Hygge. Na szczęście - Signe Johansen - ebook

Hygge. Na szczęście ebook

Signe Johansen

3,2

Opis

Pełen dobrej energii przewodnik po tym, jak korzystać z życia.

Hygge wynika z dążenia do prostoty, z chęci powrotu do podstaw. Hygge to bycie z innymi i przyglądanie się światu. To radość z prostych przyjemności, poczucie wspólnoty z bliskimi i znajomymi. To także zdrowy hedonizm i dystans do codzienności. Oznacza ono aktywność na świeżym powietrzu o każdej porze roku. Towarzyszą mu pyszne ciasta, świeczki i miękkie fotele. W hygge chodzi także o to, by codziennie robić coś miłego – dla innych i dla siebie. To zarazem uczucie i koncepcja kulturalna.

Signe Johansen, kucharka i autorka książek kulinarnych wykształcona w prestiżowej brytyjskiej szkole kucharskiej Leiths, zdradza tajniki skandynawskiego stylu życia i pokazuje, jak włączyć jego elementy do swojej codzienności.

W Hygge. Na szczęście znajdziecie:

– tajniki skandynawskiego stylu życia,

– rady, jak wykorzystać hygge niezależnie od miejsca zamieszkania,

– 50 przepisów na wyborne potrawy i oryginalne napoje,

– podpowiedzi, jak cieszyć się z kontaktu z naturą,

– opowieści o tym, czym jest fika i prawdziwe świętowanie w gronie najbliższych.

Zaproście hygge do swojego życia

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 216

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł oryginału: How to Hygge: The Secrets of Nordic Living

First published 2016 by Bluebird, an imprint of Pan Macmillan, a division of Macmillan Publishers International Limited

Copyright © Signe Johansen, 2016

Photography chapters 4‒6 and pp. 4, 20, 33, 53, 158–159, 177, 191 © Keiko Oikawa, 2016

Image Credits:

Alamy p. 178; Jonas Anhede pp. 8–9, 26–27, 28, 34, 48; Author’s own pp. 31, 38, 207; Linus Englund pp. 10, 14; Getty Images pp. 19, 46–47, 180–181; Beth Kirby pp. 187, 188, 192; Louise Ljunberg p. 60; Erik von Otto p. 2; Holly Marder pp. 160, 164, 171, 172, 182, 200–201; Morten Nordstrøm p. 41; Andrea Papini p. 194

Publisher: Carole Tonkinson

Project Editor: Lorraine Jerram

Art Direction & Design: CHD

Prop Styling: Linda Berlin

Food Styling: Alice Hart

Wydanie polskie:

Burda Publishing Polska Sp. z o.o.

ul. Marynarska 15, 02-674 Warszawa

Dział handlowy: tel. 22 360 38 42

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Tłumaczenie: Grzegorz Kulesza

Redakcja: Anna Maria Thor

Korekta, skład i łamanie: erte

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz / PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN www.panczakiewicz.pl

Redaktor prowadzący: Małgorzata Zemsta

Redaktor techniczny: Mariusz Teler

Zdjęcie na okładce: Keiko Oikawa

Copyright for Polish edition © 2017 Burda Publishing Polska Sp. z o.o. All rights reserved.

ISBN 978-83-8053-215-1

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie  oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.burdaksiazki.pl

Skład wersji elektronicznej:

Wstęp

Cześć, witajcie! Albo: Hei, og velkommen!

Czujcie się jak u siebie. Może nastawicie sobie wody na herbatę albo nalejecie szklaneczkę szkockiej i schowacie gdzieś, gdzie przez chwilę nikt nie będzie wam przeszkadzał? Czeka na was świat skandynawskiego hygge.

„Czym właściwie jest hygge?” – pytacie.

Jest to duńskie i norweskie słowo, które oznacza poczucie przytulności i bliskości oraz towarzyskość. O ile w praktyce mindfulness chodzi o „ja” i spoglądanie w głąb siebie, o tyle hygge polega na byciu z innymi i przyglądaniu się światu. Na czerpaniu z życia prostych przyjemności, na pielęgnowaniu wspólnoty z bliskimi i znajomymi.

Hygge elegancko podsumowuje wszystko, co wspaniałe w skandynawskim stylu życia – z tym tylko zastrzeżeniem, że w językach szwedzkim i fińskim takiego wyrazu raczej nie ma. Przyznaję zatem, że odnoszę to słowo do całego regionu troszkę na wyrost, ale robię to, żeby pokazać, dlaczego wszystkim Skandynawom żyje się tak dobrze.

W ostatnich latach Dania, Finlandia, Islandia, Norwegia i Szwecja zdominowały tyle rankingów jakości życia, że dla zaskoczonych miejscowych stało się to niemal dowcipem. A jednak życie w Skandynawii często przedstawia się jako ciąg starych klisz: wszyscy są blondynami (nawet meble mamy w tym kolorze – dzięki, Ikeo), uwielbiamy marynowane śledzie i klopsiki, zaś kulturze światowej daliśmy ABBĘ i Szwedzkiego Kucharza z Muppetów.

Wnętrza naszych domów są śnieżnobiałe, a ubrania szare, szare lub… też szare. Widzowie skandynawskich kryminałów mogliby pomyśleć, że kawę pijemy na litry, a nie po filiżance. W tej ostatniej karykaturze jest ziarnko prawdy. Skandynawia regularnie trafia na szczyt światowych rankingów spożycia kawy w przeliczeniu na głowę mieszkańca. Bez przerwy jesteśmy doładowani kofeiną, ale trudno tego uniknąć, kiedy na zewnątrz przez prawie cały rok jest tak ciemno i zimno.

Nie zrozumcie mnie źle, życie w Skandynawii nie jest idealne. Ludzie na całym świecie mają swoje dziwactwa i nawyki jedyne w swoim rodzaju, my też nie jesteśmy wyjątkiem.

Mamy po prostu inne spojrzenie na życie. Jesteśmy waszymi kuzynami z północy, ale czasem wydaje się, że żyjemy w innym świecie. Książka ta zatem ma wprowadzić was w okoliczności, w których narodził się skandynawski styl życia, i pokazać nasz sposób działania. Myślcie o niej, jakby to był radosny przewodnik po tym, jak w pełni korzystać z życia, a nie prawda objawiona, której trzeba się bezmyślnie trzymać. Możecie zastosować tyle spośród przedstawionych tu sugestii, ile wam się podoba, ale tak naprawdę hygge nie ma żadnych sztywnych reguł. Jest to w równym stopniu uczucie, co koncepcja kulturalna.

Poprosiłam o przemyślenia na temat hygge Dianę Henry, jedną z najlepszych pisarek kulinarnych w Wielkiej Brytanii:

Gdy tylko przybyłam do Kopenhagi – w mroczną grudniową noc – zrozumiałam koncepcję hygge, choć nie potrafiłam jej jeszcze nazwać. Gdy ciągnęliśmy walizki do hotelu, zauważyliśmy, że wszędzie płoną świece; w wielkich oknach wysokie i grube, w małych – drobniutkie i prawie płaskie. Kopenhagę rozświetlały malutkie źródła blasku. Jakie to miłe – pomyślałam – że ludzie w tych wszystkich hotelach, restauracjach i mieszkaniach chcą przekazać trochę ciepła ludziom w swoim otoczeniu. Następnego dnia znowu zobaczyłam świece – i to nie tylko wieczorem, ale też w małej kawiarence, gdzie rano jedliśmy bułeczki z cynamonem i ogrzewaliśmy dłonie filiżankami z gorącą kawą, a potem w restauracji, w której jedliśmy kanapki w porze lunchu. Wtedy już rozumiałam, czemu służą świece. Skandynawowie nauczyli się radzić sobie z ciemnościami – może dlatego, że panują tam one o wiele dłużej niż u nas – oraz z zimnem. Światło świec to jedno z ich antidotów na mrok, innymi są ciepłe swetry, doskonałe jedzenie i napoje, a także troska o to, żeby jak najlepiej urządzić swój dom. Zrozumiałam to – hygge, przytulność, radość życia, rozkosz wynikająca z owinięcia się kocem na kanapie – i marzyłam o tym, żeby tak było i u nas. Wydaje mi się, że tego potrzebujemy.

Ja też tak sądzę. Hygge jest nam w życiu potrzebne.

Niniejsza książka jest pochwałą towarzyskości i wspólnoty z mojego punktu widzenia, jako osoby pracującej w branży kulinarnej. Jedzenie i picie znajdują się w samym sercu hygge, a ja miałam to szczęście, że wychowałam się w rodzinie, która wspólnie jadła gotowane w domu posiłki – nie sugeruję jednak, żebyście stali się kuchennymi cierpiętnikami, którzy dla idei wszystko robią od podstaw. Zawarte tu przepisy – od prostych przekąsek po przysmaki do podania podczas fiki – mają was zainspirować. Jeśli będziecie gotować prościej, zyskacie czas na robienie tego, co naprawdę w życiu kochacie, albo na zdobycie innych cennych umiejętności. Wielu z nas ma tendencję do niepotrzebnego komplikowania sobie życia. Opierajcie się tej pokusie na każdym kroku, a poczujecie się wyzwoleni, możecie mi wierzyć.

W Skandynawii tempo życia niewątpliwie wyznacza przyroda. Mamy w sobie zdrowy strach przed żywiołami i respekt do nich, a jednak o każdej porze roku odczuwamy potrzebę przebywania na łonie natury. Odrobina kiepskiej pogody nigdy nie powstrzymała ruszających na zamorską wyprawę wikingów, więc nie pozwolimy, żeby przeszkadzała nam dzisiaj. Dla nas aktywność to życie, a należy je prowadzić zarówno w domu, jak i na świeżym powietrzu. Hygge czasem sprowadza się do ciasta, świeczek i miękkich foteli, ale moim zdaniem nie chodzi tu tylko o folgowanie sobie – w jakimś stopniu na tę przyjemność trzeba zasłużyć. Oczywiście nie znaczy to, że mamy od razu popaść w drugą skrajność, zacząć uprawiać sporty ekstremalne i cierpieć przy ćwiczeniach, których nienawidzimy – wręcz przeciwnie.

Małe przygody na świeżym powietrzu są zawsze lepsze od wycisku na oświetlonej neonami siłowni w wielkim mieście, ale skandynawski pragmatyzm nakazuje czasem pójść na kompromis. Mieszkam w Londynie – który swoją drogą jest wspaniałym miastem – więc muszę to robić dość często. Nie jest tu tak łatwo wybrać się na łono natury jak w moim rodzinnym Oslo, gdzie można po prostu założyć narty i przez godzinę maszerować po okolicy, jeśli tylko ma się na to ochotę. Najważniejsza rzecz, o której trzeba pamiętać, gdy chce się żyć pełnią życia, to aktywność każdego dnia – niezależnie od tego, jak okropny wydaje się świat za oknem. Niedawno przeprowadzono badania, z których wynika, że brak aktywności skraca życie o wiele bardziej niż odrobinka sadełka na biodrach. Skandynawska filozofia życia polega na tym, żeby nie tyle dobrze wyglądać, ile dobrze się czuć – i to o każdej porze roku.

Hygge wynika z potrzeby prostoty, dążenia do powrotu do podstaw. Odrzućcie lęki i naleciałości współczesnego stylu bycia, a zyskacie więcej wolnego czasu i energii, dzięki którym będziecie żyć pełniej. Centralną zasadą hygge jest to, że wszyscy musimy jak najlepiej wykorzystać ten krótki czas, jaki mamy dla siebie na tym świecie – oraz być łagodnymi dla siebie i swojego otoczenia.

A zatem – niezależnie od tego, czy fascynują was skandynawskie kryminały, czy może lubicie dobry design lub też byliście w Skandynawii i zauroczył was nasz sposób życia – mam nadzieję, że w Hygge. Na szczęście znajdziecie coś dla siebie.

Jestem przekonana, że odrobina skandynawskiego hygge w życiu jest dobra dla każdego, więc dołączcie do nas…

Signe Johansen, Londyn 2016

Ruszamy w dzicz

Żyć przecież niepodobna w kącie, trzeba mieć trochę światła i swobody, a przy tym choć mały kwiatek.

Hans Christian Andersen1

– Chodź – powiedział pewnego razu tata, gdy narzekałam, jak bardzo nie podoba mi się kucie do egzaminów. – Nazrywamy konwalii.

Więc ruszyliśmy do lasu, który rósł niedaleko naszego domu. Trzeba było tylko wejść na pagórek. Nie było to najwygodniejsze zbocze, jeśli chodzi o zrywanie kwiatów. Pamiętam, jak wspinaliśmy się coraz dalej od głównej drogi, a nasze solidne trekkingowe buty rozchlapywały błoto, gdy zapuszczaliśmy się głębiej w las i staraliśmy się nie przewrócić (co zdarza mi się często, bo okropna ze mnie fajtłapa).

Jak każda zbuntowana i dramatyzująca nastolatka szykująca się do długiego ciągu egzaminów, które musiałam zdać w tamtym tygodniu, miałam miażdżące poczucie, że w moim życiu zbliża się katastrofa, i byłam oburzona, że tata zaciągnął mnie na jakąś głupawą wycieczkę do lasu. Co za strata czasu – mogłam przecież powtarzać algebrę! Droga była uciążliwa, a dotarcie do celu stanowiło trudne zadanie. Zastanawiałam się, w jaki sposób ktoś mógłby tak po prostu wpaść – przypadkiem czy celowo – na łączkę, o której tyle opowiadał mi tata. Mój ojciec był skrupulatnym zbieraczem leśnych darów, nic więc dziwnego, że kilka lat wcześniej odkrył ten kawałek lasu i każdego roku w maju wracał tam, żeby zrywać kwiaty.

Gdy tylko zobaczyłam tysiące delikatnych konwalii, cały stres i lęk związane z egzaminami ulotniły się niczym kamfora. Pachnące białe kwiatki rosły jak okiem sięgnąć w lekkim półcieniu rzucanym przez korony drzew. Gdzieniegdzie przebijał się z góry promień zachodzącego słońca, który oświetlał ich długie liście i piękne kielichy. Spojrzeliśmy po sobie z tatą, uśmiechnięci i radośni, i przez dobre pół godziny nazbieraliśmy tyle kwiatów, ile tylko mogliśmy ze sobą wziąć. Na łączce było ich takie mnóstwo, że moglibyśmy przystroić konwaliami całą okolicę i jeszcze sporo by nam zostało.

Elegancka i świeża Convallaria majalis naprawdę jest tym małym kwiatkiem, o którym mówi bajka Andersena. To nie przypadek, że konwalie tak często pojawiają się w radosnych wspomnieniach mojej rodziny. Ja mam te młodzieńcze wspomnienia z lasu, do których mogę wrócić, gdy zacznie mnie męczyć tempo londyńskiego życia, a moja mama z konwalii ułożyła swój weselny bukiet.

Jak pisze Diane Ackerman, „węch jest najbardziej bezpośrednim ze wszystkich zmysłów”2 i dzięki temu ma zdolność uruchamiania najpotężniejszej nostalgii. Kiedy to piszę, wdycham esencję do kąpieli o zapachu konwalii z londyńskiej perfumerii Floris (i staram się jej przy tym nie rozlać). Z takiej esencji korzystała moja babcia ze strony matki, która była Angielką, oraz moja mama, a ja kontynuuję tę tradycję pomimo jej niszczycielskiego wpływu na stan mojego konta (tłumaczę sobie, że z jednej butelki mogę korzystać prawie dwa lata, więc to nadal taniej, niż gdybym piła codziennie jakąś wymyślną kawę). To zapachowa wyprawa w krainę wspomnień – zachwyca mnie ona za każdym razem. Zielona nuta głowy tej esencji ma ten czysty zapach rosy, który symbolizuje obietnicę nadchodzącej wiosny. W nucie bazy miesza się ona z ciężkim piżmowym zapachem upalnej letniej nocy.

Odrobinka tego chłodnego i świeżego aromatu to dla mnie więcej niż tylko przyjemny zapach: to ważny element mojej łączności z naturą i część zmysłowej mapy, która pozwala mi się poruszać po mojej opowieści o własnym życiu. Na pewno wy też macie jakieś doświadczenia zmysłowe wywołujące u was podobne reakcje. U wielu spośród was, którzy w dzieciństwie i młodości spędzali czas na łonie natury, w zmysłowym DNA zapisały się jakieś zapachy.

Wyznaczanie tempa

Przyroda wyznacza tempo życia w Skandynawii, a – jak pisał Ralph Waldo Emerson – „jej tajemnicą jest cierpliwość”. Wszystko, co w krajach skandynawskich wydaje się atrakcyjne i żywe, czy to nasza kuchnia (albo kuchnie), czy to architektura, czy to – w pewnym sensie – nawet nasze tradycje socjaldemokratyczne, w jakimś stopniu jest zakorzenione w głębokim szacunku dla natury i żywiołów. Zamiast walczyć z długimi, mrocznymi zimami, nauczyliśmy się żyć z mrozem, przygotowywać na jego nadejście i czerpać radość z przebywania w domu, gdy na zewnątrz jest okropnie. Do tych motywów powrócę w późniejszych rozdziałach.

W hygge chodzi o powrót do źródeł, o nadawanie pierwszeństwa temu, co w życiu ważne. Nic wam to nie powie, dopóki nie pojmiecie, co napędza Skandynawów i jak żyją. Nie da się w pełni zrozumieć hygge ani życia w Danii, Finlandii, Islandii, Norwegii i Szwecji bez przyjrzenia się przyrodzie, porom roku i temu, jak istotne są one dla naszej tożsamości. Być Skandynawem to znaczy bacznie obserwować przyrodę i nią żyć. Jesteśmy ludźmi, którzy na przestrzeni dziejów wykształcili strategie radzenia sobie z kontrastem między krótkim, ekstatycznym latem a długą, surową zimą. Choć nasza miłość do wspaniałych ciast, zapalonych świec i pięknych wnętrz jest bardzo ważną tego częścią, to równie ważną rolę odgrywa nasza miłość do friluftsliv, czyli ‘życia na otwartym powietrzu’. Uważa się, że zwrotu tego jako pierwszy użył Henryk Ibsen w swoim poemacie På Viddene [‘Na szczytach gór’] z 1859 roku. Jest to dosyć długie dzieło, więc oszczędzę wam całości i przywołam tylko fragment:

W samotnym „pieskim rogu”,

Mój obfity połów, wezmę

Tam, gdzie jest ognisko domowe, i stół,

I friluftsliv w moich myślach3.

Ibsen nawiązywał tutaj do czegoś, co wszystkim Skandynawom wyda się znajome: do pragnienia oderwania się od wszystkiego, poszukiwania spokoju na łonie przyrody, najlepiej w samotnej chacie z dala od najbliższej drogi, gdzie za towarzystwo służą jedynie przypadkiem napotkane zwierzęta – łoś albo owca. Tak, wiem, nie jest to wyłącznie skandynawskie doświadczenie i mam pełną świadomość, że niebezpiecznie zbliżam się do powielania stereotypu. Faktycznie typowo skandynawska jest swoboda wędrowania w przyrodzie o każdej porze roku. Prawo to w całym regionie uznaje się za świętość. Jak pisze Robert Macfarlane w książce The Old Ways: A Journey on Foot:

Zazdroszczę Skandynawom zwyczajowego przywileju zwanego Allemansrätten [‘Prawo Każdego’]. Obyczaj ten, zrodzony w regionie, który nie przeżył stuleci feudalizmu i nie odziedziczył po nich respektu dla klasy ziemiańskiej, polega na tym, że każdy obywatel może przechadzać się gdzie chce po nieuprawianej ziemi, jeśli tylko nie spowoduje żadnej szkody. Może rozpalać ogniska, spać gdzie chce (byle poza obejściem), zrywać kwiaty, zbierać orzechy i jagody, pływać w każdej rzece i strumieniu (w Szkocji od niedawna wprowadza się nowe, oświecone prawa, które coraz bardziej przypominają ten obyczaj).

Każdy człowiek ma prawo do kontaktu z naturą, nie tylko uprzywilejowana elita. Nie trzeba kupować markowego sprzętu ani wydawać wielkich sum, żeby móc obcować z przyrodą. W dziczy niczyj status nie ma znaczenia – jest to najwyższa forma demokratycznego ideału.

Ktoś zapytał mnie niedawno, jakie są najważniejsze cechy Norwega, i trudno mi było wymyślić zwięzłą odpowiedź poza tym, że kochamy jeździć na nartach, niezdrowo ekscytujemy się mieszkaniem w małych chatkach na pustkowiu, jesteśmy uzależnieni od kawy i wymyśliliśmy spinacz do papieru. Powinnam była potraktować to nieco mniej prześmiewczo i trochę głębiej się zastanowić. Dziś powiedziałabym, że wielu z nas łączy pragnienie friluftsliv na łonie przyrody, tak jak to opisał w swym poemacie Ibsen, a całą Skandynawię przepełnia duma ze swobody wędrowania, która zapisana jest w naszych prawach, tak jak to zauważył Macfarlane. Nie znaczy to, że mamy naturę samotników albo że odrzucamy nowoczesność i trwamy w jakimś eskapistycznym marzeniu. Raczej czujemy silną potrzebę ucieczki od harmidru współczesnego życia, która pozwala nam na refleksję, na pozbieranie swoich myśli i na nabranie dystansu.

Natura uspokaja, pozwala przemyśleć, na czym tak naprawdę polega życie.

Poszukiwanie spokoju na łonie natury to serce hygge

Według ONZ w miastach żyje dzisiaj ponad połowa ludzkości, a według prognoz ta liczba ma do 2050 roku wzrosnąć do 66%. O ile kulturalne, gospodarcze, polityczne i społeczne korzyści płynące z mieszkania w mieście są bez wątpienia olbrzymie, o tyle z badań wynika, że zachodzi korelacja między mieszkaniem na terenie miejskim a częstotliwością występowania chorób psychicznych. Urbanizacja świata powoduje, że będziemy musieli się z tym zmierzyć. Tempo współczesnego życia nas wykańcza, a badania pokazują, że żyjąc w coraz bardziej wyalienowanej miejskiej rzeczywistości, możemy ogromnie pomóc naszemu zdrowiu i psychice, jeśli odstawimy na bok pracę, codzienne zmartwienia i – co najważniejsze – odłączymy się od komórek i tabletów. Coraz częściej mówi się o „cyfrowym detoksie”, a czy istnieje lepszy sposób na oderwanie się od namolnych powiadomień telefonu komórkowego niż udanie się w głuchą dzicz, gdzie zwyczajnie nie ma Wi-Fi?

Wiem z własnego doświadczenia (mieszkam w Londynie już prawie dziesięć lat), że co parę tygodni czuję przemożną potrzebę wyrwania się z miasta. Klaksony, ruch uliczny, rowerzyści przejeżdżający na czerwonym świetle, ciężki krok i zaciśnięte zęby pasażerów komunikacji miejskiej… Może to i jest wspaniałe miasto, ale w którymś momencie fizycznie nie daję rady dłużej go znosić i muszę uciec – w czym oczywiście nie jestem wśród londyńczyków wyjątkiem. Gdy mieszkaliśmy w Norwegii, mogłam iść zbierać kwiaty w lesie kilkaset metrów od domu albo założyć po szkole narty i przebiec się po wzgórzach.

Mogłam oderwać się w ten sposób od presji współczesnego życia znacznie łatwiej i swobodniej. Mieszkaliśmy w stołecznym mieście, a mimo to w pół godziny dało się dotrzeć z centrum do kryształowo czystych fiordów, doskonałych tras narciarskich i olbrzymiego lasu Nordmarka. I było tam tak bezpiecznie! Mogłam wybrać się w puszczę sama albo ze znajomymi, a rodzice chyba nigdy się nie martwili, że ich dzieci dopadną pedofile czy seryjni mordercy. Inne skandynawskie stolice również łączą krajobraz miejski z naturalnym, dzięki czemu ich mieszkańcy mogą bez trudu znaleźć się na łonie natury o każdej porze roku. Sądzę, że jest to jedna z głównych przyczyn, dla których tak dobrze się tam żyje. W książce Miasto szczęśliwe Charles Montgomery przedstawia Kopenhagę jako miasto zaprojektowane wzorcowo, z myślą o tym, żeby odpowiadało na potrzeby jego mieszkańców. Dobrym przykładem są jej ścieżki rowerowe: rada miasta postanowiła, że muszą być szerokie, bo rowerzyści lubią ze sobą rozmawiać w czasie jazdy. Miasta stają się lepszymi miejscami do życia dzięki takim właśnie drobnym szczegółom.

Natura uspokaja, pozwala się odprężyć i przemyśleć, na czym tak naprawdę polega życie. Uważam, że jeśli wasze myśli przepełnia niepokój, strach i stres, to wyjazd do lasu, przechadzka nad brzegiem morza lub spokojny spacer po górach podniesie was na duchu znacznie lepiej niż jakakolwiek droga torebka albo najnowszy „obowiązkowy” elektroniczny gadżet.

Zachowaj spokój, przytul drzewo. O korzyściach z ekoterapii

Antropolożka Margaret Mead napisała kiedyś o „duchowych i psychicznych przodkach”, którzy formują naszą tożsamość. Niezależnie od tego, czy ta koncepcja do was trafia, czy nie, sądzę, że powrót do natury w naszych ojczystych stronach działa terapeutycznie. Nie myślcie, że jestem tulącą drzewa hipiską – nic z tych rzeczy. Każdy mój kontakt z przyrodą przynosił mi nieoczekiwane korzyści i pomagał ukoić nerwy związane ze szkołą, przyjaciółmi i niepewną przyszłością, ale mam świadomość, że dyskusję o zdrowiu i samopoczuciu zdominowali dziś nurt pseudo-duchowy i fanatycy zdrowego trybu życia. Mnie w naturze fascynuje to, że daje poczucie jasności, pomaga się na nowo skupić i odnaleźć cel w życiu, a także ma lecznicze właściwości. Chwile spędzone na łonie przyrody działają do głębi terapeutycznie, co pewnie większość tych, którzy na powietrzu spędzają dużo czasu, odczuwa intuicyjnie, a zrozumienie tego bardzo szybko wychodzi poza kręgi związane z ekoterapią.

Fundamentem ekoterapii są lecznicze i psychologiczne korzyści z przebywania w kontakcie z naturą i w naturalnym otoczeniu. Współcześnie związki między przyrodą a poprawą stanu zdrowia psychicznego można prześledzić do początków ubiegłego wieku.

Martin Jordan, Back to Nature, „Therapy Today”, kwiecień 2009

Według przeprowadzonego w 2015 roku na Uniwersytecie Stanforda badania opisanego w artykule pod chwytliwym tytułem Doświadczanie przyrody zmniejsza skłonność do zamartwiania się i aktywność podkolanowej kory przedczołowej4 obcowanie z przyrodą chroni przed zadręczaniem się swoimi problemami. Nie do końca jeszcze rozumiemy jej dobroczynne właściwości, ale naukowcy i lekarze coraz częściej zalecają spędzanie czasu na łonie natury. Związek między ludźmi a przyrodą z pewnością opiera się na wzajemności, a to oznacza, że musimy umieć dbać o środowisko i zachowywać je dla przyszłych pokoleń. Dawni wikingowie znani byli z łupiestwa, ale współcześni Skandynawowie rozumieją, że nie można po prostu pójść w dzicz i wziąć z niej, co się chce. Nawet jeśli kompletnie nie rozumiecie tajemnic przyrody, możecie zostać wolontariuszami i pomagać w utrzymaniu ogrodu lub rezerwatu w swojej okolicy. Według raportu dziennika „The Guardian” lekarze zalecają dziś pacjentom, by dla poprawy swego zdrowia psychicznego spędzali więcej czasu na pracach ogrodowych, a ogrodnicy od dawna twierdzili, że grzebanie w glebie jest dobre dla odporności. Rozważcie adopcję drzewka. Włączajcie się w różne akcje lokalnej społeczności, na których możecie się dowiedzieć więcej o środowisku i nauczyć się o nie dbać. Małymi krokami dochodzi się do wielkiej różnicy, więc nie martwcie się, jeśli w waszej okolicy trudno o kontakt z przyrodą. Pomóc może nawet oglądanie obrazów przyrody, o czym pisał już w 1862 roku Henry David Thoreau5. Pacjenci szpitali, którzy mogli oglądać za oknem drzewa, wracali do zdrowia o wiele szybciej od zmuszonych gapić się na ściany. Czy to zdjęcie wodospadu, czy obrazek przedstawiający małe zwierzątka, czy widok na drzewa za oknem – przyroda ma niemal magiczną zdolność do odnawiania ludzkich sił.

Brytyjska organizacja charytatywna Mind i naukowcy z University of Essex odkryli, że korzyści z ekoterapii dla zdrowia psychicznego były wymierne i dostępne dla każdego, niezależnie od tego, czy uskarżał się na problemy psychiczne, czy nie. Z ich badań wynika, że czas spędzony na łonie natury:

∞ poprawia samoocenę,

∞ pomaga osobom z zaburzeniami psychicznymi wrócić do pracy,

∞ korzystnie wpływa na zdrowie,

∞ pozwala uniknąć izolacji społecznej.

Coraz wyraźniej dostrzegamy też korzystny wpływ kontaktu z przyrodą na zdrowie dzieci i młodzieży, zwłaszcza jeśli chodzi o skupienie w szkole i tworzenie dobrych nawyków w najważniejszych latach ich rozwoju. Dzieci, które dużo czasu spędzają na łonie natury, mają lepszą koncentrację, są grzeczniejsze i bardziej twórcze. Każdy korzysta z przebywania na powietrzu tak często, jak to tylko możliwe – czy się na drzewa wspina, czy tylko je obejmuje…

Pory roku: apatyczna bezsenność i zimowy sen

Det finnes ikke dårlig vær – bare dårlige klær.

[’Nie ma czegoś takiego, jak zła pogoda – może być tylko zły ubiór’].

przysłowie norweskie

Kolejnym istotnym aspektem skandynawskiej miłości do natury jest to, że nigdy nie pozwalamy, żeby w wychodzeniu na dwór przeszkadzała nam zła pogoda – oczywiście z wyjątkiem sytuacji skrajnych. Ale na razie mówimy o pogodzie w zasadzie łagodnej, tylko nieprzyjemnej. Jeśli na dworze jest poniżej –20oC, to lepiej nie wychodzić bez sprzętu na wyprawę polarną. Wystarczy jednak zdrowy rozsądek: gdy pada deszcz czy śnieg albo jest szaro i buro, to i tak musisz wyjść z domu.

Choć słyniemy z długich i mrocznych zim, często zaskakujemy przybyszów spoza Skandynawii tym, że Midsommar (czyli weekend najbliższy nocy świętojańskiej) fetujemy niemal równie chętnie co Boże Narodzenie. Skandynawskie lato jest krótkie, ale czarujące, a długie zimowe miesiące pozwalają nam w pełni docenić jego widowiskowy rozkwit. Większość skandynawskich dzieci lepiej lub gorzej pamięta, jak latem jadły borówki i korzystały z tego, że podczas Midsommar dzień trwa naprawdę długo. Fiordy mieniące się kolorem indygo. Zabawy w lesie, długie spacery z rodziną lub przyjaciółmi. Czasem pozwalamy też sobie trochę wtedy zaszaleć i traktujemy przyrodę jak miejsce do zabawy. Rozpalamy ogniska, zrywamy dzikie kwiaty i zbieramy się na wielkie, niekończące się imprezy. W Dzień św. Jana cieszymy się, że przetrwaliśmy zimę, i staramy się jak najlepiej wykorzystać nasze krótkie lato. Moim zdaniem niepohamowaną energię Midsommar najlepiej przedstawił norweski malarz Nikolai Astrup, na którego barwnych obrazach pomarańczowe płomienie lśnią na tle szmaragdowozielonych gór, gromadzą się ludzie, gra muzyka. Dla Astrupa ten zachwyt pełnią lata to cecha na wskroś norweska (a tym samym skandynawska), czemu nadal dajemy wyraz niemal sto lat po tym, jak stworzył swoje dzieła.

Większość Skandynawów ma jakąś swoją opowieść o magicznych dniach i nocach Midsommar, kiedy z braku snu zaczynali tracić kontakt z rzeczywistością. Ja pamiętam, że te dni wypełniały takie zajęcia, jak zabawa w chowanego w lesie, zbieranie dzikich truskawek ze znanych tylko nam rozpadlin w dolinie Aurlandsdalen na zachodnim wybrzeżu Norwegii, wyplatanie wianuszków z dzikich kwiatów i pluskanie się w lodowato zimnych wodach pobliskiego fiordu. Wieczorem zbieraliśmy się znowu na posiłku. Przychodzili znajomi i goście, a tata grillował raki, które złapaliśmy tego dnia w fiordzie. Czasami moja babcia włączała wszystkie palniki w kuchence i przyrządzała górskiego pstrąga sauté – i to dość dla dwudziestu osób – niczym najlepsza kucharka z drogiej restauracji. Każdy filet smażony na świeżym maśle prosto z gospodarstwa, ze zwykłym sosem z cytryny, śmietany i koperku. Po co komu restauracje, jeśli ma się w domu coś równie doskonałego? My, wnuki, pomagaliśmy nakryć do stołu, przygotować sałatkę, zrobić deser z owoców leśnych, które zebraliśmy w ciągu dnia, a potem razem z dorosłymi długo wieczorem ucztowaliśmy. Rzadko miało znaczenie, jaka jest pogoda. Każdy dzień i każdą noc trzeba było spędzić na zewnątrz.

Skandynawski sposób życia jest prosty: ponieważ dobrze jemy i jesteśmy aktywni cały rok, nie mamy problemu z dogadzaniem sobie ciastkami i plackami, wygodnymi meblami i ładnymi świeczkami. W hygge nie chodzi o to, żeby sobie bez powodu folgować. Wszyscy znają stereotyp zdrowego i spokojnego Skandynawa, a jest w nim ziarno prawdy – żyjemy zdrowo, bo decydujemy się na zrównoważone podejście do poszukiwania przyjemności. Odrzucamy modne diety, które nakazują ekstremalny detoks albo wyrzucanie z jadłospisu całych grup pokarmów. Naszym zdaniem nie można być zdrowym, jeśli ciągle trzeba się denerwować jedzeniem, swoim ciałem albo życiem w ogóle. Po wikingach odziedziczyliśmy świadomość, że życie bywa surowe i niczego nie da się przewidzieć. Staliśmy się zatem ludźmi, którzy żyją chwilą, w tym starają się w pełni czerpać z każdej pory roku. Wolimy świeże powietrze od siłowni i smakowite jedzenie od liczenia kalorii. Pewnie, lubimy śmietanę i masło, kochamy czekoladę i ciasta, ale jemy je tylko od czasu do czasu i równoważymy słodycze dodatkową aktywnością, na ogół na świeżym powietrzu.

Midsommar to czas świąteczny, kiedy trochę szalejemy i traktujemy przyrodę jak miejsce do zabawy

Gdy dorastałam, niezależnie od pory roku czułam nacisk na bycie razem w gronie rodziny i przyjaciół. Zwłaszcza lato było dla nas sielankowym czasem, kiedy tak wiele godzin spędzaliśmy na łonie przyrody. Sednem zimy z kolei była radość z jeżdżenia na nartach, łyżwach i saniach po śniegu i lodzie, a potem chowania się w domu z gotowanym na wolnym ogniu boczkiem, świeżo upieczonymi bułeczkami kardamonowymi i niekończącym się strumieniem kakao czy koktajlem. Czy za oknem widno, czy ciemno – my wiemy, jak dobrze przeżyć każdą porę roku. Mamy też kilka praktycznych pomysłów dla was.

Jak uprawiać hygge w naturze

Większość z tego, co napiszę, to wprawdzie rzeczy zdroworozsądkowe, ale zdziwilibyście się, jak często spotykam mieszczuchów, którzy nie mają zielonego pojęcia o świecie przyrody za oknem. Wychodzę zatem z założenia, że jesteście świetnie przygotowani do poruszania się po ulicach miasta, ale niekoniecznie równie zdolni w radzeniu sobie z leśnymi ścieżkami.

Zacznijmy od podstaw: zawsze bądźcie dobrze przygotowani. Zanim wyjdziecie z domu, sprawdźcie prognozę pogody. Przekonacie się, że niezależnie od pory roku trzeba założyć kilka warstw ubrania, zwłaszcza jeśli wędrujecie latem po północnej Europie. Może zacząć padać, a w górach śnieg leży cały rok. Kupcie wygodne i jednocześnie wytrzymałe buty, które nie będą się ślizgać, żebyście nie przewrócili się na zboczu jakiegoś pagórka. Ja od dawna chodzę w tej samej parze butów Timberland, która ma już prawie dwadzieścia lat (vintage!) i nadal doskonale nadaje się do takich spacerów. Naładujcie przed wyjściem komórkę, zawsze też warto mieć pod ręką szwajcarski scyzoryk.

Piersiówka przydaje się, żeby na spacerze móc się napić, a trochę przepysznych smakołyków z fiki też się nie zmarnuje. Improwizowane pikniki w plenerze są o wiele lepsze, jeśli ma się jakiś koc, żeby usiąść, ale można też użyć kurtki albo plastikowej torby. Idealnie jest mieć porządny plecak, najlepiej wodoodporny. Robiąc zakupy, nie wybierajcie rzeczy za bajońskie sumy. Chodzi o to, żeby rozsądnie zainwestować w kilka przydatnych przedmiotów, które wytrzymają lata.

Dorastałam w kraju, gdzie normalne jest zrobienie sobie zwykłej kanapki z jednej kromki chleba na drogę – nazywamy to matpakke, czyli ‘paczka jedzenia’, co pokazuje, jak frustrujące potrafi być tłumaczenie nazw na inne języki. Z dzieciństwa została mi sympatia do klasycznych kanapek z szynką i serem, dużą ilością musztardy, chrupką sałatą i piklami, ale prawda jest taka, że po kilku godzinach przechadzania się na świeżym powietrzu kromka chleba z solonym masłem i nieprzyzwoitą ilością sera smakuje równie dobrze co wyszukana kanapka.

Nie wkładajcie do kanapek takich rzeczy, od których one rozmiękną (patrzę na was, ogóreczki), ani takich, na których pod wpływem ciepła i słońca mogą się zalęgnąć bakterie (majonez albo śmietana). Jeśli nie możecie zabrać ze sobą torby chłodzącej, to raczej nie za dobrze nadadzą się także owoce morza, które po jakimś czasie jako wasze matpakke mogą zacząć brzydko pachnieć.

Większość z sałatek i przepisów z warzyw zamieszczonych w tej książce to dobre posiłki na przygody w plenerze, a co ważniejsze, pozwolą wam zachować trochę miejsca na fikę, na przykład:

∞ muffinki ze s. 71, 75 i 88,

∞ śliwki w czekoladzie z migdałami i marcepanem ze s. 89,

∞ ciasto ciemność i światło ze s. 83,

∞ ciasteczka z palonego masła, cukru i słodu ze s. 76,

∞ zwijane bułeczki z kardamonem ze s. 68.

A także inne ciasta z rozdziału o fice, które można pokroić i zapakować w szczelny pojemnik – w ich przypadku jednak polewa może lepić się do palców i przyciągać mrówki lub inną faunę, więc rozważcie trzymanie się sugestii z powyższej listy. W Oslo po biegach narciarskich jako dzieci zawsze dostawaliśmy bułeczkę z kardamonem, klementynkę i soczek w kartoniku – nic nie smakowało lepiej po wycieczce na przełaj po wzgórzach. Spróbujcie nie robić niczego zbyt skomplikowanego – po kilku godzinach na powietrzu wszystko smakuje wybornie.

Cokolwiek byście jednak robili, trzymajcie się z dala od tych okropnych „zdrowych” przekąsek, w których cnota umiarkowania jest ważniejsza od smaku. Wielcy kucharze nie bez powodu nie uważają słodkiego ziemniaka za wspaniały dodatek do wypieków. Jeśli macie jeść muffinki, to jedzcie najlepsze jakie się da, a „dietetyczne” obchodźcie szerokim łukiem. Pozbawiona smaku maź z awokado, daktyli i nasion chíi nie zawiera nawet śladowych ilości hygge.

Kawa czy herbata (albo nawet słodowa gorąca czekolada z prądem i śmietanką ze s. 147) z termosu to zawsze świetna rzecz, kiedy jest się na przechadzce. Nie tylko wychodzi taniej niż liczenie na to, że coś się kupi po drodze, ale można też swobodnie decydować, co się do termosu wleje (np. coś mocniejszego!).

Hygge to często zajęcie grupowe, więc jeśli wasi najbliżsi nie za bardzo lubią otwartą przestrzeń, możecie od nich odejść. Żartuję. No, nie do końca.

Poważnie: jeśli macie chętkę na trochę hygge na powietrzu, a wasza rodzina lub znajomi nie czują mięty do tego pomysłu, zastanówcie się, czy nie ma w okolicy jakiegoś towarzystwa albo klubu miłośników przyrody, a potem tak planujcie swoje urlopy czy wolny czas, żeby móc uczestniczyć w ich wycieczkach. Może zabrzmię jak Ministerstwo Turystyki Skandynawii, ale polecam wakacje w tej części świata. Rozejrzyjcie się za imprezami organizowanymi wśród dzikiej przyrody w cieplejszych miesiącach roku albo spróbujcie zarezerwować chatkę w jakimś odległym od cywilizacji miejscu o niezwykle pięknej przyrodzie.

Jak wspominałam wcześniej, coraz więcej mówi się o różnorakich korzyściach dla zdrowia płynących z wypraw na łono natury. Nie bez powodu mieszkańcy miast spędzają dużo czasu w parkach i na skwerach tak w tygodniu, jak i w weekendy, ale jeśli macie na to czas i ochotę, powinniście wyjeżdżać za miasto, gdy tylko możecie. Niemcy mają na to piękne wyrażenie: ins Blaue fahren, czyli dosłownie ‘jechać w błękit’. Oznacza ono podróż bez wyraźnego celu, która służy tylko odprężeniu się, podziwianiu widoków i odkrywaniu nowych rzeczy.

Gdy pisałam ten rozdział, w Londynie było znacznie chłodniej niż zwykle o tej porze roku, ale i tak codziennie spacerowałam po skwerach Bloomsbury, żeby oczyścić umysł. Nawet o zmierzchu, gdy temperatura spadała do zaledwie czterech stopni i mżyło, narzucałam na wierzch wełniany sweter, owijałam się sporym szalikiem i ciepłym płaszczem i wychodziłam na dwudziestominutowy spacer szybkim krokiem po Russell Square. Miałam po nim przyjemnie zaczerwienione od zimna policzki oraz – co znacznie ważniejsze – poczucie spokoju i porządek w myślach. Przekonacie się, że jeśli wieczorem zaczerpniecie trochę świeżego powietrza, będziecie lepiej spać.

W naszej naturze leży wymaganie od siebie coraz więcej i więcej, podchodzenie do triatlonów albo trudnych wyścigów, ale aktywność na świeżym powietrzu i wśród przyrody to wartościowy cel sam w sobie – nie ma potrzeby zawsze gonić za najnowszym i najmodniejszym trendem w fitnessie, do czego jeszcze wrócę w następnym rozdziale. Przybliżajcie dzieciom naturę od najmłodszych lat: w barnehage (czyli norweskim przedszkolu) mieliśmy zajęcia na zewnątrz i uczyliśmy się o florze i faunie naszej okolicy. Do dziś mam lekką obsesję na punkcie liści paproci, bo pamiętam, jak siedziałam na podwórku przedszkolnym i słuchałam o tych dziwnych, prehistorycznych roślinach.

Nie sugeruję zamykania dzieci w szklarniach, bo w młodym wieku trzeba się bawić i odkrywać świat, są one jednak z natury ciekawskie i chyba byłoby szkoda nie nauczyć ich paru rzeczy, kiedy znajdą się na zewnątrz i będą na to gotowe. Jak gotowanie to świetny sposób na wytłumaczenie podstaw fizyki, tak z przyrody nasze dzieci mogą się wiele dowiedzieć o znaczeniu symbiozy w ekosystemie i o naszej relacji ze środowiskiem. Nie trzeba od razu podchodzić do nich jak Mensa i dopytywać się, czy dostrzegają w roślinach ciąg Fibonacciego, albo robić im sprawdziany z geometrii (choć jako osoba, która w dzieciństwie miała problemy z matematyką, dobrze dziś rozumiem, że parę takich lekcji przydałoby mi się, gdy byłam nastolatką). Wystarczy zabrać na spacer parę kartek papieru i kredki, żeby pokazać dzieciom powtarzające się w przyrodzie wzory i piękno natury, a także rozwinąć ich kreatywność.

Wychowujcie dzieci w naturze. Wskazujcie im zagrożenia, namawiajcie do szukania przygód i przezwyciężania lęków – tak postępują Skandynawowie.

Hygge – przyroda w waszym domu

Jeśli lubicie media społecznościowe, znajdźcie blogi o przyrodzie, ogrodnictwie i krajobrazach, a także strony pisarzy i fotografów, którzy się nimi zajmują. W ostatnich latach trzymanie roślin w domu znów stało się modne, są one wszak zawsze dobrym dodatkiem do każdego domu, gdzie praktykuje się hygge. Wrócimy do tego w rozdziale poświęconym projektowaniu wnętrz.

Ostatnio postanowiłam znaleźć w Internecie nowe źródła zdjęć i tekstów o wnętrzach, przyrodzie i roślinach. Zdecydowanie lepiej się czuję, patrząc na zdjęcie kwitnącej rośliny, zorzy polarnej za kołem podbiegunowym i chat w kanadyjskiej dziczy niż na fotki butów albo jakiejś fitnessowo-lifestyle’owej guru, popisującej się giętkością swojego ciała przy robieniu wymagającej stania na rękach pozycji jogi w absurdalnie drogich ciuchach z lycry.

Jeśli chcesz stworzyć w domu atmosferę naturalnie skandynawskiego hygge, to dobrym sposobem jest uważne przyjrzenie się temu, jak wygląda przestrzeń, w której mieszkasz. Później jeszcze do tego wrócę, na razie dość powiedzieć, że jest kilka sztuczek pozwalających szybko i łatwo poczuć się w domu nieco bliżej natury:

» Najpierw zastosujcie japońską metodę KonMari: zadajcie sobie pytanie, czy rzeczy, które macie, dają wam radość. Jeśli nie, to je wyrzućcie i to bez litości – bałagan w mieszkaniu to bałagan w głowie.

» Kiedy już w waszym domu zostaną tylko rzeczy kochane i cenne, zainwestujcie w rośliny. Według NASA najlepiej powietrze w waszym domu oczyszczą:

∞ daktylowiec niski (Phoenix roebelenii),

∞ nefrolepis wyniosły (Nephrolepis exaltata),

∞ paproć królowej Kimberley (Nephrolepis obliterata),

∞ zielistka Sternberga (Chlorophytum comosum),

∞ aglaonema A. modestum,

∞ palma Chamaedorea seifrizii,

∞ figowiec benjamina (Ficus benjamina),

∞ epipremnum złociste (Epipremnum aureum),

∞ anturium Andrego (Anthurium andraeanum),

∞ bylina Liriope spicata,

∞ palma biczowa (Rhapis excelsa),

∞ gerbera Jamesona (Gerbera jamesonii),

∞ dracena wonna (Dracaena fragrans, odmiana Massangeana),

∞ bluszcz pospolity (Hedera helix),

∞ sansewieria gwinejska (Sansevieria trifasciata laurentii),

∞ dracena obrzeżona (Dracaena marginata),

∞ skrzydłokwiat (Spathiphyllum, odmiana Mauna Loa),

∞ złocień wielkokwiatowy (Chrysanthemum morifolium).

» Jako kucharka mogę ponadto polecić postawienie w kuchni małego aloesu – nie tylko nie trzeba mu poświęcać zbyt wiele uwagi, ale dodatkowo jego soki świetnie leczą oparzenia, których przy gotowaniu trudno uniknąć.

» Raz w tygodniu kupujcie (albo jeśli jesteście szczęśliwcami, którzy mają własny ogródek, zrywajcie) kilka świeżych kwiatów. Parę kwiatów i kilka świec to najprostszy sposób na wprowadzenie do domu odrobiny hygge. Trzymajcie się jednego gatunku albo jednego koloru, oprzyjcie się pokusie kupowania mieszanych bukietów – wyglądają cukierkowato.

» Różne odcienie szmaragdowego, niebieskiego, szarego i gołębiego uspokajają i są świetnym tłem dla waszych pięknych skandynawskich (lub inspirowanych skandynawskimi) dekoracji. Do wytworzenia nastroju hygge nie trzeba wiele – niezależnie od tego, gdzie jesteście.

Wołanie puszczy

Lepiej jest iść na narty i myśleć o Bogu, niż iść do kościoła i myśleć o sporcie.

Fridtjof Nansen

Na pewno już zauważyliście, że my, Skandynawowie, w swoim żywiole jesteśmy wtedy, gdy przebywamy na zewnątrz. Co ważniejsze, dla nas pozostawać aktywnym przez cały rok – to żyć. Żyjemy zatem zarówno poza domem, jak i w domu, w naszym małym zakątku świata. Jak zauważył kiedyś norweski odkrywca Fridtjof Nansen, rozmyślanie o Bogu, o sensie życia albo po prostu o różnych jego aspektach najlepiej podejmuje się wtedy, gdy się coś robi, gdy jest się aktywnym na łonie natury.

Świeże powietrze jest zawsze lepsze od siłowni

Jeśli możecie wybierać, zdecydujcie się na friluftsliv, a nie ćwiczenia w klubie fitness – to dobry pierwszy krok na waszej drodze do prawdziwego skandynawskiego hygge. Z wielu badań wynika, że narzucenie na siebie stroju do ćwiczeń i wypocenie się na łonie natury działa o wiele lepiej niż ćwiczenie w zamkniętych pomieszczeniach. Jak już wspomniałam w poprzednim rozdziale, czas spędzony na zewnątrz korzystnie wpływa na zdrowie psychiczne i obniża poziom stresu, natomiast ćwiczenie na świeżym powietrzu prowadzi do gwałtownego przypływu energii, odpływu gniewu i uwolnienia zdrowej dawki witaminy D. Prężenie mięśni na zewnątrz dobrze działa też na mózg. Nauka potwierdza to, co czuliśmy od zawsze, a co świetnie oddaje norweskie porzekadło:

Ut på tur, aldri sur! [‘Na spacerze nigdy nie jestem ponury!’]

Spędzanie czasu na zewnątrz jest zatem zapisane w skandynawskim DNA. Być może to dziedzictwo wikingów: niepohamowana potrzeba działania, szukania przygód, odkrywania świata – to kluczowy element naszego poczucia tożsamości. Oczywiście w Skandynawii występują problemy zdrowotne podobne do tych, które pojawiają się w innych państwach rozwiniętych – nowotwory, choroby serca, coraz powszechniejsza otyłość oraz inne poważne schorzenia – ale wśród Skandynawów są rzadsze niż u ich sąsiadów. Państwa skandynawskie przodują w rankingach stanu zdrowia społeczeństwa i średniej długości życia niezależnie od tego, jaką wykorzystano metodę pomiaru. Wydaje mi się, że mieszkańcy regionu mają właściwe priorytety. Korzystają z ożywczego wpływu świeżego powietrza, łaczą czas spędzony na cichej kontemplacji przyrody z rozsądnym podejściem do życia.

A dziś, gdy jest wśród nas więcej mieszkańców miast niż kiedykolwiek w dziejach, skandynawski przykład życia na powietrzu pokazuje, co wybierać, by najlepiej wykorzystywać swój czas na naszej planecie. Wkroczmy zatem do świata skandynawskiego hygge w naturze…

Hatar Sport! Hatar Sport!

W chwalonym przez krytyków filmie Lukasa Moodyssona We Are the Best!, osadzonym w Sztokholmie lat 80. ubiegłego wieku, trzy nastoletnie dziewczyny buntują się przeciwko zastanemu porządkowi i zakładają zespół punkrockowy. „Nienawidzimy sportu! Nienawidzimy sportu!” – krzyczą, waląc w bębny i szarpiąc struny gitary basowej z finezją porównywalną do Zwierzaka z Muppetów. Ich piosenka – o ile można ją tak nazwać – to protest przeciwko tyranii nieprzyjemnego nauczyciela wuefu, który z pogardą podchodzi do ich braku zainteresowania sportami drużynowymi i za karę każe dziewczynom biegać wokół sali gimnastycznej. „Dzieci w Afryce głodują, was obchodzi tylko futbol” – śpiewają dziewczyny w odpowiedzi na chamstwo belfra. Tekst piosenki jest wyjątkowo zabawny dla każdego, kto dorastał w regionie tak zwariowanym na punkcie sportu jak nasz. Bardzo wyświechtane jest stwierdzenie, że sport to dziś globalna religia. Cóż, w Skandynawii na pewno mieści się w sferze sacrum.

Niektórzy z was przy czytaniu tej książki od razu zrozumieją te dziewczyny i ich pogardę dla lekcji wychowania fizycznego. Być może również was zniechęciły w młodości do sportu jakieś nieprzyjemne przeżycia na wuefie. Gdy uczyłam się w British International School w Oslo, w podstawówce nauczycielem wuefu był Brytyjczyk, który uważał, że dziewczynki powinny na lekcjach mieć tylko koszykówkę, palanta i gimnastykę. Chłopcy mogli robić, co tylko chcieli. Byłam zła, że im było wolno grać w piłkę nożną, a my musiałyśmy zadowolić się koszykówką albo robić jakieś nieprzyjemne wygibasy. Dziewiętnastowieczne podejście naszego nauczyciela do płci i sportu było zupełnie inne od wzorca norweskiego, w którym dziewczęta mogą grać, w co chcą, i nikt nie zaczyna ich oskarżać o brak kobiecości czy martwić się, że wypadną im macice, ani – tym bardziej – wygadywać jakichkolwiek innych szowinistycznych bzdur, które mają wykluczać dziewczyny i kobiety ze świata sportu.

W wielu krajach wciąż pokutuje takie archaiczne nastawienie do dziewcząt uprawiających sporty. Dokładnie w tym okresie życia, w którym sport może pomóc ulżyć nastolatkom w stresie związanym ze szkołą, mnóstwo dziewczyn jest zniechęcanych do ćwiczeń fizycznych i gier zespołowych na resztę życia. Właśnie dlatego tak słuszna jest polityka rządu Szwecji, który chce zachęcać je do aktywności fizycznej: w skali kraju 40% osób uprawiających sport to kobiety. Nacisk kładzie się na znalezienie takiej dyscypliny, która sprawiałaby przyjemność, oraz na budowanie pewności siebie, a nie na hodowanie następnej mistrzyni olimpijskiej. Władze rozumieją, że inwestowanie w tego typu projekty przynosi wymierne korzyści społeczne i gospodarcze. Nie tylko z tego powodu, że ludzie uprawiający swój ulubiony sport są szczęśliwsi, ale też dlatego że wyrabiają sobie przy tym dobre nawyki, co owocuje wydłużeniem życia i zmniejszeniem liczby chorób, które potem trzeba by było leczyć w państwowych szpitalach. Dlaczego mielibyśmy nie chcieć, żeby dziewczynki i kobiety brały udział w takim programie? To absurd, że w wielu częściach świata połowę ludności systematycznie zniechęca się do poszukiwania sportu, który mogłaby pokochać, albo do spędzania czasu na powietrzu.

Gdy na ziemi leży czysta biała warstwa świeżego śniegu, aż słychać zew gór.

Częścią skandynawskiego stylu życia jest przyzwyczajanie dzieci do przebywania na powietrzu od najmłodszych lat

Jeśli to czytacie, a nie jesteście już pierwszej młodości, zostaliście na całe życie zniechęceni do sportów albo boicie się zacząć uprawiać je teraz, gdy daleko wam do pełnych energii nastolatków, mam dla was dobrą wiadomość: przeprowadzone niedawno w Ameryce badania dowodzą, że aktywność fizyczna podjęta na późniejszym etapie życia, po długim okresie bezczynności, nadal poprawia szanse na długie życie i na różne sposoby wspiera zdrowie psychiczne, więc nigdy nie jest za późno, żeby wziąć się do pracy.

Jak pisze Anna Kessel w książce Eat. Sweat. Play, najwyższy czas, żeby kobiety mogły uprawiać sport dla przyjemności. Nie musi to być obowiązek ani upokorzenie. Nie trzeba być pierwszą ani lepszą od wszystkich innych. Owszem, rywalizacja bywa ekscytująca, a ludzie są ewolucyjnie uwarunkowani, by z każdym pokoleniem iść dalej, szybciej i mieć więcej siły, ale sport uczy też tak wiele o tym, jak żyć. Nie musi być brutalny i konfliktowy, można go uprawiać w sposób łagodny i relaksujący. Dopiero jako dorośli w pełni uświadamiamy sobie zalety sportu, zaczynamy rozumieć, że gra zespołowa i solidarność, których uczymy się na boisku, mogą potem przydać się w karierze zawodowej; że aktywność fizyczna daje pewność siebie; że zaczyna się chodzić prosto, patrzeć nieznajomym w oczy i przenosić nauki wyciągnięte ze sportu na inne dziedziny życia. To straszna szkoda, że tak wiele osób przestaje uprawiać sport po studiach, a dla zdrowia zaczyna chodzić na siłownię. Nie zrozumcie mnie źle – zawsze lepiej jest coś robić, nawet w zamkniętym pomieszczeniu i na bieżni, ale na siłowni nie znajdziecie szczęścia. Badacze z Uniwersytetu w Cambridge odkryli, że brak ruchu jest dla zdrowia znacznie groźniejszy od nadwagi, a osoby prowadzące siedzący tryb życia chorują częściej od otyłych. Tym samym potwierdzili to, co wielu uprawiających sport od dawna podejrzewało: nie ma znaczenia kształt ciała albo wskaźnik BMI – kluczem do długiego życia jest aktywność fizyczna.

W Skandynawii sportu nie postrzega się jako gry o sumie zerowej, w której chodzi tylko o zwycięstwo. Od nieodłącznie kojarzonych z nami sportów zimowych – narciarstwa, łyżwiarstwa, hokeja, skoków narciarskich – po uprawiane w cieplejszych miesiącach – piłkę nożną i ręczną, lekką atletykę, wioślarstwo czy żeglarstwo – każdy sport uważa się za ważny. Kibiców ekscytuje, gdy reprezentacje dobrze sobie radzą na międzynarodowych zawodach, a jednocześnie nie ma jakiejś narodowej tragedii, gdy przegrywają. Jeśli nasza drużyna wypadnie z hukiem z ważnego turnieju, to pewnie trochę nas to smuci, ale potem i tak wychodzimy na zewnątrz i o tym zapominamy. Na Zimowej Olimpiadzie w Lillehammer w 1994 roku norweską sztafetę narciarską uważano za zdecydowanych faworytów, a ich bieg był dla miłośników nart jednym z najbardziej oczekiwanych wydarzeń sportowych tamtego roku. Gdy zamiast nich wygrali Włosi, publiczność – składająca się głównie z Norwegów z okolicy – była w szoku. Nikt jednak nie uznał tego za koniec świata. Tymczasem brytyjska prasa winduje oczekiwania wobec swojej reprezentacji piłkarskiej przed każdymi mistrzostwami, a potem jeżeli nie uda jej się wygrać, z sadystyczną rozkoszą miażdży trenera i zawodników na proch.

Zrozumieć hygge i skandynawski styl życia to także przyjrzeć się tradycjom, które podtrzymujemy do dziś i które nas kształtują i określają.

Nie chodzi jednak tylko o tradycyjne sporty. Wystarczy rzucić okiem na co bardziej nietypowe skandynawskie zajęcia na świeżym powietrzu, takie jak fińskie eukonkanto, czyli wyścig, w którym mąż musi przenieść żonę przez tor pełen przeszkód. Podobnie jak angielska tradycja ścigania sera staczanego ze zbocza Cooper’s Hill w Gloucestershire fińskie wyścigi z żonami są cudownie wręcz szurnięte, ale właśnie o to chodzi – sport może być głupawy, byleby zachować dystans do siebie. W świecie, w którym dyscypliny zawodowe są tak potężnie skomercjalizowane, często zapominamy, ile frajdy dają mało prestiżowe zajęcia w plenerze.

Polowanie i łowienie ryb

Łowienie ryb jest odprężające. To jak joga, tyle że mogę coś zabić.

Ron Swanson, Parks and Recreation

Wiele mówi się o skandynawskiej miłości do zbierania owoców leśnych, spopularyzowanego przez takich kucharzy jak René Redzepi z najsłynniejszej kopenhaskiej restauracji Noma, mniej o naszych tradycjach łowieckich i wędkarskich. W zasadzie nie da się rozmawiać o skandynawskich zajęciach na świeżym powietrzu bez poruszenia tego drażliwego tematu. Postawię sprawę jasno: łowienie ryb i polowanie to w Skandynawii sposób na życie. Nie wiąże się ich z klasą społeczną czy zamożnością, są to po prostu czynności, które kiedyś pozwalały nam przeżyć. Skandynawskie podejście do wędkarstwa i łowiectwa jest pragmatyczne. Dla wielu z nas są to tradycje niezwykle ważne dla naszej tożsamości, a odpowiedzialni myśliwi i wędkarze (zarówno mężczyźni, jak i kobiety) kultywują je z szacunkiem dla zwierząt i przestrzegają zasad ustalonych przez rząd. Dawniej każda ziemia z prawami do polowań i łowienia ryb była uważana za niezwykle cenną. Nasza rodzina miała takie właśnie gospodarstwo. Dorastałam wśród krewnych, którzy latem łowili w okolicznych strumieniach pstrągi, a jesienią polowali na ptaki i jelenie.

Rozmawiałam o tym z Sarą Malm, szwedzką myśliwą i korespondentką MailOnline. Potwierdziła, że w również Szwecji polowanie uważa się za styl życia i nie wiąże go z pochodzeniem z konkretnego środowiska. Uprawia się je rodzinnie, zwłaszcza na obszarach wiejskich. Podobnie jak ja Sara widziała w dzieciństwie jelenie, łosie, dziki, zające i inne zwierzęta rozwieszone w garażu (w moim przypadku w wydzielonej chacie w naszym gospodarstwie). Dla Sary w polowaniu liczy się „całość przeżycia, a nie tylko moment wystrzału. Mogę spędzać czas na łonie natury, w spokoju, z dala od londyńskiego życia […]. Polowanie to czasem pojedynek na cierpliwość, mogę siedzieć na ambonie godzinami i nie zobaczyć żadnego zwierzęcia, a mimo to być całkiem zadowolona”.

Konserwacja żywności, na przykład wędzenie ryb, wynika z potrzeby robienia zapasów, które pozwalają przetrwać długie zimowe miesiące

Sara porównuje myślistwo do jogi ze strzelbą, co zdecydowanie kojarzy się z tym, jak Ron Swanson myśli o łowieniu ryb. Wiele osób mówi, że uczestniczy w polowaniach czy wędkuje właśnie dla spokoju, który się z tym wiąże. Sara powiedziała mi jednak, że jej decyzję o pójściu w ślady ojca i wyrobieniu sobie licencji myśliwskiej umotywowały względy moralne: „Jem dużo mięsa i uważam, że w związku z tym muszę wziąć odpowiedzialność za swoją dietę. Gdy poluję, mogę prześledzić drogę mojego jedzenia od narodzin aż po talerz. Wiem, że jest zdrowe, że jego życie było szczęśliwsze niż tego z supermarketu, że to lepsze dla środowiska i nie prowadzi do wytwarzania tylu odpadów. Uważam też, że to bardzo ważne, by stanąć twarzą w twarz z faktem, że abym ja mogła jeść mięso, jakieś zwierzę musi umrzeć. Może nie odkrywam w ten sposób Ameryki, ale wiele osób chętnie kupuje badziewny bekon w supermarkecie, a z przerażeniem patrzy na nagrania z rzeźni, na których widzą konsekwencje kupowania taniego jedzenia”. Jeśli jecie mięso, a zarazem brzydzi was koncepcja zabijania zwierząt, to możecie, czytając słowa Sary, poczuć się nieprzyjemnie. Ale ona ma rację: polowanie, będące zajęciem do głębi skandynawskim, nie jest zwykłym sportem. Chodzi w nim o szacunek dla przyrody i o zrozumienie faktu, że zjadanie zwierzęcia to czyn o głębokim znaczeniu moralnym. Być może poruszenie tego tematu w książce poświęconej hygge uznacie za nietypowe, ale nie widzę sensu w lukrowaniu rzeczywistości. Zrozumieć hygge i skandynawski styl życia to także przyjrzeć się tradycjom, które podtrzymujemy do dziś i które nas kształtują i określają.

Narty to taniec, w którym góry zawsze prowadzą

Narciarstwo jest oczywiście w Skandynawii potęgą. Każdy jego rodzaj – od tradycyjnych biegów, przez zjazdy, narciarstwo akrobatyczne z jego skokami i muldami, poprzez snowboard i narciarstwo telemarkowe, po te przerażające skoki narciarskie. Wbrew temu, co mówi przysłowie, wcale nie rodzimy się z zapiętymi nartami, ale zaczynamy w bardzo, bardzo młodym wieku. Ponieważ moim ojcem był wspaniały narciarz, gdy miałam cztery lata zaczęłam chodzić do miejscowej szkółki narciarskiej w Oslo, którą prowadziła legenda narciarstwa w naszej okolicy, Tomm Murstad. Jeszcze w latach 90. ubiegłego stulecia, gdy był już w zaawansowanym wieku, migiem poruszał się po okolicy na swoich biegówkach. W naszym przekonaniu narciarstwo naprawdę jest na całe życie, zwyczajnie nie ma wymówki, która pozwalałaby na lenistwo – nieważne, ile masz lat, na narty trzeba wskakiwać przy każdej okazji. Gdy na ziemi leży czysta biała warstwa świeżego śniegu, aż słychać zew gór.

Miałam to szczęście, że biegów i zjazdów nauczyłam się w młodym wieku, a moi rodzice zawsze mnie wspierali. Jak możecie zobaczyć na zdjęciach w niniejszej książce, na nartach jeździliśmy całą rodziną. Zdarzały się momenty, gdy się przewracałam i już miałam się poddawać, ale to było normalne. Otrzepywałam się po prostu ze śniegu, wstawałam i jechałam dalej. Z reguły obiecywano mi bułeczkę albo gorącą czekoladę – nic tak nie buduje wytrwałości, jak wizja słodyczy! Ale któregoś dnia zobaczyłam, jak mój najlepszy przyjaciel wjechał w drzewo i rozbił sobie twarz. To był koniec mojej przygody ze zjazdami. Zaczęłam się bać i nie zjechałam po żadnym stromym zboczu od końca lat 80. Moich rodziców wprawiło to w konsternację. Nie potrafili zrozumieć, dlaczego nagle i bez żadnego wytłumaczenia rzuciłam narty. Tak naprawdę wstydziłam się przyznać, jak wielki ogarniał mnie strach. Miałam wrażenie, że w jakiś sposób poniosłam porażkę, że byłam przez to gorszą Norweżką. Po prostu oznajmiłam, iż nie będę więcej zjeżdżać i koniec. Dopiero po wielu latach powiedziałam im dlaczego i wszystko mi wybaczyli. Oczywiście wcale nie poniosłam porażki: to był po prostu jeden z wczesnych objawów tego, że nie miałam wyrosnąć na szukającą emocji nastolatkę ani nierozważną dorosłą. Od tamtej pory częścią mojej osobowości stała się ostrożność i potrzebowałam wiele czasu, żeby to zrozumieć.

Ale gdy patrzę w przeszłość, zastanawiam się, dlaczego kiedykolwiek czułam wstyd, że nie chciałam czegoś robić. Nigdy nie zrozumiecie hygge płynącego z aktywności na świeżym powietrzu, jeśli będziecie tylko starać się przekroczyć granice swoich możliwości. Musicie znaleźć coś, co sprawia wam przyjemność, i nie martwić się tym, że jakieś inne formy aktywności nie są dla was. Bo kogo w końcu obchodzi to, że nie lubicie jakiegoś konkretnego sportu? Kluczem jest odkrycie, co sprawia wam frajdę, a w moim przypadku są to rygorystyczne, eleganckie biegi narciarskie, a nie zjazd ze stoku. Niektórzy narciarze zjazdowi twierdzą, że biegi są nudne i kosztują za dużo ciężkiej pracy. I co z tego? Ja ich nie oceniam tylko dlatego, że uwielbiają staczać się ze zbocza góry jak szaleńcy. Każdy zajmuje się tym, co lubi.

Skupcie się na tym, co wasze ciała są w stanie zrobić

„Wszyscy tu wyglądają tak zdrowo” – słyszałam setki razy od przyjaciół i kolegów, którzy wybrali się do Skandynawii. Z reguły odpowiadam, że to dlatego, iż lubimy jeść masło. Ale mówiąc poważnie: jest to powiązane ze skandynawskim podejściem do ludzkiego ciała. Według stereotypu Skandynawowie nie są skrępowani, gdy chodzi o własne ciało. Lubią siedzieć na golasa w saunie, niektórzy z nich naprawdę angażują się w nudyzm, a nagość w miejscach publicznych to nic strasznego. Do pewnego stopnia jest to prawda – na ogół czujemy się dość wygodnie w strojach Adama i Ewy. Ale – jak zwykle – nasza miłość do nagości to nie taka prosta sprawa, jak by się na pierwszy rzut oka wydawało. Nie zaprzątałam sobie tym głowy aż do chwili, gdy po studiach pojechałam na rok do Japonii. Tam również panuje swobodne podejście do spraw ciała. Jeśli byliście kiedyś w japońskich gorących źródłach, wiecie, o co mi chodzi. Wszyscy są tam nago i nikt się tym nie przejmuje. Tamtejsza kultura kładzie też nacisk na zachowanie idealnej higieny, co jest Skandynawom bliskie – mamy obsesję na punkcie czystości, do czego jeszcze wrócę.

Dla nas pozostawać aktywnym przez cały rok – to żyć.

Później, po przyjeździe do Wielkiej Brytanii, gdzie chciałam studiować, odkryłam, że tam podejście do spraw ciała było bardziej problematyczne. Wstyd i zakłopotanie związane z tym, co ciało robi (jak kupa czy okresy) i jak wygląda, znacznie bardziej doskwiera ludziom tutaj niż w mojej ojczystej Norwegii, gdzie pierś albo pupa nie są niczym szczególnym, po prostu są. Uda nie są tam czymś, co trzeba tak długo odtłuszczać, aż zaczną przypominać zapałki, ale bardzo przydatną częścią ciała, ważną przy jeździe na nartach, kopaniu piłki albo marszu przez głuszę.

Moje wytłumaczenie tej różnicy – które ułożyłam przy kilku głębszych – brzmi tak: w regionie, gdzie zimy są długie i surowe, innych ocenia się po tym, co potrafią zrobić. Innymi słowy, gdy zima trwa osiem miesięcy, najważniejsze jest przeżycie, a ktoś chudy jak tyczka nie przydawał się nikomu, skoro nie miał siły odgarnąć kilku metrów śniegu sprzed chaty, przynieść drew na opał albo odpędzić niedźwiedzia. Siły natury stawiają człowieka przed niespodziewanymi próbami, a największe szanse na przeżycie ma silne ciało. Jeśli oglądaliście kiedyś Wikingów na kanale History, z pewnością zauważyliście, że kobiety walczą tam ramię w ramię z mężczyznami, ruszają z nimi na rejzy jako wojowniczki i są w boju równie zażarte co oni. Potwierdzają to znaleziska archeologiczne, które sugerują, że kobiety walczyły u boku mężczyzn i mogły liczyć na pogrzeb z podobnymi honorami.

Mój tata, który swego czasu był świetnym instruktorem narciarstwa, uczył mnie jeździć na nartach, kiedy jeszcze nosiłam pieluchy

Przypomniałam to sobie, gdy kilka lat temu trafiłam w którymś numerze amerykańskiego „Vogue” na mistrzynię świata w CrossFicie, Anníe Þórisdóttir (jej nazwisko po islandzku znaczy ‘córka Thora’ i zdecydowanie do niej pasuje). Anníe nazywana bywa „najbardziej wysportowaną kobietą na świecie”. Jej siła i zdolności są wyjątkowe, to prawda, ale są też przykładem. Jest wojownicza, zdeterminowana i zupełnie nie przeszkadza jej to, że jest tak silna. W wywiadzie dla „Vogue” powiedziała, że chce inspirować kobiety i młode dziewczyny do „skupiania się raczej na tym, co ich ciała potrafią, niż na tym, jak wyglądają”, co naprawdę doskonale podsumowuje filozofię skandynawskiego hygge związaną z przebywaniem na zewnątrz. Jeśli całe życie robicie różne rzeczy tylko po to, żeby wasze ciało dobrze wyglądało albo żeby schudnąć tak bardzo, jak tylko się da, to kompletnie mijacie się z celem. Przejmowanie się swoją powierzchownością to prosta droga do niskiej samooceny i lęków, co potwierdzają liczne badania dotyczące postrzegania swojego ciała i zdrowia psychicznego. Narciarstwo, piłka nożna, kajakarstwo, bieganie na świeżym powietrzu, pływanie – to wszystko ma przede wszystkim pozwolić wam wspaniale się czuć. Wzmacnianie ciała stanowi jedynie dodatek. A jeśli przy okazji będziecie potem dobrze wyglądać, to świetnie, ale na pewno nie jest to celem samym w sobie.

Wolne ciało, wolny umysł

Za każdym razem, gdy wpadacie w dołek, przypomnijcie sobie mądre słowa Anníe i zastanówcie się, co potrafią zrobić wasze ciała. Przypomnijcie sobie, kiedy ostatnio naprawdę wam zaimponowały. Poważnie! Nie wstydźcie się. Nasze organizmy to cuda biologii, chemii i fizyki, zaprojektowane do tego, żeby utrzymywać nas w precyzyjnie wyważonej homeostazie. Często doceniamy to, do czego są zdolne, dopiero gdy chorujemy. Pamiętacie te wszystkie produkty, o których czytaliście, albo widzieliście w sekcji „Zdrowie” w jakimś sklepie? Obiecują wam rzekome odtrucie z toksyn. Tymczasem wasze wątroby, nerki i układy trawienne świetnie sobie radzą z wypłukiwaniem z waszych organizmów wszelkich śmieci. Ocenia się, że w 2017 roku branża fitness będzie warta na świecie bilion dolarów. Tak, bilion. Branża „zdrowotna” skupia się głównie na tym, żebyście źle się ze sobą czuli – cóż za przewrotność! Zamiast dawać się uwodzić modnym dietom i marnować pieniądze na drogie suplementy, których producenci obiecują wieczne zdrowie, ale nie mogą tych obietnic poprzeć badaniami klinicznymi, zmieńcie swoje nastawienie. Uwolnijcie swoje ciało; bądźcie dumni z tego, do czego jest zdolne, i zapomnijcie o całej tej błazenadzie. „Idealne” ciała to tylko część toksycznej narracji, która jest kompletnie nie-hygge. Zbyt wiele osób – zwłaszcza kobiet – cierpi dlatego, że społeczeństwo nakazuje im nienawidzić swoich ciał. Zamiast tego ćwiczcie się więc w wyzwalaniu swojej wewnętrznej królowej Lagerthy z Wikingów. Nie mam przez to na myśli, że macie komuś rozłupać czaszkę toporem, gdy zażartuje sobie z waszego wyglądu, ale że należy mu po prostu posłać najbardziej nieprzejednane spojrzenie, na jakie was stać, a potem odejść. Następnym razem, gdy zobaczycie reklamę, która ma w was wywołać poczucie niższości, albo usłyszycie, jak ktoś krytykuje inną osobę za jej figurę, zapytajcie: „Kogo to obchodzi?”. Samo wypowiedzenie tych słów wyzwala. Uwolnijcie się od negatywnych myśli o swoim ciele i wyzwólcie swoje umysły.

Dowiedzcie się, co najbardziej wam odpowiada

Spójrzmy prawdzie w oczy: być leniwcem byłoby bardzo łatwo, a jako ludzie mamy smykałkę do wymyślania rzeczy, które pozwalają nam docierać dalej, szybciej i wyżej. Cieszymy się z tego, że istnieją samochody, pociągi, samoloty i promy kosmiczne, bo one zrewolucjonizowały nasze życie, ale coraz więcej czasu spędzamy na siedząco, a temat walki z otyłością media w krajach rozwiniętych poruszają niemal codziennie. Jest faktem, że technologia umożliwia nam robienie wspaniałych rzeczy i otwiera nasze umysły w sposób niewyobrażalny dla naszych przodków, ale daje nam też wymówkę, żeby nie być tak aktywnymi fizycznie, jak moglibyśmy i jak powinniśmy.

W Anglii mówi się, że jeśli coś ma być zrobione, to najlepiej poprosić o to kogoś, kto jest zajęty – na tej samej zasadzie osoby aktywne mają więcej energii, a leniwe najpewniej będą coraz mocniej przyrastały do kanapy. Czy to dlatego, że ludzie z natury przywiązują się do swoich nawyków, czy też przez jakiś dziwny błąd w naszym ewolucyjnym oprogramowaniu – kto wie? Mieszkanie w takim mieście jak Londyn oznacza, że mogłabym być super leniwa, gdybym chciała, ale też potrafi ono w nieoczekiwany sposób pobudzić mnie do działania.

Czas spędzony na zewnątrz korzystnie wpływa zdrowie psychiczne i obniża poziom stresu.

Jeśli chcesz zainwestować w zdrowie i kondycję, lepiej zacznij od roweru, niż od karnetu na siłownię

Owszem, życie we współczesnym mieście wymaga pewnych kompromisów, jeśli chodzi o aktywność na świeżym powietrzu – to zupełnie oczywiste. Choć chciałabym spędzać każdą wolną chwilę na zbieraniu konwalii i spokojnych spacerach w leśnej głuszy, muszę wziąć pod uwagę pewne czynniki, które to utrudniają, zaczynając od wysokich poziomów zanieczyszczenia powietrza w centrum Londynu (niedawne badania ujawniły, że kiepska jakość miejskiego powietrza nie tylko uszkadzała układ oddechowy, ale też wpływała na skórę, powodując jej przedwczesne starzenie), a także to, jak daleko mam do miejsc, gdzie mogę po zmroku bezpiecznie spędzać czas na zewnątrz, lub też że Tamiza nie do końca sprawdza się jako basen. W zimie nie mogę po prostu na koniec ciężkiego dnia założyć nart i wybrać się na spacer po skwerach Bloomsbury. W okolicy jest wiele eleganckich siłowni i klubów fitness, ale wypełniają je ludzie w drogiej lycrze, którzy wszyscy bez wyjątku są tak zarozumiali, że mam ochotę walić głową w ścianę. Poza tym z opublikowanych ostatnio badań wynika, że na sprzęcie w siłowniach żyje tyle szkodliwych bakterii, co na wnętrzu muszli klozetowej. Miałabym się pryskać środkiem bakteriobójczym po każdej sesji z hantlami? Dziękuję bardzo.

Moja filozofia hygge na świeżym powietrzu brzmi tak: wychodzę z domu tak często, jak to tylko możliwe, a gdy jestem w mieście, akceptuję kompromisy w sprawach mojej kondycji. Pomaga mi myślenie o swoich zajęciach na świeżym powietrzu w tych samych kategoriach, co o akcjach z portfela inwestycyjnego: trzeba je dywersyfikować. Może to oznaczać – na przykład – dwadzieścia minut jogi z samego rana w najbliższym parku i spacerowanie po centrum przy każdej okazji (jednak z dala od ulic, na których panuje wzmożony ruch, żeby unikać zanieczyszczonego powietrza), do tego długie spacery po Hampstead Heath albo wzdłuż brzegu rzeki w słoneczne weekendy. W zimie w moim miejscowym klubie fitness BOOM Cycle w Holborn grają muzykę, dzięki której trening przypomina imprezę, a przypływ endorfin po sesji ćwiczeń wydolnościowych jest świetnym lekarstwem na stres albo poczucie, że życie w mieście zaczyna męczyć. Jazda na rowerze treningowym pozwoliła mi także na nowo odkryć moją miłość do kolarstwa po długiej przerwie (ruch uliczny w Londynie jest przerażający, więc trzymam się spokojniejszych, bocznych uliczek), a poza tym jest świetną zabawą. Podobnie jak wielu z was, gdy szykuję się na wyjazd, sprawdzam, jakie będą na miejscu możliwości ćwiczenia, i pakuję kostium kąpielowy, parę trampek lub butów trekkingowych, a także prosty zestaw do ćwiczeń. Na różnych wyjazdach odkryłam przyjemność, jaką daje pływanie kajakiem (w irlandzkim Cork), i dreszczyk emocji przy kierowaniu psim zaprzęgiem (niedaleko Rørøs w Norwegii). Marzą mi się kolejne zajęcia, których mogłabym spróbować: łucznictwo, jujitsu, wspinaczka górska, ekstremalne biegi Tough Mudder… no wiecie, coś spokojnego.

Być może sarkacie na to, co tu piszę. W końcu, ile godzin w ciągu dnia można poświęcić na ruch? Przyznam się, że nie zawsze równie sumiennie podchodziłam do bycia aktywną. Ale po tym, jak napisałam swoje pierwsze dwie książki kucharskie ze skandynawskimi przepisami, byłam ciągle zmęczona, moje ubrania źle na mnie leżały i łatwo było mnie zdenerwować. Dlaczego? No cóż, w krótkim czasie musiałam przetestować całe mnóstwo przepisów (a jednocześnie pracowałam nad dwunastoma innymi książkami kucharskimi), dłuższą chwilę spędziłam w łóżku z powodu choroby, a te wszystkie bułeczki z cynamonem gdzieś się musiały odłożyć. Gdybym była szykującym się do zimowego snu niedźwiedziem, okazałoby się to całkiem przydatne, ale jako kobieta po trzydziestce po prostu nie czułam się jak najlepsza wersja siebie.

Któregoś dnia zdecydowałam więc, że mam już dość, i zrobiłam to, czego nauczyła mnie Skandynawia: wyszłam znowu na zewnątrz. Przypomniałam sobie, co robiłam, gdy byłam nerwową nastolatką, gdy każdy egzamin miał znaczenie, bo mógł mi dać szansę na dobre studia albo ją odebrać, a niebo w każdej chwili sprawiało wrażenie, jakby miało mi spaść na głowę. Wyszłam z domu, poruszałam się trochę, zgubiłam ten stres. To bardzo proste i sprawdzone rozwiązanie, które nie wymaga niczego prócz odrobiny chęci i odpowiednich ubrań, a co najważniejsze: działa. Wszyscy trafiliśmy w życiu na różne wyzwania i czasem mieliśmy wrażenie, że nie panujemy nad sytuacją. Wtedy właśnie trzeba się cofnąć o krok i zresetować.