Wydawca: Wydawnictwo Albatros Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 391 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 8 godz. 47 min Lektor: Grzegorz Mielczarek

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 8 godz. 47 min Lektor: Grzegorz Mielczarek

Opis ebooka I wciąż ją kocham - Nicholas Sparks

Po ukończeniu szkoły średniej John zaciąga się do armii, gdzie przechodzi szkołę prawdziwego, męskiego życia, nabiera pewności siebie. Podczas przepustki spotyka Savannah - dziewczynę swoich marzeń. Młodszą o dwa lata studentkę pedagogiki, woluntariuszkę, która z grupą przyjaciół, w ramach akcji dobroczynnej, buduje domy dla ubogich. Na przekór wszelkim okolicznościom pomiędzy obojgiem rozkwita miłość. Savannah przyrzeka czekać na ukochanego, dopóki nie minie okres jego służby.

On zaś uświadamia sobie, że pragnie z nią założyć rodzinę. Nadchodzi 11 września. Z poczucia obowiązku chłopak przedłuża pobyt w wojsku. Niestety jego związek z Savannah nie wytrzymuje długiego rozstania. W pożegnalnym liście dziewczyna informuje go, że zakochała się w kimś innym. Ale czas nie leczy ran. Kiedy po kilku latach John wraca do domu, marzy tylko o jednym - jeszcze raz trzymać ukochaną w swoich objęciach...

Opinie o ebooku I wciąż ją kocham - Nicholas Sparks

Fragment ebooka I wciąż ją kocham - Nicholas Sparks

Wydanie elektroniczne

O książ­ce

Po ukoń­cze­niu szko­ły śred­niej John za­cią­ga się do ar­mii, gdzie prze­cho­dzi szko­łę praw­dzi­we­go, mę­skie­go ży­cia, na­bie­ra pew­no­ści sie­bie. Pod­czas prze­pust­ki spo­ty­ka Sa­van­nah – dziew­czy­nę swo­ich ma­rzeń. Młod­szą o dwa lata stu­dent­kę pe­da­go­gi­ki, wo­lon­ta­riusz­kę, któ­ra z gru­pą przy­ja­ciół, w ra­mach ak­cji do­bro­czyn­nej, bu­du­je domy dla ubo­gich. Na prze­kór wszel­kim oko­licz­no­ściom po­mię­dzy oboj­giem roz­kwi­ta mi­łość. Sa­van­nah przy­rze­ka cze­kać na uko­cha­ne­go, do­pó­ki nie mi­nie okres jego służ­by. On zaś uświa­da­mia so­bie, że pra­gnie z nią za­ło­żyć ro­dzi­nę. Nad­cho­dzi 11 wrze­śnia. Z po­czu­cia obo­wiąz­ku chło­pak prze­dłu­ża po­byt w woj­sku. Nie­ste­ty jego zwią­zek z Sa­van­nah nie wy­trzy­mu­je dłu­gie­go roz­sta­nia. W po­że­gnal­nym li­ście dziew­czy­na in­for­mu­je go, że za­ko­cha­ła się w kimś in­nym. Ale czas nie le­czy ran. Kie­dy po kil­ku la­tach John wra­ca do domu, ma­rzy tyl­ko o jed­nym – jesz­cze raz trzy­mać uko­cha­ną w swo­ich ob­ję­ciach…

NI­CHO­LAS SPARKS

Współ­cze­sny pi­sarz ame­ry­kań­ski wy­da­wa­ny w mi­lio­no­wych na­kła­dach i po­nad 30 ję­zy­kach. Ser­ca czy­tel­ni­ków pod­bił swo­im de­biu­tem, opu­bli­ko­wa­ną w 1997 po­wie­ścią Pa­mięt­nik. Ko­lej­ne – m.in. Noce w Ro­dan­the, Anioł Stróż, kon­ty­nu­acja Pa­mięt­ni­ka za­ty­tu­ło­wa­na Ślub, Praw­dzi­wy cud, I wciąż ją ko­cham, Wy­bór, Szczę­ściarz, Ostat­nia pio­sen­ka, Bez­piecz­na przy­stań oraz Dla cie­bie wszyst­ko – pla­so­wa­ły się przez wie­le mie­się­cy w czo­łów­ce świa­to­wych ran­kin­gów sprze­da­ży. Naj­now­szy be­st­sel­ler pi­sa­rza nosi ty­tuł The Lon­gest Ride. Po twór­czość Spark­sa chęt­nie się­ga­ją pro­du­cen­ci fil­mo­wi. Na ekra­nach kin za­go­ści­ły ad­ap­ta­cje Li­stu w bu­tel­ce, Je­sien­nej mi­ło­ści, Nocy w Ro­dan­the, Pa­mięt­ni­ka, I wciąż ją ko­cham, Ostat­niej pio­sen­ki, Szczę­ścia­rza oraz Bez­piecz­nej przy­sta­ni.

www.ni­cho­las­sparks.com

Tego au­to­ra

PA­MIĘT­NIK

ŚLUB

LIST W BU­TEL­CE

JE­SIEN­NA MI­ŁOŚĆ

NOCE W RO­DAN­THE

NA RA­TU­NEK

NA ZA­KRĘ­CIE

ANIOŁ STRÓŻ

TRZY TY­GO­DNIE Z MOIM BRA­TEM

PRAW­DZI­WY CUD

OD PIERW­SZE­GO WEJ­RZE­NIA

SZCZĘ­ŚCIARZ

WY­BÓR

I WCIĄŻ JĄ KO­CHAM

OSTAT­NIA PIO­SEN­KA

BEZ­PIECZ­NA PRZY­STAŃ

DLA CIE­BIE WSZYST­KO

NAJ­DŁUŻ­SZA PO­DRÓŻ

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

DEAR JOHN

Co­py­ri­ght © Ni­cho­las Sparks 2006

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2008

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Elż­bie­ta Pio­trow­ska-Zy­cho­wicz 2008

Co­ver pho­to © Dear John LLC 2010

All ri­ghts re­se­rved

(ilu­stra­cja z fil­mu Wciąż ją ko­cham)

Re­dak­cja: Ewa Szcze­pań­ska

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki i se­rii: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-165-3

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Mi­ca­ho­wi i Chri­sti­ne

Podziękowania

Pi­sa­nie tej po­wie­ści było dla mnie przy­jem­no­ścią i za­ra­zem wy­zwa­niem. Przy­jem­no­ścią, po­nie­waż mam na­dzie­ję, że bo­ha­te­ro­wie mo­jej książ­ki od­zwier­cie­dla­ją god­ność i pra­wość lu­dzi słu­żą­cych w ar­mii, a wy­zwa­niem… cóż, je­śli mam być cał­kiem szcze­ry, uwa­żam, że każ­da po­wieść, któ­rą pi­szę, jest am­bit­na. Jed­nak­że nie­któ­rzy lu­dzie bar­dzo uła­twia­ją mi za­da­nie i chciał­bym im wy­ra­zić za to moją go­rą­cą wdzięcz­ność. A są to:

Cat, moja żona i ko­bie­ta, któ­rą ko­cham ca­łym ser­cem. Dzię­ki za cier­pli­wość, ko­cha­nie.

Mi­les, Ryan, Lan­don, Le­xie i Sa­van­nah, moje dzie­ci.

Dzię­ki za wasz nie­ustan­ny en­tu­zjazm, dzie­cia­ki.

The­re­sa Park, moja agent­ka. Dzię­ki za wszyst­ko.

Ja­mie Raab, moja re­dak­tor­ka. Dzię­ki za two­ją życz­li­wość i mą­drość.

Da­vid Young, nowy pre­zes za­rzą­du Ha­chet­te Book Gro­up USA, Mau­re­en Egen, Jen­ni­fer Ro­ma­nel­lo, Ha­rvey-Jane Ko­wal, Shan­non O’Ke­efe, Sha­ron Kras­sney, Abby Ko­ons, De­ni­se Di­No­vi, Edna Far­ley, Ho­wie San­ders, Da­vid Park, Flag, Scott Schwi­mer, Lynn Har­ris, Mark John­son… Je­stem wdzięcz­ny za wa­szą przy­jaźń.

Moi tre­ne­rzy i ko­le­dzy z dru­ży­ny bie­ga­czy li­ceum New Bern High (któ­ra wy­gra­ła sta­no­we za­wo­dy w Ka­ro­li­nie Pół­noc­nej za­rów­no ha­lo­we, jak i na świe­żym po­wie­trzu): Dave Simp­son, Phi­le­mon Gray, Kar­ju­an Wil­liams, Dar­ryl Rey­nolds, An­tho­ny Hen­drix, Ed­die Arm­strong, An­drew Hen­drix, Mike Weir, Dan Ca­ste­low, Ma­rqu­es Mo­ore, Ra­ishad Do­bie, Dar­ryl Bar­nes, Jayr Whit­field, Ke­lvin Har­de­sty, Ju­lian Car­ter i Brett Whit­ney… co za se­zon, chło­pa­ki!

Prolog

Le­no­ir, 2006

Co to zna­czy na­praw­dę ko­goś ko­chać?

Był czas w moim ży­ciu, kie­dy wy­da­wa­ło mi się, że znam od­po­wiedź: zna­czy­ło to, że będę dbał o Sa­van­nah bar­dziej niż o sie­bie sa­me­go i że resz­tę ży­cia spę­dzi­my ra­zem. Nie wy­ma­ga­ło­by to wie­le. Kie­dyś po­wie­dzia­ła mi, że klu­czem do szczę­ścia są ma­rze­nia, któ­re moż­na zre­ali­zo­wać, a jej są naj­zwy­czaj­niej­sze w świe­cie. Mał­żeń­stwo, ro­dzi­na… spra­wy pod­sta­wo­we. Czy­li będę miał sta­łą pra­cę, do­mek z bia­łym par­ka­nem oraz van lub SUV na tyle duży, bym mógł wo­zić na­sze dzie­ci do szko­ły, do den­ty­sty, na tre­nin­gi pił­ki noż­nej lub lek­cje gry na for­te­pia­nie. Dwój­ka lub trój­ka dzie­ci, Sa­van­nah nig­dy tego nie spre­cy­zo­wa­ła, lecz mia­łem prze­czu­cie, że kie­dy na­dej­dzie czas, za­pro­po­nu­je, by­śmy zda­li się na na­tu­rę i po­zwo­li­li, aby Bóg pod­jął za nas de­cy­zję. Była wła­śnie taka – to zna­czy, re­li­gij­na – i przy­pusz­czam, że za­ko­cha­łem się w niej czę­ścio­wo z tego po­wo­du. Jed­nak­że bez wzglę­du na to, co się bę­dzie dzia­ło w na­szym ży­ciu, po­tra­fi­łem so­bie wy­obra­zić, jak co­dzien­nie wie­czo­rem kła­dę się obok niej w łóż­ku, jak ją obej­mu­ję, śmie­je­my się i roz­ma­wia­my, wtu­le­ni w swo­je ra­mio­na.

Nie brzmi to nie­praw­do­po­dob­nie, praw­da? Kie­dy dwo­je lu­dzi się ko­cha? Ja rów­nież tak uwa­ża­łem. I choć w głę­bi du­szy nadal uwa­żam to za moż­li­we, wiem, że tak się nie sta­nie. Kie­dy stąd wy­ja­dę, nig­dy już nie wró­cę.

Ale w tej chwi­li będę sie­dział na zbo­czu, z któ­re­go roz­cią­ga się wi­dok na jej ran­czo, cze­ka­jąc na po­ja­wie­nie się Sa­van­nah. Oczy­wi­ście ona mnie nie do­strze­że. W woj­sku czło­wiek uczy się wta­piać w oto­cze­nie, a ja by­łem po­jęt­nym uczniem, po­nie­waż nie mia­łem ocho­ty umrzeć na ob­cej zie­mi, w ja­kiejś pry­mi­tyw­nej dziu­rze w sa­mym środ­ku irac­kiej pu­sty­ni. Mu­sia­łem wró­cić do tego ma­łe­go gór­skie­go mia­stecz­ka w Ka­ro­li­nie Pół­noc­nej, by do­wie­dzieć się, co się wy­da­rzy­ło. Kie­dy czło­wiek wpra­wi coś w ruch, ogar­nia go uczu­cie nie­po­ko­ju, nie­mal żalu, do­pó­ki nie do­wie się praw­dy.

Jed­ne­go je­stem pe­wien: Sa­van­nah nig­dy się nie do­wie, że by­łem tu dzi­siaj.

W głę­bi du­szy cier­pię na myśl o tym, że Sa­van­nah jest tak bli­sko, a jed­no­cze­śnie tak nie­osią­gal­na, po­nie­waż na­sze dro­gi się ro­ze­szły. Nie było mi ła­two po­go­dzić się z tą pro­stą praw­dą, po­nie­waż kie­dyś te dro­gi były zbież­ne, ale to hi­sto­ria sprzed sze­ściu lat, choć wy­da­je mi się, że od tam­te­go cza­su mi­nę­ły całe wie­ki. Oczy­wi­ście oboj­gu nam po­zo­sta­ły wspo­mnie­nia, ale prze­ko­na­łem się, że wspo­mnie­nia po­tra­fią być ogrom­nie żywe, a tu­taj rów­nież róż­ni­my się z Sa­van­nah. Je­śli jej są gwiaz­da­mi na wie­czor­nym nie­bie, to moje moż­na po­rów­nać do na­wie­dza­nych pu­stych prze­strze­ni mię­dzy nimi. I w prze­ci­wień­stwie do niej przy­tła­cza­ły mnie py­ta­nia, któ­re za­da­wa­łem so­bie set­ki razy od na­sze­go ostat­nie­go spo­tka­nia. Dla­cze­go to zro­bi­łem? I czy zro­bił­bym to jesz­cze raz?

Bo mu­si­cie wie­dzieć, że to ja za­koń­czy­łem nasz zwią­zek.

Na ota­cza­ją­cych mnie drze­wach li­ście po­wo­li na­bie­ra­ły ogni­stej bar­wy, pło­nąc w pro­mie­niach słoń­ca wzno­szą­ce­go się nad ho­ry­zon­tem. Pta­ki za­czę­ły wy­śpie­wy­wać swo­je po­ran­ne tre­le, w po­wie­trzu uno­sił się za­pach so­sen i zie­mi, inny od woni mor­skiej wody i soli w moim ro­dzin­nym mie­ście. Za ja­kiś czas skrzyp­ną drzwi fron­to­we i wte­dy ją zo­ba­czę. Mimo dzie­lą­cej nas od­le­gło­ści wstrzy­mu­ję od­dech, gdy po­ja­wia się w bla­sku po­ran­ka. Prze­cią­ga się, po czym scho­dzi na dół po stop­niach we­ran­dy i kie­ru­je się za wę­gieł domu. Za nią pa­stwi­sko dla koni mie­ni się ni­czym zie­lo­ny oce­an i Sa­van­nah prze­cho­dzi przez bra­mę, któ­ra do nie­go pro­wa­dzi. Je­den z koni po­zdra­wia ją rże­niem, po­tem dru­gi, i przy­cho­dzi mi do gło­wy myśl, że Sa­van­nah wy­da­je się zbyt drob­na, by po­ru­szać się wśród nich tak na­tu­ral­nie. Ale ona za­wsze czu­ła się swo­bod­nie wśród koni, a one czu­ły się swo­bod­nie z nią. Kil­ka sku­bie tra­wę w po­bli­żu ogro­dze­nia, lecz więk­szość, w tym Mi­das, jej kary arab w bia­łych skar­pet­kach, stoi z boku po jed­nej stro­nie. Kie­dyś jeź­dzi­łem z nią kon­no, na szczę­ście dla mnie bez kon­tu­zji, i pa­mię­tam, że kie­dy ja trzy­ma­łem się kur­czo­wo ze wszyst­kich sił, to Sa­van­nah spra­wia­ła wra­że­nie tak zre­lak­so­wa­nej w sio­dle, że mo­gła­by jed­no­cze­śnie oglą­dać te­le­wi­zję. Te­raz za­trzy­mu­je się na chwi­lę, by przy­wi­tać się z Mi­da­sem. Piesz­czo­tli­wie po­cie­ra jego nos, szep­cząc coś do nie­go, po­kle­pu­je go po za­dzie, a gdy się od­wra­ca i ru­sza w stro­nę staj­ni, koń strzy­że usza­mi.

Sa­van­nah zni­ka, po czym wy­nu­rza się zno­wu, nio­sąc dwa wia­dra – chy­ba z owsem. Wie­sza oby­dwa na słup­kach ogro­dze­nia i kil­ka koni na­tych­miast pod­bie­ga do nich truch­tem. Gdy cofa się, ro­biąc im miej­sce, wi­dzę, jak wiatr roz­wie­wa jej wło­sy. Po­tem wyj­mu­je sio­dło i uzdę. Pod­czas gdy Mi­das je, Sa­van­nah przy­go­to­wu­je go do prze­jażdż­ki i po kil­ku mi­nu­tach wy­pro­wa­dza z pa­stwi­ska w kie­run­ku le­śnych szla­ków. Wy­glą­da do­kład­nie tak samo jak sześć lat temu. Wiem, że to nie­praw­da – wi­dzia­łem ją z bli­ska w ze­szłym roku i za­uwa­ży­łem pierw­sze de­li­kat­ne zmarszcz­ki wo­kół jej oczu – lecz ja pa­trzę na nią nie­zmien­nie przez ten sam pry­zmat. Dla mnie za­wsze bę­dzie mia­ła dwa­dzie­ścia je­den lat, ja zaś dwa­dzie­ścia trzy. Sta­cjo­no­wa­łem wte­dy w Niem­czech. Mia­łem jesz­cze po­je­chać do Fal­lu­dży lub Bag­da­du albo otrzy­mać list od niej i prze­czy­tać go na dwor­cu ko­le­jo­wym w Sa­ma­wah w pierw­szych ty­go­dniach kam­pa­nii. Mia­łem jesz­cze wró­cić do domu po wy­da­rze­niach, któ­re zmie­ni­ły bieg mo­je­go ży­cia.

Obec­nie, w wie­ku dwu­dzie­stu dzie­wię­ciu lat, za­sta­na­wiam się cza­sa­mi nad wy­bo­ra­mi, któ­rych do­ko­na­łem. Woj­sko sta­ło się je­dy­nym ży­ciem, ja­kie znam. Sam nie wiem, czy ten fakt po­wi­nien mnie wku­rzać, czy cie­szyć, przez więk­szość cza­su cho­dzę tam i z po­wro­tem, za­leż­nie od dnia. Na py­ta­nia lu­dzi od­po­wia­dam, że je­stem tre­pem, i mó­wię to cał­kiem po­waż­nie. Nadal miesz­kam w ba­zie w Niem­czech, mam może ty­siąc do­la­rów oszczęd­no­ści i od lat nie by­łem na rand­ce. Pod­czas urlo­pu nie­wie­le już sur­fu­ję, ale pod­czas wol­nych dni po­dró­żu­ję na moim har­leyu na pół­noc lub na po­łu­dnie, do­kąd­kol­wiek mam ocho­tę. Har­ley jest je­dy­ną naj­lep­szą rze­czą, jaką kie­dy­kol­wiek so­bie ku­pi­łem, cho­ciaż kosz­to­wał mnie for­tu­nę. Więk­szość mo­ich kum­pli ode­szła ze służ­by, ale mnie praw­do­po­dob­nie wy­ślą z po­wro­tem do Ira­ku za na­stęp­ne kil­ka mie­się­cy. Przy­najm­niej ta­kie krą­żą po­gło­ski po ba­zie. Kie­dy po­zna­łem Sa­van­nah Lynn Cur­tis – dla mnie ona za­wsze bę­dzie Sa­van­nah Lynn Cur­tis – nie mo­głem w ża­den spo­sób prze­wi­dzieć, że moje ży­cie po­to­czy się w taki spo­sób, ani też nie przy­szło­by mi do gło­wy, że zwią­żę ka­rie­rę za­wo­do­wą z woj­skiem.

Ale spo­tka­łem ją i to wła­śnie uczy­ni­ło moje obec­ne ży­cie ta­kim dziw­nym. Za­ko­cha­łem się w niej, gdy by­li­śmy ra­zem, lecz po­ko­cha­łem ją jesz­cze bar­dziej w la­tach, gdy dzie­li­ły nas ty­sią­ce ki­lo­me­trów. Na­sza hi­sto­ria skła­da się z trzech czę­ści: po­cząt­ku, środ­ka i koń­ca. I choć w ten spo­sób roz­wi­ja się każ­da hi­sto­ria, nadal nie mogę uwie­rzyć, że na­sza nie bę­dzie trwa­ła wiecz­nie.

Za­sta­na­wiam się nad tym wszyst­kim i jak zwy­kle wra­ca do mnie wspo­mnie­nie wspól­nie spę­dzo­ne­go cza­su. Co­fam się pa­mię­cią do chwi­li, kie­dy się to za­czę­ło, po­nie­waż wspo­mnie­nia to je­dy­ne, co mi po­zo­sta­ło.

CZĘŚĆ I

1

Wil­ming­ton, 2000

Na­zy­wam się John Ty­ree. Uro­dzi­łem się w 1977 roku i do­ra­sta­łem w Wil­ming­to­nie, mie­ście w Ka­ro­li­nie Pół­noc­nej, któ­re dum­nie szczy­ci się tym, że jest naj­więk­szym por­tem w ca­łym sta­nie oraz ma dłu­gą i bo­ga­tą hi­sto­rię, ale te­raz wy­da­je mi się ra­czej mia­stem, któ­re po­wsta­ło przez przy­pa­dek. Oczy­wi­ście za­wsze mia­ło wspa­nia­łe pla­że i pięk­ną po­go­dę, lecz nie było przy­go­to­wa­ne na przy­pływ jan­ke­skich eme­ry­tów z pół­no­cy, któ­rzy szu­ka­li ja­kie­goś ta­nie­go miej­sca, w któ­rym spę­dzą swo­je zło­te lata. Jest po­ło­żo­ne na sto­sun­ko­wo wą­skim pa­sie lądu ogra­ni­czo­nym z jed­nej stro­ny przez Cape Fear Ri­ver, a z dru­giej przez oce­an. Au­to­stra­da nu­mer 17 – pro­wa­dzą­ca do Myr­tle Be­ach i Char­le­sto­nu – prze­ci­na mia­sto na pół i jest jego głów­ną uli­cą. Kie­dy by­łem dziec­kiem, po­ko­ny­wa­li­śmy z moim tatą od­le­głość od hi­sto­rycz­nej dziel­ni­cy nad Cape Fear Ri­ver do Wri­ght­svil­le Be­ach w dzie­sięć mi­nut, póź­niej jed­nak do­da­no tyle świa­teł ulicz­nych na skrzy­żo­wa­niach i po­wsta­ło tak wie­le cen­trów han­dlo­wych, że obec­nie ta sama dro­ga może za­jąć na­wet go­dzi­nę, zwłasz­cza pod­czas week­en­dów, kie­dy do mia­sta gro­mad­nie na­pły­wa­ją tu­ry­ści. Wri­ght­svil­le Be­ach, wy­spa u wy­brze­ża Cape Fear, znaj­du­je się na wy­so­ko­ści pół­noc­ne­go krań­ca Wil­ming­to­nu i jest zde­cy­do­wa­nie jed­ną z naj­chęt­niej uczęsz­cza­nych plaż w ca­łym sta­nie. Domy na wy­dmach są ab­sur­dal­nie dro­gie i więk­szość z nich wła­ści­cie­le wy­naj­mu­ją przez całe lato. Outer Banks mają wię­cej ro­man­tycz­ne­go uro­ku z po­wo­du swe­go od­osob­nie­nia, dzi­kich koni i lotu, któ­rym za­sły­nę­li bra­cia Orvil­le i Wil­bur, ale po­wiem wam, że na ogół lu­dzie, któ­rzy spę­dza­ją wa­ka­cje na pla­ży, czu­ją się naj­le­piej tam, gdzie mogą zna­leźć w po­bli­żu McDo­nal­da lub Bur­ger Kin­ga, na wy­pa­dek gdy­by dzie­ci nie były zbyt­nio za­chwy­co­ne miej­sco­wym wik­tem, oraz pra­gną mieć duży wy­bór wie­czor­nych atrak­cji.

Tak jak we wszyst­kich du­żych mia­stach w Wil­ming­to­nie są bo­gat­sze i bied­niej­sze dziel­ni­ce. Po­nie­waż pra­ca mo­je­go taty była jed­nym z naj­pew­niej­szych za­jęć na świe­cie wy­ma­ga­ją­cych uczci­wo­ści – roz­wo­ził pocz­tę na okre­ślo­nej tra­sie – po­wo­dzi­ło się nam nie naj­go­rzej. Nie świet­nie, lecz cał­kiem do­brze. Nie by­li­śmy za­moż­ni, ale miesz­ka­li­śmy na tyle bli­sko bo­ga­tej dziel­ni­cy, że mo­głem uczęsz­czać do jed­ne­go z naj­lep­szych li­ce­ów w mie­ście. Jed­nak­że w od­róż­nie­niu od do­mów mo­ich ko­le­gów nasz był sta­ry i mały. Część we­ran­dy za­czy­na­ła się za­pa­dać, ale po­dwór­ko ra­to­wa­ło sy­tu­ację. Za do­mem rósł wiel­ki dąb i kie­dy mia­łem osiem lat, zbu­do­wa­łem na nim do­mek z drew­nia­nych od­pa­dów, któ­re ze­bra­łem na pla­cu bu­do­wy. Oj­ciec nie po­ma­gał mi w moim przed­się­wzię­ciu (je­śli zda­rzy­ło mu się wbić gwóźdź, to na­praw­dę moż­na to na­zwać przy­pad­kiem); tego sa­me­go lata na­uczy­łem się pły­wać na de­sce sur­fin­go­wej. Po­wi­nie­nem już wte­dy zda­wać so­bie spra­wę, jak bar­dzo się z oj­cem róż­ni­my, ale to świad­czy wy­łącz­nie o tym, jak mało wie się o ży­ciu, kie­dy jest się dziec­kiem.

Róż­ni­li­śmy się z tatą tak bar­dzo, jak tyl­ko mogą się róż­nić lu­dzie. O ile on był pa­syw­ny i skłon­ny do in­tro­spek­cji, o tyle ja za­wsze by­łem w ru­chu i nie­na­wi­dzi­łem sa­mot­no­ści; o ile on przy­kła­dał ogrom­ną wagę do wy­kształ­ce­nia, o tyle dla mnie szko­ła była czymś w ro­dza­ju klu­bu to­wa­rzy­skie­go z do­dat­kiem za­jęć spor­to­wych. On był dość ni­kłej po­stu­ry i na ogół, idąc, po­włó­czył no­ga­mi; ja za­wsze su­ną­łem w pod­sko­kach, cią­gle py­ta­jąc go, ile cza­su za­ję­ło mi prze­bie­gnię­cie do na­stęp­nej prze­czni­cy i z po­wro­tem. W ósmej kla­sie już go prze­ro­słem, a rok póź­niej po­tra­fi­łem po­ko­nać go w si­ło­wa­niu się na rękę. Róż­ni­li­śmy się też kom­plet­nie wy­glą­dem. Oj­ciec miał ja­sne wło­sy, piw­ne oczy i pie­gi, ja zaś ciem­ne wło­sy oraz oczy, a moja oliw­ko­wa cera już w maju na­bie­ra­ła cze­ko­la­do­we­go od­cie­nia opa­le­ni­zny. Nasz ab­so­lut­ny brak po­do­bień­stwa wy­wo­ły­wał ko­men­ta­rze nie­któ­rych na­szych są­sia­dów, któ­rych ten fakt bar­dzo dzi­wił, zwłasz­cza że oj­ciec wy­cho­wy­wał mnie sam. Gdy by­łem star­szy, sły­sza­łem nie­raz, jak szep­czą coś o tym, że moja mama ucie­kła, kie­dy mia­łem nie­speł­na rok. Choć póź­niej po­dej­rze­wa­łem, że zwią­za­ła się z kimś in­nym, tata nig­dy tego nie po­twier­dził. Po­wie­dział je­dy­nie, że uświa­do­mi­ła so­bie, iż po­peł­ni­ła błąd, wy­cho­dząc tak wcze­śnie za mąż, i że nie była jesz­cze go­to­wa do roli mat­ki. Nig­dy z niej nie szy­dził ani też jej nie chwa­lił, lecz upew­niał się, że mo­dlę się za nią, bez wzglę­du na to, gdzie te­raz jest lub co zro­bi­ła. „Przy­po­mi­nasz mi ją” – ma­wiał cza­sa­mi. Do dziś dnia nie za­mie­ni­łem z nią na­wet jed­ne­go sło­wa, nie mia­łem też w ogó­le na to ocho­ty.

My­ślę, że mój oj­ciec był szczę­śli­wy. Uj­mu­ję to w ten spo­sób, po­nie­waż tata rzad­ko oka­zy­wał uczu­cia. Uści­ski i po­ca­łun­ki były rzad­ko­ścią w okre­sie mo­je­go dzie­ciń­stwa, a kie­dy już się zda­rza­ły, wy­da­wa­ły mi się ja­kieś bez ży­cia, jak gdy­by ro­bił to, po­nie­waż uwa­żał, że tak na­le­ży, a nie dla­te­go, że ma na to ocho­tę. Wiem, że mnie ko­chał, po­nie­waż po­świę­cił się cał­ko­wi­cie mo­je­mu wy­cho­wa­niu, lecz miał czter­dzie­ści trzy lata, gdy się uro­dzi­łem, i w głę­bi du­szy uwa­żam, że mój oj­ciec bar­dziej nada­wał się na mni­cha niż na ro­dzi­ca. Był naj­bar­dziej mil­czą­cym czło­wie­kiem, ja­kie­go zna­łem w ży­ciu. Za­da­wał mi parę py­tań, co się dzie­je w moim ży­ciu, rzad­ko wpa­dał w gniew i rów­nie rzad­ko żar­to­wał. Żył zgod­nie z usta­lo­nym po­rząd­kiem. Co­dzien­nie rano sma­żył dla mnie ja­jecz­ni­cę na be­ko­nie i opie­kał grzan­kę, a przy obie­dzie, któ­ry rów­nież sam go­to­wał, słu­chał mo­ich opo­wie­ści o szko­le. Pla­no­wał wi­zy­ty u den­ty­sty dwa mie­sią­ce wcze­śniej, pła­cił ra­chun­ki w so­bo­tę rano, ro­bił pra­nie w nie­dzie­lę po po­łu­dniu, dzień w dzień wy­cho­dził z domu do­kład­nie o siód­mej trzy­dzie­ści pięć. Nie był ra­czej to­wa­rzy­ski i prze­by­wał przez wie­le go­dzin dzien­nie sam, wrzu­ca­jąc pacz­ki i li­sty do skrzy­nek wzdłuż swo­jej tra­sy. Nie spo­ty­kał się z ko­bie­ta­mi, nie gry­wał wie­czo­ra­mi pod­czas week­en­dów z kum­pla­mi w po­ke­ra. Te­le­fon mil­czał ty­go­dnia­mi. Kie­dy już dzwo­nił, była to albo po­mył­ka, albo te­le­fo­nicz­na re­kla­ma. Zda­ję so­bie spra­wę, jak trud­no mu było wy­cho­wy­wać mnie sa­me­mu, nig­dy jed­nak się nie uskar­żał, na­wet je­śli spra­wia­łem mu za­wód.

Więk­szość wie­czo­rów spę­dza­łem sa­mot­nie. Po za­koń­czo­nej wresz­cie pra­cy oj­ciec za­szy­wał się w swo­jej dziu­pli z uko­cha­ny­mi mo­ne­ta­mi. To była jego je­dy­na wiel­ka pa­sja w ży­ciu. Czuł się naj­szczę­śliw­szy, sie­dząc w swo­im azy­lu, stu­diu­jąc biu­le­tyn nu­mi­zma­tycz­ny o na­zwie „Grey­she­et” i za­sta­na­wia­jąc się, któ­rą mo­ne­tę po­wi­nien te­raz na­być do ko­lek­cji. Praw­dę po­wie­dziaw­szy, ko­lek­cję nu­mi­zma­tycz­ną za­po­cząt­ko­wał mój dzia­dek. Ido­lem dziad­ka był Lo­uis Elias­berg, fi­nan­si­sta z Bal­ti­mo­re, je­dy­ny czło­wiek, któ­ry zgro­ma­dził peł­ną ko­lek­cję ame­ry­kań­skich mo­net, łącz­nie z róż­ny­mi da­ta­mi wy­bi­cia oraz sym­bo­lem men­ni­cy. Jego zbiór do­rów­ny­wał zbio­ro­wi w In­sty­tu­cie Smi­th­so­na, o ile nie był od nie­go więk­szy. Po śmier­ci mo­jej bab­ci w 1951 roku dziad­ka za­fa­scy­no­wa­ła myśl, by stwo­rzyć ko­lek­cję wspól­nie z sy­nem. Pod­czas let­nich wa­ka­cji mój dzia­dek i mój tata po­dró­żo­wa­li po­cią­giem do róż­nych men­nic, by ku­po­wać nowe mo­ne­ty z pierw­szej ręki lub zwie­dzać naj­roz­ma­it­sze wy­sta­wy nu­mi­zma­tycz­ne na Po­łu­dnio­wym Wscho­dzie. Z cza­sem dzia­dek i oj­ciec na­wią­za­li kon­tak­ty z wie­lo­ma han­dla­rza­mi nu­mi­zma­tów w ca­łym kra­ju i dzia­dek wy­dał przez lata for­tu­nę, roz­wi­ja­jąc ko­lek­cję. Jed­nak­że w od­róż­nie­niu od Lo­uisa Elias­ber­ga mój dzia­dek nie był bo­ga­ty – miał sklep wie­lo­bran­żo­wy w Bur­gaw, lecz mu­siał zwi­nąć in­te­res, kie­dy w mie­ście zo­sta­ły otwar­te su­per­mar­ke­ty sie­ci Pig­gly Wig­gly – i nig­dy nie miał szan­sy, by do­rów­nać zbio­ro­wi Elias­ber­ga. Mimo to każ­dy eks­tra do­lar szedł na za­kup mo­net. Dzia­dek no­sił przez trzy­dzie­ści lat tę samą ma­ry­nar­kę, przez całe ży­cie jeź­dził jed­nym sa­mo­cho­dem i je­stem pe­wien, że tata za­czął pra­co­wać w urzę­dzie pocz­to­wym, za­miast wy­je­chać do col­le­ge’u, po­nie­waż dziad­ko­wi nie zo­sta­ło pie­nię­dzy na opła­ce­nie na­uki syna po szko­le śred­niej. Bez wąt­pie­nia był dzi­wa­kiem, po­dob­nie jak mój oj­ciec. Sta­re po­wie­dze­nie mówi: nie­da­le­ko pada jabł­ko od ja­bło­ni. Kie­dy sta­ru­szek w koń­cu zmarł, za­zna­czył w te­sta­men­cie, że jego dom ma być sprze­da­ny, a pie­nią­dze prze­zna­czo­ne na za­kup ko­lej­nych nu­mi­zma­tów. Praw­do­po­dob­nie i bez tego za­strze­że­nia mój oj­ciec wła­śnie tak by po­stą­pił.

Gdy tata odzie­dzi­czył ko­lek­cję, mia­ła już spo­rą war­tość. Kie­dy in­fla­cja osią­gnę­ła nie­bo­tycz­ny po­ziom, a zło­to kosz­to­wa­ło osiem­set pięć­dzie­siąt do­la­rów za un­cję, zbiór był już wart małą for­tu­nę. Wy­star­czy­ło­by z na­wiąz­ką, żeby oj­ciec mógł kil­ka razy z rzę­du przejść na eme­ry­tu­rę, a jesz­cze wię­cej bę­dzie war­ta za dwa­dzie­ścia pięć lat. Lecz ani mo­je­go dziad­ka, ani ojca nie in­te­re­so­wa­ły pie­nią­dze. Zaj­mo­wa­li się nu­mi­zma­ty­ką dla dresz­czu emo­cji, ty­po­we­go dla my­śli­wych, i po­wsta­ła mię­dzy nimi sil­na więź. Było coś pod­nie­ca­ją­ce­go w dłu­gim, trud­nym po­szu­ki­wa­niu kon­kret­nej mo­ne­ty, na ko­niec w zna­le­zie­niu jej i ne­go­cjo­wa­niu, by uzy­skać od­po­wied­nią cenę. Cza­sa­mi moż­na ją było ku­pić za przy­stęp­ną cenę, in­nym zno­wu ra­zem nie, ale każ­dy eg­zem­plarz, któ­ry do­da­wa­li do ko­lek­cji, sta­no­wił cen­ną zdo­bycz. Tata miał na­dzie­ję, że będę po­dzie­lał jego za­mi­ło­wa­nie, jak rów­nież go­dził się na po­świę­ce­nie, któ­re­go owa pa­sja wy­ma­ga. W la­tach do­ra­sta­nia mu­sia­łem spać zimą pod do­dat­ko­wy­mi ko­ca­mi i do­sta­wa­łem nowe buty raz na rok. Za­wsze bra­ko­wa­ło pie­nię­dzy na ubra­nia dla mnie, chy­ba że po­cho­dzi­ły z Ar­mii Zba­wie­nia. Oj­ciec nie miał na­wet apa­ra­tu fo­to­gra­ficz­ne­go. Je­dy­ne na­sze wspól­ne zdję­cie po­cho­dzi­ło z wy­sta­wy nu­mi­zma­tów w Atlan­cie. Zro­bił je pe­wien han­dlarz, gdy sta­li­śmy przed jego sto­iskiem, i przy­słał je nam. Przez lata sta­ło na biur­ku ojca. Na tym zdję­ciu tata obej­mu­je mnie ra­mie­niem i obaj uśmie­cha­my się pro­mien­nie. Trzy­mam w dło­ni pię­cio­cen­tów­kę Buf­fa­lo z 1926 roku, w do­sko­na­łym sta­nie, któ­rą oj­ciec wła­śnie ku­pił. Za­li­cza­ła się do naj­rzad­szych pię­cio­cen­tó­wek Buf­fa­lo i sku­tek był taki, że przez mie­siąc ży­wi­li­śmy się hot do­ga­mi i fa­so­lą, mo­ne­ta kosz­to­wa­ła bo­wiem wię­cej, niż się oj­ciec spo­dzie­wał.

Ale ja nie mia­łem nic prze­ciw­ko temu po­świę­ce­niu – w każ­dym ra­zie przy­najm­niej przez ja­kiś czas. Kie­dy tata za­czął roz­ma­wiać ze mną o nu­mi­zma­tach – mu­sia­łem być wte­dy w pierw­szej lub w dru­giej kla­sie – trak­to­wał mnie jak rów­ne­go so­bie. Każ­de­mu dzie­cia­ko­wi ude­rza do gło­wy, kie­dy do­ro­sły, a zwłasz­cza oj­ciec, trak­tu­je go po part­ner­sku, to­też grza­łem się w pro­mie­niach jego za­in­te­re­so­wa­nia, wchła­nia­jąc te in­for­ma­cje. Z cza­sem umia­łem po­wie­dzieć, ile „Po­dwój­nych Or­łów” Sa­int Gau­dens wy­bi­to w 1927 roku, a ile w 1924, i dla­cze­go dzie­się­cio­cen­tów­ka Bar­ber Dime z 1895 roku, wy­bi­ta w No­wym Or­le­anie, ma dzie­się­cio­krot­nie więk­szą war­tość od tej sa­mej mo­ne­ty wy­bi­tej tego sa­me­go roku w Fi­la­del­fii. No­ta­be­ne, nadal to po­tra­fię. Jed­nak­że, w od­róż­nie­niu od ojca, w koń­cu za­czą­łem wy­ra­stać z mo­jej ko­lek­cjo­ner­skiej pa­sji. On nie po­tra­fił chy­ba roz­ma­wiać o czym­kol­wiek in­nym i po sze­ściu czy sied­miu la­tach, kie­dy to week­en­dy spę­dza­łem z nim, za­miast z ko­le­ga­mi, za­pra­gną­łem wy­rwać się z domu. Po­dob­nie jak inni chłop­cy za­czą­łem in­te­re­so­wać się in­ny­mi rze­cza­mi, przede wszyst­kim spor­tem, dziew­czy­na­mi, sa­mo­cho­da­mi, mu­zy­ką, to­też ma­jąc czter­na­ście lat, nie­wie­le prze­by­wa­łem w domu. Od­czu­wa­łem też co­raz więk­sze roz­ża­le­nie. Po­wo­li do­cie­ra­ło do mnie, jak bar­dzo róż­ni się moje ży­cie od ży­cia ko­le­gów. Pod­czas gdy oni za­wsze mie­li for­sy jak lodu na kino czy na mod­ne oku­la­ry prze­ciw­sło­necz­ne, ja że­bra­łem o dwu­dzie­sto­pię­cio­cen­tów­ki, żeby ku­pić so­bie ham­bur­ge­ra w McDo­nal­dzie. Na szes­na­ste uro­dzi­ny kil­ku­na­stu ko­le­gów do­sta­ło sa­mo­cho­dy, mnie zaś tata po­da­ro­wał srebr­ną jed­no­do­la­rów­kę Mor­ga­na wy­bi­tą w Car­son City. Dziu­ry w na­szej znisz­czo­nej ka­na­pie były przy­kry­te ko­cem i by­li­śmy je­dy­ną zna­ną mi ro­dzi­ną, któ­ra nie mia­ła te­le­wi­zji ka­blo­wej czy mi­kro­fa­lów­ki. Kie­dy ze­psu­ła się lo­dów­ka, oj­ciec ku­pił uży­wa­ną, w naj­ohyd­niej­szym od­cie­niu zie­le­ni, któ­ry nie pa­so­wał do ni­cze­go w kuch­ni. Ogar­nia­ło mnie za­kło­po­ta­nie, gdy po­my­śla­łem, że mo­gli­by do mnie wpaść ko­le­dzy, i wi­ni­łem za to ojca. Zda­ję so­bie spra­wę, że było to ra­czej ża­ło­sne uczu­cie – sko­ro tak mi do­skwie­rał brak go­tów­ki, mo­głem, na przy­kład, ko­sić traw­ni­ki lub po­dej­mo­wać się do­ryw­czych prac – ale ja by­łem śle­py jak kret i głu­pi jak but. Na­wet je­śli po­wiem wam te­raz, że ża­łu­ję swo­jej nie­doj­rza­ło­ści, to nie da się cof­nąć cza­su.

Tata czuł, że coś się zmie­nia, lecz nie bar­dzo wie­dział, jak temu za­ra­dzić. Pró­bo­wał w je­dy­ny zna­ny so­bie spo­sób, w je­dy­ny spo­sób zna­ny jego ojcu. Roz­ma­wiał o mo­ne­tach – wy­łącz­nie o nich po­tra­fił swo­bod­nie roz­pra­wiać – i w dal­szym cią­gu przy­go­to­wy­wał dla mnie śnia­da­nia i obia­dy, lecz na­sze sto­sun­ki co­raz bar­dziej się ozię­bia­ły. Jed­no­cze­śnie od­da­li­łem się od ko­le­gów, któ­rych zna­łem od da­wien daw­na. Roz­bi­li się na kli­ki, w za­leż­no­ści od tego, ja­kie fil­my oglą­da­li czy ja­kie ko­szu­le ku­pi­li ostat­nio w cen­trum han­dlo­wym, i na­gle zna­la­złem się poza na­wia­sem. Pie­przę ich, po­my­śla­łem. W szko­le śred­niej za­wsze jest miej­sce dla wszyst­kich, za­czą­łem więc za­da­wać się z nie­wła­ści­wym to­wa­rzy­stwem, chło­pa­ka­mi, któ­rzy nie przej­mo­wa­li się ni­czym, a w re­zul­ta­cie ja rów­nież prze­sta­łem się przej­mo­wać. Opusz­cza­łem lek­cje, pa­li­łem i trzy­krot­nie za­wie­szo­no mnie za bój­ki.

Za­rzu­ci­łem tak­że sport. Gra­łem w fut­bol, ko­szy­ków­kę i bie­ga­łem aż do dru­giej kla­sy, i choć tata py­tał cza­sa­mi, jak mi po­szło, gdy wra­ca­łem do domu, wy­raź­nie czuł się nie­swo­jo, kie­dy wda­wa­łem się w szcze­gó­ły, po­nie­waż było ja­sne, że nie zna się w ogó­le na żad­nych spor­tach. Nig­dy w ży­ciu nie na­le­żał do żad­nej dru­ży­ny. Kie­dy by­łem w dru­giej kla­sie, po­ja­wił się na jed­nym je­dy­nym me­czu ko­szy­ków­ki. Sie­dział wśród pu­blicz­no­ści, dziw­ny, ły­sie­ją­cy fa­cet w wy­tar­tej spor­to­wej ma­ry­nar­ce i w skar­pet­kach nie od pary. Mimo że nie był oty­ły, miał spodnie zmarsz­czo­ne w pa­sie, przez co wy­glą­dał, jak gdy­by był w trze­cim mie­sią­cu cią­ży. I uświa­do­mi­łem so­bie, że nie chcę mieć z nim nic wspól­ne­go. Od­czu­wa­łem za­kło­po­ta­nie na jego wi­dok i po za­koń­czo­nym me­czu trzy­ma­łem się od nie­go z da­le­ka. Nie uwa­żam tego za po­wód do dumy z sie­bie, ale taki wła­śnie by­łem.

Sy­tu­acja sta­wa­ła się co­raz gor­sza. W ostat­niej kla­sie mój bunt się­gnął ze­ni­tu. Od dwóch lat moje oce­ny spa­da­ły co­raz bar­dziej, ra­czej z po­wo­du le­ni­stwa i bra­ku za­in­te­re­so­wa­nia niż bra­ku in­te­li­gen­cji (tak uwa­żam, może nie­słusz­nie), kil­ka­krot­nie oj­ciec przy­ła­pał mnie, gdy wkra­da­łem się póź­ną nocą do domu, zio­nąc go­rza­łą. Pew­ne­go razu po­li­cja od­wio­zła mnie do domu z im­pre­zy, gdzie ewi­dent­nie był w uży­ciu al­ko­hol i nar­ko­ty­ki, a kie­dy oj­ciec dał mi szla­ban, wście­kłem się na nie­go, wy­krzy­cza­łem, żeby pil­no­wał wła­sne­go nosa, i prze­miesz­ka­łem dwa ty­go­dnie w domu ko­le­gi. Po moim po­wro­cie nie po­wie­dział ani sło­wa, na­to­miast ja­jecz­ni­ca na be­ko­nie z grzan­ka­mi jak zwy­kle była rano na sto­le. Le­d­wie prze­cho­dzi­łem z kla­sy do kla­sy i przy­pusz­czam, że po­zwo­lo­no mi ukoń­czyć szko­łę po pro­stu dla­te­go, że chcia­no się mnie jak naj­prę­dzej po­zbyć. Wiem, że tata się mar­twił i cza­sa­mi po­ru­szał na swój spo­sób te­mat col­le­ge’u, ale ja już pod­ją­łem de­cy­zję, że nie pój­dę na stu­dia. Chcia­łem pra­co­wać, chcia­łem mieć sa­mo­chód, chcia­łem tych dóbr ma­te­rial­nych, bez któ­rych ży­łem przez osiem­na­ście lat.

Nie na­po­mkną­łem mu o tym ani sło­wem aż do lata po ukoń­cze­niu szko­ły, ale kie­dy do­tar­ło do nie­go, że nie zło­ży­łem na­wet po­da­nia do dwu­let­niej szko­ły po­li­ce­al­nej, za­mknął się w swo­im po­ko­ju na resz­tę wie­czo­ru i na­za­jutrz rano nie ode­zwał się do mnie przy zwy­kłym śnia­da­niu. Wie­czo­rem tego sa­me­go dnia pró­bo­wał wcią­gnąć mnie do roz­mo­wy o nu­mi­zma­tach, jak gdy­by chwy­tał się na­dziei po­wro­tu do daw­nej za­ży­ło­ści, któ­rą ja­kimś spo­so­bem utra­ci­li­śmy.

– Pa­mię­tasz, jak po­je­cha­li­śmy do Atlan­ty i to ty zna­la­złeś tam­tą pię­cio­cen­tów­kę z wi­ze­run­kiem bi­zo­na, któ­rej szu­ka­li­śmy przez wie­le lat? – spy­tał. – Tam­tą, z któ­rą je­ste­śmy na zdję­ciu? Nig­dy nie za­po­mnę, jaki by­łeś pod­eks­cy­to­wa­ny. To mi przy­wio­dło na pa­mięć mo­je­go ojca i mnie.

Po­krę­ci­łem gło­wą, uze­wnętrz­ni­ła się cała moja fru­stra­cja spo­wo­do­wa­na ży­ciem z oj­cem.

– Mam po­wy­żej uszu słu­cha­nia o mo­ne­tach! – wrza­sną­łem. – Nig­dy wię­cej nie chcę sły­szeć o nich ani sło­wa! Po­wi­nie­neś sprze­dać tę cho­ler­ną ko­lek­cję i za­jąć się czymś in­nym. Czym­kol­wiek!

Oj­ciec nic nie od­po­wie­dział, ale do dziś dnia pa­mię­tam jego zbo­la­łą minę, kie­dy w koń­cu od­wró­cił się i po­wlókł do swo­jej dziu­pli. Zra­ni­łem go i choć mó­wi­łem so­bie, że tego nie chcia­łem, w głę­bi du­szy zda­wa­łem so­bie spra­wę, że okła­mu­ję sa­me­go sie­bie. Od tam­tej chwi­li oj­ciec rzad­ko po­ru­szał te­mat nu­mi­zma­tów. Ja rów­nież. Stwo­rzy­ło to mię­dzy nami głę­bo­ką prze­paść, nie mie­li­śmy so­bie nic do po­wie­dze­nia. Po kil­ku dniach uświa­do­mi­łem so­bie, że znik­nę­ła rów­nież na­sza je­dy­na fo­to­gra­fia, jak gdy­by tata uwa­żał, że ura­zi mnie na­wet naj­drob­niej­sze przy­po­mnie­nie mo­net. W owym cza­sie praw­do­po­dob­nie tak by się sta­ło i mimo że za­ło­ży­łem, iż wy­rzu­cił zdję­cie, wca­le mnie to nie obe­szło.

W okre­sie do­ra­sta­nia nig­dy nie bra­łem pod uwa­gę ewen­tu­al­no­ści wstą­pie­nia do woj­ska. Cho­ciaż wschod­nia Ka­ro­li­na Pół­noc­na jest ob­sza­rem na­sze­go kra­ju, gdzie jest naj­gęst­sza sieć obiek­tów woj­sko­wych – w od­le­gło­ści kil­ku go­dzin jaz­dy od Wil­ming­to­nu znaj­du­je się sie­dem baz – uwa­ża­łem, że woj­sko jest dla nie­udacz­ni­ków. Kto chciał­by spę­dzić ży­cie po­mia­ta­ny przez ban­dę ostrzy­żo­nych na jeża fa­ga­sów? Na pew­no nie ja, i poza chło­pa­ka­mi z ROTC1, tak­że bar­dzo nie­wie­lu ko­le­gów z mo­jej szko­ły śred­niej. Więk­szość do­brych uczniów wy­bie­ra­ła się na Uni­ver­si­ty of North Ca­ro­li­na lub North Ca­ro­li­na Sta­te, na­to­miast ci słab­si zo­sta­wa­li, obi­ja­jąc się i chwy­ta­jąc się róż­nych prac, żło­piąc piwo i prze­sia­du­jąc, gdzie się dało, zde­cy­do­wa­nie uni­ka­jąc wszyst­kie­go, co mo­gło­by wy­ma­gać odro­bi­ny od­po­wie­dzial­no­ści.

Na­le­ża­łem do tej ostat­niej ka­te­go­rii. Przez parę lat po ukoń­cze­niu szko­ły ima­łem się roz­ma­itych za­jęć, pra­co­wa­łem jako po­moc­nik kel­ne­ra w Out­back Ste­akho­use, od­ry­wa­łem kon­tro­l­ne od­cin­ki bi­le­tów w miej­sco­wym ki­nie, ła­do­wa­łem i wy­ła­do­wy­wa­łem pu­dła w Sta­ples, pie­kłem go­fry w Waf­fle Ho­use, pra­co­wa­łem jako ka­sjer w kil­ku miej­scach, gdzie sprze­da­wa­no bzde­ty tu­ry­stom spo­za mia­sta. Wy­da­wa­łem każ­dy za­ro­bio­ny grosz i nie łu­dzi­łem się ani przez chwi­lę, że osta­tecz­nie uda mi się wspiąć po szcze­blach ka­rie­ry do kie­row­ni­czych sta­no­wisk, to­też osta­tecz­nie wy­la­ty­wa­łem z każ­dej pra­cy. Dość dłu­go nie przej­mo­wa­łem się tym ani tro­chę. Ro­bi­łem, co mi się żyw­nie po­do­ba­ło. Mia­łem bzi­ka na punk­cie upra­wia­nia sur­fin­gu do póź­na, a po­tem spa­łem do po­łu­dnia, a po­nie­waż nadal miesz­ka­łem w domu, nie mu­sia­łem pła­cić za je­dze­nie, czynsz, ubez­pie­cze­nie, nie od­kła­da­łem też na przy­szłość. Poza tym żad­ne­mu z mo­ich ko­le­gów nie po­wo­dzi­ło się le­piej niż mnie. Nie pa­mię­tam, że­bym czuł się szcze­gól­nie nie­szczę­śli­wy, lecz po pew­nym cza­sie zwy­czaj­nie zmę­czy­ło mnie moje ży­cie. Nie samo sur­fo­wa­nie, co to, to nie – w 1996 roku hu­ra­ga­ny „Ber­tha” i „Fran” ude­rzy­ły w wy­brze­że i fale były naj­lep­sze od lat – lecz to nud­ne wy­sta­wa­nie pod ba­rem Le­roya. Za­czą­łem uświa­da­miać so­bie, że każ­dy wie­czór był taki sam. Pi­łem piwo, wpa­da­łem na lu­dzi, któ­rych zna­łem ze szko­ły śred­niej, py­ta­li mnie, co ro­bię, ja im od­po­wia­da­łem, po­tem oni mó­wi­li, co ro­bią, i nie trze­ba być ge­niu­szem, żeby się do­my­ślić, że i oni, i ja zmie­rza­my do­ni­kąd. Na­wet je­śli mie­li wła­sne miesz­ka­nie, któ­re­go ja nie mia­łem, nie wie­rzy­łem, gdy opo­wia­da­li mi, że lu­bią swo­ją pra­cę – ko­pa­nie ro­wów, my­cie okien czy wo­że­nie tu­ry­stycz­nych to­a­let Por­ta Pot­ti, po­nie­waż do­sko­na­le wie­dzia­łem, że o żad­nym z tych za­jęć nie ma­rzy się, do­ra­sta­jąc. Może le­ni­łem się w szko­le, ale aż tak głu­pi nie by­łem.

W tam­tym okre­sie spo­ty­ka­łem się z dzie­siąt­ka­mi ko­biet. Tu­taj, u Le­roya, za­wsze były ko­bie­ty. W więk­szo­ści były to zna­jo­mo­ści nie­war­te za­pa­mię­ta­nia. Wy­ko­rzy­sty­wa­łem ko­bie­ty i za­wsze za­cho­wu­jąc uczu­cia dla sie­bie, po­zwa­la­łem, by one wy­ko­rzy­sty­wa­ły mnie. Je­dy­nie zwią­zek z dziew­czy­ną o imie­niu Lucy prze­trwał dłu­żej niż kil­ka mie­się­cy i przez krót­ki czas, za­nim nie­uchron­nie się roz­sta­li­śmy, wy­da­wa­ło mi się, że się w niej za­ko­cha­łem. O rok star­sza ode mnie, była stu­dent­ką UNC2 w Wil­ming­to­nie i po ukoń­cze­niu stu­diów chcia­ła zna­leźć pra­cę w No­wym Jor­ku.

– Za­le­ży mi na to­bie – po­wie­dzia­ła mi ostat­niej nocy, któ­rą spę­dzi­li­śmy ra­zem – ale ty i ja pra­gnie­my róż­nych rze­czy. Mógł­byś zro­bić znacz­nie wię­cej w ży­ciu, lecz ty z ja­kie­goś po­wo­du wo­lisz po pro­stu snuć się bez celu. – Za­wa­ha­ła się, po czym mó­wi­ła da­lej. – W do­dat­ku nie wiem, co na­praw­dę do mnie czu­jesz.

Zda­wa­łem so­bie spra­wę, że Lucy ma ra­cję. Wkrót­ce po­tem wsia­dła do sa­mo­lo­tu, nie za­wra­ca­jąc so­bie na­wet gło­wy, by się ze mną po­że­gnać. Po upły­wie roku po­pro­si­łem jej ro­dzi­ców o nu­mer te­le­fo­nu i za­dzwo­ni­łem do niej. Roz­ma­wia­li­śmy przez dwa­dzie­ścia mi­nut. Po­wie­dzia­ła mi, że za­rę­czy­ła się z ad­wo­ka­tem i wy­cho­dzi za mąż w czerw­cu na­stęp­ne­go roku.

Ta roz­mo­wa te­le­fo­nicz­na po­ru­szy­ła mnie bar­dziej, niż się spo­dzie­wa­łem. Wy­da­rzy­ła się w dniu, kie­dy zo­sta­łem wy­la­ny z pra­cy – ko­lej­ny raz – i jak za­wsze po­sze­dłem po­cie­szyć się do Le­roya. Za­sta­łem tam ten sam tłu­mek nie­udacz­ni­ków i na­gle uświa­do­mi­łem so­bie, że nie mam ocho­ty spę­dzać jesz­cze jed­ne­go bez­sen­sow­ne­go wie­czo­ru i uda­wać, że wszyst­ko w moim ży­ciu świet­nie się ukła­da. Ku­pi­łem więc sze­ścio­pak piwa i usia­dłem z nim na pla­ży. Po raz pierw­szy od lat po­waż­nie się za­my­śli­łem nad moim ży­ciem, co po­wi­nie­nem z nim zro­bić i czy nie war­to jed­nak pójść za radą taty i wstą­pić do col­le­ge’u. Ale od tak daw­na już by­łem poza szko­łą, że ten po­mysł wy­dał mi się nie­ce­lo­wy i ab­sur­dal­ny. Moż­na to na­zwać szczę­ściem lub pe­chem, ale wła­śnie wte­dy prze­bie­gło obok mnie dwóch żoł­nie­rzy pie­cho­ty mor­skiej. Mło­dzi i spraw­ni fi­zycz­nie, pro­mie­nio­wa­li spo­koj­ną pew­no­ścią sie­bie.

Prze­tra­wia­łem to przez parę dni. Osta­tecz­nie to oj­ciec wpły­nął w pew­nym stop­niu na moją de­cy­zję. Oczy­wi­ście nie na­po­mkną­łem mu o tym na­wet sło­wem. Pew­nej nocy, idąc do kuch­ni, zo­ba­czy­łem, że swo­im zwy­cza­jem sie­dzi przy biur­ku. Tym ra­zem jed­nak przyj­rza­łem mu się do­kład­nie. Wy­ły­siał już pra­wie cał­ko­wi­cie, a reszt­ki wło­sów, któ­re po­zo­sta­ły mu za usza­mi, były zu­peł­nie siwe. Zbli­żał się do wie­ku eme­ry­tal­ne­go i na­gle ude­rzy­ła mnie myśl, że nie mam pra­wa wciąż spra­wiać mu za­wo­du po tym wszyst­kim, co dla mnie zro­bił.

Za­cią­gną­łem się więc do woj­ska. Naj­pierw przy­szła mi do gło­wy pie­cho­ta mor­ska, po­nie­waż naj­le­piej zna­łem tych chło­pa­ków – zjeż­dża­li za­wsze tłum­nie na Wri­ght­svil­le Be­ach z Camp Le­jeu­ne lub Cher­ry Po­int, kie­dy jed­nak nad­szedł czas, wy­bra­łem woj­ska lą­do­we. Do­my­śla­łem się, że w jed­nym i dru­gim przy­pad­ku do­sta­nę ka­ra­bin, ale osta­tecz­nie na moim wy­bo­rze za­wa­żył fakt, że kie­dy za­sze­dłem do biu­ra, fa­cet wer­bu­ją­cy pie­cho­tę mor­ską jadł aku­rat lunch i nie był w tym mo­men­cie wol­ny, na­to­miast ten, któ­ry wer­bo­wał do wojsk lą­do­wych – jego biu­ro mie­ści­ło się po dru­giej stro­nie uli­cy – był. Osta­tecz­nie pod­ją­łem bar­dziej spon­ta­nicz­ną de­cy­zję, niż za­mie­rza­łem, ale pod­pi­sa­łem się w wy­zna­czo­nym miej­scu, za­cią­ga­jąc się na czte­ry lata, a kie­dy re­kru­tu­ją­cy po­kle­pał mnie po ple­cach, gra­tu­lu­jąc mi, przy­ła­pa­łem się na tym, że za­sta­na­wiam się, w co się wpa­ko­wa­łem. Było to pod ko­niec 1997 roku, mia­łem wte­dy dwa­dzie­ścia lat.

Obóz szko­le­nio­wy dla re­kru­tów w Fort Ben­ning był taki okrop­ny, jak to so­bie wy­obra­ża­łem. Wszyst­ko zda­wa­ło się mieć na celu upo­ko­rze­nie nas i pod­da­nie pra­niu mó­zgów, by­śmy wy­ko­ny­wa­li roz­ka­zy bez sprze­ci­wu, bez wzglę­du na to, jak mogą być głu­pie. Przy­sto­so­wa­łem się jed­nak znacz­nie szyb­ciej od wie­lu chło­pa­ków. Kie­dy już przez to prze­sze­dłem, wy­bra­łem pie­cho­tę. Przez na­stęp­ne kil­ka mie­się­cy ćwi­czy­li­śmy po­zo­ro­wa­ną wal­kę w Lu­izja­nie i sta­rym do­brym Fort Bragg, gdzie w za­sa­dzie uczy­li­śmy się naj­sku­tecz­niej­szych spo­so­bów za­bi­ja­nia lu­dzi i nisz­cze­nia obiek­tów; po pew­nym cza­sie moja jed­nost­ka, wcho­dzą­ca w skład Pierw­szej Dy­wi­zji Pie­cho­ty – zna­nej też jako Big Red One – zo­sta­ła wy­sła­na do Nie­miec. Nie zna­łem sło­wa po nie­miec­ku, ale nie mia­ło to zna­cze­nia, po­nie­waż pra­wie każ­dy, z kim mia­łem do czy­nie­nia, mó­wił po an­giel­sku. Na po­cząt­ku było ła­two, na­stęp­nie roz­po­czę­ło się woj­sko­we ży­cie. Spę­dzi­łem sie­dem okrop­nych mie­się­cy na Bał­ka­nach – naj­pierw w Ma­ce­do­nii w 1999 roku, po­tem w Ko­so­wie, gdzie zo­sta­łem do póź­nej wio­sny dwu­ty­sięcz­ne­go roku. Ży­cie w woj­sku nie­zbyt się opła­ca­ło, lecz bio­rąc pod uwa­gę fakt, że nie trze­ba było pła­cić czyn­szu, ku­po­wać je­dze­nia i nie było na co wy­dać żoł­du, to mo­głem po raz pierw­szy wpła­cić pie­nią­dze do ban­ku. Nie­du­żo, lecz wy­star­cza­ją­co.

Pierw­szą prze­pust­kę spę­dzi­łem w domu, nu­dząc się jak mops. Na dru­gą po­je­cha­łem do Las Ve­gas. Było to mia­sto ro­dzin­ne jed­ne­go z mo­ich kum­pli i za­me­li­no­wa­li­śmy się we trój­kę w domu jego ro­dzi­ców. Roz­trwo­ni­łem pra­wie wszyst­kie oszczęd­no­ści. Pod­czas trze­ciej prze­pust­ki, po po­wro­cie z Ko­so­wa, roz­pacz­li­wie po­trze­bo­wa­łem chwi­li wy­tchnie­nia i po­sta­no­wi­łem wró­cić do domu w na­dziei, że nuda pod­czas mo­je­go tam po­by­tu po­dzia­ła uspo­ka­ja­ją­co na moją psy­chi­kę. Z po­wo­du dzie­lą­cej nas od­le­gło­ści rzad­ko roz­ma­wia­li­śmy z tatą przez te­le­fon, ale pi­sał do mnie li­sty, któ­re za­wsze no­si­ły stem­pel pierw­sze­go dnia mie­sią­ca. Były inne niż te, któ­re moi ko­le­dzy do­sta­wa­li od swo­ich mam, sióstr czy żon. Nie było w nich nic zbyt oso­bi­ste­go, nic sen­ty­men­tal­ne­go, nig­dy ani sło­wa da­ją­ce­go mi do zro­zu­mie­nia, że za mną tę­sk­ni. Nig­dy też nie wspo­mniał o mo­ne­tach. Opo­wia­dał na­to­miast o zmia­nach w są­siedz­twie, dużo o po­go­dzie. Kie­dy na­pi­sa­łem mu o dość nie­bez­piecz­nej wy­mia­nie ognia, w któ­rej uczest­ni­czy­łem na Bał­ka­nach, od­pi­sał mi, że cie­szy się, iż prze­ży­łem, i na tym ko­niec. Zo­rien­to­wa­łem się ze spo­so­bu, w jaki mi od­po­wie­dział, że nie chciał sły­szeć o nie­bez­piecz­nych rze­czach, któ­re ro­bi­łem. Prze­ra­ża­ło go to, że znaj­do­wa­łem się w nie­bez­pie­czeń­stwie, to­też za­czą­łem po­mi­jać dra­ma­tycz­ne epi­zo­dy. Za­miast tego wy­sy­ła­łem mu li­sty, w któ­rych za­pew­nia­łem go, że sta­nie na war­cie jest bez wąt­pie­nia naj­nud­niej­szym za­ję­ciem, ja­kie kie­dy­kol­wiek wy­my­ślo­no, i że naj­bar­dziej pa­sjo­nu­ją­cą rze­czą, jaką ro­bię od ty­go­dni, jest zga­dy­wa­nie, ile pa­pie­ro­sów wy­pa­li dru­gi war­tow­nik pod­czas jed­ne­go wie­czo­ru. Oj­ciec koń­czył każ­dy list obiet­ni­cą, że wkrót­ce na­pi­sze zno­wu, i tym ra­zem rów­nież mnie nie za­wo­dził. Dużo póź­niej do­sze­dłem do wnio­sku, że był znacz­nie lep­szym czło­wie­kiem, niż ja kie­dy­kol­wiek będę.

Ale ja do­ro­słem w cią­gu ostat­nich trzech lat. Tak, wiem, je­stem cho­dzą­cym tru­izmem – woj­sko robi z chłop­ca męż­czy­znę. Wszy­scy mu­szą do­ro­snąć w woj­sku, zwłasz­cza je­śli słu­żą w pie­cho­cie, tak jak ja. Po­wie­rza­ją ci ekwi­pu­nek wart ma­ją­tek, inni po­kła­da­ją w to­bie za­ufa­nie i je­śli coś spie­przysz, kara jest znacz­nie po­waż­niej­sza niż ode­sła­nie do łóż­ka bez ko­la­cji. Z pew­no­ścią zbyt wie­le jest nudy i pa­pier­ko­wej ro­bo­ty, wszy­scy kop­cą pa­pie­ro­sy, nie po­tra­fią do­koń­czyć zda­nia bez prze­kleństw, trzy­ma­ją pod łóż­kiem pu­dła ze świersz­czy­ka­mi i mu­szą od­po­wia­dać przed fa­ce­ta­mi z ROTC, świe­żo po col­le­ge’u, któ­rzy uwa­ża­ją, że tre­py ta­kie jak my mają ilo­raz in­te­li­gen­cji na po­zio­mie ne­an­der­tal­czy­ka. Za to wszyst­ko do­sta­je się naj­waż­niej­szą na­ucz­kę w ży­ciu, a mia­no­wi­cie, że trze­ba żyć na wła­sną od­po­wie­dzial­ność i le­piej ro­bić to do­brze. Je­śli otrzy­mu­je się roz­kaz, na­le­ży go wy­ko­nać, nie wol­no od­mó­wić. Nie ma prze­sa­dy w po­wie­dze­niu, że na­sze ży­cie wisi na wło­sku. Jed­na nie­wła­ści­wa de­cy­zja i twój kum­pel może stra­cić ży­cie. Ten fakt spra­wia, że ar­mia funk­cjo­nu­je. Mnó­stwo lu­dzi po­peł­nia wiel­ki błąd, za­sta­na­wia­jąc się, jak żoł­nie­rze mogą co­dzien­nie na­ra­żać ży­cie lub wal­czyć o coś, w co być może nie wie­rzą. Nie każ­dy wie­rzy. Mia­łem do czy­nie­nia z żoł­nie­rza­mi ze wszyst­kich stron po­li­tycz­ne­go spek­trum. Spo­tka­łem lu­dzi, któ­rzy nie­na­wi­dzi­li woj­ska oraz in­nych, któ­rzy chcie­li zro­bić w nim ka­rie­rę. Spo­tka­łem ge­niu­szy oraz idio­tów, ale w osta­tecz­nym roz­ra­chun­ku wszy­scy ro­bi­my to, co ro­bi­my, dla sie­bie na­wza­jem. Dla przy­jaź­ni. Nie dla kra­ju, nie z pa­trio­ty­zmu, nie dla­te­go, że je­ste­śmy za­pro­gra­mo­wa­ny­mi ma­szy­na­mi do za­bi­ja­nia, lecz z po­wo­du tego fa­ce­ta obok cie­bie. Wal­czysz dla przy­ja­cie­la, po to, by prze­żył, a on wal­czy dla cie­bie, i wszyst­ko w woj­sku opie­ra się na tej pro­stej prze­słan­ce.

Ale, jak już po­wie­dzia­łem, zmie­ni­łem się. Wstę­pu­jąc do woj­ska, kop­ci­łem jak ko­min i pra­wie wy­ka­sła­łem płu­ca pod­czas obo­zu dla re­kru­tów, lecz w od­róż­nie­niu od prak­tycz­nie wszyst­kich w mo­jej jed­no­st­ce rzu­ci­łem pa­le­nie i nie tkną­łem pa­pie­ro­sa od prze­szło dwóch lat. Ogra­ni­czy­łem al­ko­hol, wy­star­cza­ły mi dwa piwa ty­go­dnio­wo, po­tra­fi­łem w ogó­le obyć się bez nie­go przez mie­siąc. Kar­to­te­kę mia­łem nie­po­szla­ko­wa­ną. Awan­so­wa­łem z sze­re­gow­ca na ka­pra­la, a na­stęp­nie, po upły­wie pół roku, na sier­żan­ta. Do­wie­dzia­łem się, że mam zdol­no­ści przy­wód­cze. Pro­wa­dzi­łem lu­dzi do wal­ki, mój od­dział brał udział w schwy­ta­niu jed­ne­go z gło­śnych zbrod­nia­rzy wo­jen­nych na Bał­ka­nach. Mój do­wód­ca za­re­ko­men­do­wał mnie do Of­fi­cer Can­di­da­te Scho­ol (OCS) i bi­łem się z my­śla­mi, czy zo­stać ofi­ce­rem, czy też nie, jed­nak­że cza­sa­mi ozna­cza­ło to pra­cę za biur­kiem i na­wet wię­cej pa­pier­ko­wej ro­bo­ty, a ja nie by­łem prze­ko­na­ny, że tego wła­śnie chcę. Poza pły­wa­niem na de­sce sur­fin­go­wej nie upra­wia­łem spor­tu od kil­ku lat przed za­cią­gnię­ciem się do woj­ska. Do chwi­li trze­ciej prze­pust­ki przy­by­ło mi dzie­sięć kilo mu­sku­łów i po­zby­łem się war­stwy tłusz­czy­ku z brzu­cha. Więk­szość cza­su spę­dzi­łem na bie­ga­niu, bok­so­wa­niu i pod­no­sze­niu cię­ża­rów ra­zem z To­nym, mię­śnia­kiem z No­we­go Jor­ku, któ­ry nie po­tra­fił mó­wić, tyl­ko krzy­czał, przy­się­gał, że te­qu­ila jest afro­dy­zja­kiem, i zde­cy­do­wa­nie był moim naj­lep­szym kum­plem w od­dzia­le. Na­mó­wił mnie, bym tak jak on zro­bił so­bie ta­tu­aże na obu ra­mio­nach, z każ­dym upły­wa­ją­cym dniem pa­mięć o tym, kim kie­dyś by­łem, bla­dła co­raz bar­dziej.

Dużo też czy­ta­łem. W woj­sku ma się dużo cza­su na czy­ta­nie, lu­dzie wy­mie­nia­ją się książ­ka­mi lub wy­po­ży­cza­ją je z bi­blio­te­ki, do­pó­ki okład­ki prak­tycz­nie się nie roz­le­cą. Nie chcę, by­ście od­nie­śli wra­że­nie, że sta­łem się in­te­lek­tu­ali­stą, po­nie­waż tak nie jest. Nie zna­łem Chau­ce­ra, Pro­usta czy Do­sto­jew­skie­go ani żad­ne­go z in­nych nie­ży­ją­cych pi­sa­rzy. Czy­ta­łem głów­nie kry­mi­na­ły, thril­le­ry i książ­ki Ste­phe­na Kin­ga, a szcze­gól­nie po­lu­bi­łem Car­la Hia­ase­na, po­nie­waż ma lek­kie pió­ro i za­wsze mnie roz­śmie­sza. Nie po­tra­fi­łem oprzeć się my­śli, że gdy­by w szko­le prze­ra­bia­no te książ­ki na lek­cjach an­giel­skie­go, mie­li­by­śmy naj­wię­cej czy­tel­ni­ków na świe­cie.

W od­róż­nie­niu od mo­ich kum­pli uni­ka­łem jak ognia to­wa­rzy­stwa ko­biet. Brzmi dziw­nie, praw­da? Fa­cet w kwie­cie wie­ku, pra­ca na­ła­do­wa­na te­sto­ste­ro­nem – co może być na­tu­ral­niej­sze­go od po­szu­ki­wa­nia od­prę­że­nia w to­wa­rzy­stwie ko­bie­ty? Ale nie dla mnie. Cho­ciaż pod­czas sta­cjo­no­wa­nia w Würz­bur­gu moi nie­któ­rzy ko­le­dzy spo­ty­ka­li się, a na­wet po­że­ni­li z tam­tej­szy­mi miesz­kan­ka­mi, na­słu­cha­łem się dość róż­nych hi­sto­rii, by zda­wać so­bie spra­wę, że ta­kie mał­żeń­stwa rzad­ko się uda­ją. Woj­sko na ogół nie słu­ży związ­kom – by­łem świad­kiem tak wie­lu roz­wo­dów, że do­brze o tym wie­dzia­łem – i o ile nie miał­bym nic prze­ciw­ko obec­no­ści ko­goś wy­jąt­ko­we­go, nic ta­kie­go nig­dy się nie zda­rzy­ło. Tony nie mógł tego zro­zu­mieć.

– Mu­sisz pójść ze mną – pro­sił. – Nig­dy nie cho­dzisz.

– Nie je­stem w na­stro­ju.

– Jak mo­żesz nie być w na­stro­ju? Sa­bi­ne za­kli­na się, że jej przy­ja­ciół­ka jest wy­strza­ło­wa. Wy­so­ka blon­dyn­ka i uwiel­bia te­qu­ilę.

– Za­bierz Dona. Je­stem pe­wien, że chęt­nie się z tobą wy­bie­rze.

– Ca­ste­lo­wa? Nie ma mowy! Sa­bi­ne go nie cier­pi.

Nic na to nie od­po­wie­dzia­łem.

– Po pro­stu tro­chę się za­ba­wi­my.

Po­krę­ci­łem gło­wą, my­śląc, że wolę ra­czej być sam, niż za­mie­nić się z po­wro­tem w fa­ce­ta, ja­kim kie­dyś by­łem, ale mimo woli na­szła mnie myśl, czy w koń­cu nie będę pę­dził ta­kie­go mni­sie­go ży­cia jak oj­ciec.

Wi­dząc, że nie zdo­ła zmie­nić mo­je­go po­sta­no­wie­nia, Tony ru­szył w stro­nę drzwi, nie ukry­wa­jąc swe­go nie­sma­ku.

– Cza­sa­mi zu­peł­nie cię nie ro­zu­miem.

*

Kie­dy oj­ciec przy­je­chał po mnie na lot­ni­sko, w pierw­szej chwi­li mnie nie po­znał i omal nie pod­sko­czył, kie­dy po­kle­pa­łem go po ra­mie­niu. Za­miast mnie uści­skać, po­dał mi rękę i za­py­tał, jak mi­nął lot, ale ża­den z nas nie wie­dział, co da­lej po­wie­dzieć, to­też wy­szli­śmy na ze­wnątrz. Po­wrót do domu był dziw­ny i dez­orien­tu­ją­cy i od­czu­wa­łem po­de­ner­wo­wa­nie, tak jak pod­czas po­przed­niej prze­pust­ki. Na par­kin­gu, wrzu­ca­jąc moje rze­czy do ba­gaż­ni­ka, do­strze­głem na zde­rza­ku jego wie­ko­we­go for­da escor­ta na­lep­kę za­chę­ca­ją­cą lu­dzi: WSPIE­RAJ­CIE NA­SZE WOJ­SKO. Nie by­łem pew­ny, co to ozna­cza dla mo­je­go ojca, mimo to jej wi­dok mnie ura­do­wał.

W domu za­nio­słem rze­czy do mo­jej daw­nej sy­pial­ni. Wszyst­ko było na tym sa­mym miej­scu, tak jak za­pa­mię­ta­łem, łącz­nie z za­ku­rzo­ny­mi tro­fe­ami na pół­ce i opróż­nio­ną do po­ło­wy bu­tel­ką wild tur­key ukry­tą w szu­fla­dzie z bie­li­zną. Po­dob­nie było z resz­tą domu. Ka­na­pę nadal na­kry­wał koc, zie­lo­na lo­dów­ka zda­wa­ła się krzy­czeć, że tu nie pa­su­je, a te­le­wi­zor od­bie­rał tyl­ko czte­ry ka­na­ły, w do­dat­ku ob­raz był nie­ostry. Tata ugo­to­wał spa­ghet­ti; w pią­tek nie­odmien­nie było spa­ghet­ti. Przy obie­dzie pró­bo­wa­li­śmy roz­ma­wiać.

– Cie­szę się, że je­stem zno­wu w domu – po­wie­dzia­łem.

Oj­ciec uśmiech­nął się krót­ko.

– To do­brze – od­rzekł.

Upił łyk mle­ka. Do obia­du za­wsze pi­li­śmy mle­ko.

Skon­cen­tro­wał się na je­dze­niu.

– Ko­ja­rzysz Tony’ego? – spy­ta­łem. – Wspo­mi­na­łem ci chy­ba o nim w li­stach. Tak czy owak, po­myśl so­bie, wy­da­je mu się, że jest za­ko­cha­ny. Jego wy­bran­ka o imie­niu Sa­bi­ne ma sze­ścio­let­nią có­recz­kę. Ostrze­ga­łem go, że to może być nie­zbyt do­bry po­mysł, ale on nie chce słu­chać.

Oj­ciec sta­ran­nie po­sy­pał spa­ghet­ti par­me­za­nem, pil­nu­jąc, by w każ­dym miej­scu zna­la­zła się od­po­wied­nia ilość.

– Ach – mruk­nął. – Nie­źle.

Po­tem za­bra­łem się do je­dze­nia i ża­den z nas nie ode­zwał się już ani sło­wem. Na­pi­łem się tro­chę mle­ka. Do­ło­ży­łem so­bie ma­ka­ro­nu. Ze­gar ty­kał na ścia­nie.

– Z pew­no­ścią cie­szysz się, że idziesz w tym roku na eme­ry­tu­rę – za­uwa­ży­łem. – Po­myśl tyl­ko, wresz­cie bę­dziesz mógł zro­bić so­bie wa­ka­cje, zwie­dzić świat. – Omal mi się nie wy­rwa­ło, że może przy­je­chać w od­wie­dzi­ny do mnie, do Nie­miec, w porę jed­nak ugry­złem się w ję­zyk. Wie­dzia­łem, że nie przy­je­dzie, i nie chcia­łem sta­wiać go w kło­po­tli­wej sy­tu­acji. Na­wi­ja­li­śmy jed­no­cze­śnie ma­ka­ron na wi­de­lec, oj­ciec za­sta­na­wiał się chy­ba nad naj­lep­szą od­po­wie­dzią.

– Bo ja wiem – od­parł w koń­cu.

Za­prze­sta­łem prób na­wią­za­nia roz­mo­wy i od tej chwi­li je­dy­ny­mi dźwię­ka­mi, ja­kie dały się sły­szeć, był stuk wi­del­ców o ta­le­rze. Po skoń­czo­nym obie­dzie po­szli­śmy każ­dy w swo­ją stro­nę. Zmę­czo­ny po­dró­żą po­ło­ży­łem się spać. Tak jak w ba­zie bu­dzi­łem się co go­dzi­na. Gdy rano wsta­łem, oj­ciec wy­szedł już do pra­cy. Zja­dłem, prze­czy­ta­łem ga­ze­tę, bez­sku­tecz­nie pró­bo­wa­łem skon­tak­to­wać się z przy­ja­cie­lem, na­stęp­nie wy­cią­gną­łem z ga­ra­żu moją de­skę do sur­fin­gu i po­wlo­kłem się na pla­żę. Fale były ta­kie so­bie, lecz nie mia­ło to zna­cze­nia. Nie pły­wa­łem od trzech lat i po­cząt­ko­wo nie szło mi naj­le­piej, lecz na­wet ła­twe ewo­lu­cje wzbu­dzi­ły we mnie żal, iż nie sta­cjo­nu­ję nad oce­anem.

Był po­czą­tek czerw­ca dwu­ty­sięcz­ne­go roku, pa­no­wał już skwar, a woda dzia­ła­ła wspa­nia­le orzeź­wia­ją­co. Z punk­tu ob­ser­wa­cyj­ne­go na mo­jej de­sce wi­dzia­łem lu­dzi wno­szą­cych swo­je rze­czy do nie­któ­rych do­mów tuż za wy­dma­mi. Jak już wspo­mi­na­łem, Wri­ght­svil­le Be­ach za­wsze tłum­nie od­wie­dza­ły ro­dzi­ny, któ­re wy­naj­mo­wa­ły domy na ty­dzień lub kil­ka ty­go­dni, ale cza­sem zjeż­dża­ły rów­nież stu­dent­ki z Cha­pel Hill lub Ra­le­igh. To one były przed­mio­tem mo­je­go za­in­te­re­so­wa­nia i do­strze­głem grup­kę dziew­cząt w bi­ki­ni sa­do­wią­cych się na we­ran­dzie jed­ne­go z do­mów w po­bli­żu mola. Przy­glą­da­łem im się przez chwi­lę, do­ce­nia­jąc ten wi­dok, po czym zła­pa­łem ko­lej­ną falę i na resz­tę po­po­łu­dnia za­tra­ci­łem się we wła­snym ma­łym świe­cie.

Prze­szło mi przez myśl, by wpaść do Le­roya, lecz do­sze­dłem do wnio­sku, że nikt poza mną się tam nie zmie­nił, ku­pi­łem więc bu­tel­kę piwa w lo­kal­nym skle­pi­ku i po­sze­dłem na molo, by usiąść i po­dzi­wiać za­chód słoń­ca. Więk­szość węd­ka­rzy zbie­ra­ła już sprzęt, zo­sta­ło tyl­ko kil­ku, któ­rzy spra­wia­li ryby, wrzu­ca­jąc reszt­ki do wody.

Tym­cza­sem oce­an za­czął zmie­niać bar­wę ze sta­lo­wo­sza­rej na po­ma­rań­czo­wą, a na­stęp­nie na żół­tą. Wśród grzy­wa­czy za mo­lem pe­li­ka­ny jeź­dzi­ły na grzbie­tach mor­świ­nów śli­zga­ją­cych się po grzbie­tach fal. Wie­dzia­łem, że dziś wie­czo­rem księ­życ wej­dzie w fazę peł­ni – ta świa­do­mość była nie­mal in­stynk­tow­na dzię­ki cza­so­wi spę­dzo­ne­mu w te­re­nie. Nie za­sta­na­wia­łem się wła­ści­wie nad ni­czym szcze­gól­nym, po­zwo­li­łem swo­bod­nie błą­dzić my­ślom. Daję sło­wo, zu­peł­nie nie w gło­wie mi były dziew­czy­ny.

I wła­śnie wte­dy zo­ba­czy­łem, jak wcho­dzi na molo. A wła­ści­wie wcho­dzą, po­nie­waż dziew­czy­ny były dwie. Wy­so­ka blon­dyn­ka i atrak­cyj­na bru­net­ka, obie tro­chę młod­sze ode mnie. Praw­do­po­dob­nie stu­dent­ki col­le­ge’u. Mia­ły na so­bie szor­ty i bluz­ki bez ple­ców i rę­ka­wów wią­za­ne na szyi, a bru­net­ka nio­sła dużą płó­cien­ną tor­bę z ro­dza­ju tych, któ­re lu­dzie za­bie­ra­ją cza­sa­mi na pla­żę, je­śli za­mie­rza­ją spę­dzić tam wie­le go­dzin z dzieć­mi. Sły­sza­łem, jak śmie­ją się i roz­ma­wia­ją, spra­wia­ły wra­że­nie bez­tro­skich i go­to­wych do wa­ka­cji.

– Sie­man­ko – za­wo­ła­łem, gdy się zbli­ży­ły. Nie było to zbyt grzecz­ne i nie mogę po­wie­dzieć, że spo­dzie­wa­łem się ja­kiejś re­ak­cji z ich stro­ny.

Blon­dyn­ka za­cho­wa­ła się zgod­nie z mo­imi prze­wi­dy­wa­nia­mi. Spoj­rza­ła prze­lot­nie na de­skę sur­fin­go­wą oraz piwo w mo­jej dło­ni i zi­gno­ro­wa­ła mnie, wzno­sząc oczy do góry. Na­to­miast bru­net­ka ab­so­lut­nie mnie za­sko­czy­ła.

– Cześć, nie­zna­jo­my – od­rze­kła z uśmie­chem, po czym wska­za­ła na moją de­skę. – Za­ło­żę się, że fale są dziś ka­pi­tal­ne.

Jej uwa­ga zbi­ła mnie z pan­ta­ły­ku, sło­wa były za­ska­ku­ją­co przy­ja­zne. Prze­szły z ko­le­żan­ką na ko­niec mola, a ja przy­ła­pa­łem się na tym, że nie spusz­czam z niej wzro­ku, gdy sta­nę­ła opar­ta o ba­lu­stra­dę. Bi­łem się z my­śla­mi – po­dejść i przed­sta­wić się czy nie, w koń­cu po­sta­no­wi­łem tego nie ro­bić. Nie były w moim ty­pie lub ści­ślej mó­wiąc, przy­pusz­czal­nie ja nie by­łem w ich ty­pie. Po­cią­gną­łem so­lid­ny łyk piwa, sta­ra­jąc się nie zwra­cać na nie uwa­gi.

Jed­nak­że choć bar­dzo sta­ra­łem się nie ga­pić na bru­net­kę, nie uda­wa­ło mi się to. Sta­ra­łem się rów­nież nie słu­chać, o czym roz­ma­wia­ją, ale blon­dyn­ka mia­ła głos z ro­dza­ju tych, któ­rych nie da się zi­gno­ro­wać. Pa­pla­ła jak na­krę­co­na o ja­kimś fa­ce­cie o imie­niu Brad, o tym, jak bar­dzo go ko­cha, o tym, że jej kor­po­ra­cja jest naj­lep­sza w ca­łym UNC, że im­pre­za na ko­niec roku aka­de­mic­kie­go była su­per i w przy­szłym roku ko­niecz­nie po­win­ni się przy­łą­czyć inni, że zbyt wie­le jej ko­le­ża­nek kum­plu­je się z naj­gor­szy­mi typ­ka­mi ze stu­denc­kich kor­po­ra­cji, a jed­na z nich na­wet za­szła w cią­żę, ale sama jest so­bie win­na, po­nie­waż ostrze­ga­no ją przed tym chło­pa­kiem. Bru­net­ka pra­wie się nie od­zy­wa­ła – nie po­tra­fię po­wie­dzieć, czy roz­mo­wa ją ba­wi­ła, czy nu­dzi­ła – lecz od cza­su do cza­su wy­bu­cha­ła śmie­chem. I zno­wu usły­sza­łem w jej gło­sie przy­ja­zną, po­błaż­li­wą nutę, coś, co ko­ja­rzy­ło mi się z po­wro­tem do domu, co – mu­szę przy­znać – było po­zba­wio­ne sen­su.

Od­sta­wia­jąc bu­tel­kę piwa, za­uwa­ży­łem, że dziew­czy­na po­ło­ży­ła tor­bę na ba­lu­stra­dzie.

Sta­ły tam oko­ło kil­ku­na­stu mi­nut, gdy po­de­szli do nich dwaj fa­ce­ci – do­my­śli­łem się, że są to człon­ko­wie kor­po­ra­cji – w ko­szu­lach La­co­ste, ró­żo­wej i po­ma­rań­czo­wej, oraz w ber­mu­dach. Pierw­sza myśl, jaka mi przy­szła do gło­wy, to że jed­nym z nich musi być Brad, o któ­rym mó­wi­ła blon­dyn­ka. Obaj nie­śli piwo i pod­cho­dząc bli­żej, za­czę­li za­cho­wy­wać się po­dej­rza­nie, jak gdy­by za­mie­rza­li pod­kraść się do dziew­cząt. Naj­praw­do­po­dob­niej obie dziew­czy­ny chcia­ły, żeby tam przy­szli, i po okrzy­kach za­sko­cze­nia, uwień­czo­nych pi­ska­mi ra­do­ści oraz przy­ja­ciel­skim po­kle­py­wa­niem po ra­mie­niu, wszy­scy za­pew­ne ru­szą z po­wro­tem, śmie­jąc się, chi­cho­cząc i ro­biąc inne rze­czy, ja­kie zwy­kle ro­bią stu­denc­kie pary.

Ich spo­tka­nie mo­gło­by mieć taki prze­bieg, po­nie­waż chłop­cy za­cho­wy­wa­li się do­kład­nie tak, jak prze­wi­dy­wa­łem. Gdy tyl­ko się zbli­ży­li, na­stra­szy­li gło­śny­mi okrzy­ka­mi dziew­czę­ta, któ­re pi­snę­ły i po­kle­pa­ły ich przy­jaź­nie po ple­cach, oni zaś za­gwiz­da­li, a ten w ró­żo­wej ko­szu­li roz­chla­pał tro­chę piwa. Oparł się o ba­lu­stra­dę obok tor­by bru­net­ki, za­kła­da­jąc nogę na nogę.

– Hej, za kil­ka mi­nut za­mie­rza­my roz­pa­lić ogni­sko – rzekł chło­pak w po­ma­rań­czo­wej ko­szu­li, obej­mu­jąc blon­dyn­kę ra­mie­niem. Po­ca­ło­wał ją w szy­ję.

– Je­ste­ście go­to­we, by wró­cić?

– Je­steś go­to­wa? – spy­ta­ła blon­dyn­ka, pa­trząc na przy­ja­ciół­kę.

– Ja­sne – od­rze­kła bru­net­ka.

Ró­żo­wy od­su­nął się od ba­lu­stra­dy. Przy tym ru­chu mu­siał trą­cić tor­bę, któ­ra zsu­nę­ła się i wpa­dła do wody. Roz­legł się plusk, jak gdy­by wy­sko­czy­ła duża ryba.

– Co to było? – spy­tał chło­pak, od­wra­ca­jąc się.

– Moja tor­ba! – jęk­nę­ła bru­net­ka. – Zrzu­ci­łeś ją.

– Prze­pra­szam – po­wie­dział, by­najm­niej nie spra­wia­jąc wra­że­nia, że jest mu fak­tycz­nie przy­kro.

– Mia­łam tam port­fel!

– Prze­pro­si­łem cię – od­parł, marsz­cząc brwi.

– Mu­sisz ją wy­do­stać, za­nim uto­nie!

Obaj stu­den­ci na­wet nie drgnę­li, wi­dzia­łem, że ża­den z nich nie za­mie­rza ska­kać do wody, by wy­do­być tor­bę. Po pierw­sze, z pew­no­ścią by jej nie zna­leź­li, a po dru­gie, mu­sie­li­by po­pły­nąć z po­wro­tem do brze­gu, co nie jest wska­za­ne po spo­ży­ciu al­ko­ho­lu, oni zaś naj­wy­raź­niej pili. Przy­pusz­czam, że bru­net­ka wy­czy­ta­ła to samo z miny ró­żo­we­go, po­nie­waż uchwy­ci­ła się obie­ma rę­ka­mi gór­nej po­rę­czy i po­sta­wi­ła sto­pę na dol­nej po­przecz­ce.

– Nie wy­głu­piaj się. Już jej nie znaj­dziesz – oznaj­mił ró­żo­wy, kła­dąc rękę na dło­ni dziew­czy­ny, by ją po­wstrzy­mać. – To nie­bez­piecz­ny po­mysł. Mogą tu być re­ki­ny. Prze­cież to tyl­ko port­fel. Ku­pię ci nowy.

– Mu­szę go zna­leźć! Mam w nim wszyst­kie moje pie­nią­dze!

Zda­wa­łem so­bie spra­wę, że nie po­win­no mnie to ob­cho­dzić, ale gdy sko­czy­łem na rów­ne nogi i po­pę­dzi­łem do brze­gu mola, zdą­ży­łem je­dy­nie po­my­śleć: „Och, co do dia­bła…”.