Wydawca: Armoryka Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2014

Hrabia Monte Christo. Le Comte de Monte-Cristo. The Count of Monte Cristo ebook

Alexandre Dumas

5 (1)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 6162 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Hrabia Monte Christo. Le Comte de Monte-Cristo. The Count of Monte Cristo - Alexandre Dumas

Hrabia Monte Christo – powieść Aleksandra Dumasa ojca z 1844 roku, uważana za najwybitniejsze dzieło w jego ogromnym dorobku. Akcja toczy się pomiędzy 24 lutego 1815 a 5 października 1838, z przerwą na okres wrzesień 1829 – wiosna 1838. Miejscem akcji są wyspa Monte Christo (Montecristo), Marsylia, Paryż, Rzym oraz inne miejscowości we Francji i Włoszech. (http://pl.wikipedia.org/wiki/Hrabia_Monte_Christo). Le Comte de Monte-Cristo est un roman d’Alexandre Dumas, écrit avec la collaboration d’Auguste Maquet et achevé en 1844. Il est partiellement inspiré de faits réels, très lointainement empruntés à la vie de Pierre Picaud. Ce roman est, avec Les Trois mousquetaires, l’une des œuvres les plus connues de l’écrivain tant en France qu’à l’étranger. (http://fr.wikipedia.org/wiki/Le_Comte_de_Monte-Cristo). The Count of Monte Cristo is an adventure novel by French author Alexandre Dumas (père) completed in 1844. It is one of the author's most popular works, along with The Three Musketeers. Like many of his novels, it is expanded from plot outlines suggested by his collaborating ghostwriter Auguste Maquet. The book is considered a literary classic today. According to Luc Sante, „The Count of Monte Cristo has become a fixture of Western civilization's literature, as inescapable and immediately identifiable as Mickey Mouse, Noah's flood, and the story of Little Red Riding Hood.” (http://en.wikipedia.org/wiki/The_Count_of_Monte_Cristo).

Opinie o ebooku Hrabia Monte Christo. Le Comte de Monte-Cristo. The Count of Monte Cristo - Alexandre Dumas

Fragment ebooka Hrabia Monte Christo. Le Comte de Monte-Cristo. The Count of Monte Cristo - Alexandre Dumas

Alexandre Dumas / Aleksander Dumas (ojciec / père / pere)

Hrabia Monte Christo Le Comte de Monte-Cristo The Count of Monte Cristo

___

Tekst – Texte – Text: Polski / Français / Englisch

Polski przekład anonimowy From French into English translated by Anonymous

Armoryka Sandomierz

Projekt okładki: Juliusz Susak 

Na okładce: Pierre-Gustave-Eugène Staal (1817–1882), Le comte de Monte-Christo,

(licencjapublic domain), źródło: http://gallica.bnf.fr/ark:/12148/bpt6k6123687x/f106.image (This file has been identified as being free of known restrictions under copyright law, including all related and neighboring rights). 

Tekst na podstawie edycji: polskiej: Aleksander Dumas, Hrabia Monte Christo, Warszawa 1929, francuskiej: Alexandre Dumas, Le Comte de Monte-Cristo, Paris 1889, angielskiej: Alexandre Dumas, The Count of Monte Cristo, London & New-York 1888 Zachowano oryginalną pisownię.

Copyright © 2014 by Wydawnictwo „Armoryka”

Wydawnictwo ARMORYKA

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

tel +48 15 833 21 41

e-mail:wydawnictwo.armoryka@interia.pl

http://www.armoryka.pl/

HRABIA MONTE CHRISTO

CZĘŚĆ I. W SZPONACH NIKCZEMNIKÓW.

ROZDZIAŁ I. PRZYBYCIE „FARAONA”.

  W słonecznym i bardzo ciepłym dniu 27 lutego 1815 r. dano z wieży kościoła Notre Dame de la Garde, w Marsylji, hasło, zapowiadające powrót z podróży do Smyrny, Tryjestu i Neapolu – trójżaglowca „Faraon”. 

  Strażnik, wartujący na molo, udał się wtedy natychmiast, jak mu to nakazywał obowiązek, z portu znajdującego się pod skałami, na których stały mury zamku If, na spotkanie przybysza, pomiędzy przybytkiem Mogiolu a wyspą Rion. 

  Jak zwykle, gdy sygnały oznajmią przybycie statku, taras pod twierdzą Św. Jana zaległy natychmiast tłumy ciekawych. Dla miasta portowego bowiem przybycie każdego statku, a cóż dopiero takiego jak Faraon, jest wielką uroczystością. 

  Faraon bowiem był jakby dzieckiem Marsylji; zbudowany był w miejskich zakładach, w Marsylji ekwipowany i ładowany, wreszcie jego właścicielem był człowiek ogólnie lubiany i szanowany. 

  Statek zbliżał się do portu, już przebył cieśninę pomiędzy wyspami Calasareigne i Jaros, następnie minął Pomegę, płynął wszelako tak powoli i w takiej ciszy nieruchomej załogi, iż szedł od niego jakiś posępny i mroczny wiew. 

  Tak posuwać się może jedynie nieszczęście. 

  Doświadczeni żeglarze wywnioskowali wszelako, że jeżeli statek spotkało istotnie jakieś nieszczęście, to przytrafiło się ono nie statkowi samemu napewno, ponieważ, aczkolwiek płynął on bardzo wolno, to jednak posuwał się w największym porządku, jak statek znajdujący się w najlepszym stanie i kierowany biegłą i umiejętną ręką. 

  Kotwicę miał spuszczoną, żagle zwinięte, obok pilota zaś widać było stojącego młodego, pełnego życia mężczyznę, który bacznem okiem czuwał nad każdym ruchem okrętu i każdy rozkaz przewodnika polecał załodze do wykonania. 

  Los Faraona był tak bliski marsylczykom, że na twarzach zebranego tłumu widać było duże zaniepokojenie, szczególniej zaś poruszonym był jeden z wyczekujących, który, nie mogąc wreszcie stłumić wzruszenia, siadł do małej łódki i popłynął na spotkanie statku. 

  Na widok przybijającego, młody marynarz, który do tej chwili stał przy pilocie, opuścił go i poszedł naprzeciw przybyłego. 

  Marynarz ten był zaledwie dwudziestoletnim młodzieńcem, smukłym, słusznego wzrostu, o pięknych czarnych oczach i kruczych włosach. W jego postawie przebijał spokój, właściwy tym, którzy nawykli do walk z niebezpiecznym żywiołem morskiej otchłani. 

  – To ty, Dantesie?! – zawołał na jego widok przybyły – cóż to się stało?... co za przyczyna tego smutku na pokładzie? 

  – Nieszczęście. wielkie nieszczęście! – panie Morrel – odrzekł młodzieniec – nieszczęście nie do cofnięcia! Na Civitavecchia straciliśmy zacnego kapitana naszego! 

  – Leclerc nie żyje! Pojmuję teraz wasz smutek. Ładunek i statek, widzę – w porządku? 

  – Najzupełniej. 

  – Lecz cóż to się stało z Leclerkiem? Zachorował, czy może utonął? 

  – Umarł w gorączce – odpowiedział zapytany – a potem zwracając się do załogi: – „Hola! osadzić okręt” – zawołał. 

  Rozkaz natychmiast i w największym porządku został wykonany. 

  Wtedy młody marynarz, rzuciwszy bacznem okiem na wszystko, zwrócił się znów do pana Morrel. 

  – Opowiedz, mój drogi, jak to się stało? – zapytał ten ostatni. 

  – Ach, Boże! nieszczęście to spadło na nas nagle, jak grom. Już w Neapolu zauważyłem u kapitana pewne podniecenie, które się spotęgowało niezwykle po jego rozmowie z komendantem portu, tak, że miasto to kap. Leclerc opuścił bardzo wzruszony. W 24 godzin dostał silnej gorączki, a w trzy dni potem już nie żył. Z wielkim żalem musieliśmy mu oddać ostatnią posługę i nasz drogi kapitan spoczywa z 36-o funtową kulą u nóg na dnie morskiem, w pobliżu wyspy del Giglio. Odwozimy wdowie krzyż legji honorowej i nieskalaną szpadę nieboszczyka. Okropne to, naprawdę, przez lat dziesięć walczyć z Anglikami i umrzeć potem – w łóżku, jak pierwszy lepszy szczur lądowy. 

  – Ha! wszyscy jesteśmy śmiertelni. Szkoda, wielka szkoda Leclerca, lecz zdarzyć się mogło o wiele gorzej; wraz z nim zginąć mógł i okręt i ładunek... 

  – Co do tego ostatniego, to znajduje się on w najlepszym stanie – odpowiedział młodzieniec. 

  A zwracając się do załogi, krzyknął następnie: Zwijać żagle i szykować łodzie. 

  Rozkaz został spełniony z taką precyzją i szybkością, jakby na wojennym statku i okręt posuwał się dalej jedynie już samą siłą rozpędu. 

  – Teraz, panie Morrel – powiedział Dantes, bo tak się nazywał młodzieniec – może zechcesz porozmawiać z buchalterem, p. Danglarsem, który udzieli panu wszelkich objaśnień, ja bowiem jestem zmuszony go opuścić, by zlustrować okręt i wywiesić flagę żałobną. 

  W tejże chwili Danglars pośpieszył na spotkanie właściciela. Był to człowiek lat dwudziestu pięciu, o ponurej twarzy; z tej zapewne przyczyny cała załoga, o ile kochała Edmunda Dantesa, o tyle była usposobiona niechętnie dla Danglarsa. 

  – Już wiesz zapewne, panie Morrel, o nieszczęściu?… 

  – Wiem. Biedny Leclerc, dzielny i zacny był to człowiek. 

  – A nadewszystko – był to marynarz doskonały, jak przystało człowiekowi, w którego ręku spoczywały interesy tak znakomitego, jak „Morrel i Syn” domu – odrzekł Danglars uniżenie. 

  – Zdaje mi się jednak – odrzekł właściciel, obrzucając bystrem spojrzeniem Danglarsa – że niekoniecznie trzeba być starym marynarzem, aby znać dobrze swe rzemiosło. Przykładem tego choćby nasz Edmund Dantes; ten napewno zawsze i w każdej potrzebie da sobie radę. 

  – Zapewne – odparł Danglars, spoglądając na Dantesa wzrokiem, w którym czaiła się zawiść. – Niewątpliwie jest to młodzieniec bardzo energiczny i przedsiębiorczy. Ledwo kapitan zamknął oczy – natychmiast samowładczo objął po nim dowództwo i zamiast udać się prosta drogą do Marsylji, stracił całą dobę na Elbie. 

  – Że obrał dowództwo – pochwalam to w całości, jego obowiązkiem nawet było tak właśnie uczynić; że stracił dobę na Elbie – jest sprawą nieco gorszą, lecz może okręt potrzebował jakiej naprawy?… 

  – Okręt był w najlepszym stanie; przywidziało mu się być na Elbie przez dobę, nic ponad to. 

  – Dantes, proszę cię! – zawołał właściciel, zwracając się ku młodzieńcowi. 

  – Będę służył za chwilę – odrzekł Dantes. – „Zarzucić kotwicę” – zwrócił się do załogi. 

  Kotwica opadła w moment po daniu rozkazu. Dantes krzyknął wtedy: 

  – Spuścić flagę do połowy masztu, zwinąć żagle na znak żałoby i skrzyżować reje! 

  – Czy pan uważa – podszepnął Danglars – ten Dantes ma się najzupełniej za kapitana. Słowo daję!… 

  – Jest nim przecież w tej chwili bezspornie – odparł właściciel. 

  – Brak mu tylko patentu z podpisem twoim, panie Morrel, i twoich wspólników. 

  – A dlaczegóż byśmy nie mieli mu zaofiarować tego stanowiska? Młody jest, to prawda, ale zdolny, sprężysty i wyrobiony. 

  Danglars nachmurzył się w odpowiedzi i zmarszczył brwi. 

  W tej chwili zbliżył się do rozmawiających Dantes, ze słowami: najmocniej przepraszam pana, p. Morrel, że nie przybyłem natychmiast, lecz byłem zajęty. Teraz, gdy okręt jest już na kotwicy – służę panu. 

  Danglars cofnął się nieco, zaś Morrel zapytał: 

  – Dlaczego zatrzymałeś się na Elbie? 

  – Dlaczego? – nie wiem dokładnie. Czyniąc to, spełniłem tylko rozkaz umierającego kapitana, który na godzinę przed śmiercią polecił mi oddać depeszę marszałkowi Bertrand. 

  – I widziałeś go? 

  – Kogo? Marszałka? Widziałem. 

  Morrel obejrzał się wokoło i odprowadził na bok Dantesa. 

  – Jakże się ma cesarz? 

  – O ile sadzić mogę, z tego, com widział, to dobrze. 

  – Widziałeś więc i cesarza także? 

  – Kiedym był u marszałka, cesarz wszedł tam właśnie. 

  – Mówiłeś z nim? 

  – To jest... cesarz raczej mówił ze mną – odpowiedział, uśmiechając się, Dantes. 

  – I o czem z tobą mówił? 

  – Zapytał mnie, kiedy statek wypłynął z Marsylji, jaką płynął drogą i jaki ma ładunek. Zdaje się, iż byłby go kupił, gdyby był bez ładunku i gdyby był moim. Odpowiedziałem, że jestem tylko porucznikiem okrętu i że należy on do domu „Morrel i Syn”. 

  – O! zawołał cesarz wtedy – znam dobrze ten dom. Morrelowie od wieków są właścicielami handlowych okrętów; jeden z tych Morrelów służył w tym samym pułku co i ja, kiedym stał garnizonem w Walencji. 

  – Prawda! – wykrzyknął radośnie właściciel statku. – Cesarz mówił o Polikarpie Morrelu, moim rodzonym stryju, Dantesie, mój drogi, sam powiesz stryjowi, że cesarz go pamięta, a zobaczysz, że stary rozpłacze się z radości. No chodźmy! – rzekł następnie, uderzając młodzieńca po ramieniu – chodźmy, Dantesie; dobrześ zrobił, że spełniłeś rozkazy Leclerca, dobrześ zrobił, żeś się zatrzymał na Elbie, chociaż gdyby wiedziano, żeś miał depeszę do marszałka i żeś mówił z cesarzem, mógłbyś sobie djabelnie zaszkodzić. 

  – A to z jakiej racji? – rzekł Dantes. – Czyż ja wiem, co odwoziłem? Spełniłem jedynie rozkaz. Lecz przepraszam pana raz jeszcze, że zmuszony jestem znów odejść. Obowiązek mnie woła, załatwić muszę formalności celne i opowiedzieć się służbie sanitarnej. 

  – Wybacz, że ci przeszkadzam, mój drogi Dantesie; rób co trzeba i jak trzeba. 

  Gdy młodzieniec oddalił się, do Morrela podbiegł natychmiast Danglars. 

  – I cóż? – zapytał – usprawiedliwił się panu Dantes ze swego pobytu w Porto Ferrajo? 

  – Najzupełniej, kochany panie Danglars. 

  – Tem lepiej. Przykro to bowiem mieć towarzysza pracy nie spełniającego swych obowiązków. 

  – Dantes jest dzielnym chłopcem i przewybornym marynarzem – odparł właściciel – nie może to ulegać najmniejszej wątpliwości. Zaś na Elbie się zatrzymał z tej przyczyny, iż taki miał rozkaz od zmarłego kapitana. 

  – Od Leclerca? To mi przypomina jeden fakt. Czy Dantes nie oddał panu listu od kapitana? 

  – Nie. A czy miał jaki list? 

  – Zdawało mi się, że prócz pakietu, kapitan Leclerc wręczył mu i jakiś list również. 

  – O jakim pakiecie mówisz? – panie Danglars. 

  – O tym, który Dantes oddać miał w Porto Ferrajo. 

  – Skądże wiesz, iż miał tam jakiś pakiet do oddania? 

  Danglars zarumienił się gwałtownie. 

  – Przechodziłem wypadkiem około nawpół przymkniętych drzwi kapitana, gdy ten oddawał właśnie Dantesowi jakiś list i pakiet. 

  – O liście nic nie wiem, jeżeli go dla mnie ma, odda mi go niewątpliwie. 

  – Panie Morrel – odpowiedział wtedy Danglars po chwilowym namyśle – nie wspominaj nic Dantesowi o tem wszystkiem, proszę cię o to bardzo, mogłem się pomylić.... 

  W tej chwili Dantes powrócił. Danglars znów chyłkiem się usunął. 

  – Cóż, skończyłeś już wszystko? – zapytał właściciel. 

  – Tak jest. 

  – Szybko się załatwiłeś. 

  – Nie wiele miałem do roboty. Oddałem spis towarów, zaś wszelkie inne papiery posłałem również tam, gdzie należy. 

  Mówiąc to, rozejrzał się dookoła. 

  – Tak jest, już wszystko zrobione i wszystko jest w należytym porządku. 

  – W takim razie zabieram cię na obiad. 

  – Zechce pan wybaczyć mi, lecz mam starego ojca; jego pierwszego muszę powitać. Dziękuję za zaszczyt z całego serca. 

  – Nie mam ci tego wcale za złe; wiem, że byłeś zawsze dobrym synem. 

  – A czy pan nie wie wypadkiem – nieśmiało zapytał Dantes – jak tam się miewa moje ojczysko? 

  – Myślę, że dobrze, chociaż przyznam ci się, mój Edmundzie, żem go już dosyć dawno nie widział. 

  – Starowina nie wychodzi prawie ze swego pokoiku. 

  – Co dowodzi, że mu w czasie twej nieobecności nie zbywało na niczem. 

  – Mój ojciec – odparł młody człowiek – nie jest pozbawiony dumy i wiem, że gdyby nic nie miał, to i wtedy nawet nigdyby nikogo o nic nie poprosił, jednego chyba tylko Boga! 

  – W takim razie mam nadzieję, że przyjdziesz do nas przed wieczorem? 

  – Raz jeszcze zechce mi pan wybaczyć, Gdy ojcem się nacieszę, czekają mnie inne jeszcze odwiedziny... 

  – Ach! prawda! Zapomniałem na śmierć, że jest jeszcze ktoś drugi z niemniejszą oczekujący cię niecierpliwością. Piękna Mercedes, nieprawdaż? 

  Dantes aż po czoło oblał się purpurą. 

  – Coś trzykrotnie przychodziła się pytać, czy niema jakich wiadomości o Faraonie. Do djabła! szczęśliwy jesteś, Edmundzie, bo naprawdę śliczną kochasz dziewczynę. 

  – To narzeczona moja – sucho i poważnie odpowiedział Dantes. 

  – Toć przecież wszystko jedno – odparł, śmiejąc się właściciel statku. 

  – U nas – nie jest to jedno – z naciskiem i jeszcze zimniej rzekł Dantes. 

  – A więc idź już, idź, kochany Dantesie, nie zatrzymuję cię dłużej. Dosyć się napracowałeś dla mnie i masz prawo teraz do odpoczynku i swobody. A może potrzebujesz pieniędzy? 

  – Dziękuję bardzo, oszczędziłem ich trochę w czasie podróży, całą trzymiesięczną pensję zaoszczędziłem sobie. 

  – Porządny z ciebie człowiek, Edmundzie. 

  – Mam ojca, pan wiesz przecież o tem. 

  – O! wiem, wiem, że jesteś wprost wyjątkowym synem. Śpiesz więc powitać ojca. Ja mam również syna i nie byłbym bynajmniej wdzięczny, gdyby go kto po trzymiesięcznej podróży zatrzymał zbyt długo przy sobie. 

  – A więc żegnam pana – rzekł, składając ukłon głęboki i uśmiechając się wdzięcznie, młody człowiek. 

  – Bywaj więc zdrów, jeżeli nie masz mi już więcej do powiedzenia. 

  – Nic już, szanowny panie. 

  – A czy czasem kapitan Leclerc nie polecił ci przed śmiercią oddania mi listu jakiegoś? 

  – Kapitan przed śmiercią był bezwładny i nie był w stanie pisać. Dobrze jednak, że sobie przypomniałem. Chciałbym oto prosić pana o parodniowy urlop. 

  – Chcesz się ożenić zapewne? 

  – I to również. Lecz przedtem muszę pojechać do Paryża. 

  – Dobrze. Daję ci swobodę na tak długo, jak ci to będzie potrzebne. Na wyładowanie statku potrzeba conajmniej sześciu tygodni, Faraon przeto najwcześniej za trzy miesiące gotów będzie pod żagle. Na ten termin musisz więc się stawić. Faraon bowiem – rzekł w końcu, podnosząc głos, właściciel statku – nie mógłby się przecież obejść bez swego kapitana! 

  – Kapitana?! – zawołał Dantes, a oczy rozbłysły mu radością. – Zastanów się dobrze, drogi p. Morrel, nad tem, coś powiedział. Czy ma pan istotnie zamiar zamianowania mnie kapitanem Faraona? 

  – Gdyby to ode mnie wyłącznie zależało, podałbym ci rękę, mój drogi Dantesie, i powiedział: „jesteś kapitanem”. Ale mam wspólnika! – a znasz włoskie przysłowie: „kto ma wspólnika – jest niewolnikiem”. W połowie jednak sprawa jest załatwiona, albowiem z dwóch głosów, – jednego możesz być pewnym; polegaj zresztą na mnie, że i drugi pozyskasz. 

  – O, zacny panie Morrel – zawołał młody marynarz, ściskając ręce pryncypała ze łzami w oczach. – Dziękuję ci, szlachetny panie Morrel, w imieniu ojca mojego i mojej Mercedes. 

  – Bądź spokojny, drogi Edmundzie! Cóż u djabła! – jest przecież Bóg na niebie, co się opiekuje poczciwymi. Idź, idź do ojca, idź do swej Mercedes, a potem przychodź do mnie. 

  – Pozwoli pan, abym go odwiózł do brzegu? 

  – Nie potrzeba, dziękuję ci; zostanę jeszcze chwilę tutaj dla obliczenia się z Danglarsem. Czy byłeś z niego zadowolony w czasie podróży? 

  – Nie orjentuję się, w jakiej myśli pan o to zapytuje? Jako z towarzysza, – nie mogłem być zadowolony, wiem bowiem, że mnie nie lubi, od tej chwili zwłaszcza, gdym popełnił wielką niedorzeczność i wyzwał go na pojedynek, z racji bardzo błahej sprzeczki, jaka zaszła między nami. Zażądałem, abyśmy zatrzymali się na dziesięć minut na wyspie Monte-Christo, dla zakończenia ostatecznie sporu. Głupstwo zrobiłem, żem go wyzwał, i jestem mu wdzięczny, iż przejawił rozum, odrzucając spotkanie. – Jeżeli jednak pan zapyta mnie o niego, jako o buchaltera, to odpowiem, iż spełnia swe obowiązki z całą gorliwością. 

  – Więc jako kapitan nie masz nic przeciwko temu, by Danglars pozostał na stanowisku buchaltera? 

  – Czy jako kapitan, czy jako porucznik, potrafię zawsze uszanować każdego, kto będzie obdarzony zaufaniem mych chlebodawców. 

  – No, widzę, iż pod każdym względem jesteś prawy człowiek. Lecz idźże już sobie, bo widzę, iż stoisz jak na szpilkach. 

  – Do widzenia, panie Morrel, racz pan raz jeszcze przyjąć moje podziękowanie. 

  – Do widzenia, Edmundzie; życzę ci powodzenia. 

  Młody marynarz wskoczył do łodzi i dał rozkaz skierowania jej do Cannebiere. Dwaj majtkowie zanurzyli wiosła w wodę i po przez wąski przesmyk pomiędzy statkami wydostali się szybko na wolną toń i pomknęli do wybrzeża portu Orleans. 

  Morrel z uśmiechem na ustach przeprowadzał wzrokiem jadącego Edmunda, a następnie widział, jak wyskoczył on na ląd i znikł natychmiast w różnobarwnym tłumie, co od wczesnego rana aż do późnego wieczora zalega najwspanialszą w Marsylji ulicę Cannebiere, z której są tak dumni dzisiejsi Foceanie. Z najzimniejszą krwią i z największą pewnością, tak bardzo charakterystyczną dla nich, powiadają oni: „Gdyby Paryż miał Cannebiere, mógłby się nazwać wtedy małą Marsylją”. 

  Gdy Morrel stracił nakoniec z oczu Dantesa i odwrócił się, ujrzał przed sobą Danglarsa, który oczekiwał pozornie na jego rozkazy, w grucie rzeczy wszelako śledził również okiem młodego marynarza. 

  Wielka była różnica w wyrazie oczu tych dwóch ludzi, śledzących jednego i tego samego człowieka.

ROZDZIAŁ II. OJCIEC I SYN.

  Niechże sobie Danglars wysila swój genjusz zawiści, nie będziemy słuchali jego syczeń złośliwych, których celem jedynym – podanie w wątpliwość swego towarzysza, lecz udamy się z Dantesem. 

  Przebiegł już oto wzdłuż całą Cannebiere, wpadł na ul. Noailles, do małego domku, po lewej stronie alei Meillan, przesadził jednym tchem cztery piętra po ciemnych schodach, by – jedną ręką trzymając się za poręcz, zaś drugą tłumiąc uderzenia serca – stanąć nakoniec pod drzwiami mieszkania ojca. 

  Wiadomość o przybyciu Faraona nie doszła jeszcze do uszu starca, który drżącą ręką rozpinał w chwili tej na drabince nasturcję, co Dantes miał możność zobaczyć przez uchylone drzwi. 

  Nagle starzec uczuł, że go ktoś wpół ujął, a znajomy głos odezwał się z tyłu. 

  – Ojcze! Drogi ojcze!... 

  Starzec krzyknął i odwrócił się nagle, a zobaczywszy syna – rzucił się w jego objęcia, drżący i blady. 

  – Co ci jest mój ojcze? – zawołał strwożony młodzieniec, – czyś nie chory czasami? 

  – Nie, nie, kochany Edmundzie, synu mój, dziecię moje, tylko nie miałem nadziei, że cię zobaczę w tej chwili. To z radości, ze szczęścia żem cię ujrzał nakoniec. O Boże, Wielki Boże! – zdaje mi się, że umieram... 

  – Ojcze! – przyjdź do siebie! Patrz! – to ja, twój syn. Powiadają, że radość nikomu i nigdy zaszkodzić nie może, więc wbiegłem, nie uprzedzając cię. Powracam, abyśmy żyli razem szczęśliwie. 

  – Dobrze, już dobrze, mój chłopcze – odpowiedział starzec. Czy ty mnie tylko nie łudzisz? – Czy my istotnie będziemy szczęśliwi?... – czy nie opuścisz mnie już więcej? 

  – Oby mi Bóg przebaczył, że się raduję szczęściem okupionem żałobą innej rodziny, ale ten sam Bóg może być mym świadkiem, żem nie pragnął tego szczęścia. Samo przyszło i odtrącać go niema żadnej słusznej racji. Dzielny kapitan Leclerc umarł i ja, jak obiecywał p. Morrel, obejmę prawdopodobnie jego miejsce. W dwudziestym roku życia zostanę kapitanem. W dwudziestym roku życia mieć będę 20 luidorów pensji i udział w zyskach. Czy mógł się kiedykolwiek ubogi, jak ja majtek, spodziewać takiego losu? 

  – Prawda, mój synu, prawda – odparł starzec. 

  – Za pierwsze pieniądze, jakie otrzymam, urządzę ci mały domek z ogródkiem, byś mógł sobie pielęgnować ulubione kwiaty. Ale co ci to jest mój ojcze? Wyglądasz, jakbyś był chory. 

  – Bądź spokojny, mój synu, to tylko chwilowe osłabienie, które zaraz przejdzie. 

  Niestety, siły opuszczać zaczęły starca, aż się zachwiał i potoczył wtył. 

  – Napij się czego, ojcze, napij się szklankę wina, to cię pokrzepi. Gdzie przechowujesz wino, ojcze? 

  – Dziękuję ci, nie szukaj go, nie będę pił – odparł starzec, usiłując powstrzymać syna. 

  – Ale pozwól, ojcze – zawołał Dantes i zaczął otwierać szafy. 

  – Próżno szukasz – wyszeptał starzec nakoniec – niema tam wina zupełnie. 

  – Jakto? – wina nie masz? – krzyknął Dantes blednąc i wpatrując się w zapadłe policzki ojca oraz w próżne szafy – jednej kropli nie masz wina! Czyż ci nie starczyło pieniędzy? 

  – Teraz mam wszystko, bo mam ciebie, mój synu. 

  – Przecież zostawiłem ci dwieście franków, gdym odjeżdżał przed trzema miesiącami – wyszeptał biedny młodzieniec, ocierając pot zimny z czoła. 

  – Tak, Edmundzie, to prawda. Zapomniałeś jednak wtedy zapłacić małego długu sąsiadowi Caderousse; upominał się i groził, że jeżeli mu nie zapłacę – uda się do pana Morrel, aby ten mu zapłacił; pojmujesz więc, że z obawy, aby ci to nie zaszkodziło, dług uregulowałem. Cóż miałem zrobić innego? – sam osądź. 

  – Ależ. Boże mój!.. – ja mu byłem winien 140 franków – zawołał Dantes – a tyś miał 200 franków wszystkiego! 

  Starzec skinął głową w milczeniu. 

  – Tym sposobem, za 60 franków żyłeś przez trzy miesiące! 

  – Wiesz przecież, jak ja mało potrzebuję – odpowiedział starzec. 

  – Boże! Boże! Ojcze! – daruj mi, przebacz – zawołał Dantes, rzucając się do nóg starca. 

  – Wszystko to już minęło i teraz jest już znowu wszystko dobrze, gdy ty jesteś ze mną. O wszystkiem zapomnieć możemy teraz. Jesteśmy szczęśliwi. 

  – Tak, jestem przy tobie, ojcze, jestem przy tobie i piękna przyszłość mi się uśmiecha, a i pieniędzy mam dosyć. Masz je, masz je wszystkie, ojcze, bierz i posyłaj, by ci natychmiast co przynieśli. 

  Wysypał na stół z kieszeni dwanaście sztuk złota i sześć sztuk pięciofrankowych. 

  Twarz starca sposępniała. 

  – Dla kogóż to? – zapytał. 

  – Dla mnie, dla ciebie, dla nas wszystkich! Bierz, każ kupić zaraz czego potrzeba i bądź o przyszłość spokojny, bo jutro mieć będę więcej. 

  – Zwolna, zwolna, – rzekł starzec – i łagodny uśmiech ukazał się na jego ustach; muszę oszczędnie obchodzić się z twą kiesą. Gdyby zobaczono, że wiele kupuję i tak odrazu – powiedzianoby niezawodnie, żem na ciebie czekał z zakupami. 

  – Rób więc, jak uważasz, drogi ojcze. Ale przedewszystkiem przyjmij służącego, proszę cię bardzo o to. Ne chcę, abyś żył samotnie i męczył się po dawnemu. Mam trochę kawy kontrabandowej i nieco najlepszego tytoniu w skrzyni na spodzie okrętu ukrytej; jutro ci to przyniosę. 

  – Lecz zdaje mi się, że ktoś nadchodzi? 

  – To Caderousse; musiał się już dowiedzieć, żeś przyjechał i przychodzi powitać cię z podróży. 

  – Zobaczymy zatem rzecz zwykłą: usta co innego, a serce co innego – czujące i życzące; mniejsza jednak o to. Bądź co bądź jest to sąsiad, – który kiedyś pomógł nam w potrzebie, należy zatem dobrze go przyjąć. 

  W chwili, gdy Edmund kończył tę uwagę, wypowiedzianą głosem przyciszonym, we drzwiach wejściowych ukazał się Caderousse, zgarbiony, o włosach czarnych kędzierzawych, mogący mieć lat conajmniej 25 do 26–ciu; trzymał w ręku kawał sukna, które, jako krawiec z powołania przykrajać miał na suknię. 

  – Wróciłeś nakoniec, Edmundzie?... – zawołał z akcentem czysto marsylskim, otwierając szeroko usta do uśmiechu i ukazując zęby białe, jakby z kości słoniowej. 

  – Przybyłem, jak widzisz, panie sąsiedzie, i gotów jestem na twe rozkazy – odrzekł Dantes, niezręcznie ukrywając oziębłość. 

  – Dziękuję za dobre chęci, dziękuję. Bogu jednak chwała, że nic od nikogo nie potrzebuję; inni, owszem, czasami czegoś ode mnie potrzebować mogą, zdarzały się już takie wypadki. Nie mówię tego do ciebie, mój młody kawalerze; pożyczyłem ci wprawdzie kiedyś trochę grosza, no, ale mi to oddałeś, więc rachunek skończony. 

  – Nie możemy nigdy wypłacić się w zupełności tym, którzy nam przysługę wyświadczyli; wdzięczność bowiem zawsze się im od nas należy. 

  – E! – co tam gadać o tem! Co było a nie jest, nie pisze się w rejestr. Pomówmy lepiej o twej podróży. Poszedłem oto do portu, jak zwykle, by się zaopatrzyć w sukno i spotkałem Danglarsa. A ty co tu robisz w Marsylji? – zapytałem go. A tyś myślał, żem w Smyrnie? – odpowiedział. I dobrześ myślał, bo właśnie stamtąd wracam. Ale gdzie to nasz młody Edmundek? – Naturalnie, że musi być u ojca – odpowiedział mi na to Danglars, więc przyszedłem tu natychmiast, aby uścisnąć z serca twoją rękę. 

  – Poczciwy Caderousse! – rzucił spostrzeżenie starzec – jak on nas kocha serdecznie. 

  – Niezawodnie, że was kocham, a co więcej – szanuję, boć to teraz o ludzi poczciwych nie łatwo. Hm! – widzę żeś powrócił bogatym, mój chłopcze – mówił dalej krawiec, spoglądając chciwie na sztuki złota i srebra, rozrzucone po stole. 

  Młodzieniec dostrzegł iskry chciwości malujące się w oczach sąsiada. 

  – To nie moje – rzekł niedbale. – Mówiłem właśnie ojcu, żem był w obawie, czy mu czego nie brakło w czasie mej nieobecności, a on dla uspokojenia mnie wysypał oto z worka tyle pieniędzy. Mój ojcze, schowaj je do szuflady; może nasz sąsiad Caderousse będzie kiedy potrzebował, to mieć będziemy sposobność odwdzięczenia się mu. 

  – Uchowaj Boże, moje dziecko – zowołał Caderousse – ja Bogu dzięki nic nie potrzebuję; praca zawsze wyżywi człowieka, schowaj więc sobie te pieniądze, bo nigdy ich mieć nie można zbyt wiele. A swoją drogą bardzo ci dziękuję za twą gotowość i przyjmuję chęć za uczynek. 

  – Gotów jestem służyć ci zawsze z całego serca. – odpowiedział Dantes. 

  – Nie wątpię o tem. Ale jak tam twoje sprawy? Jesteś podobno na bardzo dobrej stopie z panem Morrelem? 

  – Pan Morrel jest zawsze nad zasługę łaskaw na mnie. 

  – I dlaczegóż nie przyjąłeś jego zaproszenia na obiad? 

  – Jakto? – Dantes nie przyjął zaproszenia na obiad? – wmieszał się do rozmowy stary Dantes. – Powiedz, Edmundzie, czy pan Morrel istotnie cię zapraszał do siebie? 

  – Tak jest, ojcze. 

  – Mój synu, jak mogłeś mu odmówić? 

  – Bom pragnął ciebie przedewszystkiem zobaczyć, drogi ojcze! – odparł młodzieniec – bo się do ciebie śpieszyłem. 

  – Mogło to być przykre panu Morrel. A gdy kto chce zostać kapitanem, – nie powinien się narażać swemu zwierzchnikowi. 

  – Wyłożyłem mu powody odmowy i sądzę, że je uznał. 

  – Daj Boże! – dorzucił swe słowa Caderousse. Wszyscy twoi przyjaciele cieszyć się będą jeżeli nie minie cię to przyobiecane kapitaństwo. A wiem, że i za cytadelą świętego Mikołaja ktoś z tego szczerze radować się będzie. 

  – Mercedes! – rzekł starzec. 

  – Tak, mój ojcze – powiedział Dantes – którą, jeżeli pozwolisz, chciałbym teraz, gdym ciebie już uściskał, zobaczyć także. 

  – Idź, moje dziecko, idź – odrzekł stary Dantes – i niech Bóg tobie i twej żonie we wszystkiem błogosławi. 

  – Żonie?... Przedwczesne, sąsiedzie, zasyłasz przed tron nieba modły. Mercedes nie jest przecie jeszcze Edmunda żoną? – zawołał Caderousse. 

  – Nie, ale już wkrótce zostanie. 

  – I dobrze zrobisz, jeżeli szybko to urzeczywistnisz. Młodym i ładnym dziewczętom nie trudno bowiem o kochanków. 

  – Czyż istotnie? – zapytał Edmund i lekki cień niepokoju przemknął po jego twarzy. 

  – Słyszałem sam, że twej narzeczonej bardzo dobre trafiały się partje. Że jednak ty niezadługo będziesz kapitanem, więc nie ośmielą ci się odmówić. 

  – To znaczy, mówiąc wyraźniej, że gdybym nie był kapitanem... to by mi odmówiono, lecz ja jestem pewny swej Mercedes i wierzę, że mnie nie zdradzi. 

  – Daj Boże! – rzekł Caderousse – kto się decyduje na małżeństwo to musi ufać i wierzyć. – Co mi tam zresztą do tego. Jednak posłuchaj mojej rady i idź do niej natychmiast. 

  – Czynię to właśnie. – Mówiąc to, Edmund uścisnął ojca, lekkiem skinieniem głowy pożegnał Caderoussa wybiegł na ulicę. 

  Caderousse na chwilę zatrzymał się jeszcze u starca, następnie wyszedł i spotkał na pierwszym zaraz rogu Danglarsa. 

  – I cóż, – widziałeś go? 

  – Rozstaliśmy się przed chwilą – odpowiedział Caderousse. 

  – Mówił o tem, iż ma nadzieję zostania kapitanem? 

  – Mówił o tem takim tonem, jakby to był już fakt dokonany. 

  – Bodaj jednak, że się pomyli w tych rachubach. 

  – Djabli wiedzą! Pan Morrel, zdaje się, przyrzekł mu z całą pewnością. 

  – No! – wyrzęził Danglars, – jeszcze nim nie został. 

  – Daję słowo, że dobrzeby było, gdyby nim nie został. Już dziś zadziera nosa, a cóżby było dopiero, gdyby istotnie został kapitanem! 

  – Jeżeli zechcemy – wycedził cicho Danglars – to z tych jego marzeń nic nie będzie i pozostanie tem, czem jest teraz, a nawet – może i to utraci. 

  – Co ty mówisz?! 

  – Ależ nic nie mówię. Ot, tak sobie rzuciłem słowa na wiatr. Ale... ale... czy on ciągle jescze się kocha w tej dziewczynie? 

  – Bez opamiętania! Właśnie poszedł do niej, lecz myślę, że znajdzie tam twardy orzech do zgryzienia. 

  – Tajemniczo jakoś się wyrażasz. Lecz widzę, że nie bardzo lubisz tego, Dantesa?... 

  – Nie mogę ścierpieć zarozumialców. 

  – Powiedz mi jednak, co wiesz o tej jego kochance? 

  – Nie wiem nic dokładnie. Powiedzieć jednak mogę z całą pewnością, że ile razy Mercedes idzie do miasta, to nieodmiennie towarzyszy jej jakiś olbrzymiego wrzostu katalończyk, o czarnem oku i śniadej twarzy; jest to zresztą jakiś jej krewny podobno. 

  – Nie wątpisz wszelako, że ten niby krewniak – umizga się do panienki... 

  – Tak mi się przynajmniej wydaje. Bo cóżby innego robił chłopak lat dwudziestu, do dwudziestu dwóch, przy siedemnastoletnniej i do tego pięknej dziewczynie? 

  – Powiadasz, że Dantes właśnie poszedł do katalonów? 

  – Przed chwilą. 

  – Pójdziemy i my w tamtę stronę. Posiedzimy sobie chwilę w trattorji Pamfila i przy szklance Marsala czekać będziemy, co też z tego wyniknie? 

  Caderousse zgodził się na projekt bez większego oporu i para, jeżeli nie przyjaciół, to ludzi sprzymierzonych nienawiścią, szybko podążyła naprzód. 

  Przyszedłszy na miejsce, kazali sobie podać małą buteleczkę Marsali i zaczęli zwolna popijać. 

  Pan Pamfil przed dziesięcioma conajwyżej minutami widział przechodzącego Dantesa. 

  Nie ulegało więc wątpliwości, że poszedł do katalonów, pod cieniem rozkwitających krzewów i pod gałęziami, na których całe falangi ptasząt wyśpiewywały hymny radosne, na cześć pierwszych uśmiechów wiosny. 

ROZDZIAŁ III. RODZINA KATALOŃSKA.

  O sto kroków od miejsca, gdzie dwaj przyjaciele zapijali Marsalę, wytężając wzrok i uszy, poza wgórzem wypalonem od słońca i surowych wiatrów wschodnich, – wznosiła się mała skromna wioska, do skał przyczepiona. 

  W czasie, którego dokładnie oznaczyć nie umiemy, tajemnicza osada przybyła z Hiszpanji, zajęła ów kawałek ziemi, na którym do dziś pozostaje. 

  Naczelnik osady, znający język francuski, wniósł prośbę, by gmina Marsylska przeznaczyła mu tę ziemię niepłodną, na której wzorem starożytnych żeglarzy jego poddani założyć pragną swoje siedziby. 

  Przychylono się do prośby tej i w trzy miesiące później powstała osada z dwunastu, czy piętnastu zabudowań, jakie wznieśli zamorscy cyganie. 

  Wioska ta w dziwny i malowniczy sposób, w stylu na poły hiszpańskim, na poły maurytańskim zbudowana, istnieje do dziś i żywi rodziny potomków pierwszych osadników, z pietyzmem przechowywujących język swych ojców. 

  Po trzech, czy czterech wiekach potomkowie ci pozostali jeszcze wiernymi małemu przylądkowi, na którym ich pradziadowie się osiedlili. 

  Musimy zaprowadzić czytelników na jedyną ulicę tej małej wioski i poprosić ich, aby zaszli z nami do domku, któremu gorące promienie słońca nadały zewnętrznie koloryt złotawy, pomnikom z marmuru właściwy, wewnątrz za to mury miały barwę niepokalanie białą, co stanowi główną cechę siedzib hiszpańskich. 

  Zwrócona do ściany piękna młoda dziewczyna o włosach jak skrzydła kruka i oczach gazelli, wilgotnych a płomiennych, rwała niecierpliwie smukłymi paluszkami płatki purpurowej róży; ręce jej, po łokcie obnażone, były nieco opalone, lecz z rysunku do Venus Callipigos podobne. Ręce te drżały w nerwowym niepokoju. 

  Nóżką rasową, suchą, szczupłą zlekka uderzała o ziemię. 

  O trzy kroki od niej siedział na krześle, łokciem oparty o jakiś sprzęt spróchniały, młodzieniec wyniosły, mroczny, lat dwudziestu, i patrzył na nią wzrokiem, w którym malował się niepokój; wzrok ten badał i zapytywał o coś, lecz śmiałe i spokojne oczy dziewczyny zdawały się onieśmielać jej towarzysza. 

  – Weź pod uwagę, Mercedes, że to Święto Wiosny się zbliża i że jest to chwila na wesele najodpowiedniejsza. 

  – Już ci sto razy mówiłam, Fernandzie, i zawsze odmownie. 

  – Niech i tak będzie! – lecz powtórz raz jeszcze, że odrzucasz moją miłość, którą matka twoja uświęciła: powtórz mi to raz jeszcze, niech się upewnię, że igrasz mojem szczęściem, że ani śmierć moja, ani życie nic a nic cię nie obchodzą. Boże mój! Boże! Lat dziesięć marzyłem o tem, że zostanę twoim mężem i dziś mam stracić tę nadzieje, co była celem jedynym życia mego... 

  – A czy ja kiedykolwiek nadzieję tę podsycałam? Czy masz mi do zarzucenia jedno choćby tylko jakieś przymilenie, choćby tylko jeden uśmiech, jedno spojrzenie? Przeciwnie. Powtarzałam ci zawsze: „kocham cię jak brata, więcej jednak ponad to nie żądaj ode mnie, bo serce me innemu oddałam”. Powtarzałam ci to setki razy, wszak prawda? 

  – Prawda. Mercedes, – odpowiedział młodzieniec – to jedno tylko od ciebie słyszałem niezmiennie. Zawsze obdarzałaś mnie bezmiernem okrucieństwem. Byłaś szczera. Nie zapominaj jednak o świętej tradycji katalonów, by się pomiędzy sobą jedynie łączyli. 

  – Tradycja to tylko i zwyczaj. Więc nie jest żadnem prawem, ani bezwzględnym obowiązkiem. Radzę ci przeto, na Boga, nie powołuj się na ten zwyczaj, broniąc swej sprawy. A i to weź pod uwagę, że ty, Fernandzie, jesteś popisowym; lada chwila przeto zawezwać cię mogą pod sztandary narodowe! Zostaniesz żołnierzem, a wtedy co się ze mną stanie, biedną dziewczyną, ubogą sierotą, całem mieniem, której nędzna, waląca się chata i kilka starych sieci rybackich? Oto całe dziedzictwo moje, oto spadek mej matki, po ojcu i mój – po matce. Od jej śmierci minął już rok prawie. I przyznaj, Fernandzie, czy ja nie z litości ludzkiej żyję prawie? Ty w swej dobroci mówisz mi wprawdzie, że jestem ci pomocna, lecz przecież wiem, że bierzesz mnie ze sobą, by połów razem odbywać. A ja ci nie odmawiam, bo jesteś synem brata ojca mojego, bośmy się razem wychowali, a jeszcze bardziej dlatego, że wiem jak bardzo by ci było przykro, gdybym odmówiła. Czuję przecież dobrze, że te ryby, które sprzedaję i za które biorę pieniądze, aby potem było za co kupić konopi na sieci czuję to, powtarzam ci, Fernandzie, że to jałmużna jedynie. 

  – Cóż to ma do rzeczy. Uboga jesteś? – więc cóż z tego? Taka jak jesteś – milszą mi jesteś i bardziej dla mnie odpowiednią, aniżeli byś była córką jakiegoś kupca, lub najbogatszego choćby bankiera Marsylji. Bo czegóż mi potrzeba? Zacnej żony i dobrej gospodyni. 

  – Fernandzie – rzekła Mercedes wstrząsając głową – niepodobna być dobrą gospodynią i żoną, jeśli się kocha innego. Poprzestań więc na przyjaźni mej, bo tyle tylko ofiarować ci mogę. 

  – Ha! – w takim razie zrzucam mój strój katalona i przywdzieję pstrą czapkę, koszule w pasy i niebieską kamizelkę z kotwicami na guzikach. Może wtedy bardziej ci przypadnę do gustu? 

  – Cóż to znaczy, Fernandzie? – zapytała Mercedes, dumnie podnosząc głowę. 

  – To znaczy, Mercedes, żeś dlatego tak nieugięta i tak względem mnie okrutna, że czekasz na kogoś, co właśnie taki strój nosi! A czy pomyślisz, że może on już zapomniał o tobie? A może, jeśli nawet był stały dla ciebie, to morze okazało się nie stałe dla niego? 

  – Fernandzie – zawołała Mercedes – myślałam, żeś człowiek szlachetny, widzę zaś, że złe masz serce, jeżeli mając zazdrość i nienawiść w sercu, – gniew boski wyzywasz. Tak jest, nie ukrywam tego: kocham tego, o którym wspominasz. I wiem, że jeżeliby nawet zginął na morzu, to z miłością dla mnie w sercu. 

  Młody katalończyk zadrżał z wściekłości. 

  – Mimo twe złe słowa, wierzę jednak, Fernandzie, że nie dobędziesz przeciw niemu katalońskiego noża. Bo do czegóż, by cię to doprowadziło? Zwyciężony, – stracisz moją przyjaźń, zwycięski – moją śmiertelną pozyskasz nienawiść. Zły to sposób, wierzaj mi, chcieć się podobać kobiecie – szukając zwady z człowiekiem – którego ona miłuje. Jeżeli nie możesz mieć mnie za żonę, poprzestań na przyjaźni mojej, poprzestań na tem, że mieć będziesz we mnie zawsze siostrę. Zresztą – dodała z wyrazem obłąkania w oczach – poczekaj jeszcze, Fernandzie, poczekaj! Powiedziałeś przed chwilą, że morze jest niestałe. Czwarty miesiąc już mija, a on nie wraca... 

  I łzy popłynęły z jej oczu. 

  Lecz jej towarzysz powstał niewzruszony, aczkolwiek za każdą łzę Mercedes gotów był oddać ostatnią kroplę krwi. Lecz tutaj te oczy kochane za innym roniły rosę łez. 

  Podniósł się jedynie i chodzić zaczął po chacie, z ponurem spojrzeniem i z zaciśniętemi pięściami. 

  – Kocham Edmunda Dantesa – wyłkała wreszcie dziewczyna – i nikt inny nie zostanie moim mężem. 

  – I wiecznie go miłować będziesz? 

  – Do śmierci! 

  Fernand zwiesił głowę, opuszczać go zaczęła odwaga i nikła nadzeja. Naraz ciemna błyskawica nienawiści błysnęła w jego oczach i rzekł: 

  – A jeśli on nie żyje? 

  – Wtedy i ja umrę. 

  – A jeśli on o tobie zapomniał? 

  – Mercedes – dał się słyszeć radosny głos, z oddali jeszcze płynący, – Mercedes! 

  – Dantes! – krzyknęła dziewczyna – teraz widzisz, czy zapomniał. 

  Na jej twarzy zaigrał niebiański uśmiech szczęścia, a lica rozpromieniły się radością i uniesieniem. Podskoczyła ku drzwiom, otwierającym się w tej właśnie chwili i krzyknęła: 

  – Edmundzie! 

  Fernand blady i drżący cofnął się nagle wtył, jakby ujrzał węża, i padł na krzesło. 

  Edmund i Mercedes rzucili się sobie w objęcia. Palące słońce Marsylji, co smugą światła wdarło się przez drzwi otwarte otoczyło ich słupem światła. Nie widzieli nic, co się wkoło nich działo; ogrom szczęścia i radości oderwał ich od świata. Z ust urywane tylko padały słowa. 

  Aż nakoniec Dantes spostrzegł posępną postać Fernanda; była blada i groźna. Młody katalończyk pochwycił ręką za nóż u pasa zwieszony; był to ruch nagły, żywiołowy, od myśli niezależny. 

  – Ach! Darować mi proszę – rzekł Dantes, marszcząc brwi – nie zauważyłem, że jest nas tutaj troje. 

  A zwracając się do Mercedes, zapytał: 

  – Kto jest ten pan? 

  – Edmundzie, ten pan będzie najlepszym twoim przyjacielem; to kuzyn mój, brat mój, Fernand. Po tobie, jest to najbliższy mi człowiek na świecie. 

  Edmund, trzymając w jednej dłoni rękę Mercedes, drugą wyciągnął z serdecznością do katalończyka. 

  Fernand milczeniem wszelako, jak statua, odpowiedział na to przyjacielskie wezwanie. 

  Wówczas Dantes spojrzał badawczem okiem na Mercedes, wzruszoną i drżącą, i na Fernanda, stojącego ponuro i groźnie. Jedno jego spojrzenie wyjawiło mu istotny stan rzeczy. Gniew wystąpił mu na czoło. 

  – Nie byłbym się tak spieszył do ciebie, Mercedes, gdybym był wiedział, że zastanę tu nieprzyjaciela. 

  – Nieprzyjaciela?! – krzyknęła Mercedes, rzucając pełne gniewu spojrzenie na kuzyna. – Nieprzyjaciela? – Co ty mówisz, Edmundzie! Gdybym tak sądziła, wzięłabym twą rękę i odeszła stąd, porzucając na wieki dom własny. 

  Błyskawica zamigotała w oku Fernanda. 

  – A gdyby cię spotkało, Edmundzie mój, nieszczęście jakie – dodała ze straszliwym spokojem, który musiał przekonać Fernanda, jak głęboko w jego myśli wejrzała – gdyby cię, powtarzam, nieszczęście spotkało, poszłabym na sam szczyt przylądka Mogiolu i stamtąd rzuciłabym się głową na skały. 

  Fernand się wstrząsnął i zbladł przeraźliwie. 

  – Ty jednak mylisz się, Edmundzie – rzekła, zwracając się do ukochanego – tutaj nie masz wrogów; przecież to jest Fernand, mój brat, który oto podaje ci rękę do uścisku, jako przyjaciel twój szczery. 

  Mówiąc to, utkwiła nakazujące spojrzenie w Fernandzie, a on jak niewolnik zbliżył się do Dantesa i podał mu dłoń. 

  Nienawiść jego, jak fala u skalistych brzegów, rozbiła się pod cudownym wpływem ukochanej kobiety. Zaledwie atoli dotknął dłoni Dantesa, uczuł, iż dłużej panować nad sobą nie zdoła i jak obłąkany wypadł z izby. 

  – O! – wołał, biegnąc jak szalony. – O, któż mnie uwolni od tego człowieka! O! ja nieszczęśliwy! 

  – Katalończyku! Fernandzie! Hej! Dokąd tak pędzisz? – zawołał Caderousse. – Czy ci tak pilno, że nie masz już czasu przywitać się z przyjaciółmi i to wtedy w dodatku, gdy przed nimi stoi pełna butelka wina? 

  Fernand spojrzał okiem nieprzytomnem i nie odpowiedział ani słowa. 

  – Zdaje się, żeśmy się zawiedli – rzekł Danglars, trącając kolanem towarzysza. – Wbrew naszym nadziejom – Dantes triumfuje. 

  – No i cóż, katalończyku – zawołał Caderousse, nie odpowiadając Danglarsowi – przystajesz? 

  Fernand otarł pot i wszedł do altany. Jej łagodny cień orzeźwił i ukoił go nieco. 

  – Jak się macie? – zdaje się, żeście mnie przywoływali? – i mówiąc to, rzucił się na ławkę. 

  – Wołałem cię – odparł, śmiejąc się Caderousse, – boś leciał jak opętany, bo się już lękać zaczynałem, że się rzucisz do morza. Cóż u licha! – kto ma przyjaciół, to nie na to jedynie, aby z nimi wychylić szklankę wina, lecz jeszcze i na to, żeby ci nie dali mu połknąć, gdy się zdarzy, trzech, lub czterech najzupełniej zbytecznych kwart wody. 

  Fernand jęknął głucho i oparł głowę na skrzyżowanych na stolę rękach. 

  – Chcesz, bym ci powiedział jaką masz minę? – rzekł Caderousse, zagajając rozmowę tonem właściwym gminowi, co zwykł delikatność odkładać zawsze na bok, by tylko dogodzić ciekawości – masz minę odsadzonego od miski kota. 

  I zaśmiał się z całego gardła. 

  – E! – wtrącił Danglars – taki piękny jak Fernand chłopiec miałby być nieszczęśliwy w miłości? Kpisz chyba, Caderoussie! 

  – No, no, daj pokój, Fernandzie – rzekł Caderousse. – Wierzaj: nos do góry i odpowiadać. Niegrzecznością jest nie odpowiadać przyjaciołom, gdy o zdrowie pytają. 

  – Zdrów jestem – mruknął Fernand, ściskając pięści, z głową ciągle jeszcze leżącą na stole. 

  – Ot! Uważasz Danglarsie – mówił Caderousse, rzucając znaczące spojrzenie – Fernand, jak ci wiadomo, jest najzacniejszym z katalończyków i najlepszym w całej Marsylji rybakiem. Lecz mu się zdarzyło, że się zakochał w najpiękniejszej z całej okolicy dziewczynie, imieniem Mercedes. Niestety wszelako, to piękne dziewczę kocha nie jego, lecz porucznika okrętu Faraon; że zaś Faraon niedawno przybył do portu, przeto... pojmujesz może?... 

  – Właśnie, że nic nie pojmuję – odpowiedział Danglars. 

  – Biedny Fernand dostał odprawę. 

  – Więc i cóż z tego? – rzekł ten ostatni, podnosząc głowę i spoglądając na Caderoussa – to co innego; ja myślałem, chciał gniew swój wywrzeć – Mercedes jest wolną i może kochać, kogo jej się spodoba. 

  – Ha, jeżeli w ten sposób sobie to tłumaczysz – rzekł Caderousse – to co innego; ja myślałem żeś ty katalończyk, a ja słyszałem zawsze, że katalończycy nie ustępują nigdy rywalom i są straszni w zemście. 

  Fernand uśmiechnął się boleśnie. 

  – Ten, który kocha, nie jest straszny nikomu – smutnie odpowiedział. 

  – Biedny człowiek! – bąknął Danglars, kłamiąc serdeczne dla młodzieńca współczucie. 

  – Hm! słowo daję – odezwał się Caderousse, łykając poteżną szklanicę wina – bądź co bądź nie jeden Fernand cierpi na tem, że Dantes powrócił i że jest teraz w takiej pełni szczęścia. I myślę, że on to szczęście przypłaci. 

  I nalał znów wina sobie i Fernandowi, gdy szklanka Danglarsa stała nietknięta. 

  – Być może, że on to szczęście przypłaci – powtórzył Caderousse pijackim głosem – lecz tymczasem ożeni się z piękną Mercedes, a tego już mu nikt nie odbierze. 

  Słowa Caderoussa padały na katalończyka jak ołów roztopiony. 

  – Kiedyż ślub? – zapytał Danglars. 

  – O! jeszcze do ślubu daleko – mruknął Fernand. 

  – Daleko, albo i nie daleko. Jak Dantes zostanie kapitanem okrętu, to wszystko w szybkiem pójdzie tempie, nieprawdaż Danglarsie? 

  Danglars zadrżał na to pytanie niespodziewanie rzucone i spojrzał na Caderoussa badawczym wzrokiem, aby przeniknąć, czy zwrot ten z rozmysłem był rzucony. Ale w oczach Caderoussa, zmętniałych od opilstwa, wyczytać było można bezmyślną głupotę jedynie i złośliwość. 

  – Ha! w takim razie – zawołał Danglars nalewając przyjaciołom szklanki – wypijemy zdrowie kapitana Dantesa, męża najpiękniejszej katalonki! 

  Caderousse ociężałą ręką podnosił już do ust szklankę, by ją wypić duszkiem, gdy Fernand silnym rzutem roztrzaskał swą o ziemię. 

  – Oo!... co ja widzę! – zawołał Caderousse – patrzajcie no tam na szczyt tego wzgórza, w stronie katalonów. Spojrzyj no, Fernandzie, masz przecież lepsze oczy od moich. Mnie bo się zdaje, że podwójnie zaczynam widzieć. Wydaje mi się, jakbym widział dwoje kochanków, ręka w rękę obok siebie idących. Panie odpuść!... toż oni są przekonani, że nikt ich nie widzi i ot patrzcie! – jak się ściskają! 

  Danglars rzucił okiem na Fernanda, który zdawał się być obłąkanym. 

  – Cóż, panie Fernandzie, czy znasz może te turkawki? 

  – Znam! To pan Edmund i pani Mercedes. 

  – Patrzajcież! – rzekł Caderousse – a ja ich nie poznałem. Hej Dantes! Hej tam i ty, panienko! Chodźcie no tutaj i powiedzcie nam, kiedy wesele?! 

  – Będziesz ty cicho? – rzekł Danglars, udając, że pragnie powstrzymać wielomówność Caderoussa. – Siedź i nie przeszkadzaj pieszczotom kochanków. Patrz na Fernanda i bierz z niego przykład – widzisz, jaki jest powściągliwy i spokojny! 

  Fernand naigrywaniami temi do ostateczności doprowadzony już miał wybuchnąć i rzucić się ku rywalowi, gdy wtem piękna Mercedes odwróciła główkę i błysła promieniejącym wzrokiem. 

  Fernand przypomniał sobie wtedy jej groźbę, że się zabije, gdyby Edmundowi co złego się stało – i padł bezwładnie na ławkę. 

  Danglars z pod oka spoglądał na obydwóch, na jednego – przez miłość opętanego i na drugiego – pijanego winem i zazdrością. 

  – Ja już z tymi głupcami nie dam sobie rady i żadnej z nich korzyści mieć nie będę, – mówił z cicha do siebie Danglars – a wstyd pozostać tutaj, w towarzystwie pijaka i tchórza. Ten pierwszy łotr przytem bardziej upija się winem, aniżeli żółcią, która, mniemałem, że go do czynów pobudzi; tamten znowu – to niedołęga, jakiego świat nie widział. Zabierają mu z przed nosa kochankę, a on płacze tylko i żali się jak dziecko, aczkolwiek w oczach ma błyskawice wszystkich hiszpanów i sycylijczyków, którzy tak dobrze mścić się umieją. Pięści ma przytem, – że wołu napewno powaliłby nie z mniejszą łatwością, jak to czyni obuch rzeźnika. Do obłąkania doprowadza go szczęście Dantesa, który widać, na przekór nam, ożeni się z piękną katalonką i zostanie kapitanem Faraona. 

  – Hola panowie! – zawołał, ocknąwszy się z drzemki Caderousse – hola, Edmundzie, czy nie widzisz swoich przyjaciół, czy stałeś się do tego stopnia hardy, że nie poznajesz już przyjaciół? 

  – Nie, bynajmniej, kochany Caderousse – odkrzyknął wesoło Dantes – nie jestem hardy, lecz szczęśliwy, szczęście zaś bardziej niż inne uczucia oniemia i oślepia. 

  – Masz go!.. wytłumaczył się – zawołał Caderousse. A pani Dantes jak się miewa? 

  Mercedes skłoniła się poważnie. 

  – Nie jest to jeszcze moje znazwisko – rzekła – a u nas, w naszej ojczyźnie, mówią, że źle to wróży, gdy kto dziewczynę nazwiskiem narzeczonego nazywa, zanim on mężem jej zostanie. Proszę, więc, by pan mnie Mercedes nazywał. 

  – Wybacz biednemu sąsiadowi, zwłaszcza, że nie o wiele się przecież pomylił. 

  – A więc tak, panie Dantes, niezadługo mieć będziemy wesele, prawda? – rzekł Danglars, kłaniając się również parze narzeczonych. 

  – Jak tylko będzie można najprędzej, panie Danglars. Dziś wszystko omówimy u mojego ojca; jutro, najdalej pojutrze – zaręczyny, które sprawimy tutaj, na tem samem miejscu; przyjaciele nasi nie odmówią nam, mam nadzieję, swego udziału w uczcie; i ciebie, panie Danglars, prosimy i ciebie, panie Caderousse. 

  – A Fernand – rzekł Caderousse, śmiejąc się chrapliwie – czy również będzie proszony? 

  – Brat mojej żony jest i moim bratem – odparł Dantes – i byłoby nam bardzo przykro, gdybyśmy go mieli nie mieć u siebie, w chwili tak dla nas uroczystej. 

  Fernand słowa te przyjął w milczeniu. 

  – Dziś przygotowania, jutro lub pojutrze zrękowiny!... Niech djabli biorą, kapitanie, nie tracisz bynajmniej czasu! 

  – Danglarsie! – odparł Dantes z uśmiechem – powiem ci, jak przed chwilą Mercedes odpowiedziała Caderoussowi: nie dawaj mi tytułu, do którego nie mam jeszcze prawa. To może mi nieszczęście sprowadzić. 

  – A, przepraszam – odrzucił Danglars, – Chciałem to wyrazić jedynie, że szybko wszędzie posuwasz się naprzód. I nie widzę racji w tym pośpiechu, Faraon odpływa dopiero za trzy miesiące?... 

  – Do szczęścia śpieszyć się należy zawsze. Kto wiele cierpiał, ten traci wiarę w szczęście. Nie wierzy, by przyjść ono mogło, lęka się i boi. Nie te względy jedynie zmuszają mnie zresztą do pośpiechu; muszę niestety wyjechać gwałtownie do Paryża i to jest właśnie główna pośpiechu przyczyna. 

  – Masz tam jaki interes? 

  – Mam, lecz nie własny. Dopełnić mam ostatniego zlecenia naszego niezapomnianego kapitana Leclerca, co jest świętym dla mnie obowiązkiem. Nie zabawię tam długo, tyle tylko, że polecenie załatwię i wracam natychmiast z powrotem. 

  – To się rozumie w twem dzisiejszem położeniu – odpowiedział Danglars, dodał wszakże w myśli: acha! jedziesz do Paryża, by tam wręczyć list kapitana podług odresu. Hm! do kata, ten list naprowadza mnie na pewną myśl, na myśl wyborną, do kata! – O, panie Dantes, jeszcześ nie zajął na Faraonie kwatery kapitana! 

  Po monologu tym, zwracając się do Dantesa, który się już oddalał, rzekł głośno: 

  – A zatem – szczęśliwej drogi! 

  – Dziękuję – odpowiedział już z oddali Dantes.

  Kochankowie odeszli spokojni, szczęśliwi, jak dwa anioły w niebo wstępujące. 

ROZDZIAŁ IV. ZMOWA.

  Danglars przeprowadził wzrokiem Edmunda i Mercedes aż do bramy św. Mikołaja, poczem zwrócił się do współtowarzyszów biesiady. 

  Fernand siedział na krześle bezwładnie, blady i drżący. 

  Caderousse był pijany. 

  – Kochany panie – rzekł Danglars do Fernanda – dziwna rzecz, że to małżeństwo nie wszystkim przypada do smaku. 

  – Mnie doprowadza ono do rozpaczy. 

  – A więc aż tak jesteś w Mercedes zakochany? 

  – Tak. Od pierwszej chwili poznania pokochałem ją do szaleństwa i ciągle ją kocham! 

  – I zamiast tego, by radzić, ażeby małżeństwu zapobiec, – wyrywasz sobie włosy z głowy jedynie? Eh! do wszystkich djabłów... inne ja miałem pojęcie o katalonach! 

  – A jakżeż ja temu zapobiec mogę? 

  – Alboż ja wiem?... A zresztą, – czy to moja sprawa? Przecież to nie ja, lecz ty się w Mercedes kochasz. „Szukajcie, a znajdziecie” – mówi ewangelja. 

  – Już raz znalazłem. Chciałem zabić rywala, lecz wtedy ona mi powiedziała, że jeśli jakiekolwiek nieszczęście spotka jej narzeczonego, popełni samobójstwo. 

  – Tak się to tylko mówi. 

  – Nie. Mercedes nie rzuca nigdy słów na wiatr. 

  – No!... to już jest mi najzupełniej obojętne – rzekł do siebie Danglars. – Dla mnie jest ważne to jedynie, by Dantes nie został kapitanem. 

  – Gdyby zaś Mercedes umarła – rzekł zwolna i z naciskiem Fernand – i jabym nie żył. 

  – Oj, te miłostki! – rzucił Caderousse nawpół przytomnie – to są sprawy, których już nie pojmuję. 

  – Możeby się udało jednak jakimś innym sposobem wyciagnąć cię z biedy – zaczął znów Danglars – jesteś tęgim chłopcem i wartoby cię wydobyć z nieszczęścia. 

  – Oj, warto, warto!... – zamamrotał Caderousse. 

  – Mój kochany! – zwrócił się do niego Danglars – w trzech czwartych jesteś już pijany. Więc pij dalej, lecz nie mieszaj się do nas. Do naszej rozmowy trzeba mieć trzeźwą głowę. 

  – Ja pijany?!... Oho!... Jeszczebym ze cztery takie butelki wypił, przecież one wyglądają jak flakoniki od kolońskiej wody. Hej! tam, panie Pamfilu! wina!... 

  I, aby dodać większej wagi swym rozkazom, uderzył silnie szklanką o stół. 

  – Mówiłeś, szanowny panie, – odezwał się Fernand, który aż drżał z niecierpliwości, – mówiłeś więc... 

  – Czy ja co mówiłem? Nie przypominam sobie zupełnie, o czem mówiliśmy poprzednio. Ten pijak Caderousse poplątał mi na nic wątek myśli. 

  – Mówiłeś – przypomniał Fernand – że chciałbyś bardzo wydobyć mnie z nieszczęścia, dodałeś wszelako, że... 

  – Prawda!... prawda!... I dodałem, że byle tyko Dantes nie zabrał ci tej, którą kochasz, to wszystko najlepiej będzie. Pan Dantes niech sobie żyje jak najdłużej, byle tylko małżeństwo jego nie doszło do skutku. 

  – Śmierć jedyna tylko zdołałaby ich rozdzielić. 

  – Gadasz jak dziecko, mój przyjacielu – wtrącił się do rozmowy Caderousse – ot Danglars to jest głowa, więcej, to filut prawdziwy, on ci zaraz dowiedzie jak bardzo wielkie głupstwa wygadujesz! 

  – Dowiedź mu, Danglarsie! Już ja ręczę za ciebie. Dowiedź mu, że Dantes bynajmniej nie musi umrzeć, by on miał swą Mercedes. A zresztą Dantes jest dobry chłopak i szkodaby była, gdyby miał umierać. Ja go lubię! Ja bardzo lubię Dantesa! 

  Fernand niecierpliwym ruchem powstał od stołu. 

  – Daj mu pokój – rzekł Danglars wstrzymując młodzieńca. – Pijany – nie jest szkodliwy. – Zaś zwracając do Dantesa powiem ci, że nieobecność rozdziela niemniej dobrze, jak śmierć. Ot, przypuść na chwilę, że Edmunda i Mercedes rozdzielają mury więzienne. 

  – Prawda – wtrącił się ponownie do rozmowy Caderousse, który w chwilowych przebłyskach rozumu starał się jak mógł brać udział w rozmowie – ale jak taki Dantes wyszedłby z więzienia, toby się mścił straszliwie. 

  – Mniejsza o to – odrzucił Fernand. 

  – Zresztą – dorzucił Caderousse – za cóż by Dantesa pakować mieli do więzienia? Nikogo nie okradł, nie zabił, nie zamordował?... 

  – Cicho bądź! – zawołał Danglars. 

  – Nie będę cicho – odburknął Caderousse – nie będę cicho. Ja muszę wiedzieć, za co Dantesa wsadzić mają do kozy. Ja kocham Dantesa. On jest moim przyjacielem. Zdrowie Dantesa! – 

  I na tem skończył, połykając jeszcze jedną szklankę wina. 

  Danglars zwrócił się wtedy ponownie do Fernanda: 

  – Pojmujesz więc już teraz, że nie zabójstwo jest w tym wypadku najprostszą drogą wiodącą do celu? 

  – Pojmuję. Nie rozumiem tylko, jakim sposobem wpakowaćby go można do więzienia? 

  – Kto dobrze szuka – rzekł Danglars – ten zawsze w końcu znajdzie. Lecz poco ja się do tego wszystkiego wtrącam? Co mnie to obchodzi? 

  – Nie wiem, czy cię to obchodzi, czy nie. Wyczuwam wszelako, że i ty nienawidzisz Dantesa. 

  – Co?... ja miałbym nienawidzieć Dantesa?... Co też ci się w głowie roi! Z jakiego powodu miałbym go nienawidzieć? Współczułem jedynie twej boleści – oto cała historja. Jeżeli jednak mniemasz, mój panie, że ja działam z własnych pobudek, no to bywaj zdrów i rób co ci się podoba. 

  Mówiąc to Danglars udawać zaczął, że wstaje i że zabiera się do odejścia. 

  – Nie pozwolę ci odejść – zawołał Fernand – nie puszczę cię. Nie wnikam w to, czy ty również masz do Dantesa urazę, czy jej nie masz, wystarczy mi, – że ja go nienawidzę. Daj mi więc, dla mnie, jakiś sposób, bym mógł zaspokoić mą zemstę i oddalić go od Mercedes, a ja go wykonam. Byle tylko nie zabijać, bo Mercedes wyraźnie powiedziała, że nie przeżyje śmierci Dantesa. 

  Caderousse, siedzący z głową o stół opartą, zerwał się nagle i mierząc błędnym wzrokiem rozmawiających, rozpaczliwym krzyczeć zaczął głosem: 

  – Co?... zabić chcecie Dantesa! Kto tu mówi o jego zabiciu? Ja na to nie pozwolę! To mój przyjaciel. To człowiek który dziś rano chciał się dzielić ze mną swemi pieniędzmi – jak ja niegdyś z nim się swojemi podzieliłem. Nie pozwolę na zabicie Dantesa! 

  – A któż, głupcze, mówi o zabijaniu Dantesa – zawołał Danglars – żartujemy sobie i nic więcej... Wypij lepiej za jego zdrowie i daj nam spokój. – I mówiąc to napełnił mu szklankę. 

  – Dobrze. Pije zdrowie Dantesa. – I wychylił szklankę. 

  – Zdrowie Dantesa! Zdrowie przyjaciela! 

  – No! Ten sposób? Ten sposób, na Boga! – przemówił Fernand. 

  – Czy jeszcześ go sam nie znalazł? 

  – Nie, nie znalazłem. Przecież tyś go mi miał poddać. 

  – Prawda. Francuzi mają tę wyższość nad Hiszpanami, że dają pomysł, zostawiając swym sąsiadom z za Pirenejów wykonanie. 

  – A więc wymyśl ten sposób. 

  – Hej! garson. Papier, pióro i kałamarz – zawołał Danglars. 

  – Oto są, – zawołał służący, podając żądane przedmioty. 

  – Oh!... a to co znowu – zaczął mówić pijany Carderousse – Pióro, atrament... O! temi rzeczami łatwiej i pewniej zabić można człowieka, aniżeli nożem w ciemnym lesie. Co do mnie, to zawsze bardziej się bałem pióra, niż szpady, lub pistoletu. 

  – A to urwis,] nie jest on tak pijany, jakby się to wydawać mogło. Nalej no mu Fernandzie, jeszcze jednę szklaneczkę. 

  Fernand spełnił zlecenie, zaś Caderousse pochwycił natychmiast szklankę i wychylił ją do dna. 

  – A więc? – zaczął mówić Fernand – a więc?... 

  – A więc powiedziałem – odrzekł Danglars – że gdyby tak o podróży, jaką Dantes tylko co odbył i w czasie której zawadził o Neapol i wyspę Elbę, doniósł kto prokuratorowi królewskiemu... 

  – Ja doniosę natychmiast – zawołał żywo katalończyk. 

  – Byłoby to dobrze, ale tam ci każą wtedy zaraz podpisać deklarację i stawią cię przed tym, któregobyś oskarżył. Co prawda, dostarczyłbym ci dowodów jego winy, ale cóż stąd? Dantes nie pozostałby na wieczne czasy w więzieniu; dziś czy jutro uwolniliby go, a wtenczas, biada temu, co go wtrącił za kratę. 

  – Ja tylko tego pragnę – przerwał Fernand – ja tego tylko pragnę właśnie, by on rozpoczął ze mną zwadę. 

  – To dobrze. Lecz Mercedes znienawidziłaby cię wtedy napewno. 

  – Masz słusznoość, Danglarsie. 

  – Otóż widzisz, że tak zrobić nie sposób. Lepiej oto wziąć pióro do ręki, umaczać je w atramencie i lewą ręką, aby nikt charakteru nie poznał, napisać króciutką denuncjację. 

  I Danglars wykonał powiedziane; napisał kilka wierszy lewą ręką i podał je Fernandowi, a ten czytać je zaczął: 

  „Wierny poddany tronu i prawy syn kościoła zawiadamiam niniejszem prokuratora królewskiego, że niejaki Edmund Dantes, porucznik okrętu Faraon, przybyły dzisiejszego rana ze Smyrny, zawijał po drodze do Neapolu i Porto-Ferrajo i otrzymał list od Murata do Uzurpatora, a następnie od Uzurpatora do komitetu bonapartystowskiego w Paryżu. 

  Władza przekonać się może o jego występku, jeżeli zechce go aresztować, list bowiem znajdzie wtedy przy nim zapewne, a jeżeli nie, to będzie on albo u jego ojca, albo w kapitańskiej kajucie statku Faraon”. 

  – Ot i wszyssko! – rzekł Danglars – tym sposobem byłby jakiś sens w wypełnieniu twej zemsty; nikt wtedy nie mógłby się domyślić, że to ty ten żarcik zrobiłeś; a rzecz pójdzie swoim porządkiem. Nie pozostawałoby ci nic więcej do zrobienia, jak złożyć ten list i zaadresować: „Do pana prokuratora królewskiego”. 

  I niby w żartach Danglars skreślił ten adres. 

  – Zapewne, że nic więcej nie byłoby potrzeba – odezwał się Caderousse, który z najwyższem przerażeniem wsłuchiwał się w słowa czytanej denuncjacji – zapewne że nic więcej nie byłoby potrzeba, ażeby zgubić człowieka. Ale to podłość. – I sięgnął ręką po list. 

  – Naturalnie, że byłaby to nikczemność – potwierdził Danglars, odsuwając zlekka rękę Caderoussa – ale też nic z tego nie będzie. Toć przecie był to żart tylko i nic więcej. Ja pierwszybym na to nie pozwolił. 

  I mówiąc to, zmiął list w ręku i rzucił go w kąt altany. 

  – Zacnieś to powiedział – zaczął z rozrzewnieniem Caderousse. – Dantes jest moim przyjacielem i nigdybym na to nie pozwolił, by ktośkolwiek krzywdę mu uczynił. 

  – Któż tutaj, u djabła, myśli mu krzywdę wyrządzić?... Ani ja, ani Fernand – rzekł Danglars i podniósł się obserwując katalończyka, który spoglądał z pod oka na denuncjacyjny dokument w kącie porzucony. 

  – Kiedy tak – rzekł Caderousse – to dajcie jeszcze wina. Wypiję zdrowie Edmunda i pięknej Mercedes! 

  – Piłeś już dosyć – zawołał Danglars. – Gdybyś pociągnął coś jeszcze, toby ci nocować tu chyba przyszło, bo na własnych nogach utrzymaćbyś się nie potrafił. 

  – Co? – ja nie utrzymam się na swoich nogach? Załóżmy się, że wejdę bez żadnej pomocy na dzwonnicę tę oto i że ani się zachwieję... 

  – Dobrze, dobrze! Nikt w to nie wątpi – odpowiedział Danglars – ale teraz chodźmy. 

  – Chodźmy! – zgodził się Caderousse – chodź i ty z nami, Fernandzie, pójdziemy razem do Marsylji. 

  – Nie – odpowiedział Fernand – ja wracać muszę do swojej osady. 

  – Głupiś!... chodź z nami do miasta, no... chodźże! 

  – Nie, ja idę do domu. 

  – Tak powiedziałeś? Ha! to chodźmy sami, Danglarsie. 

  Danglars, korzystając natychmiast z wyrażonej zgody Caderoussa, szybko wyprowadził go z altany. Gdy przeszedł kilkadziesiąt kroków, obrócił się i ujrzał, jak Fernand rzucił się na papier i schował go do kieszeni, a następnie z niezmierną szybkością puścił się jak strzała ku bramie Pillon. 

  – A to co? – Patrzaj no, gdzie on pędzi – krzyknął Caderousse – przed chwilą mówił, że idzie do domu, a teraz jak szalony pędzi do miasta najkrótszą drogą. 

  – No, zdaje się – szepnął do siebie Danglars – żem sprawą nieźle pokierował i że teraz potoczy się ona sama swoją koleją.

ROZDZIAŁ V. ZARĘCZYNY.

  Nazajutrz dzień był wyjątkowo piękny. Olśniewające słońce południowe rzucało jasne swe blaski i na spienione grzbiety fal i na okoliczne zieleniejące wzgórza. 

  Zaręczynowa uczta była przygotowana na pierwszem piętrze, tej samej restauracji, gdzieśmy już z czytelnikami spędzili chwil kilka w altanie. Wielka, piękna sala posiadała pięć czy sześć okien, a na każdem z nich wyryta była nazwa jednego z wielkich miast Francji; drewniana balustrada okalała cały budynek. 

  Od jedenastej zrana sala ta wypełniać się zaczęła mnóstwem niecierpliwych, aczkolwiek uczta na południową dopiero była zapowiedziana godzinę. 

  Wszyscy żeglarze i majtkowie Faraona, a także kilku żołnierzy, przyjaciół Dantesa, wystąpili w paradnych świątecznych strojach, na dowód czci i szacunku dla narzeczonych. 

  Cicha wieść głosiła, że sami nawet właściciele Faraona uczczą obecnością swoją zrękowiny porucznika okrętu. Uważano to jednak za tak wielki zaszczyt, iż niewielu pogłosce tej dawało wiarę. Wszelako Danglars, przybyły z Caderoussem dał zapewnienie, że p. Morrel przybędzie napewno. 

  Jakoż w kilka godzin po nich p. Morrel przybył istotnie, powitany głośnem i jednomyślnem „hurrah” przez majtków Faraona. Obecność właściciela statku stwierdziła również pogłoskę, głoszącą, iż Dantes zostanie kapitanem. Gdy tylko p.  Morrel się ukazał, Danglars i Caderousse pospieszyli natychmiast do narzeczonego, aby mu donieść o przybyciu tak znakomitej osoby, sam widok której sprawiał na obecnych nadzwyczajne wrażenie. 

  Ale zaledwie wspomniani zdołali przebyć kilkaset kroków, gdy mały orszak weselny ukazał się na drodze. Składał się on z czterech młodych panien, przyjaciółek Mercedes, które towarzyszyły narzeczonej, prowadzonej pod rękę przez narzeczonego. Obok Mercedes szedł ojcice Dantesa, za nimi zaś kroczył Fernand, ze złym uśmiechem na ustach. Ani Mercedes, ani Edmund nie widzieli tego uśmiechu. Biedne dzieci! w szczęściu swem świata poza sobą nie widziały. 

  Danglars i Caderousse zawiadomili Dantesa o przybyciu właściciela statku, a po silnem i niby przyjacielskiem uściśnięciu dłoni Dantesa, zajęli miejsca najbliższe w weselnym orszaku: Danglars przy Fernandzie, zaś Caderousse obok starego Dantesa. 

  Uwagę licznych widzów zwracał ubiór starego Dantesa. Starzec miał na sobie suknię z jedwabiu angielskiego, zwanego silk, spinaną haftkami z szerokiemi stalowemi guzikami w kwadrat rzniętymi. Nogi chude, ale muskularne oblekały przepyszne bawełniane pończochy w drobne centki barwne, na milę kontrabandą angielską trącące. Z trójgraniastego kapelusza spadał węzeł wstążek białych i niebieskich. W ręku miał laskę z drzewa kręconego, o rączce w górę zagiętej. Słowem stary wyglądał jak jakiś fanfaronik z 1796 roku, na przechadzce w świeżo otwartym ogrodzie Luksemburskim, albo Tuilleries. 

  Obok niego, jakeśmy już wspominali, kroczył Caderousse, który, ciesząc się nadzieją dobrego wypitku, nie pamiętał już, by się kiedykolwiek boczył na Dantesa. W pamięci jego pozostało wprawdzie jakieś głuche wspomnienie tego, co się poprzedniego dnia działo, lecz się już rozpływało w jakąś daleką mgłę. 

  Danglars, zbliżając się do Fernanda, rzucił nań wzrokiem, jak na wzgardzonego kochanka. 

  Zaś Fernand to bladł, to się znów czerwienił i tak naprzemian zmieniała się barwa jego twarzy. Kiedy, niekiedy spoglądał w stronę Marsylji, a wtedy niepodlegające jego woli drżenie nerwowe przejmowało jego członki. Fernand zdawał się wyczekiwać na jakiś wielki wypadek. 

  Ubiór Dantesa był skromny. Jako żołnierz marynarki kupieckiej nosił strój, który był pośredni między wojskowym mundurem, a suknią cywilną. Pomimo skromnego tego stroju, zwracał uwagę obecnych – tak wielka radość malowała się na jego twarzy. 

  Co do Mercedes, to była ona pięknością najzupełniej grecką, jakby na wyspie Cypr lub Chios się urodziła. Dostojne i pełne wspaniałości jej ruchy i śmiały, pewny siebie krok zdradzał jej andaluzyjskie pochodzenie. Dziewica w fałszu cywilizacji wychowana radość swą ukrywaćby zechciała w fałdach jakiejś zasłony. Mercedes wszelako z odkrytą kroczyła głową, patrząc na wszystko śmiało i radośnie a oczy jej mówiły: „Jeżeli jesteście mi życzliwi, cieszcie się wraz ze mną, bo jestem bardzo szczęśliwa”. 

  Gdy narzeczeni ze swym orszakiem zbliżyli się wreszcie do miejsca uczty, pan Morrel wyszedł na ich spotkanie w towarzystwie swych majtków i żołnierzy, którym już dał obietnicę, że ukochany przez nich Dantes zajmie miejsce zmarłego Leclerca. 

  Edmund, spotkawszy pana Morrela, opuścił swą narzeczoną i podszedł do swego zwierzchnika, zapraszając go do stołu. 

  – Ojcze mój – rzekła Mercedes do ojca Edmunda – ojcze mój, usiądź obok mnie przy stole, po prawej mej stronie, zaś po lewej usiądzie przy mnie ten, który jest mym bratem – dodała ze słodyczą, która jak sztylet ugodziła w serce Fernanda. Usta mu pobladły i zadrgały pociemniałe z rozpaczy oczy. 

  Dantes, ze swej strony, posadził pana Morrela po prawej swej ręce, zaś po lewej jednego ze starców z osady katalońskiej, a bliskiego krewnego Mercedes. 

  I rozpoczęła się uczta podług zwyczajów miejscowych. kończąc się „frutti di mare”, t. j. ostrygami, krabami i tem podobnemi przysmakami, jakie morze daje. 

  – Co za rozkoszny nastrój ma uczta dzisiejsza – rzekł stary Dantes, podnosząc do ust szklankę złotawego wina – jest radość, a niema zbyt grubego śmiechu. 

  – Nie zawsze ma się ochotę do pustego śmiechu – rzekł Caderousse. 

  – Mamy pomiędzy sobą do tego stopnia szczęśliwych, że nie są oni w stanie oddać się rozgłośnej wesołości. 

  Danglars nie spuszczał ani na moment badawczego oka z Dantesa, na którego wyrazistej twarzy malowały się wszystkie doznawane wrażenia. 

  – I cóż na miłość Boga! – rzekł, zwracając się do narzeczonego – dlaczego milczysz tak długo. Czyżbyś miał może jakie złe przeczucia? Przecież wszystko idzie jak nie można lepiej według twych życzeń i myśli. 

  – I to właśnie jakoś dziwnie działa na me nerwy. Człowiek jak się zdaje nie tak łatwo przyzwyczaić się jest zdolen do pełni szczęścia. Szczęście, – to jak owe pałace na wyspach zaczarowanych, bram których strzegą potwory; w walce zwyciężać je potrzeba, a ja, w gruncie rzeczy, sam nie wiem czem zasłużyłem sobie na szczęście zostania mężem mej uroczej Mercedes. 

  – Mężem?!... O, ho, ho!... – zawołał, śmiejąc się Caderousse – za kwaśne to jeszcze dla ciebie winogrona! Sprobuj no tak udać męża wypadkiem, a zobaczyłbyś po niewczasie jakby cię przyjęli! 

  Zarumieniona Mercedes pochyliła tylko głowę. 

  Fernand nie mógł usiedzieć na krześle, wzdrygał się na najmniejszy szmer i co chwila ocierał pot z czoła. 

  – Na honor! – rzekł Dantes – czyż się godzi przymawiać mi, mój sąsiedzie za tak małe uchybienie? Prawda, że Mercedes nie jest jeszcze moją żoną, ale nią będzie – już za niecałe dwie godziny. 

  Wyraz zdziwienia przejawił się na wszystkich twarzach za wyjątkiem starego Dantesa, który roześmiał się na całe gardło i pokazał piękne, zupełnie białe jeszcze zęby. Mercedes uśmiechnęła się, wszelako już bez rumieńców wstydu. Fernand porwał konwulsyjnie za trzonek noża. 

  – Za godzinę? – rzekł Danglars i pobladł – czyż to jest możliwe? 

  – Tak jest, moi przyjaciele – zaspokoił ciekawość zebranych Dantes – dzięki wpływom pana Morrela, któremu po ojcu najwięcej jestem winien na świecie, wszystkie formalności w szybszem tempie zostały załatwione i usunięte trudności. Dałem już na zapowiedzi, a o godzinie wpół do trzeciej oczekiwać nas będzie mer w ratuszu. A ponieważ nie tak dawno zegar wybił godzinę pierwszą, myślę przeto, że nie tak bardzom się omylił, mówiąc, że za dwie godziny Mercedes już będzie panią Dantesową. 

  Fernand przymknął oczy, płomień ognisty błysnął mu z pod powiek, myślał, że padnie zemdlony, lecz zdołał stłumić słabość, nie mógł jednak powstrzymać ciężkiego westchnienia. 

  – To się nazywa nie tracić czasu! – rzekł stary Dantes – wczoraj przybył z dalekiej podróży, a dziś, o trzeciej już mieć będzie żonę! 

  – Jednakże są przecież pewne formalności, jakich tak szybko załatwić się nie da. Akt ślubny naprzykład, lub intercyza – wtrącił Danglars. 

  – Intercyza? – rzekł, śmiejąc się, Dantes – intercyza jest już gotowa. Mercedes nie ma nic, ja – taki sam co do joty posiadam majątek. Nie było więc o czem zbyt wiele pisać, ani za co zbyt wiele płacić. 

  Żart ten wywołał nowe wybuchy śmiechu. 

  – A więc to, cośmy uważali za zrękowiny – rzekł Danglars – jest zarazem i weselem? Cóż to za strata dla przyjaciół! 

  – Broń Boże! – odpowiedział Dantes – nic państwo nie stracicie na tem, bądźcie spokojni. Jutro rano wyjeżdżam do Paryża; pięć dni drogi tam, pięć dni z powrotem i dzień jeden na miejscu... razem dni jedenaście, że zaś dziś mamy 1-go marca, 14-go będę przeto z powrotem i na ten dzień zapowiadam ucztę weselną. 

  Ta nadzieja powtórnej biesiady tak dalece rozochociła zebranych, że stary Dantes, który na początku obiadu uskarżał się na powszechne milczenie, teraz nie mógł przy największych usiłowaniach, przyjść do słowa. 

  W rozgwarze Mercedes spojrzała wypadkowo na zegar, dając następnie rozpaczliwe znaki Edmundowi. 

  Przy stole panowała już niepodzielnie bujna wesołość, rozlewające się po brzegi wesele i ta swoboda osobista, tak zwykła przy końcu uczt u ludzi podobnych usposobień i pokroju. 

  Kto nie był kontent ze swego sąsiada, ten szedł szukać sobie innego. 

  Wszyscy razem mówili, ani myśląc słuchać sąsiada i nikt się o to nie obrażał.