­ły się do sie­bie z po­wo­du złych fa­ce­tów.

Ash­ley pod­sko­czy­ła na ostry gwizd czaj­ni­ka. Na­peł­ni­ła wrząt­kiem ja­sno­czer­wo­ny ku­bek i kil­ka­krot­nie za­nu­rzy­ła w nim to­reb­kę z kawą. Jej mina zdra­dza­ła obrzy­dze­nie, jak­by mo­czy­ła w kub­ku zde­chłą mysz.

– Mle­ka?

– Tak, po­pro­szę. Czy to dla­te­go Ro­bin bra­ła in­hi­bi­to­ry MAO? Z po­wo­du roz­wo­du?

– Słu­cham?

– In­hi­bi­to­ry MAO. My­ślę, że to wła­śnie ta­kie an­ty­de­pre­san­ty bra­ła.

– Ro­bin mia­ła pro­blem z de­pre­sją od cza­su li­ceum. Pró­bo­wa­ła brać pro­zac czy pa­xil, ale nie dzia­ła­ły. Za­wsze do­ku­cza­ły jej skut­ki ubocz­ne. Ze­szłe­go lata le­karz prze­pi­sał jej ten inny lek, o któ­rym mó­wisz, i za­czę­ła się czuć świet­nie.

– Cięż­ko jej było utrzy­mać die­tę? Zro­bi­łam małe ro­ze­zna­nie i oka­zu­je się, że li­sta pro­duk­tów, któ­rych nie moż­na jeść pod­czas przyj­mo­wa­nia tego leku, jest dość dłu­ga.

– Na pew­no było jej cięż­ko. Ro­bin uwiel­bia­ła do­brze zjeść. Na­wet Pey­ton się na nią wście­kła, bo przy­bra­ła parę ki­lo­gra­mów przed ślu­bem. Ale to nie zna­czy, że zja­dła­by ja­kiś ry­zy­kow­ny pro­dukt. Tak jak ci wczo­raj mó­wi­łam, była bar­dzo ostroż­na w kwe­stii die­ty.

– Wiesz, kto był jej psy­chia­trą?

– Nie, ale... – pod­bie­gła ner­wo­wo do szu­fla­dy i szarp­nę­ła ją. Wy­ję­ła po­gnie­cio­ną kar­tecz­kę i po­da­ła mi. Wid­nia­ły na niej ini­cja­ły C.B. i nu­mer te­le­fo­nu z kie­run­ko­wym, któ­re­go nie roz­po­zna­łam. – Ro­bin trzy­ma­ła to na lo­dów­ce. Kie­dy za­py­ta­łam ją, co to jest, od­po­wie­dzia­ła, że to jej li­nia ży­cia.

– Masz tu jesz­cze jej rze­czy? – za­py­ta­łam, prze­pi­su­jąc nu­mer z kart­ki do no­te­su.

– Nie­wie­le. Jej ro­dzi­ce nie żyją, ale brat miesz­ka w mie­ście. Kil­ka dni po po­grze­bie ni z tego, ni z owe­go po­ja­wił się tu­taj z żoną i za­brał jej ubra­nia, bi­żu­te­rię i pa­pie­ry. Za­cho­wy­wa­li się bar­dzo ob­ce­so­wo i pa­trzy­li na mnie, jak­bym przy­własz­cza­ła so­bie jej rze­czy.

Za­py­ta­łam, czy mogę zo­ba­czyć to, co zo­sta­ło. Za­pro­wa­dzi­ła mnie do sy­pial­ni na gó­rze. Po­kój był za­ska­ku­ją­co pu­sty: kre­mo­we ścia­ny, pro­ste bia­łe ro­le­ty i poza sze­ro­kim łóż­kiem, to­a­let­ką i biur­kiem żad­nych me­bli czy de­ko­ra­cji.

– Nie­źle wy­mie­cio­ne – za­uwa­ży­łam.

– Kie­dy Ro­bin tu miesz­ka­ła, po­kój wy­glą­dał bar­dzo po­dob­nie. Nig­dy nie za­dba­ła o urzą­dze­nie tego miej­sca. My­ślę, że po­trze­bo­wa­ła cza­su, żeby oswo­ić się z my­ślą, że zo­sta­ła sama.

– Dla­cze­go się roz­sta­li?

– Bra­ce jest ma­kle­rem na Wall Stre­et i ma kom­plet­ne­go świ­ra na punk­cie pra­cy. Kie­dy byli mał­żeń­stwem, pra­wie każ­de­go wie­czo­ru wy­cho­dził z klien­ta­mi, a w środ­ku nocy za­wsze ktoś do nie­go dzwo­nił, na przy­kład z Ja­po­nii. Nig­dy nie miał cza­su dla Ro­bin, a to tyl­ko po­głę­bia­ło jej de­pre­sję. Oczy­wi­ście, gdy ode­szła, za­czął wy­dzwa­niać, prze­pra­szać i obie­cy­wać, że się zmie­ni. Roz­wa­ża­li kil­ka razy, żeby się po­now­nie zejść, ale ona zda­wa­ła so­bie spra­wę, że i tak nic się nie zmie­ni. W koń­cu to zro­zu­miał i się od­cze­pił.

Po­de­szłam do ma­łe­go biur­ka i obej­rza­łam je. Nic szcze­gól­ne­go nie za­uwa­ży­łam: pu­ste se­gre­ga­to­ry, ko­per­ty, ka­ta­lo­gi ze sprzę­tem ku­chen­nym.

– Na czym kon­kret­nie po­le­ga­ła pra­ca Ro­bin dla Pey­ton?

– Od­po­wia­da­ła za za­ku­py i była kie­row­ni­kiem skle­pu. Za­ma­wia­ła sprzęt ku­chen­ny i żyw­ność, któ­rą sprze­da­wa­li. Pey­ton mia­ła po­mysł na li­nię wła­snych pro­duk­tów i tym też się zaj­mo­wa­ła Ro­bin.

– Były bli­sko ze sobą?

– Do­syć. Zna­ły się od pod­sta­wów­ki. Cho­ciaż my­ślę, że ta re­la­cja bar­dziej niż na praw­dzi­wej przy­jaź­ni opie­ra­ła się na tym, że zży­ły się przez tyle lat. Ten układ z pra­cą od­po­wia­dał im obu. Ro­bin zda­wa­ła so­bie spra­wę, że nie po­do­ła­ła­by żad­ne­mu po­waż­niej­sze­mu sta­no­wi­sku biu­ro­we­mu, a pro­wa­dze­nie skle­pu bar­dzo jej od­po­wia­da­ło. Z ko­lei Pey­ton za­wsze wo­la­ła ota­czać się ludź­mi, któ­rych zna­ła. Szcze­rze mó­wiąc, za­chę­ca­łam Ro­bin, żeby po­my­śla­ła o czymś no­wym, szcze­gól­nie od­kąd le­piej się po­czu­ła. Pey­ton... no wiesz, wi­dzia­łaś ją w ak­cji. Przez ostat­ni rok sta­ła się bar­dzo wy­ma­ga­ją­ca. Pra­ca u niej to nie­lek­ki ka­wa­łek chle­ba.

– A ty? Też dla niej pra­cu­jesz, praw­da?

– Tak – od­po­wie­dzia­ła, po­cią­ga­jąc no­sem – ale spo­ra­dycz­nie. Pey­ton wy­ro­bi­ła się w de­ko­ro­wa­niu, kie­dy urzą­dza­ła dom, i te­raz nad­zo­ru­je więk­sze pro­jek­ty sama. Kie­dy po­ja­wia się coś mniej­sze­go i mniej waż­ne­go, wte­dy za­trud­nia mnie. Te­raz wła­śnie pra­cu­ję nad no­wym pro­jek­tem dla niej: prze­kształ­cam si­los w ga­le­rię. Pey­ton nie za­wra­ca­ła­by so­bie gło­wy czymś ta­kim.

– Nie prze­szka­dza­ło ci, że da­wa­ła ci mniej zle­ceń?

– Nie, moja fir­ma nie­źle się roz­krę­ci­ła. Czę­ścio­wo dzię­ki pro­jek­tom, któ­re ro­bi­łam dla Pey­ton. – W jej sło­wach nie było sły­chać wdzięcz­no­ści ani też nie­chę­ci, jak­by Ash­ley za­ak­cep­to­wa­ła to, że Pey­ton daje i od­bie­ra.

Otwo­rzy­łam szu­fla­dę biur­ka. W środ­ku le­ża­ło kil­ka ar­ty­stycz­nych pocz­tó­wek, parę dłu­go­pi­sów spię­tych gum­ką, pil­nik do pa­znok­ci i pa­pe­te­ria. Unio­słam pa­pie­ry, by spraw­dzić, co jest pod spodem. Spo­strze­głam ko­per­tę z za­kła­du fo­to­gra­ficz­ne­go. Za­wie­ra­ła chy­ba ze dwa tu­zi­ny fo­to­gra­fii ze ślu­bu Pey­ton. Za­czę­łam im się uważ­nie przy­glą­dać.

– Prze­ka­za­łam pu­dło ze zdję­cia­mi Ro­bin jej bra­tu, ale tego nie za­uwa­ży­łam – rze­kła Ash­ley. – Może zro­bi­ła je tym jed­no­ra­zo­wym apa­ra­tem, wiesz… jed­nym z tych, któ­re le­ża­ły na sto­łach...? Mie­li­śmy je zwró­cić w re­cep­cji przy wyj­ściu. Pa­mię­tasz? Wi­dać Ro­bin po­sta­no­wi­ła za­cho­wać go dla sie­bie.

– Taak, tyl­ko że...

– Tyl­ko, że co? – spy­ta­ła Ash­ley z lę­kiem w gło­sie. Wy­da­wa­ło się, że za­raz z byle po­wo­du wpad­nie w hi­ste­rię.

– Nie są­dzę, żeby to Ro­bin je pstry­ka­ła – wy­ja­śni­łam. – Wi­dzisz, ona jest na wie­lu z nich. I nie są po­zo­wa­ne, nie są­dzę więc, żeby pro­si­ła ko­goś, by je ro­bił.

Przej­rza­łam zdję­cia jesz­cze raz. Na dwóch Pey­ton pre­zen­to­wa­ła pięk­ną suk­nię ślub­ną. Na in­nym Pey­ton i Da­vid ści­ska­li się w na­mięt­nym po­ca­łun­ku pod tre­lia­żem. Było też kil­ka fo­tek przed­sta­wia­ją­cych go­ści, jak roz­ma­wia­ją i tań­czą, oraz parę ujęć dru­hen. Wszyst­kich, oprócz jed­nej.

– My­ślę, że to Ja­mie ro­bi­ła te zdję­cia, nie Ro­bin – za­wy­ro­ko­wa­łam w koń­cu. – Tyl­ko jej nie ma na żad­nej fo­to­gra­fii. Pa­mię­tam, że mia­ła wte­dy wła­sny apa­rat. To był taki mały ni­kon, chcia­łam go na­wet obej­rzeć.

– Ale co...? O Boże, Ja­mie dała Ro­bin te zdję­cia na prze­cho­wa­nie, praw­da? Wi­dzisz, jed­nak dzia­ło się na ślu­bie coś dziw­ne­go. Może Ja­mie to od­kry­ła i po­wie­dzia­ła Ro­bin?

Ash­ley bar­dzo się zde­ner­wo­wa­ła. Rzu­ca­ła gło­wą to w jed­ną, to w dru­gą stro­nę, jak pies szar­pią­cy sta­ry but. Mu­sia­łam przy­znać, że było coś dziw­ne­go w tym, że zdję­cia Ja­mie le­ża­ły ukry­te w szu­fla­dzie Ro­bin.

Od­wró­ci­łam ko­per­tę i ze stem­pla od­czy­ta­łam ad­res za­kła­du fo­to­gra­ficz­ne­go na dol­nym Man­hat­ta­nie w po­bli­żu miesz­ka­nia Ja­mie. To ozna­cza­ło, że wy­wo­ła­ła tam zdję­cia, a po­tem, z ja­kie­goś po­wo­du, przy­wio­zła je do Gre­en­wich.

– Może Ja­mie zde­cy­do­wa­ła, że jed­nak nie chce tych zdjęć i po­da­ro­wa­ła je Ro­bin? – za­su­ge­ro­wa­łam.

Ash­ley zno­wu po­krę­ci­ła gło­wą, jak­by moje sło­wa ani tro­chę jej nie uspo­ko­iły.

– Nie, za tym kry­je się coś wię­cej. Ja­mie na pew­no zo­ba­czy­ła coś tego dnia, a zdję­cia dała Ro­bin, żeby ta prze­cho­wa­ła je w bez­piecz­nym miej­scu.

– Pro­szę, nie de­ner­wuj się, Ash­ley – po­wie­dzia­łam, wkła­da­jąc zdję­cia do to­reb­ki. – Zaj­mę się tym, do­brze? Wiesz może, jak się mogę skon­tak­to­wać z po­zo­sta­ły­mi dwie­ma druh­na­mi Pey­ton?

– Pru­den­ce miesz­ka w Lon­dy­nie, bo jej mąż do­stał tam pra­cę. Była świad­ko­wą, nie wiem, czy ten fakt ją w ja­kiś spo­sób z tego wy­klu­cza. A Ma­ve­rick jest w No­wym Jor­ku, robi PR dla fir­my Pey­ton. Nie mam po­ję­cia, gdzie miesz­ka, ale mo­że­my wziąć jej nu­mer od Pey­ton albo zna­leźć w książ­ce te­le­fo­nicz­nej.

Za­pro­po­no­wa­łam, że­by­śmy ze­szły na dół i po­je­cha­ły już na far­mę Ivy Hill. Mimo że pró­bo­wa­łam uspo­ko­ić Ash­ley, te zna­le­zio­ne zdję­cia mnie za­nie­po­ko­iły. Może Ja­mie rze­czy­wi­ście zo­ba­czy­ła coś dziw­ne­go, co uwiecz­ni­ła na zdję­ciu? A po­tem po­wie­dzia­ła Ro­bin. Jed­nak cią­gle trud­no mi było so­bie wy­obra­zić, żeby ktoś ją z tego po­wo­du za­bił. Ją, a po­tem Ro­bin. Wciąż po­wra­ca­ło jed­no py­ta­nie: dla­cze­go? No i poza tym nie było żad­nych, na­wet naj­mniej­szych do­wo­dów zbrod­ni.

Umó­wi­ły­śmy się, że po­ja­dę za Ash­ley. Jej czer­wo­ny mer­ce­des co­upe stał za­par­ko­wa­ny na ty­łach domu, nie­da­le­ko mo­je­go auta. Wsia­dłam do je­epa, po czym przez chwi­lę cze­ka­łam, aż Ash­ley wło­ży do ba­gaż­ni­ka kil­ka to­reb z prób­ka­mi ma­te­ria­łów. Na­raz, do­słow­nie zni­kąd wy­rósł koło niej wy­so­ki blon­dyn, na oko koło trzy­dziest­ki, i za­czął coś do niej mó­wić. W gra­na­to­wym, weł­nia­nym płasz­czu i apasz­ce wy­glą­dał na biz­nes­me­na. Ash­ley wy­słu­cha­ła go, spo­glą­da­jąc nań wy­nio­śle, a po­tem gwał­tow­nie po­krę­ci­ła gło­wą. Może to są­siad zgła­szał pre­ten­sję, że za­ję­ła mu miej­sce par­kin­go­we. Wy­mi­nę­ła go, by wsiąść do sa­mo­cho­du. Od­wró­cił się, po­czła­pał w czar­nych, mięk­kich śnie­gow­cach przez par­king i wsiadł do swo­je­go wozu.

Far­ma mie­ści­ła się na pół­no­cy mia­sta, tam, gdzie znaj­do­wa­ły po­sia­dło­ści i staj­nie na­le­żą­ce do mul­ti­mi­lio­ne­rów. Z po­wo­du cięż­kich wa­run­ków na dro­dze i du­że­go ru­chu na­sza po­dróż trwa­ła dłu­żej, niż za­kła­da­łam – oko­ło dwu­dzie­stu mi­nut. By­łam kie­dyś na tej far­mie, ale za­po­mnia­łam już, jaka była uro­cza. Te­raz, przy­kry­ta śnie­giem, wy­glą­da­ła jak z pocz­tów­ki bo­żo­na­ro­dze­nio­wej. Zaj­mo­wa­ła pier­wot­nie ogrom­ną po­łać zie­mi, ale więk­szość z niej zo­sta­ła po­tem sprze­da­na, a nowi wła­ści­cie­le po­bu­do­wa­li ogrom­ne domy. Do Pey­ton na­le­ża­ło ja­kieś pięć akrów. W sta­rych bie­lo­nych do­mach z drew­na urzą­dzi­ła biu­ra. Przy­go­to­wa­nie ca­te­rin­gu i kur­sy ku­li­nar­ne od­by­wa­ły się w czer­wo­nej sto­do­le. W mniej­szej, sza­rej sto­do­le znaj­do­wał się sklep. Był jesz­cze po­kry­ty drew­nia­nym gon­tem si­los. Za za­bu­do­wa­nia­mi do­strze­głam bu­dy­nek w trak­cie bu­do­wy – być może stu­dio te­le­wi­zyj­ne.

Na par­kin­gu pra­wie nikt nie par­ko­wał, sta­nę­łam więc obok Ash­ley. Wy­ję­ła tor­by z ba­gaż­ni­ka mer­ce­de­sa i wska­za­ła na si­los:

– Idę tam – po­wie­dzia­ła. Na jej twa­rzy cią­gle ma­lo­wa­ło się zde­ner­wo­wa­nie. – Mój pro­jekt nie wy­ma­ga zbyt wie­lu de­ko­ra­cji, ale za­le­ża­ło mi, żeby ścia­ny do­brze się pre­zen­to­wa­ły. Zna­la­złam cu­dow­ny ma­te­riał do obi­cia ła­wek.

– Mam tam przyjść, kie­dy skoń­czę?

– Nie – od­par­ła. – Ro­bot­ni­cy już się zwi­ja­ją, ale wciąż jest strasz­ny ba­ła­gan. Chcę tyl­ko jesz­cze raz spraw­dzić, czy ma­te­ria­ły pa­su­ją do ko­lo­ru ścian, i przyj­dę do kuch­ni. Od sa­mot­ne­go prze­sia­dy­wa­nia w tym si­lo­sie do­sta­ję gę­siej skór­ki.

Już mia­ła odejść, kie­dy spy­ta­łam, kim był fa­cet, któ­ry za­trzy­mał ją przy sa­mo­cho­dzie.

– Eks­mąż Ro­bin, Bra­ce At­kins – od­po­wie­dzia­ła. – Miał czel­ność do­py­ty­wać się, gdzie są jej rze­czy. Zde­ner­wo­wał się, gdy mu po­wie­dzia­łam, że za­brał je jej brat.

Od­wró­ci­ła się i ru­szy­ła szyb­kim kro­kiem w stro­nę si­lo­su, nie zwa­ża­jąc na to, że jej brą­zo­we, skó­rza­ne bot­ki za ty­siąc do­la­rów toną w śnie­gu. Ja po­szłam krót­szą ścież­ką w stro­nę sto­do­ły. Po­czu­łam coś mo­kre­go na no­sie i za­uwa­ży­łam, że za­czął pró­szyć śnieg.

W mniej­szej sto­do­le, tej sza­rej, znaj­do­wał się sklep. Przez szy­bę zo­ba­czy­łam, że mło­da sprze­daw­czy­ni roz­ma­wia przez te­le­fon z klien­tem. Za­raz za bu­dyn­kiem wzno­si­ła się więk­sza sto­do­ła, świe­żo po­ma­lo­wa­na na czer­wo­no, w środ­ku krzą­ta­ło się ze sześć osób. Prze­stron­ne wnę­trze wy­peł­nia­ły so­sno­we kre­den­sy, ce­gla­ne ko­min­ki oraz ogrom­ne ku­chen­ki i lo­dów­ki ze sta­li nie­rdzew­nej, czy­li nie­sa­mo­wi­ta krzy­żów­ka skan­se­nu z kre­sków­ką Jet­so­no­wie. Pey­ton po­chło­nię­ta pra­cą sta­ła przy wiel­kim sto­le wraz z kil­ko­ma ko­bie­ta­mi. Gdy tyl­ko mnie za­uwa­ży­ła, po­ma­cha­ła ręką na po­wi­ta­nie. Prze­szłam przez całe po­miesz­cze­nie i po­de­szłam do niej.

– Cześć – po­wie­dzia­ła, od­kła­da­jąc ja­kiś nie­zna­ny mi przy­rząd, by mnie uści­snąć.

Jej zło­te blond wło­sy były gład­ko za­cze­sa­ne we fran­cu­ski kok, z któ­re­go uczy­ni­ła swój znak roz­po­znaw­czy, kie­dy kil­ka lat temu roz­po­czę­ła ka­rie­rę me­dial­ną. Mia­ła na so­bie zie­lo­ną su­kien­kę od Dia­ne von Fur­sten­berg, z za­cho­dzą­cy­mi na sie­bie po­ła­mi: nie był to ostat­ni krzyk mody, ale tej dzie­dzi­ny Pey­ton nig­dy do koń­ca nie zgłę­bi­ła. Ku mo­je­mu za­sko­cze­niu, wy­glą­da­ła, jak­by od cza­su ślu­bu przy­ty­ła ja­kieś pięć czy osiem ki­lo­gra­mów. Po­my­śla­łam, że może jest w cią­ży.

– Pa­mię­ta­cie Ba­iley Weg­gins? – zwró­ci­ła się do dwóch ko­biet sto­ją­cych naj­bli­żej. – To moja ku­zyn­ka Phil­li­pa, spo­tka­ły­ście się na ślu­bie. A to Mary, dy­rek­tor wy­ko­naw­cza w mo­jej fir­mie. Przy­go­to­wu­je­my przy­ję­cie na ju­tro.

Po­da­łam rękę obu ko­bie­tom. Mary mia­ła na oko koło czter­dziest­ki. Ta­kie bab­ki czę­sto wi­dy­wa­ło się w oko­li­cach Gre­en­wich: ra­czej asek­su­al­na, ja­sno­brą­zo­we wło­sy, fry­zu­ra na boba, ani śla­du ma­ki­ja­żu, wi­docz­ne zmarszcz­ki mi­micz­ne. Do­brze za­pa­mię­ta­łam ku­zyn­kę Pey­ton, Phil­li­pę. Głów­nie dla­te­go, że w dniu ślu­bu ob­no­si­ła się ze swo­im aż nad­to czy­tel­nym nie­za­do­wo­le­niem. Mia­ła zie­lo­ne oczy jak Pey­ton i rów­nież blond wło­sy, lecz w od­cie­niu moc­no lśnią­cej pla­ty­ny. Mia­ła nie wię­cej niż metr sześć­dzie­siąt pięć wzro­stu, a wa­ży­ła chy­ba z dzie­więć­dzie­siąt ki­lo­gra­mów.

– Roz­ma­wia­łam rano z Ash­ley i uprze­dzi­ła mnie, że wy­bie­ra się tu z tobą – po­wie­dzia­ła Pey­ton, osten­ta­cyj­nie roz­glą­da­jąc się do­oko­ła.

– Po­szła do si­lo­su z prób­ka­mi ma­te­ria­łów – wy­ja­śni­łam. – Przyj­dzie tu póź­niej.

– Bę­dzie tam ślicz­nie, jak już skoń­czy­my. Chcesz ka­wa­łek tar­ty cy­try­no­wej? – za­py­ta­ła.

– Z przy­jem­no­ścią. Umie­ram z gło­du.

Mary i Phil­li­pa wró­ci­ły do pra­cy, a Pey­ton od­wró­ci­ła się i otwo­rzy­ła jed­ną z lo­dó­wek, przy­po­mi­na­ją­cych roz­mia­rem kost­ni­cę, któ­ra po­mie­ści­ła­by czte­rech lub na­wet pię­ciu nie­bosz­czy­ków. Za­miast cia­ła Pey­ton wy­ję­ła z niej za­wi­nię­tą w fo­lię tar­tę i ukro­iła dla nas po ka­wał­ku. Po­tem po­pro­wa­dzi­ła mnie do drew­nia­ne­go sto­łu sto­ją­ce­go w za­cisz­nym ką­cie hali, z dala od per­so­ne­lu kuch­ni, a bli­żej ko­min­ka, w któ­rym strze­la­ły pło­ną­ce po­la­na. Cze­ka­ła tu na nas świe­żo za­pa­rzo­na kawa. Kie­dy usia­dły­śmy, Pey­ton na­la­ła nam po kub­ku, do­le­wa­jąc mi odro­bi­nę mle­ka. Cała ona: bez­u­stan­nie sku­pio­na na so­bie, ale za­wsze pa­mię­ta­ją­ca szcze­gó­ły, ta­kie jak ulu­bio­na kawa czy imio­na ro­dzeń­stwa.

– No i jak się mie­wasz? – za­gad­nę­łam, gdy zdję­łam płaszcz i upi­łam łyk kawy. Mimo tych kil­ku ki­lo­gra­mów wię­cej, wy­glą­da­ła ład­nie. Bla­da, nie­ska­zi­tel­na cera, lek­ko na­zna­czo­na pie­ga­mi, za­ró­żo­wio­ne po­licz­ki i ide­al­nie wy­rzeź­bio­ny no­sek.

– Tak jak wspo­mi­na­łam ci przez te­le­fon, roz­pę­ta­ła się strasz­na afe­ra – od­po­wie­dzia­ła, grze­biąc w swo­jej tar­cie. – Wy­padł mi dysk, jak zwy­kle, kie­dy się stre­su­ję. My­śle­li­śmy, żeby za­mknąć sklep na parę dni, ale w koń­cu do­szli­śmy do wnio­sku, że to bez sen­su.

– Ash­ley uwa­ża, że te dwa wy­pad­ki mogą mieć ze sobą zwią­zek. A co ty o tym my­ślisz?

– Nie tyl­ko zwią­zek! Ona my­śli, że ktoś za­bił Ro­bin i Ja­mie. Dla­te­go tu je­steś, praw­da? Chce, że­byś prze­pro­wa­dzi­ła do­cho­dze­nie?

– Jest moc­no po­de­ner­wo­wa­na, obie­ca­łam jej, że się ro­zej­rzę.

– No cóż, wiem, że Ro­bin i Ja­mie się za­przy­jaź­ni­ły, ale wszyst­ko to wy­glą­da mi na pa­skud­ny zbieg oko­licz­no­ści. Ro­bin zja­dła coś, cze­go nie po­win­na. Bra­ła leki i była na ści­słej die­cie, któ­rej za­sa­dy zła­ma­ła. Ja­mie przy­tra­fił się bez­sen­sow­ny wy­pa­dek. Nie wiem zbyt wie­le na jej te­mat. La­tem tro­chę się po­kłó­ci­ły­śmy i nie roz­ma­wia­łam z nią już od kil­ku ty­go­dni przed jej śmier­cią.

Czyż­by Ja­mie mia­ła dość Pey­ton po­dob­nie jak ja? Przy­szło mi też do gło­wy, że Ja­mie od­da­ła ślub­ne zdję­cia Ro­bin przez tę kłót­nię z Pey­ton.

– O co się po­kłó­ci­ły­ście? – spy­ta­łam.

– Chcia­ła otwo­rzyć wła­sny sklep w No­wym Jor­ku, w East Vil­la­ge. Mia­ła kło­po­ty ze zna­le­zie­niem in­we­sto­rów i roz­krę­ce­niem in­te­re­su, więc za­ofe­ro­wa­łam jej do­radz­two. Za­re­ago­wa­ła obu­rze­niem, jak­bym zro­bi­ła coś wy­jąt­ko­wo nie­sto­sow­ne­go. Tak zu­peł­nie szcze­rze, to my­ślę, że mi po pro­stu za­zdro­ści­ła. Przy­kro mi to mó­wić, ale to za­czy­na być dla mnie co­raz bar­dziej uciąż­li­we.

Spoj­rza­ła w kie­run­ku kuch­ni.

– Wy­ba­czysz mi na chwi­lę, Ba­iley? Mu­szę spraw­dzić, czy ni­cze­go nie ze­psu­ją.

Kie­dy ode­szła, wy­ję­łam z tor­by ze­szyt w czar­no-bia­łej okład­ce. Za­wsze ro­bię w nim no­tat­ki pod­czas pra­cy nad ar­ty­ku­łem. Za­pi­su­ję istot­ne in­for­ma­cje, ob­ser­wa­cje, wra­że­nia i py­ta­nia do sa­mej sie­bie. Oczy­wi­ście ar­ty­ku­ły pi­szę na kom­pu­te­rze, ale od­kry­łam, że ro­bie­nie no­ta­tek mięk­kim ołów­kiem nr 2 po­zwa­la mi spoj­rzeć na fak­ty pod in­nym ką­tem. Dzię­ki temu mój umysł dzia­ła w inny spo­sób. Kie­dy prze­glą­dam ten ze­szyt, zda­rza mi się do­strzec ja­kieś po­wią­za­nia czy waż­ne szcze­gó­ły, któ­re wcze­śniej mi umy­ka­ły. Ko­rzy­sta­łam z nie­go pod­czas śledztw w spra­wach o mor­der­stwo i te­raz za­mie­rza­łam zro­bić to samo, choć moje ba­zgro­ły rów­nie do­brze mo­gły do­pro­wa­dzić mnie do­ni­kąd. Jed­nak lu­bi­łam ten zwy­czaj i skrzęt­nie za­pi­sy­wa­łam nowe spo­strze­że­nia, za­wsze ży­wiąc na­dzie­ję, że przy­da­dzą się pod­czas pró­by zre­kon­stru­owa­nia zda­rzeń. Te­raz w trak­cie pi­sa­nia jed­nym uchem sta­ra­łam się ło­wić od­gło­sy do­cho­dzą­ce z kuch­ni. Od razu zwró­ci­łam uwa­gę, że pra­cow­ni­cy w obec­no­ści Pey­ton cho­dzą na pa­lusz­kach.

Na­gle do­biegł mnie jej wście­kły ryk:

– Nig­dy nie uży­wa się do tego doj­rza­łe­go sera ko­zie­go, ty idiot­ko! – wrzesz­cza­ła tak gło­śno, jak­by za­pa­li­ła się cała sto­do­ła. – Za bar­dzo się kru­szy!

Zo­ba­czy­łam, jak Phil­li­pa wy­bie­ga przez ob­ro­to­we drzwi. Po chwi­li do­łą­czy­ła do niej Mary. Inni wró­ci­li do pra­cy, spusz­cza­jąc gło­wy po­sęp­nie ni­czym stro­ska­ni szat­nia­rze.

Wró­ci­łam do tar­ty cy­try­no­wej i mo­ich no­ta­tek, za­pi­su­jąc to, cze­go do­wie­dzia­łam się od Ash­ley i z do­tych­cza­so­wej roz­mo­wy z Pey­ton. Im dłu­żej my­śla­łam o teo­rii Ash­ley, tym bar­dziej zda­wa­ła mi się nie­do­rzecz­na. Od cza­su do cza­su zer­ka­łam w kie­run­ku kuch­ni. Wy­glą­da­ło na to, że Pey­ton za­cho­wy­wa­ła się jak cier­pli­wa in­struk­tor­ka, by za mo­ment prze­isto­czyć się we wstręt­ną ję­dzę. Ja­kieś dwa­dzie­ścia mi­nut póź­niej na­sze spoj­rze­nia skrzy­żo­wa­ły się, kie­dy ubi­ja­ła coś gi­gan­tycz­ną trze­pacz­ką. Dała mi ręką znak, że po­trze­bu­je jesz­cze pię­ciu mi­nut. Po dzie­się­ciu mi­nu­tach w koń­cu wró­ci­ła, wy­cie­ra­jąc ręce w far­tu­szek.

– Prze­pra­szam… – po­wie­dzia­ła – ale mu­sia­łam. Po­słu­chaj, wpad­nij do mnie dzi­siaj na ko­la­cję? Bar­dzo bym chcia­ła, że­byś zo­ba­czy­ła mój dom.

– Mam spo­tka­nie w „Gloss” ju­tro z rana, ale chęt­nie od­wie­dzę cię na­stęp­nym ra­zem – od­par­łam. – Jesz­cze tyl­ko kil­ka py­tań, je­śli po­zwo­lisz. Czy Ro­bin ja­da­ła tu co­dzien­nie lunch?

– Tak. Ge­ne­ral­nie pra­cow­ni­cy je­dzą to, co zo­sta­je po przy­ję­ciach.

– A wi­dzia­łaś kie­dyś, żeby ja­dła coś, cze­go nie po­win­na?

– Mam za dużo wła­snych spraw na gło­wie, żeby jesz­cze trosz­czyć się o czy­jąś die­tę. Ale wiem, że za­wsze lu­bi­ła do­brze zjeść. No i mia­ła bar­dzo sła­bą wolę, szcze­gól­nie pod­czas kry­zy­sów. Ash­ley na pew­no ci opo­wia­da­ła.

Wte­dy za­czę­łam się za­sta­na­wiać, co ta­kie­go za­trzy­ma­ło Ash­ley w si­lo­sie? Spoj­rza­łam w okno i z za­sko­cze­niem spo­strze­głam, że śnieg pada co­raz moc­niej. By­łam na sie­bie zła, że nie spraw­dzi­łam pro­gno­zy po­go­dy przed wy­jaz­dem z No­we­go Jor­ku. Po­wie­dzia­łam Pey­ton, że mu­szę już iść, i za­py­ta­łam, czy moż­na za­dzwo­nić do si­lo­su.

– Nie­ste­ty, li­nie te­le­fo­nicz­ne jesz­cze nie dzia­ła­ją. Ale chęt­nie cię od­pro­wa­dzę.

Wło­ży­ły­śmy płasz­cze i wy­szły­śmy na dwór. Śnie­ży­ca była inna niż po­przed­nie­go dnia. Śnieg nie pa­dał tak gę­sto, ale płat­ki kłu­ły w twarz ni­czym drob­ne szpi­lecz­ki. Na par­kin­gu sta­ło kil­ka sa­mo­cho­dów, wo­kół ani ży­wej du­szy. Je­dy­nie wy­so­ko wśród ga­łę­zi drzew głu­cho za­wo­dził wiatr.

Kie­dy zbli­ża­ły­śmy się do si­lo­su, zda­łam so­bie spra­wę, że w oknach nie palą się świa­tła. Je­śli Ash­ley była w środ­ku, po­win­ny być za­pa­lo­ne. Po­czu­łam, że ser­ce za­czę­ło mi szyb­ciej bić.

– Może po­szła do in­ne­go bu­dyn­ku?! – za­wo­ła­łam, prze­krzy­ku­jąc wiatr. – Nie wi­dzę świa­teł w oknach…!

– Wiem, to dziw­ne! – od­krzyk­nę­ła Pey­ton z tro­ską.

Pierw­sza się­gnę­ła do klam­ki drew­nia­nych, cięż­kich drzwi i prze­krę­ci­ła ją. Drzwi sta­wia­ły opór, więc na­par­ła na nie z ca­łej siły ra­mie­niem. Wresz­cie zgrzyt­nę­ły i ustą­pi­ły. Odro­bi­na świa­tła dzien­ne­go roz­ja­śni­ła pu­stą prze­strzeń i krę­co­ne scho­dy.

– Ash­ley! – za­wo­ła­ła Pey­ton, pró­bu­jąc zna­leźć włącz­nik świa­tła. – Je­steś tam?

Przez kil­ka se­kund usi­ło­wa­ła wy­ma­cać włącz­nik; wprost sły­sza­łam, jak gło­śno wali mi ser­ce. Wresz­cie świa­tło za­la­ło wnę­trze i Pey­ton wrza­snę­ła.

Ash­ley le­ża­ła na ple­cach tuż przy krę­co­nych scho­dach. Jej oczy były pu­ste, a usta wy­krzy­wio­ne w wiecz­nym gry­ma­sie, w któ­rym za­sko­cze­nie mie­sza­ło się ze stra­chem. Nie zdję­ła płasz­cza, ale zdą­ży­ła go roz­piąć. Jego poły opa­dły na boki, od­sła­nia­jąc pięk­ne spodnium w ko­lo­rze doj­rza­łej brzo­skwi­ni. Pra­wa noga wy­gię­ła się pod nie­na­tu­ral­nym ką­tem, jak pęk­nię­ta ga­łąź zwi­sa­ją­ca z drze­wa. Na ja­snej, ka­mien­nej pod­ło­dze roz­la­ła się ka­łu­ża krwi, two­rząc wo­kół jej gło­wy ja­sno­czer­wo­ną au­re­olę.