Wydawca: Czwarta Strona Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 408 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Huśtawka - Agnieszka Lis

Małgorzata ceni sobie w życiu porządek. Całkowicie poświęca się pracy na uczelni, relaks traktując jak stratę czasu. Stara się realizować swój plan kariery, nakreślony lata temu. Nie może jednak wiedzieć, że życie przygotowało dla niej zupełnie inny scenariusz. Nagle, w spokojny i przewidywalny świat Małgorzaty z impetem wkraczają szalone i lekkomyślne decyzje jej córki, a matka wyjawia skrywany latami sekret rodzinny, który wywraca wszystko do góry nogami. Na dodatek siostra wyrusza w podróż do Indii w poszukiwaniu szczęścia. W opanowaniu sytuacji nie pomaga mąż, którego Małgorzata podejrzewa o zdradę. Pojawiają się również poważne problemy zdrowotne… Jak poradzić sobie z tym wszystkim?

 

To opowieść o trzech pokoleniach kobiet, na pozór tak różnych, a jednak połączonych wspólnymi doświadczeniami i rodzinną miłością. Czy uda im się przetrwać trudne chwile? Czy popełnione błędy da się cofnąć? Jak wiele można wybaczyć w imię miłości?

Opinie o ebooku Huśtawka - Agnieszka Lis

Fragment ebooka Huśtawka - Agnieszka Lis

Copyright © Agnieszka Lis, 2018

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2018

Redaktorzy prowadzący: Monika Długa, Szymon Langowski

Redakcja: Agnieszka Czapczyk / panbook.pl

Korekta: Maria Moczko / panbook.pl

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: Design Partners / designpartners.pl

Zdjęcia na okładce: © daffodil / depositphotos.com

© Danussa / depositphotos.com

Zdjęcie autorki na skrzydełku: Anika Nojszewska

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

Wydanie elektroniczne 2018

ISBN 978-83-7976-927-8

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

PROLOG

Całe życie zastanawiałam się nad sensem istnienia. Dwa samochody w garażu przy willi, liczba przeczytanych książek, kolekcja cennych monet? Odchowane i wykształcone dzieci? Wnuki przewracające szafkę z zabytkowymi kryształami, wolność dysponowania własnym czasem? Podróżowanie? Późne wstawanie?

Tyle lat przeżyłam i wciąż nie wiem. Jako dzieci uważamy rodziców za wszechwiedzących. Wydaje nam się, że jak skończymy studia, wyjdziemy za mąż, ożenimy się… też tacy będziemy. Że objawienie spłynie, gdy urodzą się dzieci. Gdy przekroczymy czterdziestkę. Gdy odbędziemy podróż życia. A ja za każdą kolejną granicą czułam się równie głupia, na zawsze pozostałam w najgłębszym przekonaniu dzieckiem, potrzebującym przytulenia i rady.

Dwudziestoletnia i po siedemdziesiątce – wciąż dziewczynka. I ciągle mam nadzieję, że gdzieś jest ta brama, po przejściu której wydorośleję. Będę mądra.

Nie, nie mam nadziei. Ja to wiem. Już tam dotarłam. A skoro już tu jestem, to wam opowiem. Historię zwyczajną, moją, jedyną w swoim rodzaju, chociaż typową jak każda inna.

Patrząc wstecz, dostrzegam, jak wiele błędów popełniłam. Żałuję, że nie mogę przeżyć tego jeszcze raz, podjąć lepszych decyzji. Żałuję, nawet zdając sobie sprawę, że owe inne decyzje oznaczałyby odmienny nurt życia. Byłabym kimś obcym w nieznanym mi dziś miejscu. Żałuję więc i nie żałuję jednocześnie, pozostawiając własny świat perfekcyjnie dualnym. Chcę, nie chcę, lubię, nienawidzę, postępuję i nic nie robię. Bo to ja.

Na zawsze ja.

Rozdział 1

ONE

Małgorzata zawsze nosiła rajstopy. Rajstopy są dobre – myślała moja córka. Praktyczne. Uważała je za takie, bo ukrywały brak depilacji, uda opięte nylonową siatką nie podrygiwały bezwładnie, no i wiatr nie podwiewał „tych” części ciała. Małgorzata pozbywała się rajstop rzadko, przed kąpielą lub do snu, a i wtedy opatulała ciało kołdrą, by się nazbyt nie odsłonić.

W tamtym momencie siedziała w wannie i nie miała pancerza; wszystko w niej drgało w rytm uderzeń podwodnego masażu i Małgorzata miała wiele przeciwko temu. W domu czekał stos studenckich prac, do sprawdzenia teraz, nie wieczorem, gdy zmęczenie już zmąci rzetelność oceny. Wszystko przez Katarzynę – myślała. Z nią zawsze same problemy. Ani męża, anidzieci. Sklepik zamiast prawdziwej pracy, w głowie kolorowe szmatki. Namiastka realnego życia. Wieczna trzpiota. Małgorzata pokręciła głową.

Młodsza córka – zgryzota. To była moja decyzja, że Małgorzata poszła rok później do szkoły. Miała pomagać siostrze i to zadziałało – były w tej samej klasie, starsza kryła bumelanctwo młodszej i ratowała ją od konsekwencji młodocianej fantazji. Katarzyna zawsze mościła się wygodnie na plecach starszej siostry.

Małgorzata wciąż nie mogła uwierzyć w najnowszą wiadomość. Ależ Katarzyna wymyśliła, Indie. Też coś!

Strasznie tu głośno – pomyślała chwilę później i rozejrzała się po wilgotnej, zaparowanej hali. Ciepła woda rozpuszczała sprawność myślenia. A gdybym tak w wannie sprawdzała prace semestralne? Patrząc w stronę dzieci szalejących na wodnej zjeżdżalni, Małgorzata wyobraziła sobie rozmiękły papier i kleksy z czerwonego tuszu. Odrzuciła wizję ze wstrętem.

– Nieźle, mamuśka – powiedziała moja wnuczka, balansując na kafelkowym brzegu. Podeszła i obserwowała pełną sprzeczności twarz matki. Zamknięte oczy, niby odpoczynek, a jednak ściągnięte brwi nie wskazywały na rozluźnienie. – Nigdy jeszcze nie widziałam cię w takim relaksie. – Irytująco dla Małgorzaty przeciągnęła ostatnie „e”.

– Bo nigdy w czymś takim nie siedziałam. – Moja starsza córka drgnęła, jakby została przyłapana na czymś niestosownym. Natychmiast usiadła prosto. – Strata czasu – rzuciła rozdrażniona. – Zamiast sprawdzać…

– Mamo, przestań! – Joanna ziewnęła, wyciągając się efektownie na brzegu wanny. – Ciesz się chwilą! Nie żadna strata czasu, tylko higiena psychiczna.

– Nie spieraj się. – Sztandarowy unik matki nie robił już na młodej wrażenia. – Kiedy pojawi się Katarzyna?

– Ciotka spóźni się pół godziny. I dobrze, w tym czasie odmoczymy…

– Pół godziny?! Czekam czterdzieści minut! I nie ciotka, tylko ciocia Katarzyna.

– Mamo, byłyśmy umówione równo w południe; jest dopiero sześć po.

– Przyszłam wcześniej i popływałam trochę. Wyprawa na basen nie może być tak zupełnie – zastanowiła się nad właściwym słowem – bezproduktywna.

– Bąbelki bezproduktywne? – Joanna dopiero teraz zanurzyła się całkowicie w wodzie. – Jak miło!

Matka z dezaprobatą patrzyła na wyrażającą rozkosz minę córki.

– Za głośno tu, nie lubię – mruknęła. – Już dawno powinniśmy mieszkać poza miastem. Cisza, ogród z żywopłotem, fontanna…

– I przystojny ogrodnik. – Joanna uśmiechnęła się, nie otwierając oczu.

– Tak, specjalnie dla ciebie. Miałabym już dwoje wnuków.

– A ja nieskończone studia i brak perspektyw.

– Niańka załatwiłaby sprawę. Wszystko powinno mieć swój czas i odpowiednie miejsce. Ja w twoim wieku miałam już ciebie. A studia skończyłam w terminie. – Małgorzata, z braku biurka, stukała palcem w kolano.

– Co u taty? – Joanna wolała szybko zmienić temat.

– Karol jak zwykle, zajęty. – Małgorzata zaczęła mówić głośniej. – W ubiegłym tygodniu tylko dwie noce był w domu. Z poniedziałku na wtorek inwentaryzacja. We środę pojechał na Śląsk i tam został. Na jakiejś integracyjnej imprezie. Ty wiesz, co znaczy dzisiaj integracja? Hasło, którym hotelowe korytarze wycierają podpici mężczyźni i zbyt rozebrane kobiety. Całe szczęście, że to ponad klasę Karola. A w ogóle to ten towar mogliby policzyć jego ludzie! – Głos Małgorzaty wszedł w piskliwe rejestry.

– Mamo, nie denerwuj się. – Córka próbowała łagodzić. – Rozumiem, że brak ci taty…

– Brak! – Małgorzata prychnęła. Moja córka zawsze była dobra w prychaniu. – Jestem zbyt zajęta! Wiktor zaproponował mi wejście w skład nowej komisji naukowej, to niesłychane wyróżnienie. I poprawi moje notowania w staraniu o stypendium. No i zbliża się sesja!

– Mamo, ja i tak tego nie łapię. Pozdrów tatę.

– Jak go zobaczę.

– Sama do niego zadzwonię. Jest już Kaśka!

– Ciocia Katarzyna, Joanno.

Ale Aśka i Kaśka nie słuchały. Ściskały się, cmokały, wymieniały serdeczności.

– Katarzyno, skąd ci przyszło do głowy jacuzzi? Nie mogłyśmy się spotkać normalnie, w kawiarni? – dopytywała Małgorzata.

– Gośka, w jacuzzi jeszcze się nie umawiałyśmy!

– I to ma być powód?

– Każdy jest dobry. Nie będziemy się widziały przez kilka miesięcy.

– No właśnie. Też wymyśliłaś. Na co ci te Indie? Źle ci tutaj? I jeszcze ten Janusz. Nie za stary on?

– Tylko pięć lat starszy, nie przesadzaj. Tyłek ma fajny. – Kaśka się rozmarzyła, a Małgorzata wzdrygnęła.

– Katarzyno! Tu jest moja córka, hamuj się!

Joanna ryknęła śmiechem. Nawet wrzeszczące w pobliżu dzieci na chwilę ucichły.

– W kawiarni wygodniej się rozmawia. – Małgorzata się upierała.

– Wciskałabyś mi kremówkę, pączka i kawałek tortu, a ciotce małą czarną zamiast zielonej herbaty. Mamo, nie jest ci tu po prostu przyjemnie?

– Masaż jest miły, ale kręgosłup mnie boli. – Mojej starszej córce nie bywało ot tak, po prostu przyjemnie. To odczucie było bezproduktywne, jej zdaniem zatem niepotrzebne.

– Woda odciąża kręgosłup. Skoro cię boli, może zaczniemy przychodzić tu regularnie? – zaczepiała moja wnuczka.

Małgorzata spojrzeniem schłodziła wodę w wannie o dobre dwa stopnie.

– Popływać, mamo, popływać! Dla zdrowia, dobrego samopoczucia i kondycji! I dla twojego kręgosłupa.

– Porozmawiamy o tym innym razem.

W jacuzzi zapadła cisza. Joanna bardzo chciała coś powiedzieć. Coś, co nie dawało jej spokoju. Poprawność matki była jednak barierą nie do przebicia.

Joanna była moją nieodrodną wnuczką, wyglądała niemal jak ja – w czasach młodości. Tak przynajmniej chciałam sobie siebie sama wyobrażać, bo zdjęć specjalnie nie miałam. Na tych nielicznych, w ruinach starówki, uśmiechałam się do fotografa. Wysoki przystojny brunet, przyjechał z matką i małą siostrą spod Torunia, mieszkali przez kilka tygodni w sąsiednim mieszkaniu. To były czasy zdobywania smalcu i dwóch kromek chleba, o zdjęciach rzadko kto myślał. Aparat był wtedy dobrem luksusowym, a Bogdan zabrał go z zamkniętego zakładu fotograficznego swojego stryja. Straciłam potem chłopaka z oczu. Być może nie byłam gotowa na opowieści o żydowskiej rodzinie, z której zostały szczątki.

Zdjęć z lat pięćdziesiątych jest też zaledwie kilka, wszystkie pozowane u fotografa. Dopiero lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte obfitują w portrety. Jeden bardzo lubię. Siedzę w kawiarni Bristolu i jem kremówkę. Mam na sobie najelegantsze ubranie, na jakie było mnie stać w życiu. Rozkloszowaną sukienkę w niewielkie różyczki, bardzo dopasowaną w talii, z dużym dekoltem na plecach. Pozostałe zdjęcia są ślubne lub domowe, na tych ostatnich występuję głównie jako cień majaczący z kuchni. Jest jeszcze partia zdjęć z dziećmi, tam też jestem tylko tłem dla tych małych postaci.

Moja wnuczka była wysoka i wiotka, tym większą uwagę zwracał opadający szeroko na plecy – w opozycji do cienkiej talii – ciężki bagaż kasztanowych włosów. Oczy z zielonymi tęczówkami, na których z bliska było widać cętki, nie pozostawiały obojętnym żadnego chłopaka, a kilkanaście piegów zachęcało do całowania w zadarty nos. Lekko wygięte ku górze końcówki warg wywoływały wrażenie niegasnącego uśmiechu. Lokalna miss – tak o niej mówili na podwórku.

Tak, zdecydowanie Joanna była podobna do mnie, i to pod każdym względem. Razem chodziłyśmy na wystawy, dyskutowałyśmy o sztuce. Dzięki wnuczce zaczęłam czytać współczesną literaturę iberoamerykańską, a Joanna pod moim wpływem zainteresowała się historią kina. Eksperymentowałyśmy w kuchni. Punkt wyjścia – moje doświadczenie. Przyprawa – wyobraźnia wnuczki. Efekt kulinarny – zaskakujący. Obydwie lubiłyśmy mało ortodoksyjne wege – wybierałyśmy kotlet z sera zamiast plastra szynki. Z tym że gotowałam ja. Joasia była od zachwycania się.

Małgorzata była o to zazdrosna, martwiła się nawet. Joanna wolała rozmawiać ze mną i z ciotką – nie z matką. Kasia miała butik z indyjskimi ciuchami, wolne życie, żadnych zobowiązań, a jej jedyne osiągnięcie – w ocenie Małgorzaty – liczyło sześćdziesiąt siedem metrów kwadratowych na Górnym Mokotowie. Małgorzata za to – miała. Poza mieszkaniem dorobek naukowy, habilitację i widoki na katedrę fizyki w odległej przyszłości. Oraz męża, który był dyrektorem w koncernie handlującym herbatą i dlatego raczej go miewała, niż miała stale w domu.

Młodsza siostra, Kasia, podobnie jak Joanna, chciała powiedzieć Małgorzacie coś ważnego. Janusz miał faktycznie zgrabny tyłek i jego rytmiczne ruchy sprawiały Katarzynie przyjemność, ale wady przewyższały zalety. Pracował razem z Karolem i Katarzyna wyobrażała sobie rodzinne spotkania: kolejny kieliszek, rozluźnione krawaty, wódczana erystyka o pracy. Kobiety zaś, stłoczone w kuchni, popijają soki i dziewiętnastą kawę. Nie. Nie. Nie. Dlatego Katarzyna wyjeżdżała do Indii z Miłoszem i o tym chciała porozmawiać z siostrą. Bo moja starsza córka znała Miłosza aż za dobrze. Po dziś dzień zachowała listy, które pisał z wakacji w Kanadzie. Urlop się znacząco przedłużył, listy przychodziły przez dwa miesiące. Miłosz chciał żyć zwyczajnie, bez patosu, lęku i niepokoju o jutro. Tchórz czy realista? – żadna z nas nie chciała głośno osądzać. Ja uważałam, że zrobił dobrze i Małgosia powinna do niego dołączyć. Ona nie chciała o tym rozmawiać, chociaż było o czym. Kasia się nie wtrącała.

Jak to powiedzieć Małgorzacie? – zastanawiała się Katarzyna.

Milczenie wymieszane z wodną parą unosiło się nad wanną, a słowa wzbudzały lęk swoim ciężarem. Każda chciała coś powiedzieć – żadna nie chciała zacząć.

– Mamo, zakochałam się, wiesz? – Głos Joanny zatrzepotał niby motyl złapany w siatkę. Spojrzenie jak szpilka zatrzymało lot słów.

– Kochanie, cudownie! – powiedziała Małgorzata, moja córka, uśmiechając się samymi ustami. – Znam go?

Joanna pomyślała w tamtej chwili, że to grymas zniechęcający do rozmowy, postanowiła jednak kontynuować.

– Nie, ale może zjemy kiedyś razem obiad? – powiedziała wnuczka, przygryzając dolną wargę.

– Świetny pomysł. Porozmawiamy o tym wieczorem. – Małgorzata miała zaprojektowaną przyszłość. Ślub i dzieci. Waga tematu nie licowała z wilgotnym otoczeniem.

Starsza z sióstr wyciągnęła rękę w kierunku ręcznika. Joanna postanowiła zmienić temat.

– Wiesz, że mama dostanie awans? – Zwróciła się do ciotki.

– Fantastycznie! – Kaśka była podekscytowana. – Coś więcej?

– Nic takiego. – Małgorzata machnęła ręką. – To tylko komisja naukowa.

Małgorzata była dobra w pozornym bagatelizowaniu swoich osiągnięć. W tym była moją nieodrodną córką. Wiele lat zajęło mi uznanie, że coś potrafię, nawet dobrze: prowadzić dom. Przez większość swego życia wierzyłam, że istnieję i jestem ważna dzięki swojemu mężowi. Musiałam nieświadomie wpoić to swojej starszej córce – nie ceniła własnych osiągnięć, tak jak ja, gdy przy stole mówiłam na wypracowane przez siebie ciasto „gnieciuch”. Małgosia mimochodem wspominała o swoich sukcesach i zawsze je bagatelizowała, twierdząc raczej, że to przypadek, fart, czyjaś uprzejmość, a nie wynik jej ciężkiej pracy.

– Siostra, co ty, pochwal się.

– Mama mówiła, że to ważne, że dzięki temu stypendium ma prawie w ręku.

– Oj tam, stypendium! – Małgorzata znów machnęła ręką. – To nic takiego.

– Nic takiego. Starasz się o nie od dwóch lat, o niczym innym nie rozprawiasz z takim zaangażowaniem. – Joanna wykrzywiła twarz.

– Nawet ja słyszałam – potwierdziła moja młodsza córka. – Są już jakieś konkrety?

Małgorzata pokiwała głową na boki, to był jej charakterystyczny gest, gdy skupiała się przed wypowiedzią. Często tak robiła na wykładach, dlatego jeden z roczników nazwał ją „kiwaczkiem”. Przezwisko się jednak nie przyjęło, gdyż jako wykładowca Małgorzata była tak sztywna, że dla studentów wręcz przeźroczysta.

– W przyszłym roku, w Stanach Zjednoczonych. Pół roku, zapewne w Nowym Orleanie.

Joanna aż podskoczyła.

– Mamo, nie mówiłaś, że tam!

– A cóż to takiego? Miasto jak miasto. – Małgorzata wzruszyła ramionami.

– Kolebka jazzu – wtrąciła moja młodsza. – I słońce przez cały rok.

– Mówisz tak, jakbyś słuchała jazzu, a poza Louisem Armstrongiem nigdy u ciebie żadnego jazzmana nie słyszałam. Poza tym, przestańcie. Jeśli się uda, to będę całe dnie spędzać na uczelni, nie w knajpach ani na plażach.

– Możesz to połączyć…

– Kochane, przestańcie. To palcem na wodzie pisane. A w ogóle to kolacja o szóstej. Mam mnóstwo pracy w domu, a na jutro jestem umówiona z Wiktorem, muszę się rzetelnie przygotować. Wybaczcie – powiedziała, podnosząc się i sięgając po ręcznik, którym starannie okryła biodra.

– Przecież dopiero zaczęłyśmy rozmawiać! – zaprotestowała młodsza z moich córek.

– Spóźniłaś się. – Małgorzata myślami była już gdzie indziej.

– Dziesięć minut! Może kwadrans.

– To był błąd, ten basen, tu się nie da rozmawiać. Spotkajmy się w jakimś normalnym miejscu.

Słowa niewypowiedziane odleciały, innych zabrakło. Małgorzata dystyngowanie uśmiechnęła się do córki, kiwnęła głową siostrze i zniknęła w oparach przebieralni.

Milczenie jeszcze trwało, mgła rozwiewała się powoli; radosny krzyk dzieci znów dotarł do siedzących w jacuzzi kobiet.

– Moja mama – wnuczka pokręciła głową – to jest jakaś masakra.

– Tylko taką mamę masz, więc nie marudź. Ale cieszę się bardzo! Fantastyczna wiadomość, nareszcie, wręcz nie mogłam się doczekać. Ten przystojniacha, Artur, specjalista od kina iberoamerykańskiego? – Uśmiech Katarzyny miał być lubieżny.

– Ciotka, daj spokój. Lepiej opowiedz o tym Januszu.

– Nie Januszu, tylko Miłoszu… Tak, tym Miłoszu. Wrócił, spotkał się z Małgośką, nie mieli o czym rozmawiać. Moja siostra była jak Królowa Śniegu, a Kaj we mnie znalazł Gerdę. – Uśmiechnęła się lekko zmieszana. – Na imprezie u dawnych znajomych. I teraz jest dla mnie wczoraj, czyli tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty piąty.

Ile odcieni może mieć milczenie?

– Mama wie?

– Chciałam z nią porozmawiać.

– Ale wiedziała lepiej, co chciałaś powiedzieć – dokończyła moja wnuczka.

Przerwa w basenowych zajęciach szkolnych. Teraz ciszę rozpraszało tylko uporczywe brzęczenie neonówek.

– Zamierzamy się pobrać w Indiach. Nie wiem, kiedy wrócę do Polski. Małgośka wie, że wyjeżdżam na kwartał, ty – że na pół roku; a kto wie, jak będzie.

– A co z butikiem? Wiem, mam się nim zająć, ale jak długo?

– Do końca. Twojego albo butiku. Nie cętkuj mnie tak.

Rodzinne powiedzenie miało źródło w tęczówkach Joanny.

– Tak naprawdę to są trzy butiki. Któregoś dnia, jeszcze przed wyjazdem, muszę ci o tym więcej opowiedzieć. Część udziałów odsprzedałam Iwonie, jednej z pracownic. Właściwie bardziej przyjaciółce. Pozostałe notarialnie przepisałam na ciebie. Możesz te butiki prowadzić, uczyć się na nich biznesu, doglądać od czasu do czasu, albo wyłącznie uzyskiwać dochód. Pańskie oko konia tuczy, wiadomo, jak nie zadbasz o interesy, to Iwona, chociaż świetna dziewczyna, może… Co ci zresztą będę tłumaczyć. Zapisałam ci też mieszkanie na Mokotowie. Z butikami możesz zrobić, co chcesz, nawet sprzedać. W mieszkaniu mam zapisaną służebność, żebym nie musiała się prosić o lokum.

Joanna prowokację zbyła trzepotem mokrych rzęs. I milczeniem.

– Do kompletu, żeby butiki miały dobry towar, mam też hurtownię. Wszystko ci pokażę, w przyszłym tygodniu może, a Iwona ma naprawdę dużą wiedzę o firmie. No i czterdzieści procent udziałów.

– Ciotka, i ty chcesz, żebym ja to matce powiedziała?

Kaśka pokręciła głową. Zmieniła temat.

– Opowiedz o tym Arturze.

– To nie on. – Joanna westchnęła.

– Obydwie mamy niusy, jak widzę. – Ciotka się uśmiechnęła.

– Artur to kumpel. Do kina i na imprezę. Bezpieczniej iść do klubu z facetem, idealnie jak o piątej rano jest trzeźwy, a Artur nie pije.

– Do wszystkiego się nadaje?

Joanna w ciszy przeczekała czas na odpowiedź.

– No to jak ma na imię twój wybranek?

– Mamy wiele wspólnych zainteresowań.

– Dzięki temu więcej o nim wiesz, to dobrze. Studiujecie razem?

– Zmieniłam kierunek studiów. Anglistyka jest nudna, angielski znam jak własny. Ojciec w dzieciństwie faszerował mnie słówkami i idiomami jak kaczkę. Ciągnie mnie w kierunku biznesu, zarządzania, marketingu. Wiem, to modne, dla mamy to znaczy plebejskie. Już ją słyszę. Co poradzę, że mi się podoba?

Nabrała powietrza.

– Ojciec wie. Nie mam odwagi powiedzieć matce.

Ciotka ułożyła wygodnie głowę na oparciu wanny.

– To się Gośka zdenerwuje. I twój wybranek też studiuje biznes? To będziecie mogli praktykować na moich butikach. Jak ma na imię?

– Grażyna.

Bezdech ogarnął Katarzynę; nie szarpnęła głową, nie wyskoczyła z wanny i nie krzyknęła. Tylko milczenie nabrało gęstości smoły.

– Przyda ci się moje mieszkanie. Zamierzasz powiedzieć dzisiaj matce?

– Kiedyś muszę. Może dzisiaj powiem tylko o studiach.

– Dobrze wybierz moment. Twoja matka, wbrew pozorom, nie jest z kamienia.

– To dlatego nie powiedziałaś, z kim jedziesz do Indii, prawda?

– Moja siostra jest fantastyczną kobietą. Zazdroszczę jej poukładanego życia, wspaniałej córki, dobrej relacji z mężem. A ja co? Nawet nie wiem, czy jadę w podróż przedślubną, poślubną, czy rozwodową.

– Ciotka, co ty opowiadasz? – Znów widziałam w mojej wnuczce siebie. Wywróciła oczami zupełnie jak ja, gdy mój mąż wracał po spożyciu albo gdy któraś z dziewczynek przynosiła uwagę w dzienniczku. Gdy Kasia przynosiła uwagę, Gosi się to nie zdarzało.

– Zamierzamy wziąć ślub, mówiłam ci. Wyjeżdżam więc w podróż przedślubną, która w trakcie zmieni się w poślubną, a że do instytucji małżeństwa mam stosunek… pełen rezerwy, to może się okazać rozwodowa.

– Nic nie rozumiem.

– I o to chodzi.

Cisza zawierała tajemnicę.

– Kaśka, dlaczego jesteście tak różne? Ty i mama, jak noc i dzień.

– Któż to wie? Może dobrze byłoby zapytać naszą mamę.

– Babcię? – Wielkie oczy Joanny stały się jeszcze bardziej zielone, a może tylko bardziej cętkowane; w każdym razie stały się dużo bardziej. – Chyba jednak nie zapytam. – Zaśmiała się.

– Milczenie jest złotem.

– I mamie też nie powiem. Sama pewnie nie zapyta, a jakby co, to wytłumaczę jej, że to pomyłka.

– Zrób, jak uważasz.

– Ciociu, a kiedy wrócisz…

– A kiedy wrócę, to może będziesz o sobie ciut więcej wiedziała. Teraz idę na solarium. Indie Indiami, ale muszę pięknie wyglądać, zanim wyjadę.

Akcent na „zanim” zabrzmiał frywolnie.

– W końcu, żeby się rozwieść, najpierw muszę wyjść za mąż.

Joanna popatrzyła skrzywiona.

– Ty jeszcze nic o tym nie wiesz. Jeszcze nie potrzebujesz wiedzieć. – Ciotka mamrotała pod nosem, wychodząc z wanny. Nie umilkła nawet, stojąc w szatni przed zaparowanym lustrem. Czuła się tam jak duch – obecna, a niewidoczna.

Duchem czuła się też Joanna. Oddzielona myślą od reszty świata.

W tym samym czasie Małgorzata zdążyła dotrzeć do domu. W drodze do sterty studenckich prac właśnie spełniała się, wyrównując rząd szklanek w szafce, nieuważnie potrąconych przez Karola w porannym pośpiechu. Może tak właśnie należy – porządkować rzeczywistość, zaczynając od rzeczy najprostszych. Do bardziej złożonych człowiek dojrzewa powoli. Ale czy zdąży dojrzeć?

Rozdział 2

TUTAJ

Tak właśnie bywa we śnie.

Wszystko wiesz, wszędzie jesteś, wszystko słyszysz. I wszystko działa jak sobie życzysz. Prawie.

Kto by się spodziewał.

Chodzę, wszyscy chodzą. Rozmawiam, wszyscy rozmawiają. Działam, robię, czynię, zastanawiam się, nie rozumiem.

Istnieje wiele udogodnień. Najważniejsze z nich – mogę robić, co uważam za stosowne. Ja! – uważam.

Fantastyczne uczucie.

– Idziesz? – pyta Stanisław.

Lubię jego pytania. W ogóle go lubię, już teraz.

– Właściwie nie musimy nigdzie iść – odpowiadam. – Tu też jest dobrze.

– Dobrze – zgadza się Stanisław.

Jedyne, czego brakuje, to jedzenia. Nie żebym miała jakieś abdominalne problemy, jednak dobrego jedzenia mi brak.

Nie jemy więc. Siedzimy, wpatrując się w niebo, ja na zachód, Stanisław na południe. Po prostu on woli ostre słońce, a ja czerwień zachodzącego.

– Słuchaj, widziałem Romana – mówi ostrożnie, a ja zaczynam się śmiać.

– Wydawało się, że zazdrość mamy już za sobą – odpowiadam.

– Tak… – Waha się.

– To dobrze. – Wchodzę mu w słowo. – Bo Roman będzie tu dzisiaj.

Stanisław markotnieje. Mam ochotę zaproponować mu kielicha, w porę przypominam sobie jednak, że stał się abstynentem. Stanisław!

Ma za to inne aberracje. Patrzenie prosto w słońce. Co gorsza, i na mnie patrzy jak na słońce. Nie wiem, czy tego chcę. We śnie można sobie pozwolić na niewiedzenie, wystarczy tylko nie chcieć wiedzieć.

Rozdział 3

MA

Nie zdążę. Na pewno nie zdążę! Moja starsza córka nakręcała się jak ruski budzik. Tykała wtedy regularnymi machnięciami ścierki. Joanna chciała mi coś powiedzieć… Jak mam rozmawiać z córką w takim bałaganie? Zakochała się… Ciekawe, co za jeden? Może Artur? Miły chłopak. Ale czy on ich utrzyma? Żeby Joanna nie musiała pracować. Nie musi mieć tak jak ja. Dość. Muszę się przygotować do jutrzejszego spotkania z Wiktorem. Mam doktorat, habilitację, a kierownik wciąż mnie onieśmiela. Coś ma w sobie. Gdyby był młodszy…

Małgorzata zapatrzyła się w okno, jakby miała tam dostrzec unoszącego się na wysokości siódmego piętra przełożonego. Dwadzieścia lat młodszego i trzydzieści przystojniejszego. Ja też tak marzyłam w jej wieku. Później marzyłam już tylko o tym, żeby nikogo w pobliżu nie było. U Małgosi też nikt nie unosił się za oknem. Zawiedziona wróciła do szklanek. Bałagan ma zdolność rozmnażania się przez pączkowanie. Jeśli na blacie stoi szklanka, za chwilę pojawi się kolejna. A jeśli nie sprzątnę, pojawią się kolejne dwie. Potem zabrudzi się podłoga, bielizna wyjdzie z kosza i w końcu dom zarośnie jak tajemniczy ogród. Nie mogę w takich warunkach prowadzić ważnych rozmów. I jeszcze się przebrać. Muszę wyglądać.

Zerknęła z dezaprobatą na swoją prawą nogę. Podczas sprzątania wykwitło na niej długie oczko, jak wąż wspinało się po napiętej łydce. Oczko w rajstopach może mieć tylko dziwka, porządna kobieta nigdy, tego ją nauczyłam. Zmieniła rajstopy.

Układała, ścierała, polerowała. Zamierzała zjeść z córką w wysprzątanym salonie i pachnącej kuchni. Joanna zastała matkę wyłączającą odkurzacz.

I wzór porządku. Wszędzie?

Rozdział 4

JO

– Mamo, po co to?! – Moja wnuczka nie była zaskoczona, chociaż taką odgrywała.

– Już skończyłam, umyj ręce. – Małgosia nie zwracała na nią uwagi. – Zaraz kolacja.

– Jeśli pozwolisz, zjem z podłogi.

Spojrzały na siebie.

Kocham ją i nie znoszę – pomyślała moja wnuczka.

– Joanno…

– Mamo…

Podany przez Małgorzatę rosół, którego Joasia nie cierpiała, parował jak lokomotywa. Po jego zjedzeniu zawsze bolał ją żołądek, ale według matki „mięso trzeba jeść, bo zdrowe”.

Wnuczka mozolnie przełykała kolejne łyżki, kiedy Małgosia zebrała się na odwagę.

– To jak to jest z tym zakochaniem. Artur?

– Mamo, pomyliłam się. – Joasia przestała jeść i oglądała swoje krótko obcięte paznokcie. – To nie Artur. Co prawda jutro po basenie idę z nim do teatru, ale mam inną wiadomość.

Moja córka przeżuwała słowa swojej córki. W nocy będzie rozpamiętywać każde zdanie, doszukiwać się ukrytych znaczeń.

– Próbowałam ci to kiedyś powiedzieć… – Joasia odsunęła talerz. – Od czego tu zacząć…

– Od początku.

– Nie wiem, co miałabym robić po studiach.

– Tłumaczyć albo uczyć.

– Zaplanowałaś już dla mnie karierę, prawda? Uniwersytecką?

– Bardzo dobra praca. Niewiele godzin, długie wakacje, jesteś w stanie pogodzić wychowanie dzieci i dbanie o dom. I przynosi, jak wiesz, mnóstwo satysfakcji.

– Nie wiem, mamo. Zmieniłam kierunek studiów.

Małgorzata potrąciła stojący na skraju stołu talerz. Nie spadł. Lepiej, gdyby się potłukł, na szczęście – pomyślały równocześnie.

– Joanno, nie miałaś prawa tego robić bez porozumienia z nami – powiedziała chłodno matka.

– Czy jest coś, cokolwiek, co skłoniłoby cię do przyznania mi racji?

– Zmiana kierunku studiów nigdy nie powinna być nawet dyskutowana. Podjęłaś się czegoś – dokończ. Wybieraliśmy razem z ojcem dla ciebie najlepiej. Nie potrafisz jeszcze tego docenić. Joanno, nie masz pojęcia, ile wyrzeczeń…

Młoda kobieta patrzyła na matkę. Chwilowo jej nie słyszała. Tamta także nie słyszała Joanny. Za chwilę miały się zrealizować kolejne punkty scenariusza – podniesiony głos, dłoń na sercu, w końcu spazmatyczny szloch za drzwiami sypialni. Muszę temu zapobiec – pomyślała dziewczyna.

– Mamo, nie rób sceny.

Małgorzata zamarła w wędrówce od zlewu do stołu, przez otwarte drzwi do kuchni, omijając lekkim wahnięciem biodra stojący tuż przy wejściu śniadaniowy stolik. I z powrotem.

– Zmieniłam kierunek, bo to moje życie, nie wasze. A ja nie chcę anglistyki. Wiem, ile to wyrzeczeń, i wiem, jaką drogę przeszliście z tatą. Dlatego mam przez całe życie robić coś, czego nie lubię? Wybrałam marketing i zarządzanie. Straciłam tylko rok. Wydział zmieniłam w październiku.

– Marketing i zarządzanie! – Małgorzata nie kryła odrazy. – Każdy plebejusz to dzisiaj studiuje.

– Nic nie poradzę, że to popularny kierunek. Mnie pasuje!

– Nie krzycz.

O! To był prawie dialog! Joanna czuła się bliska złamania szyfru do własnej matki. Wysłuchała przynajmniej jednego mojego zdania.

Małgorzata tymczasem drążyła:

– Co zamierzasz robić po tych studiach?

– Wyjść bogato za mąż, powić dla ciebie pięcioro wnuków i zarządzać piętnastoma osobami służby w pięćsetmetrowej rezydencji.

Widząc minę matki, zmitygowała się.

– Żart. Daj tego babcinego ciasta. Ślinię się od samego zapachu.

Ciasto dostarczyłam wczoraj, zanim jeszcze moja starsza córka wymyśliła tę kolację. Lubiłam piec, nie byłam w stanie sama zjeść. Podrzucałam więc od niechcenia blachę do domu Małgosi, gdzie ciasto znikało w satysfakcjonującym mnie tempie. Albo Karol wpadał i zjadał kawał drożdżówki zamiast kanapki, ku oburzeniu własnej żony, albo Joanna przyprowadzała koleżankę, albo ciasto po obiadokolacji lądowało na stole na porcelanowych talerzykach. Joasia jęczała, ale zjadała ze smakiem, a jej figura kompletnie tego nie zauważała. Wszyscy byli zadowoleni, najbardziej chyba ja. Odbierałam blachę i eksperymentowałam z następnym przepisem.

– Mało śmieszny żart. Ciasto będzie po jedzeniu. – Małgorzata odsunęła paterę w głąb stołu.

– Zamierzam prowadzić jakiś biznes. Może uda mi się dostać na praktyki do taty, może z ciotką poprowadzę jej butik.

– Ten nibysklepik z ciuszkami? – prychnęła Małgorzata.

– Mamo, ten nibysklepik to trzy duże punkty handlowe, do których zjeżdżają klientki nie tylko z Warszawy. Dużo sprzedają przez internet. Ciotka ściąga towar na specjalne zamówienia: ubrania, materiały, dodatki…, nawet dywany. Żebyś je widziała! – Joannie błysnęło oko, ale Małgorzata nie wykazała zainteresowania. – Firma współpracuje z kilkoma krawcowymi, dla wybranych szyją ubrania na miarę. Ostatnio zaczęła handlować meblami i dodatkami wnętrzarskimi. Do tego hurtownia, która zaopatruje pół Polski. Ten ciotki nibysklepik to duży biznes, może nawet zbyt duży, żeby się na nim uczyć.

– Uczyć? Nie zmarnuj Katarzynie interesu! Ojciec wie?

– Tak.

Zawsze mówiła mu wszystko – pomyślała moja córka. Zawsze mu wszystko mówiłam – pomyślała wnuczka.

– Pójdę otworzyć – powiedziała Małgorzata po długiej chwili ciszy. Dzwonek rozerwał ją niczym wystrzał.

– To pewnie ciotka. Siedź, mamo, ja pójdę. – Zanim jednak Joanna zdążyła się podnieść, Małgorzata była w drzwiach przedpokoju.

Kasia już samym swoim wejściem wprowadziła zamieszanie.

– Co robisz? – zapytała starszą siostrę, zdejmując buty.

– Odwieszam twój płaszcz.

– Nie może tu zostać?

– A nie może wisieć porządnie?

Katarzyna weszła do jadalni, wzruszając ramionami. Joanna uśmiechnęła się do przybyłej.

– Z mamą nie wygrasz.

– Nie próbuję nawet – odparła moja młodsza, siadając.

– Joanno, pomóż mi, proszę. – Małgorzata udała, że nie słyszy.

– O rany, mamo! Kto to zje?

Małgorzata nie raczyła odpowiedzieć.

– Siostra, kto to zje? – skomentowała Katarzyna przy trzeciej turze wnoszenia półmisków.

– Nie dyskutuj, raczej się streszczaj. Masz tyły. Jesteśmy po rosole.

– I Joasia jadła rosół?

– I żyję, jak widać – powiedziała Joanna, wywracając oczami. – Ale ledwo.

– Wiesz siostra, naprawdę potrafisz gotować – powiedziała Katarzyna przy dokładce. – A gdzie Karol?

– W delegacji – odpowiedziała Małgorzata.

– Jasne. Ktoś musi pracować.

– Nie cenisz mojej pracy, wiem – powiedziała Małgorzata lodowato. Pod względem stosunku do pracy moje córki nigdy się nie dogadały. Jak zresztą i pod wieloma innymi.

– Nie unoś się, to miał być żart – łagodziła młodsza.

– Coś macie dzisiaj kiepskie żarty.

– Że niby co? – Katarzyna się zdziwiła. – Aaaa… odbyłyście ważną rozmowę.

– Powiedziałam mamie o zmianie kierunku – wtrąciła szybko Joanna.

Żeby tylko Kaśka nie wyrwała się z Grażyną – pomyślała. Jeszcze nie.

– Ty oczywiście wiedziałaś wcześniej. – Małgorzata nie zmieniła tonu.

– Mamo, ciotce mogę powiedzieć bez stresu. A tobie… Czasami się boję.

– Boisz się własnej matki?

– Mamo… bardzo wszystko przeżywasz. Ma być po twojemu. Sprawy poukładane i zorganizowane. A ja czasem chcę czegoś innego niż ty.

Małgorzata kiwnęła głową, wstała i odniosła pusty półmisek do kuchni.

– Rozumiem – powiedziała, stając w drzwiach. – Czas już na deser czy jeszcze będziecie jadły?

– Herbaty miętowej poproszę. Ledwo żyję z przeżarcia – powiedziała moja wnuczka.

– A ja nalewki, jakiejkolwiek. Nie ruszę się bez wspomożenia trawienia – dodała Katarzyna.

– Nie pijamy alkoholu na co dzień – odparła jej starsza siostra. Wyszła znów do kuchni i stanęła przed oknem. Wieczór rozjaśnił ulice latarniami. Oświetlone okna mieszkań prowokowały do podglądania. Czy ja chcę cokolwiek podglądać? Moja córka boi się ze mną rozmawiać. Pewnie ma rację. Chciałabym dobrze, najlepiej, ale ona ma inne najlepiej. Westchnęła. Sięgnęła do lodówki po puchary z lodowym deserem, ustawiła na tacy i wróciła do jadalni.

Na widok deseru ciotka i siostrzenica jęknęły.

– Przestańcie – skwitowała Małgorzata. – Lody robiłam sama. Bezowe.

– Jakie? – Katarzyna się zdziwiła.

– Z kawałkami bezy. I jest jeszcze ciasto drożdżowe od mamy. Zostawmy na razie Joannę. – Zerknęła bez uśmiechu w stronę córki. – Co ty planujesz? – zwróciła się do siostry.

– Wyjazd – powiedziała Katarzyna ostrożnie.

Małgorzata zacisnęła wargi z dezaprobatą.

– Masz tam jakieś rezerwacje? Wynajęte mieszkanie? Plan podróży? Na kiedy masz bilet powrotny?

– Stop, stop! – Kasia jej przerwała. Nigdy nie była dobra w planowaniu, pod tym względem różniła się zasadniczo ode mnie i od swojej starszej siostry. – Nie mam biletu powrotnego i nie zamierzam go teraz mieć. Wrócę, kiedy uznam za stosowne. Zarezerwowałam tylko pierwsze lokum i nie wiem, co dalej. Po prostu – lecę i zamierzam się dobrze bawić.

– Jesteś beztroska, jak zawsze. Co z twoją firmą?

– Te moje szmatki? Tak o nich mówisz, prawda?

Małgorzata odwróciła głowę w stronę okna.

– Joanna mi dzisiaj uświadomiła, co to za szmatki. Wybacz, nie wiedziałam.

– Skąd miałaś wiedzieć. Nigdy cię nie interesowało, co robię. Pewnie Karol więcej wie o moich sprawach. Kilka razy radziłam się go w jakichś księgowych kwestiach. Mniejsza z tym. Wszystko oczywiście zostawiam Joannie. Gdybym nie wróciła – jest jej.

– Dlaczego miałabyś nie wrócić? – Małgorzata się uniosła.

– Bo na przykład zginę w katastrofie lotniczej. Czy w innym wypadku. Albo postanowię zostać buddystką i wyrzeknę się dóbr ziemskich. Osiądę w którymś z klasztorów, będę nosiła szafranową szatę i mantrami porozumiewała się z otoczeniem.

Joanna parsknęła. Moja wnuczka bez zbędnego wysiłku potrafiła czasami rozładować napiętą sytuację. Robiła to odruchowo, nie zawsze taktownie, za to skutecznie.

– To nie jest śmieszne – ofuknęła ją Małgorzata.

– Jest! – Joasia śmiała się już głośno. – Pierwszy raz słyszę o kobiecie mnichu buddyjskim.

– Dobra, trochę mnie poniosło – przyznała też rozbawiona Kasia. – Ale i tak wszystko będzie twoje. Nie mam dzieci, wy też macie tylko Joasię. Więc dbaj o ten mój szmaciany biznesik. – Mrugnęła do Joanny.

– Jak się z wami dogadać?

– Po prostu, siostra. Po prostu. Polej – powiedziała Katarzyna, wyciągając z torebki butelkę. – My tu o poważnych sprawach, potrzeba oprawy. Nie jest to, niestety, domowa nalewka, ale trawienie poprawi.

– No wiesz? – żachnęła się starsza z sióstr.

– Wiem – odpowiedziała Katarzyna, nalewając płyn do trzech podstawionych przez Joannę kieliszków.

– Dziecko mi rozpijasz!

– Wypij. – Kaśka podsunęła starszej siostrze kieliszek. Z oporami, ale wypiła. Drugi wypiła już bez oporów.

– Tak więc… – znienacka powiedziała Katarzyna, kontynuując wcześniej przerwaną myśl – nie wiem, kiedy wrócę. Dlatego wszystko notarialnie załatwiłam. I nie zostawiam twojej córki samej – ma do pomocy moją pracownicę i przyjaciółkę, która zna się na tej robocie. Razem rozkręcałyśmy firmę, chociaż za moje pieniądze. Iwona pomoże.

– Obcej osobie powierzasz sprawy firmy?

– Przyjaciółce, mówiłam już.

– Ale ona nie jest z rodziny. – Małgorzata sprawiała wrażenie, jakby zaraz miała wytrzeźwieć. Chociaż właściwie nie była pijana, bardziej taką udawała.

– A tam, siostra, napij się jeszcze – odpowiedziało moje młodsze dziecko, które pomimo całkowitej dorosłości nigdy nie dorosło.

Nic więcej sobie nie wyjaśniły.

Upiły się lekko, na dość smutno, chociaż po czwartym kieliszku zrobiło się przyjemniej. Małgorzata przestała mieć pretensje o wszystko. Rozmawiały o nowym filmie Almodóvara i o tym, że Katarzynie będzie brakowało Teatru Polonia, do którego zwykła chodzić najrzadziej co dwa miesiące.

– Ciotka, ale przyślesz od czasu do czasu jakąś szmatkę? – Joasia się podśmiewała.

– No przecież. O towar to ja tam na miejscu zadbam, że hej. Będziesz miała co sprzedawać.

– Ja nie o tym. Dla mnie jakąś szmatkę? Specjalnie dla mnie?

– Pewnie. Co tylko zechcesz. Tobie też coś znaleźć? – Zwróciła się do siostry.

Małgorzata pokręciła głową.

– Jestem wstawiona – powiedziała, rozciągając sylaby – ale nie aż tak, żeby deklarować noszenie tęczowych powłóczystych szatek.

– Spoko, siostra, może kiedyś zmądrzejesz. – Kasia nalała po kolejnym kieliszku. – Chyba czas zamówić taksówkę. Chociaż właściwie mam blisko.

– Nie puszczę cię samej – odpowiedziała Małgorzata powoli.

– Pojadę z taksówkarzem. Z nikim obcym się nie będę szlajać, co ty, siostra. Zresztą, kto by taką starą babę jeszcze chciał?

– No to rzeczywiście się upiłaś.

– Na trzy fronty – odpowiedziała Katarzyna.

– Że co? – Małgorzata trzymała fason.

– Nie wiem. – Katarzyna wzruszyła ramionami. – Idę do domu.

– A taksówka? – zapytała Małgorzata, gdy ucichły już kroki Katarzyny.

– Daj spokój, mama, spacer ciotce dobrze zrobi. Niech się przewietrzy.

– Przewietrzy? A jak jej się stanie krzywda?

– Mamo, wyluzuj. To tylko kawałek.

– Kawałek, kawałek. Tak się tylko mówi.

– Mamo – powiedziała Joasia, wstając z krzesła. Przytuliła matkę, która zbierała naczynia ze stołu. Małgorzata zastygła. Po chwili odstawiła z powrotem talerze i objęła córkę. Trwały tak chwilę, nie mówiąc ani słowa. Po czym odsunęły głowy i spojrzały sobie w oczy. Nic nie dopowiedziały, Joanna po prostu pomogła matce sprzątać.

Kilka godzin później matka i córka leżały, wpatrując się w sufit, każda w swoim pokoju. Obu się zdawało, że pod warstwą farby i tynku są dobre odpowiedzi; że na gołej cegle jakiś nieodkryty Michał Anioł napisał niezmywalną farbą prawdę, która wszystko ułatwia. Nie powiedziałam matce o Grażynie. Jestem tchórzem – myślała młodsza. Nie zapytałam Joanny o tego chłopaka. Co ze mnie za matka? Na co jutro idą do teatru? I gdzie się podziewa Karol? Wraca coraz później, może dziś rzeczywiście ma jakąś delegację? – myślała starsza. Z tą myślą Małgorzata zasnęła. Joanna czekała na ojca, podrzemując, do późna w nocy. Wydawało jej się, że tego dnia nie miał zaplanowanej podróży. Dzwonił do niej wieczorem, nie nocował chyba w biurze? A może nie dzwonił z biura? Takich numerów mi nie rób, tato! Mogę się z matką kłócić, ale to moja matka! I twoja żona. Czy możesz się zachowywać? Chociażby, tatusiu, byle jak. Czy naprawdę tak myślała?

Rozdział 5

JO

Jak niemal codziennie, Joanna spała, gdy matka wychodziła z domu. Tak nauczyła ją moja córka i sporo w tym mojej winy. Ja chciałam być perfekcyjna, mieć zawsze wysprzątany dom i szyby bez zacieków. Mnie już przeszło – gdy zostałam sama w domu, a potem po prostu zabrakło sił. Małgosia ciągle utrzymywała ten dziwny standard, chociaż bywało jej ciężko. Szykowała śniadanie, pastowała buty, odprasowane ubranie odwieszała Joasi na drzwi szafy. Zawsze tak było. Pani domu witała rodzinę umalowana i uśmiechnięta. Czasami w sobotę, w dniu generalnego sprzątania, mniej starannie nakładała korektor pod oczy. Wtedy Joanna mogłaby dostrzec szare cienie pod oczami Małgosi. Niczym ćmy osiadały na twarzy nieszukającej słońca. Ale moja wnuczka wcale nie chciała tego dostrzec. Życie rodzinne musi być jak dawne obuwie – szyte na miarę każdego domownika. A że nie każdemu da się dogodzić?

Joasia chciała poczuć się lepiej. Była więc wegetarianką, nie nosiła futer i dwa razy w miesiącu pracowała jako wolontariuszka w schronisku dla psów. Lub jak jej wypadło, raczej rzadziej niż częściej. Psy ją nawet lubiły, ale nie była w stanie spamiętać ich imion. Zmieniały się tak szybko.

Wciąż nie powiedziała matce o Grażynie, chociaż od kolacji z Katarzyną minął już ponad tydzień. Nie obarczyłam jej świadomością istnienia kochanki. Oszczędziłam jej kolejnej zmarszczki. O studiach musiałam kiedyś powiedzieć, zresztą i Grażyna w końcu przestanie być tajemnicą, ale nie wszystko naraz! – usprawiedliwiała się przed sobą.

Joasia weszła do kuchni, popatrzyła na talerz w drobne różyczki. Małgosia uwielbiała ten serwis. W okresie pustek w sklepach taki ślubny prezent był jakby spoza czasu. I w dodatku był to podarunek od ukochanego wuja – księdza, mojego brata, który bardziej wspierał ją niż niegdyś mnie. Przez wiele lat, aż do swojej śmierci, był Małgosi powiernikiem i przyjacielem.

Na talerzu leżała misternie przystrojona kanapka z serem, wędliną, rzodkiewką, sałatą i ogórkiem. Kromkę przykrywał ozdobny zawijas majonezu, z boku leżała kulka twarogu ze szczypiorem i sałatka z ananasem. Wszystko świeżo zrobione, zabezpieczone przeźroczystą pokrywą. Do tego haftowana serwetka i platerowane sztućce. Rodzinny standard. Moja wnuczka patrzyła na dzieło sztuki codziennej i wreszcie poczuła się podle. Nigdy nie doceniałam matki. Dostaję śmietankę, a domagam się ptasiego mleka – pomyślała z niesmakiem. Ciekawe, jak ciotka poukłada swoje sprawy – rozmyślała dalej. Wróci po ślubie czy po rozwodzie? Może jako panna? Stara panna, a co. Chociaż ona nie pasuje do tego określenia. W każdym razie najmniej ze wszystkich znanych mi pań. Bardziej mama mogłaby za taką uchodzić. Jest mentalnie stara. A ciotka? Singielka, tak. Ciotka jest singielką. Sprytnie to wymyśliła, swoją drogą. Bez ckliwych pożegnań, akurat. Zwyczajnie nie chciała, żeby mama się dowiedziała, z kim leci. Przy temperamencie ciotki Kaśki nie oznacza to wcale, że z tym samym wróci. Może i dobrze, że oszczędziła matce tej wiedzy.

Dwa dni wcześniej Joasia z ojcem odwiozła ciotkę na lotnisko. Adorator czekał już ze schludną skórzaną walizką. Katarzyna miała wielką torbę we wszystkich odcieniach żółci. Gruby splot tkaniny układał się w abstrakcyjny wzór.

– Jak gobelin – skomentował Karol.

– W końcu lecę do Indii – odparła niezrażona.

– Tam będziemy wszystko kupować tylko w kolorach tęczy – dodał Miłosz, obejmując Kasię i całując ją w ucho. Uśmiechnęła się wtedy nieznacznie.

Joasia przypomniała sobie nagle. Co z ojcem? Wykręciła numer jego komórki. Odebrał po pięciu sygnałach.

– Nie mogę rozmawiać, mam spotkanie.

– Kiedy będziesz? Znowu wróciłeś późno, w ogóle cię nie widuję. Mama się…

– Rozmawiałem z Małgorzatą rano, teraz nie mogę dłużej mówić – wyszeptał ojciec i się rozłączył.

Co to, do licha, jest! Zwyczajny bajzel, nie dom! Nie założę ubrania, które mamusia przygotowała. Od dzieciństwa mi to robi. Pierze, ceruje, prasuje. Wybiera w sklepie, wybiera dzień do założenia. Wieczorem szykuje, rozwiesza, rano prasuje. Ja tylko zakładam i już jestem śliczna. Wyprostowała się. Nie. Już nie. Czas ucieka, a tempus fugit, jak dowcipnie mawiał Stachura. Co ma się zdarzyć, zdarzyć się musi. Klucze od mieszkania ciotki mam, walizka jest w pawlaczu. Zbieram się, bo inaczej nigdy się nie uwolnię od mamusi.

Pakując swoje rzeczy, Joasia rozmyślała o tym, jak będzie się jej mieszkać u ciotki. Wolność! Wyobrażała sobie dorosłe, odpowiedzialne życie. Jej życie. W sumie nie powinnam narzekać. Matka jest trochę nadopiekuńcza, lubi sprawować kontrolę, ale nie miałam najgorzej, inni trafiają słabiej. Ale mam dość. Chcę samostanowić. Jakie ładne słowo – pomyślała, wybierając ciuchy z wielkiej szafy. Tak, wyrwę się spod kurateli. Spod… Zatrzymała się z naręczem ubrań na rękach. Już wiem. Mama jest patronem. Wyrwę się spod jej patronatu.

Nie mogła poradzić sobie z pakowaniem. Zawsze pakowała ją Małgosia, na każdy wyjazd, kolonie, obóz. W kieszonce plecaka Joanna znajdowała spis rzeczy. Wracała z zawartością splątaną w wielki brudny węzeł, niekompletnymi skarpetkami, czasem cudzymi majtkami zawieruszonymi w wilgotnym ręczniku.

To nic. Będę przyjeżdżać przez kolejne dni i zabierać szpargały. Dzisiaj tylko kilka ciuchów i książki. No i buty. Kostium kąpielowy, przecież pójdę na basen, dziś albo jutro. I zdjęcia. Tych ciuchów będzie za mało… Muszę wziąć jeszcze jedną walizkę. Rany, zapomniałam o kosmetykach!

W południe spojrzała na swoje dzieło. Nie mam szans na taksówkę. Nie dam rady sama znieść tego majdanu. Zrezygnowana znów wykręciła numer ojca. Tym razem odebrał po pierwszym sygnale. Był rozbawiony.

– Joasiu, co się dzieje?

– Potrzebuję twojej pomocy. Muszę milion rzeczy znieść do taksówki, nie ma mi kto pomóc.

– Do jakiej taksówki? Dlaczego milion?

– Na kilka dni przeprowadzam się do ciotki. Będę jej podlewać kwiatki.

– Ona ma tylko suszki.

– No właśnie, muszę je odkurzać.

– Co ty kombinujesz? Jak kłamać, to z talentem. Chcesz się wyprowadzić z domu?

– Wczoraj rozmawiałam znów z mamą o studiach i…

– I cię wyrzuciła? Już ja z nią po…

Końcówki zdania Joasia nie dosłyszała. Nie mogła się ponownie dodzwonić do ojca. Zrezygnowana usiadła na kanapie w salonie i czekała na zgrzyt klucza. Późnym popołudniem, gdy piła piątą zieloną herbatę, do mieszkania wparowała Małgorzata. Kwadrans później Karol.

Moja córka była zła, nie zaczynała więc rozmowy, czekała na męża.

– Joasiu, o co chodzi? – każde z nich zadało takie samo pytanie, kiedy stanęli wreszcie ramię w ramię w salonie, Małgosia bliżej fotela, na którym przysiadła Joasia. Młoda miała wrażenie, jakby matka nad nią zawisła.

Jakie to banalne. Śmiały plan, samodzielność pełna wyzwań, odwaga w codzienności. A wystarczy jedno pytanie i znów jestem dziewczynką.

– Chcę się usamodzielnić.

– Usamodzielnić? – syknęła moja córka. – Może jednak poczekaj, aż skończysz studia?

– Nie, mamo. Mam teraz szansę. Ciotka wyjechała, zostawiła mi mieszkanie.

– I kazała ci się tam wprowadzić? – Małgosia pękała już ze złości.

– Sama tego chcę.

– A z czego będziesz żyła? – Ojciec podłączył się dynamicznie do rozmowy.

– Chciałabym… Chciałabym prosić was o finansowe wsparcie. Sama oczywiście nie dam rady, musiałabym iść do pracy, a to pewnie uniemożliwiłoby mi dokończenie studiów.

To był świadomy szantaż, obmyślona wcześniej kwestia. Joasia doskonale wiedziała, że nieskończenie studiów byłoby dla jej rodzicieli katastrofą. Ojciec wprawdzie poparł zmianę uczelni, był praktykiem. Uważał, że biznes zawsze się obroni, a angielski Joanna znała tak dobrze, że nie potrzebowała studiów. I bez tego zda egzamin państwowy czy jaki tam będzie jej potrzebny. Za to w interesach… cóż, oczekiwał błyskotliwej kariery córki. Nie skończyć studiów? Nie wchodziło w grę.

Rozmowa trwała krótko. Matka trzasnęła drzwiami. Ojciec – zanim wyszedł za nią – chwilę jeszcze rozmawiał z córką. Przytulił ją, szepcząc obietnicę sutego wsparcia. Oto, jak rozwiązuje się problemy. Rozwiązuje?

Rozdział 6

TUTAJ

We śnie można czytać w dowolnych ilościach. Lubię i mogę. Tutaj wszystko mogę.

Dzisiaj przeczytałam:

Był taki czas, gdy ciągle się spieszyłam. Na przykład jechałam tramwajem i chciałam, żeby on jechał jeszcze szybciej. Miałam ten pośpiech w sobie. I nagle pomyślałam: „Zaraz, dokąd ja się tak spieszę? Przecież na końcu czeka na mnie trumna” (śmiech). Pozbądź się tego wewnętrznego biegu. Oglądaj świat, obserwuj, co się dookoła ciebie dzieje, bo życie mamy jedno, a przecież we wszystkim można znaleźć tyle piękna. Właściwie samo to, że się żyje, jest już czymś cudownym.

Danuta Szaflarska to powiedziała.

Trudno się nie zgodzić.

Mądrość… To nic takiego. Stan wiedzy, który nie uszczęśliwia.

Wydaje mi się, że wiem wszystko. Mogę się w każdej chwili przenieść w dowolny czas i wybrane miejsce. Słyszę i wiem. I co z tego?

Rozdział 7

MA

Małgorzata nie czekała na męża. Wyszła nie tylko z pokoju Joanny i nie tylko z mieszkania. Wyszła z siebie i rozpoczęła wędrówkę po bezdrożach. Bardzo chciała powiedzieć, że są to bezdroża jej duszy, ale nawet to nie było prawdą.

Bezdroża? – prychnęła w myślach. Jedynie kawałek asfaltu, który codziennie przemierzam. Nie mam pobocza zarośniętego zielskiem, horyzontu kojącego wzrok i nie mam bezdroży! U córki to mogą być nawet i wertepy. Może chciałabym być teraz w jej duszy i tam sobie beztrosko błądzić.

Małgosia krążyła po dzielnicy pierwszy raz od dwudziestu lat. Zapomniała, jak to jest iść w deszczu pachnącą wiosną ulicą. Jakie to uczucie mieć na stopach przemoczone buty i w ogóle się tym nie przejmować. Zrobiło się późno, ludzi było coraz mniej, a ona cały czas chodziła. Bała się. Jakby zza najbliższego rogu miał wyskoczyć wyrostek i błyszczącym ostrzem zadać ból, zawiedziony, że nie ma co ukraść. Obawiała się przeziębienia, nie założyła ciepłej bielizny. I obawiała się życia bez Joanny.

Przystanęła w cichym podwórzu między kamienicami. Niektóre balkony zapewne już za kilka tygodni będą ukwiecone, skrzynki czekały na świeżą ziemię i sadzonki. Inne były zawalone gratami. Dwa krzesła z odłażącą okleiną, ustawione jedno na drugim, straszyły sterczącymi na sztorc nogami, jakby wskazywały kierunek. W niebo. Do nieba. Kiedyś wszyscy pójdziemy do nieba.

Małgorzata usiadła na mokrej ławce, nie troszcząc się nawet o wytarcie jej chusteczką. Sukienka natychmiast przemokła, aż do majtek. Kobieta ułożyła ręce na złączonych kolanach i czuła, że serce za chwilę uda się na samodzielny spacer. Po prostu wyskoczy jej z piersi. Ręce miała mokre, nie od wieczornej wilgoci – od potu. Oddychała płytko, bardzo szybko. Rozglądała się z przestrachem. Moja córka wielu rzeczy się bała. Pleśni na okiennych ramach, oskarżenia o stronniczość w ocenie prac studentów, fioletowych słoni, które czasem śniły jej się po ciężkim dniu. Teraz jednak bała się inaczej, bardziej, ponad wszystko. Co ja robię? Dlaczego tu siedzę? Przecież to jest niebezpieczne. Nie mogę. Muszę wracać. Nie mogę wracać. – Panikowała.

Raptem Małgosia spojrzała na swoją prawą rękę. Na tę rękę, której paluszki tyle razy przytulałam do policzka, gdy jeszcze miała rozmiar kurzego jaja. Teraz była pod dziwnym kątem wykrzywiona, jakby chwycił ją nagły paraliż. Małgosia nie mogła poruszyć ręką, chociaż ta nie bolała. Po chwili zdała sobie sprawę, że nie może ruszyć także lewą ręką. Właściwie w ogóle nie mogła się poruszyć.

Siedziała na skraju ławki, rzadko rozstawione listwy wbijały jej się w tyłek. Sparaliżowało mnie – myślała, nie poruszając się. Niech to się już skończy. Jak to serce szybko bije. To zawał. Na pewno. Niech już się skończy. Wyobraziła sobie siebie, swoje ciało, osuwające się bezwładnie, najpierw na ławkę, potem coraz niżej, kolana dotykają ziemi, biodra, plecy. Tylko ręka zostanie na ławce. Bardzo chciałam ją pocieszyć. Powiedzieć coś, może zrozumiałaby pocieszenie, może uznała ostrzeżenie. Mogłam jednak tylko obserwować, jak zewnętrzny narrator. Wszystkowiedzący, nic niemogący.

Małgosia nie osunęła się na ziemię. Siedziała ciągle bez ruchu na podwórzu pomiędzy kilkoma mokotowskimi kamienicami i chociaż niezrozumiały paraliż minął, nie wstała.

O czwartej nad ranem Karol znalazł Małgorzatę siedzącą na ławce niemal przed ich blokiem. On też krążył po dzielnicy, przeszukiwał miejsca, kiedyś bliskie obojgu, a dawno już przez nich nieodwiedzane, niewspominane, zapomniane. I nie potrafiłby odnaleźć żony, gdyby nie zbieżny punkt, wspólne dążenie – córka. Dlatego spotkali się niemal pod własnym blokiem, na ławce ukrytej w głębokim cieniu. W tym czasie moja wnuczka, zmęczona siedzeniem przy spakowanych walizkach, po prostu poszła spać.

Małgorzata i Karol nie rozmawiali o tym. Mąż po prostu objął żonę i poprowadził w stronę domu. Była przemarznięta, ale nic poza tym jej nie dolegało.

Następnego dnia mój zięć wyszedł z pracy wcześniej. Bagażnik samochodu miał wypełniony złożonymi na płasko kartonami. Małgosia zabawiła na uczelni dłużej niż zwykle. Po powrocie do domu umyła wszystkie okienne szyby.

Potrzebuję powietrza – myślała. Otworzyła gwałtownym ruchem okno i oddychała płytko, szybko, łapczywie. Oddychać to mało. Potrzebuję dotlenienia.

Wieczorem Karol przytulał żonę i tłumaczył jej, że mogą w weekend pojechać do lasu, tam się przewietrzą, odpoczną i spędzą czas tylko ze sobą.

– Dawno nie byliśmy sami. Potrzebujemy czasu dla siebie. Wiesz, porozmawiać, pobyć ze sobą.

– Codziennie rozmawiamy – odpowiedziała odruchowo, a potem uniosła głowę szybkim ruchem. W oczach Karola zobaczyła gasnący entuzjazm.

– Ale chętnie pojadę – dodała szybko. – Żebyśmy mogli pobyć ze sobą. Szkoda, że nie pojechaliśmy jesienią. Pozbieralibyśmy grzyby.

Wiedziała, że Karol nie lubił grzybów. Ani jeść, ani – tym bardziej – zbierać. Nawet mój popisowy kurczak w śmietanowo-grzybowym sosie nie cieszył się jego względami. Nawet jajecznica z kurkami.

– Weźmiemy wiklinowy koszyk – powiedział zgodnie. – Na wszelki wypadek. Może się jakiś wiosenny grzyb trafi. – Rozbawił ją.

– Świetnie – odpowiedziała. – Będziemy mieli czas tylko dla siebie.

Małgosia kiwała głową, uśmiechając się. Nic nie rozumiała. Jesteśmy ze sobą od prawie ćwierć wieku. Czy weekend w lesie cokolwiek zmieni?

Rozdział 8

JO