I tak dalej - Wiktor Orzeł - ebook
Opis

Połączenie „Zwału” Sławomira Shuty'ego z kultowym „Trainspotting”. Zjazdy, kace, wizje, koszmary – gubi się w nich bohater i gubi czytelnik. Nie wiadomo, co się przed chwilą wydarzyło i co przyniesie kolejna pijana noc. Pytanie „Gdzie się obudzisz?” zamienia się na „Czy się obudzisz?”. Fascynujący szkic socjologiczny młodych Polaków.

I tak dalej” wciąga czytelnika w świat odwróconych wartości, dziwacznych, przypadkowych postaci, narkotyków i wizji z pogranicza jawy i snu, nonszalanckiego podejścia do życia i postępującej destrukcji. Błyskotliwa narracja powieści dziesiątkuje czytelnika każdym kolejnym akapitem, pozwalając mu jedynie na chwilę wytchnienia w postaci gorzkiego, czarnego humoru, który osadza się nieprzyjemnie na ściankach przełyku, jak zbyt duża porcja wciągniętej amfetaminy. Efemeryczny i czasami mocno surrealistyczny klimat powieści osadzonej w „magicznym” Krakowie i upalnej Malcie wciąga czytelnika tylko po to, żeby go na końcu bezpardonowo „wypluć” i pozostawić w stanie kompletnej dezorientacji.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 127

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

Rozdziałów nie będzie.

 

 

Siedzę sobie w Pierwszym Lokalu Na Stolarskiej Po Lewej Stronie, Idąc od Małego Rynku. Za czasów, kiedy jeszcze udawałem studenta, wpadałem tutaj często na kawę z prądem. Kupili mnie wyklejanką z gazety przylepioną do czarnej tablicy służącej za menu, która głosiła dumnie, że picie alkoholu nie przeszkadza w robieniu kariery. Lubiłem ten pub, sala dla palących była idealnie zaciemniona, czasem na ścianach wisiały fotografie krakowskich artystów, w które lubiłem się wpatrywać z przesadnym skupieniem. Przypominałem sobie wtedy, że przecież ja też kiedyś chciałem zostać kimś tego pokroju, ale było to tak dawno temu, że prawie zapomniałem, kim tak naprawdę miałem być. Przy barze można było się do woli częstować gazetami, rano serwowano kanapki i tosty (których nigdy nie spróbowałem). Najbardziej odpowiadała mi tutaj klientela i obsługa – nikt specjalnie nie przejmował się moją obecnością, mogłem siedzieć z jedną filiżanką kawy przez dwie, trzy godziny i wszystko było okej. Wracając do Stolarskiej, ulica jak ulica, niedaleko znajduje się gotycki kościół dominikanów, konsulat Stanów Zjednoczonych, jakiś czas temu stał tu i klasztor, a teraz na tym krótkim szlaku mieszczą się dwie duże pijalnie z tanim alkoholem oraz inne miejsca, w których można napić się kawy i procentów.

Dochodzi dziewiętnasta, jest piątek, a mnie właśnie wylali z pracy. Podobno zdarzało mi się zasypiać na kasie, wydawać ludziom nie tyle pieniędzy, ile trzeba, i podobno jestem opryskliwy, a nawet bardzo niemiły, i według mojej szefowej nie nadaję się do pracy w księgarni – nawet na sprzedawcę się nie nadaję. Zapewne nie nadaję się również do wielu innych życiowych wyzwań, jestem dysfunkcyjnym bezrobotnym i piję za to, co zostało, a potem na kredyt. Taki mam plan.

Tak sobie więc siedzę, kończę drugie piwo i płacę za kolejne dwie kolejki piołunu, tak na zapas, żeby nie musieć za szybko wracać do baru.

Z minuty na minutę robi się coraz tłoczniej. Z głośników sączy się Glory Box Portishead, utwór, który zawsze mnie rozluźnia. Alkohol jakoś żwawiej pompuje się do żył, ulotna euforia jest już niemal na wyciągnięcie ręki. Chce mi się tańczyć, płynąć gdzieś na granicy istnienia, zobaczyć koniec i wrócić na początek, chcę zamknąć oczy, schować się i jednocześnie być na widoku, chcę wszystkiego naraz, a jednocześnie nie chcę niczego. Kawałek dobiega końca i tym razem słyszę dźwięki, których nie rozpoznaję, więc rozglądam się – kogo my tutaj dzisiaj w środku gościmy – próbuję ocenić audytorium w miarę trzeźwo, ale średnio mi to idzie, więc przymykam jedno oko, żeby złapać optyczną równowagę. Widok się trochę rozmazuje, ale w końcu rozpoznaję przelotne twarze ludzi, których znam tylko z widzenia; jest lesbijka, która co tydzień przychodzi z inną towarzyszką, jest i dwóch przemądrzałych językoznawców, którzy perorują po trzecim piwie na bardzo mądrze brzmiące tematy, kątem oka dostrzegam też turystów z Ameryki Południowej, którzy wydają się być zachwyceni papierosowym dymem i przyciemnionym klimatem tego miejsca. Wesoły gwar wypełnia coraz szczelniej pomieszczenie, a mi robi się coraz przyjemniej, głowa chodzi na boki w trybie płynno-jednostajnym, zapominam o pracy, zapominam o wszystkim, jest mi bardzo dobrze samemu, nie muszę nic mówić, o nic prosić, po prostu trwam.

Po czwartym piwie wyciągam zeszyt i zaczynam notować. Lubię szkicować portrety ludzi, których nie znam. Na podstawie urwanych dialogów tworzę ich przejaskrawione i nieprawdziwe rysopisy. Bawię się w demiurga, który wyłapuje urwane konteksty i jest w stanie wnikliwie i przekonująco ocenić oraz celnie opisać każdą przypadkową osobowość jedynie na podstawie tych ledwie dosłyszanych i w pośpiechu zanotowanych sylab. Takie mam hobby, każdy ma jakieś. Piąte piwo nieco ostrzej zaczyna mi zamazywać ogląd rzeczywistości, pióro się ślizga, strasznie bazgrzę. Pewnie nad ranem nie będę mógł tego odczytać, zemnę kartkę, rzucę ją w kąt i tyle z tego będzie. Zastanawiam się, czy jest sens zostawać tutaj dłużej. Jeszcze jedno piwo, jeszcze jedna kolejka i zacznę się zataczać, potem będę żałośnie gryzł wargi do krwi i skomlał jak pies; w długiej drodze powrotnej nie zamówię taksówki, tylko będę się katował; rozłożę ten swój pierdolony parasol, żeby nikt przypadkiem nie widział, że łzy ciekną mi strumieniami. Będę tylko wycierał nos i patrzył pod nogi, żeby się przypadkiem nie wypierdolić. Czuję już tę depresję zawieszoną w czasie i przestrzeni – nie wiem, czy mam ochotę się z nią znowu przespać, nie wiem, czy mam ochotę na kolejnego kaca moralnego. Ważę „za” i „przeciw”, choć dobrze wiem, że upodlenie się jest właściwie jedynym argumentem „za” i nie powinienem go w ogóle rozważać, ale mimo to nadal sięgam po kolejnego papierosa i zamawiam jeszcze jedno piwo i jeszcze dwie kolejki piołunu w długich, smukłych kieliszkach. Czuję ziołowy aromat, gaszę papierosa i wracam do pisania, próbuję notować, ale szybko dochodzę do wniosku, że to nie ma sensu, wspieram więc tylko głowę na dłoni i kreślę nic nieznaczące bohomazy. Pogrążony totalnie sam w sobie, nawet nie zorientowałem się, że ktoś do mnie podszedł i stoi, czeka, nie wiem na co, ale na coś czeka. Patrzę na kufle, ale są pełne, popielniczka niedawno opróżniona. No więc mam towarzystwo. Nie podnoszę głowy znad zeszytu, ale czuję intensywny zapach waniliowych perfum.

– Można się przysiąść?

Podnoszę łeb i lustruję ją wzrokiem. Proste, trochę przerzedzone blond włosy, buty na koturnie – zawsze zwracam uwagę na buty – biodrówki, czarna bluzka, mały biust i wydęte, pomalowane na czerwono usta. Rysy twarzy zwykłe, bez żadnego wyrazu, jak u tysiąca innych kobiet, które mija się codziennie w drodze do pracy, sklepu czy gdzieś tam.

– Nie – odpowiadam po dłuższej przerwie.

– A dlaczego? – pyta, trzepocząc zalotnie rzęsami. Ma bardzo nieprzyjemny, piskliwy głos.

– Czekam na kogoś.

– Siedzisz tu sam od trzech godzin. Nie udawaj.

No i się przysiada.

– Jestem w nastroju nieprzysiadalnym – mówię.

– Co tam piszesz?

– Czy nie powiedziałem ci przypadkiem, że na kogoś czekam? – odpowiadam poirytowany.

– Kłamiesz!

Wzdycham i zastanawiam się, jak ją spławić. Nie daje za wygraną, no, zdeterminowana dziewczyna jest. Przypominam sobie, że ostatnio skończyłem czytać American Psycho Ellisa i że była to najbardziej popierdolona książka, jaką w życiu miałem w ręku, więc stwierdzam, że to będzie dobry punkt zaczepny.

– O czym piszę? Fascynuje mnie postać Patricka Batemana. To mój ulubiony bohater literacki. Był bardzo bogaty i szukał mocnych wrażeń. Lubował się przede wszystkim w torturowaniu kobiet i wkładaniu ich odciętych głów do zamrażarki. – Robię krótką pauzę i obserwuję jej twarz. Chyba mnie słucha, kontynuuję więc: – Z jednej nawet próbował zrobić potrawkę, ale doświadczenia biedak nie miał i mu nie wyszło.

– Ciekawe. – Odpala papierosa. – Mów dalej.

– Ja pierdolę… – Kręcę głową z niedowierzaniem. – To się nie dzieje naprawdę!

– To może opowiesz mi resztę tej historii w domu? Mieszkam tutaj, niedaleko. – Wskazuje palcem w stronę Małego Rynku. – Mam trochę dobrego alkoholu, łóżko też jest wygodne i mam też duży telewizor, możemy coś obejrzeć, jeśli będziesz chciał, ja na przykład bardzo lubię kino francuskie, wina się napijemy, co ci szkodzi.

Trafiłem na tak zwany przedmiot głuchy. Ma uszy, ale nie słyszy. Czeka tylko na moment, w którym może zacząć trajkotać te swoje bezsensowne dyrdymały, których nikt nie chce słuchać. Męczysz się po kilkunastu minutach. No nie da się z takimi ludźmi rozmawiać. Ich się powinno wysyłać do psychiatryka.

– Chodźmy do mnie. Mam kolekcję noży rzeźniczych, ostrzyłem je zaraz przed wyjściem. Do tego wiertarka udarowa i podręczna piła mechaniczna plus kilka zagiętych wieszaków, które rozorają twoją piękną buzię. Zestaw wrażeń na całą noc gwarantowany!

Pali tego papierosa i jeszcze bezczelnie popija moją piołunówkę. W ogóle mnie nie słucha. Może muzyka jest za głośna, a może jest pijana i słyszy tylko to, co chce słyszeć. Raczej to drugie, przecież nie jest, do kurwy nędzy, aż tak głośno!

– Jak tam sobie chcesz, ale ja mam tutaj blisko pokój.

Widocznie z wszystkiego, co powiedziałem, w pamięć zapadła jej tylko „piękna buzia”.

– Wiesz – zaczynam powoli niskim głosem i przybliżam się do niej. – Chętnie bym z tobą poszedł, gdziekolwiek masz ten swój apartament, ale sypiam tylko z kobietami, które mają miseczkę ce. Ty masz marne be i do tego wypchane puszapem.

Widzę, jak momentalnie robi się czerwona. Trafiony, zatopiony! Nie może złapać oddechu, próbuje coś z siebie wydusić, ale na próżno. Noże, morderstwa, odcięte głowy, nic tam, puszap i cycki – to działa.

Wstaje, rzuca mi petem w twarz, rozlewa przy tym piwo. Dostaje mi się też mocno po mordzie, czuję mrowienie, ale jest w tym jakaś duma, ten ułamek władzy nad kimś, coś, co sprawia, że zamiast się skrzywić, moja twarz promienieje w bezczelnym uśmiechu.

***

Rozsiadam się wygodnie na balkonie i rozpalam grilla. Mam ze sobą cały dobytek, który już dawno powinienem puścić z dymem. Oglądam jedną fotografię, drugą, przytargałem też stare klisze, żeby mnie za bardzo nie kusiło wywołanie tych zdjęć ponownie, a znam już siebie trochę i wiem, że nie oparłbym się tej wątpliwej pokusie. Patrzę na te wszystkie momenty zaklęte w czasie, listy pisane po pijaku o trzeciej w nocy, wszystkie te wzniosłe uczucia, ubrane w piękne słowa, które teraz nie mają już żadnego znaczenia. Mruczę pod nosem i powtarzam jak mantrę „do pieca, do pieca, do pieca!”.

– Co tam palicie? – słyszę głos sąsiadki.

– Ja mam marlboro czerwone, ale jak pani woli, to kolega ma camele.

– Ale nie, nie. Nie o to chodzi. Coś mi tu śmierdzi!

– No zdjęcia palę i pocztówki. Takie mam hobby.

– Kobieta?

– Stosy mnie nigdy jakoś nie jarały – wzdycham. – To tylko celuloid i kawałki zabazgranego papieru.

– Młodzież jeszcze zdjęcia w tych czasach wywołuje? I listy pisze? – Sąsiadka nie daje za wygraną.

– Zdarza się. Niech się pani nie martwi, to nie potrwa długo.

– Chodź pan na dół.

– Co takiego?

– No złaź.

Myślę sobie, niech będzie, co mi tam w sumie zależy. Palenie na balkonie tego typu szpargałów to nie jest za dobry pomysł. I tak mam już na pieńku z połową osiedla.

Schodzę, powoli, krok po kroku, ale mimo to zarzuca mną na boki. Nadal nie wytrzeźwiałem. Potykam się niezdarnie o stopień i odbijam się od ściany. Burczę coś pod nosem i klnę na te pierdolone schody, które wydają mi się jakieś takie nieforemne.

Sąsiadka już czekała. W sumie to nawet ją lubię, choć podczas kilkuletniej i bardzo przelotnej znajomości wymieniliśmy może ze dwa, trzy zdania. Ja sobie to zawsze tłumaczę, że to taka, wiecie, zmowa milczenia palaczy. Stoisz na balkonie, widzisz, że ktoś obok też puszcza dymka, dzieli was tylko ściana, ale nie przeszkadzacie sobie, każdy w swoim świecie, myślami podbija planety, szuka spadających gwiazd, myśli o tym całym czasie przeszłym niedokonanym i przyszłym, który nigdy nie nadejdzie. Dla mnie to chwila niemego i nieskalanego zawieszenia. Nie palisz – nie zrozumiesz. To rozrywka dla nielicznych, którzy usprawiedliwiają swój nałóg na sto możliwych sposobów i każdy z nich jest prawdziwy.

– Przyniosłam wiaderko. To nie może być tak, że każde kolejne zdjęcie będziesz podpalał i patrzył, jak ogień powoli trawi momenty, do których nie chcesz wracać. Tu trzeba konkretnie. Wrzucasz pan cały ten dobytek o tutaj. – Bierze ode mnie kilka papierowych kopert z kliszami i odbitkami, potem wyrywa z ręki pocztówki. – A teraz zapałka, benzyna i zaraz będzie po krzyku.

No i się pali ten mój dobytek, tak starannie przechowywany w jednej z szuflad, a my we dwójkę stoimy bezczynnie i bezsłownie. Wszystko idzie pozornie zgodnie z planem. Ale ja się patrzę zbyt długo i widzę zbyt dużo.

Ogień bucha wesoło, zdjęcia skwierczą, gną się i wiją w katatonicznych konwulsjach, zabierając cały świat przedstawiony do środka, do wewnątrz, do wiecznego nieodtworzenia. No i widzę, kurwa, widzę tę pocztówkę z Budapesztu – ją też ogień chętnie pożera. Głodny kolejnych wrażeń bierze się do parlamentu, pali się Morze Śródziemne, woda momentalnie paruje i wysycha, Macedonia też w opałach, płoną łódzkie kamienice, pałac Izraela, palą się knajpy, „piwniczne barany” wierzgają na Starym Mieście, Floriańska i Pauza zatrzymują się na zawsze, Stolarska i Pierwszy Lokal Na Rogu – ogień, Bracka i Spokój – ogień, a potem płomienie dosięgają już latarni, jara się delikatne mięso maltańskiego królika, który na wpół zwęglonymi ślepiami patrzy się na mnie, błagalnie dogorywając, płoną w zastraszającym tempie włosy, usta, piersi, łechtaczka, spodnie rzucone w kąt, wszystko w ogniu, wszystko pali się ze wstydu, z tej potwornej żałości, że jednak spróbowało, że starało się zaistnieć.

– Lepiej?

Nagle oczy zachodzą mi łzami, których nie umiem powstrzymać. Przewracam wiadro, zapewne parzę sobie ręce, nie zwracam jednak na nic uwagi, nie czuję bólu i w popłochu odnajduję kilka zdjęć, których ogień jeszcze nie zdążył połknąć.

– Jesteś pan beznadziejny przypadek! – krzyczy sąsiadka i dodaje coś tam jeszcze, ale te słowa już do mnie nie docierają.

Biegnę w amoku, obraz przed moimi oczami staje się niewyraźny, łzy rozmywają kontury, pędzę przed siebie, gubię gdzieś po drodze klapki, no i znowu potykam się o te pierdolone schody, o mało co nie wybijając sobie zębów. Czuję, jak narasta we mnie złość, ta niewypowiedziana, zbyt długo tłumiona agresja, która jest tępa, bezsensowna, ale tak silna, tak mocna, że nie mogę sobie z nią w żaden sposób poradzić.

Moje ciało zaczyna drżeć. Nie mając za bardzo pomysłu, co z tym fantem zrobić, rozpędzam się i z całym impetem walę barkiem w pierwsze lepsze drzwi. Odbijam się od nich jak piłeczka pingpongowa. Robię to kolejny raz i kolejny, i jeszcze, i jeszcze, póki mam siłę. Czuję, jak coś pęka. To chyba obojczyk. Cofam się, skrzywiony, i napieram dalej, mobilizuję się jeszcze bardziej. A niech mi pęknie ten durny łeb, raz a dobrze! Zamykam oczy. Biegnę, biegnę, to trwa stanowczo za długo, może już zdechłem, może to już ten koniec i tak to właśnie będzie wyglądać – zamknięte oczy i biegaj sobie, biegaj, skurwysynu, szukając w ciemnościach światełka, tunelu do Boga, który już dawno umarł, i wypatruj sądu, który nigdy nie nadejdzie.

Czuję, jak pochłania mnie czarna dziura, tracę kontrolę nad ciałem, nawet zataczać się nie potrafię, ogarnia mnie totalna bezwładność, porażający brak kontroli. A potem słyszę niewyraźny głos. Próbuję go rozszyfrować. Czuję pulsującą krew napływającą mi do oczu. W końcu głoski nabierają dźwięczności i udaje mi się rozszyfrować komunikat.

– Dzień dobry, w czym mogę pomóc?

***

Mam zabandażowaną głowę. Czuję piekielny ból obojczyka. Badam delikatnie swoją twarz opuszkami palców i wyczuwam opuchliznę w okolicach prawego oka, która praktycznie uniemożliwia mi sprawne widzenie. Rezygnuję, przymykam oko i staram się ogarnąć rzeczywistość tym lewym, w miarę zdrowym. Każde mrugnięcie sprawia mi olbrzymią trudność. Wszystko dookoła jest zamazane.

Siedzę przed telewizorem. Na stoliku, na wprost mnie znajduje się niedojedzona pizza, pikantny keczup Pudliszki i złowrogo migająca kontrolka od kamery zamontowanej pod sufitem. Słyszę, że w kuchni gotuje się woda. Czajnik gwiżdże i gwiżdże, aż w końcu gaśnie. Po chwili moje ucho rejestruje ociężałe stąpanie po posadzce; kroki zbliżają się, dźwięk narasta i atakuje moje otępiałe zmysły. Wreszcie dostrzegam mężczyznę po czterdziestce, który ma na sobie jedynie bokserki i pożółkłą koszulkę na ramiączkach. Podaje mi kubek z kawą, przysuwa cukiernicę i siada na bujanym fotelu.

– Widzisz – zaczyna mówić powoli i spokojnie, jak ojciec do syna. – Ja sobie tak żyję tutaj bezkonfliktowo. Od dziesięciu lat. Obiady dowozi mi taki jeden z Karmnika, zakupy robi dziewczyna, którą poznałem w sieci, a kolacji z reguły nie jadam. Czasem dzwonię po pizzę, ale tylko pod zaufany numer, i oni wiedzą, że trzeba zostawić pod drzwiami, a że teraz za wszystko można płacić przez Internet, to nawet pieniędzy wysuwać przez szczelinę nie muszę. – Zamyśla się na chwilę, mierzy mnie pogardliwym wzrokiem i mówi dalej: – No i ja oglądam sobie filmy, dużo czytam, a na balkon wychodzę tylko po czwartej w nocy, wtedy, kiedy całe to osiedle smacznie sobie śpi. Mi tak dobrze, daję radę, rachunki płacę, jest okej. I nagle ktoś zaczyna walić w moje drzwi. Raz, drugi, trzeci. Więc biorę nóż kuchenny, taki długi mam, i czekam. Ale patrzę przez wizjer i widzę ciebie. Nie mogłeś być, kurwa, włamywaczem, zbyt żałośnie wyglądałeś, na bosaka, trzymając w ręce jakieś zwęglone zdjęcia.

– Przepraszam. Nie wiem, co mnie napadło.

– Dobrze. A teraz wypierdalaj!

Wychodzę, kuśtykając, i tylko domyślam się, że wyglądam jak siódme nieszczęście, ale w sumie mam to w dupie. Ostatnią rzeczą, o której powinienem teraz myśleć, jest to, jak w tej chwili wyglądam. A jednak, kurwa, o tym właśnie myślę. Ta beznadziejna refleksja dobija mnie jeszcze bardziej.

Pukam pod dziesiątkę. Otwiera mój kolega Amfed. Tak naprawdę ma na imię Alfred, ale że diluje amfą i innymi proszkami, to przylgnął do niego ten oto specyficzny przydomek. Patrzy się na mnie swoimi wyblakłymi oczami i w ogóle nie dziwi go fakt, że mam na głowie bandaż, z którego sączy się krew, moja prawa ręka dynda jak u popsutej marionetki, a reszta ciała przypomina szczątki World Trade Center.

– No siema. Hajs jest?