I niech zginę - Sarah Pinborough - ebook
lub
Opis

Ufaj Sarah Pinborough! Nie ufaj jej książkom!
Pierwsze miejsce na liście bestsellerów "The Sunday Times".

Lisa to niepozorna samotna matka.
Ava to zbuntowana szesnastolatka.
Marilyn to szczęśliwa żona.

Ktoś nie jest tym, za kogo się podaje.

Lisa, która dzieli swój czas między najlepszą przyjaciółkę a dorastającą córkę, poznaje w pracy przystojnego klienta i za jego sprawą przypomina sobie o dawno porzuconych marzeniach o byciu szczęśliwą i kochaną. Ale kiedy jej córka ratuje tonącego w rzece chłopczyka i staje się miejscową sensacją, życie Lisy rozpada się bezpowrotnie. Wszyscy odwracają się od niej, nikt nie wierzy w jej niewinność i tylko ona wie, że to zemsta kogoś, kto chce, by Lisa i jej córka cierpiały. Dlaczego? Bo pewnych umów nie wolno łamać…

"I niech zginę" to naszpikowany niespodziankami i zwrotami akcji thriller, odsłaniający mroczną stronę życia kobiet, które z pozoru wydają się zwyczajne i niegroźne.

Krytycy szukają dobrze napisanych, oryginalnych tekstów. Sarah Pinborough spełnia te kryteria. Pisze z pasją, tworzy wyraziste postaci pełne subtelnych niuansów i ma rękę do wyczarowywania niespodziewanego. "I niech zginę" opisuje trzy interesujące kobiety i paru okropnych mężczyzn. Powiedzieć więcej oznaczałoby wyjawić intrygę.
"The Times"

Umiejętności narracyjne autorki są równie niezawodne, jak zawsze.
"Guardian"

Gdy ogłuszy was wyjaśnienie pierwszej zagadki, będziecie mieli szczęście, jeśli uda się wam nie zarwać nocy z tą książką… i jeśli zdołacie po niej zasnąć.
"Independent"

Sarah Pinborough stanie się waszą nową obsesją.
Harlan Coben - amerykański pisarz, autor powieści kryminalnych

Sarah Pinborough jest uznaną autorką powieści dla dorosłych i nastolatków. Jej ostatnia książka - "Co kryją jej oczy" - została nominowana do tytułu kryminału i thrillera roku British Book Awards, trafiła też na szczyt listy bestsellerów "Sunday Times". Pisarka jest także autorką scenariuszy dla BBC, aktualnie pracuje nad kilkoma oryginalnymi projektami telewizyjnymi.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 357

Popularność


 

 

Tytuł oryginału

CROSS HER HEART

 

Copyright © Sarah Pinborough 2018

All rights reserved

 

Projekt okładki

© HarperCollinsPublishers Ltd 2017

 

Zdjęcie na okładce

© Peter Hatter/Trevillion Images

 

Redaktor prowadzący

Joanna Maciuk

 

Redakcja

Joanna Habiera

 

Korekta

Grażyna Nawrocka

 

ISBN 978–8169-616-6

 

Warszawa 2019

 

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02–697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

 

Dla Irvine’a, dzięki za wiarę!

 

 

1

POTEM

ON

Suka.

Tak mocno ściska kartkę, że schludne linijki starannie wykaligrafowanych słów zmieniają się w dziwne zygzaki, w których jedne zdania giną, a inne wychodzą na pierwszy plan, jakby jemu na złość.

 

Nie dam rady.

Za dużo w tobie gniewu.

Przerażasz mnie, kiedy mnie ranisz.

Już cię nie kocham.

 

Świat się trzęsie, a on oddycha ciężko, czytając list do końca.

 

Nie jedź za mną. Nie staraj się mnie znaleźć. Nie staraj się nas znaleźć.

 

Dopiero za trzecim razem treść listu do niego dociera. Odeszła. Odeszły. Wie, że to prawda – czuje w domu nową pustkę – ale i tak biegnie przez pokoje, otwiera opróżnione komody i szuflady. Nie znajduje ani śladu po niej, paszportu, prawa jazdy, żadnego z tych ważnych przedmiotów, które stanowią ramę jej życia.

 

Nie staraj się nas znaleźć.

 

Wraca do kuchennego stołu i zgniata w dłoni jej list, dusi jej słowa w zaciśniętej pięści. Miała rację. Jest w nim gniew. Coś więcej. Wściekłość. Wrząca furia. Spogląda w okno, a zgnieciony w kulkę list rozmięka w jego spoconej dłoni. Wódka. Trzeba mu wódki.

Pije i czuje, że ziarenko planu pada w ciemną glebę jego umysłu i zaczyna kiełkować.

Nie miała prawa mu tego zrobić. Nie po tym, przez co przeszli.

I za to ją zniszczy.

 

 

CZĘŚĆ PIERWSZA

 

2

TERAZ

LISA

Wszystkiego najlepszego, kochanie – mówię, stojąc w progu. Jest dopiero wpół do szóstej i senność mnie ogłupia, ale moja kuchnia już tętni nastoletnią energią. Jakby uderzały we mnie fale przypływu. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek miała tyle werwy. To miłe uczucie. Pełne nadziei i pewności siebie.

– Mamo! Nie musiałaś wstawać. I tak już wychodzimy. – Ava całuje mnie w policzek z uśmiechem, owiewając mnie chmurą szamponu o zapachu zielonego jabłuszka i wonią różowego dezodorantu, ale jest zmęczona. Może się przepracowuje. Zbliżają się egzaminy gimnazjalne, a przez te poranne i wieczorne treningi na basenie kilka razy w tygodniu, spotkania z koleżankami i szkołę rzadko ją widuję. I tak powinno być, tłumaczę sobie. Ona dorasta. Wyrasta ze mnie. Muszę jej dać wolność. Ale to trudne. Od tak dawna jesteśmy tylko we dwie na tym świecie. Teraz ten świat jest już prawie w jej zasięgu, tylko brać.

– Niecodziennie moja córeczka kończy szesnaście lat – odpowiadam, nalewając wody do czajnika, i mrugam do niej. Ona robi minę do Angeli i Lizzie, ale mnie nie oszuka: miło jej, że nadal wstaję, żeby wyprawić ją do szkoły. Jest jednocześnie dorosłą kobietą i moją małą córeczką. – Poza tym mam dziś w pracy ważną prezentację, więc muszę się rozkręcić – dodaję.

Dzwoni telefon. Trzy głowy pochylają się nad komórkami, a ja odwracam się do czajnika. Wiem, że w życiu Avy pojawił się Courtney. Jeszcze mi o nim nie powiedziała, ale widziałam przychodzące od niego SMS-y, kiedy w zeszłym tygodniu zostawiła telefon na kuchennym stole – rzadkość sama w sobie. Kiedyś czasem sprawdzałam jej komórkę, ale teraz wprowadziła hasło i choć niechętnie to przyznaję – ma prawo do prywatności. Muszę wierzyć, że rozsądek mojej inteligentnej córki uchroni ją przed kłopotami.

– Chcesz dostać prezenty teraz czy wieczorem w Pizza Express? – pytam.

Ava tuli do siebie małe torebeczki, z których wystaje kolorowa bibułka, ale nie pokazała mi, co dostała od przyjaciółek. Może zrobi to potem. Kilka lat temu przybiegłaby jak na skrzydłach, żeby mi się pochwalić. To już przeszłość. Jak ten czas leci. Nie wiadomo kiedy stałam się panią pod czterdziestkę, a Ava – szesnastolatką. Wkrótce wyfrunie z mojego gniazda.

– Jodie czeka na dworze – odzywa się Angela, podnosząc głowę znad iPhone’a. – Musimy lecieć.

– Wieczorem – mówi do mnie Ava. – Teraz nie mam czasu.

Uśmiecha się do mnie, a ja myślę, że pewnego dnia wyrośnie na prawdziwą piękność. Czuję w piersi nagły ból rozstania, więc skupiam się na mieszaniu herbaty, a potem przeglądaniu materiałów do prezentacji, podczas gdy dziewczynki zabierają kurtki, stroje kąpielowe i szkolne torby.

– Do wieczora, mamo! – woła Ava przez ramię, gdy znikają w korytarzu. Wybiegają na dwór; owiewa mnie podmuch wilgotnego powietrza. Pod wpływem impulsu sięgam po torebkę, wyjmuję z niej dwadzieścia funtów i wychodzę, przymknąwszy drzwi wejściowe.

– Ava, czekaj! – Jestem tylko w cienkiej koszuli nocnej, ale idę za nią, machając banknotem. – Dla ciebie i dziewczynek. Zjedzcie przed szkołą dobre śniadanie.

– Dziękuję! – mówi Ava, a inne szybko po niej powtarzają, po czym pakują się do samochodu Jodie, drobnej blondyneczki za kierownicą, a ja zostaję przy naszej otwartej bramie. Jodie rusza, niemal nie czekając, aż zamkną za sobą drzwi. Wzdrygam się lekko, machając do nich. Jodie wystartowała z niezłym zrywem i nie spojrzała w lusterka. Czy Ava zapięła pasy? Nerwy bez przerwy. Cała ja. Dziewczynki nie zdają sobie sprawy, jak cenne jest życie. Jak cenne są one. Bo skąd miałyby wiedzieć? Są takie młode i beztroskie.

Zbliża się lato, ale niebo ma kolor sinej szarości i czuje się nadchodzący deszcz, który niesie ze sobą chłodny powiew. Odprowadzam wzrokiem auto Jodie, aż zniknie za zakrętem, i już mam wrócić do ciepłego domu, gdy na rogu naszej cichej uliczki za moimi plecami widzę samochód. Dostaję gęsiej skórki. To obcy samochód. Ciemnoniebieski. Nigdy go tutaj nie widziałam, a znam wszystkie pojazdy z naszej ulicy. Zauważanie takich rzeczy weszło mi w krew. Ten samochód jest tu nowy.

Serce trzepocze mi w piersi jak ptak tłukący się o szybę. Kamienieję; to nie instynkt walki lub ucieczki, lecz zimna zgroza. Samochód ma wyłączony silnik, ale za kierownicą ktoś siedzi. Ktoś krępy. Z tej odległości nie widzę jego twarzy. Patrzy na mnie? W głowie słyszę jakby bzyczenie much. Usiłuję nabrać powietrza. Gdy wydaje się, że za chwilę ogarnie mnie panika, na ścieżce przed domem pojawia się mężczyzna, wkładający marynarkę i jednocześnie usiłujący machać do kierowcy. Silnik ożywa. Dopiero gdy samochód rusza, widzę na jego boku mały pasek: EezyCabs.

Zalewa mnie taka fala ulgi, że prawie wybucham śmiechem. Prawie.

Jesteś bezpieczna, myślę, gdy taksówka mnie mija i nikt na mnie nie patrzy. Ty i Ava. Musisz wyluzować.

Oczywiście łatwo powiedzieć. Przez te lata się tego nauczyłam. Strach zawsze czai się w pobliżu. Miewałam chwile wytchnienia, gdy niemal zapominałam o przeszłości, ale potem jakiś przypadkowy moment, taki jak ten, znowu uruchamia panikę i dociera do mnie, że nigdy się jej nie pozbędę, że jest jak rozgrzana smoła, która przykleiła mi się do wyściółki żołądka. A ostatnio miewam to uczucie, ten niepokój, jakbym powinna dostrzec, że coś jest nie tak, ale tego nie widzę. Może chodzi o mnie. O mój wiek. Hormony. Dorastanie Avy. Może to nic takiego. A jednak…

– O czym tak rozmyślasz?

Wzdrygam się, podskakuję, a potem parskam śmiechem jak człowiek, który się przestraszył, choć ten szok to nic śmiesznego. Mimowolnie chwytam się za serce, a odwróciwszy się, widzę panią Goldman w drzwiach jej domu.

– Wszystko w porządku? – pyta. – Nie chciałam cię wystraszyć.

– Tak, przepraszam – odpowiadam. – Już przeżywam to, co mnie dziś czeka. Wie pani, jak to jest. – Idę do własnych drzwi. Nie jestem pewna, czy pani Goldman naprawdę wie, jak to jest. Ostrożnie pochyla się po butelkę z mlekiem, stojącą na schodku. Zauważam, że się wzdryga. Co jest najjaśniejszym punktem jej dnia? Milionerzy? Jeden z dziesięciu? Syn też jej już dawno nie odwiedził.

– Zdaje się, że nadciąga burza. Mam pani coś kupić? I tak jadę po chleb i tym podobne. Choć wrócę późno, bo po pracy zabieram Avę na pizzę. Dziś jej urodziny.

Nie potrzebuję chleba, ale nie chcę myśleć o pani Goldman idącej do sklepu w deszcz. Ma problem z kością biodrową, a chodniki bywają śliskie.

– O, jeśli to nie kłopot – odpowiada z ulgą w głosie. – Jesteś kochana.

– Nie ma sprawy. – Uśmiecham się i czuję straszny ból, nie całkiem zrozumiały. To rodzaj współodczuwania czyjejś kruchości. Tego wszystkiego, co ludzie w sobie kryją. No, tak z grubsza. Słucham jej krótkiej listy sprawunków. Tyle, ile trzeba dla jednej osoby. Dodam do tego jakieś ciasto. Mały upominek. Powinnam w weekend wpaść do niej na herbatę. Dni muszą się jej dłużyć, a tak łatwo nie zauważać samotnych tego świata. Dobrze o tym wiem. Ja też długo byłam samotna. Pod pewnymi względami nadal jestem. Staram się traktować samotnych serdecznie. Dowiedziałam się, że serdeczność się liczy. Bo czy istnieje coś ważniejszego?

Odkąd PKR otworzył drugą filię, przeniesiono nas do mniejszego, lecz bardziej stylowego biura. Kiedy docieram tam o ósmej, trochę mnie już mdli ze zdenerwowania i ręce mi drżą, choć Simon Manning nie zjawi się jeszcze przez dłuższą chwilę. Wmawiam sobie, że chodzi o prezentację, ale gdzie tam. Chodzi również o niego. Simon przeniósł się do jakiejś niesprecyzowanej kategorii pomiędzy nowym potencjalnym klientem firmy i kimś innym. Kimś, z kim się flirtuje. Kimś, kto fascynuje. Zaczął na mnie inaczej patrzeć. Nie wiem, jak sobie z tym radzić. To jak nieustanne wyładowania elektryczne w mojej głowie.

– To dla ciebie.

Podnoszę głowę znad stron prezentacji, które przeglądam, i widzę Marilyn z paczuszką czekoladek Ferrero Rocher.

– Na szczęście. A to – dodaje, wyjmując zza pleców drugą rękę z buteleczką szampana – na opicie sukcesu.

Uśmiecham się, zalana falą ciepła. Dzięki Bogu za Marilyn.

– O ile będzie jakiś sukces. Wiem, że rozmawiał z innymi.

– Nie martw się. Jak to spaprzesz, mam w szufladzie wódkę.

– Mhm. Dzięki.

– Od czego są przyjaciele?

Najlepsze w tym nowym pomieszczeniu jest to, że moje biurko stoi naprzeciwko biurka Marilyn, mała dwuosobowa wysepka. Marilyn zaprojektowała cały wystrój i dobrze się sprawdza. Ma talent do planowania przestrzennego. Może to się udziela po tylu latach małżeństwa z budowlańcem.

– Spójrz na Toby’ego – mówi, wskazując go głową. – Szczęśliwy jak świnia w błocie wśród tych nowych.

Ma rację. Opieramy się o jej biurko i przyglądamy się, jak Toby się puszy. Te wszystkie nowe kobiety wyglądają, jakby nie miały więcej niż dwadzieścia pięć lat, a trzydziestoletni Toby pewnie wydaje im się wyrafinowanym starszym mężczyzną. Na pewno takiego udaje. Dobiega nas nerwowy chichocik, reakcja na coś najwyraźniej niesamowicie zabawnego, rzuconego przy okazji wyjaśniania zasad obsługi kopiarki.

– Przejrzą na oczy – mówię. Na razie będziemy miały ubaw. Dobrze być w pracy, pod jasnymi jarzeniówkami, wśród jednakowych biurek, czerwonych obrotowych foteli i biurowych mundurków. Mój przelotny niepokój tego poranka rozwiewa się jak resztki koszmarnego snu.

O dziewiątej wzywa nas Penny, nasza wspaniała liderka i PK z PK Recruitment. Stajemy w półkolu przed drzwiami jej gabinetu. Marilyn i ja nieco z tyłu, jak na przykład pasterze albo nianie. Lubię Penny. Jest energiczna i skuteczna i nie czuje potrzeby spoufalania się ze swoim personelem. Pracuję tu od ponad dziesięciu lat i nie pamiętam, żebyśmy się kiedyś spotkały tylko we dwie. Marilyn to dziwi, mnie nie. Penny jest mniej więcej w moim wieku, ale to moja szefowa. Nie chcę, żeby starała się ze mną zaprzyjaźnić. Czułabym się z tym niezręcznie.

– Cudownie, że mogę w końcu przywitać nasze nowe pracownice – zaczyna. – Cieszę się, że dołączają do nas Emily, Julia i Stacey. Mam nadzieję, że praca tutaj da wam wiele radości.

Trzy młode istotki, opalone i w pełnym makijażu, uśmiechają się do niej promiennie, a potem zerkają na siebie z radością. Mam nadzieję, że ta ich przyjaźń przetrwa. Ja poznałam Marilyn mojego pierwszego dnia pracy i nie wyobrażam sobie życia bez niej. Koleżanka i przyjaciółka w jednym. Odpędza moją samotność.

– Mam także wielki dług wdzięczności wobec Toby’ego, Marilyn i Lisy, którzy tak dobrze dbali o firmę podczas przeprowadzki. Marilyn i Lisa mają doświadczenie. W razie problemów nie bójcie się prosić je o radę, prawdopodobnie znają się lepiej ode mnie na codziennych sprawach tej firmy.

Marilyn uśmiecha się w odpowiedzi na zaciekawione zerknięcia, ja spoglądam na swoje stopy i modlę się, żeby nikt na mnie nie patrzył. Gdybym miała pewność siebie i opanowanie Marilyn! Ona niczego się nie boi.

– No, to tyle. W kuchni czekają na was ciasta, a po pracy ci, którzy chcą – czyli, mam nadzieję, wszyscy – mogą iść się z nami napić do Green Mana na rogu.

Penny znika w swoim gabinecie, a nasza grupka się rozprasza. Zerkam na zegar. Do przyjścia Simona została jeszcze chwila; w końcu dociera do mnie, jak ważne jest to spotkanie, i wszelkie myśli o tym idiotycznym zauroczeniu pierzchają. Żołądek mi się skręca; kilka razy oddycham głęboko. Dam radę, powtarzam sobie bez większego przekonania. Muszę dać radę. Ten kontrakt jest wart tego strachu – zapewni mi większą premię. Może nawet podwyżkę. Oszczędzam na ewentualne studia Avy. Nie chcę, żeby miała pod górkę, i zamierzam jej pomóc. Będę ją chronić przed światem, jak tylko mogę.

Muszę. Wiem, jaki jest straszny.

 

3

 

AVA

W stołówce jest jak w przebieralni na basenie, gorąco i wilgotno, letni deszcz bębni o zaparowane szyby. Deszcz mi nie przeszkadza. Ange ma inne zdanie – jej starannie wyprostowane włosy puszą się od jednej kropli. Jednak dopóki nie nastaną prawdziwe upały, wolę spędzać przerwy obiadowe w pomieszczeniu. Zawsze tak robiłam, kiedy przyjaźniłam się z Caz i Melanie, choć teraz wydaje mi się, że to było w innym życiu. Tylko tego mi brakuje z tamtych czasów. Angela woli świeże powietrze, więc przeważnie jadamy na ławkach. Ale nie w tej ulewie. Dziś możemy spokojnie usiąść ze wszystkimi.

– I jak myślisz? – pyta. – W sobotę? Przenocujemy u Jodie? Najpierw wyskoczymy do pubu, a potem zrobimy jakiś poncz czy coś. Sprawdzimy, czy ktoś będzie w okolicy? – Jedna gruba czarna brew, podkreślona ołówkiem, wygina się jak robak na jej oliwkowym czole, gdy Angela usiłuje ją znacząco unieść. Gdybym ja się tak umalowała, pewnie cała umazałabym się na brązowo. Angela jest o wiele lepsza ode mnie, jeśli chodzi o ciuchy i makijaż. Gdy się odstawi, wygląda na dwadzieścia lat. Ja wyglądam na dwadzieścia kilo nadwagi. Jestem brzydkim kaczątkiem naszej grupy i wiem o tym. Boże, pozwól mi pewnego dnia zmienić się w łabędzia.

– No, brzmi nieźle – mówię. – Jeśli inne przyjdą.

Palce Angeli śmigają po klawiaturze telefonu i wiem, że moje też będą za chwilę, gdy jej wiadomość dotrze do grupy MojeSucze na WhatsAppie. To Lizzie wymyśliła tę nazwę. Przecież jesteśmy suczami, powiedziała, a my parsknęłyśmy śmiechem. Miała rację. Niesamowite, że znalazłam się w drużynie Larkrise Swimmers dopiero rok temu i znam te dziewczyny od dziesięciu miesięcy. Mam wrażenie, że byłyśmy przyjaciółkami od zawsze. No, Angelę tak jakby znałam dłużej, bo chodzimy do tej samej szkoły, ale nigdy do tej samej klasy, więc była dla mnie tylko twarzą w tłumie, jak ja dla niej. A teraz proszę. MojeSucze. Nadal mnie to bawi. Ale chyba jednak wolę Wspaniałą Czwórkę, jak nazywa nas trener. Jesteśmy jego zwyciężczyniami. Startujemy osobno, ale dopingujemy się nawzajem, żeby dać z siebie wszystko. Od razu między nami zaiskrzyło, od pierwszego porannego treningu, coś kliknęło jak kawałki układanki, które ułożyły się w cudowny obrazek i umieściły Larkrise w rankingu liczących się drużyn.

Jesteśmy w różnym wieku i to dobrze, z wielu powodów. Mamy więcej tematów. Tylko ja i Ange chodzimy do King Edward’s Grammar, Lizzie jest z liceum Harrisa – nazywanym powszechnie Liceum Chamusia, gównianej szkółki w centrum, a Jodie studiuje na pierwszym roku uniwerku Allerton. Ma prawie dwadzieścia dwa lata i bierze udział w zawodach dla dorosłych, ale czuje się jedną z nas i nie przeszkadza jej, że jesteśmy od niej młodsze. Trenuje z nami, bo jej zajęcia nakładają się na treningi dla dorosłych i twierdzi, że woli poranki. Nie mieszka w campusie, tylko u mamy w Elleston, więc tak naprawdę nie zna studenckiego życia. Pomaga nam w szlifowaniu techniki i jest fajna. Nigdy nie czuję się przy niej jak smarkula. No, pięć lat to nie aż taka różnica, a na przykład dziewczyny z liceum w KEGS tak zadzierają nosa, jakby miały ze trzydzieści lat.

– Lizzie może – mamrocze Ange, wpatrzona w telefon, jakbym nie potrafiła sama przeczytać wiadomości wyskakujących na moim wyświetlaczu. – Jodie mówi, że jej mama nie wróci na weekend. Jeszcze sprawdzi, ale to prawie pewne.

Kolejny plus kumplowania się ze studentką to luźniejsze układy z rodzicami. Mama Jodie zajmuje się projektowaniem wnętrz wielkich snobistycznych domów i ma chłopaka w Paryżu, gdzie obecnie mieszka, pracując nad jakimś projektem. Wszystko to robi wrażenie, ale najważniejsze jest to, że rzadko bywa w domu. Jeszcze jej nie poznałam, a Jodie w zasadzie mieszka sama.

– Super – mówię. Mam ochotę zajrzeć na Face­booka, ale obiecałam sobie, że wytrzymam do końca obiadu. Dłubię widelcem w wystygłych resztkach ziemniaka w mundurku. Ramiona mnie bolą po porannym treningu – motylek nie jest moim ulubionym stylem – i wczorajszej wieczornej siłowni. Nie oszczędzamy się, ale ostatnio trochę odpuściłam i już to odczuwam. Muszę się wziąć za siebie, bo inni też się zorientują albo gorzej – zacznę przegrywać. Zawsze musiałam pracować ciężej niż inne, żeby zachować dobrą kondycję. Lizzie jest naturalnie muskularna i biega jak gazela, Jodie mierzy tylko metr pięćdziesiąt siedem, ale jej ciało to same mięśnie, chude, groźne i chłopięce, a Ange ma krągłości. Prywatne pontony, jak mawia Lizzie. Choć cycki nie przeszkadzają jej pruć wodę. Cała jej kobiecość rozpływa się po zanurzeniu. Nie wiem, gdzie w tej grupie jest miejsce dla mnie. Więcej tyłka niż cycków, jak powiedział o mnie w zeszłym semestrze ten gnojek Jack Marshall – nadal mnie to boli – i chyba miał rację. Odziedziczyłam po mamie figurę gruszki. Nadwaga idzie mi prosto w uda, a one i tak są potężne, nawet kiedy prawie nic nie jem.

Mogłabym powiedzieć mamie, że mama Jodie wraca w weekend, żeby się nie martwiła. Mam wyrzuty sumienia. Ze wszystkich naszych rodziców to moja mama jest najbardziej opiekuńcza. Kiedyś tego nie zauważałam. Zawsze byłyśmy we dwie – i ciocia Marilyn. Wiem, że mama kocha mnie nade wszystko, i ja też ją kocham, ale mam już szesnaście lat i muszę mieć trochę własnej przestrzeni, tak jak moje koleżanki. „Napisz, kiedy dotrzesz na miejsce. Napisz, kiedy będziesz wychodzić, przyjadę po ciebie, nie, naprawdę, to żaden kłopot”. Wiem, że ma dobre intencje, ale inne matki tak nie robią i wstyd mi za nią. Czuję się przez nią jak dziecko, którym nie jestem. Jestem już właściwie kobietą. Mam swoje tajemnice.

Nasze telefony znowu się rozdzwaniają. Wszystkie naraz parskamy śmiechem na widok wiadomości od Lizzie. Obleśny gif z tryskającym fiutem.

– No i co zamierzasz?

Zawsze, gdy chodzi o seks, Ange zawsze mówi z tym dziwnym, niby-amerykańskim akcentem. Odłamuje kawałek donuta i zajada go, ale cały czas świdruje mnie wzrokiem.

Wzruszam ramionami, choć serce bije mi szybciej. Co zamierzam? Powiedziałam, że to zrobię, kiedy skończę szesnaście lat, i trochę chcę – albo chciałam – ale nie rozumiem, skąd ten pośpiech. Fakt, że Courtney jest fajny, kompletnie inny i w ogóle super. Fajni chłopcy nigdy wcześniej nie zwracali na mnie uwagi i teraz mam wrażenie, że powinnam to docenić. Pewnie nie przywykł do czekania, choć chodzimy ze sobą – tak jakby – dopiero od paru miesięcy.

– Prawdopodobnie – odpowiadam, a Ange rozpromienia się w uśmiechu.

– Boże, zakładam się, że on totalnie wie, co robić. Świetny na pierwszy raz.

– Na razie był całkiem niezły. – Pokazuję jej język, poruszam nim obleśnie i mrugam.

Jej pisk jest tak głośny, że dziewczyny przy sąsiednich stołach oglądają się na mnie.

Łatwo nam tak gadać, a ja wiem, że pewnie zrobię to z Courtneyem w weekend, choćby po to, żeby mieć to z głowy – zresztą i tak zrobiliśmy już prawie wszystko z wyjątkiem tego – ale już nie jestem nim tak zachwycona, jak na początku. Przestałam od… no, od czasu tych wiadomości. Mam nową tajemnicę. Nie wyjawiłam jej nawet dziewczynom. Nie mogę. To coś tylko mojego. W porównaniu z tym fajność Courtneya wydaje się pozą nastoletniego chłopca.

Mój nocny znajomy z Facebooka. Ktoś, z kim naprawdę mogę porozmawiać.

Dzwonek ogłasza koniec przerwy obiadowej, a moje serce znów przyspiesza. Udało mi się wytrwać godzinę bez zaglądania do Messengera. Nie lubię sprawdzać wiadomości przy Ange i innych, więc wyłączyłam powiadomienia. Mamy nie tylko sprawne mięśnie, ale i dobry wzrok. Chcemy wiedzieć o sobie wszystko. Jeśli rozlegnie się sygnał, powinnam podzielić się nowiną z innymi. Stanowimy jedność.

Ange idzie na geografię, ja odnoszę tacę i biegnę na powtórkę z angielskiego. Dopiero wtedy otwieram Messengera. Serce mi łomocze, ale szybko się uspokaja. Żadnych nowych wiadomości. Nie do wiary, jaka jestem rozczarowana. To moje szesnaste urodziny. Ważna data. Myślałam, że mu zależy.

Może później, myślę, chowając komórkę. Postanawiam się nie denerwować. Będę w niego wierzyć, tak jak prosił. Wiadomość na pewno przyjdzie.

 

4

 

LISA

Poszło o wiele lepiej, niż się spodziewałam, i dwie godziny po spotkaniu podpisujemy umowę. Nadal dygoczę, ale tym razem z dumy, uniesienia i wielkiej ulgi, że sprostałam zadaniu. Dumnie wyprostowana prowadzę Simona do gabinetu Penny i wszyscy, nawet Marilyn, oglądają się za nami. Nie tylko widać, że najwyraźniej wynegocjowałam kontrakt, i to duży, ale w dodatku Simon Manning należy do mężczyzn, których nie sposób zignorować. Nie ma gładkiej urody agenta nieruchomości jak Toby, cały w produktach do włosów i chmurach wody po goleniu, ale emanuje atrakcyjnością. „Przystojny” to chyba niewłaściwe słowo. Simon ma lekko zdeformowany, jakby w paru miejscach złamany nos i masywne ciało, mogące należeć do gracza w rugby, który już nie trenuje. Nadal jest sprawny fizycznie, ale nie jak sportowiec. Skronie mu siwieją i otacza go aura pewności siebie, pociągająca i przyjazna. No, ale ta pewność siebie nie powinna dziwić, myślę, ściskając mu dłoń na do widzenia i starając się nie rozkoszować tym mocnym uściskiem. Zamierza otworzyć piąty hotel i siłownię. Ma góra czterdziestkę, a jest na dobrej drodze do stworzenia imperium.

Zamykam za nim drzwi gabinetu Penny i zostawiam ich samych. Czuję bijące ode mnie fale ciepła i wiem, że płonę rumieńcem. Nadal nie wierzę, że tak mi dobrze poszło. Będzie potrzebować personelu sprzątającego, dostawców jedzenia i pracowników hotelu i chętnie pozwoli, żeby tym wszystkim pokierowała PKR – czyli ja! Gdybym po pierwszej rozmowie wiedziała, ile osób chce zatrudnić, pewnie oddałabym sprawę Penny – ona tu rządzi, a to wielki kontrakt, może nawet największy w dziejach tej firmy. Och, jakże się cieszę, że o niczym nie wiedziałam. Denerwowałabym się nawet, gdybym sądziła, że chodzi mu o trzydziestkę pracowników, a gdybym znała prawdziwą liczbę, pewnie dostałabym zawału. Ale się udało. I to genialnie. Cały czas się uśmiecham, gdy wchodzę w gwar pomieszczenia.

– Zawsze się staram chodzić pieszo do pracy i z powrotem – mówi Julia, nowa, z ciemnym bobem. – Dzięki temu trzymam formę.

– Dobrze poszło? – pyta Toby, spoglądając na mnie. Już stracił zainteresowanie rozmową z dziewczynami. Widzę w jego oczach błysk zawiści. Tak strasznie mu zależy na sukcesie. Lubi intratnych klientów z branży komputerowej, którzy poszukują grafików i projektantów stron internetowych na jednoroczny kontrakt za pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt tysięcy funtów, i z pewnością ma od nich większą prowizję, ale zlecenia tego rodzaju nie pojawiają się co miesiąc. Ja zawsze lubiłam drugą stronę rynku: pomaganie ludziom, którzy naprawdę szukają pracy. Ci, którzy potrzebują tego poczucia własnej wartości, jaką daje regularna wypłata. Wiem, co czują. Znam to.

– Nawet lepiej niż dobrze. Okazuje się, że to całkiem spore zlecenie. Co najmniej sto pięćdziesiąt osób. – Zabrzmiało, jakbym się chwaliła… i chwalę się, ale nie potrafię się powstrzymać. Przypomina mi się, że duma poprzedza upadek, ale nie umiem sobie odmówić tego małego triumfu.

– Wow, dobra robota! – To jedna z nowych. Stacey. Długie jasne włosy, tipsy. Jej słowa mogłyby brzmieć protekcjonalnie, ale nie brzmią. Pod warstwą makijażu i opalenizny widzę jej zdenerwowanie i rozpaczliwe pragnienie, by być lubianą, żeby się dopasować i utrzymać w tej pracy.

– Dziękuję.

– To nie ma co, dzisiaj ty stawiasz. – To znowu Julia.

– Nie będzie mnie, niestety. Nie piję, a dziś są szesnaste urodziny mojej córki. Idziemy w miasto.

– Miło. Normalnie szesnastolatki chcą być tylko z przyjaciółkami, nie? Ja na pewno chciałam.

W jej głosie brzmi coś nieprzyjemnego, co mnie rani. Trochę jest zanadto zadziorna jak na kogoś w pierwszym dniu pracy.

Przyglądam się jej uważnie. Nie jest tak młoda, jak mi się wydawało, choć stara się to ukrywać. Zdecydowanie przekroczyła trzydziestkę. Pewnie botoks.

– Jesteśmy bardzo zżyte.

Uśmiecha się – cukier nasączony cyjankiem – ukazując idealnie białe zęby, które nagle kojarzą mi się z rekinem. Wytrąca mnie z równowagi, a to irytujące.

– Ja nigdy nie będę miała dzieci – oznajmia. – Za bardzo zależy mi na karierze. Nie dałabym rady jako samotna matka. Podziwiam cię.

To obelga w opakowaniu komplementu. Stacey robi wielkie oczy, zaskoczona jej bezczelnością, a Toby – który najwyraźniej o mnie opowiadał – ma na tyle przyzwoitości, żeby wlepić wzrok w ekran komputera, jakby czytał jakiś ogromnie ważny mail.

– Na szczęście Lisa jest superkobietą, która ze wszystkim radzi sobie śpiewająco. Gdyby tylko reszta z nas jej dorównywała… – Marilyn staje obok mnie. Jeden drapieżny uśmiech spotyka się z drugim i tym razem Julia trochę się cofa razem z krzesłem. – Obiad? – rzuca Marilyn. Zwraca się do mnie, jakby inni nie istnieli – muchy, które już odpędziła. – Zawsze jakaś się znajdzie – mamrocze, gdy zabieramy torebki i marynarki. – W każdej grupie kobiet zawsze jest jedna, na którą trzeba uważać. Przynajmniej od razu wiemy która. – Rzuca Julii mroczne spojrzenie.

Ale dlaczego tak musi być?, myślę. Dlaczego nie może być miło?

 

– W dodatku jest cudowny. – Marilyn zamawia drinki, dwa kieliszki prosecco, a ja biorę sztućce. Siadamy przy stoliku w kącie. – W taki męski sposób. I najwyraźniej na ciebie leci. Te wszystkie niepotrzebne spotkania! A jak na ciebie patrzył, kiedy szedł za tobą przez biuro!

– Oj, przestań – mamroczę.

– Nie rozumiem, dlaczego się nim nie zainteresujesz.

– Wyobrażasz sobie, co by zrobiła Penny? Mieszanie pracy z przyjemnościami? A poza tym… nie.

Marilyn przygląda mi się w zamyśleniu. Porusza fakt mojej samotności przynajmniej raz w roku w poważnej rozmowie, a potem przypomina o nim przez miesiące. Zastanawiam się, czy to kolejna przemowa. Na szczęście nie. Marilyn wznosi toast.

– Gratulacje i na zdrowie!

Trącamy się kieliszkami i pociągamy łyk. Lubię, jak bąbelki musują mi w ustach. Wolę pić w porze obiadowej, bo wtedy w grę wchodzi tylko jeden kieliszek.

– A, zanim zapomnę… – Marilyn pochyla się i grzebie w swoim wielkim torbiszczu. – Mam coś dla Avy. – Wyjmuje małe pudełeczko z kokardką. – Ode mnie i Richarda. Boże, nie do wiary, że ma już szesnaście lat. Jak ten czas leci! Jeśli ona jest szesnastolatką, to my jesteśmy…

– Stare – odpowiadam, ale uśmiecham się i piję jeszcze trochę.

Przyjmuję prezent i chowam go do torebki. Nie tylko ja mam szczęście, że Marilyn jest w moim życiu. Ava także.

Z nerwów nie zjadłam śniadania i wystarczyła połowa kieliszka, żeby wino uderzyło mi do głowy. Spięte mięśnie ramion zaczynają mi się rozluźniać. Potem widzę twarz Marilyn i wiem już, co mnie czeka. Za szybko uwierzyłam, że nie będzie mnie dziś wypytywać.

– Jakieś wieści od ojca Avy?

– Nie – mówię przez zęby, choć zadała to pytanie ostrożnie, cicho. Wie, jak to jest. Kolejna rozmowa, która powraca zbyt często jak na mój gust. – I nie spodziewam się tego. – Muszę zmienić temat. – A co u ciebie? Wczoraj byłaś jakaś milcząca. Jak nie ty. Wszystko dobrze?

– Miałam migrenę. Nic takiego. Wiesz, że czasem mnie dopada. – Marilyn spogląda na kelnerkę, która podchodzi do nas z zamówieniem. Unika mojego wzroku? Przez ostatnie miesiące migreny dopadały ją dość często.

– Może powinnaś iść do lekarza.

– Tak, a może ty powinnaś iść na randkę z panem Manningiem.

Łypię na nią spode łba.

– Dobrze, dobrze. Ale Ava jest już prawie dorosła. Musisz wrócić do gry.

– Mogłybyśmy o tym zapomnieć i skupić się na tym, jaka jestem genialna? – Usiłuję rozładować atmosferę i oddycham z ulgą, bo kelnerka stawia na stole kanapki i frytki, czym odwraca naszą uwagę. Jak mogę powiedzieć Marilyn o czymkolwiek? Ona wie – w przeciwieństwie do Avy – że nie zaszłam w ciążę po jednonocnym romansie, ale nie zna prawdy. Całej prawdy. Nie zrozumiałaby. Marilyn z jej szczęśliwym życiem, wspaniałym mężem, ładnym domem, dobrą pracą – szczęśliwa, śliczna Marilyn. Gdybym jej powiedziała, inaczej by na mnie spojrzała. To nie tak, że nie chcę. Marzyłam o tym. Czasami słowa pchały mi się na usta, gotowe z nich wyfrunąć, ale musiałam je przełykać jak żółć. Nie mogę, nie potrafię.

Wiem, że plotki szybko się roznoszą. Jak ogień przeskakują z jednej osoby na drugą.

Nie mogę ryzykować, że nas znajdzie.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI