Opis

Hotel Zaświat już przyjmuje! Krzysztof wraca po latach do rodzinnej miejscowości, by sprzedać dom, w którym się wychował. Tak sielska dawniej kraina lat dziecinnych nie jest już jednak taka jak kiedyś. Powoli ukazuje swoje inne, groźne i mroczne oblicze. Świat, który zapamiętał z czasów dzieciństwa, zmienił się i zdegradował. Powrót do niego nie jest już ani przyjemny, ani bezpieczny, a kolejne wydarzenia popychają bohatera w kierunku tajemnicy, której wcale nie ma ochoty poznawać…

"Nie czytaj tej książki nocą, wieczorem, w samotności, w domu na odludziu, jeśli pracujesz w TVP, to nie czytaj. Lśnienie sobie obejrzyj, szybciej zaśniesz. Polecam!"

Piotr Bałtroczyk

"Polecam tę książkę nie tylko dlatego, że napisał ją mój dobry kolega, ale też dlatego, że mój kolega napisał dobrą książkę. W kabarecie wcielał się w rożne postaci, ale w postać pisarza wcielił się z takim oddaniem, że nim został. Wartka akcja, potoczysty język, kryminalna zagadka, brak ortograficznych błędów - w Hotelu Zaświat warto zatrzymać się na dłużej".

Robert Górski

 

Przemysław Borkowski - urodził się w 1973 roku w Olsztynie, dzieciństwo i młodość spędził w Dywitach na Warmii. Jeden z członków Kabaretu Moralnego Niepokoju. Pisał felietony dla Onet.pl i miesięcznika "Kariera". Współpracował z "Przekrojem", pisząc satyryczne wiersze na ostatnią stronę. W 2009 roku wydał debiutancką powieść "Gra w pochowanego", a w 2011 zbiór opowiadań "Opowieści Central Parku". Uważa, że pisarzem zostaje się po opublikowaniu co najmniej trzech powieści. Ta jest dopiero druga.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 307

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Okładka

Karta tytułowa

Rodzicom

Rozdział 1

Wracał do domu, aby go sprzedać. Swój rodzinny dom, w którym był jego pokój, biurko, przy którym odrabiał lekcje; dom, w którym rozgrywał wielkie bitwy plastikowymi żołnierzykami, na wiele dni zajmujące czasem dywan w dużym pokoju. W którym przeżywał swoje pierwsze miłości i takie tam.

Cóż, tak właśnie toczy się życie. Dom od dłuższego czasu stał pusty. On wyprowadził się już dawno, po studiach zamieszkał w dalekich miastach, tam znajdując rodzinę i swoje miejsce do życia. Jego rodzice, chcąc być bliżej niego i swoich wnuków, wkrótce podążyli za nim. Domu, choć bardzo by tego chciał, nie dało się zabrać.

Rozsądek nakazywał go sprzedać. Pusty, niezamieszkany, popadłby szybko w ruinę, z każdym rokiem tracąc na wartości. Teraz da się wziąć za niego jeszcze dobrą cenę, a pieniądze zainwestować lub przeznaczyć na spłatę kredytu. Rachunek ekonomiczny kontra wspomnienia z dzieciństwa. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, co wygra.

Droga, którą przemierzył tyle razu w życiu, najpierw dojeżdżając do liceum w mieście, potem wracając na święta i wakacje ze studiów, nie zmieniła się ani trochę. Wąska, kręta, z napierającym na nią z obu stron lasem, z pochylonymi nad jezdnią konarami drzew łączącymi się nieomal nad nią w jeden zielony i kręty tunel, wyglądała tak samo jak przed dziesięciu laty. Czymże jest jednak dziesięć lat dla lasu? — pomyślał. A dla niego? Jedna trzecia życia.

Zwolnił, jakby chciał, żeby ta podróż trwała jak najdłużej. Świadomość, że jedzie tą drogą być może ostatni raz w życiu, robiła na nim mimo wszystko pewne wrażenie. Jeżeli sprzeda dom, nie będzie miał powodu, by tu więcej przyjeżdżać.

Droga jednak nieubłaganie zbliżała się do końca. Jeszcze tylko jeden zakręt, potem rzeka i most, a za mostem to już w zasadzie jak w domu. Mija się jeszcze zagajnik, potem cmentarz i już w oddali widać jezioro i wieżę kościoła. A nad jeziorem wieś i jego dom.

Zbyt szybko to trochę zleciało. Ściskało go w żołądku, zupełnie jakby szedł na pierwszą randkę z nowo poznaną dziewczyną. Tuż przed mostem był mały leśny parking. W sam raz, żeby zatrzymać się na nim i trochę ogarnąć sytuację.

Skręcił w prawo i zjechał z drogi. Zaparkował koło starej, rozlatującej się drewnianej altanki. Wyłączył silnik, założył blokadę, zdjął panel od radia, wysiadł i zamknął samochód. Poczekał, aż zapali się kontrolka alarmu, po czym sprawdził, czy wszystkie drzwi są zamknięte. Była to oczywiście nadmierna ostrożność, biorąc pod uwagę fakt, że zaparkował w lesie i dookoła w promieniu kilku kilometrów nie było zapewne nikogo. Należał jednak do ludzi, którzy nie potrafią zrezygnować z wykonania tych czynności, które wykonują zazwyczaj. Po wyjściu z samochodu należało go dokładnie zamknąć, tak przecież robi się zawsze, kiedy wysiada się z samochodu. I nie dało się tego nakazu obejść ani go unieważnić, niezależnie od tego, czy samochód stał w środku miasta, czy w kompletnej głuszy. Taka była sekwencja czynności i po prostu trzeba ją było wykonać. Nie wiadomo, co by się stało, gdyby tego nie zrobił, ale lepiej było nie próbować. Oczywiście, dokoła nikogo nie ma. Ale gdyby przypadkiem ktoś jednak był? Gdyby wyszedł z lasu i zobaczył niezamknięty samochód? Chaos potrafi wcisnąć się w każdą szczelinę, dlatego nie należy zostawiać żadnych szczelin. Istnienie świata zależy od takich rzeczy.

Schował kluczyki i radio do kieszeni. Było chłodno. Jesień przyszła w tym roku wyjątkowo późno, ale w końcu przyszła. Zapiął kurtkę aż pod samą szyję i rozejrzał się wokoło. Z tego miejsca rzeki nie było jeszcze widać. Płynęła w dole dość głębokim przełomem.

Ruszył w jej kierunku. Ścieżka, którą szedł, była szeroka i cała pokryta dywanem opadłych, żółtych i czerwonych liści. W zasadzie była to prawie droga, która powstała pewnie, gdy budowano most. Teraz wykorzystywali ją leśnicy, o czym świadczyły ułożone równo na poboczu co pewien czas sągi drewna.

Dostrzegł wreszcie płynącą w dole rzekę. Szare o tej porze roku wody, na wiosnę lśniły migotliwie, a w lato zieleniały. Gdy był młody, było to jedno z jego ulubionych miejsc. Ściany wąwozu z obu stron porośnięte drzewami i rzeka wijąca się w dole. Miało się wrażenie, że jest się w górach.

Tak… Na dzisiaj dość już tych wspomnień. Jeszcze chwila, a roztkliwi się zupełnie. Pora wracać. Tym bardziej że nie wziął czapki i zimno coraz natarczywiej mu o tym przypominało.

Stanął i wciągnął głęboko powietrze. Wilgotny zapach butwiejących liści. Już miał zawrócić, gdy kątem oka dostrzegł obok siebie ruch. Na gałęzi kilka metrów od niego przysiadł ptak i bacznie mu się przypatrywał. Przekrzywiał głowę to w jedną, to w drugą stronę, łypiąc na niego to prawym, to lewym okiem.

Przez chwilę mierzyli się wzrokiem. Ciekawe, co to za ptak — pomyślał. W zasadzie rozróżniał tylko najbardziej podstawowe gatunki. Nie była to sroka, nie był to wróbel, nie była to sikorka ani nie był to orzeł. Na tym jego wiedza się kończyła. Nie był to też oczywiście struś, ale strusie w miejscowych lasach nie występowały.

Spróbował podejść bliżej. Ptak popatrzył na niego jakby z wyrzutem i odleciał. Niezbyt daleko jednak, przysiadł bowiem na następnym drzewie, kilka metrów dalej. Jego spojrzenie nabrało lekko kpiącego wyrazu.

Wydarzenia przybrały nieoczekiwany obrót. Rozpoczęła się między nimi gra, ptak najwyraźniej próbował go do niej zaprosić. Podobno niektóre gatunki odciągają w ten sposób drapieżniki od swoich piskląt. Tyle że była jesień i wszystkie gniazda były już dawno puste. Cóż, może nasz ptaszek po prostu trenuje?

Podjął wyzwanie i podszedł bliżej. Ptak zgodnie z oczekiwaniami ponownie odfrunął. Przysiadł na kolejnej gałęzi i zadziornie przekrzywiając główkę, bezczelnie patrzył mu się w oczy.

Było to w pewien sposób ekscytujące. Nagle z niczego zrobiło się coś. Jeszcze przed chwilą łaził bez celu po lesie, przywołując słodko-mdłe wspomnienia z młodości, a oto teraz uczestniczy w czymś w rodzaju polowania. On jest myśliwym, a przed nim tkwi zwierzyna. I to zwierzyna, która najwyraźniej usiłuje go do tego polowania zachęcić.

Ptak zniecierpliwiony przedłużającym się bezruchem przeczesał dziobem pióra, po czym przeskoczył na sąsiednią gałąź. No dalej! — zdawał się mówić. — Łap mnie! Nieuprzejmie by było pozwolić mu dłużej czekać. Znów kilka kroków w dół drogi. Znów kokieteryjna ucieczka, a po niej równie kokieteryjna pogoń.

Nagle ptak rozejrzał się, zatrzepotał skrzydłami i jak gdyby nigdy nic odleciał. I to zupełnie bez żadnego ostrzeżenia. Cóż, często w ten właśnie sposób kończą się nasze plany i nadzieje. Człowiek buduje sobie w myślach w miarę spójny świat, mozolnie dopasowuje wszystkie elementy, konstruując gmach porządkujący jakoś rzeczywistość, a ten gmach na jego oczach się rozsypuje.

Uśmiechnął się do siebie zadowolony z udanego porównania i już miał się odwrócić i odejść, gdy wtem, dokładnie na miejscu ptaszka, jak spod ziemi pojawił się zając.

Zdębiał tym razem już zupełnie. Ki diabeł? — pomyślał. Zając zastrzygł uszami i popatrzył na niego zupełnie w ten sam sposób, jak wcześniej ptaszek.

No tego jeszcze dotąd nie grali! Zając na miejscu ptaszka? To znaczy wiadomo, że to przypadek, ale jaki dziwny! Poza wszystkim spotkać zająca w lesie nad rzeką to nie jest wcale takie proste. To już prędzej na polu albo w sadzie. Zając niezrażony jego zdziwieniem pokicał w dół drogi. Potem zatrzymał się, odwrócił łepek i spojrzał na niego.

Co by o tym nie mówić, było to wszystko nadzwyczaj interesujące. Niewiele się namyślając, ruszył w ślad za zającem. Ten zaś, upewniwszy się, że człowiek idzie za nim, kicał tym razem już bez przystanków w sobie tylko wiadomym kierunku.

Trwało to kilka chwil. Schodzili coraz niżej w stronę rzeki. Widać już było dokładnie jej nurt, który w tym miejscu tworzył zakole zewnętrzną stroną wrzynające się w przeciwległy brzeg. Po stronie wewnętrznej była rozległa łacha naniesionej przez rzekę ziemi, dobrze już porośnięta lasem i krzakami. Ku niej to właśnie najwyraźniej zmierzali.

Nagle ni z tego, ni z owego zając zniknął. Wskoczył za kępę trawy i już zza niej nie wyskoczył. I choćby się oczy wypatrzyło, nigdzie nie można go było znaleźć.

Dziwne — pomyślał. — Choć z drugiej strony, biorąc pod uwagę wcześniejsze wydarzenia, wcale chyba nie aż tak bardzo. Ciekawe, co teraz. Nie czekał długo. Już po chwili, dokładnie zza tej samej kępy trawy, za którą zniknął zając, wyszedł lis.

Spojrzeli na siebie jak starzy znajomi. Lis ruszył w kierunku rzeki. Nie szedł jednak prosto. Kluczył, myszkował za leżącymi gałęziami, co i rusz zerkając jednak spod oka na swojego towarzysza.

Co było robić? Ruszył powoli za nim. Zajrzał jeszcze dla pewności za kępę trawy, za którą zniknął zając, ale oczywiście nie znalazł tam niczego. Ani zająca, ani nawet śladów ewentualnego zjedzenia go przez lisa. Zając zamienił się z lisem, i tyle. Jakby uczestniczyli w jakiejś sztafecie.

Zbliżali się coraz bardziej do brzegu rzeki. Nurt na zakolu był dosyć gwałtowny i woda pieniła się tu i ówdzie. Zwłaszcza na konarach przegradzających gdzieniegdzie jej bieg i na zwalonym pniu sosny tworzącym samozwańczą tamę, na której zbierały się liście i śmiecie.

Lis przeszukiwał właśnie resztki obozowiska pozostawionego zapewne przez jednego z wędkarzy. Stare krzesło, którego tylne nogi wryły się zbyt głęboko w ziemię, powodując niebezpieczny przechył do tyłu, puste puszki i słoiki pełniące pewnie funkcję chwilowego więzienia dla dżdżownic tuż przed egzekucją w postaci nabicia ich na haczyk. I oczywiście obowiązkowa butelka po tanim winie.

Nagle lis zatrzymał się w pół kroku i postawił uszy na sztorc. Jego ciało wyprężyło się, ogon wyprostował, a pysk wyciągnął w kierunku rzeki. Jego sylwetka utworzyła jakby strzałkę, która począwszy od nieruchomego czubka ogona, aż po wyciągnięty przed siebie wilgotny i czarny nosek, najwyraźniej coś wskazywała.

Podążył wzrokiem w tym kierunku. Linia, którą utworzyło ciało lisa, kończyła się gdzieś na gałęzi leżącej w wodzie tuż przy brzegu rzeki. Podszedł bliżej, by przyjrzeć się jej dokładniej. Lis skwapliwie ustąpił mu miejsca i odbiegł na bok, nie przestając jednak wpatrywać się w gałąź.

Gałąź, a w zasadzie konar, leżała w płytkiej wodzie, zgarniając przepływające rzeką śmieci. Foliowe torebki rozwieszone na niej niczym żagle na maszcie, opakowania po ciastkach i batonach, małe gałązki, sznurek nie wiadomo od czego. Mniej więcej na środku tańczyła na wodzie zatrzymana podczas swej podróży ku morzu pusta plastikowa butelka.

Było tam jednak jeszcze coś. Jakiś podłużny, blady kształt prawie całkowicie zanurzony w wodzie i tylko z lekka przez nią poruszany.

Podszedł tak blisko brzegu rzeki, jak tylko się dało, lecz mimo to nie mógł dostrzec, co to było. Rozejrzał się wokół w poszukiwaniu gałęzi czy patyka. Lis patrzył tym razem na niego, jakby czekając, co zrobi.

Znalazł wreszcie odpowiednio długą gałąź, oberwał jej boczne odnogi i chwytając się rosnącego przy brzegu drzewa, wyciągnął ją przed siebie, usiłując dosięgnąć dziwnego przedmiotu.

Dwie pierwsze próby zakończyły się niepowodzeniem. Przy trzeciej zachwiał się i o mało nie wpadł do wody. Wreszcie za czwartym razem się udało. Dotknął tajemniczy kształt końcem gałęzi i spróbował przyciągnąć go do siebie. Kątem oka dostrzegł, jak lis oblizuje się nerwowo. Przedmiot musiał być jednak zaczepiony o coś pod powierzchnią wody, bo nic to nie dało. Spróbował jeszcze raz, usiłując tym razem wdusić go głębiej pod wodę, aby odczepić od tego czegoś, co przytrzymywało go pod powierzchnią. To była dobra metoda. Przedmiot najpierw zniknął pod wodą całkowicie, a potem wyskoczył na powierzchnie jak korek.

Jeszcze przez chwilę nie wiadomo było, co to jest. Bywa, że mózg w pierwszej chwili nie jest w stanie dopasować widzianego przez siebie obrazu do przedmiotu, którego kształt przechowuje w swojej pamięci. Zwłaszcza gdy przedmiot uległ pewnej deformacji albo gdy umysł broni się przed tym rozpoznaniem, przeczuwając czającą się za nim nieuniknioną grozę.

Na powierzchni rzeki, przytrzymywana przez leżący w jej nurcie konar, unosiła się, jak dziecięca zabawka w napełnionej wodą wannie, napuchnięta i spęczniała, ciągle jednak dość dobrze przypominająca swój pierwotny kształt, odcięta ludzka ręka.

Rozdział 2

— Nazwisko.

Senny policjant w sennym komisariacie, siedzący za kontuarem ze sklejki. Taki obraz zapamiętał z dzieciństwa i taki miał też teraz przed oczyma.

— Krzysztof Rozkroczny.

— Miejsce zamieszkania.

— Na stałe chyba ciągle zameldowany jestem tutaj. Ulica Jeziorna 4.

Policjant z mozołem wystukiwał jego zeznanie na starej, beżowej maszynie do pisania.

— To pan tutejszy? — zdziwił się.

— Urodziłem się tu i wychowałem, ale od dziesięciu lat mieszkam gdzie indziej. Przyjechałem sprzedać swój dom.

— A, to dlatego pana nie znam! Pracuję tu dopiero od dwóch lat. Straszne zadupie. Wcale się nie dziwię, że pan stąd wyjechał. Sam bym to chętnie zrobił, ale co robić? Przydział służbowy.

Policjant był młody, tłustawy i sympatyczny. Mówiąc, lekko się uśmiechał, jakby przez cały czas chciał zażartować, lecz powstrzymywała go przed tym powaga pełnionej funkcji.

— A który to dom? — Podniósł głowę znad maszyny. — Ten pusty, nad jeziorem? Piękne miejsce. I jaki widok! Sam bym go chętnie kupił. Gdybym oczywiście miał zamiar spędzić na tym zadupiu resztę życia — poprawił się po chwili.

Od kartki w maszynie odkleiła się kalka i opadła na biurko, pokazując im obu swój fioletowy język. Farba na ścianach komisariatu łuszczyła się na potęgę. Z tym że do połowy wysokości łuszczyła się sina olejna, a od połowy i na suficie zwykła biała.

— Widzi pan, w jakich warunkach tu pracujemy? — pożalił się policjant. — Wszystko już tu odnowili: szkołę, urząd gminy, kościół, a komisariat wygląda cały czas jak przed trzydziestu laty. I żeby jeszcze działo się coś ciekawego! Same awantury po pijaku i kłótnie rodzinne. Nuda, że aż można nożem kroić.

— Ale teraz to już chyba nie może pan narzekać. Morderstwo to poważna sprawa.

— Jakie morderstwo? A to… — wzruszył ramionami. — Chodzi panu o tę rękę? To już przebrzmiała sprawa. Brakujący element dawno rozwiązanej układanki. Zresztą to nawet nie był nasz rejon. W zeszłym roku w sąsiedniej gminie facet podczas alkoholowej libacji zatłukł swoją konkubinę kuchennym taboretem, a jej ciało zakopał nad rzeką. Przyszły wiosenne roztopy, rzeka wezbrała i woda wypłukała zwłoki. To przedramię to pewnie z nich. Wie pan, zanim ktoś je znalazł, dobrały się do nich lisy. Co i rusz znajdujemy coś w lesie. A to pewnie rzeka przyniosła.

Wyciągnął kartkę z maszyny, oddzielił oryginał od dwóch odbitych na kalce kopii, po czym podsunął mu wszystko do podpisania. Widząc jego minę, zreflektował się.

— Przepraszam, że tak o tym mówię — usprawiedliwił się. — Zdążyłem się do tej sprawy przyzwyczaić. To oczywiście makabryczna historia, ale co robić. Jaka okolica, takie morderstwa.

Dom, jak to dom, nie ruszył się ani o centymetr. Stał dokładnie tam, gdzie go zostawił poprzednim razem. Wielki, z czerwonej cegły, przykryty blachą. Pradziadek zbudował go na szkołę. Był bogatym gospodarzem, stać go było na taki gest. Potem wybuchła wojna, pradziadka zabrali Niemcy i dla siebie domu zbudować już nie zdążył.

Rodzina zamieszkała więc w tym. Wielkie, wysokie pokoje z dużymi oknami, przeznaczone pierwotnie na klasy, ogromny strych, gdzie miały być mieszkania dla nauczycieli — nikt we wsi nie miał takiego domu. Po wojnie zresztą rzeczywiście urządzono w części domu szkołę. Jego mama, idąc na lekcje, wychodziła z domu jednym wyjściem, obchodziła go z lewej strony i wchodziła drugim. Potem zbudowano nową szkołę i dom znów był cały ich. Jego babcia urządziła wtedy w jednej z byłych klas kaplicę. Wzięła stare szkolne ławki, ustawiła je jak w kościele, kupiła wielki obraz, lichtarze i sztuczne kwiaty. Kiedy ksiądz chodził po kolędzie albo święcił pokarmy na Wielkanoc, przyjmowano go zawsze w tej kaplicy. Kiedy zaś babcia umarła, jej trumnę na katafalku postawiono pod wielkim obrazem. Rodzina i znajomi przychodzili ją pożegnać, a stare kobiety ze wsi płakały i śpiewały kościelne pieśni.

Stał tam wtedy razem z innymi, a starzy mężczyźni z jego rodziny patrzyli na niego, jak się patrzy na kogoś, kto przedłuża ród. Z ciekawością, uwagą, niepokojem, z pytaniem we wzroku, czy jest godny być wnukiem tej starej, mądrej kobiety, która właśnie umarła.

A kiedy na podwórzu zapiał kogut, jeden z nich powiedział:

— Po co piejesz, koguciku? Po co piejesz? Twojej pani już przecież nie ma…

Swoją drogą to ciekawe, ile historii przechowuje w sobie taki dom. W jego pokrytym blachą dachu można było jeszcze znaleźć dziury po odłamkach bomb z czasów wojny. Kiedy mocno padało, ciekła przez nie woda. Nie na tyle jednak, by chciało się je komuś załatać.

Taki wielki, stary dom działa zresztą na trochę innej zasadzie niż współczesne domy. Tam wystarczy odrobina wilgoci i już pojawia się zaciek, farba zaczyna się łuszczyć, na tynku wyrastają purchle, potem wdaje się pleśń. Stare domy są jak organizmy, mają w sobie wewnętrzny mechanizm samoregulacji. Nawet jeśli do środka nacieknie trochę wody, to ta woda potem gdzieś wsiąknie, wyschnie albo zostanie wchłonięta, spożytkowana w jakichś wewnętrznych, tajemnych procesach. Przecież wszystko — glina na cegły, drewno na stropy, nawet blacha na dach i pokrywająca ją smoła, to owoce tej ziemi, na której dom stoi. Nic więc dziwnego, że dom wrasta w nią, z czasem staje się jej częścią, naroślą na jej obliczu, jak grzyb albo drzewo, które są jednocześnie czymś innym i tym samym co ziemia, na której rosną.

Otworzył drzwi kluczem, choć w zasadzie była to niepotrzebna formalność. Wystarczyłoby je mocniej pchnąć albo kopnąć, a otworzyłyby się same. Nikt przecież jednak nie robi takich rzeczy. Taki sposób otwierania drzwi zarezerwowany jest dla Niemców i rosyjskich żołnierzy. I jedni, i drudzy skorzystali z niego zresztą w czasie ostatniej wojny. Niemcy zabrali wówczas pradziadka, a Rosjanie zegarek i posrebrzane sztućce. Od tego czasu przyjęło się w jego domu Niemców nienawidzić, a do Rosjan czuć głęboką pogardę. Oba te uczucia, choć nie wprost, przeszły także na niego. Gdy jego myśli operowały na odpowiednim poziomie ogólności, wtedy był za pojednaniem i przebaczeniem. Jednak gdy schodziły do poziomu spraw codziennych i zwykłych, niechęć nagle wypływała. Wystawiała głowę podczas relacji sportowych, kiedy czytał gazety i na wakacjach, gdy słyszał nagle jeden z tych dwóch języków. Trzy pokolenia to widać za mało, żeby zapomnieć.

Wszedł do sieni. Nie było to główne wejście. Główne wejście zaopatrzone w ganek znajdowało się od frontu. Było ono jednak używane tylko przy szczególnych okazjach — ślubach, pogrzebach, wizytach księdza. Na co dzień wchodziło się od tyłu, od strony podwórka. To by nawet nie wypadało tak przy byle okazji pchać się głównym wejściem. To jakby ubrać się w garnitur i pójść ciąć słomę na sieczkę. Tylne wejście było bardziej niezobowiązujące, zwyczajne, swojskie. Tylnym wejściem można było wchodzić i wychodzić, ile tylko się chce. Głównym wejściem było trochę strach.

Wszedł więc tylnym wejściem. Nie mógł zresztą inaczej — nie miał klucza od drzwi frontowych. Był on gdzieś w środku domu. Ale gdzie? Kto to mógł wiedzieć? Ostatnio w jego rodzinie nie było ślubów — jego odbył się zupełnie gdzie indziej — ani, Bogu dzięki, pogrzebów. A i ksiądz od pewnego czasu zachodził tylnym wejściem, zwyczajnie, jak wszyscy. Drzwi więc zarosły jak dawno przekłute ucho, w którym nikt już nie nosi kolczyka, i nie wiadomo, czy dałoby się je w ogóle otworzyć.

W sieni czuć było jeszcze zapach mleka i jabłek. Było to najchłodniejsze miejsce w całym domu, tu więc zawsze stały kanki z mlekiem, skrzynie z jabłkami i wiadra z wodą przyniesioną ze studni. Tutaj też rezydowały koty, bowiem na wsi koty muszą być w każdym domu. Jako że w każdym domu muszą być też i myszy.

Z sieni, gdzie dziadek zostawiał ubłocone gumiaki i przebierał się w domowe rzeczy, wiodły schody na górę i drzwi do kuchni. W kuchni był piec z żeliwną płytą i fajerkami, miejsce do mycia oddzielone zasłonką, mały kuchenny stół i lampka z abażurem zrobionym z pocztówek. Dopiero z kuchni wchodziło się do innych pokoi. Na lewo do jednego, a na prawo do drugiego. Z tamtych zaś do trzeciego i czwartego.

Dom, z którego wyprowadzili się ludzie, zawsze sprawia przygnębiające wrażenie. Na podłodze walają się kartki i stare gazety. Po kątach albo na parapetach stoją kubki z utrąconymi uchami, poobijane garnki, koślawe krzesła, komody bez szuflad. Wszystko, co było zbyt stare lub zbyt zniszczone, by opłacało to się zabierać. Ranni żołnierze wielkiej armii pozostawieni własnemu losowi. Przedmioty będące kiedyś dumą swych właścicieli, dziś opuszczone i zdradzone przez człowieka.

Przeszedł wolnym krokiem po pokojach. Z tych drzwi do tamtych, potem z tych do tamtych i z tych do tamtych. Można było obejść cały dom naokoło, przechodząc z pokoju do pokoju. W każdym pokoju zaś piec kaflowy, duże, dzielone na sześć okna i podłoga ze skrzypiących, pomalowanych na ceglasty kolor desek. Wszedł z powrotem do kuchni, tym razem z drugiej strony. Pozostało do odwiedzenia jedno miejsce — jego pokój.

Wrócił do sieni i po drewnianych schodach wszedł na górę. Na poddaszu były trzy pokoje pełniące w różnych okresach różne funkcje. Kiedyś mieszkania dla nauczycieli, potem składowiska niepotrzebnych rzeczy, ostatnio ponownie pomieszczenia mieszkalne. W jednym jego ojciec urządził sobie coś w rodzaju gabinetu, choć gabinet kojarzy się raczej ze skórzanym fotelem i biblioteką, a to było po prostu miejsce, gdzie ojciec trzymał swoje rzeczy i gdzie zaszywał się, by czytać ulubione książki. W drugim był jego pokój, a trzeci służył nie wiadomo do czego. Stały w nim meble, które były jeszcze zbyt dobre, by je wyrzucić, ale które nie były już do niczego potrzebne. Z pomocą tych mebli urządzono coś w rodzaju atrapy normalnego pokoju. Stało tam biurko, szafa i tapczan. Wszystko to sprawiało wrażenie zwykłego pokoju, tyle tylko, że nikt tam nie mieszkał i do niczego to nikomu nie było przydatne.

Wszedł do swojego pokoju. Na jego drzwiach od wewnętrznej strony wisiała jeszcze mapa Europy, na której w podstawówce planował wielkie powstanie przeciwko Związkowi Radzieckiemu. Powstanie, którego oczywiście miał być przywódcą. Niestety zanim dorósł, Związek Radziecki sam się rozpadł, musiał więc szukać innej roboty. Ta, którą znalazł, nie była zła, ale cóż — nie było to jednak to samo.

Uśmiechnął się do siebie. Jego pokój przedstawiał równie żałosny widok jak cała reszta domu. Opuszczony, pozbawiony wszystkich rzeczy, które nadawały mu kiedyś charakter, odarty aż do kości, nie wiadomo dlaczego skojarzył mu się nagle z czaszką Yoricka, którą Hamlet odnalazł kiedyś na cmentarzu. Podobnie jak ona jednocześnie przywoływał we wspomnieniach kształty przeszłości i budził smutek swoim dzisiejszym wyglądem.

Cały jego dom był taką czaszką Yoricka — uznał po chwili. Pozbawiony ludzi, mebli, firanek, serwetek, kwiatów w doniczkach, lampek nocnych, poduszeczek na kanapie, pamiątek z wakacji, był tylko pustą skorupą, martwym czerepem, tym żałośniejszym, że widoczne w nim były jeszcze ślady dawnego życia.

Podszedł do okna. To była jedna z rzeczy, które lubił najbardziej w swoim domu — widok z okna. I to się akurat, całe szczęście, nie zmieniło. Zielone wody jeziora ciągnęły się od lewej do prawej strony, za nimi widać było wzgórza porośnięte lasem. Jezioro, przy którym pobudowano wieś, było długie i dość wąskie. Z okna, przez które patrzył, nie było widać ani jego początku, ani końca. Wyglądało to trochę, jakby rzeka toczyła swoje wody u stóp łagodnej skarpy, na której szczycie stoi dom. Kiedy był mały, często śniło mu się, że nagle budzi się w nocy i widzi, jak wody jeziora podchodzą aż pod jego okna. Wstawał wtedy, pakował swoje żołnierzyki do drewnianej walizeczki z zestawu „mały majsterkowicz” i szykował się do ucieczki. Nie czuł wówczas strachu, raczej pełną zaciekawienia i w sumie dość podniecającą grozę. Oto działo się coś niezwykłego, coś trochę przerażającego i niebezpiecznego, ale jednocześnie pięknego i wspaniałego. Kochał to jezioro i jeśli czegoś mu brakowało w jego dzisiejszym życiu, to właśnie tego widoku z okna.

Nie wszystkie meble z jego pokoju zostały jednak wyniesione. Na przeciwległej do drzwi ścianie, na prawo od okna stał jeszcze jego dawny regał. Kupiony w czasach, kiedy o żadnym wyborze koloru czy stylu nie mogło być nawet mowy, bo brało się to, co było, wyglądał jak szereg pozbijanych ze sobą drewnianych pudełek. Ów wyblakły, spłowiały kolor nie był skutkiem upływającego czasu, bo o ile mógł sobie przypomnieć, straszył już od samego początku. Mimo to dobrze pamiętał, jak cieszył się, gdy ten regał stanął w jego pokoju.

Otworzył pierwszą z brzegu szafkę. Także i tu zadekowało się kilku maruderów. Poprzecierana poszewka na kołdrę, stare wełniane skarpetki prawie pozbawione już pięty, spodnie dawno już za małe na kogokolwiek. A tu, proszę, jego stary plecak! Z dwiema nie wiadomo po co wystającymi ze stelażu ku górze metalowymi rurkami, których przeznaczenia nie znał do tej pory. Można było w nie co najwyżej wetknąć dwie chorągiewki, ale nie sądził, by do tego właśnie służyły.

Sięgnął tym razem do szuflady. Jakieś linijki, cyrkle, długopisy. Zestaw dwudziestu czterech różnokolorowych flamastrów przywiezionych z Czech. Były tak piękne, że żal mu było ich używać, w związku z czym po pewnym czasie wyschły, leżąc bezużytecznie w szufladzie.

A to co? Na dnie szuflady leżał stary zeszyt w szarej okładce. To ci dopiero znalezisko archeologiczne! Otworzył go delikatnie na pierwszej stronie. W środku znajdowały się opisy bitew, jakie toczył za pomocą swojej armii plastikowych żołnierzyków. Każdy zaopatrzony był w dokładną datę i stosowne mapki pokazujące rozmieszczenie wojsk i kierunki natarcia. Niektóre z tych bitew układały się w całe kampanie! Budowane były i zdobywane zamki, warowne obozy, czasami całe miasta. Zakres historyczny był bardzo szeroki — od bitew napoleońskich, przez walki Indian z amerykańską armią, po kampanię wrześniową 1939 roku. Sam z ołówków budował armaty, sklejał z kartonu czołgi. Miał obozowisko indiańskie z namiotami wyciętymi z kartek papieru i karabin maszynowy zrobiony z ołówka i kilku szpilek. Gdzie to wszystko teraz jest? Zdradził swoją armię, zostawił ją samą…

Rozdział 3

— Witam pana sąsiada! — tubalny głos dopadł go, kiedy zamykał z powrotem drzwi na klucz. Człowiek, który stał na podwórku, wyglądał dokładnie tak, jak powinien wyglądać ktoś obdarzony takim głosem. Wysoki, brodaty, niosący przed sobą wielki brzuch, jakby dźwigał oburącz worek ziemniaków. Ubrany był w grubo dziergany szary sweter i niebieskie dżinsy na szelkach.

— Dzień dobry — odpowiedział, chowając klucze do kieszeni.

— Pan jest właścicielem tego pięknego domu? — spytał brodacz z emfazą w głosie. — Witam bardzo serdecznie, Grzegorz Smoczyński. Jestem pana sąsiadem zza płotu.

Podali sobie ręce z lekkim skinieniem głowy.

— Krzysztof Rozkroczny, miło mi.

— Nie zna mnie pan, kupiłem swój dom pięć lat temu, ale ja, można powiedzieć, znam pana. Pańska matka ciągle o panu opowiada.

— Jak to matka — odpowiedział.

— A z pana ojcem polowałem. Byliśmy razem w kole łowieckim.

— O, to pan poluje?

— Czy ja poluję? — zaśmiał się brodacz. — Ja proszę pana najchętniej nie wychodziłbym z lasu. Gdyby nie żona, pewnie bym tam zamieszkał. A co u pana szanownego tatusia? Nie brakuje mu polowań?

— Pewnie brakuje. Ale co robić?

— A pana nie korciło nigdy, żeby sobie zapolować?

— Trochę korciło. Ale wie pan, w mieście trudno o dzika.

— To prawda — roześmiał się sąsiad, aż zadźwięczały szyby w oknach. — A może wpadnie pan do mnie na herbatkę? Co będziemy tu stać na zimnie jak jacyś Eskimosi?

— Czemu nie? Dom wyziębiony, trochę zmarzłem. Przydałoby się coś ciepłego.

— Oj, za długo pan mieszkał w mieście! Niech pan spojrzy na mnie. Mam na sobie tylko sweter, a jest mi ciepło. No, ale noszę z sobą grzejnik — poklepał się po brzuchu.

— Proszę bardzo, herbatka. — Na stole przed nim pojawiła się szklanka z zalaną wrzątkiem papierową torebką. — Tylko nie ma cukru. W cukierniczce się skończył, a nie wiem, gdzie żona trzyma.

— Nic nie szkodzi, i tak nie słodzę.

Kuchnia, w której siedzieli, wyłożona była drewnianą boazerią pamiętającą jeszcze poprzednich właścicieli.

— A gdzie szanowna małżonka?

— Pojechała do miasta, do sklepu. Jak raz w tygodniu nie odwiedzi supermarketu, chora jest. Mówię jej: tu przecież można wszystko kupić. A to, co zaoszczędzisz na cenie, i tak wydasz na benzynę. Ale nie. Bo tam świeższe, bo tam większy wybór. Musi to lubić.

Brodacz wyciągnął torebkę ze szklanki, odsączył ją na łyżeczce i odłożył na spodek. Zamieszał machinalnie, dostrzegł bezsensowność tej czynności i przerwał w pół ruchu.

— A ja z kolei słodzę — powiedział. — Zazwyczaj… — dodał ponuro.

Przez chwilę siedzieli w milczeniu.

— A co się stało z poprzednimi właścicielami? — spytał Krzysztof.

— Stary Kolasa umarł, a Kolasowa wyjechała do Niemiec do córki. Wie pan, jak to jest na wsi: starzy umierają, a młodzi wyjeżdżają…

— Ale pan przyjechał.

— Do roboty, panie złoty. Weteryniarz jestem.

— Jest pan weterynarzem? Piękny zawód…

— Nie weterynarzem, tylko weteryniarzem. Weterynarz to w mieście pieski leczy. W klinice dla zwierząt. A ja do krów, świń, koni na wizyty domowe do obory chadzam. Prosty ze mnie weteryniarz.

— I co, leczy pan zwierzęta, a potem po pracy do nich strzela?

— No. Ja przecież wiem najlepiej, w co trafić — roześmiał się jowialnie. — Zresztą, wie pan, to działa antystresowo. Jak mnie jakaś świnia w pracy zdenerwuje, biorę strzelbę, jadę do lasu i bach, bach! Biorę odwet.

Przez okno w kuchni widać było jezioro. Z lasu po drugiej stronie unosiła się stróżka dymu z ogniska.

— Słyszałem, że chce pan sprzedać swój dom? — spytał po chwili Smoczyński. — Już tu przychodzili różni oglądać.

— Tak, wie pan, trochę mi żal, ale nikt w nim nie mieszka, to co mam robić? Ma się rozsypać? Niech lepiej komuś służy.

— Piękny dom! Nie to co ten mój betonowy sześcian. Szkoda, że nie sprzedawał go pan pięć lat temu, to bym ja go kupił. I co, jest ktoś zainteresowany?

— W zasadzie jestem już umówiony. Przyjechałem tu, żeby sfinalizować sprawę. Pan Janusz Wrona, ten, co ma zajazd za drogą, chce go kupić. Chce tu urządzić pensjonat czy coś w tym stylu.

— Wrona, pan mówi… — brodacz pokiwał głową w zamyśleniu.

— Zna go pan?

— Tu się wszyscy znają — odpowiedział gospodarz.

Do jeziora schodziło się skarpą, na której stał dom. Trzeba było wyjść tylnym wejściem, obejść dom dookoła, wyjść przez furtkę w płocie, przejść przez drogę i jedną ze ścieżek ruszyć w dół zbocza. Dom stał frontem do jeziora, większość okien i główne wejście wychodziły więc na nie. Droga biegła tuż pod oknami, choć w zasadzie, co to była za droga? Jeszcze jak był tu poprzednim razem, wysypana była żużlem i popiołami z pieców stojących przy niej domów. Jego ojciec całymi latami zasypywał nimi koleiny i dziury, które jednak i tak zawsze nieodmiennie się odradzały. Teraz droga wyłożona była betonową kostką i zaopatrzona w porządne krawężniki, choć i tak ciągle była na tyle wąska, że dwa samochody mijały się na niej tylko z wielkim trudem.

Tuż za drogą, naprzeciwko furtki, rósł duży krzak głogu. Aby dojść do jeziora, można było go obejść albo z lewej strony i zejść potem ścieżką łagodnie idącą wzdłuż skarpy, albo pójść jeszcze trochę drogą w prawo i zejść stromo w dół drugą ścieżką zaczynającą się tuż pod domem, w którym teraz mieszkał Smoczyński. Pierwsza ścieżka była dłuższa, za to łagodniejsza, druga krótsza, ale bardziej stroma.

Odruchowo wybrał tę pierwszą. Nabrał tego zwyczaju jeszcze w czasach, gdy w domu Smoczyńskiego mieszkała stara Kolasowa. Była to kobieta niezwykle miła i sympatyczna, która równoważyła jednak wszystkie swoje zalety jedną wadą — niesamowitym wprost gadulstwem. Jeśli dostrzegła cię przechodzącego pod jej oknami, byłeś stracony. Mogłeś potem godzinę spędzić pod płotem, odpowiadając na kolejne pytania i wysłuchując kolejnych opowieści o jej dzieciach, o jej ogródku, o jej psie i o czym tam jeszcze, próbując wielokrotnie zakończyć rozmowę, żegnając się kilkanaście razy, kilkanaście razy ruszając z miejsca i kilkanaście razy stając przygwożdżony kolejnym pytaniem. O tak! Znał doskonale każdą sztachetę w jej płocie i każdy szczegół elewacji jej domu. Znał się po imieniu z każdym kamieniem leżącym wzdłuż jej płotu. Kilka kroków — opowieść, kilka kroków — opowieść. Jej słowa były lepkie jak pajęcza sieć. Nawet kiedy udawało mu się wreszcie przekroczyć magiczną linię wyznaczającą koniec jej posesji, te słowa ciągnęły się za nim jak zerwane pęta, gdy wykrzykiwała jeszcze w jego stronę jakieś szczególnie ważne rzeczy, których nie zdążyła mu opowiedzieć.

Obszedł więc głóg z lewej strony i ruszył w dół zbocza. Powinno się nazwać to miejsce „Rondo imienia Kolasowej” — pomyślał. Mieszka gdzieś sobie kobiecina w Niemczech u córki, żyje albo i nie żyje, a on tu ciągle zachowuje się tak samo, jakby cały czas czyhała na niego za swoim płotem z naszykowanym jak lasso jęzorem.

Ścieżka schodząca w stronę jeziora nie była zbyt długa ani specjalnie stroma. Szło się nią nie więcej niż kilkadziesiąt metrów. Kiedyś była tu łąka należąca do jednego z dalszych sąsiadów. Stała tu nawet szopa, w której sąsiad trzymał konia. Potem koń zdechł, łąka zarosła chwastami, ale resztki szopy ciągle tu stały. Jego ojciec chciał odkupić tę łąkę, żeby mieć działkę aż do samego jeziora, jak mieszkający kilka domów dalej lekarz, ale sąsiad nie chciał się zgodzić. Pewnie trochę z chłopskiego uporu, a trochę z obawy, żeby ktoś nie miał lepiej od niego. No bo kto to widział, żeby taki dom i do tego jeszcze działka aż do samego jeziora?! Nie można było do tego dopuścić.

Przeszedł koło resztek szopy, minął płot składający się ze zmurszałych, wkopanych w ziemię drewnianych palików i rozpiętego na nim niemiłosiernie zardzewiałego kolczastego drutu i dotarł nad jezioro.

Uwielbiał ten zapach. Zapach trzciny, wody i butwiejących w niej liści. Najbardziej intensywny był on wiosną, ale i teraz czuć go było wyraźnie. To i zapach sosnowego lasu wieczorem po upalnym dniu. Jeszcze oczywiście zapach świeżo ściętej trawy, suszącego się siana, kwitnącego jaśminu i rzepaku. Ale te dwa najbardziej. Gdyby ktoś kiedyś wyprodukował takie perfumy, wydałby na nie wszystkie pieniądze.

Wszystko wydało mu się tu teraz jakby mniejsze i bardziej zarośnięte. Trzciny rozrosły się tak, że prawie nie było zza nich widać tafli jeziora. Ścieżka idąca wzdłuż brzegu niemal zniknęła pod naporem krzaków, chwastów i sięgających mu do pasa pokrzyw. Kiedyś wydawała się szerokim, bitym traktem, teraz ledwo się przez nią przedzierał. Może ludzie przestali nią chodzić? Po co zresztą chodzić nad jezioro, gdy tyle ciekawych rzeczy jest w telewizji?...

Skręcił w lewo. Nie wiadomo dlaczego, zawsze obchodził jezioro właśnie z tej strony. Z lewej na prawą. Zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Jakby w przeciwną stronę założona była jakaś blokada.

Ciekawe dlaczego — pomyślał. Robił to machinalnie, bezrefleksyjnie i zawsze tak samo. Jakby pójście w drugą stronę było fizycznie trudniejsze, jakby materia w tamtą stronę stawiała większy opór. Oczywiście zdarzyło mu się raz czy dwa obejść jezioro w przeciwną stronę i nic specjalnego się nie stało. Świat się w każdym razie nie skończył. Ale było to dziwne i wolałby tego nie powtarzać. Z podobnych powodów w kościele zawsze siadał po lewej stronie, a w restauracji przy oknie, i to tak, żeby widzieć wejście.

Przedarł się wreszcie przez nabrzeżne chaszcze i wyszedł na trochę szerszą drogę. Jeździły nią ciągniki z pól, czasem samochody z wędkarzami, była więc porządnie wyjeżdżona i zaopatrzona w dwie pokaźne koleiny, pomiędzy którymi rósł długi pas trawy i chwastów. Tu też wreszcie znalazł pierwsze w miarę porządne dojście do jeziora.

Kucnął nad wodą i zanurzył w niej palce. Wydawała się ciepła, cieplejsza w każdym razie niż powietrze. Spojrzał na taflę jeziora. Była gładka, prawie niezmącona.

Dno pokrywały butwiejące trzciny i gałęzie z rosnących w pobliżu wody drzew. Widać było wyraźnie przeciwległy brzeg, a na nim „plażę”, czyli kilkunastometrowy niezarośnięty trzcinami fragment brzegu z w miarę piaszczystym dnem, gdzie kiedyś (a pewnie i teraz) przychodzono się kąpać. Gdy był w szkole podstawowej, wśród jego kolegów krążyła uparcie powtarzana legenda, według której na dnie jeziora spoczywa zatopiony niemiecki czołg. Podobno jego załoga, uciekając przed Rosjanami, usiłowała przejechać po zamarzniętej tafli. Była to ich jedyna droga ucieczki. Niestety, lód się załamał i czołg wraz z załogą zatonął. Mówiono, że w upalne lata, gdy poziom wody jest niski, można go nawet dostrzec. Nic dziwnego, że młodzi chłopcy organizowali całe wyprawy poszukiwawcze, aby go odnaleźć. Zbijało się tratwę z desek, wkładało między nie styropian i na tej konstrukcji wypływało na środek jeziora. Potem skakało się na głowę, usiłując zanurkować jak najgłębiej. Latem woda w jeziorze była zielona, już półtora metra pod powierzchnią nic nie było widać. To w czasie jednej z takich wypraw stracił przywiezione z wczasów w Bułgarii płetwy. Od tej pory wody jeziora kryły już dwie tajemnice — niemiecki czołg i dwie czarne, gumowe płetwy.

Potem śniło mu się, że wody jeziora opadają, odsłaniając pokryty zielonym nalotem niemiecki czołg, a w nim cztery szkielety w hitlerowskich hełmach.

Swoją drogą to ciekawe, czy ten czołg naprawdę gdzieś tam jest — pomyślał. Opowieść wydaje się dość prawdopodobna, choć z drugiej strony niezwykle łatwo byłoby coś takiego wymyślić.

Ruszył dalej. Droga przecinała teraz rów z wodą łączący jezioro z pobliskim stawem. Którejś wiosny roztopy przyszły tak nagle, że wezbrana woda rozmyła w tym miejscu drogę, pozostawiając zamiast niej piaszczystą wyrwę. Na jej dnie toczył swe wody brunatny, wzburzony strumień, w który nagle zamienił się mały kanalik. Ciągniki nie mogły dojechać na pola, aby rozpocząć wiosenne prace, ale dla nich ta mała katastrofa stała się niezwykłą, ekscytującą przygodą. Oto nagle niedaleko ich domów pojawiła się Amazonka. Przybiegali tu po szkole, stawali nad powstałym świeżo kanionem i z roziskrzonymi oczami wpatrywali się w potęgę żywiołu przewalającą się pod ich stopami. Co odważniejsi przeskakiwali nawet na drugą stronę, ryzykując kąpiel w błotnistej i zimnej wodzie. Ryzyko to jednak się opłacało. Kto udanie przeskoczył na drugą stronę i z powrotem, stawał się bohaterem, kimś na miarę Amundsena. Potem przyjechały spychacze i zasypały wyrwę. Zanim to się jednak stało, umieścił na jej dnie małe metalowe pudełko po herbacie z listem do przyszłych pokoleń. Do środka włożył też kilka małych przedmiotów, aby archeologowie, którzy je kiedyś wykopią, mogli się dowiedzieć, jak wyglądało jego życie. Co tam było dokładnie, nie pamiętał. Na pewno na podróż do przyszłości załapał się plastikowy żołnierzyk oraz pierwsza strona z lokalnej gazety. Ta puszka ciągle tam gdzieś jest — pomyślał. — Być może rzeczywiście kiedyś ją ktoś odkopie.

Droga po przekroczeniu rowu rozwidlała się. Prawa jej odnoga zakręcała i w dalszym ciągu biegła wzdłuż brzegu, lewa szła prosto, wspinając się ostro pod górę na morenowe wzgórza otaczające od tej strony jezioro. Tam gdzieś wysoko była Dziura w Ziemi. Dziura w Ziemi była miejscem, z którego kiedyś wybierano żwir, a do którego potem wysypywano śmieci. Teraz był to urokliwy, zaciszny, mały, zielony amfiteatr porośnięty jabłoniami, które wyrosły z wyrzuconych tu kiedyś ogryzków.

Było to znakomite miejsce na bitwy. Zaopatrzeni w kije, które raz spełniały funkcję rycerskich mieczy, innym razem karabinów, stoczyli tu wraz z kolegami szereg zwycięskich bojów, zdobywając lub broniąc, atakując lub odpierając ataki.

Przez chwilę zastanawiał się, czy nie zwiedzić tej dawnej górskiej fortecy, zdecydował się jednak zostawić ją sobie na później. Skręcił więc w prawo i poszedł drogą wzdłuż brzegu.

W tej chwili był już po drugiej stronie jeziora. Na przeciwległym brzegu, na morenowych wzgórzach, które otaczały jezioro z obu stron, rozciągała się jego wieś. Widać było wysoką wieżę kościoła, duży, pokryty czerwoną dachówką dom lekarza, budynki ośrodka zdrowia i przedszkola, jego starą szkołę, nową szkołę położoną trochę dalej, więc dostrzec było można tylko jej dach i wysoki komin kotłowni, wreszcie jego dom.

Ten widok zawsze sprawiał na nim niezwykłe wrażenie. Z daleka domy wyglądały jak pudełeczka, aż dziw było pomyśleć, że ktoś w nich mieszka. Wyobrażał sobie czasem, że obserwuje sam siebie, jak wraca z miejsca, w którym stoi, do swojego domu. Stawał się coraz mniejszy i mniejszy, aż w końcu wchodził do swojego malutkiego domku, do swojego maciupkiego pokoiku, by tam mieszkać sobie — malutki człowieczek w malutkim pokoiku. Potem przyjeżdżał maleńki samochodzik, z którego wysiadali jego maleńcy rodzice, a na ich spotkanie wybiegał maciupki czarno-biały pies.

Szedł teraz drogą, która biegła między brzegiem jeziora a dość stromą skarpą. Wzgórza po tej stronie nie opadały do jeziora łagodnie, jak po stronie, gdzie rozciągała się wieś, ale urywały się czymś na kształt niewielkiego klifu, u którego stóp ciągnęły się koleiny drogi. Podobno kiedyś jezioro było znacznie większe, jego brzegi sięgały aż do stromych krawędzi wzgórz. Staw, połączony teraz z jeziorem rowem, był jego wschodnią zatoką. Gdy weszło się na morenowe wzgórza, można było jeszcze dostrzec starą linię brzegową. Jezioro musiało być wtedy wielkie i piękne. Jego wody częściowo spuścili Niemcy w czasach, gdy zajmowali te ziemie. Było to tuż po wojnie francusko-pruskiej z 1870 roku. Przy pomocy francuskich jeńców wykopali długi kanał łączący od zachodu jezioro z rzeką. Poziom jego wód obniżył się wówczas prawie o połowę. Nie wiadomo, czemu to zrobili. Ilość ziemi uprawnej wcale się nie zwiększyła, i tak przecież większość pól leżała na wzgórzach nad jeziorem. Jedyną widoczną korzyścią była ta wyboista droga okrążająca jezioro, biegnąca właśnie po jego starym dnie. Nie była to jednak szczególnie ważna droga, nie łączyła żadnych specjalnie istotnych miejsc. Ot, biegła i tyle. Przydawała się, nie można powiedzieć, ale gdyby jej nie było, niewiele by się zmieniło. Tak oto dużym nakładem sił i kosztów wybudowano coś niespecjalnie przydatnego. Jego ojciec twierdził, że Niemcy w pewnym okresie tak właśnie mieli. Osuszali z wielkim zacięciem bagna i torfowiska, spuszczali wody z jezior. Jednak z tych ich działań wynikało zazwyczaj niewiele dobrego. Na osuszonych bagnach powstawały pola i łąki, które jednak były zazwyczaj zbyt podmokłe, by udawały się na nich uprawy albo by można było na nich wypasać bydło. Po pewnym czasie zarastały więc z powrotem trzcinami i wracały do swojego pierwotnego stanu. Z jego jeziorem, niestety, tak nie było. Zostało zniszczone bezpowrotnie. Czasem zastanawiał się, czy jego sny, w których wody jeziora albo gwałtownie wzbierają, podchodząc aż do okien domu, lub wręcz — przeciwnie opadają, odsłaniając dno, nie mają czegoś wspólnego z tym bezsensownym okaleczeniem. Nie mógł go oczywiście pamiętać. Ani on, ani jego ojciec, ani nawet dziadek. Ta straszna, niepotrzebna zbrodnia musiała jednak odcisnąć niezatarte piętno na tej okolicy, wywołując bóle fantomowe, podobne do tych, jakie odczuwają ludzie po amputacji nogi lub ręki, które odzywały się aż w jego śpiącym umyśle. Może jezioro w nocy śniło koszmary o swojej niegdysiejszej tragedii, a on był tych koszmarów mimowolnym świadkiem i uczestnikiem?

To dramatyczne wydarzenie było też tragedią w sensie bardziej dosłownym. Podobno w czasie budowy kanału odprowadzającego wodę z jeziora umarło wielu francuskich jeńców. Kilku z nich znalazło nawet swój grób na jego dnie. Niemieckim nadzorcom nie opłacało się przerywać robót dla wyciągnięcia ciała kogoś nagle przysypanego osuwającą się ziemią z wykopu. Biedny obywatel II Cesarstwa zostawał więc na zawsze w tej mokrej, gliniastej ziemi, gdzieś na krańcu znanego mu świata. Jakże dziwnie musiał czuć się syn słonecznej Prowansji, Langwedocji czy dumnego Paryża, mając w ustach smak błotnistej gliny, tak niepodobny do wszystkiego, co do tej pory znał. Podobno w nocy, gdy przechodziło się nieopodal kanału, można było usłyszeć czasami stuk kilofów, pokrzykiwania niemieckich nadzorców i niezrozumiałe słowa wypowiadane w dalekim, śpiewnym języku. Osobiście znał kilku ludzi, którzy przysięgali na wszystkie świętości, że natknęli się kiedyś na dziwną postać siedzącą nad brzegiem kanału. Jej wyciągnięte do przodu ręce oparte były ciężko o ugięte kolana, a głowa zwieszała się bezwładnie między ramionami. Gdy podeszło się bliżej albo zagadało, postać podnosiła głowę i bez słowa wpatrywała się w intruza oczami, w których można było dostrzec bezgraniczne, śmiertelne zmęczenie. Potem znikała między zamknięciem a otwarciem powiek patrzących na nią oczu.

On sam jednak nigdy z czymś takim się nie spotkał. Kiedyś co prawda, gdy wracał nocą z ogniska w sąsiedniej wsi i postanowił skrócić sobie drogę, idąc przez las, natknął się na zjawisko straszne i przerażające, jednak po bliższym przyjrzeniu się okazało się ono krową. Ciemno było tak, jak tylko może być ciemno w lesie w bezksiężycową noc. Szedł w zasadzie na pamięć, prawie nie widząc drogi. Bardziej wyczuwał ścieżkę pod stopami, niż ją dostrzegał. Nagle, gdy przechodził przez niewielką łączkę rozciągającą się między dwoma jęzorami lasu, wszedł na coś wielkiego i strasznego, co poderwało się z ziemi z okropnym rykiem. Nigdy chyba nie przestraszył się tak bardzo, jak wtedy. Dopiero po dłuższej chwili, gdy jego serce znowu zaczęło bić, płuca przypomniały sobie o oddechu, a dusza wróciła z wędrówki po wierzchołkach okolicznych świerków, zobaczył dwoje wielkich, wpatrzonych w niego i przerażonych równie jak on krowich oczu. Łyskały w jego stronę wybałuszonymi białkami i w zasadzie tylko po ciepłym, świszczącym oddechu poznał, że należały do krowy. Biedne zwierzę zostało pewnie na łące, bo gospodarz nie miał serca zaganiać go do obory w tak ciepłą i parną noc. „No już dobrze, dobrze!” — powiedział lekko jeszcze drżącym głosem, obszedł krowę i poszedł dalej. A krowa została na tej łące pośród lasu, zastanawiając się pewnie, co też wyrwało ją tak nagle ze snu. Jeśli krowy myślą, to ciekawe, co sobie pomyślała. Że zobaczyła ducha? Że śnił jej się koszmar? A gdyby założyć na chwilę, że krowy rozmawiają ze sobą, to ciekawe, co by o tym opowiedziała koleżankom z obory. I jak by one na to zareagowały. Może przestraszone dziwną opowieścią bałyby się zostawać nocą na łące? Może zaczęłyby sobie podawać z pyska do pyska, w wielkiej tajemnicy, opowieść o duchu z lasu, ubarwioną z biegiem czasu coraz to straszniejszymi szczegółami, a on stałby się, sam o tym nie wiedząc, strasznym krowim demonem, którym straszy się cielaki i który śni się po nocach w ciepłych od nawozu oborach, aż krowy budzą się ze zduszonym rykiem?

Kto wie zresztą, może tak się właśnie stało?

Rozdział 4

Droga, którą szedł, co pewien czas upstrzona była białymi plamami pokruszonego gruzu. Z racji bliskości jeziora w wielu miejscach podmakała i gospodarze w ten właśnie sposób usiłowali temu zaradzić. Morenowe wzgórza, które do niej dochodziły, stawały się coraz wyższe i coraz bardziej strome. Pola, które je dotąd pokrywały, ustąpiły miejsca lasowi. Był to ten sam las, który otaczał jego miejscowość ze wszystkich stron. Gdy weszło się na dach jego domu i rozejrzało wokół, wszędzie linię horyzontu zamykał las. Wyglądało to, jakby jego miejscowość i kilka okolicznych wsi były jedyną wyspą na wszechogarniającym oceanie drzew. Można było bez trudu wyobrazić sobie, że jest ona jedynym dostępnym światem, że poza nią nie ma już nic. Wkoło tylko las i las. Wóz nie przejedzie, człowiek nie przejdzie. Albo że trzeba by parę dni przedzierać się przez ciemny bór, ogniem i żelazem torując sobie drogę, żeby dotrzeć do najbliższej ludzkiej osady. Tak naprawdę samochodem przejeżdżało się ten las w niecałe pół godziny, ale przecież nie trzeba było o tym pamiętać. Po co pamiętać takie rzeczy, gdy wkoło mogła rozciągać się nieprzebyta, dzika puszcza?

Do tego to lasu właśnie dotarł. Resztki jesiennego słońca skryły się za konarami drzew. W tym miejscu wzgórza dochodzące do drogi tworzyły jakby porośniętą lasem niewielką amfiteatralną dolinę, jedną stroną otwartą na jezioro. Było to ulubione miejsce palenia ognisk. Sam zresztą w wielu z nich uczestniczył. Nawet wczoraj, gdy był u Smoczyńskiego, widział stróżkę dymu unoszącą się znad tego miejsca.

Od drogi idącej wzdłuż jeziora oddzielała się tu dość szeroka ścieżka biegnąca w górę wzgórza. Piaszczysta, przetykana wystającymi gdzieniegdzie korzeniami, pięła się między drzewami na sam szczyt amfiteatralnej doliny. Gdy był dzieckiem, chłopcy starsi od niego próbowali podjeżdżać nią swoimi motorami i skuterami. Urządzali też szaleńcze zjazdy rowerami w dół, kończące się często wygięciami kół i błotników, nie mówiąc już o obtarciach czy rozbitych nosach. Ślady na piasku świadczyły, że ten rodzaj sportu był tu ciągle jeszcze uprawiany.

Ruszył w górę. Szło się dość ciężko, piasek zmieszany z szyszkami osuwał się spod stóp, spływając w dół małymi lawinami. Gdy dotarł na górę, odwrócił się. Jezioro miał teraz jak na dłoni. Szare, niewielkie fale płynęły ze wschodu na zachód przez całą jego długość, rozbijając się z cichym pluskiem, którego nie słyszał, ale który mógł przecież sobie wyobrazić, prawie dokładnie w miejscu, gdzie rozpoczynał się kanał francuskich jeńców.

Nagle za jego plecami rozległ się trzask. Odwrócił się. Niczego oczywiście nie dostrzegł. Pewnie jakieś małe zwierzę przemknęło między leżącymi na ziemi gałązkami. Mysz albo jaszczurka. Ścieżka szła dalej przez las. Gdyby poszedł nią prosto, doszedłby w końcu do wielkiego cmentarza, kilka kilometrów stąd. Zwożono nań zmarłych z miasta leżącego za lasem. Teraz było tam pewnie już kilka tysięcy mogił. Więcej niż mieszkańców jego wsi.

Gdy był w liceum, wyobrażał sobie, że między tym wielkim cmentarzem za lasem a niewielkim cmentarzem w jego wsi musi istnieć jakiś tajemny system tuneli, którym zmarli mogą się wzajemnie odwiedzać. Ta trupia autostrada musiałaby przechodzić dokładnie pod jego domem. Czasami gdy leżał w łóżku, wyobrażał sobie, że gdzieś tam w głębi ziemi płynie podziemna rzeka, którą płyną blade trupy zmarłych. Albo że przesiąkają oni między kamieniami i piaskiem, spływając jak woda w dół do jeziora.

Zaiste różne rzeczy przychodzą do głowy dojrzewającym nastolatkom.

Trzask powtórzył się. Tym razem nawet nie odwrócił głowy. Las straszył tu i ówdzie kikutami drzewek ściętych przez amatorów ognisk. Pod siekierę szły zwłaszcza młode, rachityczne świerczki i sosny. Co bardziej zdeterminowani, albo niedysponujący siekierą, wyrywali je po prostu z korzeniami lub próbowali złamać. Nie jest jednak łatwo złamać żywe, choćby małe drzewko. To znaczy złamać je jeszcze się da, ale bardzo trudno jest potem oderwać tę odłamaną część od pnia. Świeże, pełne soków włókno jest bardzo mocne i elastyczne. W okolicy widać było kilka takich przełamanych wpół drzewek, świadectw heroicznej, choć przegranej walki, toczonej zapewne pod wpływem alkoholu, jak również pod bacznym, choć coraz bardziej drwiącym spojrzeniem zaproszonych na ognisko koleżanek.

Ruszył przed siebie. Trzask znowu się powtórzył, tym razem tuż za jego plecami. I tym razem jednak się nie odwrócił. Po co się odwracać, gdy się wie, co taki trzask mogło spowodować? Jaszczurka albo mysz, a może po prostu rozsychające się drzewo. Poza tym w grę wchodziła już ambicja. Skoro nie odwrócił się poprzednim razem, to nie odwróci się i teraz. Odwrócenie się w tej sytuacji byłoby przyznaniem się do błędu. Świadczyłoby o tym, że uprzednio nie odwrócił się niesłusznie. Że właśnie trzeba się było odwrócić, a on tego nie zrobił.

Szedł więc dalej jak gdyby nigdy nic. Próbował przypomnieć sobie jeszcze różne wydarzenia związane z tym lasem, ale dość opornie mu to szło. Ten trzask za plecami jakoś mu w tym przeszkadzał, powodował dziwne napięcie w mięśniach, sztywnienie karku. Zupełnie jak wtedy, gdy ma się świadomość, że ktoś ci się uparcie przygląda.

Trzask znowu się powtórzył. Tym razem przystanął. Nie odwrócił się jednak, choć całe jego ciało i wszystkie w nim włókna bardzo tego chciały. Czuł omalże, jak jego szyja sama się skręca, jak biodra wykonują mimowolny ruch, jak mięśnie w nogach ściągają się i napinają niczym lina w kabestanie.

Stał tak przez chwilę i czekał. Bezskutecznie. Trzaski za jego plecami ustały. Ale nie ustały jak coś, co ustaje, bo jego przyczyna znika. Raczej jak coś, co ustaje, bo to, co to coś wywołuje, przyczaja się.

Sytuacja, w której się znalazł, wydawała się bez wyjścia. Mógł oczywiście odwrócić się i spojrzeć, ale byłoby to równoznaczne z kapitulacją. Mógł pójść jak gdyby nigdy nic dalej, ale tego właśnie nie potrafił zrobić. Mógłby, gdyby palił, zapalić. Ta czynność, niezwiązana z sytuacją, odczarowałaby ją, pozwoliłaby, przez przecięcie osi przyczynowo-skutkowej, na rozpoczęcie innej czynności, na przykład maszerowania do przodu. I byłoby to już maszerowanie wyjęte z kontekstu trzasków. Niestety, nie palił, a wszystkie inne czynności, które przychodziły mu do głowy, wydawały się nienaturalne, wymyślone właśnie na tę okazję, a więc przyznawałyby pośrednio rację trzaskom. Pozostało czekać. A nuż wydarzy się coś — ptak zagwiżdże, piorun strzeli — co skieruje jego uwagę w naturalny sposób w inną stronę i pozwoli wyjść z tego wszystkiego z twarzą. Rozglądał się po lesie z nadzieją, że coś takiego dostrzeże. Nie mógł się jednak rozglądać zbyt intensywnie, bo wyglądałoby to na szukanie pretekstu. A to — znowu — przyznawałoby rację trzaskom. Rozglądał się więc nieintensywnie, naturalnie i mimowolnie. Ot tak, jak się rozgląda po lesie, będąc w lesie.

Nagle kątem oka dostrzegł coś, co mogłoby stanowić dla niego ratunek. Po lewej stronie, w oddalonych od niego o kilkanaście metrów chaszczach, coś się ruszało. Bez namysłu podążył w tamtym kierunku.

Szedł przed siebie, nie oglądając się i starając się specjalnie nie myśleć. Zszedł ze ścieżki, miał więc teraz pod stopami typowe runo leśne. Igły, gałązki, szyszki, suche już o tej porze roku badyle roślin. Gałązki trzaskały, co przydawało jeszcze tamtym trzaskom zwyczajności i nieistotności.

Gdzieś tam, między drzewami, ruszało się coś, co tak naprawdę w tej chwili go nie interesowało. Był to, z tego, co mógł teraz dostrzec, człowiek. Ubrany w sweter w szerokie szaro-niebieskie pasy. Coś robił, ale z tej odległości nie widział jeszcze co. Normalnie, gdyby spotkał kogoś w lesie, starałby się go ominąć, skręcić w inną stronę lub nawet zawrócić. Teraz to co innego. Teraz musiał iść w jego kierunku. Przynajmniej na tyle blisko, by móc zobaczyć, co robi, i tym samym usprawiedliwić swoje podejście.

Dopiero teraz poczuł zapach palonego drewna. Człowiek w swetrze w pasy najwyraźniej palił ognisko, przez chaszcze widać było nawet błyskające raz za razem wątłe płomienie. To pewnie stąd ta stróżka dymu, którą widział wczoraj z okna u Smoczyńskiego. Gdy przypomnieć sobie dokładnie, unosiła się ona nie z dołu, znad jeziora, ale właśnie stąd.

Kto też to mógł być? Może to jeden z drwali? Kiedy ścinają drzewo, odrąbują potem już na ziemi wszystkie gałęzie, układają je w stosy i palą. Nie opłaca się ich zabierać, a pozostawione w lesie byłyby w razie pożaru doskonałą pożywką dla ognia.

Tamta historia z trzaskami odpłynęła w przeszłość. Teraz był naprawdę zainteresowany. Uczciwie i bez udawania. Podchodził coraz bliżej i czuł się jak kiedyś, gdy razem z ojcem był na polowaniu i z dubeltówką w ręku starał się podejść sarny pasące się zza wzgórzem.

Człowiek w swetrze i jego ognisko znajdowali się w małej niecce otoczonej zewsząd chaszczami. Można go było dostrzec tylko dzięki temu, że była jesień i z krzaków opadły już liście. Kiedyś, o ile pamiętał, było w tym miejscu małe, śródleśne oczko wodne, które jednak najwyraźniej wyschło. W czasie lata musiała to być doskonała kryjówka.

W miarę jak się zbliżał, dostrzegał coraz to więcej interesujących szczegółów. Między gałęzie krzewów wplecione były fragmenty kartonów, a nawet blachy falistej, stanowiące, zdaje się, dodatkową zasłonę. Człowiek w swetrze był dosyć mocno zarośnięty i gadał coś do siebie. Siedział przy ognisku w kucki i co pewien czas patykiem grzebał w ledwo tlących się kawałkach drewna.

Jedno w każdym razie było już pewne — raczej nie był to drwal. Wyglądał bardziej na bezdomnego, choć w jego postaci było coś, co kazało myśleć o nim z respektem.

W zasadzie mógłby już zawrócić. Dowiedział się wystarczająco dużo, lecz dziwna przyjemność, jaką odczuwa się, obserwując kogoś, kto o tym nie wie, kazała mu iść dalej. Jeszcze tylko trochę bliżej — zdawała się kusić — i już zawracamy. To „już” jednak nigdy nie następowało. Bo skoro można było podejść tu, to można też podejść jeszcze trochę bliżej. A skoro dało się podejść bliżej, to nic się nie stanie, jeśli podejdzie się jeszcze kawałek.

Skradając się, starał się mimowolnie chować za rosnącymi po drodze pniami drzew. Była to oczywiście iluzoryczna zasłona, bo drzewa w tym miejscu nie były zbyt szerokie i za żadnym z nich nie byłby w stanie się dostatecznie ukryć. Człowiek w swetrze zajęty był jednak swoimi sprawami i temu najprawdopodobniej zawdzięczał to, że do tej pory nie został dostrzeżony.

Serce biło mu mocno, a w ustach czuł suchość. Człowiek w swetrze sięgnął po coś, podniósł to do ust, po czym odchylił głowę do tyłu. Dopiero teraz zauważył, że przy ognisku stała butelka z tanim winem i szklanka. A więc to tak… — pomyślał. Przez chwilę poczuł coś jakby ukłucie zazdrości. Siedzieć tak samemu w lesie przy ognisku, pić tanie wino i gadać do siebie — było w tym coś zastanawiająco pociągającego. Był w tym jakiś romantyczny sznyt, jakaś zbójecka szlachetność. Oczywiście mógł tak myśleć tylko ktoś taki jak on — posiadający rodzinę, stałą pracę, samochód i mieszkanie. Zdawał sobie z tego sprawę, ale jednak.

Człowiek w swetrze sięgnął jeszcze raz po szklankę, powiedział coś do siebie, po czym odwrócił się w jego kierunku. Spojrzał na niego, a w zasadzie nie tyle na niego, co tuż obok niego, i powiedział:

— A ty nie boisz się tak sam po lesie chodzić?

Stało się to tak nagle, że nawet nie zdążył się przestraszyć. Człowiek w swetrze odwrócił się z powrotem do ogniska, wypił wino ze szklanki i ciągle odwrócony do niego plecami powiedział:

— Chodź.

Posłusznie podszedł bliżej. W głowie kłębiły mu się najprzeróżniejsze wytłumaczenia mogące usprawiedliwić jego przyłapane na gorącym uczynku podglądactwo. Nie zdążył jednak żadnego wypowiedzieć.

— Siadaj — powiedział człowiek, nie odwracając się nawet.

Przedarł się przez zaporę z gałęzi i kartonów i stanął przy ognisku. Naokoło niego leżał służący za coś w rodzaju ławki stary, połamany w kilku miejscach betonowy słup, na którym kiedyś wisiały pewnie elektryczne kable. Człowiek ruchem ręki kazał mu na nim usiąść, po czym wyciągnął w jego stronę szklankę z winem.

— Nie bój się, to druga, czysta — powiedział.

— Dziękuję, ja w zasadzie…

— Pij.

Chciał znów spróbować odmówić, ale nie zrobił tego. Zmieszanie, jakie czuł po przyłapaniu go na tak wstydliwej czynności, stawiało go z miejsca na przegranej pozycji wobec tego człowieka. Czuł się jak uczeń przyłapany na ściąganiu przez nauczyciela. A w takiej sytuacji trudno zachować hardość i pewność siebie.

Wziął szklankę i podniósł ją do ust. Wino było słodkie i ohydne.

— Gówno, nie wino — powiedział człowiek. — Mieszają spirytus z wodą, cukrem i sztucznymi barwnikami i to ma być wino? Kiedyś rzeczywiście robili wino z jabłek. Ale tamto było jeszcze bardziej obrzydliwe — dodał.

Siedzieli przez chwilę w milczeniu. Ognisko przestało się palić, a zaczęło się żarzyć. Gdzieś w oddali słychać było krakanie wrony.

— Wrony już kraczą — powiedział człowiek. — Zima idzie.

Na oko miał około czterdziestu, pięćdziesięciu lat. Był szczupły, ale żylasty. Mocno zarośnięty, ale nie była to broda, raczej tygodniowy zarost. Ubrany był w mocno przybrudzony sweter w szerokie poziome szare i niebieskie pasy.

— Cholerne wrony — powiedział nagle.