Hrabia August - Aleksander Mańkowski - ebook
Opis

Aleksander Mańkowski (1855–1924) był polskim pisarzem. Studiował w Karlsruhe, Dreźnie i Krakowie. W jego twórczości znalazły się m.in. utwory fabularne, jak „Niedobrana para” (1879), „Pan Wojciech” (1889), „Hrabia August” (1890), „Moja Helenka” (1897), oraz utwory dramatyczne, jak „Dziwak” (1887), „Jadzia” (1901), „Dwużeniec” (1906), „Złodziej” (1906). „Hrabia August” to powieść pisana w formie pamiętnika przez tytułowego hrabiego Augusta. Perypetie, które mu się przydarzają, są w znacznej mierze konsekwencją dokonywanych przez niego wyborów. Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 194

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Aleksander Mańkowski

Hrabia August

Notatki i wrażenia

Warszawa 2012

[Hrabia August]

Warszawa, 15 kwietnia 188*

Każdy przystępujący do spisywania swoich wrażeń lub wspomnień czuje niejako obowiązek wykłamać się przed czytelnikiem i nawet przed samym sobą z pobudek, dla jakich bierze pióro do ręki.

I słusznie, bo choć jeden zasłania się tym, że patrzył na rzeczy ciekawe, drugi tłumaczy się zażyłością i stosunkami z ludźmi wybitnymi, inny znów broni się od przewidywanych zarzutów przysięgą, że tylko dla swoich najbliższych układa kroniczkę, każdy niemal rozwodzi się nad swoją własną i kochaną osobą. Rzeczy ciekawe i ludzie wybitni o tyle tylko nabierają wagi, o ile z samym autorem weszli w zetknięcie. A im kto solenniej zapewnia, że jego nieudolna bazgranina nigdy nie ukaże się w druku, tym mniej mu wierzyć potrzeba.

Co do mnie, mam przekonanie, że najbardziej nieudolna bazgranina, byleby tylko pisana była szczerze, zawsze jakąś wartość mieć będzie.

A teraz muszę i ja opowiedzieć, dlaczego „biorę pióro do ręki”.

Naprzód więc piszę dlatego, że pisać lubię. Pisanie jest zajęciem, które zamiast pobudzać do ruchu przymusza do spokojnego siedzenia w wygodnym fotelu, a ja spokój kocham.

Po wtóre piszę dlatego, że mam pismo ładne, równe i sprawia mi to pewnego rodzaju uciechę niezbyt twardym piórem, czarnym kolorem równo zahaftowywać białe arkusze papieru.

Po trzecie – lubię zajmować się sobą, siebie studiować, notować rozmaite objawy i zmiany we własnej osobie. Choćbym ja tylko jeden miał czytać te ulotne notatki, powinno mi to przynieść korzyść. Jak każdy człowiek, obdarzony duszą i mózgiem, dążę do upatrzonego celu, który się wyraźnie zarysowuje przede mną. Tym celem jest harmonia i piękno. Mając przeto zanotowane, że tu albo tam okazałem się brzydkim, zatem nieharmonijnym, na przyszłość w podobnym wypadku będę się starał być pięknym.

Po czwarte i przede wszystkim piszę dlatego, że mam dużo, że mam bardzo dużo, okropnie dużo zbywającego czasu.

Sen, jedzenie, toaleta zapełniają mi połowę mojego dnia. Co robić z resztą?

17 kwietnia

Zosia przyjeżdża do Warszawy.

25 kwietnia

Zosia co roku piękniejsza i świeższa.

27 kwietnia

Śliczna!

A jednak każdy mężczyzna żenić się nie może. Do tego potrzeba specjalnych zdolności i odrębnego powołania.

Ślub potrafi wziąć każdy, ale żyć potem z kobietą, być jej mężem, umieć być na przemian jej panem albo sługą, starać się jej dawać to, czego się nie widzi i w co się nie wierzy, szczęście, na to potrzeba być bohaterem.

Gdybyż to jeszcze chodziło o jedną tylko kobietę!... Ale ich tu cały batalion.

Kobieta wywdzięcza się mężowi dziećmi, a te znów pociągają za sobą niańki, guwernantki, bony... wszystko to piszczy, kaprysi, krzyczy, choruje...

Jakże tu wyżyć wpośród tego wszystkiego?

Szczęście – to spokój. Absolutnego spokoju nie ma na świecie. Ale można do niego dążyć, szukać go i tak sobie urządzić życie, aby, o ile można, zbliżyć się do ideału. Rodzina ze wszystkim, co za nią się ciśnie w szeregu, jest wrogiem spokoju, wrogiem, tym straszniejszym, że z łaski wszelkich bon i nianiek – w rodzinie przemaga żywioł kobiecy.

A jednak nieprzyjacielem kobiet nie jestem. Przeciwnie tych, którzy się o kobietach odzywają z lekceważeniem, pogardą albo i nienawiścią, jeżeli tylko wierzę w ich szczerość, uważam za ludzi chorych.

Kaleką jest każdy mężczyzna, który nie lubi kobiety.

Kobieta jest ślicznym i misternym cackiem, któremu miło jest od czasu do czasu kilka minut poświęcić.

Ale kaleką jest także mężczyzna, który się cały oddaje kobietom. Życie zanadto jest drogie i krótkie, aby je wyłącznie zapełniać fraszkami.

Nie wpadając w skrajności, kroczę tedy drogą środkową, a tu, jak i wszędzie, droga środkowa jest najlepsza.

W ten sposób, utrzymując się w równowadze, nie dając się unosić ani w prawo, ani w lewo, przeżyłem dotychczas bez szwanku i nie ożeniłem się.

A blisko było już tego.

Prawda, że ja Zosię bardzo kochałem. Kochałem ją całym uczuciem młodego i silnego serca. Kilka lat od tego czasu minęło, a do tej pory nie umiem bez pewnego wzruszenia wspominać tych dawnych dziejów.

Miałem lat dwadzieścia jeden, a ona – szesnaście. O niej myślałem na jawie i we śnie, i po całych dniach śpiewałem śliczną chanson de Fortunio:

Si vous croyez, que je vais dire

Qui jose aimer...

Upłynęło lat kilka, a już mi się ta piosnka nie wydaje tak ładną, i – nie umiem się kochać.

Szkoda!

Zosia dzisiaj piękniejsza, niż dawniej, a jednak, gdy z nią rozmawiam, sprawia mi to tylko przyjemność, nic więcej.

A dawniej tak unosiło!

Dzisiaj mnie tylko mogą poruszyć wspomnienia czasów dawnych. Prawda, że wpośród nich obok Zosi widzę siebie, o lat kilka młodszego, a młodość ma serce świeże, duszę prostą i pełną wiary, która każde złudzenie umie brać za prawdę.

Ja wówczas śniłem, wierzyłem i nawet nie mogłem przypuścić, że na świecie istnieją jakieś ścieżki środkowe. Jak dziki kozioł alpejski, biegałem drogami skrajnymi gdzieś ponad urwiskami i nawet nie dostawałem zawrotu głowy.

Szczęściem cało z młodości wyszedłem i w żadnej przepaści nie zostawiłem kości.

Zosia mnie bardzo kochała. Znaliśmy się od lat kilku.

Było to zagranicą, daleko. Zosia pod okiem rodziców uczyła się grać, śpiewać, malować... jak wszystkie nasze panienki... ja, jak wszyscy nasi panicze, byłem zapisany na uniwersytecie.

Od naszych paniczów tym się chyba różniłem, że gdy oni zawsze tak pilnie uczęszczają na uniwersyteckie wykłady, aż rodzice ich rozpływają się z radości, ja z rzadka tylko chodziłem zobaczyć, czy też się nie przewrócił gmach uniwersytetu, chyba że mnie specjalnie wabiły jakieś wykłady, niewchodzące w program moich poważnych nauk.

Bo, jako przyszły obywatel-hreczkosiej, zapisany byłem na wydziale prawnym. Taka to u nas już moda. Człowiek mający zostać szewcem – uczy się muzyki. Hreczkosiej – studiuje prawo.

Wszakże nie uległem modzie, ale miłości spokoju, która się we mnie objawiała od lat dziecinnych.

Rodziców już nie miałem. Matki nie pamiętam wcale, a ojciec mój umarł, gdy byłem jeszcze dzieckiem.

Zapracował się.

Objąwszy po rodzicach znaczny, ale zadłużony majątek, od młodości gorąco się wziął do pracy, a raz się do niej wciągnąwszy, gdy już miał prawo odpocząć, dalej bez wytchnienia pracował. Praca go zabijała, a jednocześnie bez niej żyć nie umiał. Ciężko już chory, jeszcze się ruszał i krzątał.

Umarł młodo, zostawiając mi wielką fortunę.

Prawdopodobnie takie wytężenie wszystkich sił i zdolności w jednej generacji wywołało w następnej instynktową i niepohamowaną dążność do spokoju. Choć lubię gawędę z lekarzami, nigdyśmy jakoś nie poruszyli tej kwestii. Prawda, że kiedy nas doktor odwiedza, zazwyczaj z nim mówimy o sobie, a nie o rodzicach.

Bądź co bądź, czy to dlatego, że mój ojciec się ruszał, czy też dla innych przyczyn, to wiem z pewnością, iż rzeczą najdoskonalszą na świecie jest turecki kef.

Turcy znają się na rzeczach dobrych. Oni wypoczywać umieją.

Otóż – dla miłości spokoju zostałem studentem na wydziale prawnym.

Z prawników robią dyplomatów, ambasadorów, a do ambasadorów mówi się „Ekscelencjo”!

Tak rozumowali ci, którzy czuwali nade mną i w ogrodzie mojej duszy starali się piękne kwiaty hodować, a wypleniać chwasty.

Nie rozumieli tego, że zostawiając mi znaczny majątek, ojciec już był mi przygotował stanowisko, wyższe od stanowiska ambasadora albo ministra. Miałem prawo zostać człowiekiem, używającym tytułów „wolnego”, „swobodnego”, „niezawisłego”...

Ale nie! Im chciało się mówić do mnie: „Ekscelencjo”.

Dla uniknięcia niepotrzebnych i długich dyskusji wstąpiłem do przyrządu, za pomocą którego wyrabiają patentowanych dyplomatów. Wszakże nie posunąłem swojej powolności do tego stopnia, aby na wykłady prawa uczęszczać. Za to słuchałem wykładów z historii, literatury, sztuki... a przede wszystkim robiłem dalekie wycieczki, szukałem drzew, gór, słońca, powietrza i pilnie uczęszczałem na opery i koncerty.

W teatrze widywałem przeróżne „ekscelencje”. Kłaniały się na wszystkie strony, bo kłaniać się musiały.

Ja, człowiek swobodny, do niczego nie byłem zmuszony, a jeśli się Zosi kłaniałem, to jedynie dlatego, że taka była moja dobra wola.

Prawda, że Zosia była śliczna!

Była tak śliczna, że jej opisywać nie myślę. Zaznaczę tylko jasne jej włosy, nieco kędzierzawe przy skroniach, ładny owal twarzy, duże, inteligentne oczy siwego koloru, cienki, zaokrąglony nosek... Usta, trochę mięsiste, nie przypominały ani korali, ani wiśni, ani żadnej jagody. Miały swój własny różowy kolor, ale musiały być ładne, skoro, patrząc tylko na nie, można było zakochać się w całej osobie.

Wprawdzie ja nie ograniczałem się na ustach. Patrzyłem i na Zosię, a za każdym razem patrzyłem dłużej, mocniej i tęskniej.

Byłem wesół, lubiłem ze wszystkiego żartować. Zosia nie znała prawie nikogo, miała lat szesnaście i zakochała się we mnie.

Żartowanie jest bezwarunkowo jedną z silniejszych broni, którą się zdobywa serce kobiety. Westchnienia, jęki albo pozawracane do góry oczy nudzą ją, jeżeli nie śmieszą. W żarcie jest pewna junakieria, szczególnie jeżeli się żartuje z rzeczy, które tuzinkowy ogół uważa za jakieś świętości, które uznał, które przywykł zgodnie chwalić albo wielbić... na przykład dziwaczne stroje hrabiny Izy albo szeplenienie księżny Natalii...

Kto wobec kobiety targnie się na takie nawet świętości, ten może mieć powodzenie. Pokona ją do reszty, jeżeli z niej samej zacznie żartować.

Ale wracam do Zosi.

Kochaliśmy się strasznie, choć nigdyśmy sobie o tym słowa nie powiedzieli. I na cóż słowa były potrzebne, kiedy doskonale wiedzieliśmy o tym, że się kochamy, i – jak się kochamy; kiedy byliśmy pod tym względem spokojni i wierzyliśmy w siebie.

Ani sobie, ani nikomu nie zwierzaliśmy się z tego, co działo się w naszych sercach. Wszakże ludzie o tym wiedzieli i gadali.

Ludzie zawsze wiedzą to, czego się im nie mówi.

Na naszą miłość łaskawie patrzało oko rodziców Zosi.

Prosta rzecz, iż, gdy dwoje osób składa się na to, aby mieć jedno tylko oko, tak zwane „okiem rodziców”, stan ich jest bliski ślepoty. I czworo oczu – to nie za wiele dla rodziców.

Dzięki urodzeniu i majątkowi przedstawiałem doskonałą partię dla Zosi. Nic więc dziwnego, że jej rodzice tak łaskawie na mnie patrzyli. Sądzę, że gdyby nie wyjątkowa piękność córki, nawet by nie marzyli o tym, iż kiedyś nazwą mnie zięciem.

Ale, choć się zapamiętale kochałem, ani razu nie pomyślałem o tym, żeby się z Zosią ożenić. Nie zastanawiałem się nad tym, czy była dla mnie stosowną partią, bo zawsze miałem wstręt do gatunkowania ludzi na partie i sądzę, że skoro mężczyzna z kobietą szczerze pragną się pobrać, wtedy są zawsze dla siebie najstosowniejszymi partiami, chociażby on był „ekscelencją”, a ona baletnicą. Nikomu nic do tego.

Nie pomyślałem o tym, żeby się z Zosią ożenić, dlatego że w ogóle z nikim nie pragnąłem się żenić.

Kochałem i byłem kochany. Czytaliśmy sobie nasze uczucia w spojrzeniach, ruchach, uśmiechach, dźwięku mowy i dobrze nam z tym było i nie marzyliśmy o czym innym. Żyliśmy teraźniejszością, nie frasując się o jutro.

„Jutro” zatruwa i okwasza najprzyjemniejsze „dzisiaj”.

Z czasem jednak począłem się zastanawiać poważniej nad Zosią i nad sobą.

Nie! Ja nie mogłem na samym wstępie do życia zawiązywać go sobie na zawsze – i dobrowolnie wyzuwać się z jedynego bogactwa, jakie nam ono daje, ze swobody.

Kochałem Zosię, byłem zdolny kochać ją jeszcze długo, ale nie czułem w sobie dosyć sił, aby jej zastąpić i ojca, i matkę, i wujaszków, i ciocie, i wszystko co by dla mnie rzuciła.

Słowem – małżeństwo nie było wynalezione dla mnie.

Jeżeli nawet wówczas przypuszczałem możliwość ożenienia się kiedyś, chciałem przedtem wyzyskać swoją wolność i pokosztować wszystkiego.

A byłem jeszcze ciekawy. To właściwość lat młodych.

Pewnego dnia w poufnej gawędzie ojciec Zosi uchylił nieco przede mną zasłonę, poza którą zwykł był ukrywać swoje najskrytsze marzenia i zobaczyłem w całej nagości to, czego się tylko zaczynałem domyślać.

Liczono na mnie na pewno.

Należało coś na razie wykombinować, ale nie znalazłem jednego słowa. Zacząłem się głupio uśmiechać, a nawet się cicho zaśmiałem:

– Che! chce! Che!

Ojciec Zosi, pełen jeszcze złudzeń, dobrodusznie poklepał mnie po kolanie i także się śmiać zaczął, a jako starszy wobec młodzika i pewny swojej sprawy, śmiał się głośniej:

– Cha! Cha! Cha!

Po czym, naśmiawszy się tak do syta, mocno sobie uścisnęliśmy dłonie. Ojciec Zosi miał ochotę przyprowadzić żonę, aby się z nami śmiała, ale ja wolałem wyraźniejszą rozmowę odroczyć i pożegnałem go. Nie zatrzymywał mnie, nie chcąc zbyt ostro nacierać. Postawiwszy kategoryczne pytanie, dał mi do czasu spokój.

Co miałem robić?

Ponieważ o małżeństwie nie mogło być mowy, należało wycofać się jak najśpieszniej i z Zosią się rozstać.

Serce mi się na tę myśl krajało, ale rozumiałem, że inaczej postąpić nie mogłem. Dalsze bałamucenie jej byłoby okrucieństwem. Zanadto ją kochałem, aby dla własnej przyjemności gotować dla niej łzy i cierpienia.

Wolałem przecierpieć sam.

Z ojcem Zosi nie rozmówiłem się nigdy. Spotkałem go w parę dni po naszej rozmowie na balu, ale nie znalazłem sposobności pomówienia z nim sam na sam. Prawda, że nie szukałem tej sposobności.

Drugi raz go spotkałem trzy lata temu przy zielonym stoliku i zaczęliśmy rozmawiać.

Ja powiedziałem – pik, a on na to – pas, po czym zamilkłem.

Potem znów się odezwał. Powiedział mi karo, a ja odrzekłem bez atu.

W ten sposób w ciągu wieczoru kilkanaście razy pomiędzy nami nastąpiła wymiana myśli, po czym rozeszliśmy się jak najzgodniej. Prawda, żeśmy na współkę wygrali z osiemnaście rubli.

Prawda także, iż Zosia już od lat kilku była zamężna.

Od tej pory już go nie widziałem. Los go na tamten świat wysłał, a mnie zostawił w Warszawie.

Otóż na tym balu, o którym wspominałem, po raz pierwszy Zosię w świat wypuszczano.

W białej sukience, zarumieniona, nieśmiała, uśmiechnięta, wyglądała jak ptaszek, który się z klatki wyrwał do pięknego ogrodu. Nie tańczyła, ale fruwała, nie mówiła, lecz szczebiotała, co chwila urywając rozmowę, jakby spłoszona dźwiękiem własnego głosu w tym tłumie... Ładne dziewczątko na pierwszym swym balu – to cały poemat.

Dziś jeszcze ją widzę w tej białej sukience i napatrzeć się na nią nie mogę.

Boże! Tak to już dawno!

Ale na tym wieczorze, choć na nią patrzyłem, nie zbliżyłem się do niej, nie zapraszałem do tańca, nie rozmawiałem z nią... Serce mi pękało.

Widocznie drażniło ją moje zachowanie. Co chwila na mnie szybko i niespokojnie rzucała okiem.

Grano walce, polki, kadryle, zagrano mazura; tańczyłem trochę przez grzeczność, ale – nie z Zosią.

Zbliżyła się i wybrała mnie do figury.

– Co panu jest? – zapytała i niespokojnie zajrzała mi w oczy. Ręka jej, którą lekko trzymałem, drżała. Chciało mi się płakać.

– Jutro odjeżdżam – odrzekłem krótko.

Zosia zatrzymała się i popatrzała na mnie.

– A... a nauki? – spytała.

– Skończone.

– Jak to? Tak... w środku semestru?

Zosia wiedziała doskonale, co to jest semestr. Ba! Znała nawet nazwiska moich profesorów, rektora, dziekana wydziału prawnego... Wszystko wiedziała.

– Pan już nie wrócisz? – rzekła po chwili.

– Rond – krzyknął młodzieniec, prowadzący tańce, a tak poważnie wyglądał, jak gdyby już był „ekscelencją”. Także studiował prawo.

Zrobiliśmy koło. Poczęto szarpać w różne strony; trzymaliśmy rozmaite ręce, potem je puszczaliśmy; biegliśmy do kominka, a potem do okna; podskakiwaliśmy w jednym miejscu, a sunęliśmy w drugim; następowaliśmy sobie na nogi, mówiliśmy: pardon! Ojcowie i matki, siedzący pod ścianami, migali nam przed oczami, słowem trudno mi było dalej prowadzić rozpoczętą z Zosią rozmowę.

Pracowaliśmy sumiennie, automatycznie, zabawa szła świetnie, ale obojgu nam było bardzo jakoś ciężko.

Po skończonej figurze Zosia wybiegła z salonu. Długo nie powracała, a gdy ukazała się wreszcie, oczy jej wydały mi się lekko zaczerwienione.

Po kolacji nastąpił kotylion.

Nie tańczyłem. Rozsądek kazał mi bal opuścić, ale serce burzyło się przeciw rozsądkowi. Ostatni raz Zosię widziałem. Chciałem się na nią napatrzeć i zostałem.

Zosia miała zaszczyt tańczyć w pierwszej parze z tym, który tańce prowadził; wszakże było widocznym, że bez uwagi słuchała tego, co jej opowiadał. Od czasu do czasu ręką dotykała czoła, od czasu do czasu w moją stronę rzucała trwożne spojrzenia.

Był to jej pierwszy bal. Szła na tę zabawę wesoła, z sercem pełnym uczucia i wiary, szła bawić się, kosztować szczęścia...

Ja jej powiedziałem, że jadę. Po co? Dlaczego jej ten bal zatrułem?

Byłem na siebie zły. Mogłem przecie odjechać, nikomu słowa nie mówiąc, a Zosia byłaby do rana wesoło tańczyła.

Nie! Ja jej brutalnie powiedziałem, że jadę.

Czy chciałem jej dać tym do zrozumienia, że smutny jestem z tego odjazdu?... Nie!

Czy chciałem zobaczyć, jakie na niej ten wyjazd zrobi wrażenie?... Także nie! Wiedziałem, że ją zasmucę.

Więc chciałem po prostu widzieć jej łzy i jej smutek? Zapewne. W poczciwym nawet człowieku tkwi jakaś piekielna ciekawość do łez osoby kochanej i kochającej.

A teraz się na siebie gniewałem.

Zosia podeszła do mnie, trzymając w ręku dekorację, przedstawiającą jaskółkę w pełnym locie i drżącymi palcami przypięła mi ją do fraka, przy czym uśmiechała się smutnie.

– Umyślnie dla pana wybrałam – rzekła nieśmiało, zajrzawszy mi w oczy. – Jaskółka to godło podróżnych.

– Prawda! – odpowiedziałem. – One także odlatywać muszą.

– Ale wracają – szepnęła Zosia i lekko się zarumieniła.

Biedne, biedne stworzenie! Uciekałem od niej, a ona słabymi siłami próbowała mnie zatrzymać... i może się łudziła nadzieją, że moją wolę przełamie.

Przetańczywszy jedno koło, nie patrząc na nią, ukłoniłem się i śpiesznie powróciłem do swego kąta, ale, choć nie patrzyłem, czułem całą siłę jej wzroku, ciążącego na mnie. Czułem, jak swoim spojrzeniem siliła się podnieść moje powieki, umyślnie spuszczone.

Ale byłem silniejszy od tego wątłego dziewczęcia.

Młody prawnik-dyplomata, który prowadził tańce, miał wielką słabość do dekoracji; nie mogąc sobie na piersiach rozwieszać prawdziwych, zadawalał się tymczasowo kartonowymi i bardzo się o nie na wszystkich balach ubiegał. Ponieważ tańczył niezmordowanie i zapamiętale nadskakiwał panienkom, na każdym wieczorze zbierał spore zapasy kotylionowych świecidełek. Rzucał na nie ukośne spojrzenia, lubował się nimi, rachował je, poprawiał te, które się niemocno trzymały, a jeśli przypadkiem zgubił które z nich, szukał go, obiegał salon, zaglądał pod krzesła, a nawet kontrolował cudze fraki w obawie tego, co się w dyplomatycznym stylu nazywa aneksją.

Lubił dekoracje.

Trudno mu to mieć za złe: był młody, a młodość musi mieć swoje ideały. Bez ideałów młodość jest trupią.

Rozmawiając z Zosią, spuścił oczy i zobaczył z przestrachem, że zginęła mu jakaś gwiazdka czy kokardka. Przeprosiwszy przeto tancerkę, wstał z krzesła; rozpoczął swoją pielgrzymkę po salonie, wszystkich się dopytując o swoja zgubę. Szukając, nieznacznie zbliżał się do mnie.

Zosia na mnie patrzyła. Była smutna. Obu rączkami ściskała zamknięty wachlarzyk.

– Kiedy już wie, że jadę – pomyślałem – lepiej, aby się od razu dowiedziała o wszystkim. – I odpiąłem swoją jedyną dekorację, tę, którą Zosia umyślnie dla mnie wybrała.

– Pan nie znalazłeś przypadkiem dekoracji? – zapytał mnie młody dyplomata.

– Owszem – rzekłem, pokazując mu swoją jaskółkę. – Czy ta?

– Ach! Ta. Ta sama! Dziękuję! – zawołał dyplomata bez zająknienia i schwyciwszy dekorację, przypiął ją sobie do fraka.

Ręce Zosi drgnęły konwulsyjnie, zacisnęły się mocniej i złamały wachlarzyk.

– Wie wszystko – pomyślałem. – Tak będzie lepiej.

A jednak ja ją kochałem.

Gdy wachlarz pękł jej w ręku, uczułem, jakby i we mnie coś się złamało.

Uciekłem, nie mając odwagi wytrzymać jej spojrzenia. Nie śmiałem nawet na pożegnanie okiem na nią rzucić.

Wybiegłem na ulicę i długo chodziłem, nie mogąc się uspokoić.

Wróciwszy do domu, rzuciłem się na łóżko, próbując zasnąć. Ale sen nie przychodził. Myśli nawet zebrać nie mogłem. Pojmowałem tylko, że zrobiłem coś okropnego, że ta rzecz okropna nie da się nigdy naprawić.

Zacząłem szlochać, jęczeć, ryczeć...

– Podły! Podły! Podły! – mówiłem do siebie wśród płaczu.

Zerwałem się. Chciałem na bal powrócić, upaść Zosi do nóg i całować je, całować, aż mi przebaczy, aż mi przyrzeknie, że moją żoną zostanie.

Ale już słońce wschodziło. Bal dawno już się skończył.

Płakałem dalej; w końcu fizycznie i moralnie zmęczony, zasnąłem.

Spałem do wieczora. Obudziłem się, zupełnie wypoczęty i trzeźwy, i począłem z rozwagą rozpatrywać to, co wczoraj zaszło.

Mogłem jeszcze wszystko naprawić. Zamiast uciekać z miasta mogłem pobiec do rodziców Zosi, oświadczyć się o nią...

Ale nie! To, co w bezsennej gorączce nazywałem podłością, obecnie mi się przedstawiało inaczej. Zrobiłem to, co zrobić należało, skoro nie miałem zamiaru bałamucenia uczciwej panny, z którą się żenić nie chciałem.

A ja stanowczo żenić się nie chciałem.

O północy opuściłem miasto...

Tych godzin, we łzach spędzonych, nigdy nie zapomnę, bom nigdy tyle nie cierpiał. Ileż to Zosia tejże nocy cierpieć musiała! Była słaba i zależna od rodziców, a miłość jej była może silniejsza od mojej, bo ja jeszcze mogłem rozumować.

Czuwająca nade mną opieka składała się z kawałka wuja i całej ciotki. Wuj mógł mi się tylko częściowo udzielać, bo miał trochę dzieci i dużo wyścigowych koni. Ciotka zaś prócz mnie nie miała nikogo, chyba niezbyt dokuczliwe newralgie.

Opieka spróbowała protestować przeciw temu nagłemu powrotowi wychowańca na jej łono.

Ale wychowaniec, który się kłócić nie lubił, od razu pokazał swoja metrykę, która świadczyła, że miał już lat dwadzieścia dwa.

To był argument wymowny. Wszakże dla formy trochę podyskutowano, choć w gruncie rzeczy moje nauki prawne były dość obojętne i wujowi, i ciotce.

Mój wuj pocieszył się prędko. Nie mogąc mnie „ekscelencją” nazywać, nazwał tak jednego ze swych koni. Pocieszył się do reszty, gdy raz na wyścigach tenże koń właśnie byłby niezawodnie otrzymał pierwszą nagrodę, gdyby nie jakiś osioł, który mu zajechał drogę, nie umiejąc zapanować nad swoim rozhukanym wierzchowcem.

W cztery lata potem Zosia wyszła za mąż za bogatego i porządnego obywatela z królestwa, którego nazywają Anglikiem z powodu niczym niezamąconego spokoju. Zimna krew jego weszła w przysłowie. Podobno się nigdy nie uniósł.

Zosia nie ma dzieci, ale z mężem żyje szczęśliwa. Mówią, że kocha ją bardzo.

Po co ja to piszę? Jaki moralny sens tego wszystkiego?

Usiadłem do dziennika, a to na pamiętniki zakrawa.

Po prostu na widok Zosi rozmarzyła mnie ta cała dawna historia. Potrzebowałem wyspowiadać się, choćby przed samym sobą.

I stawiam sobie pytanie:

– Czy dzisiaj żałuję, żem taki, a nie inny kierunek nadał tej sercowej sprawie? Czy żałuję, że nie ożeniłem się z Zosią, którą kochałem, którą zachwycam się dziś jeszcze?

Nie!

Nie żałuję tego ani dla siebie, ani dla niej. Co się mnie tyczy, spokój i swobodę przenoszę nad wszystko. Co do Zosi, nie byłaby ze mną szczęśliwa. Nie umiałbym być dobrym mężem.

Zatem – wszystko, co się stało, stało się dobrze.

Oto się rozpisałem! Już północ. Mój lokaj łazi po korytarzu i czeka. Chciałby światła pogasić i pójść spać. Gdyby nie deszcz, który padał od rana, nigdy bym nie był tyle napisał. Ale nie mogłem ruszyć się krokiem z domu, zasiadłem więc do dziennika, a raz zacząwszy, nie mogłem już oderwać się od rozpoczętej historii. Nigdy w życiu nie napisałem tak dużo.

Oby to u mnie nie przerodziło się w jakąś manię.

28 kwietnia

Jasnowłosa Zosia przypomina mi boginie Tycjana, a chociaż nie posiada ich form w pełnym rozkwicie, ich zdrowia i siły, w jej skórze jest dużo tego ciepłego kolorytu, jaki się u weneckich mistrzów spotyka, równie jak i jej włosy, które zamiast chłodnej i niezdrowej barwy, właściwej pospolitym blondynkom północy, tłumią w sobie jakieś iskry i promienie; zda się, że to żar, który się kryje pod warstwą popiołu.

Zosia ma typ wenecjanki.

Byłem dziś u niej. Ożywiona, swobodna, przyjęła mnie uprzejmie, ale bawiłem niedługo. Przyjechała tutaj na krótko, bardzo jest zajęta i wyprosiła mnie w końcu od siebie.

I czymże tak zajęta? Naturalnie sukniami i kapeluszami. Nie byłaby kobietą, gdyby jej to nie zajmowało. Nie potępiam kobiet za tę wrodzoną potrzebę strojenia się, jak nie mogę potępiać ładnego ptaszka o barwnych piórach, gdy usiadłszy na gałązce, strzepuje skrzydełka i dziobkiem gładzi piórka, kobieta, niedbająca o stroje, byłaby nienaturalna i brzydka.

Zosia tak się zdawała swobodna, że mimo woli staniałem sobie pytanie, czy jeszcze dawne dzieje pamięta, czy mocniej bije jej serce, gdy je sobie przypomni.

Zdaje się, że ja sam tylko pamiętam. Prawda, że mi nie w głowie ani gałgany, ani kapelusze.

To też jeszcze dzisiaj zawadza mi trochę ta kartka z mojej młodości. Dziś jeszcze widzę i Zosię, i kartonowa jaskółkę, i złamany wachlarzyk...

Być może, iż, jako kobieta, wrażliwsza ode mnie i więcej nerwowa, Zosia w danym razie kochała gwałtowniej i mocniej... ale moja miłość była dłuższa i trwalsza.

W rozmowie parę razy zbliżyliśmy się do drażliwego dla nas wspomnienia, i gdy ja, wzruszony, starałem się rozmowę odwrócić, Zosia była zupełnie spokojna i śmiało mi w oczy patrzyła.

Tak, uczucia mężczyzn są trwalsze, chociaż się objawiają mniej gwałtownie.

Wyszedłem od niej zaintrygowany, ciekawy, co o mnie myśli i w jaki sposób mnie sądzi.

Nie chcę wierzyć, aby trochę czasu i kilkanaście sukni mogło zupełnie wypędzić z serca to, co niegdyś je przepełniało. Ona musi sobie coś przypominać, mój obraz musi się czasem wciskać do jej myśli, trudno więc, aby o mnie nie miała wyrobionego zdania.

I może mnie sądzi fałszywie, może do tej pory nie odgadła, że ucieczka moja była największym dowodem czci i miłości, jaką dać można kobiecie.

Nie mogąc się z nią ożenić, uciekłem, aby jej spokój przywrócić.

A zresztą, skoro dzisiaj ma męża i żyje z nim szczęśliwie, nie ma prawa mnie potępiać. Powinna by mi być owszem wdzięczną.

W każdym razie nie jest to przyjemnym myśleć, że kto inny zajął moje miejsce w jej sercu, że wszystkie uczucia, zachwyty, uznania, cały szacunek oddała innemu, że wobec niego każdy wydaje się jej marną drugorzędną figurką.

Ale czy ona męża kocha w istocie?

2 maja

Kilka razy ją spotykałem. Raz nawet spędziłem z nią wieczór. Zawsze swobodna i śmiała, a chociaż wita uprzejmie, kiedy odchodzę, nie widzę, aby to na niej sprawiało wrażenie. Gdyby mnie potępiała, nie byłaby tak uprzejma. Czułaby się skrępowaną... Zosia przede wszystkim jest szczera.

Wczoraj zrobiłem przy niej wzmiankę o tym, że zacząłem spisywać swój dziennik.

– Dawno już? – zapytała.

– Ze dwa tygodnie.

– Oho!... I pan jeszcze nie rzuciłeś swojej roboty?

– Nie. Dlaczego bym ją miał rzucać?

– Tak... nie... nie wiem... – i Zosia urwała rozmowę.

Czyżby to była jaka daleka aluzja? Być może. Upatruje we mnie brak wytrwałości, ona, która ze mną taka swobodna, gdy ja jeszcze bez lekkiego wzruszenia na nią patrzeć nie umiem.

– Szkoda, że to dziennik! – zawołała Zosia.

– Czemu?

– Wolałabym pamiętnik albo wspomnienia. Pan byś mi je dał przeczytać.

Nieostrożna, po ostrych nożach chodziła!

– Ja bardzo lubię pamiętniki – dodała – czytając je i porównywając z historią, prawdą, faktami, widzi się, ile to zapoznanych przez świat bohaterów żyło albo żyje jeszcze.

Drwiła ze mnie.

– Spotkałby panią zawód, co do mnie – odrzekłem – bo pamiętniki czy dziennik, to, co piszę, piszę dla siebie; po prostu prowadzę rodzaj rachunkowej księgi mojego sumienia.

– Właśnie – powiedziała Zosia.

Drwiła jeszcze; zatem – jeszcze pamięta, osadza mnie i potępia.

Więc dlaczegóż ten rodzaj życzliwości, jaką mi okazuje?

Nie wiem.

To wiem, że pogoda i słońce dopisują ciągle, że Zosia jest ładna. Więc i ja jestem pogodny jak wiosna. Jestem zdrów, czuję w sobie równowagę moralną, harmonię, czuję, iż żyję i cieszę się z tego.

3 maja

Przyjechał Zosi mąż, Anglik. Choć go już nie pierwszy raz widzę, przypatrywałem mu się ciekawie.

Wysoki jest i przystojny. W oczach jego i zaciśnięciu ust maluje się żelazny, nieugięty charakter, ale choć widać, że wie, czego chce, że raz coś postanowiwszy, przed niczym się nie cofnie, widać także, iż ten człowiek nie zechce rzeczy nieprawej. Twarz jego ma jakiś wyraz poczciwy. To też widok jego sprawia wrażenie uspokajające, choć jednocześnie trochę onieśmiela i – mimo woli w jego obecności wszyscy się trochę poprawiają i krygują, pragnąc się przed nim wydać jak najlepiej. Dba się o szacunek tego człowieka.

Słowem – jest sympatyczny, lubo ubiera się brzydko i w ruchach trochę niezgrabny.

Anglik zdaje się bardzo kochać żonę. Wobec niej energia ustępuje mu z twarzy i zostają tylko dobroć i dziwna jakaś pokora.