Wydawca: Zielona Sowa Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 627 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Hrabia Monte Christo. Tom III - Aleksander Dumas

Jedna z najwybitniejszych powieści Aleksandra Dumasa, w której wątki polityczne i obyczajowe splatają się z barwną historią XIX-wiecznej Francji po upadku Napoleona. Młody oficer marynarki Edmund Dantès został właśnie mianowany kapitanem trójmasztowca i zamierza poślubić ukochaną Mércedès. W dniu ślubu jest aresztowany w wyniku donosu zazdrosnych przyjaciół, pomawiających go o udział w spisku mającym przywrócić rządy Bonapartego. Dantès spędził czternaście lat w więzieniu, gdzie powinien pozostać do końca życia. Jednak udaje mu się uciec w brawurowym stylu. Odnajduje skarb na wyspie Monte Christo, kierując się wskazówkami współwięźnia księdza Farii. W końcu jako majętny i ekscentryczny hrabia Monte Christo wraca do Francji, aby dokonać wyrafinowanej zemsty na zdrajcach z przeszłości.

Opinie o ebooku Hrabia Monte Christo. Tom III - Aleksander Dumas

Cytaty z ebooka Hrabia Monte Christo. Tom III - Aleksander Dumas

Posłuchaj – rzekł ksiądz, wyciągając ręce nad rannym, jakby chciał przelać w niego wiarę. – Patrz, co zrobił dla ciebie ten Bóg, którego ty nie chcesz uznać nawet w ostatniej chwili życia. Dał ci zdrowie, siłę, pracę, a nawet przyjaciół. Dał ci też życie spokojne, jakie powinien wieść człowiek o czystym sumieniu. A ty co zrobiłeś, zamiast korzystać z tych darów Pana, które przecież tak rzadko zsyła w całości ludziom? Oddałeś się próżniactwu i pijaństwu, a po pijanemu zdradziłeś najlepszego przyjaciela.

Fragment ebooka Hrabia Monte Christo. Tom III - Aleksander Dumas

ALEKSANDER DUMAS

Hrabia Monte Christo

Tom 3

ISBN: 978-83-7623-978-1

Wydawnictwo Zielona Sowa

Kraków

Tytuł Orginału

Le Comte de Monte-Cristo

Redaktor serii

Iwona Musiak

Korekta

Katarzyna Kierejsza

Ilustracja na okładce

Edyta Stajniak

Układ typograficzny i projekt okładki

Piotr Hrehorowicz

Skład i łamanie

Inter Line s.c.

© Copyright by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp.z.o.o.,2009

Wydawnictwo Zielona Sowa Sp.z.o.o.

30-404 Kraków, ul. Cegielniana 4A

tel./fax (012) 266-62-94

tel. (012) 266-62-92

www.zielonasowa.pl

wydawnictwo@zielonasowa.pl

ROZDZIAŁ 75 | Postępy młodego pana Cavalcanti

Pan Cavalcanti, ojciec Andrei, odjechał, by ponownie podjąć służbę, jednakże nie w armii Jego Cesarskiej Mości Cesarza Austriackiego, lecz przy ruletce w Lukce, miejscowości kuracyjnej, gdzie należał do najgorliwszych dworzan.

Nie trzeba dodawać, iż z najdokładniejszą skrupulatnością wybrał, co do grosza, całą sumę przyznaną mu na podróż oraz wynagrodzenie za godny i pełen majestatu sposób, w jaki odegrał rolę ojca.

Wraz z tym odjazdem Andrea otrzymał wszystkie papiery świadczące o tym, że miał honor być synem margrabiego Bartolomea i margrabiny Leonory Corsinari. Zadomowił się mniej więcej w tym paryskim towarzystwie, które tak łatwo przyjmuje cudzoziemców i obchodzi się z nimi, ceniąc każdego nie wedle tego, kim jest, ale wedle tego, za kogo chce uchodzić. Wreszcie – czegóż to w Paryżu wymaga się od młodzieńca? Żeby używał w miarę poprawnego języka, przyzwoicie się ubierał, grał śmiało i płacił złotem. Nie ulega wątpliwości, że od cudzoziemca wymagają mniej jeszcze niż od paryżanina. Już po dwóch tygodniach więc Andrea zdobył sobie wcale niezłą pozycję; nazywano go panem hrabią, mówiono, że ma pięćdziesiąt tysięcy liwrów rocznego dochodu, i powiadano, iż ojciec jego jest w posiadaniu niezmiernych skarbów ukrytych gdzieś w kamieniołomach Saravezza.

Pewien uczony, przy którym była mowa na temat tychże kamieniołomów, zapewnił, iż je widział, co nadało ogromnej wagi niepewnym dotychczas stwierdzeniom i nabrały one odtąd rzeczywistego charakteru.

Tak się sprawy miały w kręgu paryskiej socjety, do którego wprowadziliśmy naszego czytelnika, gdy pewnego wieczoru Monte Christo odwiedził pana Danglarsa. Nie zastał go w domu, zaproszono więc hrabiego do baronowej, która naturalnie wizytę przyjęła.

Od obiadu w Auteuil i wypadków, które po nim nastąpiły, pani Danglars reagowała swego rodzaju niespokojnym drżeniem, ilekroć wymawiano nazwisko Monte Christo.

Kiedy brzmienie jego nazwiska nie było zwiastunem przybycia samego hrabiego, wtedy to bolesne uczucie wzmagało się jedynie, jeśli zaś hrabia zjawiał się, otwarta jego osoba, oczy błyszczące, uprzejmość, grzeczność nadzwyczajna dla pani Danglars rozpraszały najmniejsze cienie jej obaw. Zdawało się baronowej rzeczą niepodobną, aby człowiek o tak zachwycającej powierzchowności mógł w stosunku do niej żywić jakieś złe zamiary; zresztą najbardziej nawet zepsute serce nie wierzy w zło, którego nie może usprawiedliwić jakimś interesem. Zło bezużyteczne i bezpodstawne odstręcza samo przez się jako niedorzeczność.

Gdy hrabia wszedł do buduaru, dokąd wprowadziliśmy już raz naszego czytelnika, zastał baronową, jak niespokojnie przeglądała rysunki swojej córki, pokazane już wcześniej młodemu panu Cavalcanti. Jak zwykle zadrżała na wzmiankę nazwiska hrabiego, ale mimo zmieszania przyjęła go z uśmiechem.

Hrabia jednym rzutem oka pojął całą scenę.

Przy baronowej, która w pozycji półleżącej spoczywała na kozetce, siedziała Eugenia; Cavalcanti stał.

Ubrany na czarno niczym bohater Goethego, w lakierowanych trzewikach i ażurowych białych pończochach, przeciągał białą, dosyć starannie wypielęgnowaną ręką po swoich blond włosach, wśród których pobłyskiwał diament; w próżności swej bowiem, młodzieniec, mimo rad hrabiego, nie oparł się pokusie włożenia go na mały palec.

Ruchowi temu towarzyszyły zabójcze spojrzenia wymierzone w pannę Danglars oraz czułe westchnienia, wysyłane w tę samą stronę.

Panna Danglars nie zmieniła się wcale; wciąż była piękna, zimna i szydercza. Żadne spojrzenie, żadne z westchnień Andrei nie uszło jej uwagi; rzekłbyś jednak, że ześlizgiwały się jak po pancerzu Minerwy.

Eugenia skłoniła się chłodno hrabiemu i korzystając z pierwszych konwencjonalnych zdań rozmowy, zniknęła w swoim salonie do nauki, skąd wkrótce dały się słyszeć dwa wesołe głosy połączone z dźwiękami fortepianu. Monte Christo zrozumiał, że panna Danglars woli towarzystwo panny Ludwiki d’Armilly, swojej nauczycielki śpiewu, od towarzystwa jego i pana Cavalcanti.

Rozmawiając z panią Danglars i udając, że jest całkowicie pod urokiem tej konwersacji, hrabia przyglądał się zachowaniu pana Andrei: Andrea podszedł do drzwi i z uwielbieniem nasłuchiwał dochodzącej zza nich muzyki, nie mogąc się zdobyć na przekroczenie progu.

Wkrótce powrócił bankier. Pierwsze jego spojrzenie przeznaczone było dla Monte Christo, ale już następne dla Andrei. Żonę powitał w sposób typowy dla niektórych mężów, którego to sposobu żaden kawaler pojąć nie zdoła, dopóki nie ukaże się obszerny kodeks małżeńskich stosunków.

– Cóż to, panny nie zaprosiły pana do swojego towarzystwa? – zapytał Danglars Andrei.

– Niestety nie – odpowiedział Andrea, wzdychając bardziej jeszcze wymownie niż poprzednio.

Danglars natychmiast podszedł do drzwi salonu i otworzył je. Dziewczęta siedziały przy fortepianie na jednej kanapce. Każda z nich grała jedną ręką; ćwiczenie to powtarzały często i doszły już do niezwykłej wprawy w jego wykonywaniu. W ramie otwartych drzwi tworzyły jakby pełen uroku obraz rodzajowy, podobny do tych, które się często maluje w Niemczech.

Ludwika była drobną, szczupłą blondynką o wyglądzie wróżki. Miała bujne, kręcone włosy opadające puklami na nieco przydługą szyję, w czym przypominała Madonny z obrazów Perugina. Oczy miała jakby przymglone zmęczeniem. Mówiono, że ma słabe płuca i że pewnego dnia umrze, śpiewając operową arię.

Monte Christo rzucił szybkie i ciekawe spojrzenie w głąb tego gyneceum [Gyneceum (gr.) – część domu przeznaczona dla kobiet.]; pierwszy raz widział pannę d’Armilly, chociaż tak często mówiono o niej w tym domu.

– Czyżbyśmy zostali wykluczeni z towarzystwa muzycznego? – zapytał baron córkę.

Poprowadził młodzieńca do saloniku i czy to przypadkiem, czy umyślnie, zamknął drzwi za Andreą w taki sposób, że ani Monte Christo, ani baronowa ze swoich miejsc nie mogli już nic więcej dojrzeć; ale skoro sam pan Danglars go tam wprowadził, pani Danglars nie zwróciła na to uwagi.

Wkrótce też hrabia usłyszał głos Andrei śpiewającego przy akordach fortepianu jakąś korsykańską piosenkę.

Gdy hrabia przysłuchiwał się z uśmiechem piosence – zapomniał o Andrei, a przyszedł mu na myśl Benedetto – pani Danglars wychwalała przed nim opanowanie męża, który tego ranka z powodu bankructwa w Mediolanie stracił jakieś trzysta do czterystu tysięcy franków.

Rzeczywiście, pochwała była zasłużona, hrabia bowiem, gdyby nie dowiedział się o tym od samej baronowej, czy też w jakiś inny, tylko sobie znany sposób, nie wyczytałby niczego z twarzy barona.

„To dobrze – pomyślał hrabia w duchu. – Zaczyna ukrywać swoje straty, a jeszcze przed miesiącem chełpił się nimi”.

Po czym rzekł głośno:

– Droga pani, pan Danglars tak dobrze zna giełdę, że zawsze zdoła odzyskać to, co stracił.

– Widzę, że podziela pan powszechne, choć błędne przekonanie – rzekła pani Danglars.

– Jakież to przekonanie? – zapytał Monte Christo.

– Że pan Danglars gra na giełdzie, podczas gdy on wcale nie gra.

– A tak! Rzeczywiście przypominam sobie, że pan Debray mówił mi… a właśnie, co się z nim dzieje? Nie widziałem go od trzech czy czterech dni.

– I ja go nie widziałam – rzekła pani Danglars z osobliwym spokojem. – Ale zaczął pan jakieś zdanie i nie dokończył.

– Jakie zdanie?

– Że pan Debray mówił panu…

– A tak… pan Debray mówił mi, że to pani oddaje się demonowi gry.

– Tak, przyznaję, że przez jakiś czas sprawiało mi to przyjemność – rzekła pani Danglars – ale już mnie to nie bawi.

– I niesłusznie, proszę pani. Mój Boże, fortuna kołem się toczy; ja, gdybym był kobietą, a przypadkiem jeszcze żoną bankiera, oczywiście nie przestawałbym ufać szczęściu mego męża, bo jak sama pani wie, w spekulacjach wszystko zależy od szczęścia. Ale, jak powiadam, chociaż ufałbym zupełnie szczęściu mego męża, jednak chciałbym sobie zapewnić niezależny majątek, nawet gdyby przyszło mi zaryzykować wszystko, powierzając swoje interesy nieznanej mi osobie.

Pani Danglars mimo woli zarumieniła się.

– Proszę tylko pomyśleć – rzekł Monte Christo, udając, że niczego nie spostrzegł. – Wczoraj podobno ktoś zrobił całkiem niezły interes na akcjach neapolitańskich.

– Nie mam ich – odpowiedziała żywo baronowa – i nigdy ich nie miałam. Ale doprawdy, przestańmy już mówić o giełdzie, panie hrabio, wyglądamy bowiem jak dwaj maklerzy giełdowi; pomówmy raczej o tych biednych Villefortach, tak ciężko doświadczanych przez los.

– Cóż im się stało? – zapytał Monte Christo, z dobrze udaną naiwnością.

– Musiał pan o tym słyszeć. Kilka dni po śmierci pana de Saint-Méran przyjechała margrabina, po czym i ona zmarła.

– A tak – rzekł Monte Christo. – Słyszałem o tym, ale jak powiada Klaudiusz w Hamlecie, takie jest prawo natury: rodzice umierają przed dziećmi i dzieci po nich płaczą, po czym same umrą przed własnymi dziećmi i również będą opłakiwane przez swoich potomków.

– Ale to jeszcze nie wszystko.

– Jak to nie wszystko?

– Otóż z pewnością wie pan, że mieli wydać córkę za mąż…

– Za pana d’Epinay… czy małżeństwo nie doszło do skutku?

– Podobno wczoraj rano d’Epinay zwrócił dane im słowo.

– Doprawdy?… A znane są przyczyny tego zerwania?

– Nie.

– Coś podobnego! Jakże pan de Villefort znosi wszystkie te nieszczęścia?

– Jak zawsze, ze spokojem filozofa.

W tej chwili wszedł pan Danglars.

– Jak to – rzekła baronowa – zostawiłeś pana Cavalcanti samego ze swoją córką?

– I z panną d’Armilly – rzekł bankier – Za kogóż ty ją masz?

Po czym, zwracając się do Monte Christo, rzekł:

– Czarujący młodzieniec ten książę Cavalcanti, nieprawdaż, hrabio? Tylko czy on rzeczywiście jest księciem?

– Za to nie mogę ręczyć – odpowiedział Monte Christo. – Jego ojca przedstawiono mi jako margrabiego, pan Andrea zatem powinien być hrabią; zdaje mi się jednak, że on sam nie wykazuje wielkich pretensji do tego tytułu.

– A to czemu? – zaoponował baron. – Jeżeli jest księciem, to nie ma racji, że się tym nie chlubi. Należy cenić swą godność. Ja sam nie lubię bardzo, gdy ktoś się wypiera własnego pochodzenia.

– Ale pan jest prawdziwym demokratą – rzekł z uśmiechem Monte Christo.

– Zauważ jednak, na co się narażasz – rzekła baronowa – gdyby pan de Morcerf przyszedł tu przypadkiem, zastałby pana Cavalcanti w pokoju, do którego on – narzeczony Eugenii – nigdy nie otrzymał prawa wstępu.

– Dobrze się wyraziłaś, moja droga, że przypadkiem – odpowiedział bankier – bo też rzeczywiście chyba przypadek musiałby sprawić, by tak rzadki gość się tu zjawił.

– A jednak, gdyby przyszedł i zastał tego młodzieńca u naszej córki, byłby raczej niezadowolony.

– On! Dobry Boże! Bardzo się mylisz, moja droga, pan Albert nie zaszczyci nas raczej uczuciem zazdrości o swoją narzeczoną, aż tak bardzo jej nie kocha. Zresztą, co mnie obchodzi, czy będzie zadowolony, czy nie.

– A jednak sprawy zaszły już tak daleko…

– O tak, sprawy zaszły już bardzo daleko, tak daleko, że na balu u swojej matki pan de Morcerf raz tylko zatańczył z moją córką, a pan Cavalcanti tańczył z nią trzy razy i wicehrabia wcale tego nie zauważył.

– Pan wicehrabia Albert de Morcerf! – zaanonsował lokaj.

Baronowa pospiesznie wstała. Chciała pójść do saloniku, by powiadomić córkę, ale pan Danglars przytrzymał ją za ramię.

– Daj spokój – rzekł.

Baronowa spojrzała na niego zdziwiona.

Monte Christo udał, że nie widział całej tej sceny.

Albert wszedł, a wyglądał dziś pięknie i był wyjątkowo radosny. Ukłonił się szarmancko pani Danglars, barona powitał poufale, a hrabiego przyjaźnie; następnie zwrócił się do baronowej:

– Czy wolno mi zapytać panią, jak samopoczucie panny Eugenii?

– Wyśmienicie, proszę pana – odpowiedział żywo pan Danglars – Właśnie w tej chwili zajęta jest muzyką w saloniku z panem Cavalcanti.

Albert pozostał niewzruszony i obojętny; może w duchu się zirytował, ale czuł na sobie spojrzenie Monte Christo.

– Pan Cavalcanti śpiewa bardzo pięknym tenorem – rzekł – a panna Eugenia ma wspaniały sopran, nie wspominając nawet, że gra na fortepianie jak sam Thalberg. To musi być prześliczny koncert.

– Rzeczywiście, zgadzają się wybornie – odparł Danglars.

Albert, zdawało się, nie dostrzegł tego dwuznacznika, tak grubiańskiego, że pani Danglars się zarumieniła.

– Ja także – rzekł następnie młodzieniec – jestem muzykalny, tak przynajmniej twierdzili moi nauczyciele; dziwna rzecz jednak, bo jak dotąd głos mój nie zgodził się z żadnym głosem, a zwłaszcza z sopranem.

Danglars uśmiechnął się z lekka, co miało znaczyć: „A złość się, złość!”.

– Toteż książę z moją córką wzbudzili wczoraj powszechny zachwyt – rzekł, licząc zapewne, że w ten sposób osiągnie swój cel. – Nie było pana wczoraj, panie de Morcerf?

– Jaki książę? – zapytał Albert.

– Książę Cavalcanti – odpowiedział Danglars, tytułując uparcie młodzieńca w ten właśnie sposób.

– A, przepraszam – rzekł Albert. – Nie wiedziałem, że jest księciem. Aha, to książę Cavalcanti śpiewał wczoraj z panną Eugenią? Rzeczywiście musiało to być zachwycające i mocno żałuję, że nie słyszałem. Nie mogłem jednak skorzystać wczoraj z państwa zaproszenia, musiałem bowiem towarzyszyć matce mojej w odwiedzinach u pani baronowej de Château-Renaud, gdzie występ mieli śpiewacy niemieccy.

Po chwili milczenia Albert jak gdyby nigdy nic zapytał:

– Czy mógłbym złożyć moje uszanowanie pannie Eugenii?

– Za chwilkę, za chwilkę, błagam – rzekł bankier, zatrzymując młodzieńca. – Niech pan posłucha jeszcze tej cavatiny [Cavatina (wł.) – liryczna pieśń solowa, prostsza i krótsza od arii.], ta, ta, ta, ti, ta ti, ta, ta,… zachwycające, skończą za sekundę: wspaniale! Bravo! Bravi! Brava!

I bankier począł zapalczywie klaskać.

– Istotnie – rzekł Albert. – Było to prześliczne, chyba nie można lepiej znać muzyki swego kraju, niż zna ją książę Cavalcanti. Nazwał go pan księciem, jeśli się nie mylę? Zresztą, choćby nawet nie był księciem, z pewnością nim zostanie, we Włoszech to nic trudnego. Ale, wracając do naszego urzekającego duetu, może by pan zrobił nam przyjemność, baronie, i nie mówiąc nic córce ani panu Cavalcanti, że słucha ich ktoś obcy, poprosiłby pan, aby zaśpiewali inny jeszcze kawałek. Tak dobrze jest rozkoszować się muzyką z pewnego oddalenia, w półmroku, nie widząc i nie będąc widzianym, nie krępując w ten sposób artysty, który może oddać się wtedy bez reszty porywom serca i geniuszu.

Tym razem zimna krew młodzieńca zbiła Danglarsa z tropu.

Wziął Monte Christo na stronę.

– No i co pan powie o naszym zakochanym?

– Do licha! Wydaje mi się zimny jak lód, nie da się zaprzeczyć; ale co począć? Pan się już zobowiązał.

– Niewątpliwie, zobowiązałem się, ale że oddam moją córkę człowiekowi, który ją kocha, a nie temu, który jej nie kocha wcale. No, niech pan na niego popatrzy, zimny jak marmur, dumny jak jego ojciec; gdyby chociaż był bogaty, gdyby miał taki majątek jak Cavalcanti, machnąłbym ręką. Ech, nie naradziłem się jeszcze z córką, ale jeśli ma dobry gust…

– No, nie wiem – odparł Monte Christo. – Być może zaślepia mnie przyjaźń, ale mogę pana zapewnić, że pan de Morcerf jest ujmującym młodzieńcem, który niewątpliwie uszczęśliwi pana córkę i prędzej czy później dojdzie do czegoś; w końcu jego ojciec ma znakomitą pozycję.

– Hmm! – chrząknął Danglars.

– Skąd ta wątpliwość?

– Chodzi o jego przeszłość… ciemną przeszłość.

– Ale przecież przeszłość ojca nie dotyczy syna.

– Prawda, prawda…

– E, niech pan nie wydziwia, baronie. Jeszcze przed miesiącem uważał pan to małżeństwo za doskonałą partię… Proszę też zrozumieć, że martwi mnie to, bo przecież właśnie u mnie poznał pan młodego Cavalcantiego, którego ja sam dobrze nie znam, powtarzam to panu.

– Ale ja go znam, to wystarczy – rzekł Danglars.

– Zna go pan? Zebrał więc pan o nim jakieś informacje? – zapytał Monte Christo.

– A to konieczne? Czyż nie jest tak, że od pierwszego rzutu oka wiadomo, z kim ma się do czynienia? Przede wszystkim jest bogaty.

– W granicach jakichś nędznych pięćdziesięciu tysięcy liwrów.

– Odebrał znakomite wychowanie.

– Ehmm! – odchrząknął z kolei Monte Christo.

– Jest pan dla niego niesprawiedliwy.

– Tak, przyznaję, ale z przykrością patrzę, jak ten młodzieniec, wiedząc o pańskich zobowiązaniach wobec Morcerfów, próbuje pokrzyżować wasze plany, a wykorzystuje do tego swój majątek.

Danglars roześmiał się.

– Jakiż purytanin z pana! – rzekł. – Takie rzeczy zdarzają się co dzień na świecie.

– Nie może pan jednak, drogi baronie, zrywać ot tak, dla kaprysu: Morcerfowie liczą na ten związek.

– Toteż muszą w końcu postawić sprawę jasno i otwarcie. Mógłby pan o tym kilka słów napomknąć generałowi, drogi hrabio, ma pan przecież względy w tym domu.

– Ja! Gdzie pan, u diabła, to spostrzegł?

– Jak to? Zdaje mi się, że widziałem u nich na balu, jak dumna hrabina Mercedes, ta pyszna Katalonka, która zaledwie raczy usta otworzyć do swych dawnych znajomych, wzięła pana pod rękę i wyszła z panem do ogrodu, gdzie przez blisko pół godziny spacerowaliście w bocznych alejkach.

– Ależ baronie, baronie! – zawołał Albert. – Pan nam przeszkadza słuchać; toż to barbarzyństwo jak na takiego melomana!

– Cóż robić, szanowny panie żartownisiu – odparł Danglars.

A zwracając się do Monte Christo rzekł:

– To co, wspomni pan o tym generałowi?

– Chętnie, jeśli pan sobie tego życzy.

– Chodzi tylko o to, by postawić rzecz jasno i stanowczo; przede wszystkim niech poprosi o rękę mojej córki dla swojego syna, niech wyznaczy datę, warunki pieniężne; musimy się wreszcie porozumieć lub ostatecznie wszystko zerwać; dość tego zwlekania.

– Dobrze. Misja zostanie spełniona..

Po tym oświadczeniu Danglars westchnął w taki sam sposób, jak przed półgodziną młody Cavalcanti.

– Bravi! Bravo! Brava! – zawołał Albert, przedrzeźniając bankiera i klaszcząc na zakończenie pieśni.

Danglars spojrzał krzywo na Alberta, ale w tej samej chwili lokaj szepnął mu parę słów do ucha.

– Zaraz wrócę – rzekł bankier do Monte Christo. – Proszę na mnie poczekać, być może będę miał panu jeszcze coś do powiedzenia.

Baronowa, korzystając z nieobecności męża, otworzyła drzwi do saloniku; w tej chwili obecni ujrzeli pana Andreę wstającego gwałtownie od fortepianu, przy którym siedział z panną Eugenią.

Albert z uśmiechem ukłonił się pannie Danglars, która bynajmniej nie zmieszana odpowiedziała mu ukłonem jak zwykle chłodnym. Cavalcanti wyraźnie zdawał się zakłopotany. Ukłonił się Morcerfowi, ten zaś odpowiedział mu ukłonem jawnie wyrażającym impertynencję. W tej chwili Albert zaczął rozpływać się w zachwytach nad głosem panny Danglars, wyrażając jednocześnie największy żal, iż nie mógł zjawić się na wczorajszym koncercie i słyszeć jej śpiewu.

Cavalcanti, pozostawiony samemu sobie, wziął na bok Monte Christo.

– Teraz już dosyć – odezwała się pani Danglars. – Dosyć tej muzyki i komplementów, proszę na herbatę.

Przeszli do sąsiedniego salonu, gdzie rzeczywiście herbata była już gotowa. Kiedy odkładano już, na sposób angielski, łyżeczki do pustych filiżanek, otworzyły się drzwi i wszedł Danglars wyraźnie czymś poruszony. Zwłaszcza Monte Christo spostrzegł to poruszenie i spojrzał na bankiera pytającym wzrokiem.

– Odebrałem właśnie – rzekł Danglars – korespondencję z Grecji.

– Jak się miewa król Otton? – zapytał radośnie Albert.

Danglars spojrzał na niego z ukosa i nic nie odpowiedział. Monte Christo odwrócił się, chcąc ukryć wyraz litości, który przemknął przez jego twarz, ale natychmiast zniknął.

Albert nie mógł pojąć, dlaczego bankier spojrzał na niego tak nieprzychylnie; obracając się więc do Monte Christo, który doskonale wiedział, o co chodzi, zapytał:

– Widział pan, jak on na mnie popatrzył?

– Owszem – odpowiedział hrabia. – Ale czy było coś szczególnego w tym spojrzeniu?

– Tak sądzę; ale co też mogą znaczyć te jego wiadomości z Grecji?

Monte Christo uśmiechnął się w taki sposób, w jaki zawsze uśmiechał się, gdy chciał uniknąć odpowiedzi.

– Oto i on – rzekł Albert. – Zbliża się do pana; ja tymczasem podejdę do panny Eugenii i powiem parę komplementów na temat jej kamei, a wtedy ojciec będzie mógł z panem pomówić.

– Jeżeli chce pan obdarzyć ją jakimś komplementem, niech pan przynajmniej pochwali jej głos – doradził Monte Christo.

– O nie. Głos przecież chwalą wszyscy.

– Mój kochany hrabio – rzekł Monte Christo. – Ma pan szczególny dar prawienia niegrzeczności.

Albert z uśmiechem podszedł do Eugenii.

Od razu też Danglars nachylił się do ucha hrabiego:

– Dał mi pan doskonałą radę – rzekł. – Okropna historia wiąże się z tymi dwoma słowami: Fernand i Janina.

– Ach tak? – zapytał Monte Christo.

– Tak, opowiem panu wszystko; ale niech pan zabierze stąd najpierw tego młodzieńca, zbyt krępowałaby mnie teraz jego obecność.

– Tak właśnie zamierzałem zrobić, razem wychodzimy. Czy wciąż pan chce, bym przysłał tu jego ojca?

– Bardziej niż kiedykolwiek.

Hrabia dał znak Albertowi. Ukłonili się obaj damom i wyszli: Albert wykazując największą obojętność dla wzgardy, jaką obdarzała go panna Danglars; Monte Christo ponawiając przeznaczone dla pani Danglars rady odnośnie do środków ostrożności, jakie żona bankiera powinna przedsięwziąć w trosce o swoją przyszłość.

Na polu bitwy zatriumfował pan Cavalcanti.

ROZDZIAŁ 76 | Hayde

Ledwie konie hrabiego skręciły za róg bulwaru, Albert odwrócił się w kierunku Monte Christo, wybuchając śmiechem tak głośnym, że aż sztucznym.

– Zapytam teraz pana – rzekł – zadając to samo pytanie, które król Karol IX zadał Katarzynie Medycejskiej po nocy świętego Bartłomieja: jak sądzisz, czy dobrze odegrałem swoją rolę?

– W związku z czym? – zapytał Monte Christo.

– W związku z instalacją mojego rywala u pana Danglarsa.

– Jakiego rywala?

– Na Boga! Jak to jakiego? Twego protegowanego, hrabio, pana Andrei Cavalcanti!

– Mój hrabio; ja nie proteguję nigdzie pana Andrei, a tym bardziej u państwa Danglars.

– Czyniłbym panu ten zarzut, gdyby ten młodzieniec rzeczywiście potrzebował pańskiej protekcji. Na szczęście dla mnie, może się bez tego obejść.

– Jak to? Myśli pan, że już uderzył w konkury?

– Ręczę za to: przewraca oczami, wzdycha i grucha miłośnie na różne tony; słowem: stara się o rękę dumnej panny Eugenii.

– I co z tego, skoro tam myślą tylko o panu?

– Kochany hrabio, pan raczy żartować. Atakowany jestem na dwa fronty.

– Jak to na dwa fronty?

– Tak jest: panna Eugenia ledwie raczy mi odpowiadać, a panna d’Armilly, jej przyjaciółka, wcale mi nie odpowiada.

– Tak, ale ojciec uwielbia pana – rzekł Monte Christo.

– On? Ależ przeciwnie, tysiące sztyletów wbija w moje serce, wprawdzie sztylety te, niczym w teatrze, godzą tylko w rękaw, on jednak myśli, że ranią mnie boleśnie.

– Zazdrość świadczy o uczuciu.

– Owszem, tylko że ja nie jestem zazdrosny. Zakładam się, że nim minie tydzień, zamknie mi z hukiem drzwi przed nosem.

– Myli się pan, kochany wicehrabio.

– Ma pan na to dowód?

– Zostałem zobowiązany, by poprosić pana hrabiego de Morcerf o ostateczną rozmowę z baronem.

– Kto pana zobowiązał?

– Sam baron!

– Ale nie zrobi pan tego, kochany hrabio, prawda? – rzekł Albert tonem najmilszym, na jaki mógł się zdobyć.

– Myli się pan, Albercie, przyrzekłem i zrobię.

– No tak – westchnął Albert. – Wyraźnie chce mnie pan ożenić za wszelką cenę.

– Zależy mi, by utrzymywać ze wszystkimi dobre stosunki. Ale co się dzieje z Debrayem, nie widuję go już u baronowej?

– Podobno posprzeczali się.

– Z baronową?

– Nie, z baronem.

– Sądzi pan, że coś podejrzewa? – zapytał Monte Christo z rozbrajającą naiwnością w głosie.

– Co też pan mówi, drogi hrabio! Wrócił pan z księżyca?

– Wydaje się panu, że ja znam się na wszystkich tych pańskich paryżanach?

– Kochany hrabio, ludzie są wszędzie tacy sami; gdy w jakimkolwiek kraju pozna pan dokładnie jednostkę, będzie pan miał wyobrażenie o całym rodzaju.

– Z jakiej więc przyczyny poróżnili się Danglars z Debrayem? Przecież tak dobrze z sobą żyli – rzekł Monte Christo z tą samą naiwnością.

– I tu właśnie natykamy się na misteria Izydy [Izyda – egipska bogini porządku moralnego, małżeństwa, płodności, urodzaju i magii.], do których ja nie jestem dopuszczony. Kiedy pan Cavalcanti wejdzie już do rodziny, zapyta pan go o to.

Kareta stanęła.

– Jesteśmy na miejscu – rzekł Monte Christo. – Jest dopiero wpół do jedenastej, może pan wejdzie.

– Bardzo chętnie.

Weszli do domu i zasiedli w oświetlonym salonie.

– Zrób nam herbaty, Baptysto – rzekł hrabia.

Baptysta wyszedł bez słowa. Po dwóch sekundach wrócił z zastawioną tacą – zupełnie jakby ktoś wypowiedział magiczne zaklęcie: „Stoliczku nakryj się”.

– W istocie, mój drogi hrabio – rzekł Albert – to, co najbardziej w panu podziwiam, to nie pański majątek, bo być może są bogatsi od pana, nie jest to też pański dowcip, bo Beaumarchais nie miał go więcej, ale z pewnością nie mniej od pana; imponuje mi za to sposób, w jaki jest pan obsługiwany; bez słowa, a wszystko jest podane w minutę lub sekundę, jakby pańska służba odgadywała po uderzeniu dzwonka, czego pan sobie życzy, lub też jakby wszystko było gotowe i tylko na pana czekało.

– Jest w tym coś z prawdy. Znają wszystkie moje zwyczaje; i tak na przykład może ma pan ochotę na coś jeszcze, pijąc herbatę?

– A, rzeczywiście, chętnie bym zapalił.

Monte Christo wstał i raz zadzwonił.

W sekundę drzwi się otworzyły i wszedł Ali z dwiema fajkami tureckimi nabitymi wybornym tytoniem.

– To fenomenalne! – wykrzyknął Morcerf.

– Ależ skąd, to bardzo proste – odrzekł Monte Christo. – Ali wie dobrze, że przy herbacie lub kawie zwykle palę fajkę; wie, że chciałem herbaty, i widział, że przyszedłem z panem, teraz słyszał, że go wołam, a jako że pochodzi z kraju, gdzie dowodem gościnności jest właśnie fajka, domyślił się i przyniósł dwie zamiast jednej.

– No tak, ale w ten sposób można wszystko wyjaśnić; niemniej tylko u pana… ale co ja słyszę?

Albert pochylił się ku drzwiom, przez które rzeczywiście dochodziły jakieś dźwięki przypominające tony gitary.

– Kochany hrabio, jesteś skazany dziś wieczór na muzykę; zaledwie uciekł pan od fortepianu panny Danglars, wpada pan z kolei na guzlę mojej Hayde.

– Hayde! Śliczne imię! To naprawdę istnieją kobiety, które nazywają się tak jak w poematach lorda Byrona?

– Oczywiście; Hayde jest bardzo rzadkim imieniem we Francji, ale dość pospolitym w Albanii i Epirze; oznacza ono… w przybliżeniu: czystość, wstydliwość, niewinność. Jest to rodzaj imienia chrzestnego, jak mawiacie w Paryżu.

– O, jakież to urocze! Jak bym chciał, by nasze Francuzki nazywały się, dajmy na to: panna Dobroć, panna Milczenie, panna Miłosierdzie Chrześcijańskie! Niech sam pan powie, gdyby tylko panna Danglars, zamiast nazywać się Klara Maria Eugenia, nosiła imiona Czystość Wstydliwość Niewinność, do licha, ale zrobiłoby to efekt przy zapowiedziach.

– Szaleńcze! – rzekł hrabia. – Niech pan nie żartuje tak głośno, Hayde mogłaby usłyszeć.

– Rozgniewałaby się?

– O, nie – rzekł hrabia ze zwykłą sobie wyniosłością.

– Czy to tak dobra osoba? – zapytał Albert.

– Nie chodzi tu tyle o dobroć, ile o poczucie obowiązku; niewolnica nie może gniewać się na swego pana.

– Dałby pan spokój tym żartom; czyż istnieją jeszcze niewolnice?

– Najwyraźniej tak, skoro Hayde jest moją niewolnicą.

– Niebywałe, że z pana taki indywidualista; robi pan wszystko inaczej niż ogół. Niewolnica hrabiego de Monte Christo! To we Francji niesłychane. Sądząc z tego, jak pan sypie złotem, posada niewolnicy przynosi jej ze sto tysięcy dukatów rocznie.

– Sto tysięcy dukatów! Biedactwo to miało bez porównania więcej; gdy przyszła na świat, otaczały ją skarby, wobec których bogactwa z Baśni tysiąca i jednej nocy są prawie niczym.

– Więc to naprawdę księżniczka?

– Tak. Z jednego z najbardziej szacownych rodów w jej kraju.

– Tak też podejrzewałem. Ale jakim sposobem tak wielka księżniczka stała się niewolnicą?

– Wojna, przypadek, kochany wicehrabio, kaprys losu…

– A jej nazwisko jest tajemnicą?

– Dla wszystkich tak, ale nie dla pana, drogi Albercie – mojego przyjaciela, jeżeli tylko przyrzeknie mi pan, że będzie milczał.

– Daję słowo honoru.

– Czy zna pan historię Paszy z Janiny?

– Alego Tebelina? Oczywiście, to u niego na służbie mój ojciec zrobił majątek.

– A prawda. Zapomniałem o tym.

– Co więc wspólnego ma Hayde z Alim Tebelinem?

– Po prostu jest jego córką.

– I jest pana niewolnicą? Jak to?

– A tak, do licha! Pewnego dnia kupiłem ją w Konstantynopolu, gdy przechodziłem przez tamtejszy targ.

– To niezwykłe! Z panem, drogi hrabio, przeżywa się ciągły sen na jawie. Proszę mnie teraz posłuchać, ale być może… będzie to z mojej strony nietaktowna prośba.

– Proszę mówić.

– Otóż, skoro pan z nią wychodzi i bywa w Operze… To niech mnie pan hrabia przedstawi swojej księżniczce.

– Chętnie, ale mam dwa warunki.

– Z góry się na nie zgadzam.

– Po pierwsze: nie powie pan nigdy nikomu, że przedstawiłem ją panu.

– Oczywiście! – Morcerf podniósł rękę. – Przysięgam.

– Po drugie: nie powie jej pan, że pana ojciec służył u jej ojca.

– Przysięgam.

– A więc dobrze. Niech pan jednak pamięta o tych dwóch przysięgach.

– Och! – obruszył się Albert.

– Dobrze, dobrze. Wiem, że jest pan człowiekiem honoru.

Hrabia uderzył znowu w dzwonek; pojawił się Ali.

– Powiedz Hayde, że wypiję u niej kawę, i daj jej do zrozumienia, że pytam, czy mogę jej przedstawić jednego z moich przyjaciół.

Ali skłonił się i wyszedł.

– Jeszcze jedno, drogi Albercie, proszę jej nie zadawać żadnych pytań. Jeżeli będzie pan chciał się czegoś dowiedzieć, proszę zapytać najpierw mnie, a ja powtórzę pytanie.

– Zgoda.

Ali pojawił się po raz trzeci i odsunął portierę na znak, że hrabia i Albert mogą wejść.

Albert poprawił ręką włosy i podkręcił wąsa; hrabia wziął kapelusz, włożył rękawiczki i poprowadził Alberta do apartamentu, którego niczym strażnik strzegł Ali, a broniły go trzy francuskie pokojówki dowodzone przez Myrto.

Hayde czekała w pokoju, który służył za salon. Otwarła ze zdumienia oczy, ponieważ Monte Christo po raz pierwszy przyprowadził do niej obcego mężczyznę.

Siedziała po turecku w rogu sofy, niczym ptaszek w gnieździe uwitym z najkosztowniejszych jedwabnych tkanin wschodnich, haftowanych złotem. Przy niej leżał instrument, z którego jeszcze przed chwilą rozchodziły się dźwięki.

Była zachwycająca.

Na widok hrabiego powstała i powitała go z uśmiechem córki i kochanki zarazem. Monte Christo podszedł do niej i podał jej rękę, do której jak zwykle przylgnęła ustami.

Albert przystanął we drzwiach, oszołomiony tą niezwykłą pięknością, tak odmienną od naszych, że nikt we Francji nie może mieć o niej żadnego wyobrażenia.

– Kogo mi przyprowadzasz? – zapytała po nowogrecku dziewczyna. – Brata, przyjaciela, zwykłego znajomego czy wroga?

– Przyjaciela – rzekł Monte Christo w tym samym języku.

– Kto to?

– Wicehrabia Albert, ten sam, którego w Rzymie wyswobodziłem z rąk bandytów.

– Jakim językiem mam się do niego zwracać?

Monte Christo zwrócił się do Alberta.

– Czy mówi pan językiem nowogreckim? – zapytał młodzieńca.

– Niestety nie! – zmartwił się Albert. – Nie znam też starożytnej greki; ani Homer, ani Platon nie mieli nigdy bardziej nędznego ucznia, powiedziałbym nawet: bardziej niewdzięcznego ode mnie.

– A więc – rzekła Hayde, dowodząc, że zrozumiała zarówno pytanie hrabiego, jak i odpowiedź Alberta – będę mówiła po francusku lub po włosku, jeśli tylko, mój panie, chcesz, abym mówiła.

Monte Christo zastanowił się chwilę.

– Mów po włosku – rzekł.

A zwracając się do Alberta:

– Wielka szkoda, że nie zna pan ani współczesnego, ani starożytnego greckiego, bo Hayde prześlicznie mówi tymi dwoma językami; biedaczka będzie zmuszona mówić z panem po włosku, dlatego może wyrobi pan sobie o niej fałszywe wyobrażenie.

I dał znak Hayde.

– Bądź pozdrowiony, przyjacielu, który przychodzisz z moim panem i władcą – rzekła dziewczyna najczystszą mową toskańską z łagodnym akcentem rzymskim, co uczyniło z języka Dantego mowę tak dźwięczną jak mowa Homera. – Ali! Podaj kawę i fajki.

Hayde skinęła na Alberta, aby się zbliżył, Ali tymczasem odszedł, by spełnić rozkazy swej młodej pani.

Monte Christo wskazał Albertowi dwa składane krzesełka, które przysunęli do małego okrągłego stolika. Pełno było na nim kwiatów, rysunków i nut, a pośród tego wszystkiego leżały nargile [Nargila – fajka wodna.].

Ali wrócił z kawą i fajkami; do tych pokojów Baptyście nie wolno było wchodzić.

Albert nie przyjął fajki, którą podał mu Nubijczyk.

– Ależ proszę, niech pan zapali – rzekł Monte Christo. – Hayde jest wychowana prawie jak paryżanka; nie lubi cygar hawańskich ze względu na ich nieprzyjemną woń, ale tytoń wschodni ma piękny zapach, sam pan wie.

Filiżanki z kawą już czekały; cukiernicę podano tylko Albertowi. Monte Christo i Hayde pili napar na sposób arabski – bez cukru.

Hayde wyciągnęła rękę i końcami swoich drobnych, różowych i smukłych palców wzięła filiżankę z japońskiej porcelany, podniosła ją do ust, rozkoszując się naiwnie kawą, jak dzieci, gdy jedzą lub piją coś, co szczególnie lubią.

W tej samej chwili weszły dwie służące z tacami pełnymi lodów i sorbetów, stawiając je na dwóch niskich, przeznaczonych do tego stoliczkach.

– Mój drogi gospodarzu i pani, signora – odezwał się Albert po włosku. – Proszę mi wybaczyć moje zdumienie; jestem całkiem oszołomiony, ale to chyba naturalne, przecież znajduję tu Wschód, i to Wschód prawdziwy, nie taki, jaki widziałem, ale o jakim marzyłem. I znajduję go tu, w sercu Paryża! Przed chwilą słyszałem turkot omnibusów i brzęk dzwoneczków sprzedawców lemoniady. O signora! Dlaczego nie znam greckiego! Rozmowa z panią byłaby dopełnieniem baśniowej atmosfery tego wieczoru, którego nigdy nie zapomnę!

– Mówię na tyle dobrze po włosku, że mogę z panem rozmawiać – rzekła Hayde – a skoro tak bardzo lubi pan Wschód, dołożę wszelkich starań, by odnalazł pan go tutaj.

– O czym mogę z nią mówić? – zapytał Albert szeptem hrabiego.

– O czym pan tylko zechce; o jej kraju, o jej młodości, wspomnieniach, a jeśli pan woli, o Rzymie, Neapolu lub Florencji.

– Och nie! – odparł Albert. – Jaki sens miałaby rozmowa z Greczynką na tematy poruszane zwykle z paryżankami. Będziemy rozmawiać o Wschodzie, jeśli pan pozwoli.

– Doskonale, kochany panie Albercie, będzie to dla niej najprzyjemniejsza rozmowa.

Albert zwrócił się do Hayde.

– W jakim wieku opuściła pani Grecję?

– Miałam wtedy pięć lat – odpowiedziała Hayde.

– Pamięta pani jeszcze swoją ojczyznę? – zapytał Albert.

– Gdy zamykam oczy, oglądam wszystko, co kiedyś widziałam. Mamy dwa rodzaje wzroku: wzrok ciała i wzrok duszy. To, co wzrok ciała może nieraz zapomnieć, wzrok duszy zachowa na zawsze w pamięci.

– Jakie jest pani najwcześniejsze wspomnienie?

– Ledwie umiałam chodzić; moja matka, na imię jej było Vasiliki, Vasiliki znaczy „królewska” – dodała dziewczyna, unosząc głowę – brała mnie za rękę i szłyśmy obie, z przysłoniętymi twarzami, włożywszy całe nasze złoto do sakiewek, prosić o jałmużnę dla więźniów. Mówiłyśmy wtedy: „Ten, co ubogim daje, Wiecznemu daje”. Gdy już napełniła się nasza sakwa, wracałyśmy do pałacu i nie mówiąc nic ojcu, odsyłałyśmy wszystkie pieniądze, które zebrałyśmy jako ubogie kobiety, mnichom, oni zaś rozdzielali je między więźniów.

– Ile miała pani wtedy lat?

– Trzy – odpowiedziała Hayde.

– Hrabio – szepnął Morcerf do Monte Christo. – Czy pozwoli pan, aby signora opowiedziała nam coś ze swojego życia? Zabronił mi pan wspominać o moim ojcu, ale, być może, ona sama coś o nim opowie; nie wyobraża pan sobie, jaki byłbym szczęśliwy, gdybym usłyszał jego imię z tak pięknych ust.

Monte Christo odwrócił się ku Hayde i podnosząc brwi, dał jej znak, aby z uwagą zastosowała się do polecenia, które usłyszy, po czym rzekł po grecku:

– Opowiedz nam o losach swojego ojca, ale ani słowa o zdrajcy i samej zdradzie.

Hayde westchnęła głęboko, a jej jasne czoło zachmurzyło się.

– Co jej pan powiedział? – szepnął Morcerf.

– Jeszcze raz jej powtórzyłem, że jest pan naszym przyjacielem i że nie musi nic przed panem ukrywać.

– A zatem – powiedział Albert – pani pierwszym wspomnieniem są te wyprawy dla wsparcia więźniów? Czy coś jeszcze pani pamięta?

– Co jeszcze? Otóż widzę siebie w cieniu sykomorów, nad jeziorem, a pośród listowia prześwituje drżące zwierciadło wody; mój ojciec siedzi na poduszkach pod najstarszym i najgęstszym z drzew, ja, słabe dziecię jeszcze, a moja matka leży u stóp ojca. Bawiłam się jego siwą brodą opadającą na piersi albo kindżałem o rękojeści wysadzanej diamentami, który trzymał za pasem; od czasu do czasu podchodził do niego jakiś Albańczyk i mówił coś ojcu, na co ja wcale nie zwracałam uwagi, a ojciec odpowiadał na to zawsze tym samym tonem: zabij! Albo: daruj życie!

– To dziwne słyszeć podobne rzeczy, jakie do tej pory słyszałem tylko w teatrze, z ust tak młodej osoby i móc powiedzieć sobie: to nie fikcja. Jakże po tych poetyckich i cudownych dziejach czuje się pani we Francji?

– Zdaje mi się, że to piękny kraj – rzekła Hayde. – Widzę jednak Francję taką, jaką jest, bo patrzę na nią oczami kobiety; mój kraj zaś przeciwnie, widziałam go tylko oczami dziecka, zawsze więc jest zasnuty mgłą świetlistą lub mroczną, stosownie do tego, jak moje wspomnienia go przedstawiają: jako miłą ojczystą ziemię czy jako miejsce gorzkich cierpień.

– Jest pani tak młoda – rzekł Albert, nieświadomie wpadając w banał – jak to możliwe, że tyle pani wycierpiała?

– Dusza ludzka jest sumą pierwszych wspomnień, a z wyjątkiem tych, które już panu opowiedziałam, wszystkie inne wspomnienia z mojej młodości są smutne.

– Niech pani opowiada, signora – rzekł Albert. – Przysięgam, że będę pani słuchać z niewysłowioną przyjemnością.

Hayde uśmiechnęła się smutno.

– Miałam cztery lata, gdy pewnego wieczoru matka mnie obudziła. Byłyśmy w zamku, w Janinie; matka podniosła mnie z poduszek, na których spałam, a gdy otworzyłam oczy, spostrzegłam, że jest zalana łzami. Wzięła mnie bez słowa. Widząc, że płacze, ja również się rozpłakałam.

„Cicho, moje dziecię!” – rzekła.

Nieraz, kapryśna jak każde dziecko, pomimo gróźb i pocieszeń nie przestawałam płakać; teraz jednak w głosie mojej matki było tyle strachu, że natychmiast ucichłam.

Szybko wyniosła mnie stamtąd. Schodziłyśmy po szerokich schodach; przed nami szły służące matki, niosąc kufry, sakwy, woreczki ze złotem, szaty i kosztowności. Za służącymi szło dwudziestu strażników uzbrojonych w długie strzelby i pistolety, a ubranych w stroje, jakie znacie i we Francji, od kiedy Grecja odzyskała niepodległość.

– Proszę mi wierzyć – było coś złowieszczego – dodała Hayde, potrząsając głową i blednąc na samo wspomnienie – w tym długim szeregu niewolnic i służących, zaspanych jeszcze, jak mi się zdawało, bo sama nie byłam dobrze rozbudzona.

Na schodach kołysały się olbrzymie cienie sosnowych pochodni, wprawiając w ruch wysokie sklepienia.

„Prędzej” – zawołał głos z głębi galerii.

Na dźwięk tego głosu wszyscy pochylili się, jak kłosy pochylają się do ziemi, ulegając sile wiatru.

I ja zadrżałam. Był to głos mojego ojca.

Ojciec szedł ostatni. Odziany we wspaniałe szaty, z karabinem w ręku, darowanym mu przez waszego cesarza, wsparty na ramieniu swojego faworyta – Selima. Poganiał nas przed sobą jak pasterz zatrwożoną trzodę.

– Mój ojciec – tu Hayde podniosła głowę – znany był w całej Europie jako Ali Tebelin, pasza Janiny, przed którym drżała cała Turcja.

Alberta, nie wiedzieć czemu, przeszedł dreszcz na dźwięk tych słów wypowiedzianych tonem osobliwie wyniosłym i godnym; wydawało mu się, że oczy dziewczyny rozbłysły czymś posępnym i strasznym, gdy podobna do Pytii odprawiającej czary, przywołała wspomnienie tego krwawego władcy, którego straszna śmierć sprawiła, że stał się olbrzymem w oczach współczesnej Europy.

– Wkrótce – rzekła następnie Hayde – pochód zatrzymał się; zeszliśmy już ze schodów nad brzeg jakiegoś jeziora. Matka tuliła mnie do drżących piersi, za nami zobaczyłam mojego ojca, jak rzucał dookoła niespokojne spojrzenia. Przed nami rozciągały się cztery marmurowe stopnie, a w dole kołysała się łódka. Z brzegu widzieliśmy majaczącą na wodzie pośrodku jeziora jakąś czarną masę; był to pałacyk, do którego mieliśmy dotrzeć. Wydawał mi się bardzo oddalony, zapewne z powodu ciemności. Zeszliśmy do łodzi. Pamiętam, że zanurzane w wodzie wiosła nie wydawały najmniejszego szelestu, nachyliłam się, aby je zobaczyć i spostrzegłam, że były poobwijane tkaninami. Na łódce nie było nikogo oprócz wioślarzy, służebnych, mojego ojca, matki, Selima i mnie.

Wierni ojcu żołnierze, palikarowie, pozostali na brzegu jeziora, klęcząc na ostatnim stopniu, a na wypadek pogoni, z trzech wyższych utworzyli sobie szaniec.

Łódź nasza leciała jak wiatr.

„Dlaczego łódka płynie tak prędko?” – zapytałam matki.

„Cicho, moje dziecię – rzekła. – My uciekamy”.

Nie rozumiałam tego. Dlaczego mój ojciec uciekał? On, tak potężny, on, przed którym uciekali zawsze inni, on, którego dewizą było: „Nienawidzą mnie, więc się mnie boją!”.

Rzeczywiście, była to ucieczka na jezioro, zamierzona przez mojego ojca. Powiedział mi później, że garnizon zamku w Janinie znużony długą służbą…

W tym miejscu Hayde utkwiła wymowne spojrzenie w twarzy Monte Christo, który odtąd nie spuszczał jej już z oczu. Dziewczyna mówiła więc dalej powoli, jak ktoś, kto zmyśla lub pomija pewne zdarzenia.

– Mówiła pani – podjął Albert, który z nadzwyczajną uwagą słuchał tego opowiadania – że garnizon z Janiny znużony długą służbą…

– Rozpoczął układy z seraskierem Kurszydem, wysłanym przez sułtana w celu pojmania mojego ojca; to wtedy mój ojciec postanowił uciec, wysyłając przedtem do sułtana francuskiego oficera, którego darzył bezgranicznym zaufaniem. Miejsce ucieczki przygotowane było już od dawna; nazywał je karaphygion, co znaczy „schronienie”.

– Czy pamięta pani – zapytał Albert – nazwisko tego oficera?

Monte Christo wymienił z dziewczyną szybkie spojrzenie, Morcerf nie dostrzegł tego jednak.

– Nie przypominam sobie – rzekła – ale być może przypomnę sobie później, wtedy panu powiem.

Albert już miał wymienić nazwisko swojego ojca, gdy Monte Christo podniósł delikatnie palec na znak milczenia; młodzieniec przypomniał sobie o przysiędze i zamilkł.

– Płynęliśmy do tego pałacyku. Jego parter zdobiły arabeski, tarasy skąpane były w wodzie, a okna pierwszego piętra wychodziły na jezioro. To było wszystko, co można było stamtąd dojrzeć.

Poniżej parteru w głąb wyspy ciągnęły się podziemia i była tam obszerna jaskinia, gdzie zaprowadzono nas z moją matką i służącymi. Piętrzyło się tam sześćdziesiąt tysięcy worków i dwieście beczek; w workach zgromadzonych było dwadzieścia pięć milionów w złocie, w beczkach trzydzieści tysięcy funtów prochu.

Przy beczkach stał Selim, faworyt mojego ojca, o którym już wspominałam; dniem i nocą czuwał z zapalonym na końcu lancy knotem; miał rozkaz wysadzić wszystko w powietrze, kiosk, straże, samego paszę, kobiety i złoto, na pierwszy znak mojego ojca.

Pamiętam nasze niewolnice, które świadome tego niebezpieczeństwa, całymi dniami i nocami modliły się, płakały i zawodziły.

Ciągle jeszcze widzę młodego żołnierza o bladej cerze i czarnych oczach; gdy anioł śmierci po mnie zstąpi, pewna jestem, że rozpoznam w nim Selima.

Nie pamiętam, ile dni spędziliśmy w takim stanie; wtedy nie wiedziałam jeszcze, co to czas. Zdarzało się, ale bardzo rzadko, że ojciec wzywał do siebie matkę i mnie na taras przed pałacem; były to dla mnie chwile prawdziwej radości, w podziemiach bowiem widziałam tylko zawodzące cienie niewolnic i zapaloną lancę Selima. Ojciec mój, siedząc przed wielkim oknem, wytężał wzrok, wpatrując się posępnie w bezkres horyzontu, badał uważnie każdy czarny punkt, który pojawiał się na powierzchni jeziora. Matka moja, na pół leżąc przy boku ojca, opierała głowę na jego ramieniu. Ja bawiłam się u ich stóp; jak każde dziecko, pełna podziwu i oszołomiona olbrzymimi rozmiarami otaczającego mnie świata, wodziłam wzrokiem po szczytach gór Pindu rysujących się na horyzoncie, po białych i kanciastych zamkach Janiny wyłaniających się z błękitnych wód jeziora, po rozległych kępach ciemnej zieleni przyklejonej jak porosty do górskich skał. Z dala wyglądały one jak muchy, a z bliska okazywały się gigantycznymi jodłami i potężnymi mirtami.

Pewnego ranka ojciec po nas posłał; był dość spokojny, tylko bledszy niż zwykle.

„Bądź cierpliwa, moja Vasiliki – rzekł. – Dzisiaj wszystko się zakończy; ma przybyć firman od sułtana i mój los się rozstrzygnie. Jeśli otrzymam całkowitą łaskę, wracamy natychmiast triumfalnie do Janiny, jeśli zaś wieści są niepomyślne, jeszcze tej nocy uciekniemy”.

„A jeżeli nie pozwolą nam uciec?” – spytała moja matka.

„O to bądź spokojna – odpowiedział z uśmiechem Ali. – Selim z zapaloną lancą to moja rękojmia. Tamci chcieliby, żebym umarł, ale nie chcą umierać razem ze mną”.

Moja matka westchnęła tylko, nic nie odpowiadając na te słowa pocieszenia, w które ojciec sam zapewne nie wierzył.

Przyrządziła mu wodę z lodem, którą pił co chwila, bo od naszej ucieczki paliła go silna gorączka. Skropiła wonnościami jego siwą brodę i zapaliła mu fajkę, którą całymi godzinami palił i roztargnionym wzrokiem wpatrywał się w rozpływający się w powietrzu dym.

Nagle wykonał tak gwałtowny ruch, że aż przejął mnie strach. Nie odwracając wzroku od jakiegoś punktu, który przyciągnął jego uwagę, zażądał lunety. Matka, bledsza jeszcze od gipsowej podłogi, na której leżała, podała mu lunetę. Spostrzegłam, że ręka mojego ojca drżała.

„Łódź… jedna!… dwie!… trzy!… cztery!” – wyrzekł ojciec stłumionym głosem.

Wstał, chwycił za broń i przypominam sobie, że nasypał prochu na panewki pistoletów.

„Vasiliki – odezwał się do mojej matki, drżąc wyraźnie. – Zbliża się chwila, która rozstrzygnie nasze losy; za pół godziny będziemy mieli odpowiedź od wielkiego sułtana; weź Hayde i wracajcie do podziemi”.

„Nie opuszczę cię, mój panie – rzekła matka. – Jeśli ty masz umrzeć, chcę umrzeć z tobą”.

„Idź do Selima!” – krzyknął ojciec.

„Żegnam cię, panie!” – wyszeptała posłusznie matka i zgięła się w pół, jakby poczuła na sobie pierwsze tchnienie śmierci.

„Odprowadźcie Vasiliki” – rzekł mój ojciec do palikarów.

Ale ja, o której zapomniano, podbiegłam do ojca i wyciągnęłam do niego ręce; dostrzegł mnie, nachylił się nade mną i przycisnął usta do mojego czoła.

To był ostatni pocałunek, i do dziś czuję go na moim czole.

Schodząc, widziałyśmy pomiędzy okratowaniami tarasu łodzie, które stale rosły na jeziorze, jeszcze przed chwilą podobne do czarnych punkcików, przypominały teraz ptaki tnące powierzchnię wody.

W tym samym czasie dwudziestu palikarów, siedzących u stóp mojego ojca albo ukrytych za drewnianą balustradą, śledziło nabiegłym krwią wzrokiem nadpływające łodzie. Trzymali w pogotowiu długie fuzje, inkrustowane srebrem i macicą perłową. Wokół leżało mnóstwo amunicji porozrzucanej na ziemi. Mój ojciec spoglądał na zegarek i przechadzał się, dręczony niepokojem. Takie właśnie wspomnienie ojca wyryło mi się w pamięci po jego ostatnim pocałunku.

Zeszłyśmy z matką do podziemi. Selim, stojąc wciąż na swoim posterunku, uśmiechnął się do nas smutno. Z drugiego końca jaskini przyniosłyśmy poduszki i usiadłyśmy na nich przy Selimie. W obliczu wielkich niebezpieczeństw zlęknione serca szukają innych, by się z nimi połączyć, tak i ja, choć byłam wtedy dzieckiem, instynktownie wyczułam, że nad naszymi głowami wisi wielkie niebezpieczeństwo.

Albert nieraz słyszał, choć nie od ojca, bo ten nigdy o tym nie mówił, opowieści o ostatnich chwilach wezyra Janiny. Czytał nawet rozmaite relacje z jego śmierci, ale właśnie ta historia, która ożyła w osobie i w głosie dziewczyny, ta nuta życia brzmiąca w żałobnej elegii, przejmowały go niewymownym zachwytem, ale i zgrozą.

Hayde przerwała na chwilę wspomnienia tragicznych wydarzeń; czoło, niczym kwiat pochylony pod naporem burzy, oparła na dłoni, a jej oczy, przesłonięte mgłą zadumy, jakby wpatrzone w horyzont, błądziły po zielonych stokach Pindu i po błękitnych wodach jeziora Janiny, które jak magiczne zwierciadło odbijało zarysy tego posępnego obrazu.

Monte Christo patrzył na nią z wyrazem niewymownej ciekawości i współczucia.

– Mów dalej, moja córko – odezwał się hrabia po grecku.

Hayde podniosła czoło, jakby dźwięk tych słów wypowiedzianych przez Monte Christo, wyrwał ją ze snu. Zaczęła opowiadać dalej:

– Była czwarta po południu; na zewnątrz panował jasny dzień, ale nas otaczały w podziemiach najgłębsze ciemności. W całej jaskini migotał tylko jeden promień, podobny do drżącej gwiazdy na firmamencie czarnego nieba – była to zapalona lanca Selima. Moja matka, chrześcijanka, odmawiała pacierze. Selim co jakiś czas powtarzał te oto uświęcone słowa:

„Bóg jest wielki”.

Moja matka nie straciła jeszcze wszelkiej nadziei. Schodząc do podziemi, zdawało się jej, że dostrzegła Francuza wysłanego do Konstantynopola. Ojciec ufał mu bez reszty, wiedząc, że żołnierze francuskiego sułtana są szlachetni i wspaniałomyślni. Podeszła kilka kroków do schodów i zaczęła słuchać.

„Nadchodzą – rzekła. – Oby nam przynieśli pokój i życie”.

„Czego się lękasz, Vasiliki? – odpowiedział Selim głosem łagodnym i dumnym zarazem. – Jeżeli nie przynoszą nam pokoju, my ofiarujemy im śmierć”.

I podsycił płonący knot gestem upodabniającym go do Dionizosa z antycznej Krety.

Ja w swej dziecięcej nieświadomości zlękłam się tej odwagi, bo wydała mi się ona okrutna i szalona. Bałam się tej straszliwej śmierci w płomieniach.

Matka moja odczuwała chyba to samo. Wyraźnie drżała.

„O Boże! Boże! Mamo – zawołałam. – Czy my umrzemy?”

Na moje słowa niewolnice zaczęły modlić się i zawodzić jeszcze donośniej.

„Dziecko moje! – rzekła Vasiliki. – Niech Bóg cię ochroni przed tym, byś kiedykolwiek pragnęła śmierci, której teraz tak się lękasz”.

A potem ciszej zapytała:

„Selimie, jaki jest rozkaz pana?”

„Jeśli przyśle mi sztylet, będzie to znaczyć, że sułtan nie obdarzył go łaską, a wtedy mam podłożyć ogień; jeżeli przyśle pierścień, będzie to znaczyć, że sułtan przebaczył, i opuszczę prochownię”.

„Przyjacielu – rzekła moja matka. – Kiedy przyjdzie rozkaz od pana i będzie to sztylet, przebijesz nas tym sztyletem, nie chcemy bowiem ginąć z Hayde śmiercią, która tak nas przeraża”.

„Dobrze, Vasiliki” – odpowiedział spokojnie Selim.

Z dala zaczęły nas dochodzić głuche krzyki. Poczęłyśmy nadsłuchiwać: były to okrzyki radosne. Nasi palikarowie powtarzali nazwisko Francuza wysłanego do Konstantynopola. Było oczywiste, że przyniósł on odpowiedź od najwyższego sułtana, i to łaskawą odpowiedź.

– I nie pamięta pani jego nazwiska? – rzekł Morcerf, chcąc dopomóc pamięci opowiadającej.

Monte Christo dał mu znak.

– Nie przypominam sobie – odpowiedziała Hayde.

Hałas wzmagał się, słychać było echa zbliżających się kroków; ktoś schodził do podziemia.

Selim przygotował lancę.

Wkrótce, w błękitnawym blasku, jaki tworzyły promienie dnia przenikające do otwartej jaskini, ukazał się cień.

„Kto tam? – zawołał Selim. – Kimkolwiek jesteś, ani kroku dalej”.

„Chwała sułtanowi! – wyrzekła postać. – Sułtan udzielił łaski wezyrowi Alemu; nie tylko darowane mu jest życie, ale zwrócone cały majątek i dobra”.

Matka moja krzyknęła z radości i przycisnęła mnie do serca.

„Stój! – rzekł Selim spostrzegłszy, że moja matka rzuciła się już ku wyjściu. – Wiesz przecież, że muszę mieć pierścień”.

„Prawda” – odparła ona.

I padła na kolana, podnosząc mnie ku niebu; jakby modląc się dziękczynnie do Boga, chciała zarazem ofiarować mnie Jemu.

Tu po raz drugi Hayde zamilkła dławiona wzruszeniem, a pot zrosił jej pobladłe czoło. Jej stłumiony głos jakby zanikał, nie mogąc wydostać się ze ściśniętego gardła.

Monte Christo nalał jej trochę zimnej wody do szklanki. Podając ją, rzekł łagodnie, a zarazem z nutą tonu rozkazującego w głosie:

– Odwagi, moja córko!

Hayde otarła łzy i czoło, po czym znowu zaczęła mówić.

– Nasze oczy, przywykłe już do ciemności, rozpoznały w postaci posłańca paszy; był to nasz przyjaciel.

Selim też go poznał; ale ten dzielny młodzieniec znał tylko jedną zasadę: wypełniać rozkazy!

„W czyim imieniu przychodzisz?” – rzekł.

„Przychodzę w imieniu naszego pana, Alego Tebelina”.

„Jeżeli przychodzisz w imieniu Alego, wiesz, co powinieneś mi doręczyć?”

„Wiem – rzekł posłaniec – i przynoszę ci pierścień”.

Uniósł rękę w górę, a że był zbyt daleko, a w jaskini panował półmrok, Selim nie mógł dostrzec ani rozpoznać pokazywanego przedmiotu.

„Nie widzę, co masz w ręku” – rzekł Selim.

„Zbliż się – rzekł posłaniec – albo ja zbliżę się do ciebie”.

„Nie zgadzam się ani na jedno, ani na drugie – odpowiedział młody żołnierz. – Połóż przedmiot w tym miejscu, w którym stoisz, tam, gdzie pada promień światła, a potem oddal się, dopóki nie zobaczę, co zostawiłeś”.

„Dobrze” – rzekł posłaniec.

Położył umówiony przedmiot na wskazanym miejscu i oddalił się.

Serca nam biły, bo rzeczywiście przedmiot ten wydawał się pierścieniem. Tylko czy był to pierścień mojego ojca? Selim z zapaloną w ręku lancą podszedł do wejścia i cały w promieniach wpadającego do jaskini słońca schylił się. Podniósł przedmiot.

„To pierścień pana – rzekł całując go. – Wszystko dobrze!”

Obrócił zapalony knot ku ziemi i zadeptał płomień.

Posłaniec krzyknął z radości i klasnął w ręce. Na ten znak czterech żołnierzy seraskiera Kurszyda wpadło do jaskini i Selim upadł przeszyty pięcioma sztyletami. Chociaż bladzi jeszcze z trwogi, ale już upojeni zbrodnią, rzucili się do podziemi, szukając wszędzie ognia i tarzając się na workach ze złotem.

Moja matka porwała mnie na ręce i biegnąc przez zawiłe korytarze nam tylko znane, dotarła do ukrytych schodów prowadzących do pałacu, gdzie panował potworny tumult. Dolne sale zapełniali czodoarowie Kurszyda, nasi nieprzyjaciele.

W chwili gdy moja matka miała już otworzyć drzwiczki, rozległ się złowieszczy głos paszy. Matka przyłożyła oko do szczeliny i ja przypadkiem także znalazłam otwór, przez który mogłam widzieć.

„Czego chcecie?” – zwrócił się mój ojciec do ludzi, którzy trzymali w rękach papier zapisany złotymi literami.

„Czego chcemy? – odpowiedział jeden z nich. – Chcemy oznajmić ci wolę Jego Wysokości. Czy widzisz ten firman?”

„Widzę” – odparł ojciec.

„No to czytaj. Sułtan żąda twojej głowy.”

Mój ojciec wybuchnął śmiechem przeraźliwszym niż groźba – jeszcze nie skończył się śmiać, gdy oddając dwa strzały z pistoletu, położył trupem obu tych ludzi. Palikarowie, spoczywający przy moim ojcu twarzą do ziemi, zerwali się i dali ognia. Komnata wypełniła się krzykiem, płomieniami i dymem. W tej samej chwili ogień rozgorzał także z drugiej strony i kule przeszyły deski wokół nas. Och, jak piękny był, jak wspaniały był wtedy wezyr Ali Tebelin, mój ojciec, wśród tych kul, z bułatem w ręku i twarzą poczerniałą od prochu! A jak uciekali jego wrogowie!

„Selimie! Selimie! – krzyczał. – Strażniku ognia, spełnij swój obowiązek!”

„Selim zginął! – odpowiedział głos dochodzący jakby z otchłani – i ty, mój panie, jesteś zgubiony!”

Wtem rozległ się głuchy huk i podłoga wokół mojego ojca wyleciała w powietrze.

To czodoarowie Kurszyda strzelali teraz od dołu. Kilku palikarów padło od razu.

Ojciec ryknął; wsadziwszy palce w otwory po kulach, wyrwał z podłogi deskę.

Ale w tej chwili przez otwór w podłodze posypały się strzały, niczym wylewająca się z krateru lawa buchnęły płomienie i zaczęły ogarniać podłogę i obicia.

Wśród tego straszliwego zgiełku, wśród przerażających wrzasków rozległy się dwa wystrzały i dwa krzyki bardziej przejmujące od innych. Krzyki te zmroziły mnie.

Te dwa wystrzały ugodziły śmiertelnie mojego ojca, i to z jego piersi wyrwały się dwa krzyki. Stał jeszcze, przytrzymując się framugi okna. Moja matka szarpnęła drzwi, by dostać się do niego i umrzeć razem z nim, ale drzwi były zamknięte od środka. Wokół niego wili się palikarowie, konając w konwulsjach, pozostali, którzy uniknęli śmiertelnych strzałów lub byli tylko lekko zranieni, wyskakiwali przez okno.

W tej samej chwili podłoga zatrzeszczała i zawaliła się. Ojciec upadł na kolana, a dwadzieścia rąk uzbrojonych w szable, pistolety i sztylety podniosło się nad nim. Dwadzieścia ciosów ugodziło jednego człowieka i mój ojciec zniknął w kłębach ognia roznieconego przez bandę rozwścieczonych demonów, jak gdyby pod jego nogami rozwarły się czeluście piekieł.

Poczułam, że padam na ziemię; to zemdlała moja matka.

Hayde opuściła ręce, wydając z siebie rozdzierające westchnienie, i spojrzała na hrabiego, jakby pytała, czy jest zadowolony, że spełniła jego żądanie.

Hrabia wstał, podszedł do niej, wziął za rękę i rzekł po grecku:

– Odpocznij, drogie dziecko, i niech pokrzepi cię myśl, że Bóg karze zdrajców.

– Potworna historia – rzekł Albert przerażony bladością Hayde. – Teraz wyrzucam sobie, że byłem ciekawy w tak okrutny sposób.

– Nic nie szkodzi – odpowiedział Monte Christo.

I kładąc rękę na głowie dziewczyny, rzekł:

– Hayde jest odważną kobietą i często opowiadanie o tych tragicznych wypadkach przynosi jej ulgę.

– To dlatego, mój panie – odpowiedziała żywo dziewczyna – że moje cierpienia przypominają mi o twojej dobroci.

Albert spojrzał z zaciekawieniem na dziewczynę, nie opowiedziała bowiem jeszcze tego, co najgoręcej pragnął usłyszeć: jak stała się niewolnicą hrabiego.

Hayde wyczytała to samo pragnienie z oczu obu mężczyzn. I podjęła opowiadanie:

– Gdy moja matka odzyskała zmysły, znajdowałyśmy się przed obliczem seraskiera.

„Zabij mnie – rzekła matka – nie pozwól zhańbić honoru wdowy po Alim”.

„Nie do mnie powinnaś się zwracać” – odparł Kurszyd.

„Do kogo więc?”

„Do twojego nowego pana”.

„Kim on jest?”

„Oto on”.

I w tej chwili Kurszyd wskazał na jednego z tych, którzy najbardziej przyczynili się do śmierci mojego ojca – dodała dziewczyna z ponurym gniewem.

– A więc – zapytał Albert – stałyście się własnością tego człowieka?

– Nie – odpowiedziała Hayde. – Nie miał śmiałości zatrzymać nas przy sobie. Sprzedał nas handlarzom niewolników, którzy podążali do Konstantynopola. Przebyłyśmy Grecję i umierające dotarłyśmy do bram sułtana. Kłębiący się tłum ciekawskich rozstąpił się; nagle moja matka, przenosząc wzrok w kierunku, w którym zwrócone były spojrzenia tłumu, krzyknęła i padła, pokazując mi wiszącą nad bramą głowę.

Pod głową tą widniał napis:

Oto głowa Alego Tebelina, paszy Janiny.

Płacząc, starałam się podnieść moją matkę: już nie żyła!

Zaprowadzono mnie na targ i sprzedano bogatemu Ormianinowi, który przyjął nauczycieli i kazał mnie uczyć, a gdy miałam trzynaście lat, sprzedał mnie sułtanowi Mahmudowi.

– Od którego ja – rzekł Monte Christo – odkupiłem ją, jak już panu mówiłem, za szmaragd podobny do tego, w którym trzymam pastylki haszyszu.

– Jesteś dobry i wielki, mój panie – rzekła Hayde, całując dłoń hrabiego – jestem szczęśliwa, że należę do ciebie.

Albert był oszołomiony tym wszystkim, co usłyszał.

– Niech pan wypije swoją kawę – rzekł hrabia. – Opowieść skończona.

ROZDZIAŁ 77 | Doniesienia z Janiny

Franz wyszedł z pokoju Noirtiera, chwiejąc się na nogach i tak znękany, że serce Valentine ścisnął żal.

Villefort, który przez cały czas wyjąkał zaledwie kilka słów, zaszył się w swoim gabinecie, a dwie godziny potem odebrał list następującej treści:

Po tym, co się okazało, pan Noirtier de Villefort nie może się spodziewać, aby związek między jego rodziną a rodziną pana d’Epinay mógł dojść do skutku. Pan Franz d’Epinay przerażony jest faktem, że pan de Villefort, który musiał znać opowiedziane dziś wypadki, nie uprzedził go o nich.

Ktokolwiek widziałby w tej chwili, jak ten cios zdruzgotał prokuratora, nie uwierzyłby, że był on już na ten cios przygotowany. On sam nigdy by nie pomyślał, że jego ojciec posunie się do tego stopnia w swojej szczerości, albo raczej bezwzględności, by opowiedzieć podobną historię. To prawda, że pan Noirtier miał raczej wzgardliwy stosunek do opinii swojego syna, nigdy też nie przedstawił mu jasno przebiegu zdarzeń, Villefort myślał więc zawsze, że generał de Quesnel, czy też jak kto woli – baron d’Epinay, w zależności od tego, jak się nazywał, czy jak nazywali go inni, został zamordowany, a nie zginął w pojedynku.

List ten tak ostry, choć napisany przez młodego człowieka do tej pory pełnego szacunku, zranił śmiertelnie dumę Villeforta.

Ledwie wszedł do gabinetu, pojawiła się tam również jego żona.

Wyjście Franza wezwanego do pana Noirtier tak dalece wszystkich zdumiało, że położenie pani de Villefort, która została sama z notariuszem i świadkami, z minuty na minutę stawało się coraz bardziej kłopotliwe. W końcu pani Villefort powzięła decyzję i wyszła, oświadczając, że idzie sprawdzić, co się stało. Pan de Villefort oznajmił jej tylko, że na skutek rozmowy, jaką przeprowadził z ojcem i z panem d’Epinay, narzeczeństwo Valentine z Franzem zostało zerwane.

Nie sposób było przekazać taką wiadomość oczekującym, dlatego też, wchodząc, pani de Villefort oświadczyła jedynie, iż spisanie intercyzy musi zostać odłożone na kilka dni, bo pan Noirtier dostał na początku spotkania ataku apopleksji. Wiadomość ta, jakkolwiek nieprawdziwa, wydała się zebranym osobliwie pasować do dwóch poprzednich nieszczęść tego samego rodzaju; słuchacze spojrzeli po sobie zdziwieni i odeszli, nie rzekłszy ani słowa.

Valentine tymczasem, nieco przestraszona, ale szczęśliwa, uściskała i podziękowała słabemu starcowi, co jednym ruchem zerwał cały ten łańcuch, jak się jej zdawało, niemożliwy do zerwania i poprosiła następnie o pozwolenie odejścia do siebie, by móc wypocząć. Noirtier skinieniem zezwolił jej na to.

Valentine jednak, zamiast wrócić do siebie, przeszła przez korytarz i małymi drzwiczkami czmychnęła do ogrodu. Pośród tylu zdarzeń, tak nieprzerwanie po sobie następujących, jej serce ogarnęła głucha trwoga. Obawiała się, że lada chwila przyjdzie Morrel blady i groźny jak laird [Laird – szkocki właściciel ziemski.] Ravenswood z Łucji z Lammermooru.

W rzeczy samej powinna była iść już do kraty ogrodowej. Maksymilian domyślał się już przebiegu zdarzeń. Widział, jak Franz wraz z panem Villefort opuszczali cmentarz, i poszedł za nimi; widział, jak Franz wszedł, widział także, jak wyszedł, po czym wrócił znowu z Albertem i Château-Renaudem. Przeczuwał już, że nie może mieć żadnych złudzeń. Udał się więc w umówione miejsce, gotowy na wszystko i pewien, że przy najbliższej sposobności Valentine przybiegnie na spotkanie. Nie zawiódł się. Wypatrując przez szparę, dojrzał w końcu dziewczynę, która nie stosując żadnych środków ostrożności, biegła ku niemu. Już pierwszy rzut oka na nią sprawił, że Maksymilian uspokoił się, a po pierwszym słowie podskoczył z radości:

– Ocaleni! – wykrzyknęła Valentine.

– Ocaleni! – powtórzył Morrel, nie dowierzając swojemu szczęściu. – Ale kto nas ocalił?

– Mój dziadek. O, pokochaj go, drogi Morrelu!

Morrel przysiągł, że będzie kochać starca z całej duszy. Przysięga nie była trudna, bo w tej chwili nie kochał go jak przyjaciela czy jak ojca, ale wielbił jak bóstwo.

– Jak to się mogło stać? – zapytał Morrel. – Jakiego użył środka?

Valentine otworzyła już usta, by wszystko opowiedzieć. Pomyślała jednak, że w głębi tej strasznej tajemnicy jest przecież coś, co nie dotyczy tylko jej dziadka.

– Opowiem ci wszystko później.

– Kiedy?

– Gdy zostanę twoją żoną.

Zamknąwszy temat tym sposobem, mogła Maksymiliana owinąć sobie wkoło palca; przystał więc na to, że na razie musi się zadowolić tym, co mu opowiedziała. Nie chciał jednak odejść, dopóki Valentine nie przyrzekła, że przyjdzie na spotkanie również nazajutrz wieczorem.

Świat nagle zmienił się w jej oczach. Łatwiej było jej teraz uwierzyć, że wyjdzie za Maksymiliana, niż jeszcze przed godziną uwierzyć, że nie będzie poślubiona Franzowi.

W tym czasie pani de Villefort udała się do Noirtiera.

Noirtier spojrzał na nią ponurym i surowym wzrokiem, jakim miał zwyczaj ją witać.

– Drogi ojcze – rzekła. – Nie muszę ci oznajmiać, że narzeczeństwo Valentine zostało zerwane, ponieważ zerwanie to dokonało się tutaj.

Noirtier siedział niewzruszony.

– Nie wiedziałeś jednak, ojcze – rzekła następnie pani de Villefort – że ja byłam zawsze przeciwna temu małżeństwu i że miało być ono zawarte wbrew mojej woli.

Noirtier spojrzał na synową, oczekując wyjaśnień.

– Teraz gdy małżeństwo, które napawało cię taką odrazą, zostało zerwane, ośmielę się przedstawić ojcu prośbę, bo ani mój mąż, ani Valentine nie odważą się z nią zwrócić.

Noirtier zapytał wzrokiem, jaka to prośba.

– Przychodzę cię prosić, ojcze – ciągnęła pani Villefort – ponieważ ja jedna mogę zwrócić się do ciebie o to jako osoba całkiem niezainteresowana; otóż przychodzę cię prosić, abyś przywrócił swojej wnuczce cały majątek, nie mówię o przywróceniu łask, bo wiem, że tego nigdy jej nie odmówiłeś.

Na chwilę we wzroku Noirtiera pojawiło się wahanie; szukał przyczyn uzasadniających tę prośbę, ale ich nie znalazł.