Wydawca: Czarna Owca Kategoria: Nauka i nowe technologie Język: polski

I nie zapomnij być szczęśliwy. ABC psychologii pozytywnej ebook

Christophe André  

3.66666666666667 (3)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 477 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka I nie zapomnij być szczęśliwy. ABC psychologii pozytywnej - Christophe André

Nie bój się być szczęśliwy!

Christophe André w swojej najnowszej książce, we właściwy sobie lekki i przystępny sposób wprowadza nas w tajniki psychologii pozytywnej. Autor posługuje się przykładami z życia własnego i pacjentów,odwołuje do wyników badań naukowych i  zachęca nas do porzucenia starych, niszczących nawyków i rozpoczęcia życia mądrego i szczęśliwego.

Książka napisana w formie abecadła, pełna anegdot i historii z codziennego życia, uczy zwracać uwagę na piękne i dobre wydarzenia, obok których często przechodzimy obojętnie. Autor podkreśla, że ludzka egzystencja to także cierpienie i nieszczęście, w sposób realistyczny, osobisty i często zabawny przekonuje, że szczęście nie jest luksusem, lecz koniecznością. I że jest czymś, co większość z nas, przy odrobinie wysiłku, jest w stanie osiągnąć.

Christophe André jest lekarzem psychiatrą w szpitalu Świętej Anny w Paryżu. Jest autorem cieszących się ogromną popularnością, zarówno we Francji jak za granicą, książek: Medytacja dzień po dniu. 25 lekcji uważnego życia, Niedoskonali, wolni, szczęśliwi, Les États d’âme, Psychologie de la peur i wielu innych.

Opinie o ebooku I nie zapomnij być szczęśliwy. ABC psychologii pozytywnej - Christophe André

Fragment ebooka I nie zapomnij być szczęśliwy. ABC psychologii pozytywnej - Christophe André

Tytuł oryginału ET N’OUBLIE PAS D’ÊTRE HEUREUX Abécédaire de psychologie positive

Redakcja Ewa Kaniowska

Projekt okładki Izabela Sobieszek

Zdjęcie na okładce Photo smile / Shutterstock

Korekta Igor Mazur, Jolanta Ogonowska

Redaktor prowadzący Anna Brzezińska

© ODILE JACOB, octobre 2014 Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, 2015

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN 978-83-7554-499-2

Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o. ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawawww.czarnaowca.pl Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Christianowi Bobin, który zawsze bez lęku zmierza tam, dokąd prowadzi go serce

Wstęp

WSTĘP

„Proszę zawołać szefa kuchni!”

Do tej pory wszystko szło dobrze, wszystko było normalnie. Zbliżaliśmy się do końca naszego służbowego obiadu w małej paryskiej restauracji: ja i mój ekstrawertyczny przyjaciel, trochę nerwowy i bardzo pewny siebie, którego jednak bardzo lubię. Zjedliśmy smaczny posiłek, w przyjemnym otoczeniu, ze sprawną i uśmiechniętą obsługą. Wszystko było bez zarzutu. I oto przyjaciel przerywa naszą dyskusję, marszczy brwi i przywołuje kelnera. Ten, odrobinę zaniepokojony, stara się dowiedzieć, o co chodzi, lecz mój przyjaciel powtarza tylko: „Proszę zawołać szefa kuchni!”. Kelner spełnia więc prośbę, nieszczęśliwy i skonsternowany. Wypytuję: „Co się dzieje, stary? Coś nie tak?”. Mój towarzysz nie odpowiada na pytania, mówi zagadkowo: „Nic, nic, zobaczysz”, z zadowoloną miną, która uspokaja mnie tylko połowicznie.

Kelner wraca z kucharzem, wyciągniętym z kuchni: „Czy jest jakiś problem, panowie?”. A mój przyjaciel odpowiada z szerokim uśmiechem: „Absolutnie żadnego, szefie! Chciałem tylko osobiście panu pogratulować! Jedzenie było pyszne, a obsługa doskonała!”. Szef kuchni i kelner, przez moment zbici z tropu (najwyraźniej nikt nigdy tak się wobec nich nie zachował), przyjmują wreszcie uwagę z uśmiechem i widoczną przyjemnością. Gawędzimy z nimi przez chwilę o tym, jak to klienci wzywają kucharza tylko po to, żeby się poskarżyć, nigdy zaś po to, żeby mu pogratulować.

Właśnie odkryłem psychologię pozytywną.

Psychologia negatywna?

Do tej pory zajmowałem się psychologią negatywną, tak w pracy, jak w życiu. Podpisywałem się pod wizją Jules’a Renarda1: „Nie jesteśmy szczęśliwi: nasze szczęście to milczenie nieszczęścia”.

Jako młody psychiatra miałem prostą wizję swojego zawodu: leczyć ludzi chorych i stawiać ich na nogi, żeby mogli wrócić do normalnego życia. Mając nadzieję, że więcej ich nie zobaczę, albo przynajmniej niezbyt prędko. Jako młody człowiek nie byłem szczególnie uzdolniony w dziedzinie szczęścia, nawet jeśli uważałem, że życie jest interesujące, a niekiedy radosne. Kiedy w moim dniu nie było nic pozytywnego, zadowalałem się tym, co negatywne, nawet po to, żeby się trochę z tego pośmiać, jak Woody Allen, gdy mówi: „Chciałbym zakończyć jakąś wiadomością dającą nadzieję, ale nie mam takiej! Czy w zamian mogą być dwie beznadziejne?”. Krótko mówiąc, psychiatria nie była zabawna, a życie niewiele bardziej zabawne.

Potem, stopniowo, otworzyłem oczy, na swój zawód i na życie.

Nie będę wam tu opowiadał o swoim życiu, wystarczająco już mówię w tej książce o sobie (o sobie jako o zwykłym przedstawicielu rodzaju ludzkiego, nie o kimś szczególnym, odmiennym od innych czy wyróżniającym się). Jednakże psychologia pozytywna wiele dla mnie zmieniła, na dobre oczywiście. Dziś już rozumiem, że moja praca lekarza psychiatry nie polega jedynie na naprawianiu tego, co jest uszkodzone w umyśle i duszy moich pacjentów (psychologia negatywna), lecz także na pomaganiu im w rozwijaniu tego, co działa u nich dobrze lub co mogłoby stosunkowo łatwo działać lepiej, po to by mogli być szczęśliwsi i smakować życie (psychologia pozytywna). Nie tylko dlatego, że chcę dla nich dobrze, lecz także ponieważ wiem – ponieważ wiemy już dzisiaj – iż szczęście jest doskonałym narzędziem zapobiegania pojawianiu się cierpień psychicznych lub ich nawrotów (a ponieważ w psychiatrii nawroty zdarzają się często, jest tu miejsce dla pracy nad szczęściem). Nie można już patrzeć na psychoterapię jak na metodę, dla której typowe jest podejście: „Proszę mi opowiedzieć o swoich problemach, jeszcze i jeszcze, a potem zobaczymy, co można z tym zrobić…”. Nie można wciąż czekać, aż ludzie zachorują raz, a potem kolejny, by ich wciąż na nowo leczyć. Dlatego właśnie potrzebujemy psychologii pozytywnej. Tyle że musi to być jeszcze naprawdę psychologia pozytywna, a nie jakaś jej namiastka czy pozór…

„Nie myśl już o tym! Myśl pozytywnie!” Czym nie jest psychologia pozytywna…

Pamiętam, że gdy byłem młodym psychiatrą, moi starsi koledzy mówili swoim cierpiącym na depresję pacjentom, gdy już ich wyleczyli: „No, wszystko jest już w porządku, proszę o tym zapomnieć, myśleć pozytywnie i korzystać z życia”. I często, niestety, kilka miesięcy czy kilka lat później, pacjenci mieli nawrót choroby.

Od tamtego czasu zrozumieliśmy, że depresja jest chorobą, która ma tendencje do powracania, tak jak rak do przerzutów. Uwaga: tendencja to nie pewność; termin ten oznacza, że przy braku wysiłków czy zmiany stylu życia, jeśli będziemy robić wszystko tak jak wcześniej, nasze cierpienia będą miały tendencję do ponownego pojawienia się. Dlatego właśnie dziś interesujemy się zapobieganiem nawrotom: nie mówimy już pacjentom, by zapomnieli, lecz by zmodyfikowali styl życia, sposób myślenia. Nie staramy się koniecznie ich uspokoić („to już koniec, choroba nie wróci”), lecz otworzyć im oczy („to może wrócić”), jednocześnie dając im nadzieję („ale jest mnóstwo rzeczy, które można zrobić, by tego uniknąć”). Mówimy im „Proszę o tym myśleć” nie po to, by ich przestraszyć, lecz by ich zmotywować do zatroszczenia się o siebie. I przedstawiamy im szczegółowy plan, a nie mgliste dobre rady: na tym właśnie polega praca psychologii pozytywnej!

Kiedy człowiek jest wyleczony, powinien być w stanie nie tylko nie myśleć za dużo o tym, co mogłoby pójść źle (w czym może nam pomóc psychoterapia), lecz także więcej myśleć o tym, co mogłoby iść lepiej (i to jest rola psychologii pozytywnej).

Jednakże psychologia pozytywna nie polega na dostarczaniu mglistych dobrych rad w stylu: „Patrz optymistycznie na życie!” czy zachęcaniu do „pozytywnego myślenia”. Nie jest to także parawan, który ma zasłonić problemy i skłonić pacjenta do zwracania uwagi wyłącznie na szczęśliwe i radosne aspekty jego życia, co niesie ze sobą ryzyko zapomnienia, że przeciwności i nieszczęście stanowią również integralną część tego życia. Nie jest to utopijna wizja egzystencji, oparta na nadziei, że życie będzie dla nas miłe, czy na zmuszaniu się z całych sił, by je takim widzieć.

Jest to oczywiście coś ambitniejszego, bardziej skomplikowanego i subtelniejszego…

Czym jest psychologia pozytywna?

To po prostu badanie tego, co działa dobrze w umyśle człowieka, badanie zdolności umysłowych i emocjonalnych, które pomagają nam smakować życie, rozwiązywać problemy i przezwyciężyć przeciwności, a przynajmniej przetrwać je. To praca nad kultywowaniem w sobie optymizmu, ufności, wdzięczności itd. Po to by zrozumieć, w jaki sposób te cenne zdolności mogą istnieć i trwać w naszych umysłach, a zwłaszcza po to, by nauczyć ich wykorzystywania tych, którzy tego potrzebują. Jako lekarz widzę w tym oczywiście interes dla swoich pacjentów: pomagać osobom w depresji czuć się mniej przygnębionymi, osobom niespokojnym mniej się niepokoić, nie tylko redukując objawy ich choroby, lecz także pomagając im zwracać uwagę na wszystkie szczęśliwe aspekty ich życia, czego nie mogą zrobić, kiedy są w ostrej fazie choroby, i czego nie potrafią zrobić, kiedy czują się lepiej. Ale oczywiście nie tylko osoby szczególnie narażone, lecz wszyscy ludzie mogą nauczyć się lepiej wykonywać swój „zawód człowieka”. Pierwszym celem tego zawodu jest dobrostan i szczęście, kultywowane dla samego siebie oraz przekazywane innym. Z tego wypłyną liczne korzyści, interesujące poza światem medycznym, dla wszystkich ludzkich instytucji, w których panuje dziś przekonanie – i słusznie – że ludzie, którzy dobrze czują się w swojej skórze, dadzą z siebie to, co najlepsze, czy to w nauce (szkoła), czy w produkcji (w przedsiębiorstwie), czy w odważnym i wielkodusznym rządzeniu (polityka)2.

Psychologia pozytywna opiera się na triadzie: przekonanie, nauka i praktyka.

Po pierwsze, przekonanie: życie jest szansą. Którą często marnujemy przez brak inteligencji. Nie tej inteligencji, która służy rozwiązywaniu działań matematycznych czy złożonych problemów, lecz inteligencji szczęścia, która polega na widzeniu życia takim, jakie jest, w całości, z jego dobrymi i złymi stronami, i na kochaniu go, cokolwiek się zdarzy. Ta inteligencja wymaga nie nabywania nowej wiedzy, lecz odrzucenia starych pewników, posprzątania przed drzwiami swojego umysłu, by utorować drogę szczęściu, które, jak każdy wie, tkwi w rzeczach prostych. Jak pisze Simone Weil: „Rozum nie ma nic do znalezienia, ma oczyścić drogę”3.

Następnie nauka: tym, co odróżnia psychologię pozytywną od dobrych rad lub dawniejszych metod (niekiedy intuicyjnie trafnych), jest poszukiwanie naukowego uprawomocnienia. Nie chodzi tylko o dobre uczucia, lecz także o dobre argumenty: badania kliniczne (co działa, a co nie działa?), biologia, neuroobrazowanie itp. W swoim metodycznym i rygorystycznym poszukiwaniu tego, co może doprowadzić nas do większego dobrostanu, psychologia pozytywna bardzo często potwierdza koncepcje i przekonania filozofii starożytnej na temat szczęścia: dla Greków i Rzymian inteligentne i obywatelskie poszukiwanie szczęścia było wartościowym i uzasadnionym celem i zakładało regularną pracę nad sobą.

Wreszcie praktyka: wiedza i koncepcje nie wystarczą. Nigdy. Żeby czynić postępy, trzeba praktykować…

Pięć reguł praktykowania psychologii pozytywnej

Istnieją bardzo liczne prace i bardzo liczne podręczniki dotyczące psychologii pozytywnej, ale wszystkie kładą nacisk na następujące punkty, które można uznać za zasadnicze:

1. Najważniejsze jest to, co robię, a nie to, co wiem

Od ponad dwóch tysięcy lat zarówno na Wschodzie, jak i na Zachodzie mędrcy przekazywali ludziom te same komunikaty: aby być szczęśliwym, wystarczy smakować chwilę obecną, pozostawać blisko natury, szanować innych ludzi, prowadzić proste i skromne życie, nie wpadać łatwo w złość itp. Jest to tak oczywiste, że mówi się czasem o tych radach jako o „wielkich banałach”. Jednak jakkolwiek banalne by były te zalecenia – przemawiają do nas: wiemy i czujemy, że są słuszne. Wszyscy słuchają mędrców, wszyscy ich podziwiają, wszyscy się z nimi zgadzają. Potem każdy idzie w swoją stronę, nikt nie bierze się do pracy i wszystko toczy się tak jak wcześniej. W najlepszym wypadku przez chwilę próbujemy, potem przestajemy, ponieważ to trudniejsze, niż się spodziewaliśmy, ponieważ nie ma natychmiastowych rezultatów albo dlatego, że to nużące – i w końcu rezygnujemy. I jeśli mędrzec, trochę zirytowany, biegnie za nami i łapie nas za rękaw, mówimy mu: „Tak, tak, wiem, wiem…”. Oczywiście, że wiemy! Nawet dziecko wie, co daje szczęście i sprawia, że życie jest piękne! Nie widzimy jednak, że trudność tkwi nie w wiedzy, lecz w jej stosowaniu w praktyce, szczególnie jeśli trzeba to robić regularnie i przez dłuższy czas. Nie widzimy, że najważniejsze jest nie to, co wiemy, lecz to, co robimy. Być może zresztą to dlatego my, Francuzi, mamy taki problem z psychologią pozytywną. Ponieważ wolimy wyśmiewać, niż wypróbować, ponieważ przyznajemy zbyt dużą wartość intelektowi, a niewystarczającą praktyce? Wolimy raczej być myślicielami i komentatorami szczęścia niż jego rzemieślnikami i praktykami.

2. Nad szczęściem trzeba się napocić?

Doskonale rozumiemy, że aby zwiększyć wydolność płuc, być silniejszym, zręczniejszym, będziemy musieli czynić regularne wysiłki. Dobrze wiemy, że nie wystarczy powiedzieć: „OK, od teraz postaram się mieć głębszy oddech, być silniejszy i zręczniejszy” i bardzo tego chcieć, lecz że trzeba będzie się zmusić do biegania, wzmacniania mięśni, do jogi czy gimnastyki. Regularnie.

Rozumiemy to, a jednak nadal rozumujemy w ten sposób, jeśli chodzi o nasze postanowienia dotyczące psychiki: „Tym razem to na serio, jestem zmotywowany i postaram się mniej stresować, lepiej korzystać z życia, mniej narzekać, bardziej smakować dobre chwile, zamiast pozwalać, by zanieczyściły je moje zmartwienia itd.”. Ale nie! W ten sposób to nie zadziała! Także w tym przypadku, tak jak z oddechem czy z mięśniami, nie wystarczy chcieć, trzeba trenować. Na ten „trening umysłu” składają się wszystkie ćwiczenia psychologii pozytywnej. Nie należy ich postrzegać jako miłych gadżetów, lecz jako pracę nad tworzeniem i regularnym aktywowaniem połączeń mózgowych pobudzających emocje pozytywne.

Chętnie przyznaję, że formułka: „Nad szczęściem trzeba się napocić” jest odrobinę radykalna. Niektóre radości życie ofiarowuje nam jako nieoczekiwane i niezasłużone szczęśliwe trafy; pojawiają się bez żadnego wysiłku z naszej strony. Z poprzestawaniem na tych łaskach, które spadają nam z nieba, wiążą się jednak dwie niedogodności: 1) nie są one takie częste; 2) możemy je roztrwonić i nawet tego nie zauważyć, jeśli nasz umysł skupiony jest na troskach i „rzeczach do zrobienia”. Dlatego właśnie odrobina potu przyniesie nam dużo więcej szczęścia. Pewien przyjaciel mówił mi w związku z tym: „Ale, Christophe, czy szczęście przesiąknięte potem nie jest jak para ludzi, którzy bardzo starają się kochać? Czy prawdziwa miłość nie jest pozbawiona wysiłku? Tak jak prawdziwe szczęście?”. Tak, kolego, tylko że… W miłości też trzeba dokonywać wysiłków! Nie tyle po to, by wzbudzić miłość, ile by pozwolić jej trwać, pogłębiać się, ewoluować, pozostać żywą i interesującą przez całe życie pary. W przeciwnym razie, nawet jeśli na początku jest miłość, na dłuższą metę nie będzie ona wystarczającym paliwem4. Tak samo jest ze szczęściem: nasze wysiłki posłużą nam nie tyle do tego, by je wezwać czy sprawić, że wyłoni się nagle ex nihilo, ile pomogą nam je złapać w locie, lepiej je smakować. I utrzymywać żywe i obecne przez całą naszą egzystencję.

Badania pokazały, że wysiłki te przyczyniają się do zwiększenia naszego szczęścia, tylko jeśli są częścią skutecznych strategii: im więcej wysiłków czynimy, tym lepsze mamy rezultaty. Pod jednym warunkiem: że są to właściwe wysiłki!5 Psychologia pozytywna stara się dowiedzieć jakie.

3. Wytrwać

Ćwiczenia psychologii pozytywnej nie dają natychmiastowego odczucia szczęścia. A przynajmniej rzadko. Poprzestają na przygotowaniu i ułatwianiu tych odczuć, na czynieniu nas bardziej uważnymi na przyjemne sytuacje, bardziej wyczulonymi na dobre rzeczy i dobre chwile w naszym życiu. Zmiany następują więc stopniowo, jak w przypadku każdej nauki. To także wszyscy wiemy: kiedy uczymy się czegoś nowego, wiemy, że często potrzeba czasu, by otrzymać namacalne rezultaty. Wiemy o tym i akceptujemy to w przypadku każdej nauki – gry na pianinie czy angielskiego, malowania akwarelami czy bilbokieta… W przypadku każdej nauki, poza tą związaną z psychicznym dobrostanem. Chcielibyśmy, żeby zadziałało to natychmiast. A ponieważ tak nie jest, często mówimy sobie: „Próbowałem, ale nie zadziałało”. I wyciągamy z tego wniosek, że metoda jest nieskuteczna albo że nie jest dla nas. Często pojawiają się na ten temat satyryczne artykuły w prasie, drwiny w programach telewizyjnych: „Próbowałem wszystkiego, żeby być szczęśliwym – i wiecie co? To bujda, wcale nie jestem szczęśliwszy!”. Co powiedzielibyśmy o kimś, kto opowiadałby nam: „Chwyciłem skrzypce, musnąłem smyczkiem struny i nie tylko nie wydobył się żaden piękny dźwięk, ale na dodatek zabrzmiało to okropnie. Skrzypce są beznadziejne!”?

4. Sznur i włókna

Ćwiczenia psychologii pozytywnej podlegają temu, co nazywam logiką sznura: sznur składa się z mnóstwa włókien; każde z nich osobno jest zbyt delikatne, by unieść coś ciężkiego. Ale splecione razem zmieniają się w sznur, zdolny już unieść lub pociągnąć bardzo duże ciężary (choćby unieść pokrywę nieszczęścia, nawet jeśli jest bardzo masywna). Trening umysłu psychologii pozytywnej podlega temu modelowi: jeden rodzaj wysiłku czy ćwiczenia nie wystarczy, by zmienić nasze mentalne nawyki. Musimy nie tylko je powtarzać, jak widzieliśmy wyżej, ale także akumulować je i mnożyć. Zebrane razem będą stanowić skuteczną dźwignię zmiany. To w sumie tak jak z jedzeniem: nawet jeśli jemy tylko pokarmy dobre dla naszego zdrowia, potrzebujemy mimo wszystko urozmaiconej i zrównoważonej diety. Nawet jeśli owoce są dobre dla zdrowia, jedzenie samych owoców w końcu sprowadzi na nas kłopoty. Istnieje wielka różnorodność ćwiczeń psychologii pozytywnej, które odpowiadają wielkiej różnorodności cech, jakie musimy kultywować, żeby mieć szczęśliwe życie.

5. Miejsce dla nieszczęścia

Celem psychologii pozytywnej nie jest całkowite wyeliminowanie nieszczęścia. To byłoby nierealistyczne. Jej cel to pomóc nam nie być nieszczęśliwymi niepotrzebnie lub zbyt długo. Przeciwności i nieszczęście stanowią bowiem część losu ludzkiego, wszystkie tradycje, wschodnie czy zachodnie, zawsze nam o tym przypominały: nieszczęście jest nierozłącznym cieniem światła szczęścia. Dlatego właśnie psychologia pozytywna interesuje się także rezyliencją, sposobami stawiania czoła nieszczęściu, nie tylko poprzez unikanie czy ograniczanie okazji do cierpienia za każdym razem, gdy to będzie możliwe, lecz także poprzez czerpanie z mentalnych zasobów obecnych w każdym z nas. Istnieje zresztą ciekawy paradoks w naszym współczesnym świecie, przynajmniej w jego bogatej i zokcydentalizowanej części: im bardziej społeczeństwo stara się uchronić nas przed nieszczęściem, za sprawą mnóstwa zabezpieczeń i środków pomocy, tym bardziej ewolucja praktyk psychoterapeutycznych (i nie tylko w psychologii pozytywnej) powraca do klasycznego dyskursu stoików, którzy mówili o koniecznej akceptacji faktu, że niepomyślne wydarzenia z całą pewnością pojawią się w naszym życiu, i o znaczeniu przygotowania się do nich zamiast marzenia, że nigdy nie będziemy musieli się z nimi zmierzyć.

Ku przytomnemu szczęściu

Jasne jest, że szczęście, indywidualne i zbiorowe, jest ważnym celem psychologii pozytywnej. Jest też jednak jasne, że szczęście nie ma być parawanem, osłoną, sposobem na zapomnienie o przeciwnościach. Powinno raczej służyć jako paliwo, by pomóc nam stawić im czoło. Jak zauważył Claudel: „Szczęście nie jest celem, lecz sposobem życia”. Szczęście jest sposobem znoszenia ciemnej strony życia. Bez niego egzystencja jawi się nam jedynie jako ciąg zmartwień i trosk, czasem dramatów. Czym zresztą jest, tak naprawdę. Na szczęście nie jest tylko tym: jest także ciągiem radości i odkryć, które pomagają nam przejść przez przeciwności losu i motywują nas do dalszego życia, cokolwiek się zdarzy.

Nie ma więc potrzeby udawać się na poszukiwanie szczęścia wyhodowanego sztucznie, jak te smutne owoce uprawiane pod szkłem i bez ziemi. Jedyne szczęście, które ma wartość, to szczęście zakorzenione w rytmie pór roku naszego życia: całe poobijane, nieregularne, nieprzewidywalne, ale ostatecznie tym wyborniejsze, z historią, która stanowi o jego treści i smaku.

Jednakże akceptować nieszczęście to nie znaczy życzyć go sobie, cenić je, poddawać mu się. To po prostu uznać jego mroczną obecność, wiedzieć, że będzie tu, regularnie, we wszystkich okresach naszego życia, poprzez lekkie muśnięcia (skazy na obrazie naszych szczęśliwych chwil) lub gwałtowne burze (najciemniejsze chwile naszej egzystencji). To także uznać, że to, co dzisiaj wygląda na nieszczęście, jutro lub pojutrze ocenimy być może jako szansę, bolesną wprawdzie, ale tę, która zmieniła korzystnie bieg naszego życia. Czy należy natychmiast szukać znaczenia, pozytywnego lub negatywnego, czy należy szukać spójności we wszystkim, co się nam przydarza? Czy raczej lepiej to zaakceptować, z uśmiechem na ustach i umysłem otwartym na tajemnicę, jak to sugeruje poeta Christian Bobin? Przenikliwy Bobin, który mówi nam tak: „Zrozumiałem także bardzo szybko, że prawdziwa pomoc nigdy nie wygląda tak, jak ją sobie wyobrażamy. Tu dostajemy policzek, tam wyciąga się do nas gałązkę bzu, i to zawsze ten sam anioł rozdaje swoje łaski. Życie jaśnieje niezrozumiałością”6.

Otóż to: policzki i bzy znajdują się w programie kolejnych stron.

A anioł?

Anioł jest tam, za tobą.

Tuż nad twoim ramieniem.

Jak zwykle.

A jak anonimowy

Z nieszczęścia powstają piękne powieści,

Życia interesujące do opowiadania, ale nie do przeżywania.

Czy życie szczęśliwe jest nudne?

Oczywiście, że nie: tylko radosne i ciche.

Abecadło

Pomysł na tę książkę przyszedł mi do głowy (po części), kiedy przyglądałem się swojemu gabinetowi: spektakl radosnego nieładu. Pełno w nim oczywiście książek i pism naukowych. A także najróżniejszego rodzaju przedmiotów: ławeczka do medytacji, rośliny doniczkowe, ikony, figurki Matki Boskiej i Buddy, dynks do drapania się po głowie… Ściana pokryta jest dziecięcymi obrazkami, narysowanymi przez moje córki, bratanków, chrześniaków lub inne dzieci. Są też obrazy sprezentowane mi przez przyjaciół, plakat All Blacks, portret Martina Luthera Kinga, pluszowy Freud, zdjęcia moich córek, proporczyk klubu Stade Toulousain. Wszystko to jest dla mnie źródłem szczęścia i wdzięczności wobec życia. To bardzo niejednorodna zbieranina, ale takie właśnie jest szczęście: to nagromadzenie chwil i doświadczeń na pozór równie rozmaitych jak te przedmioty.

Stąd pomysł książki, jako zbioru historii i refleksji krążących wokół poszukiwania szczęśliwego życia, w jego nowoczesnej i naukowej wersji, które zwie się psychologią pozytywną. Zbieranina ta, bez żadnego innego widocznego porządku poza alfabetycznym, pozwala być może lepiej oddać złożoną i nieprzewidywalną istotę szczęścia. Lepiej przypomnieć jego naturę – i naturę jego poszukiwania: małe kawałki szczęścia zbierane tu i tam, rozproszone, których powtarzalność daje poczucie szczęśliwego życia. Od czasu do czasu pojawia się w nas poczucie, że te wszystkie chwile mają sens i spójność. Oczywiście to nigdy nie trwa długo; całe szczęście, ponieważ byłoby to zbyt poważne i nudne. Zaraz wracamy do rozproszenia, czyli do życia. Lecz to przelotne objawienie jest cudowne i motywujące.

Czy ta książka jest abecadłem, czy słownikiem? Na pierwszy rzut oka są one do siebie podobne, przez porządek alfabetyczny. Tylko że kiedyś abecadło miało ambicję nauczyć uczniów czytać. Mam nadzieję, że czytając kolejne strony tego „Abecadła psychologii pozytywnej”, hasło po haśle, będziecie widzieć coraz jaśniej, co może uczynić wasze życie szczęśliwszym. Jestem przekonany, że szczęścia można się nauczyć. Po pierwsze dlatego, że wykazują to liczne prace7. Po drugie dlatego, że sam się go nauczyłem. W dziedzinie szczęścia, jak to zobaczymy, istnieją jednostki wybitnie uzdolnione: ja do nich nie należę. Jestem raczej z tych przeciętnych uczniów, których przedmiot interesuje i którzy w związku z tym bardzo się starają. Te wysiłki zawsze przynoszą owoce. Niekoniecznie robią z nas olśniewających wirtuozów. Ale ludzi wyraźnie szczęśliwszych, niż gdyby nie czynili żadnych wysiłków i pozwolili, żeby życie samo zajęło się ich szczęściem, stawiając im na drodze różne wydarzenia i spotkania, które można przyjąć lub odrzucić.

Wybitnie uzdolnieni nie będą więc musieli czytać tego abecadła, ci pozbawieni złudzeń nie będą mieli na to ochoty, ale wszystkich innych moja książka może zainteresować!

Abstynencja

W swoim „Słowniku diabła” amerykański pisarz Ambrose Bierce definiuje abstynenta w następujący sposób: „Słaby człowiek, który ulega pokusie odmówienia sobie przyjemności”. Istnieje wielu abstynentów szczęścia, którzy myślą, że szczęście całkiem ich rozmiękczy. Odkładają je więc na później, wolą iść dalej naprzód, pracować, harować i cierpieć. W najlepszym wypadku marzą o szczęściu. Myślą, że są silni, ale może są po prostu słabi: boją się odpuścić i poddać szczęściu.

Akceptacja

Wszystko zaczyna się od akceptacji. Trzeba powiedzieć „tak” życiu, powiedzieć „tak” troskom. Troskom także? Tak, troskom także. Wtedy, gdy nieszczęście nas dopada, a szczęście się chowa? Tak, także wtedy. Powiedzieć „tak”.

Akceptacja nie oznacza cieszenia się tym, co przysparza nam cierpienia, to po prostu stwierdzenie jego istnienia. To nie mówienie: „To dobrze”, lecz: „To się dzieje”. A zaraz potem: „Co mogę zrobić?”. I zaakceptowanie, że w tym „Co mogę zrobić?” znajdują się najróżniejsze możliwości: zmiana sytuacji lub zmiana mojej reakcji, działanie lub oczekiwanie. Często myślimy, że bunt „nie” („nie, to niemożliwe; nie, będę walczył”) jest lepszy od spokojnej siły „tak”. Czasem tak jest, ale nie zawsze. A najpotężniejszą kombinacją jest z pewnością połączenie obu: „Tak, tak właśnie jest, akceptuję to, widzę, to się dzieje; ale nie, nie mogę pozwolić, by sprawy potoczyły się w tym kierunku”. Piękne słowa, ale jak to wygląda w praktyce?

W praktyce akceptacja polega na mówieniu „tak” w swojej głowie komuś, kto się z nami nie zgadza – nie jest to „tak” dla jego argumentów („tak, on ma rację”), lecz dla istnienia tych argumentów i jego niezgody („tak, widzę, że on się nie zgadza”) – i na dalszym słuchaniu go, by lepiej zrozumieć, zanim się sprzeciwimy. To mówienie „tak” porażce bez poddawania się jej. Mówienie „tak” przeciwnościom, ponieważ są tutaj, ale nieopuszczanie potem rąk. Akceptacja to poświęcenie czasu na zbadanie tego, co się dzieje, na oddech, by zrozumieć i poczuć, zanim zobaczymy, co robić dalej. Nie jest to akceptacja zamiast działania, lecz akceptacja przed wyborem najlepiej dopasowanego działania. Prawdziwym wyborem. Bez akceptacji będziemy reagować impulsywnie, a nasze reakcje doprowadzą nas zawsze w ten sam sposób w to samo miejsce. Jaki ma to związek ze szczęściem? To proste: akceptacja uwalnia nas od próżnych walk. Walk w terenie, wyczerpujących i czasem niepotrzebnych, wtedy gdy lepiej byłoby odpuścić; walk w naszym umyśle, ponieważ nasze luminacje, ciągły sprzeciw wobec rzeczywistości („to niemożliwe!”, „to nie może być prawda!”, „ja chyba śnię!”), wyczerpują nas od środka.

Akrazja

Słabość woli, która sprawia, że nie udaje się nam działać zgodnie z naszymi wartościami i intencjami. Wściekanie się, kiedy postanowiliśmy pozostać spokojni; działanie w sposób egoistyczny, chociaż wiemy, że szlachetność to jedyny sposób, byśmy dobrze żyli wszyscy razem na tym padole; narzekanie, chociaż wiemy, że niczemu to nie służy, itd. Dlaczego tak jest? Pascal sugeruje, że leży to w naszej naturze: „Człowiek nie jest ani aniołem, ani bydlęciem; nieszczęście w tem, iż kto się chce wspiąć do anioła, spada do bydlęcia”8. Psychologia mówi o deficycie samokontroli: nie jest łatwo wcielać w życie zachowanie, którego nie uczyliśmy się od bardzo wczesnego dzieciństwa, nie obserwowaliśmy przez długi czas u innych i sami nie praktykowaliśmy. W psychologii pozytywnej akrazja wydaje się nam normalną i przewidywalną trudnością, przynajmniej jeśli chodzi o zachowania, które musimy rozwinąć w wieku dorosłym, ponieważ nie nabyliśmy ich w pierwszych latach życia: kiedy już postanowimy się zmienić, wszystko jest kwestią obwodów w mózgu, odruchów i powtarzanych praktyk; kwestią czasu trwania, utrzymania kursu, okresowego odstąpienia od oceniania się pod kątem osiągniętych rezultatów. Fakt, że mamy z czymś problem, nie oznacza, że jest to niemożliwe, z ludzkiego punktu widzenia lub naszego własnego, lecz tylko, że jest to trudne.

Alleluja

To pochwalne słowo religii chrześcijańskiej pochodzi oczywiście z języka hebrajskiego („chwalmy Pana”). Ludzie wierzący śpiewają je lub wypowiadają, by podziękować Bogu za pomoc, ochronę lub po prostu za to, że pozwolił im istnieć. Wydaje mi się, że jest to nie tylko wyraz wiary, lecz także elementarnej życiowej inteligencji, która sławi szczęście, jakie mamy wszyscy – że jesteśmy, zamiast nie być. Jakie laickie słowo mogłoby zastąpić bardzo chrześcijańskie „alleluja”?

Alkohol

Doskonale rozumiem, dlaczego alkohol zdobył tak wielką popularność wśród ludzi. Kiedy pijemy, nasze widzenie świata zmienia się na szczęśliwsze: czujemy ukojenie; nasze kłopoty okazują się mniej poważne, niż się spodziewaliśmy; wciąż są obecne, ale lepiej widzimy, że je przetrwamy; mamy poczucie braterstwa i bliskości z innymi; czujemy więź z całym światem. Kiedy dotarliśmy do tego momentu, należy szybko przestać pić, żeby smakować to wszystko i zadać sobie pytanie: co się ze mną dzieje? W jaki sposób ten świat, który tak mi ciążył, mógł nagle stać się tak przyjazny? Nic się wokół mnie nie zmieniło, tylko moje odczucia nie są już takie same. Czyżby więc wszystko było tylko kwestią sposobu spojrzenia na życie? Wniosek jest prosty: muszę osiągnąć tę zdolność patrzenia na życie spokojnym i radosnym okiem bez uciekania się za każdym razem do alkoholu. Muszę umieć doznawać tych doświadczeń harmonii i braterstwa bez picia. Nauczyć się upajać bez żadnej innej substancji poza szczęściem, że jestem tutaj i że żyję.

Altriste9

Wyświadczanie innym przysług czyni nas szczęśliwszymi, a bycie szczęśliwszym pcha nas do wyświadczania innym przysług. Tak samo jest z tymi, którym wyświadczyliśmy przysługę: czyni ich to szczęśliwszymi (albo mniej nieszczęśliwymi) i przygotowuje ich do tego, by łatwiej zwracali się ku innym i im pomagali. W taki właśnie sposób przenoszą się dobre wibracje altruizmu. Istnieją nierozerwalne i obustronne więzi miedzy altruizmem a szczęściem. Z pewnością dlatego właśnie większość tradycji filozoficznych i religijnych kładzie duży nacisk na fakt, że współczucie powinna wspierać radość, by nie wywoływać cierpienia u osoby altruistycznej (co w końcu wyczerpałoby jej altruizm). Musimy zatem być altruistyczni (altruistes), nie altristes: altruizm powinien być radosny, nigdy nie odcinać się od radości pomagania. Musi się zasadzać na dobrych uczuciach wobec innych ludzi, na szczerym i przepojonym szczęściem pragnieniu pomagania innym: należy wyświadczać przysługę, ciesząc się, że ją wyświadczamy. Ponuracy dają lekcje moralności, ludzie radośni stosują ją w praktyce bez zbytniego gadania. Wyższość działania nad rozmyślaniem i radości nad smutkiem…

Altruizm

To troszczenie się o szczęście bliźniego, interesowanie się drugą osobą i poświęcanie się jej bez oczekiwania wdzięczności czy rewanżu.

Niektóre smutne umysły twierdzą, że altruizm to tylko egoizm w przebraniu: pomagam bliźniemu, ponieważ oczekuję w zamian dobrostanu i przyjemności, czy wręcz nagrody i wdzięczności ze strony osoby, której pomagam (która pewnego dnia odpłaci mi tym samym, a przynajmniej mam taką nadzieję), lub ze strony społeczeństwa (które obdarzy mnie podziwem). Coś takiego na pewno istnieje. Ale nie jest takie częste; i być może mylimy też motywacje z konsekwencjami: to, że altruizm wzbudza podziw i wdzięczność, jest oczywiste. To, że istnieje tylko w tym celu, wydaje mi się bardziej wyjątkiem niż regułą. Prace w dziedzinie psychologii pozytywnej i ewolucyjnej idą dziś w tym kierunku10. I pokazują, że praktykowanie altruistycznych gestów łagodnie zwiększa szczęście tych, którzy je wykonują.

Jakie mechanizmy to powodują? Z pewnością różnorodne: przyjemność z podziękowań (lubię się zatrzymywać, by przepuścić pieszych na przejściu bez świateł, gdyż bardzo często otrzymuję uśmiech lub podziękowanie gestem dłoni); przyjemność ze sprawienia przyjemności; i z pewnością także bardziej niejasne i głębsze uczucie, szczęście, że uczyniliśmy świat lepszym lub trochę mniej złym, wrażenie, że zasialiśmy ziarnko łagodności, że być może zmotywowaliśmy inną osobę do tego, by sama była miła i bardziej altruistyczna. Niejasne i potężne uczucie spełnienia swojego człowieczego obowiązku i zarażenia świata zbawiennym wirusem altruizmu11.

Anonimowość

Mam szczęście, często spotykam się z anonimowymi życzliwymi gestami ze strony czytelniczek i czytelników. Pamiętam, że w pewnym tygodniu w listopadzie 2011 roku dwa z nich spadły mi z nieba. Pierwszym była duża pocztówka z reprodukcją Ogrodu w Vétheuil Claude’a Moneta; pewna czytelniczka, podpisana Georgette, z nazwiskiem i nazwą miasta (w Szwajcarii) dziękowała mi w bardzo miły sposób za pomoc, jaką przyniosła jej moja książka Les états d’âme. Nie zostawiła mi jednak swojego adresu. Drugim była koperta pozostawiona na stole, przy którym dedykowałem książki przy okazji małej konferencji z Matthieu Ricardem. Zauważyłem jej obecność dopiero, kiedy wszyscy już poszli: leżała tam, z moim nazwiskiem, łatwa do przeoczenia. W środku znajdowała się płyta CD i dwie pocztówki z podziękowaniami za moje książki; CD było składanką utworów muzycznych, które towarzyszyły od lat stanom ducha tej dyskretnej aż do niewidzialności czytelniczki. Także w tym przypadku żadnego adresu, jedynie imię, Sandrine. Za każdym razem byłem poruszony tymi słowami i gestami. I wzruszony ich anonimowością. Do tego stopnia, że aż czułem się trochę nieswojo, nie mogąc za nie podziękować. Zastanawiałem się, jakie były powody tego nieujawniania się: czy był to rodzaj nawyku anonimowości, bolesnego wyrzeczenia, odruchu, by nie przeszkadzać innym? Anonimowe, bym nie czuł się zobowiązany do odpowiedzi i podziękowania? Czy też była to postawa absolutnej pokory: po prostu podziękować, bez oczekiwania czegokolwiek w zamian? Postawa mądrości, zgodnie z logiką zapomnienia i uwolnienia się od własnego ego? Zawsze fascynowała mnie ta postawa wymazania „ja” (od której jestem jeszcze daleki). I poczułem się szczęśliwy, że dwie z moich czytelniczek są na tej drodze dalej niż ja.

Dziękuję Georgette i Sandrine za tę lekcję.

Anonimowość w działaniu

Anonimowe akty życzliwości uznawane są za bardzo dobre ćwiczenie psychologii pozytywnej. Bardzo dobre dla osoby, która robi gest, i oczywiście dla tej, która z niego korzysta (przyjemnie jest pomyśleć, że są osoby, które chcą po prostu naszego dobra, a nie naszej wdzięczności, przynajmniej bezpośrednio wyrażonej). Można na przykład zostawić napiwek (tylko wtedy, gdy jesteśmy zadowoleni z obsługi), nawet jeśli nigdy już nie wrócimy do tej restauracji czy baru: kryterium nie ma być użyteczność („dzięki napiwkowi mnie zauważą, może się to przydać, jeśli tu wrócę”), ale przyjemność sprawiona bliźniemu. Pewna amerykańska koleżanka opowiadała także, że od czasu do czasu, kiedy jest w dobrym humorze, reguluje w bramce na autostradzie opłatę za osobę jadącą za nią12. Nigdy nie spotyka tej osoby, nie otrzymuje więc podziękowań. Anonimowe czynienie dobra to dobry pomysł na poprawienie swojego samopoczucia i upiększenie świata: wymazanie ego poprzez cnotę, z korzyścią dla ogółu.

Antydepresanty

Nie są one, niestety, „pigułkami szczęścia”. Świadomie i rozmyślnie piszę „niestety”: czasem chciałbym zaoferować niektórym z moich pacjentów, szczególnie zmaltretowanym przez życie, możliwość odetchnięcia i smakowania tego życia. To jednak w ten sposób nie działa. Antydepresanty nie czynią szczęśliwszymi, nie sprawiają, że nasz mózg syntetyzuje dobry humor, redukują raczej intensywność bólu psychicznego, tak jak środki przeciwbólowe redukują intensywność bólu fizycznego. To już coś, jeśli działają (niestety nie wszyscy chorzy reagują na leki przeciwdepresyjne). I kiedy działają, u niektórych pacjentów mogą mieć zadziwiający efekt: mogą dawać pewnego rodzaju zdolność do lepszego smakowania życia13, wykraczającą poza zmniejszenie czy zanik negatywnych emocji (depresyjnych lub lękowych, ponieważ większość antydepresantów zmniejsza także, i to wyraźnie, niepokój). Tak jakby to wstrzymanie bólu duszy pozwalało ujrzeć wreszcie, i to o wiele lepiej niż wcześniej, światło szczęścia.

W rezultacie zdarza się, że pacjenci – pomimo ewentualnych efektów ubocznych, pomimo symbolicznego wstydu z powodu „zależności od pigułki” – nie chcą lub nie mogą już przerwać tego leczenia, które łagodząc ich ból, czyni go łatwiejszym do zwalczenia i które pozwala im widzieć i smakować dobre rzeczy w ich życiu. Proszą nas wtedy o radę: „Co robić? Brać pigułkę przez resztę życia czy podjąć ryzyko, odstawić leki i spróbować nauczyć się innych metod?”. Oczywiście, obie drogi są możliwe: brać dalej lek jest łatwiejsze (połknięcie tabletki zabiera tylko kilka sekund), nauczyć się innego sposobu jest ciekawsze i bardziej satysfakcjonujące (ale zajmuje lata). Zawsze próbujemy proponować i dawać pierwszeństwo tej drugiej drodze, kiedy jednak ludzie dużo cierpieli w przeszłości, kiedy czujemy, że są delikatni i że istnieje ryzyko nawrotu, wtedy wolimy, by byli spokojni i zdolni do szczęścia z lekiem niż w depresji i niezdolni do niego bez. Lepiej iść do przodu o kulach, niż pozostać w miejscu bez nich.

Antywzorce

Mamy w życiu wzorce, do których usiłujemy się upodobnić, lecz także antywzorce: równie inspirujące i motywujące jak te pierwsze, z tą tylko różnicą, że staramy się raczej do nich nie upodabniać. Wielu z nas goni za szczęściem, ponieważ ich rodzice byli nieszczęśliwi, ponieważ widzieli, jak marnują sobie życie, i czuli, jak bardzo przeszkodziło im to w poszukiwaniu szczęścia. Nie postępować tak jak ojciec, jak matka stanowi pierwszy punkt odniesienia i wzorzec, od którego za wszelką cenę chcemy być jak najdalej; i na ogół przez całe życie zdajemy sobie sprawę, do jakiego stopnia mamy jednak skłonność, by podstępnie powracać do tego, co przeżyliśmy, zaobserwowaliśmy i nieświadomie wywnioskowaliśmy, żyjąc u ich boku. Nie chodzi o to, że nie da się nie postępować tak jak rodzice, jest to jednak zadanie długodystansowe i należy do tych wysiłków, które podejmujemy przez całe życie.

Są jednak także antywzorce papierowe. Dla mnie jednym z nich jest Cioran. Wszystkie jego aforyzmy, pełne czerni i pesymizmu, w dziwny sposób działają na mnie stymulująco („O rany! Szybko, do roboty, do szczęścia!”). Ponieważ są inteligentne, błyskotliwe i nierzadko słuszne. I właśnie fakt, że życie często jest takie, jak je opisuje Cioran, jest jeszcze jednym powodem, by nie ulegać rozpaczy. Najwyraźniej zresztą sam tak właśnie robił: większość jego bliskich opisuje go jako człowieka miłego w obejściu, pełnego humoru, lubiącego pogadać, śmiać się, spacerować po polach. Jego dzieła służyły mu jako oczyszczenie, lecz ostatecznie nie odwodziły od kochania życia.

Jestem wdzięczny Cioranowi za wskazanie mi w ten szczególny sposób drogi ku szczęściu: wystarczy wyruszyć w przeciwnym kierunku. I z tego samego powodu jestem wdzięczny wszystkim moim antywzorcom.

Arkadia

Kiedy byłem gimnazjalistą i licealistą, uczyłem się greki, i uwielbiałem to. Uwielbiałem wyobrażać sobie tę starożytną Grecję, której autorów mozolnie rozszyfrowywałem. I bardzo lubiłem marzyć o Arkadii i o jej jakże słodkim życiu: ten region Grecji, górzysty i usiany małymi wioskami, opiewany był przez poetów greckich i łacińskich jako wyidealizowana kraina szczęścia, Złoty Wiek, zaludniony żyjącymi w harmonii z naturą pastuszkami. Nawiązuje do tego słynne łacińskie wyrażenie Et in Arcadia ego – „I ja żyłem w Arkadii”. Jeden z obrazów Poussina ukazuje grupę pastuszków odkrywających grób, na którym wyryte są te słowa. Nawet jeśli nasze życie było tak piękne, jak piękne mogło być niegdyś w Arkadii, kończy się ono śmiercią. Wszelki ziemski raj jest tylko tymczasowy. To zabawne: kiedyś myślenie o tym mroziło mi krew w żyłach. Dzisiaj nie: wiele o tym rozmyślałem, medytowałem o Arkadii i nie chcę już uciekać przed myślą o śmierci, wolę raczej gonić za życiem.

Ataraksja

Szczęście jako brak zamętu i cierpienia? Nie zawsze to wystarcza: to, że nie jesteśmy nieszczęśliwi, nie oznacza, że jesteśmy szczęśliwi. I nie zawsze jest to konieczne: czasami możemy być szczęśliwi pomimo cierpienia i udręk w naszym życiu lub mimo choroby14. Ale najczęściej musimy ukoić swój ból, by otworzyć się na szczęście. To pierwszy etap, ten, który kazał napisać Jules’owi Renardowi: „Nie jesteśmy szczęśliwi: nasze szczęście to milczenie nieszczęścia”15. Dla starożytnych filozofów ataraksja, ukojenie namiętności, była dobrą rzeczą. Nie oznaczała obojętności czy bierności: nie była to apatia. Była owocem pracy nad wewnętrznym wyzwoleniem: chodziło o to, by pozbyć się zależności od niepotrzebnego przywiązania i toksycznych uniesień. Była w pewnym sensie żyzną glebą, która daje nadzieję, że ujrzy się, jak wyrastają na niej kwiaty szczęścia.

Autor godny podziwu?

Jestem zakłopotany, kiedy odnoszę wrażenie, że moi czytelnicy biorą mnie za mędrca. Z jednej strony to normalne: kiedy lubi się jakiegoś autora, często ma się skłonność do idealizowania go, wyobrażania sobie, że to człowiek inny od pozostałych, równie delikatny i empatyczny w codziennym życiu, jak w swoich książkach. Nie chciałbym generalizować, ponieważ nie znam wszystkich autorów świata, jeśli jednak o mnie chodzi, nie działa to w ten sposób. W tej kwestii Christian Bobin pisał bardzo słusznie, co następuje: „Człowiek, o którym mówi się, kiedy mówi się o moich książkach, nie istnieje”16. Oczywiście, że autorzy nie są doskonali: nawet ci, którzy jak ja piszą o medytacji, denerwują się; nawet ci, którzy piszą wspaniałe i eteryczne wiersze, interesują się tym, jak zapłacić podatki. Autorzy czynią takie same wysiłki jak wy, czytelnicy, by robić postępy i zbliżać się do swego ideału. Być może mają, w niektórych dziedzinach, niewielką przewagę. Być może czynią większe wysiłki, o których właśnie mają chęć mówić w swoich tekstach. Podziw czy szacunek nie mogą nas zaślepiać: zawsze i wciąż obowiązuje wielka zasada psychologii pozytywnej, ścisłe połączenie tego, co jasne, z tym, co mroczne, tego, co skończone, z niedoskonałym. To właśnie czyni życie – i psychologię – tak interesującym.

Awaria

Pewnego dnia prowadziłem warsztaty dla terapeutów na temat psychologii pozytywnej. Przypominaliśmy sobie przykłady tych momentów w życiu, gdy jesteśmy we władzy stresu, ale które z perspektywy kilku dni lub miesięcy okazują się nie takie straszne. Warto regularnie zastanawiać się nad takimi chwilami, w których rozpętujemy wielkie przygotowania do emocjonalnych bitew – wściekłość, strapienie, zdenerwowanie – w przypadku wydarzeń w sumie mało znaczących dla biegu naszego życia. Krótko mówiąc, każdy – takie było ćwiczenie – zastanawiał się nad konkretnymi przykładami. Jeden z moich kolegów podniósł wówczas rękę, by opowiedzieć swoją historię. Oto ona, taka, jaką ją zapamiętałem, mam nadzieję, że nie wypaczam jej zanadto…

„Byłem na wakacjach w pięknym miejscu na południu Francji, jechałem kompletnie pustą drogą i zepsuł mi się samochód. W tamtym czasie nie było komórek, żadnego sposobu, by wezwać na pomoc ubezpieczyciela, lawetę czy mechanika. Musiałem więc przemierzyć siedem czy osiem kilometrów pieszo do najbliższego miasteczka. Przeszedłem je, złorzecząc. Dziwne jest to, że kiedy dzisiaj myślę o tej chwili, nie wraca do mnie wspomnienie stresu, lecz piękna krajobrazu, w którym przez godzinę maszerowałem”.

Ogromnie spodobała mi się ta krótka opowieść: kiedy przepełnia nas stres, zaciemnia i przykrywa wszystko, co w danej sytuacji jest dobrego czy pięknego. I dopiero kiedy się wycofuje, na przykład gdy upłynie trochę czasu, piękno i dobro mogą pojawić się ponownie. Zdać sobie z tego sprawę i smakować to, przynajmniej po fakcie, to już dobra rzecz. Ale oczywiście móc wykonać tę robotę na gorąco, zdołać sobie powiedzieć: „No dobra, stary, to cholernie denerwujące, tak jest, w porządku. I co teraz zrobisz, będziesz przez godzinę ciskał gromy czy pójdziesz przed siebie, podziwiając krajobraz?”, to dokładnie to, czego poszukujemy w psychologii pozytywnej. Nie chodzi tylko o ograniczenie stresu (to konieczna praca, którą wykonuje się podczas psychoterapii), lecz także o regularne kultywowanie naszych zdolności do podziwiania, cieszenia się, wyciągania pozytywów z negatywnej sytuacji; oto ambicja psychologii pozytywnej: dać jeszcze więcej miejsca pozytywnym emocjom, żeby uniemożliwiały wzrost emocji negatywnych.

Słucham? Jakieś pytanie z końca sali? Do mnie? Czy ja też bym się zdenerwował w tej sytuacji? Z całą pewnością! A jak myślicie, dlaczego pasjonuje mnie psychologia pozytywna?

Awe

Rzecz ma miejsce na Górze Świętej Otylii, w klasztorze w Alzacji, pewnego zimowego popołudnia. Dałem właśnie wykład dla studentów studiów medycznych o specjalności „Medytacja i neuronauki” w Strasburgu, pierwszych tego typu we Francji. Co bardzo rzadkie i ściśle związane z materią studiów, nauczanie ma charakter rezydencyjny: studenci spędzili cały tydzień w klasztorze na Górze Świętej Otylii, gdzie wykłady przerywane były ćwiczeniami medytacyjnymi. Teraz, na zakończenie pierwszego tygodnia, wszyscy wyjechali, zostali tylko organizatorzy i wykładowcy.

Korzystam z okazji, by przejść się samotnie po dróżce okalającej klasztor, pośród jodeł. Budynki usadowione są na szczycie góry zagubionej wśród lasów. Tego dnia, jak często zimą, wszystko pokrywa śnieg. Niebo jest posępne, pociemniałe od wielkich chmur i zapadającego zmierzchu. Idę powoli, delektując się tym niesamowitym dźwiękiem śniegu skrzypiącego przy każdym moim kroku. Niekiedy prześwit między drzewami otwiera przed oczami horyzont: inne góry, porośnięte innymi ośnieżonymi jodłami. Od czasu do czasu podnoszę głowę i dostrzegam ciemną wielowiekową bryłę klasztoru. Dziwne uczucie. Ogólnie przyjemne, ale nie jest to szczęście. Zbyt dużo szarości na niebie, zbyt ostry chłód. Jestem po prostu zdziwiony i zadowolony, że jestem tutaj, trochę onieśmielony i przejęty szorstkim pięknem natury i budowli, ich długą historią.

Nie ma w języku francuskim słowa dla oddania tego stanu ducha. W angielskim istnieje słowo awe, które określa pełen podziwu szacunek zmieszany z odrobiną obawy i onieśmielenia. To w pewnym sensie emocja transcendencji: to, co widzimy i przeżywamy, wykracza poza zwyczajne mentalne ramy, nasze słowa i inteligencja nie są w stanie tego zmierzyć, pojąć całej złożoności i znaczenia.

Podziwiamy, czujemy, że przekracza nas coś dużo większego od nas, a nawet trochę przerażającego. Jesteśmy jednak zadowoleni, że to widzimy, obserwujemy, smakujemy. Czujemy się malutcy. A szczególny smak nadaje temu doznaniu fakt, że nie jest to radość czy szczęście skupione na nas samych, lecz na tym, co widzimy lub wyobrażamy sobie, lub czego się domyślamy i co robi na nas wrażenie, i co podziwiamy w milczeniu, z zapartym tchem, nie mogąc wykrztusić słowa.

Potem powolutku nadciągają duchy.

Przypominam sobie, że w 1992 roku w tych mrocznych lasach miał miejsce głośny wypadek lotniczy: 87 ofiar w tych czarnych lodowatych górach. Wydaje mi się, że słyszę, jak dusze zmarłych, pozostałe tutaj od tamtej pory, trzepoczą się w gałęziach wielkich jodeł i obserwują mnie swoimi obojętnymi oczami.

Wciąż tkwię w uczuciu awe, ale dołącza się do niego teraz współczucie dla tych wszystkich istnień, zmiażdżonych i przerwanych nagle pewnego styczniowego wieczoru 1992 roku, prawie o tej samej godzinie, kiedy spaceruję i kiedy mój oddech staje się coraz głośniejszy w ciszy. Serce mi wali, aż słyszę je w uszach. Czy idę za szybko?

Zatrzymuję się. Bez pośpiechu wciągam rześkie powietrze, które karmi mój oddech, to niezwykłe, niezrównane doznanie śnieżnego powietrza. Zdaje mi się, że słyszę tchnienie góry, która także oddycha, przytłumione przez ciężki śnieżny płaszcz. Pełna obecności cisza.

Bardzo obecny w moim ciele, pozwalam swoim mentalnym obrazom płynąć zgodnie z ich widzimisię: klasztor, grobowiec Świętej Otylii w mroku krypty, studia medyczne, twarze studentów i dyskusje z nimi, roztrzaskujący się samolot i gasnące życia.

Tak jak za każdym razem, porusza mnie ta tajemnica stanów ducha: jak można być jednocześnie ukojonym i zbolałym? Szczęśliwym, że się żyje, i zasmuconym zdarzeniami z życia? Przygniecionym przez to, co większe od nas, i pragnącym jednak zobaczyć, co się stanie dalej, świadomym, że nasze życie się liczy.

Za kilka chwil moje ciało ruszy dalej, dołączę do przyjaciół na górze, w klasztorze; pogadamy, wyruszymy w drogę powrotną samochodami, pociągami i samolotami. Żadna z tajemnic, doświadczonych w trakcie spaceru, nie zostanie rozwiązana, poczuję jednak, jak przenika mnie tchnienie życia, i ściśnie mi to na chwilę serce, bardzo mocno, nim uczyni je lżejszym.

Wrażenie, że byłem ptakiem, złapanym na moment przez niewidzialnego olbrzyma, trzymanym w jego dłoni, a potem uwolnionym i zwróconym niebu. Niezrozumienie i pomieszanie. Coś nieskończenie wielkiego i nieskończenie silnego istnieje, łapie nas czasami i uwalnia (na ogół).

To piękne i przerażające.

Wzbudza to chęć, by dalej żyć, kochać i uśmiechać się łagodnie.

Awe…

Azja

Czasami mam wrażenie, że Azja odgrywa dzisiaj, w kwestii mądrości, tę samą rolę, którą niegdyś odgrywała Arkadia w kwestii szczęścia: mitycznego miejsca, w którym, jak sobie wyobrażamy, ludzie posiadają większe niż my cnoty. Nie całkiem ścisłe, ale urocze.

B jak ból

Każde szczęście przemija.

Każdy ból także.

A ty zostajesz i uśmiechasz się.

Bach i Mozart

Bach i Mozart uszczęśliwiają nas, lecz każdy na swój sposób. Poprzez swoją regularność i matematyczną inteligencję muzyka Bacha wywołuje w nas ukojenie i wdzięczność, budzi spokojny pęd ku boskości, wzbudza chęć modlitwy, patrzenia ku niebu i wiary w Boga. Muzyka Mozarta, przez swoją wesołość i elegancję, budzi w nas radość, pragnienie, by wyjść, uśmiechać się i żyć, by przemierzać świat i odkrywać, że jest piękny.

Banały

Rady dotyczące szczęścia są często bardzo banalne. Rzadko się zdarza, byśmy dokonywali wstrząsającego odkrycia, czytając traktat o szczęściu. Wszyscy wiemy mniej więcej, co nas uszczęśliwia; problem polega na tym, że tego nie robimy. W tym sensie jak najbardziej zasługujemy na surowy osąd Schopenhauera17: „Prawda, iż na ogół mędrcy mówili zawsze to samo, a głupcy, tj. przytłaczająca większość ludzi we wszystkich czasach, postępowali też zawsze tak samo, tzn. dokładnie na odwrót; a i nadal też tak będzie”. Nie pamiętam już, który filozof wspominał o „wielkich banałach”: wszystkie rady udzielane przez wszystkie tradycje mądrości i duchowości na pewno sprawiają wrażenie banałów, jeśli rozważa się je z czysto intelektualnego punktu widzenia. Ale rzecz nie tyle w wiedzy, ile w działaniu: pytanie, jakie powinienem sobie zadać, nie brzmi: „czy to wiem?”, ale „czy to robię?”.

Bardzo szybko

Bardzo, bardzo nie lubię, kiedy na koniec wiadomości pozostawionej na mojej automatycznej sekretarce ktoś mi mówi: „Do szybkiego usłyszenia!”. Przeszkadza mi, że wywiera się na mnie presję, że mówi mi się w podtekście: „Oddzwoń natychmiast, raz, dwa, bez ociągania!”. Ha, niemal pcha mnie to do zachowań pasywno-agresywnych! Do oddzwonienia trochę później, niż zrobiłbym to spontanicznie. Wiem, to głupie, ale trzeba powstrzymać epidemię „akcelerozy” dotykającą nasze społeczeństwo! Żeby być w dobrej kondycji psychicznej, przynajmniej w takich czasach jak nasze, musimy częściej hamować, niż przyspieszać.

Bez szczęścia…

Bez szczęścia nasze życie jest możliwe, oczywiście. Ale mdłe i brzydkie. Bez niego istnieje dla nas tylko smutek i cynizm: to właśnie odczuwamy w obliczu świata, kiedy jesteśmy zmęczeni lub nie dość szczęśliwi.

Bezsilni i obecni

Usłyszałem któregoś dnia, z ust bliskiego bardzo chorej osoby, to wzruszające stwierdzenie: „Nie mogę zrobić nic innego poza byciem tutaj, przy nim. Jestem bezsilny, ale jestem obecny”. Wspaniałe: bezsilni i obecni. Zostać, by pomóc, samą swoją obecnością, nawet jeśli nie możemy zaproponować nic konkretnego. Zrobić wtedy wszystko, by nasza obecność była na miarę naszej bezsilności. Równie intensywna.

Błądzenie umysłu

Oto co wykazało pewne świetne badanie na temat błądzenia umysłu (a to nie wszystko – dało ono też wiele innych pasjonujących wyników): 1) kiedy bada się na chybił trafił zawartość umysłów dużej liczby osób w różnych momentach dnia (w tym wypadku prawie 5000 ochotników w różnym wieku obserwowanych przez kilka tygodni), w jednym przypadku na dwa ich umysł oddaje się właśnie mentalnemu błądzeniu (myślenie o czymś innym niż aktywność, której się w tej chwili poświęcają); 2) im bardziej błądzi umysł, tym mniejsza jest szansa na odczuwanie szczęścia (oceniano także nastrój w chwili badania); 3) nawet jeśli emocje odczuwane w momentach, kiedy nasz umysł jest gdzie indziej, są przyjemne, nigdy nie są bardziej przyjemne niż wtedy, kiedy jesteśmy skoncentrowani na tym, co robimy, nawet jeśli oddajemy się marzeniom o rzeczach miłych. Konkluzja badaczy, którzy uczynili ją tytułem swojej publikacji naukowej18: „Umysł, który błądzi, jest umysłem nieszczęśliwym”.

Błogosławieństwa

W Kazaniu na górze Jezus wygłasza swoje słynne błogosławieństwa: błogosławieni ubodzy, cisi, którzy się smucą, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, miłosierni, czystego serca, którzy wprowadzają pokój, którzy cierpią prześladowanie… „Cieszcie się i radujcie, albowiem wasza nagroda wielka jest w niebie”(Mt 5:12)19. Jezus zwraca się do nieszczęśliwych i cnotliwych i obiecuje im szczęście wieczne Królestwa Niebieskiego. Pierwsi otrzymają szczęście jako pocieszenie za cierpienie, ponieważ Bóg jest dobry i miłosierny. Drudzy jako nagrodę za cnotę, ponieważ Bóg najwyraźniej pragnie, byśmy mogli mimo wszystko poczuć przedsmak szczęścia tu na ziemi. W przeciwnym razie dlaczego zachęcałby do cnoty, która daje szczęście nam i innym?

Ból

Pewien kolega neurolog powiedział podczas jakiegoś kongresu: „Wiecie, jaki ból najłatwiej nam znieść? Ból innych!”. Śmiech sali, potem mówca kontynuuje, ale dla mnie to koniec, już go nie słucham, machina w mojej głowie już ruszyła: jakże prawdziwe jest to, co powiedział! Nigdy nie powinno się o tym zapominać, kiedy jest się lekarzem. Ta formuła powinna być wyryta nad wejściem na każdy oddział. I zaczynam myśleć o ostatnich pacjentach, których bólu być może nie doceniłem. Ale nie należy o tym także zapominać, kiedy jest się człowiekiem. Przypomina nam o tym Christian Bobin20: „Kimkolwiek jest osoba, na którą patrzysz, wiedz, że wielokrotnie przebyła już piekło”. Wszyscy ludzie, z którymi rozmawiamy, cierpią z takiego czy innego powodu związanego z ich obecnym życiem lub z przeszłością. Nigdy nie należy o tym zapominać.

Ból zębów

Kiedy człowieka bolą zęby, w nosie ma szczęście. Albo szczęściem jest tylko to, by zęby przestały boleć. Skrajny ból zamyka całkowicie naszą świadomość na cokolwiek innego niż ustanie bólu. Pamiętam, że gdy byłem mały, często bolały mnie zęby: za dużo cukierków i za mało szczotkowania, rodzice byli wówczas w tej kwestii mniej czujni niż dziś. Rozmawiałem o tym pewnego dnia z przyjacielem dentystą, który opowiadał mi, że nie widzi już takich spustoszeń w uzębieniu jak dawniej. Ból zębów dotyczył nas i naszych przodków, naszych dzieci już nie, na szczęście. Ale odnajdujemy ślady tych czasów na przykład w piosence Brassensa Testament:

I jeszcze tylko pocieszenie,

że z bólem zębów koniec już –

i się pogrążę w zapomnienie,

ludzkiego losu wspólny grób21.

Brawa

Rozprawmy się najpierw z wymuszonymi brawami i śmiechem w telewizji: wiecie, jak to się odbywa, jakiś „rozgrzewacz sali” robi, co do niego należy, zagrzewając publiczność przed wejściem gwiazdy. To sztuczne, a więc nieciekawe, nawet jeśli naprawdę wprawia w dobry humor, przynajmniej na kilka minut.

Nie, chcę wam opowiedzieć o innych brawach. Któregoś lata brałem udział, wraz z kilkoma kolegami psychoterapeutami, w pięknym odosobnieniu medytacyjnym w szwajcarskich górach. Dowiedzieliśmy się wielu pożytecznych i interesujących rzeczy. I przeżyliśmy, jak zawsze, mnóstwo drobnych zadziwiających chwil. Pracowaliśmy nad metodą uważności. Zachęca ona – między innymi – do odczuwania przeżywanego doświadczenia zamiast rozprawiania o nim. Dużo więc milczeliśmy, by lepiej wchodzić, najczęściej, jak to możliwe, w każde doświadczenie. Na przykład doświadczenie słuchania jednego z naszych kolegów, utalentowanego pianisty, który zagrał nam kilka swoich kompozycji, podczas gdy my siedzieliśmy na ławeczkach lub poduszkach do medytacji z zamkniętymi oczami, zatopieni w uważności. W trakcie każdego utworu chłonęliśmy muzykę i wszystko to, co w nas wzbudzała. I po każdym utworze pozostawaliśmy w ciszy w tym doświadczeniu, w wybrzmiewaniu tej muzyki, zamiast bić brawo.

Bardzo lubię takie zakłócenia przyzwyczajeń i automatyzmów. Pozostać w ciszy, obserwując to, co się dzieje w nas po wysłuchaniu utworu – to logiczne, przez szacunek i dla muzyki, i dla jej wykonawcy. Wyobraźcie to sobie przez chwilę, zamiast tych automatycznych braw, jak w telewizji czy podczas debat, żeby pokazać, że jesteśmy w pełni obecni – wielka skupiona cisza. I mimo wszystko, pięć minut po ostatnim utworze, przerywamy tę ciszę, by podziękować wykonawcy i uhonorować go!

Być podziwianym

Bycie podziwianym może sprawiać przyjemność lub wprawiać w zakłopotanie. Zważywszy, że zazwyczaj przypisuje się podziwianemu obiektowi pewną formę doskonałości czy wyższości, można czuć się podziwianym niesłusznie; w najlepszym wypadku zadowolilibyśmy się szacunkiem, ponieważ można obdarzać nim kogoś równego sobie i nie zakłada on uznania czyjejś wyższości.

Któregoś dnia dawałem wykład w krypcie kościoła. Po zakończeniu spotkania organizatorzy ze stowarzyszenia, które mnie zaprosiło, porządkowali stoły i krzesła. Kiedy już to zrobili, spostrzegłem, że kilkoro z nich najwyraźniej szykuje się spędzić noc na miejscu: ich grupa ustanowiła stałe dyżury i zmieniali się po kilka osób, by zostać na noc z bezdomnymi, którym udzielali schronienia w swoich pomieszczeniach podczas tej mroźnej zimy. Ponieważ jako lekarz poznałem trochę społeczności bezdomnych, wiedziałem, że takie noce rzadko należą do przyjemności: pośród tych, którzy mówią od rzeczy, tych, którzy za dużo wypili, tych o skłonnościach samobójczych, tych bardzo, bardzo brudnych, tych, którzy nie odzywają się słowem, bo są w fatalnym stanie psychicznym – to prawdziwa służba. W rezultacie ja, który wysłuchałem właśnie wielu komplementów za swoją mowę, poczułem się jak oszust: to nie mnie należało podziwiać, lecz ich. Jednak w ciągu paru przelotnych chwil otrzymałem więcej gratulacji za swój wykład niż ci wolontariusze zbiorą przez rok za swój altruizm. Dziwny świat! Nawet jeśli wiem, że ci ludzie nie robią tego po to, by ich podziwiano. Na szczęście coś mnie pociesza i uwalnia od poczucia winy: wykład, na który przyszło sporo osób, płacąc niewielką opłatę za wstęp, przyniósł pieniądze na wsparcie wszystkich tych charytatywnych działań. Uff, będę mógł zasnąć z tymi odczuciami: podziwem dla wolontariuszy i poczuciem, że pomogłem im najlepiej, jak mogłem…

C jak codzienność

Każdy dzień jest łaską: to chleb powszedni szczęścia.

Wiedziałem to, a teraz w to wierzę.

Czy umrę uszczęśliwiony?

Chmury

Często porównuje się problemy do chmur, które miałyby psuć błękit nieba. Można jednak także patrzeć na chmury inaczej, tak jak poeta Christian Bobin: „Każdego dnia, wychodząc z domu, podziwiam wielką ufność chmur, ich niestrudzoną naiwność, przesuwającą się nad naszymi głowami, jak gdyby istniał zapas dobra na wieki większy niż zapas zła”22.

Choroba

Komplikuje szczęście, ale nie uniemożliwia go. Choroba, zwłaszcza chroniczna lub śmiertelna, sprawia, że na początku jesteśmy zazdrośni o szczęście innych ludzi w dobrym zdrowiu i ich nieświadomość tego zdrowia. Zatruwa nas smutkiem i pretensjami. Potem, jeśli jesteśmy wobec siebie uczciwi, otwieramy oczy na bezużyteczność i niebezpieczeństwo takiej postawy życiowej. Wtedy dopiero choroba może odegrać rolę bodźca do większej świadomości prostego szczęścia istnienia, niezależnie od tego, czy jest się chorym, czy zdrowym. Wówczas jej wpływ na nasz umysł słabnie. Czy muszę zaznaczać, że potrzeba dużo czasu i pracy, by przejść wszystkie te etapy, kiedy samemu jest się chorym?

Chwila doskonała

W pewien jesienny poranek, dość wcześnie (6.30) jem w kuchni śniadanie z moją średnią córką. Za oknem jest ciemno. Czasami rano jesteśmy jeszcze zaspani i rozmowa się nie klei. Czasem jednak zawzięcie dyskutujemy. Tak jest dzisiaj.

– Tato, przeżyłam wczoraj coś doskonałego!

– Wow, cool! Co to było?

– No więc wyszłam ze szkoły z koleżankami i byłyśmy w jednej superfajnej i taniej restauracji (raz w tygodniu, ponieważ ma dwugodzinne okienko, pozwalamy jej nie jeść w stołówce). Siedziałam tam, nad swoim talerzem, i nagle poczułam, jakbym opuszczała swoje ciało i patrzyła na to, co mi się przydarza: byłam tam, w cieple, w suchym miejscu, podczas gdy na zewnątrz padał deszcz i było zimno, wszystkie moje przyjaciółki były ze mną, jadłyśmy dobre rzeczy i w dodatku w kółko leciały piosenki Gainsbourga (to jej ulubiony wykonawca). To był absolutny odjazd!

– To było szczęście?!

– Właśnie: czyste szczęście! OK, to nie trwało długo. Potem musiałyśmy wrócić na lekcje, a popołudniowe zajęcia to była masakra! Ale niesamowicie było tak czuć tę chwilę, od środka i z zewnątrz.

Rozmawiamy trochę o teorii, o szczęściu jako uświadomieniu sobie tych przyjemnych chwil naszego życia, nie za długo, bo czas nagli, trzeba się ubrać i umyć zęby. Ale słuchanie mojej córki opowiadającej mi o tym momencie transcendencji miłej chwili wzbudziło we mnie radość. Smakowanie szczęścia innych to także szczęście.

Chwila obecna

Bardzo lubię to zdanie Goethego: „Już duch nie patrzy ani wstecz, ni w przód / Obecna chwila – Oto szczęścia cud”23. Dziesiątki książek także sławiły moc chwili obecnej. Jak to działa? Chodzi o to, by mniej analizować, a więcej smakować. By żyć i odczuwać w sposób mniej intelektualny, a bardziej zwierzęcy. Ale czy nie jest to w takim razie sprzeczne z jedną z możliwych definicji szczęścia, która polega, jak to widzieliśmy, na uświadomieniu sobie swojego dobrostanu? Na tym, by nie tylko odczuwać ten dobrostan, lecz także zdać sobie sprawę z tego, jaką szansę mamy, że go doświadczamy? Tak, tylko że podążamy drogą, którą zwierzęta z pewnością nie podążają: najpierw odczuwamy dobrostan (jak one); potem nazywamy go, oceniamy jego znaczenie i sens (nie tak jak one); wreszcie ponownie go smakujemy (jak one). Cała ta wewnętrzna podróż, która zajmuje nam kilka sekund, jest jednym z możliwych wyjaśnień złożoności, bogactwa i kruchości ludzkiego szczęścia.

Ciało

Należy uszczęśliwiać swoje ciało. Dobrostan naszego umysłu jest związany z dobrostanem ciała. Dlatego właśnie chodzenie, ruszanie się, poddawanie się masażom, miłość cielesna są okazjami do zaznania dobrostanu. Jeśli będziemy przeżywać te przyjemności świadomie, przeobrażą się w okazje do szczęścia. Jest także, po prostu, poczucie życia, które płynie i pulsuje wewnątrz nas. Jeśli regularnie to sobie uświadamiamy, tę prostą szansę życia, jest to źródło szczęścia. Działa to w dwóch kierunkach: jeśli wtedy, gdy czujemy się szczęśliwi, zwracamy uwagę na sposób, w jaki przekłada się to na nasze ciało, możemy przez chwilę dotknąć tego, co wyraża zwrot „pęd życiowy”: ciało jest zadowolone, lekkie, gotowe do działania.

Ciekawość

Przyjemny stan ducha związany ze zbliżaniem się do czegoś nieznanego. Z pewnością źródło pozytywnych emocji. A także jedna z ich konsekwencji, ponieważ pozytywne emocje ułatwiają otwarcie się na świat i stanowią impuls do działania. Częściowo jest to kwestia temperamentu, częściowo zaś stanu emocjonalnego związanego z otwartością, z dyspozycyjnością. Nic bardziej nie zabija ciekawości niż smutek, pośpiech, niepokój. W tych momentach staramy się pozostać przy swoich przyzwyczajeniach i na utartych torach. I pozbawiamy się odkryć i destabilizacji, które daje ciekawość: jest ona tym, co pozwala poszerzyć znany świat, a zatem zwiększyć poziom szczęścia z życia, poznawania i eksperymentowania. Bez ciekawości nie ma zachwytu: szkoda byłoby się tego pozbawiać!

Cierpienie

„Nie starać się nie cierpieć ani cierpieć mniej, ale o to, by cierpienie nie zmieniło nas na gorsze”, pisze Simone Weil24. Wydaje mi się to bardzo realistyczną prośbą, a także drogą dla naszych wysiłków. Nie można zlikwidować cierpienia, można jedynie ograniczyć jego wpływ. Żeby nie zabraniało szczęściu mimo wszystko nas odwiedzać.

Cierpliwość

Powinniśmy zrozumieć, że to, co wydaje się nam niekiedy straconym czasem, kiedy życie zmusza nas do czekania, do cierpliwego oczekiwania, jest po prostu czasem przeżytym. I że kiedy tak się dzieje, nie zawsze inteligentnie jest buntować się, denerwować i spieszyć. W jednym z wywiadów25 poeta Christian Bobin odpowiedział na pytanie dziennikarza: „Jak można czekać, nie niecierpliwiąc się?” w taki oto sposób: „Czekam tak jak rybak nad wodą, rozumie pan? Nic nie bierze, nic się nie dzieje, na wodzie nie ma ani jednej zmarszczki, jasność nieba maleje, zaczyna robić się chłodno, ale ja czekam. Wiem, że nic nie jest daremne, nawet w tych dniach. Dzisiaj niemal wszyscy popełniany ten sam błąd: sądzimy, że energia to prawda”. Nic nie jest daremne, ponieważ to czas życia, który został nam ofiarowany: mogłoby już nas tu nie być, jak tylu innych, którzy nie mieli naszego szczęścia. I któregoś dnia już nas tu nie będzie.

Cioran

To dziwne, jak bardzo lektura Ciorana jest mi niezbędna. Ten człowiek, którego bliscy opisywali jako mężczyznę często wesołego i pełnego humoru, był zafascynowany ciemnością, tak jak Paul Valéry inteligencją. Na przykład26: „Żyję tylko dlatego, że jest w mojej mocy umrzeć, kiedy mi się zachce; gdyby nie idea samobójstwa, dawno już bym się zabił”. Albo: „Spermatozoid to bandyta w stanie czystym”. Długo się zastanawiałem, dlaczego tak bardzo lubię tego autora, w najwyższym stopniu mrocznego i pesymistycznego, ja, którego tak bardzo pociąga poszukiwanie szczęścia. Kiedyś myślałem, że to dlatego, iż przemawia on do mojej smutnej i depresyjnej natury. Albo też dlatego, że stanowi antywzorzec: po przekroczeniu pewnego progu i przy pewnej powtarzalności smutek i pesymizm nie są już zaraźliwe, nazywa się to efektem przesytu, za sprawą którego zbyt wielka ilość nawet tego, co się lubi, powoduje, że mamy tego dość. Pamiętam, że kiedyś próbowano leczyć w ten sposób uzależnienie od nikotyny: każąc palaczom wypalić wiele papierosów jednym ciągiem, bez przerwy, aż do wystąpienia mdłości. Pesymizm w wysokich dawkach powoduje być może efekt przesytu i dzięki temu staje się stymulujący. A może też wywołuje pragnienie lekkości i szczęścia i pokazuje, że są absolutnie konieczne, jeśli mamy znieść nasze życie. Lubię Ciorana także dlatego, że ze zgryźliwą mądrością objawia nam nasze błędy i przesadę i że potrafi rozjaśnić pułapki naszego myślenia: „Niepokój – albo fanatyczne upojenie złem”. To Christian Bobin otworzył mi któregoś dnia oczy27: „Uwalnia on w istocie pole prawdziwej nadziei, ponieważ przegnał wszystkie jej łatwe uniesienia […]. Małą miotełką usuwa wszelkie pozostałości łatwych pocieszeń, i to po tej pracy rozpoczyna się dla mnie prawdziwe słowo. Wykonuje zimową pracę: usuwa wreszcie suche gałęzie: to się nazywa przygotowywać wiosnę”. Dokładnie tak: lubię Ciorana, ponieważ oczyszcza i odsłania przed nami drogę szczęścia.

Cisza

Cisza ma dla mnie smak szczęścia. Smak pełnej szacunku uwagi dla świata, smak powolności, pokory, smak otwartości. Trzeba zamilknąć, by pozwolić szczęściu zbliżyć się, by usłyszeć, jak nas przenika. Grecki poeta Eurypides powiedział: „Mów, jeśli masz słowa mocniejsze niż cisza, w przeciwnym razie zachowaj milczenie”. Żył on, jak mówią, w grocie na wyspie Salaminie, otoczony książkami, codziennie kontemplując morze i niebo28. Kiedy jestem szczęśliwy, przede wszystkim mam ochotę zamilknąć. Ponieważ w takiej chwili żadne słowo nie pasuje. Ani później zresztą: szczęście jest emocją najtrudniejszą do ubrania w słowa. Czy raczej do przekazania słowami: czytanie świadectwa czy opowiadania o szczęściu niekoniecznie uszczęśliwia, a czasami nawet irytuje. Dlatego nie tworzy się świetnych historii, powieści czy filmów w oparciu o szczęście: nieszczęście jest dla czytelników i widzów bardziej pasjonujące.

Cmentarz

Idealne miejsce, by zastanowić się nad szczęściem (nie w czasie pogrzebu bliskiej osoby, oczywiście). Znajdujemy tam spokój, samotność, obecność upływającego czasu, zapowiedź naszego przyszłego odejścia, względność rzeczy: wszystkie składniki, które mogą nam pomóc zrozumieć, jak pasjonującą szansą jest nasze życie tu, na ziemi, w oczekiwaniu na ciąg dalszy. Naturalnie ten rodzaj ćwiczeń należy praktykować tylko w te dni, gdy mamy dobry nastrój, i kiedy nie ma żadnych dramatów w naszym życiu. Zawsze lepiej ćwiczyć przy dobrej pogodzie.

Cnoty

Cnota określa ogół wysiłków, jakie czynimy, by zachowywać się zgodnie z naszymi wartościami. Być cnotliwym oznacza czynić dobro nie przez przypadek lub z przymusu, lecz z własnej woli. Wysiłki te nie przeszkadzają doświadczać przyjemności czy satysfakcji z powodu właściwego postępowania: przeciwnie, pozytywne emocje odczuwane z racji cnotliwego zachowania potwierdzają jego szczerość (nie udaję) i autentyczność (jest to naprawdę zgodne z wewnętrznymi wartościami). Dlatego właśnie rozwijanie cnót stanowi integralną część psychologii pozytywnej: prowadzą one człowieka i jego otoczenie ku większemu szczęściu. Badacze zajmujący się tym tematem we wszystkich kulturach spisali – poczynając od świętych ksiąg każdej religii po rozprawy filozoficzne i książki na temat savoir-vivre’u – wszystko to, co ludzkość uważa za pożądane. Zestawiając ogół tych danych, doszli do sześciu cnót zwanych cnotami wyższego rzędu: mądrość, odwaga, człowieczeństwo, sprawiedliwość, umiarkowanie, transcendencja. Każda z nich została następnie połączona z „siłami”, których regularne praktykowanie pozwala ją osiągnąć; na przykład w przypadku umiarkowania te siły to panowanie nad sobą, rozwaga i pokora. Dziś prowadzi się liczne badania i wiedza na ten temat będzie się zapewne rozwijać w nadchodzących latach29. Raz jeszcze jednak psychologia pozytywna zgadza się z przekonaniami filozofii greckiej i refleksją Arystotelesa: „Dobro człowieka polega na działaniu duszy w zgodzie z cnotą”.

Codzienność

Główne źródło szczęścia. Złoża są wielkie, ich eksploatacja łatwa: wystarczy otworzyć oczy i być świadomym.

„Co zrobiłeś dzisiaj dla bliźniego?”

Przyjaciółka przysłała mi pewnego dnia cytat z Martina Luthera Kinga, jednej z moich ulubionych postaci (jego zdjęcie wisi na ścianie w moim gabinecie): „Najbardziej niezmiennym i najpilniejszym życiowym pytaniem jest: co robicie dla innych?”. Tamtego dnia, gdy czytałem tę wiadomość, zdanie poruszyło mnie i przemówiło do mnie. Wywołało we mnie zakłócenie, które bardzo lubię: przejście od wiedzy do czynu. Czytając je, nie zastanawiałem się: „Czy to wiem?”, lecz „Czy to robię?”. Słowa Martina Luthera Kinga nie tylko przemówiły do mojego intelektu („no tak, to prawda, to ważne”), lecz także nie opuściły mnie przez cały dzień: „A ty? Co ty zrobiłeś dzisiaj dla bliźniego?”. Co zrobiłeś dzisiaj dla bliźniego? Przez kilka dni zasypiałem, zadając sobie to pytanie. Rezultat był dla mnie bardzo interesujący.

Początkowo miałem wrażenie, że to bardzo łatwe, że życie daje nam okazje, by wiele robić dla innych, codziennie. Możliwych jest tysiąc gestów i słów otuchy, pomocy, życzliwości. Ale mój przypadek jest wypaczony. Mam szczęście być lekarzem: pocieszanie, słuchanie, dodawanie otuchy, troszczenie się o innych to moja codzienność w te dni, gdy pracuję w szpitalu, czasem mnie to męczy i ciąży mi, ale ogólnie rzecz biorąc, wykonywanie zawodu, który pozwala pomagać innym, to dla mnie błogosławieństwo. Inny szczęśliwy traf: bycie pisarzem i pomaganie poprzez swoje książki. Jeszcze inny: mam rodzinę i przyjaciół i daję im siebie, na ile potrafię. Zbyt łatwe więc to wszystko…

Kiedy bowiem odejmę pomoc, której udzielam jako lekarz i autor, i tę, którą chętnie ofiarowuję bliskim i znajomym, odkrywam, że jest to bardziej skomplikowane, że trzeba starać się nieść pomoc, wychodząc poza swoje zwyczajowe powiązania społeczne. A to trudne do stosowania na co dzień, trudno powiedzieć sobie: „Co zrobiłeś dzisiaj dla bliźniego? Dla bliźniego, którego wcale nie znasz? Nie dla bliskiego, sąsiada, kolegi, pacjenta, czytelnika, ale dla kogoś całkiem nieznajomego?”. Tak oto moje przekonania zostały zburzone, a moja pewność siebie zachwiana.

Na pocieszenie mówię sobie, że to, co robię regularnie, to już coś, że to już dobrze, mimo wszystko: pomaganie z przyjemnością albo najlepiej, jak mogę, wszystkim wokół, ludziom, których znam lub których spotykam na swojej drodze. Ale istnieją ludzie, którzy robią więcej dla bliźnich. Mój podziw dla nich, wolontariuszy i świętych, znanych lub anonimowych, dla tych, którzy chodzą po drogach życia, szukając nieszczęścia, któremu mogą ulżyć, od razu gwałtownie rośnie. A wieczorne ćwiczenie pod tytułem „Co zrobiłeś dzisiaj dla bliźniego?” staje się mniej wygodne, zaczyna bardziej uwierać. Czy wyszedłem dzisiaj poza swoje zwyczaje, poza znane mi kręgi? Czy mógłbym zrobić coś więcej w następnych dniach?

Nie mam pojęcia, nie jestem świętym, jestem tylko człowiekiem, niekiedy trochę zmęczonym.

Ale mam nadzieję, że będę miał na to siły i wytrwałość…

Coué

Émile Coué, farmaceuta, a potem psychoterapeuta, stał się znany na całym świecie na początku XX wieku za sprawą swoich prac na temat autosugestii. Jego obserwacje i rady, wcale nie tak upraszczające, jak się czasem twierdzi, bazowały po prostu na istotnym i udowodnionym dzisiaj wpływie naszych treści mentalnych na nasze samopoczucie i zdrowie: im bardziej pogrążamy się w ponurych myślach, tym bardziej zmniejszamy swoje szanse, by czuć się dobrze. Proste i słuszne. Badania pokazują, że pisanie, czytanie i słuchanie korzystnych dla nas zdań, wyrażających miłe czy waloryzujące rzeczy na nasz temat, ma wpływ na nasze zdrowie i naszą zdolność samokontroli (ograniczenie palenia, picia). I odwrotnie, niestety: wysłuchując stale od innych albo od naszego wewnętrznego głosiku, że jesteśmy beznadziejni czy że nie wyjdziemy z choroby, w końcu zaczynamy w to wierzyć… Co dziwne, choć wszyscy mają pewność, że niestrudzone powtarzanie sobie w głowie, że jest się beznadziejnym, okazuje się toksyczne, wszyscy są jednocześnie przekonani, że powtarzanie sobie w głowie, że sobie poradzimy, nie może zadziałać. Być może zbyt często usiłowano nam sprzedać metodę Couégo i jej amerykańskie awatary Pozytywnego Myślenia? W każdym razie jest dziś jasne, że mamy interes w tym, by nasza wewnętrzna mowa była tak przyjacielska i realistycznie pozytywna, jak to tylko możliwe.

Czas na robienie tego, co lubimy

To zapewne jeden z najskuteczniejszych przepisów na szczęście: mieć czas na robienie tego, co lubimy30. Zbijająca z tropu prostota, ale w psychologii pozytywnej zawsze tak jest. Duża część naszych aktywności uczyniłaby nas szczęśliwszymi, gdybyśmy mieli na nie więcej czasu; i czyni nas niezbyt szczęśliwymi – lub wcale – właśnie dlatego, że nam tego czasu brakuje. Ogrodnictwo, zajmowanie się swoimi dziećmi, robienie zakupów na rynku, niektóre aspekty naszej pracy: wszystko to może być przyjemne albo stresujące w zależności od czasu, który mamy do dyspozycji. Dysponowanie wystarczającą ilością czasu to nieskończenie wielki luksus. Można go kupić za pieniądze (ludzie bardzo bogaci wiele nudnych rzeczy dają do zrobienia innym osobom, którym za to płacą, i ofiarowują sobie tym samym czas na robienie tego, co naprawdę lubią). Niekiedy można także kupić go za mądrość, dokonując pewnych życiowych wyborów: mniej pracować lub mniej wydawać, żeby lepiej smakować.

Cztery reguły życia