Wydawca: Zielona Sowa Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 654 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Hrabia Monte Christo. Tom II - Aleksander Dumas

Jedna z najwybitniejszych powieści Aleksandra Dumasa, w której wątki polityczne i obyczajowe splatają się z barwną historią XIX-wiecznej Francji po upadku Napoleona. Młody oficer marynarki Edmund Dantès został właśnie mianowany kapitanem trójmasztowca i zamierza poślubić ukochaną Mércedès. W dniu ślubu jest aresztowany w wyniku donosu zazdrosnych przyjaciół, pomawiających go o udział w spisku mającym przywrócić rządy Bonapartego. Dantès spędził czternaście lat w więzieniu, gdzie powinien pozostać do końca życia. Jednak udaje mu się uciec w brawurowym stylu. Odnajduje skarb na wyspie Monte Christo, kierując się wskazówkami współwięźnia księdza Farii. W końcu jako majętny i ekscentryczny hrabia Monte Christo wraca do Francji, aby dokonać wyrafinowanej zemsty na zdrajcach z przeszłości.

Opinie o ebooku Hrabia Monte Christo. Tom II - Aleksander Dumas

Fragment ebooka Hrabia Monte Christo. Tom II - Aleksander Dumas

ALEKSANDER DUMAS

Hrabia Monte Christo

Tom 2

ISBN: 978-83-7623-976-7

Wydawnictwo Zielona Sowa

Kraków

Tytuł Orginału

Le Comte de Monte-Cristo

Redaktor serii

Iwona Musiak

Korekta

Katarzyna Kierejsza

Ilustracja na okładce

Edyta Stajniak

Układ typograficzny i projekt okładki

Piotr Hrehorowicz

Skład i łamanie

Inter Line s.c.

© Copyright by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp.z.o.o.,2009

Wydawnictwo Zielona Sowa Sp.z.o.o.

30-404 Kraków, ul. Cegielniana 4A

tel./fax (012) 266-62-94

tel. (012) 266-62-92

www.zielonasowa.pl

wydawnictwo@zielonasowa.pl

ROZDZIAŁ 37 | Katakumby Świętego Sebastiana

Franzowi nie zdarzyło się chyba jeszcze przeżyć tak gwałtownego załamania nastroju, tak nagłego przejścia od wesołości do smutku, jak w owej chwili; rzekłbyś, że Rzym pod czarodziejskim tchnieniem jakiegoś ducha nocy przemienił się w jeden rozległy grobowiec. Księżyc, będący już w trzeciej kwadrze, miał wzejść dopiero o jedenastej – co jeszcze bardziej powiększało ciemności; ulice, którymi jechał młodzieniec, tonęły w głębokim mroku. Trasa zresztą nie była długa; po dziesięciu minutach jego powóz, albo raczej hrabiego, zatrzymał się przed hotelem Londyńskim.

Obiad już był gotów; ponieważ Albert uprzedził, że zapewne nie wróci zbyt wcześnie, Franz sam zasiadł do stołu.

Pan Pastrini, który przywykł, że jadali razem, zapytał o przyczynę nieobecności Alberta; Franz odpowiedział tylko, iż towarzysz jego otrzymał przedwczoraj zaproszenie na dzisiejszy wieczór.

Nagłe zagaśnięcie moccoletti, ta ciemność, która zastąpiła światło, cisza, co nastała po wrzawie, pozostawiły w duszy Franza jakieś przygnębienie, niewolne od niepokoju.

Zjadł więc obiad w milczącym nastroju mimo profesjonalnej opiekuńczości hotelarza, który kilka razy przychodził zapytać, czy Franz czegoś nie potrzebuje.

Franz postanowił czekać na Alberta jak tylko można najdłużej.

Kazał przygotować powóz dopiero na jedenastą, prosząc pana Pastriniego, by natychmiast go zawiadomił, jeżeli Albert przybędzie do hotelu.

O jedenastej Albert nadal nie wracał.

Franz przebrał się i pojechał, uprzedzając hotelarza, że spędzi noc u księcia Bracciano.

Dom księcia Bracciano jest jednym z najpiękniejszych w Rzymie; jego żona, pochodząca z ostatnich Colonnów, przyjmuje gości z największym wdziękiem; stąd przyjęcia u nich cieszą się sławą na skalę europejską.

Franz i Albert przybyli do Rzymu z listami polecającymi do księcia, książę zapytał więc zaraz na wstępie, co się dzieje z towarzyszem podróży Franza. Ten odparł, że rozstali się z Albertem, gdy gaszono moccoletti, i że stracił go z oczu na Via Macello.

– I od tego czasu nie wrócił? – zapytał książę.

– Czekałem na niego aż do tej pory.

– A wiesz pan, gdzie poszedł?

– Nie, nie wiem dokładnie, zdaje mi się jednak, że było to coś w rodzaju schadzki miłosnej.

– Do licha! – zawołał książę. – To zły dzień, albo raczej zła noc na takie późne wyprawy, prawda, pani hrabino?

Słowa te zwrócone były do hrabiny G***, która weszła przed chwilą i przechadzała się wsparta na ramieniu pana Torlonia, brata księcia.

– Przeciwnie, noc jest pełna czaru i tutaj obecni będą żałowali tylko jednego – że zbyt prędko przeminie – odparła hrabina.

– Ja też nie mówię o osobach, które są tutaj – odparł książę, uśmiechając się – mężczyznom grozi tutaj tylko, że mogą paść ofiarą pani wdzięków, a kobietom, że się pochorują z zazdrości, widząc, jak pani jesteś piękna. Mówię tu naturalnie o tych, co uganiają się po ulicach.

– Ech, mój Boże! – zawołała hrabina. – Któż chodzi po ulicach o tej godzinie? Chyba ci, którzy idą na bal!

– Nasz wspólny przyjaciel, pani hrabino, Albert de Morcerf, z którym rozstaliśmy się, gdy pogonił za swoją nieznajomą o siódmej wieczór – oznajmił Franz. – Od tej pory już go nie widziałem.

– Jak to? I nie wiesz, gdzie jest?

– Nie mam najmniejszego pojęcia.

– Ma jakąś broń przy sobie?

– Jak? Przecież jest w kostiumie arlekina.

– O, nie powinien był pan go puszczać – rzekł książę. – Zna pan Rzym lepiej od niego…

– Zapewne; mógłbym równie dobrze próbować zatrzymać w biegu konia, który wygrał dzisiaj gonitwę – odparł Franz. – A zresztą, cóż mu się może stać?

– Kto wie, noc ciemna, choć oko wykol, a Tyber niedaleko od Via Macello.

Franza przebiegł zimny dreszcz: to, co mówili książę i hrabina, aż nazbyt wtórowało jego własnemu niepokojowi.

– Dlatego właśnie powiedziałem w hotelu, że będę miał zaszczyt spędzić noc u księcia – rzekł Franz – i mają mi natychmiast dać znać, gdy Albert wróci.

– I oto zdaje mi się – zauważył książę – że mój lokaj pana szuka.

W rzeczy samej, służący, spostrzegłszy Franza, zbliżył się do niego.

– Jaśnie panie – rzekł. – Właściciel hotelu prosił zawiadomić pana, że czeka tam na pana jakiś człowiek z listem od hrabiego Morcerf.

– Z listem od hrabiego? – zawołał Franz.

– Tak.

– Cóż to za człowiek?

– Tego nie wiem.

– Dlaczegóż tu listu nie przyniósł?

– Posłaniec nic więcej nie mówił.

– A gdzież posłaniec?

– Poszedł sobie, jak tylko zobaczył, że wchodzę do sali balowej, by pana zawiadomić.

– O Boże! – zawołała hrabina. – Niech pan idzie! Biedny chłopiec, pewnie mu się coś przydarzyło!

– Już biegnę!…

– Wrócisz pan jeszcze do nas, by powiedzieć, co się stało? – zapytała hrabina.

– Tak, jeżeli tylko sprawa nie jest poważna; w przeciwnym razie sam jeszcze nie wiem, co będę robił.

– W każdym razie niechże pan będzie rozważny – rzekła hrabina.

– O, proszę się nie martwić.

Franz pochwycił cylinder i pospiesznie wybiegł z sali.

Powóz miał zajechać po niego dopiero o drugiej; na szczęście pałac Bracciano, który stoi na rogu Via del Corso i placu Świętych Apostołów, znajduje się o dziesięć minut drogi od hotelu Londyńskiego.

Zbliżając się do hotelu, Franz spostrzegł jakiegoś człowieka stojącego na środku ulicy; ani chwili nie wątpił, że był to posłaniec Alberta.

Człowiek ten owinięty był wielką peleryną.

Franz podszedł do niego – i zdumiał się bardzo, gdyż nieznajomy przemówił pierwszy.

– Czego ekscelencja ode mnie chce? – rzekł, cofając się o krok, jak człowiek, który ma się na baczności.

– Czy to nie pan przyniosłeś mi list od hrabiego de Morcerf?

– Ekscelencja mieszka w hotelu Pastriniego?

– Tak.

– I jest pan towarzyszem podróży hrabiego?

– Tak.

– A jakże się ekscelencja zowie?

– Baron Franz d’Epinay.

– Zatem list ten jest do waszej ekscelencji.

– Czy mam odpowiedzieć? – zapytał Franz, przyjmując list.

– Tak. A przynajmniej pański przyjaciel ma taką nadzieję.

– Więc niech pan idzie ze mną, zaraz odpiszę.

– Wolę zaczekać tutaj – roześmiał się wysłannik.

– Dlaczego?

– Ekscelencja zrozumie, przeczytawszy list.

– Więc będziesz pan czekał tutaj?

– Naturalnie.

Franz wszedł do hotelu; na schodach spotkał imć Pastriniego.

– I co? – zapytał.

– Ale o co chodzi? – spytał Franz.

– Widział się pan z człowiekiem, który przyszedł do pana w imieniu pańskiego przyjaciela?

– Tak, i dał mi właśnie ten list. Proszę, niech pan każe u mnie zaświecić.

Hotelarz skinął na służącego, aby poszedł ze świecą przodem.

Nie uszło uwagi Franza, że imć Pastrini był mocno wystraszony, co go jeszcze bardziej skłoniło do natychmiastowego przeczytania listu. Zbliżył się zatem do świecy, gdy ją tylko zapalono, i rozłożył papier.

List był napisany ręką Alberta i przez niego podpisany.

Franz przeczytał go dwakroć, tak dalece zaskoczyła go treść listu.

A brzmiała następująco:

Mój drogi! Gdy tylko otrzymasz to pismo, bądź łaskaw wydostać z mojego pugilaresu, który znajdziesz w kwadratowej szufladzie biurka, list kredytowy; gdyby to nie wystarczyło, weź również swój. Pobiegnij nastepnie do Torlonia, wybierz u niego natychmiast cztery tysiące piastrów i doręcz oddawcy tego listu. Jest niezmiernie ważne, by ta suma została mi przysłana bez żadnego opóźnienia.

Nie nalegam więcej, licząc zupełnie na Ciebie, podobnie jak Ty mógłbyś liczyć na mnie.

Twój

Albert de Morcerf

P.S. I believe now in Italian banditti [Teraz już wierzę we włoskich bandytów.].

Pod tymi wierszami obca ręka dopisała kilka słów po włosku:

Se alle sei della mattina le quattro mile piastre non sono nelle mie mani, alle sette il conte Alberto avrá cessato di vivere. [Jeśli o szóstej z rana cztery tysiące piastrów nie znajdą się w moich rękach, o siódmej hrabia Albert przestanie żyć.]

Luigi Vampa

Ten drugi podpis wyjaśnił Franzowi wszystko – i zrozumiał też, czemu posłaniec wzbraniał się wejść z nim do hotelu: ulica wydawała mu się bezpieczniejsza niż pokój Franza.

Albert wpadł w ręce słynnego herszta bandytów, w którego istnienie tak długo nie chciał wierzyć.

Nie było czasu do stracenia. Franz podbiegł do sekretarzyka, otworzył go, we wskazanej szufladzie znalazł pugilares, a w pugilaresie list kredytowy na sześć tysięcy piastrów; ale Albert z tych sześciu tysięcy wydał już trzy. Franz nie miał z sobą listów; mieszkał stale we Florencji i przybył do Rzymu tylko na kilka dni, więc zabrał z sobą tylko sto ludwików – a z tych stu zostało mu już nie więcej niż pięćdziesiąt.

Brakowało zatem blisko ośmiuset piastrów do całkowitej sumy. Franz mógł wprawdzie w podobnym wypadku liczyć na grzeczność panów Torlonia; już się więc wybierał z powrotem do pałacu Bracciano, gdy nagle w głowie zajaśniała mu pewna myśl.

Przypomniał sobie hrabiego de Monte Christo.

Już miał posłać po pana Pastriniego, gdy hotelarz sam pojawił się w drzwiach.

– Drogi panie Pastrini! – zapytał żywo. – Jak pan sądzi, czy hrabia jest u siebie?

– Jest, ekscelencjo, tylko co powrócił.

– A zdążył się już położyć?

– Wątpię.

– Racz więc pan zadzwonić do jego drzwi i zapytać, czy mógłbym do niego przyjść.

Imć Pastrini spiesznie spełnił prośbę Franza; wrócił w pięć minut później.

– Pan hrabia czeka na waszą ekscelencję.

Franz przeszedł przez klatkę schodową, lokaj wprowadził go do hrabiego.

Hrabia był w małym gabineciku otoczonym sofami, którego Franz nie miał jeszcze okazji widzieć.

Monte Christo wyszedł mu naprzeciw i rzekł:

– No, jakież dobre wiatry sprowadzają tu pana o tej godzinie? Może przychodzisz pan przypadkiem zaprosić mnie na kolację? Doprawdy, byłoby to bardzo uprzejme z pańskiej strony.

– Nie, muszę z panem pomówić w poważnej sprawie.

– W poważnej sprawie! – zdumiał się hrabia, spoglądając na Franza typowym dla siebie przenikliwym wzrokiem. – I cóż to za sprawa?

– Czy jesteśmy sami?

Hrabia podszedł do drzwi i natychmiast powrócił.

– Absolutnie sami – odpowiedział.

Franz podał mu list od Alberta.

– Proszę przeczytać – rzekł.

Hrabia przeczytał.

– Oho! – powiedział.

– Zauważył pan też postscriptum?

– Tak, widzę:

Se alle sei della mattina le quattro mile piastre non sono nelle mie mani, alle sette il conte Alberto avrá cessato di vivere.

Luigi Vampa

– I co pan na to? – zapytał Franz.

– Masz pan tę sumę?

– Tak, ale brakuje osiemset piastrów.

Hrabia podszedł do sekretarzyka, otworzył go i odsunął szufladę pełną złota.

– Spodziewam się, że nie obrazi mnie pan, zwracajac się o to do kogoś innego?

– Widzi pan, że przyszedłem prosto do pana.

– I dziękuję panu za to. Proszę, niech pan bierze.

I zachęcił Franza gestem.

– Czy to naprawdę konieczne posyłać tę sumę Luigiemu Vampie? – odezwał się młody człowiek, spoglądając na hrabiego równie przenikliwie.

– Do diabła! – zawołał hrabia. – Osądź pan sam, postscriptum wydaje się jasne.

– Zdaje mi się, że gdyby raczył pan zastanowić się przez chwilę, to znalazłbyś inny sposób, który znacznie ułatwiłby nam negocjacje – odrzekł Franz.

– Jaki mianowicie? – zdumiał się hrabia.

– Na przykład, gdybyśmy się udali razem do Luigiego Vampy, jestem pewien, że nie odmówiłby panu i uwolnił Alberta.

– Mnie? A jakiż mogę mieć wpływ na tego bandytę?

– Czyż nie wyświadczył mu pan przysługi, takiej, jakiej nie da się zapomnieć?

– Jakiejże?

– Czyż nie ocalił pan Peppina?

– O, o! A któż to panu powiedział?

– Cóż to pana obchodzi? Wystarczy, że wiem. 

Hrabia zamilkł na chwilę, marszcząc brew.

– A gdybym się udał do Vampy, pojechałbyś pan ze mną?

– Jeżeli moje towarzystwo nie będzie panu nieprzyjemne…

– A więc dobrze. Pogoda jest piękna, spacer za miasto może nam tylko posłużyć.

– Trzeba wziąć broń?

– A po cóż?

– A pieniądze?

– Nie ma potrzeby. Gdzie ten człowiek, co przyniósł list?

– Na ulicy.

– Czeka na odpowiedź?

– Tak.

– Musimy wiedzieć, gdzie mniej więcej mamy jechać; zawołam go.

– Zbyteczne. Nie chciał wejść.

– Do pana może, ale mnie nie będzie robił trudności.

Hrabia podszedł do okna, które wychodziło na ulicę, i gwizdnął w szczególny sposób.

Człowiek w pelerynie oderwał się od ściany i stanął na środku ulicy.

– Salite! – zawołał hrabia takim tonem, jakby wydawał rozkaz słudze.

Posłaniec posłuchał natychmiast, bez najmniejszego wahania, a nawet z pośpiechem i przeskakując cztery stopnie podestu, wbiegł do hotelu. Pięć sekund później stanął u drzwi gabinetu.

– A, to ty, Peppino – zdziwił się hrabia.

Lecz Peppino w miejsce odpowiedzi rzucił się na kolana, pochwycił dłoń hrabiego i okrył ją pocałunkami.

– A! – zawołał hrabia. – Nie zapomniałeś jeszcze, żem ci ocalił życie? To dziwne, przecież minął już tydzień.

– O nie, jaśnie panie, i nigdy tego nie zapomnę – odparł Peppino, a w jego głosie zabrzmiał akcent głębokiej wdzięczności.

– Nigdy to bardzo długo! Ale to wiele znaczy, że tak sądzisz. Teraz wstań i odpowiadaj.

Peppino rzucił niespokojne spojrzenie na Franza.

– O, możesz mówić przy tym panu, to jeden z moich przyjaciół. Pozwolisz pan, abym go tak nazywał – hrabia zwrócił się do Franza po francusku – to potrzebne, by obudzić zaufanie w tym człowieku.

– Możesz pan mówić przy mnie – podjął Franz. – Jestem przyjacielem hrabiego.

– Zgoda – rzekł Peppino, zwracając się do hrabiego. – Niech ekscelencja raczy pytać, a ja będę odpowiadał.

– Jakim sposobem hrabia Albert wpadł w ręce Luigiego?

– Jaśnie panie, powóz Francuza wielokrotnie mijał się z kolaską Teresy.

– Kochanki waszego wodza?

– Tak. Francuz robił do niej słodkie oczy, a Teresa do niego, dla zabawy. Francuzik rzucał jej kwiaty, a ona mu też; a wszystko, ma się rozumieć, za pozwoleniem wodza, który był w tej samej kolasce.

– Jak to! – wykrzyknął Franz. – Luigi Vampa był w powozie rzymskich wieśniaczek?

– Był, był, powoził przebrany za stangreta.

– A potem? – zapytał hrabia.

– No, potem to Francuz zdjął maskę; Teresa, rozumie się, za zgodą wodza, zrobiła toż samo; Francuz poprosił o schadzkę, a Teresa mu to przyrzekła; tyle że zamiast niej to Beppo na niego czekał na schodach kościoła San Giacomo.

– Jak to! – przerwał Franz. – Ta wieśniaczka, która mu wyrwała moccoletto?…

– To był piętnastoletni chłopak – odparł Peppino. – Ale nie ma tu żadnego wstydu dla pańskiego przyjaciela, że tak został wywiedziony w pole, Beppo nabrał już wielu.

– I Beppo wyprowadził go za mury? – rzekł hrabia.

– Właśnie tak. Na końcu Via Macello czekał powóz, Beppo usiadł, zapraszając Francuza. Francuzik nie dał sobie tego dwa razy powtarzać. To prawdziwy galant: posadził sobie Beppa po prawicy, sam usiadł tuż obok. Beppo mówi mu, że go wiezie do willi o milę od Rzymu. Francuz zapewnia Beppa, że pojechałby z nim na koniec świata. Stangret przejechał przez ulicę di Ripetta, minął bramę San Paolo i dwieście kroków za miastem Francuz robi się, słowo daję, tak śmiały, że Beppo przykłada mu do szyi parę pistoletetów, stangret zatrzymuje konie, obraca się na koźle i czyni to samo. W tejże chwili czterech naszych, co się kryli na brzegu Almo, dopadło z dwóch stron do drzwiczek. Francuzik miał wielką ochotę się bronić i chyba nawet trochę poddusił Beppa, lecz nie mógł sobie przecież poradzić z pięcioma uzbrojonymi. Musiał się poddać; wysadzono go z powozu i wzdłuż brzegu rzeczki zaprowadzono do Teresy i Luigiego, którzy czekali w katakumbach Świętego Sebastiana.

– I cóż? – zwrócił się hrabia do Franza. – Zdaje mi się, że to całkiem trywialna historia. I co pan na to, pan, który jesteś znawcą?

– Wydałaby mi się bardzo zabawna, gdyby zdarzyła się komu innemu, a nie biednemu Albertowi.

– Faktem jest – rzekł hrabia – że ta przygoda kosztowałaby pańskiego przyjaciela troszkę drogo, gdybyś mnie tu pan nie zastał. Ale bądź pan spokojny, skończy się dla niego tylko na strachu.

– I jedziemy po niego? – zapytał Franz.

– Ba! Naturalnie, tym bardziej że to bardzo malownicze ustronie. Znasz pan katakumby Świętego Sebastiana?

– Nie, nigdy tam nie byłem, ale obiecywałem sobie kiedyś tam pójść.

– No to sposobność jak znalazł, trudno by znaleźć lepszą. Masz pan powóz?

– Nie.

– To nic, na mnie w dzień i w nocy czeka zaprzężony powóz.

– Całkiem zaprzężony?

– Tak, mam często różne kaprysy. Powiem tylko, że czasem, gdy wstaję od obiadu, w środku nocy, chwyta mnie chęć, by pojechać gdzieś, wszystko jedno gdzie, i wyruszam natychmiast.

Hrabia zadzwonił, wszedł służący.

– Niech zajedzie powóz – rzekł hrabia. – Wyjmij pistolety z kieszeni powozu, ale stangreta nie budź. Powiezie nas Ali.

Po chwili usłyszeli turkot powozu, który stanął przed bramą.

Hrabia spojrzał na zegarek.

– Wpół do pierwszej – rzekł. – Moglibyśmy stąd wyjechać o piątej, a i tak bylibyśmy na czas; ale przez to opóźnienie pański przyjaciel mógłby spędzić niezbyt przyjemną noc, lepiej zatem pognajmy jak wicher wyrwać go z rąk niewiernych. Czy nadal pragnie mi pan towarzyszyć?

– Bardziej niż kiedykolwiek.

– No, to w drogę.

Franz i hrabia wyszli, a za nimi Peppino. U drzwi stał powóz. Na koźle siedział Ali.

Franz poznał niemego niewolnika z groty na Monte Christo.

Wsiedli do powozu – był to kryty kocz. Peppino usiadł przy Alim – i ruszyli galopem.

Ali już wcześniej otrzymał rozkazy, skierował się bowiem prosto na Corso, przejechał Campo Vaccino, ulicę San Gregorio i dotarł do bramy Świętego Sebastiana. Tutaj miejski stróż chciał im robić trudności, ale hrabia Monte Christo pokazał mu pozwolenie gubernatora Rzymu do wjazdów i wyjazdów z miasta o dowolnej porze w dzień i w nocy. Krata została zatem podniesiona, stróż dostał za fatygę ludwika i pojechali dalej.

Powóz pędził starożytną Via Appia, wzdłuż której ciągnął się sznur grobowców.

Przy blasku wschodzącego księżyca Franzowi wydawało się niekiedy, że widzi, jak od ruin odrywa się jakby wartownik; lecz zaraz, na znak dany przez Peppina, wartownik znikał w cieniu.

Niedaleko cyrku Karakalli powóz stanął. Peppino otworzył drzwiczki, hrabia i Franz wysiedli.

– Za dziesięć minut – rzekł hrabia do towarzysza – będziemy na miejscu.

Po czym wziął Peppina na stronę, wydał mu po cichu jakiś rozkaz i Peppino odszedł, zaopatrzywszy się w pochodnię, którą dobyto z kufra powozu.

Minęło jeszcze pięć minut: przez ten czas Franz patrzył, jak pasterz zagłębia się wąską ścieżką w pofałdowane niemal konwulsyjnie pola rzymskiej równiny i na koniec znika wśród bujnych czerwonawych traw, co wyglądają jak najeżona grzywa gigantycznego lwa.

– A teraz – odezwał się hrabia – idźmy za nim. 

Franz i hrabia puścili się tą samą ścieżką, która po stu krokach jęła opadać zboczem w dół do małej dolinki.

Wkrótce spostrzegli dwóch ludzi rozmawiających w cieniu.

– Mamy iść dalej – zapytał Franz hrabiego – czy trzeba się zatrzymać?

– Chodźmy; Peppino musiał uprzedzić wartownika o naszym przybyciu.

Istotnie, jednym z tych ludzi był Peppino, a drugim bandyta postawiony na straży.

Franz i hrabia podeszli do nich; bandyta ukłonił się.

– Ekscelencja raczy iść za mną – rzekł Peppino do hrabiego – otwór do katakumb jest o dwa kroki.

– Dobrze – rzekł hrabia. – Idź przodem.

Rzeczywiście, za gęstwiną krzaków, pomiędzy skałami, widać było otwór, przez który człowiek mógł się od biedy prześliznąć. Peppino pierwszy wcisnął się w rozpadlinę, lecz zaledwie uszedł kilka kroków, gdy podziemne przejście się rozszerzyło. Zatrzymał się tu, zapalił pochodnię i odwrócił się, by zobaczyć, czy hrabia i Franz idą za nim.

Hrabia pierwszy wsunął się w ten szczególny dymnik, a Franz za nim.

Przejście łagodnie opadało i w miarę jak się posuwali, coraz bardziej się rozszerzało; na razie jedank Franz i hrabia musieli iść pochyleni, jeden z drugim. Tak przeszli ze sto pięćdziesiąt kroków, aż zatrzymał ich głos:

– Kto idzie!?

Jednocześnie blask ich pochodni odbił się w ciemnościach lśnieniem na lufie karabinu.

– Przyjaciel! – zawołał Peppino. Podszedł do przodu i szepnął kilka słów do wartownika, który podobnie jak poprzedni skłonił się, dając znak nocnym gościom, że mogą iść dalej.

Za wartownikiem były schody o dwudziestu stopniach. Franz i hrabia zeszli po nich i znaleźli się na skrzyżowaniu dróg cmentarnych. Korytarze rozchodziły się promieniście, w ścianach wydrążone były jedne nad drugimi nisze w kształcie trumien, co wskazywało, że nareszcie weszli do katakumb.

W jednym z korytarzy, którego długości nie sposób określić, migotał nikły poblask światła.

Hrabia położył dłoń na ramieniu Franza:

– Czy chcesz pan zobaczyć obóz bandytów na wywczasie?

– O, oczywiście.

– No, to proszę za mną… Peppino, zgaś pochodnię.

Peppino usłuchał i znaleźli się nagle w najgłębszych ciemnościach. I tylko jakieś pięćdziesiąt kroków przed nimi tańczyły wciąż na murach czerwonawe błyski, wyraźniejsze, odkąd Peppino zgasił pochodnię.

Szli w milczeniu; hrabia prowadził Franza, jakby posiadał przedziwny dar widzenia w ciemnościach.

Zresztą i Franz zaczął rozpoznawać coraz lepiej drogę, w miarę jak zbliżali się do refleksów światła, które służyły im za drogowskaz.

Przed nimi wyłoniły się trzy arkady, z których środkowa stanowiła drzwi.

Arkady te wychodziły z jednej strony na korytarz, gdzie byli Franz i hrabia, a z drugiej na wielką, kwadratową komnatę, otoczoną także niszami. Pośrodku komnaty stały cztery kamienie, niegdyś służące za ołtarz, jak to wskazywał nadal wieńczący je krzyż. Jedyna lampa postawiona na ściętym trzonie kolumny oświetlała bladym, chwiejnym światłem dziwaczną scenę, jaka otwarła się przed skrytymi w cieniu obserwatorami.

Odwrócony tyłem do arkad, przez które patrzyli na niego przybysze, siedział jakiś człowiek, a wsparłszy łokieć o kolumnę, czytał.

Był to wódz bandy – Luigi Vampa.

Wokół niego dostrzec można było ze dwudziestu bandytów, ulokowanych jak im się żywnie podobało: albo wylegiwali się w pelerynach na ziemi, albo siedzieli na długiej kamiennej ławie, obiegającej kolumbarium [Kolumbarium – zbiorowy grobowiec, charakterystyczny dla rzymskiej i wczesnochrześcijańskiej architektury sepulkralnej; może mieć formę budowli lub sali z niszami na urny z prochami zmarłych.], a każdy miał w zasięgu ręki karabin.

W głębi, milczący i niemal niewidoczny, przechadzał się niby cień wartownik, tam i z powrotem, koło jakiegoś otworu, którego można się tam było dopatrzeć tylko dlatego, że w tym miejscu ciemność była jeszcze czarniejsza.

Gdy hrabia uznał, że Franz nasycił już oko tym malowniczym obrazem, przyłożył palec do ust, zalecając mu milczenie i pokonując trzy schodki, które prowadziły z korytarza do kolumbarium, wszedł do komnaty przez środkową arkadę i podszedł do Vampy, tak głęboko zatopionego w lekturze, że nie słyszał nawet odgłosu jego kroków.

– Kto idzie? – krzyknął inny wartownik, niezajmujący się strażowaniem, który przy świetle lampy spostrzegł, jak za wodzem rośnie jakiś cień.

Na ten krzyk Vampa zerwał się, dobywając pistoletu zza pasa. W mgnieniu oka wszyscy bandyci znaleźli się na nogach i dwadzieścia luf zwróciło się ku hrabiemu.

– Ależ – rzekł hrabia spokojnym tonem, a w jego twarzy nie drgnął nawet mięsień. – Ależ, mój drogi Vampo, czyż to nie za wiele ceremonii, by powitać przyjaciela?

– Broń do nogi! – zawołał wódz, dając jedną ręką znak rozkazujący, a drugą zdejmując z uszanowaniem kapelusz.

I zwrócił się ku osobie, która grała główne skrzypce w tej scenie:

– Przepraszam, panie hrabio! Ale tak dalece nie spodziewałem się, że będę miał zaszczyt oglądać pana tutaj, żem go wcale nie poznał.

– Zdaje się, drogi Vampo, że masz krótką pamięć pod każdym względem. Nie tylko nie pamiętasz ludzkich twarzy, ale i umów, które zawierasz.

– A jakich to warunków nie dopełniłem, panie hrabio? – odezwał się bandyta tonem, który świadczył, że chciałby najszczerzej naprawić błąd, jeśliby takowy popełnił.

– Czyż nie uzgodniliśmy – spytał hrabia – że nie tylko ja, ale i moi przyjaciele mają być dla was nietykalni?

– I w czymże ten traktat naruszyłem, ekscelencjo?

– Porwaliście tego wieczora i przywieźliście tu wicehrabiego Alberta de Morcerf; otóż – mówił dalej hrabia tonem, od którego Franz zadrżał – ten młody człowiek jest jednym z moich przyjaciół, ten młody człowiek mieszka w tym samym co i ja hotelu, ten młody człowiek przez tydzień rozjeżdżał się po Corso w moim powozie, a jednak, powtarzam ci, porwałeś go i przywiozłeś tutaj; i – dodał hrabia, wyciagając list z kieszeni – nałożyłeś na niego okup jak na pierwszego lepszego.

– Dlaczegoście mnie o tym nie uprzedzili, słyszycie? – zawołał Vampa, odwracając się do swoich podwładnych, którzy cofnęli się pod jego spojrzeniem. – Dlaczego naraziliście mnie na złamanie słowa wobec takiego człowieka jak pan hrabia, który ma w swym ręku nasze życie? Na rany Zbawiciela! Gdybym sądził, że któryś z was wiedział, iż ten młody człowiek jest przyjacielem pana hrabiego, własnoręcznie wypaliłbym mu w łeb.

– A co – zwrócił się do Franza hrabia – nie mówiłem panu, że zaszła jakaś pomyłka?

– Pan hrabia nie przyszedł sam? – zapytał Vampa z niepokojem.

– Jestem z osobą, do której ten list był napisany, a której chciałem dowieść, że Luigi Vampa jest człowiekiem słownym. Niech pan baron zechce tu podejść – rzekł do Franza. – Luigi Vampa sam panu powie, jak głęboko żałuje tej pomyłki.

Franz zbliżył się; wódz podszedł także kilka kroków i rzekł:

– Witaj nam, ekscelencjo. Słyszał pan, co mówił pan hrabia i com mu na to odpowiedział; dodam jeszcze, że nie pragnąłbym, aby doszło do takiej pomyłki nawet za cztery tysiące piastrów, które wyznaczyłem za życie przyjaciela pańskiego.

– Ale – zapytał Franz, rozglądając z niepokojem wokół – gdzie jest więzień? Nie widzę go…

– Nic mu się nie stało, mam nadzieję? – spytał hrabia, marszcząc brew.

– Więzień jest tam – rzekł Vampa, wskazując ręką na zagłębienie, przed którym przechadzał się wartownik. – Powiem mu osobiście, że jest wolny.

Podszedł do miejsca, które wskazał jako więzienie Alberta, a Franz i hrabia udali się za nim.

– Co robi więzień? – zapytał Vampa wartownika.

– Przysięgam, wodzu, że nie wiem – odpowiedział. – Od godziny już nie słyszałem, żeby się tam coś poruszyło.

– Zapraszam do środka – rzekł Vampa.

Hrabia i Franz weszli po ośmiu stopniach, poprzedzani przez Vampę, który odsunął zasuwę i pchnął drzwi.

I wtedy, przy świetle lampy podobnej do tej, która paliła się w kolumbarium, zobaczyli Alberta: otuliwszy się peleryną, której mu użyczył jeden z bandytów, i skuliwszy się w kącie, spał jak zabity.

– Doprawdy – uśmiechnął się w sobie tylko właściwy sposób hrabia. – Całkiem nieźle jak na człowieka, który miał być rozstrzelany o siódmej rano.

Vampa patrzył na śpiącego z pewnym podziwem; widać było, że bandyta nie był niewrażliwy na taki dowód odwagi.

– Pan hrabia ma słuszność – rzekł. – Taki człowiek musi należeć do pańskich przyjaciół.

Potem podszedł do Alberta i trącił go w ramię:

– Niech ekscelencja raczy się zbudzić!

Albert przeciągnął się, przetarł oczy i spojrzał.

– A, to wy, wodzu – zawołał. – Do licha, po co było wyrywać mnie ze snu? Śniło mi się coś nader przyjemnego: tańczyłem galopkę u pana Torlonia z hrabiną G***!

Wyciągnął zegarek (nie oddał go, pragnąc sam wiedzieć, jak mija czas).

– Wpół do drugiej! – zawołał. – Ale po kiego diabła budzisz mnie pan o tej godzinie?

– By zawiadomić ekscelencję, że jest wolny.

– Mój drogi – odparł Albert z absolutnym spokojem – zapamietaj sobie na przyszłość tę oto zasadę Napoleona Wielkiego: „Budźcie mnie tylko, gdy przyjdą złe wieści”. Gdybyś pozwolił mi spać, skończyłbym moją galopkę, za co byłbym ci wdzięczny do grobu… więc zapłacono już okup?

– Nie.

– E, no to jakimże sposobem mam być wolny?

– Ktoś, komu nie mogę niczego odmówić, przybył upomnieć się o pana.

– Aż tutaj?

– Aż tutaj.

– Ha! Do licha, to dopiero miły człowiek!

Albert rozejrzał się wokół i spostrzegł Franza.

– Jak to! Mój drogi, to ty posuwasz tak daleko poświęcenie dla mnie?

– Nie, nie ja – odpowiedział Franz – ale nasz sąsiad, pan hrabia de Monte Christo.

– Ach, naprawdę, panie hrabio – powiedział wesoło Albert, poprawiając halsztuk i mankiety. – Jest pan człowiekiem nieoszacowanym i mam nadzieję, że raczysz mnie uważać za swego wiecznego dłużnika, po pierwsze za powóz, a następnie za to, co się tu stało.

I wyciągnął rękę do hrabiego, który zadrżał, nim podał mu swoją – ale jednak podał.

Bandyta przypatrywał się w osłupieniu całej tej scenie; przywykł do więźniów, którzy przed nim drżeli, a tymczasem ten oto nie stracił nawet żartobliwego poczucia humoru. Franz zaś nie posiadał się z radości, że Albert nie splamił wobec bandyty honoru narodowego.

– Mój drogi Albercie – rzekł – jeśli zechcesz się pospieszyć, zdążymy jeszcze na ten bal u pana Torlonia i będziesz mógł zacząć galopkę tam, gdzie ci ją przerwano; i dzięki temu nie zachowasz żadnych pretensji do imć Luigiego, który naprawdę zachował się w całej tej sprawie jak dżentelmen.

– A, istotnie – zawołał Albert. – Masz rację, możemy tam być już na drugą. Szanowny panie Luigi – ciągnął Albert – czy powinienem dopełnić jakichś formalności, nim pożegnam się z waszą ekscelencją?

– Nie, panie – odpowiedział bandyta. – Jesteś wolny niczym wiatr.

– A więc życzę panu pomyślności i dużo radości w życiu! Chodźmy, panowie, chodźmy.

I Albert razem z Franzem i hrabią zeszli po schodach i przeszli przez kwadratową salę; wszyscy bandyci powstali i zdjęli kapelusze.

– Peppino! – rzekł wódz. – Podaj mi pochodnię!

– A cóż to pan robisz? – spytał hrabia.

– Odprowadzę pana – odrzekł herszt. – Chociaż w ten sposób uhonoruję waszą ekscelencję.

I wziąwszy zapaloną pochodnię z rąk pasterza, poszedł przodem, nie jak lokaj, gorliwy w swej służalczości, lecz jak król prowadzący ambasadorów.

Gdy dotarli do drzwi, ukłonił się.

– Teraz, panie hrabio – odezwał się – przepraszam raz jeszcze i mam nadzieję, że nie zachowasz pan urazy do mnie za to, co się stało.

– Nie, kochany Luigi; naprawiasz swoje błędy w tak ujmujący sposób, że ma się wręcz ochotę być ci za nie wdzięcznym.

– Panowie – zwrócił się Vampa do młodych ludzi – być może propozycja moja wyda się wam niezbyt zachęcająca, ale gdyby się panom kiedykolwiek podobało odwiedzić mnie po raz drugi, możecie być pewni serdecznego przyjęcia.

Franz i Albert skłonili się.

Hrabia wyszedł pierwszy, za nim Albert; Franz zaś nie kwapił się jakoś do wyjścia.

– Ekscelencja chciałby mnie o coś zapytać – zagadnął z uśmiechem Vampa.

– Przyznam się panu, że tak. Jestem ciekaw, co to za dzieło czytałeś pan z taką uwagą, gdyśmy weszli?

– Komentarze Cezara – rzekł bandyta. – To moja ulubiona książka.

– Ejże, nie idziesz? – zawołał Albert.

– Zaraz – odparł Franz – Już idę.

I wysunął się przez rozpadlinę.

Przeszli potem kilka kroków.

– Ach, przepraszam – odezwał się Albert, zawracając. – Za pozwoleniem, wodzu!

I zapalił cygaro od pochodni Vampy.

– A teraz, panie hrabio – rzekł Albert – jedźmy, jak można najprędzej. Zależy mi niezmiernie, by zakończyć tę noc u księcia Bracciano.

Powóz czekał w tym samym miejscu; hrabia rzucił Alemu jedno słowo po arabsku i konie ruszyły galopem. Na zegarku Alberta była druga, gdy przyjaciele weszli na salę balową.

Ich powrót wywołał sensację; ale jako że weszli razem, wszelkie obawy o Alberta natychmiast ustały.

– Pani – rzekł wicehrabia de Morcerf, podchodząc do hrabiny – wczoraj raczyłaś mi pani przyrzec zatańczyć ze mną galopkę. Może przybywam nieco późno, by przypominać o tej łaskawej obietnicy, lecz mój przyjaciel – a zna go pani jako człowieka prawdomównego – potwierdzi, że spóźnienie to nie nastąpiło z mojej winy.

W tej właśnie chwili muzyka jęła przygrywać do walca.

Albert objął kibić hrabiny i znikli oboje w wirze tańczących.

Tymczasem Franz rozmyślał, co mógł znaczyć ten szczególny dreszcz, który przejął hrabiego Monte Christo, gdy był poniekąd zmuszony podać rękę Albertowi.

ROZDZIAŁ 38 | Odwiedziny

Nazajutrz Albert, skoro tylko wstał, poprosił Franza, by poszedł z nim z wizytą do hrabiego; wprawdzie już mu wczoraj podziękował, ale sądził, iż tak ważna przysługa wymaga powtórnych podziękowań.

Franz, który odczuwał wobec hrabiego coś w rodzaju sympatii pomieszanej z trwogą, nie chciał pozwolić, by Albert wybrał się sam do tego człowieka, i poszedł z nim. Lokaj wprowadził ich do salonu, a po pięciu minutach stanął przed nimi hrabia.

– Pozwól, panie hrabio – rzekł Albert, zbliżając się do niego – abym dzisiaj powtórzył panu to, co wczoraj tak nieumiejętnie wyraziłem: nigdy nie zapomnę, w jakich okolicznościach przyszedł mi pan na pomoc, i zawsze pamiętał będę, że winien jestem panu życie.

– Drogi sąsiedzie – roześmiał się hrabia – wyolbrzymia pan swoje zobowiązania wobec mnie. Dzięki mnie zaoszczędził pan tylko małą sumkę w swoim budżecie podróżnym – jakieś dwadzieścia tysięcy franków i tyle. Widzisz więc, że nie warto nawet o tym mówić. Przyjmij pan raczej gratulacje z mojej strony, okazał pan godny podziwu spokój i nonszalancję.

– Panie hrabio, cóż miałem robić! Wyobraziłem sobie, żem się wdał z kimś w okropną kłótnię i że ma się to skończyć pojedynkiem, a chciałem też pokazać tym bandytom jedno: ludzie biją się we wszystkich krajach świata, lecz tylko Francuzi potrafią zachować przy tym poczucie humoru. Niemniej mój oblig wobec pana nie staje się przez to mniejszy. Dlatego przychodzę zapytać pana, czy ja sam nie mógłbym się okazać użyteczny dla pana, dzięki moim przyjaciołom lub moim stosunkom. Mój ojciec, hrabia Morcerf, rodem z Hiszpanii, posiada rozległe wpływy we Francji i w Hiszpanii; oddaję na pańskie usługi siebie, jak i wszystkich moich najbliższych.

– Cóż – rzekł hrabia – wyznam panu, że czekałem na tę propozycję, panie de Morcerf, i że ją przyjmuję całym sercem. Już sobie umyśliłem, że poproszę pana o wielką przysługę.

– Jaką?

– Nigdy nie byłem w Paryżu, nie znam Paryża…

– Doprawdy? – wykrzyknął Albert. – Jakże mogłeś pan sobie żyć spokojnie, nie znając Paryża? To nie do wiary!

– Tak jakoś wyszło. Czuję jednak, że nie mogę tak dłużej zwlekać, nie znając stolicy myśli. Zresztą powiem więcej: być może już dawno odbyłbym tę obowiązkową podróż, gdybym znał kogoś, kto mógłby mnie wprowadzić w ten świat, w którym nie mam żadnych znajomości.

– Jak to! Pan?! – zawołał Albert.

– Bardzo pan jesteś dla mnie łaskaw, ale wiem dobrze, że posiadam tylko tę zaletę, że mógłbym konkurować jako milioner z panem Aguado lub panem Rotszyldem, a przecież nie jechałbym do Paryża, aby grać na giełdzie – i właśnie ta drobna okoliczność mnie powstrzymywała. A teraz podjąłem decyzję dzięki pańskiej propozycji. I cóż, podejmie się pan, panie de Morcerf – hrabia zaakcentował te słowa osobliwym uśmiechem – podejmie się pan, gdy przyjadę do Francji, otworzyć przede mną podwoje tego świata, gdzie będę tak obcy jak Huron albo mieszkaniec Kochinchiny [Kochinchina – dawna nazwa Indochin (obecnie Wietnam).]?

– O, panie hrabio, z największą rozkoszą, z najszczerszego serca! A tym chętniej się do tego przyczynię (Franz, kochaneczku, nie naśmiewaj się tak ze mnie!), że właśnie wzywają mnie do Paryża. Dziś rano otrzymałem list dotyczący aliansu, który mam zawrzeć z nader przyjemnym domem, świetnie ustosunkowanym w świecie paryskim.

– Aliansu małżeńskiego? – rzekł Franz z uśmiechem.

– O, mój Boże, naturalnie! Tym sposobem, kiedy przybędziesz pan do Paryża, zastaniesz mnie już jako człowieka poważnego, a może ojca rodziny. To się świetnie zgodzi z moją wrodzoną powagą, nieprawdaż? W każdym razie powtarzam, panie hrabio, że ja i moi najbliżsi będziemy oddani panu ciałem i duszą.

– Przyjmuję, bo przysięgam panu, że brakowało mi tylko tej okazji, by doprowadzić do skutku projekty, nad którymi rozmyślam już od dawna.

Franz nie wątpił ani przez chwilę, że są to projekty, o których hrabia napomknął mu mimowolnie w grocie na Monte Christo; i patrzył na hrabiego, gdy ten mówił, usiłując wybadać w jego fizjonomii, co go tak naprawdę wiedzie do Paryża – ale trudno było wniknąć w duszę tego człowieka, zwłaszcza że osłaniał ją zawsze uśmiechem.

– Ale, doprawdy, panie hrabio – odezwał się znów Albert, uradowany, że będzie wprowadzał na salony takiego człowieka jak Monte Christo – czy to aby nie jeden z tych ulotnych projektów, jakich się tysiące tworzy w podróży, projektów budowanych na piasku, co ulatują z lada powiewem wiatru?

– O nie, na honor. Pragnę pojechać do Paryża, a nawet muszę to zrobić.

– A kiedy?

– A kiedy pan sam tam wrócisz?

– Ja? Hm, za dwa lub najpóźniej trzy tygodnie. Tyle trzeba na przejazd.

– A więc daję panu trzy miesiące. Widzi pan, że daję panu czasu z okładem.

– I za trzy miesiące – wykrzyknął z radością Albert – zastukasz pan do moich drzwi?

– Chce pan, byśmy się umówili dokładnie, na dzień i godzinę? – spytał hrabia. – Uprzedzam, że jestem straszliwie punktualny.

– Na dzień i godzinę? – powtórzył Albert. – To cudownie, zgadzam się!

– A więc dobrze – i hrabia sięgnął po kalendarz zawieszony obok zwierciadła. – Mamy dzisiaj – rzekł – 21 lutego – tu wyciągnął zegarek – jest wpół do jedenastej. Jeśli pan łaskaw, proszę mnie oczekiwać 21 maja o wpół do jedenastej?

– Z rozkoszą! Śniadanie będzie gotowe.

– A mieszkasz pan…

– Przy ulicy Helderskiej nr 27.

– Mieszka pan sam, po kawalersku? Nie chciałbym pana narażać na nieprzyjemności.

– Mieszkam w pałacu ojca, ale zajmuję całkiem oddzielny pawilon w głębi dziedzińca.

– Znakomicie.

Hrabia wziął notatnik i zapisał: „ulica Helderska nr 27; 21 maja, o wpół do jedenastej”.

– A teraz bądź pan spokojny – rzekł hrabia, kładąc notatnik do kieszeni. – Wskazówki pańskiego zegara nie będą rzetelniejsze ode mnie.

– Zobaczymy się jeszcze przed moim odjazdem, panie hrabio? – zapytał Albert.

– To zależy. Kiedy pan odjeżdżasz?

– Jutro, o piątej po południu.

– W takim razie pożegnam pana. Mam sprawę w Neapolu i będę z powrotem dopiero w sobotę wieczorem lub w niedzielę rano. A pan – zwrócił się do Franza – także jedzie, panie baronie?

– Tak.

– Do Francji?

– Nie, do Wenecji. Zostanę jeszcze rok lub dwa we Włoszech.

– To się nie zobaczymy w Paryżu?

– Obawiam się, że ominie mnie ten zaszczyt.

– A więc życzę panom szczęśliwej podróży – rzekł hrabia, podając rękę obu przyjaciołom.

Po raz pierwszy Franz dotykał ręki tego człowieka; zadrżał: była lodowata jak u trupa.

– A więc jesteśmy umówieni? – upewnił się Albert. – Mogę trzymać pana za słowo? Helderska 27, 21 maja, o wpół do jedenastej rano?

– Dwudziestego pierwszego, o wpół do jedenastej, ulica Helderska – powtórzył hrabia.

Młodzieńcy pożegnali hrabiego i wyszli.

– Co ci jest? – zapytał po drodze Albert. – Wydajesz się zatroskany.

– I tak jest – odpowiedział Franz. – Hrabia jest człowiekiem osobliwym i z niepokojem myślę o tym waszym spotkaniu w Paryżu.

– Z niepokojem… o tym spotkaniu?! Coś takiego! Chybaś zwariował, mój drogi! – wykrzyknął Albert.

– Mów sobie, co chcesz – rzekł Franz. – Zwariowałem albo i nie, ale coś mnie tu niepokoi.

– Słuchaj – odezwał się Albert – rad jestem, że mi się nadarza okazja, by ci powiedzieć: zawsze mi się zdawało, że jesteś dość oziębły wobec hrabiego, a ja, przeciwnie, uważam, że był wobec nas jak najżyczliwszy. Masz jakąś osobistą urazę wobec niego?

– Być może.

– Czyżbyś go wcześniej spotkał?

– Otóż to.

– Ale gdzie?

– Ale przyrzekniesz, że nie zdradzisz nikomu ani słowa?

– Przyrzekam.

– Słowo honoru?

– Słowo honoru.

– No, to słuchaj.

I Franz opowiedział Albertowi swoją wyprawę na wyspę Monte Christo oraz spotkanie z przemytnikami, wśród których było dwóch bandytów korsykańskich. Nie pominął żadnego szczegółu feerycznej gościnności, jaką okazał mu hrabia w swojej grocie z Tysiąca i jednej nocy. Opowiedział o kolacji, o haszyszu, posągach, o jawie i śnie, i o tym, jak po przebudzeniu, jako dowód i wspomnienie tego wszystkiego, co przeżył, pozostał mu tylko widok jachtu na horyzoncie, żeglującego ku Porto Vecchio.

Potem przeszedł do tego, co działo się w Rzymie, do nocy w Koloseum i rozmowy o Peppinie, którą podsłuchał między nim a Vampą, a w której hrabia przyrzekł wyjednać łaskę dla bandyty – i obietnicy tej dotrzymał, jak mógł stwierdzić sam czytelnik.

Na koniec doszedł do wypadków ostatniej nocy: jak znalazł się w kłopocie, gdy spostrzegł, że brakuje mu do całej sumy ośmiuset piastrów; jak wpadł na pomysł, by udać się do hrabiego, co zakończyło się tak pomyślnie, a zarazem tak malowniczo.

Albert słuchał chciwie Franza.

– No i co – rzekł, gdy przyjaciel skończył – gdzie widzisz tu coś złego? Hrabia lubi podróżować, hrabia ma swój jacht, bo jest bogaty. Jedź do Portsmouth czy do Southampton, a zobaczysz porty zatłoczone od statków bogatych Anglików, którzy mają takie same kaprysy. Aby mieć gdzie odpocząć w czasie swych podróży, aby uniknąć tej ohydnej kuchni, którą zatruwam się od czterech miesięcy, a ty od czterech lat, aby nie sypiać w tych obrzydliwych łóżkach, w których właściwie nie da się spać, kazał sobie urządzić mieszkanko na Monte Christo. A gdy już je sobie umeblował, obawia się, by rząd toskański nie usunął go stamtąd i aby wydatki się nie zmarnowały – więc kupuje wyspę i przybiera od niej nazwisko. Kochany mój, poszperajże w pamięci i przyznaj, iluż to twoich znajomych wzięło nazwisko od posiadłości, których nigdy nie byli właścicielami?

– A ci bandyci korsykańscy w jego załodze?!

– Ale co w tym dziwnego? Wiesz lepiej niż ktokolwiek, że bandyci korsykańscy nie są bynajmniej rabusiami, ale jedynie zbiegami, których jakaś vendetta [Vendetta (wł.) – zemsta.] wygnała z rodzinnego miasta lub wsi; zadawanie się z nimi nie kompromituje! Oznajmiam, że jeśli kiedyś udam się na Korsykę, to zanim się przedstawię gubernatorowi i prefektowi, pójdę się poznajomić z bandytami Kolomby [Kolomba – bohaterka powieści Prospera Mérimée pod tym samym tytułem; zawzięta dziewczyna doprowadziła do tego, by jej brat, choć przeciwny vendetcie, pomścił ich zamordowanego ojca.], jeśli tylko da się to zrobić. Uważam, że są czarujący.

– Ale Vampa i jego zgraja – protestował Franz – to bandyci, co rabują; mam nadzieję, że temu nie zaprzeczysz. A poza tym, co sądzisz o tym, że hrabia cieszy się takim autorytetem wśród tych ludzi?

– Sądzę tylko tyle, mój drogi, że temu autorytetowi winien jestem życie; nie powinienem go zbyt mocno krytykować. Pozwól mi więc, zamiast robić z tego sprawę gardłową, wybaczyć hrabiemu to wszystko; nie mówię już nawet, że mi ocalił życie, bo byłaby to może lekka przesada, ale na pewno dzięki niemu zaoszczędziłem cztery tysiące piastrów, co stanowi dwadzieścia cztery tysiące liwrów na nasze pieniądze, a to suma, na którą by mnie na pewno nie oszacowano we Francji; dowodzi to – roześmiał się Albert – że nikt nie jest prorokiem we własnym kraju.

– Ano właśnie: z jakiego kraju hrabia pochodzi? Jaki jest jego ojczysty język? Z czego właściwie się utrzymuje? Skąd te jego niezmierne bogactwa? Co się działo w pierwszej części jego życia, tajemniczej i nieznanej, która nadała tej drugiej posępną barwę mizantropii? Tego wszystkiego chciałbym się na twoim miejscu dowiedzieć.

– Franz, mój kochany, gdy po otrzymaniu mego listu uznałeś, że potrzebujemy pomocy hrabiego – zripostował Albert – poszedłeś i powiedziałeś mu: „Mojemu przyjacielowi Albertowi de Morcerf grozi niebezpieczeństwo, pomóż mi pan go z tego wyciągnąć”, czyż nie?

– Tak.

– A czy on wtedy zapytał: „Kto to jest, ten Albert de Morcerf? Skąd pochodzi jego nazwisko? Skąd się wziął jego majątek? Z czego żyje? Z jakiego kraju się wziął? Gdzie się urodził?”. Pytał cię o to? Powiedz!

– Nie, przyznaję.

– Ot, przyjechał i tyle. Wyrwał mnie z rąk Vampy, u którego choć pozorowałem nonszalancję, wcale nie było mi do śmiechu, przyznaję się. A więc, mój drogi, gdy on za podobną przysługę prosi mnie o to, co się robi co dzień dla pierwszego lepszego rosyjskiego czy włoskiego księcia, który wpadnie do Paryża, to znaczy, żebym przedstawił go na salonach, ty chcesz, bym mu odmówił? Ejże, chyba zwariowałeś!

Przyznać trzeba, że wbrew zwyczajowi cała słuszność tym razem była po stronie Alberta.

– A zresztą, mój drogi hrabio – westchnął Franz – rób, co ci się podoba; przyznaję, że wszystko, co mówisz, jest pozornie słuszne; ale prawdą jest, że hrabia Monte Christo jest osobliwym człowiekiem.

– Hrabia Monte Christo jest filantropem. Nie opowiedział ci, w jakim celu udaje się do Paryża. Otóż chce kandydować do nagrody Montyona [Montyon – filantrop, fundator nagrody za budujące dzieło literackie, którą przyznawała Akademia Francuska.]; a jeśli będzie potrzebował do zwycięstwa tylko mojego głosu i protekcji tego nieurodziwego pana, który ją przyznaje, to cóż, dam mu mój głos i postaram się o protekcję. No, nie mówmy o tym więcej, mój kochany, siadajmy do stołu, a potem chodźmy ostatni raz do katedry Świętego Piotra.

Stało się, jak powiedział Albert, a nazajutrz o piątej po południu przyjaciele się rozstali: Albert ruszył do Paryża, Franz pojechał na dwa tygodnie do Wenecji.

Lecz Albert, zanim wsiadł do powozu, oddał chłopcu hotelowemu – z obawy, by hrabia nie sprawił mu zawodu – bilet do hrabiego Monte Christo, na którym pod napisem: „Wicehrabia Albert de Morcerf” dopisał ołówkiem: „21 maja, o wpół do jedenastej, ulica Helderska nr 27”.

ROZDZIAŁ 39 | Śniadanie

Rankiem 21 maja w domu przy ulicy Helderskiej, gdzie Albert de Morcerf zaprosił jeszcze w Rzymie hrabiego Monte Christo, wszyscy domownicy krzątali się na przyjęcie hrabiego, aby Albert mógł wystąpić przed nim jak należy.

Albert de Morcerf mieszkał w pawilonie, wzniesionym na rogu wielkiego dziedzińca, naprzeciw drugiego gmachu przeznaczonego dla służby.

Jedynie dwa okna pawilonu wychodziły na ulicę, dalsze trzy były na dziedziniec, a dwa na ogród.

Między dziedzińcem a ogrodem wznosił się pałac hrabiostwa de Morcerf, zbudowany w szpetnym stylu cesarstwa, modny jednak i okazały.

Wzdłuż całej posiadłości ciągnął się mur, odgradzając ją od ulicy, a na nim stały w równych odstępach wazony z kwiatami; w środku muru wielka żelazna krata ze złoconymi strzałami służyła za bramę paradną; furtka, przylepiona niemal do domku odźwiernego, używana była przez służbę lub też przez państwo, jeśli wychodzili pieszo.

Wybór pawilonu na mieszkanie dla Alberta był dowodem pełnej taktu troskliwości matki, która nie chcąc rozstawać się z synem, rozumiała jednak, iż młodzieniec w wieku Alberta potrzebuje zupełnej swobody.

Z drugiej zaś strony widać było, musimy to przyznać, że mieszkanie Alberta stanowiło obraz mądrego egoizmu młodzieńca rozkochanego w swobodnym i leniwym życiu, złoconym niby klatka dla ptaków, jakie wiedzie młody człowiek z dobrej rodziny.

Przez okna od ulicy Albert mógł obserwować, co się dzieje na zewnątrz. Widok taki jest niezbędny dla młodego człowieka, który lubi, aby co rusz ktoś nowy pojawiał się na horyzoncie, niechby nawet ulicznym! Następnie, jeśli w czasie obserwacji takich zdarzył się jakiś przedmiot zasługujący na głębsze badania, Albert mógł dla dalszych poszukiwań wyjść przez furtkę podobną do tej, którą wskazaliśmy przy domku odźwiernego, a wartą szczególnej wzmianki. Była to furteczka jakby zapomniana przez wszystkich natychmiast po zbudowaniu domu, niepozorna i zakurzona – rzekłbyś, że nikt jej już nigdy nie przestąpi; starannie naoliwione zamek i zawiasy dowodziły jednak, że często ją w jakowychś tajemniczych celach otwierano.

Chytre te drzwiczki robiły konkurencję dwóm pozostałym wejściom, naigrawając się z odźwiernego, że jego czujność i władza ich nie dosięgały, a otwierały się jak słynna brama jaskini z Tysiąca i jednej nocy, niby Sezam zaklęty Ali Baby, kiedy ktoś wyrzekł kabalistyczne słowa lub zapukał w umówiony sposób – słowa te musiały być wymawiane przez głos wyjątkowo melodyjny, pukać musiały paluszki najdelikatniejsze w świecie.

W końcu wąskiego i cichego korytarza, który stykał się z owymi drzwiczkami i stanowił przedpokój, znajdowały się po prawej stronie drzwi do sali jadalnej Alberta z oknami na dziedziniec, a po lewej do saloniku z oknami od ogrodu. Krzewy i pnącza, rozwijając się na kształt wachlarza przed oknami, zakrywały od dziedzińca i ogrodu wnętrze tych dwóch pokoi na parterze, jedynych, do których mogłoby zajrzeć niedyskretne oko.

Na pierwszym piętrze, oprócz dwóch takich samych pokoi, znajdował się nad przedpokojem jeszcze trzeci. Były to salon, sypialnia i buduar.

W salonie dolnym, urządzonym jak komnaty algierskie, mieściła się palarnia.

Buduar przylegał do sypialni i przez sekretne drzwiczki miał wyjście na schody.

Widzimy, że nie zapomniano o żadnych środkach ostrożności.

Nad pierwszym piętrem królowała rozległa pracownia, którą powiększono, wyburzając ściany wewnętrzne i przepierzenia; pandemonium, które stanowiło obraz walki artysty z dandysem.

Znalazły tu schronienie wszystkie kolejne pasje Alberta: trąby myśliwskie, basetle, flety – cała orkiestra, bo Albert upodobał sobie przez czas jakiś muzykę – nie było to jednak zainteresowanie, lecz kaprys; sztalugi, palety, farby, bo po zapale do muzyki nastąpiły pretensje do malarstwa; na koniec florety, rękawice bokserskie, szpady i laski różnego rodzaju, bo wierny obyczajom ówczesnych złotych młodzieńców Albert de Morcerf kształcił się z dużo większą wytrwałością, niż to okazał przy muzyce i malarstwie, w tych trzech sztukach uzupełniających męską edukację, to jest w fechtunku, boksie i walce na kije – i w opisanym pomieszczeniu, przystosowanym do ćwiczeń fizycznych, lekcji udzielali mu Grisier, Cooks i Karol Lecour.

Resztę umeblowania tej szacownej komnaty stanowiły kufry z czasów Franza I, pełne chińskiej porcelany, waz japońskich, fajansów Luca della Robbii i półmisków Bernarda de Palissy, starodawne fotele, na których zasiadał może Henryk IV albo Sully, Ludwik XIII albo Richelieu [Henryk IV (1553-1610) – król Nawarry i Francji; książę de Sully (1560-1641) – francuski polityk, przyjaciel i realizator polityki Henryka IV; Ludwik XIII (1601-1643) – król Francji; Richelieu (1585-1642) – kardynał, wybitny mąż stanu za Ludwika XIII.] – dwa z nich bowiem, ozdobione rzeźbionymi herbami: błyszczące na lazurowym tle trzy lilie Bourbonów zwieńczone królewską koroną, pochodziły jeśli nie z magazynów w Luwrze, to przynajmniej z jakiego zamku królewskiego. Na fotelach tych barwy ciemnej i ponurej rzucone były w nieładzie bogate tkaniny o żywych kolorach, barwione słońcem Persji albo utkane przez niewiasty z Kalkuty i Chandernagoru.

Trudno zgadnąć, co mogły tu robić owe tkaniny.

Wabiąc wzrok, oczekiwały na przeznaczenie, którego nie znał sam ich właściciel, a tymczasem rozświetlały salę jedwabistym, złotawym lśnieniem.

Na honorowym miejscu stał fortepian z drzewa różanego, dzieło Rullera i Blancheta, odpowiadający rozmiarami naszym lilipucim salonom, który w ciasnym i dźwięcznym pudle zawierał jednak całą orkiestrę, a uginał się pod brzemieniem arcydzieł Beethovena, Webera, Mozarta, Haydna, Grétry’ego i Porpory.

Ponadto wszędzie, na ścianach, powyżej drzwi, na suficie – szpady, sztylety, krisy [Rodzaj sztyletu pochodzącego z Malajów o ostrzu prostym lub falistym; obosieczny, o ozdobnej rękojeści.], maczugi, topory, zbroje pozłacane, damasceńskie, inkrustowane; zielniki, minerały, wypchane ptaki z otwartymi do nieruchomego lotu płomiennie czerwonymi skrzydłami i dziobami, których nigdy już nie miały zamknąć.

Rozumie się samo przez się, że była to ulubiona komnata Alberta.

W dzień spotkania jednak młodzieniec obrał sobie za główną kwaterę salonik na parterze, gdzie czekał w wytwornym negliżu na przyjęcie gościa. Tu, na stole otoczonym szeroką, miękką sofą, złociły się w fajansowych naczyniach o spękanej polewie, za jakimi przepadają Holendrzy, wszelkie znane gatunki tytoniu, od żółtego petersburskiego aż do czarnego synajskiego, nie pomijając maryland, portorico i latakii.

Obok zaś w szkatułkach z wonnego drzewa leżały uporządkowane według wielkości i gatunku cygara: puros, regalia, hawańskie i manilskie.

Na koniec, w otwartej na oścież szafie, zbiór fajek – niemieckich, tureckich o ustnikach z bursztynu zdobnych w korale, inkrustowane złotem nargile o długich safianowych rurkach, zwiniętych niby węże – oczekiwał na kaprys lub zachciankę palaczy. Albert sam czuwał, jak uporządkowano albo raczej rozłożono w artystycznym nieładzie owe przybory, którym nowocześni biesiadnicy lubią przypatrywać się po kawie poprzez obłoki dymu, z ust ich kłębem unoszące się pod sufit w długich kapryśnych spiralach.

Za kwadrans dziesiąta wszedł lokaj.

Był to mały piętnastoletni stajenny imieniem John, mówiący tylko po angielsku, który stanowił całą domową służbę Alberta.

Oczywiście miał zawsze do dyspozycji kucharza pałacowego, a przy nadzwyczajnych okazjach na jego rozkazy był także strzelec hrabiego.

Lokaj ów, obdarzony całkowitym zaufaniem swego młodego pana, położył na stole stos gazet, Albertowi zaś podał plik listów. Albert spojrzał w roztargnieniu na tę różnorodną korespondencję, po czym wybrał z niej dwie perfumowane koperty, na których widać było pismo nakreślone delikatną ręką, rozpieczętował je i przeczytał listy z pewną uwagą.

– Skąd te listy? – zapytał.

– Jeden przyszedł pocztą, a drugi przyniósł lokaj pani Danglars.

– Każ powiedzieć pani Danglars, że przyjmuję miejsce w jej loży… Czekaj, czekaj… Później wstąpisz do Róży; powiesz jej, że skoro zaprasza, po wyjściu z Opery przyjdę do niej na kolację, i zaniesiesz tam sześć butelek wyborowego wina – cypryjskie, malagę i kseres, a także beczułkę ostryg ostendzkich. Ostrygi weźmiesz u Borela, ale nie zapomnij mu powiedzieć, że to dla mnie.

– O której godzinie jaśnie pan każe podawać do stołu?

– A która teraz?

– Za kwadrans dziesiąta.

– A więc podasz o wpół do jedenastej. Debray może będzie musiał pójść do ministerstwa… A zresztą – Albert popatrzył do notatnika – na tę godzinę zaprosiłem hrabiego; 21 maja o wpół do jedenastej; chociaż nie liczę bardzo na jego obietnicę, chcę jednak być akuratny. Aha, nie wiesz, czy pani hrabina już wstała?

– Jeśli jaśnie pan sobie życzy, pójdę się dowiedzieć.

– Dobrze… i poproś też o trochę likierów, gdyż moja piwniczka już niezbyt pełna. Powiedz pani hrabinie, że będę miał zaszczyt być u niej o godzinie trzeciej i że pytam, czy zgodzi się, abym przedstawił jej kogoś.

Lokaj wyszedł.

Albert rzucił się na sofę, rozdarł opaski kilku dzienników, przejrzał program spektakli, skrzywił się, tego dnia bowiem dawano nie balet, a operę; jął szukać na próżno w ogłoszeniach o pachnidłach pasty do zębów, którą mu zachwalano, i ciskając precz trzy najbardziej wzięte w Paryżu pisma, ziewał na całe gardło i mruczał:

– Doprawdy, te gazety robią się coraz nudniejsze.

W tejże chwili przed drzwiami zatrzymał się wolant, a wkrótce wszedł lokaj i oznajmił przybycie pana Lucjana Debray. Do salonu wszedł jasnowłosy młody człowiek, wysoki, blady, z którego szarych oczu biła pewność siebie, a z wąskich ust chłód. Ubrany w granatowy frak ze złotymi cyzelowanymi guzikami i biały halsztuk, miał zawieszony na jedwabnej tasiemce monokl w szylkretowej oprawie, który niekiedy, dzięki wysiłkom mięśni policzka, udawało mu się utrzymać w oczodole. Wkroczył bez uśmiechu, nie mówiąc ani słowa, z miną na wpół urzędową.

– Dzień dobry, Lucjanie, dzień dobry – rzekł Albert. – Przerażasz mnie, mój drogi, swoją punktualnością! Ba, gdybyż to była tylko punktualność! Spodziewałem się, że przyjdziesz najpóźniej, a ty pojawiasz się już za pięć dziesiąta, kiedy termin spotkania ustalony jest dopiero na wpół do jedenastej. To jakiś cud! A może nastąpił przypadkiem upadek rządu?

– Nie, złociutki – rzekł młodzieniec, sadowiąc się wygodnie na sofie. – Uspokój się, my się zawsze chwiejemy, ale nigdy nie upadamy i zaczynam wierzyć, że powolutku dochodzimy do dożywotniego urzędowania, nie mówiąc o tym, że sprawa Półwyspu umocniła nas zupełnie.

– A tak, prawda! Wypędzacie don Carlosa [Don Carlos (1788‒1855) – pretendent do tronu hiszpańskiego; wszczął wojnę domową (tzw. pierwsza wojna karlistowska), w której poniósł klęskę; po 1839 r. na emigracji.] z Hiszpanii.

– Nie, złociutki, nie mieszajmy pojęć. My go tylko przenosimy z jednej strony granicy na drugą – do Francji i ofiarujemy mu królewską gościnę w Bourges.

– W Bourges?

– A tak, i nie ma na co się skarżyć, do diabła! Bourges to stolica króla Karola VII [Karol VII (1403‒1461) – król Francji, wydziedziczony podczas wojny stuletniej z praw do tronu na rzecz Henryka V angielskiego, zwany „królem z Bourges”, w którym ogłosił się królem; odzyskał władzę m.in. dzięki pomocy Joanny d’Arc.]. Jak to, nic nie wiedziałeś? Przecież od wczoraj w całym Paryżu o tym mówią, a przedwczoraj rzecz ta przeniknęła na giełdę, bo pan Danglars (nie wiem, jakim sposobem ten człowiek otrzymuje wiadomości w tym czasie co my) zagrał na hossę i zyskał milion.

– A ty nowy orderek, jak się zdaje; bo widzę, że masz błękitną wstążeczkę.

– Ehm, przysłano mi Medal Karola III – rzekł niedbale Debray.

– Hejże, nie udawaj obojętnego, przyznaj, że to ci sprawia przyjemność.

– Daję słowo! Jako uzupełnienie stroju, medal zawsze dobrze się prezentuje przy czarnym fraku zapinanym pod szyję. Wygląda to elegancko.

– Tak – rzekł Morcerf z uśmiechem – człowiek wygląda wtedy jak książę Galii albo Reichstadu.

– I właśnie dlatego widzisz mnie tak rano.

– Ponieważ dostałeś Medal Karola III i chciałeś mi się z nim pokazać.

– Nie. Ponieważ spędziłem noc całą na rozsyłaniu listów: wyekspediowałem dwadzieścia pięć depesz dyplomatycznych. Gdym dziś rano wrócił do siebie, chciałem zasnąć, ale rozbolała mnie tak mocno głowa, że musiałem wstać, by się przejechać godzinę konno. W Lasku Bulońskim napadła mnie nuda i głód – dwaj wrogowie, którzy rzadko występują razem, a którzy jednak połączyli się przeciwko mnie. To zupełnie jak jakiś związek karlistowsko-republikański; wtedy przypomniałem sobie, że u ciebie ma być dziś z rana uczta – więc jestem; jeść mi się chce – nakarm mnie; nudzi mi się – zabaw mnie.

– To, kochany, moja powinność jako gospodarza – odrzekł Albert, dzwoniąc na służącego, gdy Lucjan tymczasem podrzucał szpicrutą, ozdobioną złotą gałką inkrustowaną turkusami, rozłożone gazety. – Germain, podaj kseres i biszkopty. A na początek, drogi Lucjanie, poczęstuj się cygarem, oczywiście pochodzi z kontrabandy. Spróbuj i przekonaj swojego ministra, żeby nam podobne sprzedawał, zamiast jakichś paskudnych liści orzechowych, na które skazuje obywateli.

– O, do diabła, tego nie zrobię. Gdyby tylko rząd sprowadzał takie cygara, uznałbyś je zaraz za obrzydliwe. A przy tym to nie rzecz spraw wewnętrznych, ale skarbu; udaj się do pana Humanna, do wydziału podatków pośrednich, korytarz A, pokój 26.

– Doprawdy – odparł Albert – imponujesz mi wiadomościami. Weźże lepiej cygaro!

– Ach, drogi hrabio – rzekł Lucjan, zapalając manilę od różowej świecy osadzonej w złoconym lichtarzu i rzucając się na sofę. – Ach, drogi hrabio, jaki szczęściarz z ciebie, że nie masz nic do roboty! Doprawdy, nie znasz własnego szczęścia!

– I cóż ty byś począł, mój drogi, mój drogi pacyfikatorze królestw – odparł Morcerf z lekką ironią – gdybyś nie miał nic do roboty? Jak to! Ty, osobisty sekretarz ministra, mający udział zarazem w wielkiej kabale europejskiej i drobnych intrygach Paryża, ty, który chronisz królów, a co ważniejsze – królowe, który masz godzić stronnictwa i kierować wyborami, ty, który więcej zdziałasz piórem i telegrafem, siedząc w gabinecie, niż Napoleon zdziałał na polu bitwy mieczem i zwycięstwami; ty, który posiadasz dwadzieścia pięć tysięcy liwrów renty oprócz pensji w ministerstwie oraz konia; ty, który chadzasz do Jockey Clubu, opery i teatru, nie potrafisz znaleźć w tym nic, co mogłoby cię rozerwać? A więc dobrze, jeśli tak, to ja cię zabawię.

– Jakim sposobem?

– Dziś poznasz kogoś u mnie.

– Mężczyznę czy kobietę?

– Mężczyznę.

– E, znam ich dosyć.

– Ale nie znasz takiego jak ten.

– Skądże się wziął? Z krainy czarów?

– Kto wie.

– Do diabła! Mam nadzieję, że nie przybywa stamtąd razem z naszym śniadaniem?

– Nie, bądź spokojny; śniadanie szykuje się w kuchni, u mamy. A co, głodny jesteś?

– Zgadza się, nawet jeśli przyznać się do tego – to rzecz upokarzająca. Wczoraj jadłem obiad u pana de Villefort, a zauważyłeś może, mój drogi, że u wszystkich prokuratorów jada się fatalnie? Jakby ich bez przerwy gryzło sumienie.

– Do licha, nie szkaluj obiadów u bliźnich, jakże się jada u twoich ministrów?

– Tak, ale my przynajmniej nie zapraszamy ludzi z dobrego towarzystwa; i gdybyśmy nie musieli gościć na obiadach rozmaitych szubrawców, co myślą, a raczej głosują tak jak trzeba, wystrzegalibyśmy się tych naszych przyjęć, zaręczam.

– Mój drogi, napij się wobec tego jeszcze kseresu, i weź drugi biszkopt.

– Chętnie, hiszpańskie wina masz wyborne; przyznaj, że mieliśmy całkowitą słuszność, pacyfikując ten kraj.

– Zapewne; ale co z don Carlosem?

– Co? Don Carlos będzie sobie pił bordeaux, a za dziesięć lat ożenimy jego syna z młodziutką królową.

– Za co dostaniesz Order Złotego Runa, jeśli jeszcze będziesz w ministerstwie.

– Zdaje mi się, że opracowałeś dziś system karmienia mnie samymi kadzidłami.

– Przyznasz sam, że najlepiej pobudzają prawdziwy apetyt; ale czekaj, słyszę w przedpokoju głos Beauchampa; pokłócicie się, a to wam skróci oczekiwanie.

– O cóż mamy się sprzeczać?

– O gazety.

– Drogi przyjacielu – rzekł Lucjan z monarszą pogardą. – Czyż ja czytuję gazety?

– W takim razie macie dodatkowy powód do tym zajadlejszej kłótni.

– Pan Beauchamp! – oznajmił służący.

– Chodźże do nas, człowieku straszliwego pióra – zawołał Albert, idąc ku przybyłemu. – Patrz, jest tu Lucjan, co cię nienawidzi, chociaż nie czyta nigdy, tak przynajmniej mówi.

– Ma świętą rację – rzekł Beauchamp. – To tak jak ja: krytykuję go, a nie wiem nic o tym, co robi; witaj, komandorze!

– A, już wiesz o tym! – odpowiedział sekretarz osobisty, wymieniając z dziennikarzem uścisk dłoni i uśmiech.

– Jakżeby inaczej! – zawołał Beauchamp.

– I co mówią o tym w świecie?

– W którym? Bo wiele światów mamy w roku pańskim 1838.

– No, w świecie, w którym brylujesz – krytyczno-politycznym.

– Powiada się tam, że słusznie ci się to należy – tak hojnie szafujesz czerwienią, że wyrósł na niej błękitny kwiatek.

– Brawo, brawo, niezły koncept – rzekł Lucjan. – Dlaczegóż do nas nie należysz, mój drogi? Z takim dowcipem mógłbyś w lat parę zrobić karierę.

– Toteż na jedną tylko rzecz czekam, zanim pójdę za twoją radą: na rząd, który by przetrwał choć z pół roku. A teraz do ciebie jedno słówko, drogi Albercie, bo trzeba dać odsapnąć biednemu Lucjanowi. Będziemy jedli śniadanie czy obiad? Bo ja muszę być w Izbie. W naszym rzemiośle, jak widzicie, nie wszystko jest różowe.

– Tylko śniadanie. Czekamy jeszcze na dwie osoby i siadamy do stołu.

– A któż to ma przyjść? – spytał Beauchamp.

– Szlachcic i dyplomata.

– Oj, to znaczy, że poczekamy sobie dwie godzinki na szlachcica i dwie godziny na dyplomatę. Zjawię się przy deserze. Zostawcie mi poziomek, kawę i cygara. Zjem sobie kotlet w Izbie.

– Nie kłopocz się tym, bo gdyby nawet szlachcicem miał być Montmorency, a dyplomatą Metternich, siadamy do śniadania nie później niż o jedenastej. A tymczasem skosztuj, jak Lucjan, kseresu i biszkoptów.

– No, to w takim razie zostanę, koniecznie mi dziś trzeba trochę rozrywki.

– O proszę! Zupełnie jak Lucjanowi! A przecież kiedy rząd się smuci, opozycja powinna się radować!

– Ech, bo widzisz, mój drogi, sam nie wiesz, co mi grozi. Dziś przed południem mam słuchać w Izbie Deputowanych między innymi pana Danglarsa, wieczorem zaś u jego żony czeka nas tragedia, którą napisał par Francji. Niech diabli wezmą rząd konstytucyjny! Czemu wybraliśmy taki, skoro, jak powiadają, wybór od nas zależał?

– Rozumiem – chcesz przygotować sobie zapasik wesołości.

– Nie gadajże źle o mowach pana Danglarsa – rzekł Debray. – Głosuje za wami, należy do opozycji.

– W tym sęk! I dlatego czekam, aż go wreszcie wyprawicie do Pałacu Luksemburskiego [Pałac Luksemburski był siedzibą Izby Parów.], żeby tam przemawiał, bo wtedy będę mógł się z niego uśmiać do woli.

– Mój drogi – zwrócił się Albert do Beauchampa. – Widać, że sprawy hiszpańskie są załatwione, bo jesteś dziś straszliwie cierpki. Przypomnijże sobie, że w kronice paryskiej była mowa o moich zaręczynach z panną Eugenią Danglars. Nie mogę zatem zezwolić, nie czując wyrzutów sumienia, abyś drwił z talentów krasmówczych człowieka, który ma mi kiedyś powiedzieć: „Panie wicehrabio! Wiesz pan, że daję dwa miliony mojej córce!”.

– Daj spokój! – obruszył się Beauchamp. – To małżeństwo nie dojdzie do skutku, król mógł Danglarsa zrobić baronem, może go zrobić parem, ale nigdy nie zrobi zeń szlachcica, a hrabia de Morcerf, żołnierz, arystokrata, ma tyle dumy, że nie zgodzi się dla dwóch nędznych milionów na mezalians. Wicehrabia de Morcerf może poślubić jedynie markizę.

– Ale dwa miliony! To jednak ładna sumka – odparł Morcerf.

– Jest to kapitał spółki posiadającej teatr bulwarowy albo linię kolejową z jednego brzegu Sekwany na drugi.

– Niech on sobie gada, co chce – rzekł niedbale Debray – a ty, Albercie, żeń się. Poślubisz etykietę worka, nieprawdaż? No i świetnie, co cię to ma obchodzić? Lepiej, żeby na takiej etykiecie było mniej o jeden herb, a więcej o jedno zero. Masz w swoim herbie siedem kosów – podarujesz żonie trzy, a zostanie ci cztery. Będziesz miał i tak o jednego ptaszka więcej niż Gwizjusz [Gwizjusz, Henri I de Guise (1550-1888) – zagorzały przeciwnik protestantów, jeden z głównych inicjatorów nocy św. Bartłomieja; zmusił króla Henryka III do ucieczki z Paryża; zamordowany na rozkaz króla.], krewniak cesarza niemieckiego, który omalże nie został królem Francji.