Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Hotel Varsovie. Klątwa lutnisty ebook

Sylwia Zientek

3.33333333333333 (3)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 688 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Hotel Varsovie. Klątwa lutnisty - Sylwia Zientek

Rodzinne tajemnice, skrywane pasje, niepohamowane żądze, pikantne skandale,
a w tle Warszawa.

Warszawa, XXI wiek. Dana Żmijewski przyjeżdża do Warszawy, by z pomocą młodego prawnika odzyskać dawną rodzinną nieruchomość przy ulicy Długiej, w której niegdyś przez wieki mieścił się hotel. Nie ma pojęcia, jaką historię skrywają w sobie dawne mury.

Warszawa, XIX wiek. Eleonora Żmijewska, córka właściciela mieszczącego się przy ulicy Długiej Hotelu Londyńskiego, wiedzie wzorowe życie panienki z dobrego domu. Dzieląc czas między szykowne rauty i pracę dobroczynną, z drżeniem serca i lekkim niepokojem oczekuje na oświadczyny wskazanego przez rodziców kandydata do jej ręki. Jednak wraz z nagłym i niespodziewanym samobójstwem jej ojca pogodny świat Eleonory wali się w gruzy. W obliczu grożącego hotelowi bankructwa, histerii matki i lekkomyślności brata utracjusza młoda kobieta jest jedyną nadzieją rodziny na ocalenie wielowiekowego dziedzictwa.
Warszawa, XVII wiek. Lutnista Kapeli Królewskiej Laurenty Żmij marzy o otworzeniu własnego zajazdu przy nowym warszawskim trakcie zwanym Długim. Jednak nękające miasto klęski i sprzeciw jego energicznej, stanowczej połowicy sprawiają, że mężczyzna musi odłożyć swoje plany w bliżej nieokreśloną przyszłość. Do czasu, aż los postawi na jego drodze piękną, inteligentną i charakterną Kalinę, obdarzoną niezwykłym talentem kulinarnym młodszą siostrę żony Laurentego… Tylko czy Żmij będzie w stanie pokonać rzuconą na cały jego ród klątwę?

Hotel Varsovie. Klątwa lutnisty to pierwszy tom obszernej, wielopokoleniowej sagi rodziny warszawskich hotelarzy. Barwne opisy i porywająca intryga zabiorą cię w niezwykłą podróż przez historię wyjątkowej rodziny i wyjątkowego miasta. Poznaj rozkosze i sekrety hotelu przy Długiej!


Sylwia Zientek – autorka powieści obyczajowych i historycznych. Absolwentka Wydziału Prawa na UW i Centrum Studiów Latynoamerykańskich. Debiutowała w 2012 roku nominowaną do Nagrody Literackiej Europy Środkowej „Angelus” powieścią Złudzenia, nerwice i sonaty. Inne jej książki to Próżna, Miraże, Podróż w stronę czerwieni i Kolonia Marusia. Prowadzi blog Fantasmagoria (zientek.blog.pl), na którym zamieszcza szkice biograficzne o artystach. Pasjonatka malarstwa i muzyki. Mieszka w Wilanowie z mężem, trójką dzieci, psem oraz królikiem.

Opinie o ebooku Hotel Varsovie. Klątwa lutnisty - Sylwia Zientek

Fragment ebooka Hotel Varsovie. Klątwa lutnisty - Sylwia Zientek

Sylwia Zientek

HOTEL VARSOVIE

Klątwa lutnisty

Copyright © by Sylwia Zientek, MMXVII

Wydanie I

Warszawa, MMXVII

Mariannie, Gustawowi i Brunonowi,

moim dzieciom, urodzonym i wychowywanym w Warszawie

Katalog najważniejszych postaci tomu I 

II poł. XIX wieku

Jeremi Żmijewski – właściciel hotelu Varsovie przy ulicy Długiej w Warszawie, głowa rodziny Żmijewskich

Regina Flora Żmijewska z domu Oryska – żona Jeremiego, matka jego dzieci

Eleonora Żmijewska – uzdolniona muzycznie córka państwa Żmijewskich

Konstanty Żmijewski – syn państwa Żmijewskich, malarz

Agnieszka Żmijewska – córka, która opuściła dom rodzinny z zamiarem bycia aktorką

Waleria Żmijewska – najmłodsze dziecko państwa Żmijewskich

Emilia Żmijewska – córka, która była obłąkana i przebywała na wsi

Luiza Oryska – siostra Reginy, będąca na jej utrzymaniu, stara panna

Ignacy Darski – prawnik państwa Żmijewskich

Karol Stawski (vel Carlo Amalfi) – gość hotelu, przebywający w nim z pewną misją

Teodor Szpakowski – przybyły z Włoch kawaler zabiegający o rękę Eleonory

Wanda Mednis – przyjaciółka Reginy Żmijewskiej

I poł. XVII wieku

Laurenty Żmij – lutnista, członek kapeli królewskiej, inicjator budowy zajazdu przy ulicy Długiej

Joachim Żmijewski – młodszy brat Laurentego, żeglarz, człowiek wielu talentów

Anna Szpakowa (z domu Melcer) – żona Laurentego, matka jego dzieci

Janusz Szpak – malarz, pierwszy mąż Anny

Tomasz Szpakowski – syn Anny i Janusza, malarz

Kalina Melcerówna – pochodząca z Brodnicy siostra Anny

Baltazar Melcer – brat Kaliny i Anny, rajca miejski Starej Warszawy

ojciec Bonifacy – jezuita

Julianna Żmijówna – córka Anny i Laurentego

Anusia Żmijówna – najmłodsza córka Anny i Laurentego, obdarzona talentem wokalnym

Piotr Żmij – niepełnosprawny syn Anny i Laurentego

Franciszek Żmijewski – syn Kaliny, karzeł, twórca sukcesu zajazdu (a następnie hotelu) Varsovie

Czasy współczesne

Dana Spakowski – wnuczka Michała Szpakowskiego, posiadająca roszczenia do nieruchomości przy ulicy Długiej

Jan Kucharski – prawnik kancelarii specjalizującej się w odzyskiwaniu gruntów warszawskich

Część pierwszaKlątwa lutnisty

Stolico! Hydro wieczyście łaknąca!

Kameleonie, co od barw tysiąca

Nieokreślonej nabrałeś postaci!

Czemu się duch twój powolniej bogaci

Niż ciało? Czemu w twych mrokach się lęże

Grzech pełzający ukradkiem jak węże?

WIKTOR GOMULICKI, Z dziejów dnia

Rzeczy na świecie, odmieniając się ustawicznie według przepisanego

im od Stwórcy prawa i za koleją jedne po drugich następując,

nowymi być się zdają, chociaż już dawniej były.

JĘDRZEJ KITOWICZ, Opis obyczajów

Cudowna jest głupota tego świata! Kiedy nasz los niedomaga – często zresztą

skutkiem naszych własnych nadużyć – winimy za niepowodzenie słońce, księżyc

i gwiazdy; tak jakby człowiek był nędznikiem z konieczności, głupcem z wyroku

niebios, łotrem, złodziejem i zdrajcą za sprawą obrotów sfer, pijakiem, kłamcą

i rozpustnikiem z racji niezwalczonego wpływu planet; tak jakby całe nasze zło

brało się z boskiego dopustu. Godny podziwu wykręt łajdaczącego się człowieka

– obarczać gwiazdy odpowiedzialnością za własną koźlą naturę!

WILLIAM SHAKESPEARE, Król Lear(przeł. Stanisław Barańczak)

PoczątekLiliput

Ucisz się, serce! – swoich strat

Już nie opłakuj, stroskane;

Ale wschodzący pozdrów świat

I jego jutrznie różane

ADAM ASNYK, Ucisz się, serce!

10 kwietnia 1870 roku

Dziesiątego kwietnia tysiąc osiemset siedemdziesiątego roku właściciel jednego z najznamienitszych warszawskich hoteli – hotelu Varsovie – Jeremi Żmijewski strzelił sobie w skroń w domku myśliwskim w Puszczy Kampinoskiej, w chwili gdy jego dwudziestoletnia córka Eleonora, rozkosznie polegując w łóżku w warszawskim mieszkaniu przy ulicy Długiej, zaczęła jeść jajko na miękko.

O tym tragicznym zdarzeniu rodzina miała się dowiedzieć dopiero kilkanaście godzin później, kiedy inne zaskakujące zajście zdążyło zmienić stan wiedzy na temat pochodzenia i historii szacownego rodu Żmijewskich.

Nazajutrz po tym, jak po ponadrocznej nieobecności syn marnotrawny państwa Żmijewskich nieoczekiwanie powrócił do rodzinnego domu, panna Eleonora obudziła się z przeświadczeniem, że ten rozpoczynający się wiosenny dzień – na razie chłodny i pochmurny – będzie wyjątkowy. Tego miłego wrażenia nie zakłóciły nawet dochodzące od strony ulicy Długiej codzienny terkot katarynki – utrapienie mieszkańców, pokrzykiwania handlarzy starzyzną ani natarczywe nawoływania gazeciarzy. Żadne znaki na niebie ani na ziemi, żaden zły sen nie zwiastowały wstrząsu, który w ten kwietniowy piątek miał całkowicie odmienić spokojne, pełne wiary w boskie przeznaczenie życie dwudziestoletniej panny na wydaniu.

Gdy tylko Eleonora uświadomiła sobie, jaki jest dzień tygodnia, jej myśli pobiegły ku słynnemu maestro Saviano, wyśmienitemu gościowi hotelu Varsovie, podziwianemu na całym świecie dyrygentowi uznanej orkiestry weneckiej. Przybył zaledwie wczoraj i zajął najbardziej okazały apartament na najwyższym, trzecim piętrze kamienicy. Swojego asystenta i kilku służących ulokował w niemal równie wspaniałych pokojach.

Uwielbiająca muzykę Eleonora nie miała jeszcze okazji spotkać się z tym wybitnym gościem, ale liczyła na sposobność przedstawienia się mistrzowi, za którym ciągnęła się opinia ekscentryka, szaleńca i niepoprawnego romantyka.

Po południu w należącym do rodziny Żmijewskich hotelu Varsovie miał się odbyć koncert charytatywny, w trakcie którego Eleonora chciała zagrać na fortepianie trzy sonaty Beethovena, w tym jej ulubioną Sonatę Kreutzerowską. Zdawała sobie sprawę z tego, że na tym raucie obecni będą zapewne wybrani przez papę dwaj kandydaci do jej ręki – obaj stateczni, poważni i dojrzali mężczyźni, którzy nieco ją przerażali. Jednak posłuszeństwo woli ojcowskiej zawsze było dla niej niepodważalną powinnością, imperatywem, któremu tylko ona z pięciorga żyjących dzieci Żmijewskich umiała w pełni sprostać.

Jej starszy brat Konstanty – dziedzic hotelowej fortuny, który do tej pory unikał związanej ze swoją rolą odpowiedzialności, dostarczał rodzicom wielkich rozczarowań. Teraz wciąż zmęczony wielodniową podróżą z Londynu do Warszawy spał jeszcze po burzliwych wydarzeniach poprzedniego dnia, pełnego gorzkich słów, łez i błagania rodziców o przebaczenie, teatralnych gestów przejętej matki i wreszcie wzruszającego pojednania.

Ojciec i matka, którzy także bardzo mocno przeżyli powrót syna marnotrawnego, położyli się spać nadzwyczaj późno. Tym bardziej zdziwiła Eleonorę informacja, którą przekazała panience służąca Józefa, o tym, że papa wyjechał o świcie na polowanie. Wyjazd był nieplanowany. Czyżby pojawienie się w domu jedynego syna nie ucieszyło ojca i nie przyniosło mu ulgi, jaka wydawała się naturalna w sytuacji, gdy należało jak najszybciej zacząć angażować Konstantego w sprawy prowadzenia hotelu, tak aby z czasem mógł przejąć zarządzanie rodzinnym interesem?

Niepokój Eleonory szybko jednak zniknął zagłuszony przez impuls radości: oto dzięki nieobecności despotycznego papy można było tego ranka dowolnie długo poleżeć w łóżku! Zwykle ojciec nie tolerował żadnych odstępstw od żelaznej dyscypliny, kazał wstawać o szóstej rano i kłaść się o dziewiątej. Pojawienie się w jadalni choćby z kilkuminutowym spóźnieniem karane było utratą posiłku. Każde sprzeniewierzenie się etykiecie wywoływało atak furii Jeremiego Żmijewskiego. Domownicy ogromnie bali się tych wybuchów złości i robili wszystko, aby nie zdenerwować pana domu. Dzisiaj jednak było inaczej i każdy członek rodziny mieszkający pod dachem kamienicy, w której oprócz hotelu mieściło się dwustumetrowe lokum rodziny Żmijewskich, wykorzystywał tę chwilę oddechu w inny sposób.

Na wieść o tym, że matka wyszła do pobliskiego kościoła Świętego Ducha, a najmłodsza latorośl rodziny Żmijewskich, ledwie kilkunastomiesięczna Waleria, jeszcze śpi, Eleonora poprosiła Józefę o przyniesienie śniadania i porannej prasy do łóżka.

Gdy służąca, nie kryjąc kwaśnej miny, zamknęła za sobą drzwi, Eleonora wstała z łóżka i trzęsąc się w nieogrzanym pomieszczeniu, które jeszcze do niedawna dzieliła z dwiema siostrami, kucnęła nad porcelanowym nocnikiem. Sikając, przyjrzała się dokładnie, czy w naczyniu nie widać jakiegoś śladu krwi. Obawiała się nadejścia miesięcznego krwawienia, które w jej przypadku oznaczało kilka dni wypełnionych bólem, w trakcie których nie mogła spacerować ani rzecz jasna brać udziału w spotkaniach towarzyskich. A przecież charytatywny raut odbywał się właśnie dzisiaj i Eleonorze ogromnie zależało, aby się na nim pojawić. Na szczęście w nocniku nie dopatrzyła się śladów krwi.

Następnie, siedząc przy toaletce, przemyła sobie ręce i szyję, korzystając ze świeżo przyniesionej przez Józefę letniej wody. Twarz orzeźwiła odrobiną wody różanej. Zwilżoną szmatką przetarła zagłębienia pach, osuszyła je, po czym obsypała talkiem weneckim, aby zniwelować pocenie.

Mimo że nakazem własnej woli i modlitwą walczyła z próżnością, obraz odbity w lustrze toaletki przykuł jej wzrok. Urodę zapewne odziedziczyła po matce – zimnej piękności o złotych włosach i mlecznej cerze. Nawet teraz, mimo przebytych dziewięciu ciąż i siedmiu porodów (pierwsze jej dziecko zmarło tuż po przyjściu na świat), zbliżając się do wieku czterdziestu pięciu lat, pani Regina Żmijewska była piękną kobietą.

Eleonora odgarnęła ręką sięgające pasa włosy, które rozpuszczała jedynie na noc. Taka jak teraz, ubrana tylko w białą koszulę, której marszczenie przy dekolcie czyniło piersi większymi, niż były w istocie, ze swobodnie opadającymi blond puklami, z tą niewinnością wypisaną na twarzy – taka podobała się sobie najbardziej. Ale taką Eleonorę będzie widział wyłącznie mężczyzna, któremu ojciec odda jej rękę. Jak każda młoda kobieta nie ustawała w domysłach, jaki będzie jej mąż. Ufała, że wybór papy będzie najlepszym z możliwych – on wiedział, jak sprawić, by życie córki, która zawsze z największym oddaniem wypełniała wolę rodziców, przebiegało wyznaczonym szlakiem.

Miała przed sobą całe życie: małżeństwo, prowadzenie własnego domu, wreszcie macierzyństwo… Widziała się oczami wyobraźni za kilka dobrych lat, gdy pochylona nad klawiszami fortepianu umila swą grą rodzinne zgromadzenie, jej pięknie ubrane w marynarskie wdzianka dzieci grzecznie słuchają muzyki, a w fotelu siedzi mąż – wyobrażała go sobie jako szczupłego, szlachetnego jegomościa, z rozmytymi – na razie jeszcze – rysami twarzy. Dzięki niemu ich hotel znowu będzie uznany za pierwszy w Warszawie, będą w nim przebywać najznamienitsi goście, a kuchnia zyska sławę nawet poza granicami Kongresówki…

Eleonora zawsze miała wrażenie, że gra jakąś rolę w spektaklu, i nie wnikała w sens ani ukryte znaczenie tego, co stawało się jej udziałem. „Życie to wielkie teatrum” − mawia papa. Każdy wygłaszał swoje kwestie i zachowywał się tak, jak od niego wymagano, nie wiedząc nawet, czy rola została z góry określona, czy też pisana jest na bieżąco i podlega nieustającym modyfikacjom.

Gdyby nie zdarzenia, które nadeszły tuż po beztroskim poranku dziesiątego kwietnia tysiąc osiemset siedemdziesiątego roku, Eleonorze nigdy nie przyszłoby na myśl, aby odkryć zamysły reżysera, aby zrozumieć treść spektaklu.

Wraz z wejściem niosącej tacę Józefy bieg marzeń został przerwany. Eleonora radośnie wskoczyła do łóżka i nakryła się szczelnie pierzyną. Czekały na nią świeże bułeczki, jaja na miękko, konfitura z pigwy i ciepłe mleko. Z zapałem zabrała się do smarowania pieczywa masłem, chcąc porządnie się najeść. Przed obiadem zamierzała odwiedzić położoną przy ulicy Piwnej placówkę przytułku żebraczego, należącą do Warszawskiego Towarzystwa Dobroczynności, w którym panna Żmijewska udzielała się wraz z ciotką Luizą, siostrą matki, starą panną.

Wśród dużej części mieszkańców Warszawy panowała tak wielka nędza, że towarzystwo nie było w stanie pomóc wszystkim, chociaż zasięgiem swojej działalności obejmowało coraz szersze kręgi Warszawy, a nawet jej przedmieść. Oprócz odwiedzin w przytułku, gdzie niekiedy serwowała biedakom wodniste zupy, Eleonora udzielała się w szkółce dla ubogich dzieci, gdzie uczyła je czytania i pisania.

Jej rodzicom coraz mniej podobał się zapał, z jakim córka poświęcała się na rzecz biedoty. „Wkrótce wyjdziesz za mąż i będziesz miała inne sprawy na głowie” − powtarzała pani Regina. Widząc, że jej los jest już nakreślony, w ostatnim czasie Eleonora każdą wolną chwilę poświęcała działalności w towarzystwie. Wiedziała, że jej praca jest ważna, mimo że różne zacne stowarzyszenia usilnie dążyły do poprawy sytuacji, analfabetyzmem dotknięta była niemal połowa populacji miasta.

Działalność w Towarzystwie Dobroczynności przynosiła pannie Żmijewskiej dużą popularność i uznanie wśród dystyngowanych znajomych. Zawsze czuła się kimś wyjątkowym – urodziwym i dobrym, kimś, kto wzbudza podziw otoczenia. Była przekonana, że jej szlachetna działalność zagwarantuje dobre, spokojne życie. Przecież Bóg nie mógł jej karać, skoro tak bardzo starała się ulżyć innym w cierpieniu.

Przejażdżka w wiosennej aurze po znanych jej z dzieciństwa kątach zaniedbanego, ale wzbudzającego ciekawość Starego Miasta zapowiadała się ekscytująco, mimo że obecnie tak bliskie jej sercu wąskie uliczki wokół Rynku zamieszkiwała biedota i drobni rzemieślnicy.

Porządni ludzie byli zmuszeni wynieść się poza obręb Starego Miasta z uwagi na wyrastające w ostatnich latach jak grzyby po deszczu domy schadzek i knajpy z tanią gorzałką.

Ulica Piwna, jaką Eleonora pamiętała z lat dziecięcych, nie była już tym uroczym, przywodzącym na myśl odległą historię zakątkiem. Pamiętające lata panowania Wazów kamienice stanowiły obecnie obraz nędzy i rozpaczy, z odrapanymi elewacjami, cuchnącymi podwórzami i wilgotnymi, ciemnymi wnętrzami. Eleonora nieraz zadawała sobie pytanie, jak kiedyś, przed wiekami, ludzie mogli żyć w tych ponurych, wąskich i ciasnych izbach?

Żal ściskał serce, kiedy patrzyła na ruinę Starego Miasta, z którego zaborca chciał zrobić jeden wielki zamtuz, centrum taniej rozrywki i nierządu. Dzisiaj podłe szynki i domy schadzek o różnym stopniu wytworności znajdowały się na każdej z wąskich uliczek, które wytyczone jeszcze wedle średniowiecznych reguł odchodziły od Rynku i dotykały zmurszałych ruder i przybudówek, którymi obrosły mury obronne. Ponadto po Starym Mieście krążyły grupki głośnych żołnierzy w rosyjskich mundurach, napawając przechodniów lękiem i odrazą. Mimo to Eleonora kochała to miejsce, lubiła brudne dzieciaki bawiące się w zapuszczonych zaułkach, kwiaciarki, handlarzy ulicznych, kataryniarzy i śpiewaków.

Jedząc jajko na miękko, sięgnęła po gazetę, którą rozłożyła przed sobą na kołdrze. W pachnącym jeszcze farbą drukarską wydaniu „Kuriera Warszawskiego” pisano, że tego właśnie dnia jasnowidząca Hersylia opuszcza Warszawę, a w ruchu umysłowym i literackim panuje zupełna posucha.

Jeden urywek szczególnie przypadł Eleonorze do gustu. W gazecie wspomniano bowiem jej imię i nazwisko! Trzykrotnie przeczytała drobny tekst dotyczący jej gry w trakcie koncertu charytatywnego, który kilka dni temu odbył się w kościele Świętego Krzyża przy Krakowskim Przedmieściu. Pisano, że „drobne utwory pod panny – czyli jej – palcami nabierały niepospolitej energii i olbrzymiały wobec zachwyconych słuchaczów”.

− A cóż droga siostra taka zarumieniona? – Do sypialni Eleonory wtargnął starszy brat.

Czym prędzej zakryła się po brodę kołdrą, odgarnęła włosy, cała czerwona z oburzenia, że Konstanty śmiał tak gwałtownie naruszyć jej prywatność.

− Czy tak postępuje się w Londynie, wchodzi bez pukania do sypialni panny?

− Pukałem! Widać, nie słyszałaś. Nie chciałem cię wystraszyć, wybacz… Wczoraj nie było okazji porozmawiać w obecności rodziców.

− Mnie obecność mamy czy papy w niczym nie przeszkadza, nie mam przed nimi żadnych sekretów! – odparła z wyraźną urazą Eleonora.

Kątem oka przyjrzała się mizernej posturze brata, który po ponadrocznej tułaczce sprawiał wrażenie wygłodzonego, wręcz chorego. Część bladej twarzy zakrywały od dawna nieścinane, niechlujnie odrastające włosy. Przetarty na łokciach, poplamiony brązowy surdut nosił widoczne ślady zniszczenia. Czy wrócił, aby się ukorzyć przed rodzicami i przejąć hotel? Zaangażował się w działalność wywrotową? „A może cierpi na suchoty?” − przeszło jej przez myśl. Rodzice nie zapytali, ona również, a brat nie wyjaśnił przyczyny swojego powrotu.

− Co słychać w Warszawie? Dużo się zmieniło przez ten rok mojej nieobecności?

− Nic nowego… Ten potwór Fiodor Berg nadal trzyma nas wszystkich za gardło. – Eleonora wzruszyła ramionami ze zniecierpliwioną miną, unikając wzroku Konstantego.

Ze wszystkich sił starała się zamanifestować rezerwę wobec brata.

− Potworne wrażenie robi Warszawa. Kiedy tylko wysiadłem z pociągu i wyszedłem przed budynek Dworca Kolei Wiedeńskiej, uderzyła mnie jakaś przytłaczająca atmosfera. Chociaż nikt już nie nosi popowstańczej żałoby, nadal czuć to zgnębienie, to poczucie beznadziei. A dorożkarz jaki był opryskliwy i cuchnął gorzałką! Okropność! Kiedym kazał się wieźć na Długą, powiedział, że nie radzi mi się tam udawać, bo to jest ulica, na której straszy! Wszyscy warszawianie ponoć wiedzą, że duchy krążą po Hotelu Drezdeńskim w pałacyku Pod Czterema Wiatrami i koło Arsenału, gdzie żył jakiś perukarz, szpieg na rosyjskich usługach.

− Nie wiem nic o duchach na Długiej, tutaj jeszcze żadnego nie spotkałam. Na szczęście przyszła wiosna, ludzie się ożywią, jak tylko znowu będzie można pójść na spacer do Ogrodu Saskiego, posiedzieć w ogródkach kawiarnianych i zjeść lody! Jak pewnie zauważyłeś, nasz hotel wypiękniał. Papa zdecydował się zmienić nazwę i całe niemal wyposażenie. Zapożyczył się okrutnie. Zatrudnił nowego mistrza kuchni, cukiernika i agenta, który stara się nasz rodzinny interes utrzymać na powierzchni. Przy tej konkurencji to trudne. Na samej Długiej mamy cztery hotele pierwszej klasy! A w dodatku nieustannie władze carskie przysyłają tu szpiega, który lustruje wszystkich klientów…

Eleonora westchnęła. Podniosła temat hotelu po to, aby wywołać w Konstantym wyrzuty sumienia. On jednak nie odezwał się ani słowem i sprawiał wrażenie zupełnie niezainteresowanego rodzinnym interesem, jak nazwała hotel siostra.

− Coś ci pokażę.

Eleonora sięgnęła do stojącego obok łóżka sekretarzyka i wyjęła z szuflady wydany ledwie przed kilkoma tygodniami Przewodnik po Warszawie. W nowej edycji tej praktycznej publikacji papa zdecydował się zamieścić reklamę ich odnowionego hotelu o nowej nazwie. Po odszukaniu odpowiedniego miejsca w książce Eleonora z dumą pokazała bratu zajmujące całą stronę ogłoszenie. Pod ryciną przedstawiającą front klasycystycznej kamienicy można było przeczytać następującą treść:

Hotel Varsovie, ul. Długa 30. Właściciel Jeremi Żmijewski. Nadzwyczaj dogodne położenie dla osób przybywających na kuracyę – sąsiedztwo bowiem ogrodów przyczynia się do czystości powietrza. Bliskie sąsiedztwo Instytutu Wód Mineralnych przy Ogrodzie Krasińskich. Hotel posiada około 42 numerów, wygodnie i elegancko urządzonych w stylu angielskim, których cena wynosi od kop. 50 do Rs. 4 na dobę, wraz z pościelą. W samym Hotelu znajdują się powozy i karety do najęcia. Restauracya w miejscu. W godzinach popołudniowych wydają wykwintne obiady po rublu. Jedzenie à la carte o każdej porze. Służba mówi kilkoma językami.

Konstanty nie skomentował odczytanego ogłoszenia, jedynie wydał z siebie jakiś ponury pomruk. Zaczął kartkować przewodnik i przyglądać się niektórym stronom.

− „Ażeby określić rzecz krótko a dosadnie, powiemy, iż Warszawa dzisiejsza podobna jest do pięknej kobiety, która przez roztargnienie czy też przez lenistwo, zaniedbała umyć się… − Czytając fragment przewodnika, Konstanty zaśmiał się głośno. – Warszawa zatem jest nieumyta, ale piękna, i ma w sobie coś z baśniowego Kopciuszka, który mimo zaniedbanego stroju gasił urodą księżniczki i królewny”. Ha! A to wyborne!

− Daj spokój! − rzuciła Eleonora i wróciła do tematu: − Papa próbuje teraz pozyskać gwiazdy sceny w charakterze gości, którzy rozsławią nasz hotel za granicą. Mamy w mieście wielkie zainteresowanie teatrem, odkąd Helena Modrzejewska zamieniła scenę krakowską na warszawską i teraz tutaj święci triumfy. Papa był zachwycony jej rolą na premierze Romea i Julii. Mnie niestety nie pozwolili tego obejrzeć, bo to o miłości i tragicznie się ponoć kończy…

− Tak, słyszałem coś o tej Modrzejewskiej. Ma ambicję Szekspira propagować, ciekawe… W Warszawie Szekspir się wedle mojego zdania nie przyjmie. Podobno piękna ta Helena, choć głos ma nie za mocny. Jak trafi się parę rubli, pójdę ją zobaczyć na scenie. Chciałbym namalować jej portret. Ale najpierw chciałbym ciebie namalować, siostro, zgodzisz się? – zapytał nagle Konstanty.

Eleonora wzruszyła ramionami. Myślała, że Konstanty wrócił, bo dał sobie już spokój z malarstwem.

− Ale taką, jak widzę cię teraz, prostą, naturalną. Chciałbym przedstawić cię jako syrenę!

− Syrenę? – obruszyła się dziewczyna. Pomysł wydał się jej dziwaczny. Czy właśnie takie rzeczy robił w Londynie, malował kobiety jako syreny albo jakieś chimery? Chce ją widzieć z rozpuszczonymi włosami, ubraną w koszulę, ale za to z ogonem syreny? – Papa nigdy się na coś takiego nie zgodzi! – odparła z nadąsaną miną.

− Nie musi wiedzieć. Powiem mu, że to będzie po prostu portret. Do tego pomysłu nie może mieć obiekcji. Obraz będzie częścią twojego posagu.

− Jaki to ma być obraz?

− W stylu prerafaelitów! Jestem jednym z nich, przyjęli mnie do siebie, biednego cudzoziemca…

Zimą tysiąc osiemset sześćdziesiątego ósmego roku Jeremi Żmijewski zabrał dwójkę swoich najstarszych dzieci w podróż do Londynu, gdzie dorastająca panna i dorosły syn towarzyszyli mu w objeździe najlepszych angielskich hoteli, które chciał dokładnie obejrzeć, traktując angielskie renomowane przybytki jako wzorce dla swojej warszawskiej inwestycji. Chcąc wygrać wojnę z rosnącą w siłę konkurencją, Jeremi postawił na nowoczesność i luksus, jakiego Warszawa dotąd nie widziała.

Rosnące jak grzyby po deszczu hoteliki, pensjonaty, a także oferta pokojów kawalerskich wokół Dworca Kolei Wiedeńskiej, nie wspominając już o nowym i wciąż budowanym Hotelu Europejskim, wszystko to spychało jego obiekt do kategorii staroświeckich domów gościnnych, które na Długiej istniały od siedemnastego wieku. Ale obecnie nawet Hotel Francuski z mistrzem kuchni sprowadzonym z Tuluzy przechodził kryzys. Trzeba było podjąć odważne działania, aby nie stracić spuścizny zacnego rodu. Jeremi czuł, że jest to winien swojemu bratu Januszowi, który zmarł na suchoty na Syberii, wywieziony w ramach represji popowstańczych, szlachetnie poświęcając się dla brata i ratując jego maleńkie dzieci.

Żmijewski postanowił więc zaciągnąć pożyczkę i wyremontować swój hotel, nadać mu nowy, wzorowany na modzie wiktoriańskiego Londynu sznyt, zastosować dekoracje wedle angielskiej mody, wymienić meble w stylu biedermeiera na nowoczesne, wstawić obite wzorzystym pluszem kanapy, ustawić donice z rozłożystymi palmami i wymienić tapety w pasy na takie w kwiatowe wzory.

Oszołomiony splendorem i nowoczesnością londyńskiej metropolii wrócił do domu z przekonaniem, że dyktat francuszczyzny za moment stanie się przeszłością. Owszem, od ponad dwustu lat snobistyczna Warszawa chciała ze wszystkich sił dorównać Paryżowi, ale teraz – Jeremi był tego pewien – nadchodziły czasy fascynacji językiem angielskim, mody na angielskie stroje, wnętrza i styl życia. Antycypując te trendy, podjął decyzję o modernizacji przybytku – jeśli jego hotel miał utrzymać rangę pierwszorzędnego, a także wysokie ceny za numery, konieczne było zaproponowanie gościom czegoś zupełnie nowego.

Martwiła go tylko nazwa hotelu. Poważnie zastanawiał się nad zmianą szyldu z „Varsovie” na „Londyński”, miał jednak opory przed podjęciem tej decyzji. W końcu przybytek pod taką właśnie nazwą z pewnymi przerwami funkcjonował w Warszawie od czasów króla Jana Kazimierza. Jeremi postanowił dogłębnie przemyśleć tę sprawę i skonsultować pomysł na nową nazwę z Reginą, która przejawiała doskonałe wyczucie w kwestiach smaku i upodobań klientów.

Tymczasem w trakcie pobytu w Londynie Konstanty, jedyny syn i dziedzic, w którym pokładano tak wielkie nadzieje, nieoczekiwanie po prostu wymknął się spod ojcowskiej kurateli. Lekceważąc obowiązki, jawnie godząc w honor rodziny i pamięć stryja zamęczonego na śmierć przez rosyjskiego oprawcę, wykazał się skrajnym egoizmem i nieodpowiedzialnością.

Przekazał ojcu przez portiera hotelu Ritz bilet, na którym nakreślił kilka zdań. Informował, że poznał grono artystów zwanych prerafaelitami, ich głównego malarza, niejakiego Rosettiego, i chce pozostać w Londynie, aby malować. „Wybacz, ojcze, sztuka jest moim przeznaczeniem” − dodał na końcu.

Ojciec niemal odszedł na tamten świat. Dostał ataku serca, który z trudem przetrzymał. Przeklął wówczas syna, a zaraz po powrocie do Warszawy wydziedziczył.

Niestety, poza Konstantym żadne z pięciorga dzieci Żmijewskich nie mogło przejąć hotelu. Najmłodsza latorośl była jeszcze niemowlęciem, jej o trzy lata starsza siostra Emilia od pierwszych swych dni była nieodwracalnie chora, właściwie obłąkana, i przebywała na wsi, młodsza zaś od Eleonory o rok dziewiętnastoletnia Agnieszka przed kilkoma miesiącami wywołała skandal, wychodząc – wbrew woli rodziców – za mąż za aktora Teatru Rozmaitości i debiutując na scenie. Rodzina nie utrzymywała z nią od tego czasu niemal żadnego kontaktu ani nie interesowała się poczynaniami Agnieszki na scenie, mimo że pani Żmijewska ogromnie ceniła teatr, nie omijała żadnej premiery i zachwycała się gwiazdami teatru.

W tej sytuacji Eleonora pozostawała jedynym dzieckiem Żmijewskich, które mogło zapewnić kontynuację prowadzenia hotelu. O ile oczywiście do rodziny dołączyłby odpowiedni człowiek – jej mąż. Chciała mieć pewność, że jej pozycja w rodzinie nie jest zagrożona. Zapytała więc brata:

− Myślałam, że dałeś sobie spokój ze sztuką, że wróciłeś do domu, aby zająć się hotelem. Czyż nie po to tu przyjechałeś?

− Nigdy nie skończę z malowaniem – odparł spokojnie Konstanty. – Hotel mnie nie interesuje. Wiem, że ojciec mnie wydziedziczył, wiem też, że matka nigdy tego nie zrobi… Ale wróciłem, bo potrzebuje mnie mój przyjaciel. Chciałem też prosić cię o pewną przysługę. Zobacz! Pamiętasz te zdjęcia? – Konstanty otworzył papierową teczkę, którą przyniósł ze sobą. Pokazał siostrze kilka zdjęć oznaczonych pieczęcią atelier Karola Beyera.

− Te fotografie znalazłem wczoraj wieczorem, mają dobre kilka lat. Ale popatrz… – Wskazał siostrze zdjęcie, na którym widniała grupa studentów Szkoły Sztuk Pięknych, do której Konstanty uczęszczał przed kilkoma laty, a co ojciec niesłusznie uważał za młodzieńczy kaprys dziedzica hotelowej fortuny.

Eleonora świetnie pamiętała tę fotografię. Przedstawiała osiemnastu młodych mężczyzn skupionych wokół siedzącego na środku profesora. Dobrze znała te twarze, zwłaszcza jedną, ku której od razu powędrował jej wzrok. Młody chłopak o zaczesanych do tyłu falujących włosach, delikatnych rysach twarzy, z białą wstążką pod szyją. Patrzył odważnie w obiektyw, jakby był pewien swojego talentu i przyszłości. To był Gabriel Różański, kolega Konstantego, którego kiedyś Eleonora poznała osobiście.

Miała wówczas szesnaście lat i nikt nigdy nie wydał się jej tak piękny, a zarazem tak niebezpieczny. Bała się go, a także własnych gwałtownych uczuć, jakie w niej wzbudzał. Ilekroć znalazł się w pobliżu, wiedziała, że ją obserwuje. Czuła jego atencję i z dnia na dzień popadała w niezrozumiałe rozmarzenie. Ale w pewnym momencie Gabriel zniknął, podobno nie miał środków pozwalających na kontynuację studiów. Wyjechał, nie chciała nawet wiedzieć dokąd. Zdawała sobie sprawę, że papa nigdy nie wyraziłby zgody na jej mariaż z byle malarzyną, nie śmiałaby nawet o to błagać.

− Pamiętasz mojego kolegę, Gabriela? – zapytał Konstanty, jakby czytał jej w myślach. – Wezwał mnie tu na pomoc. Jest bardzo chory. Zaczął kilka miesięcy temu pracę nad odnawianiem malowideł w warszawskim kościele pod wezwaniem Świętego Jacka, ale teraz nie będzie mógł jej kontynuować. Poprosił mnie o dokończenie pracy za niego, bardzo potrzebuje pieniędzy. Sporą sumkę rubli, którą wypłacono mu z góry, już przekazał swojej nieszczęsnej siostrze, która urodziła właśnie bękarta i przymiera głodem.

Nagle ich konwersację przerwało pojawienie się w mieszkaniu matki. Pani Żmijewska jak zwykle robiła sporo zamieszania wokół swojej osoby. Do pokoju zajmowanego przez Eleonorę dobiegł apodyktyczny ton matki, która rozbierając się w holu, instruowała młodziutką służącą Marynię odnośnie do sposobu zdejmowania kapelusza tak, aby pozostawić nietknięte upięcie włosów, które każdego ranka zajmowało co najmniej czterdzieści minut.

Po chwili pani Regina, roztaczając zapach fiołków, których bukiecik trzymała w rękach obleczonych w atłasowe rękawiczki, energicznym krokiem wmaszerowała do przestronnego, zalanego cytrynowym światłem pomieszczenia, o ścianach pokrytych tapetą w różyczki.

Jej suknia spacerowa koloru orzechowego zachwycała wykwintnym fasonem według nowej mody, stanik przechodził w udrapowaną tunikę, spod której wysuwała się bogato marszczona i ozdobiona licznymi falbanami spódnica z trenem. Tył sukni osiągnął znaczne rozmiary dzięki coraz powszechniej noszonej przez modne panie pod warstwami materiału sztywnej poduszce z włościanki zwanej turniurą. Za sprawą tej oszałamiającej kreacji matka niemal całkowicie wypełniła wolną przestrzeń sypialni.

Po tym, jak przez długi okres Regina podobnie jak inne warszawianki nosiła jedynie ciemne, bure suknie manifestujące społeczne nastroje żałoby narodowej po upadku powstania, teraz nadrabiała te wszystkie lata ograniczeń i niemal co miesiąc szyła nową suknię w coraz to innym kolorze wedle najnowszych modeli z Paryża.

− Mój syneczek jedyny! – Matka zwróciła się do dwudziestopięcioletniego mężczyzny z egzaltacją, jakiej córka nigdy nie była obiektem.

Pocałowała wyraźnie zmieszanego Konstantego w czubek głowy i pogładziła po policzku. Syn ucałował wyciągniętą ku niemu dłoń.

Eleonora spuściła wzrok, czekając na reprymendę – o dziewiątej wciąż tkwiła w łóżku, nieubrana, nieuczesana i niegotowa, by stawić czoła obowiązkom. Stłumiła w sobie ukłucie żalu, jakiego doznała, widząc ujawnione wobec syna uczucia, których rodzicielka nigdy nie okazywała córkom.

Choć jako jedyna z czterech dziewcząt Eleonora cieszyła się dobrą opinią rodziców, nie zdołała zaskarbić sobie czułości pięknej Reginy. Teraz jednak jej myśli gorączkowo krążyły wokół chorego Gabriela. Biedak, co takiego mu było? Konstanty nie zdążył powiedzieć. Wyobraziła sobie tę piękną, bladą twarz ułożoną na poduszce.

− Eleonoro! Przyjmujesz brata w takim stanie? – oburzyła się matka, po czym nie kontynuując tematu, zaczęła opowiadać o przyczynie swojego podniecenia.

Otóż gdy wychodziła z kościoła, zaczepił ją pewien człowiek, który twierdził, że został przysłany przez księdza z parafii Nawiedzenia Najświętszej Panny Marii z Nowego Miasta. Podobno gwałtowne ulewy i burze, które nawiedziły ostatnio Warszawę, doprowadziły do potwornych szkód na przykościelnym cmentarzu. Na skutek podmycia gleby najstarsza część uległa poważnemu uszkodzeniu, wiele grobowców zapadło się i zawaliło. Niestety, częściowo runął też grobowiec Żmijewskich – ten, w którym spoczywały szczątki Franciszka Żmijewskiego, protoplasty rodu, wspaniałego hotelarza.

− Tego, który urodził się za panowania Wazów, był odznaczony przez królową Ludwikę Marię Gonzagę za jakieś wyjątkowe zasługi? To straszne! – dopytywała wstrząśnięta Eleonora. − To on ponoć odbudował hotel i wystawił murowany budynek przy Długiej, gdy wcześniejszy, drewniany, całkowicie spłonął w trakcie potopu szwedzkiego! – Eleonora zwróciła się w stronę brata, który wydawał się jednak niezbyt przejęty rewelacjami matki. Historia rodu nigdy go szczególnie nie zajmowała.

Matka przytaknęła zrezygnowana.

− Wiemy tylko to, co opisują rodzinne memuary. Wasz dziadek Anzelm, kiedy przejął hotel w trzydziestym roku, opisał te wszystkie wzniosłe fragmenty o Franciszku, kto wie, jaka była prawda… − westchnęła pani Regina.

Ksiądz proboszcz oczekiwał, że jak najszybciej ktoś z rodziny przybędzie na miejsce i zorganizuje przeniesienie – choćby tymczasowe − szczątków w inne, bezpieczne miejsce.

− Cóż robić? Wasz ojciec akurat wyjechał, zupełnie nie wiem dlaczego. Ma jakieś swoje fascynacje, o których nic nikomu nie mówi, i tylko one mają dla niego znaczenie. Zawsze tak było. Kiedy braliśmy ślub, jego idée fixe była kolej żelazna, całkowicie oszalał i gdyby nie hotel w ruinie, nigdy by swoich fascynacji nie porzucił. Potem były konie, kolekcje starych monet, w końcu rywalizacja o miano najelegantszego hotelu w mieście! Ciekawe, co teraz wymyślił… − Matka westchnęła z rezygnacją.

Wyraźnie czekała na męską decyzję syna. W końcu wrócił do Warszawy, zapewne dobrze wszystko przemyślał i chce stanąć na czele rodziny, wyręczyć, a wkrótce zastąpić przy prowadzeniu hotelu schorowanego, umęczonego sercowymi dolegliwościami ojca.

− Pojadę tam, zobaczę, co da się zrobić… − bez cienia entuzjazmu odparł Konstanty. Widać było, że załatwianie tego typu spraw jest mu nie na rękę. – Czy zechcesz mi towarzyszyć, Eleonoro?

− Oczywiście, że twoja siostra pojedzie. Pojedziemy wszyscy na ten cmentarz! Każę zamówić dorożkę. Pośpiesz się, córko! – zakomenderowała matka.

Eleonora pomyślała z żalem, że wizyta w przytułku na Piwnej i Starym Mieście musi poczekać. Podobnie jak wyprawa po pęk żonkili, które można było dostać na rynku i które tak chciała mieć w wazonie ustawionym na stoliku w swoim pokoju.

Zadzwoniła zatem na służącą Jadzię i oświadczyła, że musi jak najszybciej gotować się do wyjścia. Zaczęły od upięcia włosów i już po dwudziestu pięciu minutach (jako panna nie musiała jeszcze przesadnie dbać o uczesanie) złote pukle zostały ujarzmione.

Na białą, sięgającą kolan koszulkę i lekkie pantalony za kolano Eleonora nałożyła gorset z fiszbinami, zapinany z przodu na mosiężne zaczepki. Służąca zasznurowała tył, ściągając sznurówki mniej ściśle niż zwykle, ale panna Żmijewska nie zaoponowała. Cienką kibić warto wyeksponować wieczorem, nie teraz. Do specjalnych tasiemek z tyłu gorsetu Jadzia przytroczyła tasiemkami wypchaną włosiem poduszkę w kształcie półksiężyca i przywiązała ją w pasie tak, aby jej końce znajdowały się na biodrach panienki. Na to wszystko służąca pomogła włożyć długą do kostek spódnicę z podszewki, której tył usztywniały poprzeczne plisy z tkwiącymi w nich stendami. Na końcu Eleonora ostrożnie założyła wymagającą zapięcia na przodzie suknię dzienną z nieco połyskującej materii o barwie zielonego groszku, ozdobioną przeróżnymi upięciami, falbanami, z ogonem uszytym z kilkunastu warstw zachodzących na siebie pasm materiału.

Po nałożeniu sukni pozostawało tylko umieścić na spiętych włosach przybrany fiołkami i wstążkami słomkowy kapelusik, założyć rękawiczki z kremowego atłasu, zawiesić małą torebkę na nadgarstku, w drugą rękę wziąć parasolkę uszytą z materii, z której zrobiona była suknia − i oto panna Żmijewska była gotowa do wyjścia z domu.

Dorożka już czekała, gdy Eleonora wyszła ze świeżo odnowionej kamienicy w stylu Ludwika XIV, ozdobionej od frontu aż jedenastoma balkonikami z kutego żelaza. Unosząc obszerne poły sukni, z uwagą stawiała kroki, by w błocie zalegającym uliczny bruk nie ubrudzić nowych wiosennych pantofli.

Hotel usytuowany był w sporych rozmiarów budynku o klasycystycznej kubaturze z elewacją w kolorze wiślanego piasku, gruntownie przebudowanym we wczesnych latach panowania króla Stanisława Augusta. Dobudowano wówczas oficynę na tyłach hotelu, gdzie mieściły się pomieszczenia służby, pracowników oraz kuchnia, a także nowoczesną jak na tamte czasy stajnię dla koni gości, którą niedawno przerobiono na wozownię.

Reprezentacyjne wejście do hotelu zdobiły dwie kolumny podtrzymujące balkon z balustradą z kutego żelaza. Na pierwszym piętrze, w części narożnej budynku, mieściło się obszerne, komfortowe mieszkanie Żmijewskich.

Kilkanaście kroków dzieliło oficjalne wejście od bramy, która prowadziła do drugiego wejścia do budynku, pozwalającego na swobodne korzystanie z mieszkania przez rodzinę Żmijewskich.

Odźwierny w liberii, stojący przed wyłożonym czerwonym dywanem reprezentacyjnym wejściem do hotelu, skinął głową, witając córkę właściciela. Eleonora spojrzała w górę na szyld wypisany pochyłymi, złotymi literami po polsku oraz nieco niżej cyrylicą: „Hotel Varsovie”. Zanim wsiadła do krytej dorożki, z dumą pomyślała o wspaniałości rodzinnego przybytku.

Kiedyś to wszystko będzie należało do niej, spłaci brata, siostry, a ona i jej przyszły mąż sprawią, że ten hotel w każdym kolejnym przewodniku po Warszawie wskazany zostanie jako pierwszorzędny i godny polecenia przybytek. Będą się tu zatrzymywać sławni cudzoziemcy, dyplomaci, gwiazdy opery, sceny teatralnej i wybitni muzycy, a ona będzie organizowała wieczorki dobroczynne i rozmaite rauty dla zacnego towarzystwa. Ach, życie jawiło się jak z góry zaplanowana, piękna przygoda, którą Eleonora lada dzień rozpocznie. O ile miłościwy Bóg pozwoli, rzecz jasna.

Gdy dorożka podjechała pod ogrodzenie gotyckiego kościoła Nawiedzenia Najświętszej Marii Panny, wysłany przez księdza pomocnik poprosił, aby panie poczekały w powozie, gdyż widok zdewastowanych przez żywioł części starego cmentarza przeraziłby nawet najbardziej odporną niewiastę. Matka nie chciała słuchać tych wyjaśnień. Dopiero informacja o potwornym błocie po kostki i fetorze, jaki wyziewał z ziemi cmentarnej, skłoniła ją do pozostania w wozie. Poprosiła fiakra, by czekał, i w pełnej napięcia ciszy trwały tak obie z Eleonorą, nie mając sobie zbyt wiele do powiedzenia.

Konstanty miał tak znoszone dziurawe buty, że bez żalu wszedł w potok błota i wraz z dozorcą pilnującym cmentarza udał się ku powalonemu grobowcowi, który pochodził z końca siedemnastego wieku.

− Dobrze, że już wczoraj nakazałam zamówić krawca i szewca, aby porządnie odziać i obuć naszego artystę. Mam nadzieję, że bieda na angielskiej ziemi tak mu dokuczyła, że raz na zawsze wybije sobie z głowy to malarstwo. Oby ojciec jak najszybciej zmienił testament i ponownie ujął w nim swojego pierworodnego syna! – westchnęła pani Regina. – Och, Konstanty to typowy Żmijewski! W tej rodzinie od pokoleń mężczyźni rozdarci są między sztuką a interesem, lecz wygrywa zawsze interes!

Eleonora miała zapytać, czy w ich rodzinie była jakaś kobieta, która pragnęła poświęcić się sztuce, nie odezwała się jednak, nie chcąc przysparzać matce dodatkowych nerwów. O dach dorożki zaczął bębnić deszcz. Powietrze przenikała nieprzyjemna woń rozmokłej ziemi i zgnilizny. Dzień miał być obiecujący, jednak prognozy pogodowe się nie sprawdziły.

Konstanty długo nie wracał, wprawiając matkę w stan najwyższego zdenerwowania. Gdyby nie nowa suknia, pewnie odważyłaby się wyjść z powozu. Eleonora tonęła w myślach, wspominając Gabriela, który zapewne umierał w nędznej norze na suchoty albo – jeszcze gorzej – jak inni artyści zaniemógł na okropną chorobę zwaną francuską, roznoszoną przez kobiety lekkich obyczajów. Opowiadała jej o tych sprawach rezolutna Danusia, bliska przyjaciółka, z którą uczęszczały na pensję dla panien.

Gdy wreszcie Konstanty pojawił się w dorożce, na jego bladej twarzy malował się szok, a jednocześnie pewne rozbawienie. Od razu zaznaczył, że musi im powiedzieć o pewnych faktach, które są niepodważalne i zapewne okażą się wstrząsające.

− Mów, chłopcze, mów! − zachęciła go matka, dłonią w rękawiczce przytrzymując jego dłoń.

− Na skutek zniszczenia grobowca trzeba było przenieść szczątki Franciszka Żmijewskiego i jego żony do nowych trumien. Po otwarciu tego, co się zachowało z trumny protoplasty naszego rodu, okazało się, że… − Konstanty zamilkł, sprawiając, że napięcie w powozie sięgnęło szczytu. – Okazało się, że nasz przodek był… karłem.

− Ależ skąd, to jakaś pomyłka! – Matka zaśmiała się nerwowo, machając na znak sprzeciwu ręką.

− Nie, mamo, na pewno nie jest to pomyłka… Trumna była oznaczona przytwierdzoną do niej tabliczką z nazwiskiem. W środku był kościotrup liliputa mierzącego nie więcej niż trzy stopy! W rękach trzymał książeczkę do nabożeństwa o okładkach ze złota i różaniec. Z odzienia ostały się tylko giemzowe buty z żółtej skóry, resztki kołpaka, jakieś szczątki podbitej futrem karmazynowej peleryny. Nie wiem, jak to możliwe, że o tym nie wiedzieliśmy…

− Ale mamo, przecież tyle nam z papą opowiadaliście o tym wspaniałym Franciszku, tyle ponoć zdziałał, dokonał heroicznych czynów w czasie szwedzkiej napaści. Skąd to wiedzieliście? – zapytała Eleonora.

Matka milczała. Siedziała nieruchomo, zasłaniając sobie twarz dłonią.

Eleonora z przerażeniem pomyślała, że być może dzieci, które kiedyś urodzi, okażą się karłowate. Słyszała kiedyś, że takie defekty przekazywane są z pokolenia na pokolenie.

− Ale przecież to niemożliwe… A portret Franciszka, który wisi w hotelu? Malowany za panowania króla Jana Kazimierza i Ludwiki Marii Gonzagi. Na obrazie wygląda normalnie, nadzwyczaj kształtna twarz, francuski strój i ufryzowana głowa. Widziałam kiedyś karła na własne oczy, jego fizjonomia różniła się znacznie od zdrowej sylwetki. Poza tym karzeł szlachcicem? Jak to możliwe? – myślała na głos zgorszona Eleonora.

− Taki był rzekomo prawy i szlachetny. A teraz się okazuje, że to liliput. Pewnie w dodatku z nieprawego łoża! – powiedział z sarkazmem Konstanty, zapalając fajkę.

Sprawiał wrażenie rozbawionego, jakby plama na honorze rodziny wręcz go cieszyła.

Matka nadal milczała. Siedziała blada, ciężko oddychając, i nagle zaczęła osuwać się na ziemię nieprzytomna. Syn i córka zerwali się, aby ją cucić.

− Na Długą! Proszę ruszać! – rzuciła Eleonora do fiakra. − W hotelu jest teraz medyk! Wołaj go, jak tylko dotrzemy! − powiedziała do Konstantego.

Eleonora nie mogła się otrząsnąć. Wszystko okazywało się inne, niż sądziła. Wspaniały protoplasta rodu to karzeł, który nie wiadomo, w jaki sposób wszedł w posiadanie zajazdu przy Długiej, z którego jego potomkowie stworzyli hotel cieszący się prestiżem, słynący z wysokiej jakości usług i pcheł mniej dotkliwych niż w innych tego typu przybytkach (czego nie omieszkały podkreślać wychodzące przez kolejne lata końca osiemnastego wieku bedekery).

W trakcie obiadu − podanego w jadalni Żmijewskich później niż zwykle − panowała napięta atmosfera. Matka przestała niemal zwracać uwagę na ukochanego syna, który wyraźnie nieswojo czuł się w salonie jadalnym, urządzonym na nowo ledwie kilka miesięcy temu z dużym przepychem.

− Gdzie się podziewa wasz ojciec?! – wykrzykiwała wyraźnie podenerwowana pani Żmijewska podczas spożywania cynadrów wieprzowych.

Obawiała się, jak mąż zareaguje na informację o przypadłości ich przodka, pierwszego właściciela hotelu, którym tak często się chwalono, wspominając jego zasługi na rzecz miasta Warszawy i dobra przyznane mu przez królową.

Herbatę podano w gabinecie orientalnym, pomieszczeniu niezwykle modnym i nowoczesnym, w którym ściany wyłożone były jedwabną tkaniną w kolorze ceglanym. Widniały na niej rysunki pawi o turkusowych i zielonych piórach. W przeszklonej witrynie przyciągała wzrok kolekcja niespotykanych wachlarzy. Wystroju dopełniały sprowadzane z Wiednia lampy gazowe o wielkich abażurach i nóżkach rzeźbionych w kształcie posągów Buddy.

Stary służący z wielkimi faworytami obsługiwał samowar. Dochodziła piąta i moment, kiedy wedle angielskiej mody, którą Jeremi postanowił praktykować, w całym hotelu pito herbatę. Tego dnia ograniczono się do jednej filiżanki, nie tykając nawet rogalików nadziewanych różaną konfiturą, kupowanych w wykwintnej cukierni Lourse’a.

O godzinie szóstej po południu Eleonora była już przebrana w suknię szytą wedle najnowszej mody z Paryża, z bladoróżowej satyny, z trenem zdobionym falbanami i wstążkami. Od tygodnia nie mogła się doczekać, kiedy wystąpi w nowej kreacji i zagra na raucie Towarzystwa Dobroczynnego. Wyglądała jak anioł. Józefa ozdobiła jej − dosyć mocno wycięty − przód obcisłego stanika kwiatem róży, po czym wpięła spinki z drobnymi diamentami we włosy po obu stronach głowy, unosząc zwinięte w kilka grubych pukli włosy. Te jednak opadły dziewczynie na plecy, gdy zabrzmiał dzwonek wzywający służbę do natychmiastowego stawienia się.

Na specjalne życzenie matki Eleonora została przywołana do jej seledynowego buduaru, gdzie przy oknie stał już z założonymi z tyłu rękoma blady jak trup Konstanty. Wpatrywał się w zalaną popołudniowym światłem ulicę Długą, po której chodzili nobliwi panowie w cylindrach i damy w toaletach z długimi ogonami sunącymi po brudnym bruku. Ruch na tej ulicy pełnej hoteli i różnorodnych polskich i rosyjskich sklepów z oświetlonymi latarniami gazowymi szyldami zawsze był natężony, nawet jeśli najbardziej eleganckie towarzystwo wybierało teraz plac Teatralny i okolice ratusza.

Matka z posągową miną przekazała synowi i córce otrzymaną wiadomość, którą przywiózł przed kilkunastoma minutami posłaniec z domku myśliwskiego. Pokojowiec Jeremiego donosił, że jaśnie wielmożny pan dzisiejszego poranka odebrał sobie życie strzałem z rewolweru. W lakonicznym liście napisał, że jest bankrutem. „Hotel lada dzień nie będzie należał do nas”.

Eleonora czuła się tak, jakby ziemia rozstępowała się jej pod stopami, jakby jakaś niezrozumiała moc rozsadzała od środka jej mózg. Nie zdawała sobie nawet sprawy, że z jej ust wydobył się głośny jęk. Konstanty położył ciężką dłoń na jej głowie.

− Uspokój się, siostro, ojciec był nieuleczalnym hazardzistą. Przegrał wszystko…

− Coś musiało się stać… − cichym głosem przemawiała sama do siebie matka. – Coś się wydarzyło… Przecież udało mu się znaleźć odpowiedniego kandydata na męża Eleonory, takiego, który chciał zająć się hotelem, a jednocześnie był w stanie spłacić niektóre długi. Przecież zawarli umowy, wszystko było ustalone... Dzisiaj po raucie ten człowiek miał nas oficjalnie prosić o jej rękę…

Eleonorze wydało się, że nie zniesie dłużej tego potwornego napięcia i fali żałości. A więc był kandydat, którego w obecnej sytuacji nawet nie pozna! Dlaczego papa jej to zrobił?

Wejście służącej do seledynowego buduaru przywołało Żmijewskich do porządku. Matka i córka wyprostowały się. Należało czym prędzej pomyśleć o pochówku.

Rozdział ISkarpa w ogniu

Próżne myśli człowiecze, próżne starania,

Omylne i fałszywe świeckie ukochania!

Próżno sobie lat dłuższych i mienia lepszego

Obiecujem, wszystko trwa do czasu małego.

Opadamy jako list zielony w jesieni,

Młodość, zdrowie, uroda – prędko się to zmieni,

A ponieważ odmiana bywa wszystkich rzeczy,

Chcemy się już wżdam sami mieć na lepszej pieczy.

Nie pokładajmy w marnym świecie swej nadzieje,

Którą dma po powietrzu i z nami rozwieje.

ANONIM, Tren VI

Czerwiec Anno Domini 1607

W dwudziestym roku miłościwego panowania Jego Wysokości króla Zygmunta III Wazy na Zamku położonym tuż obok murów Starej Warszawy kończyły się obrady walnych sejmów. Ogień pojawił się w momencie, gdy po upalnym dniu mieszkańcy i setki przybyłych z całej Rzeczypospolitej Obojga Narodów gości z ulgą witali nadejście wieczoru, licząc na to, że po wielu dniach suszy spadnie w końcu deszcz.

Miasto wprost pękało w szwach po trwających przeszło pięć tygodni obradach sejmowych, które miały się ku końcowi. Zbliżał się okres zbierania plonów i panowie szlachta wraz ze swą liczną świtą nazajutrz mieli powoli opuszczać Warszawę. Zarówno mieszkańcy Starego Miasta, jak i goście, którzy tłumnie przybyli ze wszystkich stron Rzeczypospolitej – wszyscy mieli już dosyć tłoku, zgiełku i pokrywających każdy wolny skrawek bruku stert śmieci i nieczystości, jakie zalegały wąskie uliczki w obrębie wiekowych murów miasta.

Ogień zaprószono w jednej z prowizorycznych, zbudowanych z drewnianych bali kuchni, w których gotowano dla przyjezdnych.

W momencie gdy wybuchł pożar, Laurenty Żmij, lutnista kapeli królewskiej Jego Wysokości Zygmunta III Wazy, opuszczał właśnie progi kolegiaty Świętego Jana. Z dumą niósł na ramieniu swoją lutnię, rozmyślając o tym, jak udany był dzisiejszy koncert i jak wspaniale w murach średniowiecznego kościoła brzmiał chór wyśpiewujący hymny i psalmy pełnej majestatu Missa Sancta. Koncertowi przysłuchiwał się sam król z królową Konstancją, dostojnicy kościelni i dworzanie.

Żegnając skinieniem dłoni rozchodzących się członków kapeli, Laurenty odwrócił się jeszcze ku wrotom fary i spojrzał w górę, na otoczoną rusztowaniami gotycką fasadę strzelistej budowli, którą nadal jeszcze remontowano po tym, jak kilka lat temu zawaliła się kościelna dzwonnica.

Wówczas kątem lewego oka dostrzegł dziwne zamieszanie na widocznym w oddali wejściu na Rynek. Od strony placu zaczęły dobiegać odgłosy i niecodzienna wrzawa. Wokół zapanował niezwykły rwetes. Nagle przerwano przedstawienie Syna marnotrawnego teatru kukiełkowego, który rozstawił się u wylotu ulicy Grodzkiej1. Grupka oglądających i ukryci za parawanem aktorzy z kukiełkami na kijach zamarli w oczekiwaniu. Nagle ktoś krzyknął, że widzi ogień. Biegnący ulicą od strony Zamku chłopak krzyczał przeraźliwie: „Namioty kuchni polowej na Rynku płoną! Widać ogień z wieży strażniczej!”.

W niemal wszystkich oknach wąskich, ściśle przylegających do siebie budynków, które pamiętały jeszcze czasy Jagiellonów, pojawiały się sylwetki ludzi. Zaniepokojeni przechodnie przystawali na ulicy i rozglądali się wokół zdezorientowani i niepewni. Laurenty z przerażeniem zdał sobie sprawę, z jaką łatwością ogień może do cna strawić zamknięte murami miasto − niewiele było w nim bowiem ceglanych budynków.

Najbardziej bał się o żonę i dzieci. Biegiem ruszył w kierunku pożogi. Musiał jak najszybciej dostać się do swojego domu, który znajdował się blisko Rynku.

Tymczasem nad miastem zaczął zapadać zmierzch. Na niebie ukazała się zamglona, srebrzysta tarcza księżyca. Była pełnia, co nie wróżyło dobrze. Laurenty czasami myślał o tym, że wszystko, co przytrafia się tu, na ziemi, bardziej niż od woli boskiej zależy od układu planet. I teraz, widać, gwiazdy przesądziły o losie nieszczęsnego miasta…

Gdy po kilku minutach jego stopy stanęły na skraju placu, serce zabiło mu gwałtownie na widok ognia pochłaniającego otaczające Rynek domy. Kłęby czarnego dymu unosiły się nad dachami. Plac pełen był biegających w popłochu w różnych kierunkach i wrzeszczących ludzi. Przez kilka sekund Laurenty stał, patrząc na ten potworny, fascynujący spektakl.

Niemal cała pierzeja budynków od strony Wisły zdążyła już zająć się ogniem. Słychać było rozpaczliwe wycie kobiet, krzyk i płacz dzieci, coraz gwałtowniejsze krzyki mężczyzn. Stojący na samym środku staromiejskiego Rynku reprezentacyjny ratusz ze strzelistą wieżą na razie pozostał nietknięty przez ogień. Szkoci i Ormianie w panice zbierali swoje precjoza z ciasno ustawionych jeden obok drugiego kramów. Przekupki w popłochu zwijały towary ze straganów wokół ratusza. Jeden z rajców miejskich wspiął się na schody wiodące do magistratu i nawoływał do jak najszybszego opuszczania miasta.

Spiesząc w kierunku domu, Laurenty co rusz oglądał się za siebie, nie mogąc oderwać wzroku od krwistych, agresywnych jęzorów płomieni, które wyzierały z czeluści okien domów. We wszystkich budynkach wokół Rynku ludzie próbowali ratować swój dobytek. Z wyższych pięter wyrzucano przez okna przeróżne przedmioty, które lądując na ziemi, wzbijały w górę chmury piachu i pyłu.

Pod nogi muzyka spadały z góry srebrne naczynia, kosztowne tkaniny, koszule, suknie, futrzane delie i pakowane w popłochu tobołki. Gdzieś wybuchła awantura, bo ktoś na ulicy chciał sobie przywłaszczyć wyrzucane przedmioty.

Ale to wszystko trwało ledwie chwilę. Przepychając się przez hordy uciekających w panice ludzi, lutnista zawrócił ku kościołowi patrona muzyków, Świętego Marcina, i uliczce, gdzie stał jego dom, wniesiony w posagu przez jego żonę. Biegnąc, nie zauważył nikogo, kto chociaż próbowałby gasić ogień, nikogo, kto nosiłby stągwie z wodą. Władze miasta zupełnie nie były przygotowane na pożar. Brak opadów i tłumy przyjezdnych, które przybyły do Warszawy na obrady sejmowe, wszystko to sprzyjało katastrofie, która właśnie spadała na to prężnie rozwijające się miasto.

Z głowy spadł Laurentemu całkiem nowy kapelusz o wysokim denku, ale bał się po niego wrócić.

– Nic tu po mnie − powiedział do siebie, przyciskając mocniej do ciała ukochaną lutnię.

Nagle jego ciałem wstrząsnęły dreszcze – oto we wszystkich świątyniach Starej i Nowej Warszawy przeraźliwie zabiły dzwony. Nawet ten brzmiący tak melodyjnie z kościoła Świętej Anny poza murami miasta.

− Boże miłosierny, nie karz nas, nie karz nas! − zawodziła grupa mnichów, którzy padli na kolana tuż przy kopie cuchnących odpadków jadła i śmieci.

Głosami pełnymi trwogi wznosili modły.

− Macie, macie teraz zapłatę, grzesznicy! Przyszła godzina boskiego gniewu! Szykujcie się na śmierć, albowiem zaraz staniecie przed obliczem Pana! − grzmiał czyjś głos w tłumie, który wypełniał wąskie uliczki.

Przeciskając się między ludźmi, Laurenty wreszcie wkroczył na ulicę Krzywe Koło. Od domu dzieliło go już tylko kilkadziesiąt kroków. Pogrążona w panice ludzka tłuszcza zdawała się falować na ograniczonej ścianami domów przestrzeni. Ktoś padł na ziemię i zaczął potwornie krzyczeć.

Ze wszystkich stron do uszu lutnisty docierały słowa rozlicznych modlitw, jęki i krzyki rozpaczy. Wydawało mu się, że zaraz pęknie mu głowa. Powtarzał wciąż bezgłośnie: „Anna, Anna”, a bijące w oszalałym tempie serce niemal rozrywało mu pierś.

Wielu ludzi po prostu stało lub klęczało w miejscu, nie zamierzając nawet ratować się ucieczką.

– Niech się dzieje wola boska − mówiono, czyniąc znak krzyża.

− To kara za grzechy, za potworne grzechy, jakich dopuściliście się w tym mieście! − zawołał któryś z mężczyzn uciekających konno w kierunku Bramy Krakowskiej.

Gorące i przesycone czarnym dymem powietrze sprawiało, że coraz trudniej było swobodnie oddychać. Laurenty ściągnął sztywną, białą kryzę, która okalała mu szyję, i rzucił ją na bruk. Jednym ruchem ręki rozerwał rządek guzików przylegającego do ciała czarnego kaftana, który wraz z czarnymi krótkimi spodniami o bufiastym kroju stanowił podstawę stroju w kapeli Jego Królewskiej Mości.

Minął ludzi w pośpiechu wynoszących obrazy i cenne przedmioty z domów i ładujących je na drewniany wózek, który ograniczał ruch na ciasnej uliczce.

− Zostawcie to! Uciekajcie, zaraz wszyscy się spalimy! − krzyczał ktoś przeraźliwym głosem.

Laurenty dotarł do swojego domu na Krzywym Kole – wąskiego, trzypoziomowego budynku, ściśle przylegającego do podobnych budowli o drewnianej konstrukcji, których cały rząd stał od strony murów miasta. Spojrzał w górę, upewniając się, że ogień jeszcze tu nie dotarł. Zobaczył żonę Annę, która krzycząc coś w panice, zrzucała z góry na ulicę różne przedmioty: pod nogami muzyka co chwila lądowały srebrne lichtarze, kobierce, czepce i różne kobiece szmatki.

− Jesteś wreszcie, mężu! Tak żem się bała! Zbieraj te rzeczy, ino rychło! Ruszaj się żwawo, nie stój jak jaki słup! − krzyknęła do niego Anna.

Była starsza pięć lat od Laurentego, swojego drugiego męża. Odziedziczyła spory majątek i zachowywała się wobec młodego muzyka władczo. Ten nie umiał podporządkować sobie małżonki, coraz częściej spędzał wieczory w karczmach, a ostatnio – gdy zarobił nieco grosza – także w prowadzonym przez miejskiego kata przybytku uciech w słynnej wieży przy ulicy Dunaj, gdzie coraz częściej zabawiał się z ladacznicami.

− Zostaw to wszystko! Szybko, schodź, pani, na dół! Zaraz ogień zajmie nam dom! − zawołał Laurenty do żony, ale go nie posłuchała. Mimo błogosławionego stanu i sporego brzucha z wielkim impetem biegała po izbie na piętrze, w panice próbując zebrać do worka cenniejsze przedmioty.

Ogień trawiący kolejne stare, w większości pamiętające panowanie Zygmunta Augusta, budowle na Rynku sprawił, że wielka łuna rozświetliła niebo.

Z każdą minutą pożar zagarniał kolejne budowle. Rozchodzące się po uliczkach kłęby gryzącego, czarnego dymu powodowały, że coraz trudniej było nie ulec trwodze.

− O Boże, zaraz wszyscy się spalimy! − wrzeszczała z całych sił służąca w domu Żmijów dziewka.

Piastunka Maryla, przychodząca pomagać im przy dzieciach, stała oniemiała, jakby jej członki nie miały żadnych życiowych mocy. Przyciskała silnie do piersi zawinięte w bety najmłodsze dziecko Żmijów, które wrzeszczało wniebogłosy. Z wnętrza domu z widocznym trudem zgięty wpół wyszedł ich pierworodny syn, nazywany przez wszystkich głupim Pietrkiem. Nikt go dotąd nie zawołał ani nikt nie dbał o to, aby z trudem poruszający się chłopak szybko opuścił mieszkanie.

Laurenty odwrócił wzrok od Pietrka i nie odezwał się ani słowem. Widok powykręcanych od urodzenia członków i gamoniowatego wyrazu twarzy siedmioletniego chłopca, nieustannie mrugającej powieki i ohydnie wykrzywionych ust sprawiał muzykowi gorzki ból. Czuł wielką odrazę do tego nieudanego Bożego dzieła i nie był w stanie jej przełamać.

Teraz nagle przeszło mu przez myśl, że pożerający miasto ogień mógłby strawić nieszczęsne ciało tego dziecka, jednak szybko wystraszył się tej okrutnej wizji i w duchu przeprosił Boga za grzechy, błagając go, by nie spełniał też chybionej prośby. W końcu dzieciak nie był niczemu winien. Nałożona na Żmijów klątwa, o której Anna nie miała pojęcia, na zawsze pozbawiała lutnistę możliwości posiadania tego, co dla mężczyzny jest w życiu zgoła najważniejsze – noszącego jego nazwisko syna.

Laurenty wbiegł po wąskich, częściowo spróchniałych schodkach na piętro, gdzie żona miotała się po izbie, wyjmując z otwartych skrzyń swoje ubrania.

− Moje haftowane giezła2, moje czepce wyszywane perłami, gdzież się one podziały? − mówiła do siebie jak w gorączce, zagłębiając rękę w zwoje tkanin wypełniające ogromną skrzynię. − Laurenty, zabieraj konterfekty! − krzyknęła do męża, ten jednak nie widział sensu zabierania w takiej chwili zawieszonych tuż pod belkowanym sufitem portretów rodzinnych pędzla pierwszego małżonka żony.

− Nie ma na to czasu! Chodź szybko, bo wszyscy zginiemy! – wrzasnął, przytrzymując rozgorączkowaną kobietę.

Na jej spoconej, niemłodej już twarzy malowało się przerażenie. Jedną ręką bezwiednie przytrzymywała dół widocznie zaokrąglonego pod niebieską materią spódnicy brzucha. Mąż chwycił ją za rękę i pociągnął za sobą. Spod siennika małżeńskiego łoża, nad którym wisiał dopiero co wymieniony baldachim z zielonego sukna, Laurenty wyjął sakiewkę z kilkunastoma dukatami i garścią talarów. Chwycił leżący na stole plik nut i czym prędzej zaczął zbiegać po schodach, nie puszczając ani na moment ręki Anny.

− A co z Tomaszem? Gdzie on jest? – Anna zatrzymała się na schodach, zdając sobie właśnie sprawę, że do domu nie wrócił jeszcze jej najstarszy syn, jedyne dziecko z pierwszego małżeństwa, który uczęszczał do szkoły prowadzonej przez ojców jezuitów.

− Nie możemy na niego czekać. Ojcowie zapewne już uciekli i wzięli go ze sobą – powiedział Laurenty.

Ledwo wyszli przed dom, a w ogólnej wrzawie i tumulcie rozległ się potworny huk. Wielki słup dymu i ognia roziskrzył atramentowe niebo. Padł jeden z domów przy Rynku, a zaraz potem kolejny. Jedynie czarna sylwetka średniowiecznej Szerokiej Wieży górującej nad murami miejskimi i zabudową od strony Wisły zdawała się opierać płomieniom. W promieniu kilkudziesięciu metrów na miasto spadł deszcz iskier. Gołębie, zawsze tak licznie okupujące dachy budynków, jakby w obawie przed porzuceniem swoich gniazd, krążyły koło żarzących się okien i jeden po drugim padały na bruk.

− Szybko! Do Bramy Krakowskiej! Musimy wydostać się poza mury miasta!

Laurenty pociągnął za sobą Annę, szturchnął zupełnie zrezygnowaną Marylę z płaczącą córką Żmijów na rękach. Ruszyli wraz z gęstniejącym tłumem innych ludzi w kierunku Bramy Nowomiejskiej. Złowieszczo brzmiały dzwony wszystkich okolicznych kościołów. Języki ognia atakowały już strzelistą kolegiatę Świętego Jana.

− Szybko! − krzyczał Laurenty.

Anna zapłakała, mówiąc cicho, że czuje bóle w brzuchu. Pietrek został za nimi w tyle, nie będąc w stanie dotrzymać im kroku. Sumienie kazało Laurentemu cofnąć się kilka metrów i wziąć chłopaka. Przewiesił sobie jego drobne, nieforemne ciało przez ramię i trzymając go za nogi, dogonił powoli człapiące kobiety.

Wiedział, że muszą czym prędzej szukać schronienia na rzece.

− Zginiemy, wszyscy zginiemy! To koniec! Ojciec proboszcz ostrzegał nas przed ogniem piekielnym. Ale my nie przestaliśmy grzeszyć. O Boże, Boże miłosierny! Oszczędź nam śmierci w płomieniach! − wyła z przeraźliwą trwogą w głosie Maryla.

Ktoś w tłumie mówił, że podobno królewskie karety wyjechały już z miasta, a ogniem zagrożony jest nawet Zamek Królewski, który od dłuższego czasu stał otoczony rusztowaniami, gdyż wedle woli Zygmunta III Wazy dawna siedziba książąt mazowieckich była obecnie rozbudowywana i zmieniana, tak aby w powiększonym gmachu mogła na stałe i z należnymi honorami zamieszkać cała rodzina królewska i jej dwór.

Teraz już każdy mieszkaniec Starej Warszawy wiedział, że ognia nie da się opanować i jedynym wyjściem jest ucieczka. Toteż tłum ogarniętych trwogą ludzi tłoczył się w ciasnych uliczkach, depcząc porzucone w pośpiechu przedmioty. Co chwila słychać było rozdzierający wrzask zdeptanego kota albo wycie psa, który nie dawał rady przecisnąć się przez labirynt ludzkich nóg. Tłum napierał w wąskim gardle uliczek biegnących ku Bramie Nowomiejskiej, która ponoć była ciągle zawarta. Lecące z nieba iskry co rusz parzyły skórę. Zaduch i gorąc były tak potworne, że niektórzy padali na kolana i zanosząc się kaszlem, odmawiali dalszej drogi.

− Nie wyjdziemy stąd, nigdy się nie wydostaniemy! − zawodziła Anna, dysząc ciężko i z wielkim trudem idąc przed siebie. Grymas bólu wykrzywiał jej twarz.

Laurenty pomyślał, że zapewne w brzuchy jego żony wierci się ich syn, któremu dzisiaj przyjdzie zginąć. Nie mogło być przecież inaczej, skoro moc klątwy rzucona niegdyś na ojca Laurentego promieniowała na losy jego synów.

− Dasz radę, pani, już blisko − przemawiał łagodnie do żony, starając się jedną ręką podtrzymać jej kibić.

Worek, który jeszcze przed kilkoma minutami wlokła ze sobą, został porzucony gdzieś na ulicy.

Co chwila przez płacz ludzi i syk płomieni przebijał się odgłos przepełnionego bólem rżenia koni uwięzionych w palących się stajniach. Gryząca woń spalenizny i duszący dym sprawiały, że miasto zamieniło się w piekło.

Nagle w tłumie rozległ się potworny krzyk. Z okna jednego z domów, którego dosięgły już języki ognia, na uwięziony w wąwozie uliczki tłum runęła paląca się kobieta. Pod jej ciężarem upadło kilka osób, których ubrania momentalnie zajęły się ogniem. Pochód uciekających przed śmiercią ludzi zdeptał leżących na bruku, gasząc przy tym zalążki ognia. Jeden tylko starzec przystanął, z obłąkanym wyrazem twarzy wzniósł ręce ku niebu, na którym wisiał nieczuły, srebrny księżyc w pełni − i zawył jak ranne zwierzę. Tłum z większym impetem ruszył ku bramie.

Laurenty odwrócił się i zobaczył kilka sążni za sobą kurtynę żarłocznych płomieni. Poczuł, jak trwoga ściska mu gardło. Wszystkie domy przy Krzywym Kole płonęły, wszystko przepadło. W jego głowie coraz natarczywiej wybrzmiewały ledwie przed godziną śpiewane przez anielski głos słowa hymnu: Diffusa est gratia in labiis tuis3. Przymknął na moment oczy. Syk ognia ucichł. Przez chwilę znowu był w chłodnym, pełnym majestatu wnętrzu świątyni i grał, starając się ze wszystkich sił, by z jego lutni wydobywały się najwspanialsze, najczystsze dźwięki. Kątem oka zerkał w stronę balkonu, w którego wnętrzu, za zasłoniętymi firankami, siedział sam król.

Nagle poczuł, jak kłęby coraz gęstszego dymu zatykają jego płuca. Zaczął kasłać. Anna, z trudem łapiąc powietrze jak ryba wyciągnięta z wody, poprosiła, aby pozwolił jej tu umrzeć.

− Muszę usiąść, nie dam rady dalej − wycharczała z najwyższym trudem.

Po osmolonej twarzy ciekły jej strugi łez. Laurenty pomyślał, że nie mają szans, że lepiej byłoby po prostu się zatrzymać. Niech to wszystko skończy się jak najszybciej.

Ktoś idący z nimi w tłumie, widząc ciężarną, która dławi się od dymu, wyciągnął ku niej rękę z mokrą szmatką.

− Weźcie to i przytknijcie do twarzy, lżej będzie! − zachęcała jakaś niewiasta.

Laurenty chwycił wilgotną chustkę i podał żonie.

− Niech was Bóg błogosławi! − zawołał do dobrodziejki, która zniknęła gdzieś w tłoczącej się masie ludzkiej.

Ruszyli dalej.

− Pietrek! Żyjesz?! − zawołał Laurenty, gdyż niesiony chłopiec od kilku minut wydawał się nie ruszać.

Chłopak jęknął niewyraźnie. Prawie nigdy się nie odzywał, wydawał z siebie dźwięki niczym zwierzę. Czasami, jąkając się okrutnie, próbował coś powiedzieć, ale nigdy nie był w stanie. Bóg nie tylko dał mu zdeformowane, kalekie ciało, ale na dodatek nie obdarzył go rozumem. I ktoś taki żył jednak, przetrwał różne choroby, w tym ospę, która zostawiła ślady na jego skórze. I to był właśnie jego syn!

Dotarli do otwartej już Bramy Nowomiejskiej, gdy Anna krzyknęła gwałtownie i łapiąc się za brzuch, zaczęła się osuwać na bruk. Laurenty przytrzymał ją, czując, jak gwałtownie łomocze mu serce. Jeśli teraz nie będą w stanie wydostać się poza mury miasta, zginą zdeptani przez tłum albo pożarci przez płomienie, których drapieżne, krwiste jęzory atakowały praktycznie wszystkie widoczne wokół budynki. Odszukał wzrokiem Marylę, której stare nogi odmawiały już posłuszeństwa. Szła, trzymając kurczowo niemowlę, z zamkniętymi oczami, pot zalewał jej powieki. Ruch warg wskazywał na to, że wypowiada słowa modlitwy.

Nie widząc innego wyjścia, z wielkim żalem w sercu Laurenty poruszył ramieniem tak, że osunęła się z niego skórzana sakwa, w której tkwiła jego lutnia, otrzymana przed siedmioma laty, gdy dołączył do zespołu kapeli królewskiej. Misternie wykonany we Włoszech instrument o kształcie przypominającym połówkę podłużnego arbuza, o pięknie połyskującym pudle rezonansowym, jego najwierniejszy przyjaciel − po kilku sekundach został zdeptany przez ludzi.

Laurenty przerzucił niemal lejące się ciało syna przez drugie ramię i z ogromnym wysiłkiem dźwignął omdlałą Annę. Wraz z tłumem ludzi przeszli przez pierwszy ciasny dziedziniec, jednak gdy ludzka masa zablokowała drugie wąskie gardło bramy, ścisk stał się tak potworny, że ból zgniatanego ciała zwiastował rychły koniec.

Kiedy niemal już nieprzytomni z przerażenia wstąpili na most opuszczony nad fosą i znaleźli się poza murami miasta, zdawało się im, że umarli od gorąca i ścisku, a teraz jako duchy przechodzą do zaświatów. W pewnej chwili, czując dopływ świeżego powietrza, Laurenty pomyślał, że jest szansa na ratunek, oby tylko jak najszybciej dotrzeć do Gnojnej Góry i zejść ze skarpy do Wisły.

− Udało nam się! − krzyknął, aby podnieść nieco na duchu kobiety i Pietrka.

Odpowiedział mu tylko płacz malutkiej córeczki Julianny. Zerknął na lśniącą od żaru i potu twarzy żony, a potem na jej brzuch. Na spódnicy jej wierzchniej sukni w błękitnym kolorze zobaczył plamę świeżej krwi. Już wiedział, że to wszystko źle się zakończy.

Lepiej było umrzeć w płomieniach. Wiedział, że nie byłby w stanie żyć bez Anny. Z trwogą pomyślał o pozostaniu wdowcem w wieku zaledwie dwudziestu dziewięciu lat, z dwójką małych dzieci, bez domu i jakiegokolwiek dobytku. Ta myśl przeraziła go bardziej niż perspektywa śmierci w ogniu. Łzy popłynęły mu po policzku, na szczęście nie musiał ich ukrywać – wielu ludzi płakało, także mężczyźni. Teraz dopiero dopadło go prawdziwe przerażenie.

Od dziecka Laurenty był płaczliwym chłopcem. Wzruszały go dręczone przez chłopców w zabawie zwierzęta, dopadał strach przed głodem, gdy wysychała albo wylewała kapryśna Wisła, łzy wywoływała w nim wreszcie myśl o własnej niedoli i cierpieniu jedynego brata, gdy ich okrutny ojciec katował synów za najmniejsze przewinienie.

Kiedy stał się mężczyzną, łzy napływające mu do oczu w trakcie gry jakiegoś szczególnie podniosłego fragmentu nieszporów bardzo spodobały się Annie. Kiedy zobaczyła go po raz pierwszy, grał swój pierwszy koncert w kościele Świętego Marcina, wzruszenie malujące się na twarzy młodego muzyka i jego gra na lutni głęboko zapadły jej w serce. Jak później mówiła, harmonia dźwięków wydawanych przez instrumenty oraz anielski głos sopranistki rozpaliły w niej miłość.

Gdy na skutek skrętu jelit zmarł jej małżonek – powszechnie szanowany, majętny obywatel Starej Warszawy − malarz Janusz Szpak, w okresie żałoby trzydziestoletnia wdowa nie opuściła żadnego publicznego koncertu kapeli dworskiej i za każdym razem wpatrywała się we wzbudzającą zaufanie twarz Laurentego. To w muzyce się zakochała, nie w ubogim, młodym lutniście o okrągłej twarzy i jasnych, opadających na ramiona lokach.

Zdobycie dworskiego urzędu muzyka w kapeli Jego Królewskiej Mości było największym sukcesem w życiu syna organisty ze wsi Kamion. Zygmunt III Waza oraz jego małżonka Konstancja Habsburżanka ogromnie cenili muzykę. Król – sam muzyk amator − nie szczędził dukatów z królewskiego skarbca na utrzymanie zespołu na światowym poziomie. Szczycąca się powszechnym uznaniem kapela liczyła aż sześćdziesięciu muzyków i chórzystów.

Dzięki tej prestiżowej, choć nieprzynoszącej ogromnych zarobków pracy (wynagrodzenie roczne nie przewyższało dochodów rozchwytywanego murarza), mimo braku majątku i własnego domu w mieście zdołał Laurenty poprawić swój los poprzez małżeństwo z wdową, która posiadała w Starej Warszawie własny dom. Brat Anny – Baltazar Melcer − rajca miejski, próbował początkowo wyperswadować jej z głowy pomysł wiązania się z młodym lutnistą, ale wdowa była nieprzejednana. Marzyła o wieczorach, które rozgrzeje i rozweseli swoją grą na lutni uroczy, nieśmiały młodzieniec. I dopięła swego.

Mimo że w rozmowie z Laurentym Anna nie znajdowała przyjemności − muzyk był zamknięty w sobie, raczej ponury i małomówny – wzięła go za męża, a tym samym sprawiła, że spełniło się jego największe pragnienie: stał się formalnie mieszkańcem Starej Warszawy, złożył uroczyste ślubowanie i poddał się prawu miejskiemu.

Anna szybko zorientowała się, że małomówność męża podyktowana była jego brakami w edukacji, której Laurenty ledwie liznął – znał trochę łaciny i geografii, katechizm i podstawy astronomii. Jego gra na instrumencie była jednak tak wyjątkowa, że mimo powszechnego zdziwienia, jakie budził brak ogłady, wykształcenia i peregrynacji do dalekich krajów, piękno jego muzyki oraz okazywana pokora wystarczyły, aby świetnie sobie radził w kapeli królewskiej.

Z biegiem czasu powoli zaczął otwierać się przed żoną. Wypytywany o plotki i wieści z życia dworu przekazywał jej wszystko, co widział i słyszał, grając koncerty i odbywając próby na Zamku. Opowiadał na przykład o tym, że król uwielbia tańce i zdarzyło się, że wracając z Krakowa do Warszawy, kazał zatrzymać cały orszak i w przydrożnym zajeździe urządzić zabawę. Pomieszczenie wyłożono prowizorycznie czerwonym suknem, zagrała kapela będąca częścią orszaku, a Zygmunt III Waza z królową do późna w nocy tańczyli we dwoje galardę.

Anna była żądna ciekawostek. Wypytywała o to, czy naprawdę królowa Konstancja jest tak pobożna, jak mówią, i każdego dnia bierze udział w pięciu mszach, czy naprawdę rozumie język polski, ale nie lubi się nim posługiwać, czy ekscentryczny król rzeczywiście gra w jakieś dziwne gry i kopie piłkę w zamkowych salach? Laurenty potwierdzał to wszystko, opisując dziwne odgłosy, jakie dochodziły z apartamentów królewskich, gdy władca urządzał turnieje – uderzał specjalnym kijem w piłkę, którą potem gonił po pokojach. Szlachta nie znosiła tych królewskich rozrywek, krytykując dziwne pasje władcy, jego malowanie obrazków, zabawy w złotnictwo i nieustanne tańce oraz koncerty.