I kochaj mnie - Kristen Proby - ebook
Opis

Nawet kobieta niezależna pragnie do kogoś należeć…

 

Dominic Salvatore ma wszystko. Pracę, którą kocha. Braci i siostry, którzy kochają jego. Świetnie prosperującą winnicę. Tylko jedno wciąż pozostaje nieosiągalne: pewna ambitna, piękna jak grzech blondynka…

Alecia wszystko podporządkowała karierze i osiągnęła sukces. Prowadzi firmę organizującą wytworne wesela i ma mnóstwo klientów. Sama jednak nie wierzy w miłość. Intrygujący, seksowny Dominic zjawia się w jej łóżku i w jej życiu, i oznacza ryzyko, którego Alecia boi się podejmować. Ale Dom nie przywykł słyszeć „nie”. I zamierza pokazać Alecii, że prawdziwa miłość istnieje...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 315

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Korekta

Renata Kuk

Anna Raczyńska

Projekt okładki i zdjęcie na okładce

Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

Tytuł oryginału

Forever with Me

Copyright © 2014 by Kristen Proby

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2016 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-6006-8

Warszawa 2016. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

P.U. OPCJA

Rodzinom

Od Autorki

Drogie Czytelniczki!

Pisanie tej serii było dla mnie niesamowitą przygodą. I pomyśleć, że kiedy zaczynałam pisać Uciekaj ze mną nie planowałam stworzyć całej serii. To miała być jedna książka. Ale gdy poznałam Jules i wszystkich jej braci, nie mogłam się oprzeć obdarzeniu każdego z nich własną historią miłosną.

Cieszę się, że nie poprzestałam na jednej książce. Wiele z Was pisało do mnie listy i notki, w których przyznawałyście, że klan Montgomerych stał się częścią Waszego wewnętrznego kręgu. Waszą rodziną. A to wzrusza mnie bardziej, niż jestem w stanie wyrazić. I ja mam tak samo! Przeżyłam z tymi ludźmi ponad dwa lata. Są mi bardzo bliscy. Nie potrafię wyobrazić sobie bez nich życia. Obserwowanie tej rodziny było ogromną radością i przywilejem. Patrzenie, jak powstają przyjaźnie, rodzą dzieci. I przyznaję, że żegnać się z nimi jest trudno.

Wiele wysiłku wymagało ode mnie zakończenie serii powieścią I kochaj mnie. Ale szczerze wierzę, że każdą z par obdarzyłam szczęściem. Rodzina Montgomerych zawsze będzie zajmować specjalnie miejsce w moim sercu. A najlepszą rzeczą w książkach jest to, że zawsze możemy do nich wrócić.

Więc usiądźcie wygodnie z filiżanką parującej kawy albo może kieliszkiem wina i poczujcie klimat. Mam Wam do opowiedzenia pewną historię.

Kirsten

Prolog

Obudź się, kochanie.

Co do jasnej…

Miękkie wargi wędrują delikatnie po mojej szyi aż do obojczyka, wydaję jęk rozkoszy i wyginam plecy w łuk. Silna dłoń przewraca mnie na plecy, te same zmysłowe usta dotykają wrażliwego miejsca za uchem, co natychmiast wyrywa z uśpienia wszystkie moje zmysły.

– Co robisz? – Przesuwam dłonią po jego włosach, sutki prężą mi się boleśnie. Jego ciało tuż przy moim ciele jest silne i ciepłe, z trudem otwieram ciężkie powieki i widzę jego jasnoniebieskie oczy w świetle księżyca.

– To chyba jasne, bella. – Ujmuje moją twarz w swoje duże dłonie i całuje mnie delikatnie, a potem układa się na mnie, wsuwa mi nogę między uda tak, że przyciska teraz mocno samo centrum mojego wszechświata, a ja unoszę ku niemu biodra. Składa na moich wargach najseksowniejszy pocałunek, jakiego miałam do tej pory okazję doświadczyć, smakuje jak wino, mięta i gorący facet. Pożera mnie w najbardziej smakowity sposób.

Wiedziałam, że Dominic Salvatore będzie świetnie całował.

Przesuwam dłonie na jego barki, dotykam przepięknie wyrzeźbionych ramion.

– Tylko nie mów nie, bella – szepcze ochryple i wędruje wargami w dół, wciąga mój sutek do ust, a ja ocieram się najważniejszą częścią mojego ciała o jego udo. – Jesteś mi potrzebna.

– To szaleństwo – mruczę, ale go nie odpycham. Przeciwnie, zanurzam palce w jego włosy i przyciągam bliżej jego głowę, spragniona kolejnego namiętnego pocałunku. Boże, nigdy nie będę miała dość jego ust.

Układa się na mnie tak, że nasze biodra stykają się, jego gruby, długi członek wsuwa się z łatwością między moje fałdki, a jego główka gra mi na łechtaczce takie staccato, że nie jestem w stanie zebrać myśli.

– Jesteś cudownie wilgotna – szepcze. – Otwórz oczy.

To nie jest prośba.

Patrzy na mnie tak intensywnie, jak nikt nigdy dotąd. Boże, jak mi z nim dobrze… Przesuwam dłoń na jego pośladki, rozkładam kolana i przyciskam go mocno.

– Nie zamierzałam tego z tobą robić.

Przymyka oczy i opiera czoło o moje czoło.

– Nie potrafię z tego zrezygnować. Próbowałem, bella.

W jego głosie pobrzmiewają włoskie nuty. Mięśnie ma napięte jak struny, drży z niecierpliwości, ale jeszcze nad sobą panuje w oczekiwaniu na moją decyzję.

Jak mogę odmówić?

Nie chcę odmawiać!

– Dominic?

– Będzie, jak chcesz, jak tylko zapragniesz.

Poruszam delikatnie biodrami, on klnie cicho po włosku przez zaciśnięte zęby, a na moje wargi wypływa uśmiech.

– Tak – szepczę.

Ujmuje w dłoń moją pierś, przesuwa kciukiem po naprężonym sutku.

– Jesteś pewna? – Wsuwa mi dłoń pod pośladek i przyciąga bliżej do siebie.

– Tak.

– Jesteś tak cholernie mokra, Alecio.

– Wiem.

Uśmiecha się, odsuwa na chwilę i jednym delikatnym ruchem wsuwa się głęboko we mnie, wypełniając całkowicie moją pochwę.

Oboje wstrzymujemy oddech, on zamiera, zanurzony we mnie, w moim wnętrzu. W moim sercu.

Tyle że ja do tej pory raczej nie praktykowałam zabaw w kwiatki i serduszka.

– Nie rozkochuj mnie w sobie – proszę. Patrzy na mnie miękko, ale nie odpowiada, wysuwa się tylko ze mnie, patrzy w dół, znowu we mnie wchodzi i powtarza te ruchy dwukrotnie.

– Szybciej – błagam.

– Nie.

Łypię na niego ze złością, ale on po prostu się uśmiecha, całuje mnie w czoło, bierze moją dłoń i przytrzymuje mi ją nad głową. A potem zaczyna naprawdę poruszać biodrami, wpada w karcący rytm. Z każdym ruchem pociera członkiem o moją łechtaczkę, doprowadzając mnie coraz bliżej na skraj rozkoszy.

– Czy wiesz, jak bardzo cię pragnąłem, Alecio? – szepcze mi do ucha, ujmując mój pośladek i przyciągając bliżej. Kontroluje każdy ruch, każde pchnięcie…

– Nie.

Całuje mnie w ucho, w policzek, w nos, w końcu w usta, pieprzy się ze mną coraz szybciej, mocniej, a ja wiję się pod nim i jęczę, z trudem chwytając oddech.

Rany boskie! Co on ze mną wyprawia?

Ściskam go mocniej za ręce, podwijam place u nóg.

– Dochodzisz, bella.

– Tak.

– No to już. Zrób to!

Jestem na skraju… Jeżeli on nie przestanie tak uderzać w moją łechtaczkę…

Trrr, trrr, trrr!!!

Siadam spocona na łóżku, pali mnie cało ciało, przeszukuję wzrokiem sypialnię. Wszystko wygląda normalnie, tyle że pościel leży na podłodze, nie mam na sobie piżamy i jestem na skraju najpotężniejszego orgazmu na świecie.

I czuję się bardzo samotna.

Wyłączam budzik, klnąc na czym świat stoi. Czy to się dzieje naprawdę?

Naprawdę?

Marzę o nim nieustannie, a teraz zakrada się jeszcze w moje sny? I mogę osiągnąć orgazm, nawet jeżeli mnie nie dotknie? Wystarczy, że mi się przyśni?

Niech. To. Szlag.

Rozdział 1

Jestem spóźniona, a przecież nigdy się nie spóźniam. Nie znoszę się spóźniać.

To wszystko wina Dominica Salvatore.

Dobrze, może przesadzam, sama zdaję sobie z tego sprawę, ale czy on naprawdę musi mi kraść wszystkie myśli? Nawet sny? Sny, po których budzę się spocona, dyszę i… i…

Patrzę na swoje odbicie w lustrze i kręcę głową.

Pozbieraj się.

Nie mam na to czasu. Nie mam dla niego czasu. Mój kalendarz jest wypełniony spotkaniami z potencjalnymi klientami. Nie mogę sobie zawracać głowy seksownym Włochem, którego nie potrafię wyprzeć z podświadomości.

Moje włosy stawiają opór, gdy zwijam je w węzeł i upinam wsuwkami. Co się z nimi dzisiaj dzieje? Wygładzam je jeszcze raz i ponawiam próbę, ale minęło już wpół do ósmej i dzień zaczyna się mi się wymykać spod kontroli.

Odgarniam kosmyk z czoła, wzdycham, opieram ręce na biodrach i łypię w lustro. Codziennie upinam włosy, w takiej fryzurze wyglądam bardziej profesjonalnie.

Nie zamierzam ich dzisiaj rozpuszczać.

Robię, co mogę, wkładam mój ulubiony letni, różowy kostium – może przyniesie mi szczęście – różowe szpilki od Jimmy’ego Choo, robię szybki makijaż i ruszam do drzwi. Niestety kicham i moje świeżo wytuszowane rzęsy pozostawiają czarne ślady na mokrym make-upie.

Serio? Jeśli ten dzień ma dalej tak wyglądać, powinnam chyba wrócić do łóżka.

W chwili, gdy usuwam smugi z policzków, dzwoni telefon.

– Tu Alecia.

– Cześć, szefowo. Jestem na miejscu. A ty?

– Żałuję, że nie w łóżku – odpowiadam sucho i naciskam przycisk od windy. – Ten dzień jest kompletnie do bani. Klientka już przyszła?

– Jeszcze nie. Dopiero wychodzisz? – W głosie mojej asystentki, Emily, wyraźnie pobrzmiewa niedowierzanie. Nic dziwnego.

Ja się przecież nigdy nie spóźniam.

Nadjeżdża winda, wchodzę do środka, zahaczam szpilką o szynę i obcas pęka.

– Jasna cholera!

– Co się stało?

– Złamałam obcas szpilek od Choo. – Wysuwam rękę, żeby drzwi od windy nie mogły się zamknąć, wyjmuję z pułapki mój ulubiony but i wracam do apartamentu, pomstując głośno na swój los.

– O! Niezłe słownictwo!

– To były szpilki za osiemset dolarów, Em.

– Może uda się je naprawić?

– Żarty sobie ze mnie robisz, prawda?

– Nie, przysięgam. Chyba klientka już przyszła, a ty nie zjawisz się wcześniej niż za pół godziny.

– Jak nie utknę w korku. Niech to cholera. Zacznij beze mnie. Postaw jej kawę. Postaram się być najpóźniej za dwadzieścia minut.

– Mandat za przekroczenie szybkości nic tu nie pomoże.

Odkładam słuchawkę i tracę dwie cenne minuty na opłakiwanie moich szpilek. Tego obcasa nie da się już skleić.

Różowa garsonka jednak nie przyniosła mi szczęścia.

Mandat za przekroczenie szybkości powiększył spóźnienie o kolejny kwadrans. Przyjechałam trzy kwadranse po czasie. Emily wykrakała.

Niech ją.

– Bardzo przepraszam – zaczynam i podchodzę szybko do stolika, przy którym siedzi Emily i nasza potencjalna klientka Summer James z narzeczonym. Wyciągam do nich rękę na powitanie i uśmiecham się promiennie. – O tej porze dnia są straszne korki.

– Myślałem, że weźmie to pani pod uwagę, umawiając się z nami na spotkanie – odpowiada Robert i zerka na zegarek w komórce. Summer łypie na niego z ukosa i uśmiecha się do mnie.

– Rozumiem. Emily podała nam już sporo informacji.

– Wspaniale. – Uśmiecham się do Emily, która wpatruje się w moją fryzurę, jakby to był jakiś potwór o trzech głowach, a ja znów kieruję całą uwagę na klientów. – Jestem pewna, że omówili już państwo swoje oczekiwania i plany z Emily, ale byłabym wdzięczna za krótkie podsumowanie.

Notuję datę zaręczyn i liczbę gości na przyjęciu, a w tym czasie Emily przynosi mi kawę, o której od dawna marzę.

Pół godziny później państwo młodzi znają już ceny moich usług. Robertowi kręci się w głowie od nadmiaru informacji, a Summer promienieje.

Typowe.

– Myślę – zaczyna Robert, ale Summer wpada mu w słowo.

– Tak, ja też uważam, że powinniśmy skorzystać z jej usług.

– Nie, kochanie. Zamierzałem powiedzieć, że zorganizujemy wszystko sami.

Summer mruga. Szczęka opada jej ze zdziwienia.

– Naprawdę? Kiedy znajdziemy na to czas?

– Masz wolne weekendy – przypomina Robert.

– Ty też. Ale to praca na pełny etat. Sama nie dam rady – mówi łamiącym się głosem, co przyprawia mnie o jeszcze większy ból głowy. Muszę wkroczyć, aby uniknąć klęski.

– Rozumiem – zaczynam spokojnie i kładę dłoń na ramieniu Summer. – To poważna decyzja i spore zobowiązanie finansowe. Proszę się spokojnie nad wszystkim zastanowić przez weekend i zadzwonić w przyszłym tygodniu.

– Oczywiście – przytakuje Emily i uśmiecha się szeroko. – Nie muszą państwo decydować teraz.

– Naprawdę? – Summer wygląda tak, jakby za chwilę zamierzała się rozpłakać, a Robert wyraźnie wpada w panikę.

– Tak. – Kładę jej rękę na ramieniu i podaję folder z ofertą, którą właśnie im przedstawiłam. – Życzę udanego weekendu i wspaniałego przyjęcia zaręczynowego.

– Dziękuję – odpowiada Robert i wyprowadza Summer z kawiarni.

– Mogę się założyć o tysiąc dolarów, że namówi ją do rezygnacji – mówi Emily, gdy nasi klienci znajdują się już poza zasięgiem słuchu, a my zaczynamy zbierać się do wyjścia.

– Przyjmuję zakład. Muszę kupić nowe szpilki.

– Masz nadzieję, że Summer postawi na swoim?

– Tak. – Wzdycham i upijam łyk kawy. – Chyba nie wzięłam środków przeciwbólowych.

– Źle się czujesz?

– Dostałam mandat przez twoje krakanie – wyjaśniam i łypię na nią srogo. – Nie widzę w tym nic zabawnego – dodaję, gdy zaczyna się śmiać.

– Kiepsko dziś wyglądasz. – Emily przygląda mi się z uwagą. – Byłaś wczoraj na imprezie?

Kręcę głową z uśmiechem.

– Niestety nie. Fatalnie spałam. – Nie mogę się jej przyznać, że miałam dzikie erotyczne sny o najbardziej seksownym facecie, jakiego znam.

– Bezsenność. – Emily kiwa głową ze zrozumieniem. – Łykaj melatoninę. Podobno działa cuda.

– Zapamiętam – mruczę i sprawdzam czas. – Muszę w południe być w Olympii.

– Spotykasz się z Willem Montgomerym? – pyta, po czym wzdycha cicho.

– Tak.

– Czy mogę?…

– Nie, nie musisz w tym uczestniczyć.

Wygina usta w podkówkę. Nigdy nie kryła, że bardzo się jej podoba ta gwiazda futbolu.

Zresztą ta rodzina wszystkim się podoba. Składa się z samych świetnych facetów i uroczych kobiet. Czego można w nich nie lubić? Poza tym są moimi najlepszymi klientami, dzięki którym mogę sobie pozwolić na piękny apartament nad wodą i najdroższe buty.

I lubię myśleć, że to również moi przyjaciele.

– Całą przyjemność rezerwujesz dla siebie – mówi Emily.

– Tak. Poza tym na mnie spadają wszystkie narzekania i dąsy zwariowanych narzeczonych. Taka już rola właścicielki firmy.

– Dobrze, jedź. Spotkamy się później u ciebie po południu?

– Jasne. Uzgodnisz z Petersonami kwiaty?

– Taki mam plan, ale matka panny młodej to zołza.

– Płaci za wesele sto tysięcy dolarów. Ma prawo wybrzydzać.

– Fakt. – Emily robi mi żółwika i uśmiecha się szeroko. – Baw się dobrze z Willem.

– Z pewnością. W razie czego dzwoń na komórkę.

– Do zo.

Wsiada do hondy civic i odjeżdża. Oddycham głęboko, wracam do swojego SUV-a i ruszam do Olympii. Jest jeszcze wcześnie, ale lubię mieć zapas czasu.

Przynajmniej na jedno spotkanie chcę zdążyć.

– Wyglądasz… interesująco – mówi Blake, specjalista od cateringu i mój najlepszy przyjaciel. Przekrzywia na bok głowę i patrzy na mnie rozbawionym wzrokiem. Siadam na skraju krzesła, próbując wykrzesać z siebie resztki godności.

– Pieprz się. – Uśmiecham się uroczo i wyjmuję iPada z torebki.

– Mamy to już za sobą. Chyba zostały u ciebie moje podkoszulki?

– Śpię w nich – przypominam, włączam iPada i znajduję plik z ofertą dla Montgomerych. – Ale jeśli chcesz, mogę ci je oddać.

– Na cholerę mi podkoszulki?

Podnoszę wzrok i napotykam spojrzenie jego czekoladowych oczu. Blake to przystojniak. Nie taki jak Dominic Salvatore, ale z nim nikt nie może się równać. Blake jest wysoki, szczupły, godzinom spędzanym w kuchni zawdzięcza muskularne ramiona. Ma wydatną, kwadratową szczękę i krótkie blond włosy. Tylko jego jednego na świecie obdarzam pełnym zaufaniem.

– Jesteś gotów na Willa i Meg? – pytam w nadziei na zmianę tematu.

– Czekam raczej na twoją opowieść. Co się dzieje? I co się stało z twoimi włosami?

– Nie wyglądają wcale tak źle – odpowiadam, przewracając oczami.

– Ale nie idealnie. Musiałaś je czesać w pośpiechu.

– Mam za sobą okropny dzień. Najpierw ta fryzura… a potem złamałam obcas. – Wyginam usta w podkówkę, Blake się uśmiecha.

– Zniszczyłaś te drogie szpilki?

– Ja nie noszę innych butów. Wszystkie kosztują krocie.

Blake znów uśmiecha się ironicznie. Świetnie mu to wychodzi.

– I to już wszystko?

– Dostałam mandat i spóźniłam się prawie godzinę na spotkanie z klientami.

– O rany! – Przestaje się uśmiechać i marszczy brwi. – Rzeczywiście fatalny dzień.

– No. – Chrząkam i zerkam na iPada.

– Ostatnio sporo się dzieje.

Nie zwracam na niego uwagi i wpatruję się tępym wzrokiem w ekran iPada leżącego na moich kolanach. Blake ma rację. Od jakiegoś czasu nie jestem w formie, choć nie znam przyczyny tego stanu rzeczy. Żyje mi się dobrze, interes kwitnie, kocham swoją firmę, mam piękny apartament nad Puget Sound i wielu przyjaciół.

Ale coś jest nie tak.

– Chcesz o tym pogadać?

– Wolałabym się skupić na Willu i Meg. Oni zaraz tu przyjadą.

– W kuchni właśnie kończą dania, o których mówiliśmy. Przygotowaliśmy wino. Możemy ich przyjąć w każdej chwili.

– Świetnie.

– Dzień dobry!

Z korytarza dochodzi głos Megan McBride. Wybiegam jej na spotkanie, szczęśliwa, że mogę zmienić temat.

– Witajcie! – Ściskam Meg i wyciągam rękę do Willa, ale on śmieje się tylko i porywa mnie w objęcia. Jak na tak potężnie zbudowanego mężczyznę jest niezwykle delikatny. Mierzy prawie metr dziewięćdziesiąt, składa się niemal wyłącznie z mięśni i ma figlarne niebieskie oczy. Lubię go najbardziej ze wszystkich braci z tej rodziny, głównie za poczucie humoru i upodobanie do rozrywek.

Ale szczęściara z tej Meg…

– Przepraszam, chyba przyszliśmy za wcześnie – mówi Meg, wzruszając lekko ramionami.

– Ja zawsze jestem wcześniej, ilekroć wchodzi w grę jedzenie – dodaje Will, zacierając ręce. – No, na co czekamy?

– Will ma prawdziwą klasę. – Meg się śmieje, ujmuje go pod ramię i całuje w biceps.

– Jesteśmy prawie gotowi – oznajmia Blake i wskazuje im drogę do jadalni, w której stoliki zaaranżowano dokładnie tak, jak ma to wyglądać na przyjęciu. Nawet kwiaty są dokładnie takie, jakie wybrała Meg.

– Och, kochanie! Popatrz, jaka śliczna! – Meg uśmiecha się z zadowoleniem i dotyka pomarańczowej lilii tygrysiej.

– Siadajmy. – Zajmuję miejsce, kładę serwetkę na kolanach i uśmiecham się do szczęśliwej pary. Meg zachwyca się kwiatami, porcelaną, nawet wstążeczkami przy nakryciach, a Will patrzy na nią wzrokiem pełnym miłości.

Rodzina Montgomerych wzmacnia moją wiarę w prawdziwą miłość.

– Dobrze, na przystawkę podamy ciastka z krabami, surówkę z jabłek i do tego riesling. – Kelnerzy stają po lewej stronie każdego z nas i dokładnie w tym samym momencie stawiają przed nami talerze.

– Fantastycznie to wygląda! – Meg unosi z uśmiechem widelec i zerka na Willa, który zdążył już pochłonąć całe ciastko krabowe. – Smakuje ci?

– Pycha – mruczy, przewraca oczami i sięga po następne. – Pasuje do głównego dania.

– Dodaliśmy jeszcze stek dla tych, którzy nie lubią ryb – mówi Meg, patrząc na Blake’a i czekając na potwierdzenie.

– Tak, będziecie dzisiaj musieli spróbować i łososia, i filet mignon.

– Boże! Nie dam rady! Muszę się za dwa tygodnie zmieścić w suknię ślubną.

– Po kawałeczku – proponuję z uśmiechem. – Blake na pewno się nie pogniewa. Dzięki temu skosztujecie wszystkich dań i będziecie mogli je zatwierdzić.

– Świetny pomysł.

– Ja zjem wszystko – informuje nas Will i sączy wino. – Nie muszę się mieścić w żadne sukienki. Jakie świetne wino!

– Ciastka krabowe i sałatka są super – potwierdza Meg.

– Gotowi na kolejne porcje? – pyta Blake, a Meg i Will kiwają głowami. Blake daje znak kelnerom, by przynieśli sałatki. – Mamy grillowanego kurczaka z mandarynkowym winegretem. – Kelnerzy znów idealnie synchronizują ruchy i w tym samym momencie stawiają przed nami talerze.

– Fantastyczne – chwali Meg, a Will kiwa tylko głową, usta ma pełne jedzenia. Puszczam oczko do Blake’a. Blake to prawdziwy mistrz kulinarny i zawsze obsługuje moje przyjęcie, zwłaszcza tak duże imprezy jak ta.

Ślub Willa Montgomery’ego zajmie główne szpalty najważniejszych pism w kraju. To znakomita okazja do reklamy wszystkich, którzy będą obsługiwać wesele, ze mną na czele. Dlatego muszę współpracować z najlepszymi.

A nie ma nikogo lepszego niż Blake.

– Do tego pinot gris? – pytam, sącząc fantastyczne wino.

– Tak – przytakuje Blake i zjada ze smakiem trochę sałatki. – Rzeczywiście, jest wyjątkowo udana.

– Kuchnia na medal – chwali Meg i patrzy na Willa. – A co ty sądzisz?

– Zgadzam się z tobą. – Uśmiecha się i całuje ją delikatnie w usta. – Dla ciebie wszystko!

– Teraz danie główne. Najpierw spróbujmy łososia. – Blake daje dyskretny znak głównemu kelnerowi. – To grillowany łosoś królewski z pomidorami, grzybami marynowanymi w sosie balsamicznym i sałatą z pancettą, do tego merlot od Dominica.

Delektujemy się mięciutkim łososiem i mruczymy z zachwytu. Blake tak wspaniale gotuje.

– Boże – jęczy Meg i splata ręce na piersiach. Na jej palcu pyszni się ogromny pierścionek zaręczynowy.

– Jak nie przestaniesz jęczeć, wyjdziemy przed kolejnym daniem – mówi Will, nie patrząc na Meg, ale ona czerwieni się jak piwonia i zaczyna się kręcić na krześle. Zagryzam wargi, żeby nie roześmiać się w głos. Mężczyźni z rodziny Montgomerych i Williamsów nie boją się dać do zrozumienia, że nigdy nie mogą się nasycić swoimi kobietami, a mnie bardzo się to podoba.

Są klasą sami dla siebie.

– Teraz polędwica – mówi Blake, w jego oczach też pojawia się rozbawienie. – Stek średnio wysmażony. Podamy go z sosem z jagodowego caberneta i pieczonymi kartoflami.

Nóż wchodzi w stek jak w masło, wszyscy wzdychamy z rozkoszy.

– A wino?

– Cabernet od Doma.

Meg zjada kilka kawałeczków polędwicy, próbuje kartofla i podnosi do ust kieliszek z winem.

– Naprawdę znakomite.

Will opróżnił oczywiście wszystkie talerze. Pił jednak wodę, wina tylko spróbował.

– Jeszcze będzie niespodzianka – mówię z uśmiechem, gdy kelnerzy zabierają talerze.

– Coś do jedzenia? Nie dam rady, pęknę – śmieje się Meg.

– To ci się jeszcze zmieści. – Kelnerzy stawiają przed nami talerzyki z mikroskopijnymi babeczkami.

– Namówiłaś Nic, żeby upiekła nam babeczki? – pyta Meg, mając na myśli Nic Dalton, właścicielkę cukierni i narzeczoną Matta, brata Willa.

– Tak, na dzisiaj przygotowała je w miniaturowej wersji, żebyście mogli spróbować wszystkich. Są cztery smaki: cytrynowa malina, tiramisu, czekoladowa śmierć i wanilia z polewą waniliową.

– A Dom proponuje do nich słodkiego rieslinga – dodaje Blake.

– Wspaniałe – jęczy Meg, nadgryzając pierwszą babeczkę.

– Megan – wzdycha Will i przymyka oczy. Meg chichocze i zlizuje polewę z babeczki czekoladowej, wpatrując się niewinnie w oczy Willa.

– Co ja takiego zrobiłam?

– Chyba zabiorę cię do domu. Tam ci pokażę co – mówi ze śmiechem Will.

– Brzmi nieźle – mruczy Meg.

– Będzie lepiej niż nieźle. – Will patrzy na mnie rozpalonym wzrokiem, a ja zagryzam wargi. Podnieceni mężczyźni z klanu Montgomerych są bardzo seksowni. – Czy mamy jeszcze coś do omówienia?

– Rozumiem, że oboje akceptujecie menu – mówię, sącząc wino.

– Całkowicie – potwierdza Meg.

– Jeszcze czekamy na parę potwierdzeń od gości – dodaję, wzruszając ramionami. – Mnóstwo ludzi odpowiada na ostatnią chwilę albo po terminie.

– Ilu napisało do tej pory?

– Mamy na liście dwieście trzydzieści dwie osoby – odpowiadam, Meg wstrzymuje oddech z wrażenia, a Will wzrusza ramionami.

– Naprawdę mnóstwo. – Meg zerka nerwowo na Willa. – Przyjęcie będzie kosztowało krocie.

Will całuje ją w czoło.

– Nie zbankrutujemy.

– Może oszczędzę na kwiatach?

Blake i ja wymieniamy spojrzenia, sądząc, że powinniśmy zostawić ich samych, żeby mogli spokojnie porozmawiać, ale Will śmieje się tylko i szepcze coś do ucha Meg. Jej zmartwiona twarz rozpromienia się, Meg przygryza wargę i kiwa głową, a Will całuje ją w skroń.

– Wszystko w porządku. Po prostu czasem wpadam w panikę – wyjaśnia Meg. – Ale Will przywraca mi spokój.

– To normalne – mówię. – Macie przed sobą wielkie wydarzenie.

– Tak. – Meg upija łyk wina. – Z akcentem na „wielkie”. Ale Will ma wielką drużynę, oboje mamy wielkie rodziny i wielkie grono przyjaciół. Nie chcę pominąć nikogo ze szpitala.

– Powinniście świętować ze wszystkimi, których kochacie – mówi z uśmiechem Blake, a ja natychmiast sobie przypominam, za co tak go lubię. To wyjątkowo miły facet.

– Dziękuję. – Meg uśmiecha się do Blake’a i zerka na Willa, który nie spuszcza z niej wzroku. – Widzimy się w środę w winnicy?

– Tak. Omówimy resztę szczegółów. Ale już się nie musicie o nic martwić. Wszyscy dostawcy są gotowi, menu zaakceptowane. Najgorsze za nami.

Meg uśmiecha się uszczęśliwiona.

– Okej. Bierzemy ślub.

– Dzięki Bogu. To były najdłuższe zaręczyny w historii. – Will patrzy na Meg, która głaszcze go po muskularnym ramieniu.

– Wszystko prawie za nami, moja gwiazdo futbolu.

– Jedźmy do domu.

Wymieniamy uściski, Will i Meg wychodzą. Wracam na miejsce, piję wino i proszę Blake’a, żebyśmy przejrzeli kontrakt.

Blake staje ze mną, czytamy razem umowę, a on w tym czasie masuje mi plecy.

– Cena może się utrzymać przy dwustu pięćdziesięciu osobach. Przy trzystu musi wzrosnąć.

– Brakuje jeszcze tylu potwierdzeń?

– Hej! A co ty tu robisz? – słyszę z korytarza głos Willa, który dotarł już do drzwi wraz z Meg.

– Mam spotkanie z Blakiem. – To wyraźnie głos Dominica.

– Sprawdź, czy zostało jeszcze trochę jedzenia, którego próbowaliśmy. Jest niesamowite.

– Dziękuję, ale nie jestem głodny. Wino dobrze pasuje?

– Świetnie – mówi Meg. – Chciałabym jednak, żebyś pozwolił nam za nie zapłacić.

– Nie, bella. To prezent. Bawcie się dobrze. Do zobaczenia w weekend.

Czuję dreszcz wzdłuż kręgosłupa. Blake wciąż ugniata mi plecy i drugą ręką wskazuje jakiś zapis w umowie, ale ja nie mam pojęcia, co powiedział, więc tylko kiwam głową.

– Przykro mi, że masz kiepski dzień – mówi, całując mnie w czubek głowy. – Jeszcze boli?

– Tak – kłamię i uśmiecham się z wdzięcznością. Odwracam się przez ramię i widzę, że Dominic nas obserwuje. Ręce trzyma w kieszeniach spodni. Zdjął marynarkę, podwinął rękawy koszuli aż do łokcia, ukazując opalone przedramiona. Poluzował węzeł krawata. Włosy ma potargane, z irytacją przeczesuje je palcami.

Zacisnął zęby, w jego ciemnoniebieskich oczach płonie gniew.

Natychmiast wracam myślą do swego porannego snu. Jego ręce i usta na moim ciele…

Co tak naprawdę bym czuła?

Odwracam się i oddycham głęboko, tymczasem Blake podchodzi do Doma i wita się z nim uściskiem dłoni.

– Właśnie kończymy spotkanie.

– Nie ma problemu. Przyszedłem trochę za wcześnie. Za kilka godzin jestem umówiony na lunch z moimi siostrami, pomyślałem, że może jakoś mnie wciśniesz.

– Oczywiście.

– Już wszystko omówiliśmy – mówię, wyłączam iPada i wstaję gotowa na zaczepki Doma, który zawsze ze mną flirtuje. Tym razem jednak on skłania tylko głowę i wychodzi z sali.

– Spotkamy się w biurze – mówi do Blake’a, który patrzy na mnie pytająco.

Wzruszam ramionami.

– Kto go tam wie? Ale muszę wziąć torbę z twojego gabinetu. – Wchodzę z podniesioną głową do pokoju Blake’a, upycham iPada w torbie i odwracam się do Dominica. – Wybrałeś naprawdę wspaniałe wina. Dziękuję.

Znowu tylko skinienie głowy.

– Cała przyjemność po mojej stronie.

Nie wiem, co powiedzieć.

– Miłego spotkania – rzucam tylko. – Dziękuję, Blake.

Blake porywa mnie w objęcia i kołysze.

– Zadzwonię później. Weź coś na ten ból głowy.

Wyswobadzam się z jego uścisku, a Dom patrzy na mnie płonącymi niebieskimi oczami. Pociera ręką usta, jakby chciał się odezwać, ale rezygnuje.

A ja nie rozumiem, dlaczego tak bym chciała, żeby coś powiedział. Przecież to dobrze, że nie proponuje mi randki, dobrze, że ze mną nie flirtuje.

Przecież i tak bym odmówiła. Jak zawsze.

– Dobrze – mówię do Blake’a i zaczynam się zastanawiać, o co właściwie chodziło.

Rozdział 2

Dominic

Alecia posyła mi ostatnie powłóczyste spojrzenie i wychodzi z biura Blake’a z wysoko podniesioną głową. Włosy upięła jak zwykle w węzeł z tyłu głowy, dzisiaj trochę nieporządny. Ma na sobie dopasowaną, różową garsonkę, która leży na niej jak rękawiczka, i najbardziej seksowne szpilki, jakie widziałem w życiu. Zdziwienie w jej oczach przyprawia mnie o nieoczekiwany ucisk w piersi, ale udaje mi się szybko zapanować nad bólem.

Rozumiem, że ze względów zawodowych Alecia odrzucała moje zaloty przez ostatni rok, ale nie wspomniała, że jest z kimś związana.

Gdybym o tym wiedział, już dawno bym się wycofał. Nie kłusuję na terytoriach innych mężczyzn.

Nigdy.

A już z pewnością nie wszedłbym nigdy na teren mężczyzny, którego uważam za przyjaciela i faceta godnego szacunku.

– Tak jak mówiła Alecia, wina zyskały wielkie uznanie twojego brata i Meg – mówi Blake, siadając za biurkiem.

– Miło mi to słyszeć – odpowiadam i uśmiecham się do siebie. W dalszym ciągu odczuwam lekkie zdziwienie, słysząc słowa „twój brat”.

Mam ich czterech i choć znamy się już od roku, są momenty, kiedy w dalszym ciągu bardzo mnie ten fakt zaskakuje. Pokochałem rodzinę Montgomerych i ku mojemu wielkiemu zdziwieniu zostałem przyjęty do rodziny tak, jakbym się w niej wychował.

Choć tak oczywiście nie było.

– Ile butelek mam zamówić? – pyta Blake, wyrywając mnie z zamyślenia.

– Ani jednej. Moi pracownicy wszystkim się zajmą. Mamy mnóstwo na składzie.

Blake unosi brwi, jest wyraźnie zdziwiony.

– To mnóstwo wina.

– Mam mnóstwo wina – mówię z uśmiechem.

– Świetnie, w takim razie przynajmniej o to nie muszę się martwić. – Wzrusza ramionami i wpisuje coś do komputera. – W takim razie omówmy ten zjazd rodzinny, który ma się odbyć pod koniec przyszłego miesiąca.

– Tak. – Splatam palce i krzyżuję nogi. – Wybrali już menu?

– Nie mogą dojść do porozumienia. Niektórzy z nich to wegetarianie. Niektórzy nie. I tak dalej.

Śmieję się i kręcę głową.

– Jakoś sobie poradzisz. Dobiorę i białe, i czerwone wina tak, żeby pasowały do wszystkiego, i załatwimy sprawę.

– W porządku – odpowiada i kiwa głową. – Wiesz, powinieneś zatrudnić kogoś do załatwiania tych wszystkich spraw.

– Nie narzekam…

– Poważnie. Alecia ma duże doświadczenie organizacyjne. Na pewno znajdzie czas na twoje imprezy.

Mowy nie ma.

– Jestem pewien, że własna firma i związek pochłaniają jej cały wolny czas.

Podnosi na mnie wzrok znad komputera, nie odrywając rąk od klawiatury.

– Alecia jest w jakimś związku?

Przechylam głowę na bok i patrzę na Blake’a spod przymrużonych powiek.

– Chyba nie chcesz mi wmówić, że z nią nie sypiasz?

Blake mruga i nagle wybucha śmiechem, jakby usłyszał przed chwilą dowcip roku.

Ja nie widzę w tym nic śmiesznego.

– Nie – zaprzecza i wraca do pisania. – Ten statek już odpłynął, stary.

– Czyli?

– Czyli zaczęliśmy znajomość od seksu, a potem szybko odkryliśmy, że bardzo się lubimy, ale nie kochamy. Nie spałem z Leash co najmniej od dwóch lat. – Kręci głową i chichocze.

– Jak na przyjaciela traktujesz ją bardzo czule.

Znowu przestaje pisać i przygląda mi się przez chwilę. Ja nie opuszczam wzroku.

– Kocham Alecię jak siostrę. Znam ją na wylot i zrobiłbym dla niej wszystko. Jest najlepszą osobą, jaką można sobie wyobrazić. Miała okropny dzień i potrzebowała czułości, więc ją przytuliłem.

Miała okropny dzień. A ja go jeszcze pogorszyłem.

– Przepraszam za nieporozumienie.

Blake splata palce i rozsiada się wygodniej.

– Jesteś nią zainteresowany.

– Byłem przez jakiś czas – przyznaję i pocieram usta ze zdenerwowania. – Dała mi jednak do zrozumienia, że nie odwzajemnia moich uczuć.

– Hm… – Blake patrzy gdzieś w przestrzeń ponad moim ramieniem. – To niegłupi pomysł.

– Co?

– Ty i Alecia.

– Słyszałeś, co przed chwilą powiedziałem? – Kręcę głową i patrzę na ekran komórki, szukając notatek na temat zjazdu rodzinnego. – Zatem białe, czerwone i…

– Alecia wszystkim odmawia – przerywa mi Blake. – Nie jest szczególnie ufna. Ale wy chyba bylibyście dobraną parą.

– Dziękuję za akceptację – rzucam sucho.

– Będzie ci potrzebna – mówi spokojnie. – Bez niej nic nie zdziałasz.

Patrzę na niego w milczeniu, czekam, co powie dalej.

– Alecia nie utrzymuje kontaktu z rodziną. Ja nią jestem. Gdybym cię nie lubił, nie miałbyś cienia szansy.

– I tak nie mam. Ona. Nie. Jest. Mną. Zainteresowana.

Wzrusza ramionami i wraca do pisania.

– Wydaje mi się, że dla takiej dziewczyny jak Alecia warto się postarać.

Ogarnia mnie gniew i żal. Postarać się? Próbowałem się z nią umówić ponad rok. Odpowiedź była zawsze taka sama. Dziękuję, ale nie.

Nienawidzę słowa „nie”.

– Cześć, mój przystojny braciszku! – woła z uśmiechem Jules. Rozpuszczone włosy okalają jej śliczną twarz. Ma na sobie letnią, zwiewną, czerwoną sukienkę i wygląda oszałamiająco.

– Ciao, bella – odpowiadam i całuję ją w policzek.

– Ja też chcę – mówi Natalie, daje mi buziaka i obejmuje serdecznie.