Wydawca: WAB Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2012

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Hotel nomadów - Cees Nooteboom

 

Filozof wśród podróżników. Nomada, który podąża śladami przeszłości. Cees Nooteboom słyszy szepty odwiedzanych miast. Wie, że choć kolory blakną, legendy pozostają żywe.

"Hotel nomadów" to zbiór esejów obejmujących podróże Nootebooma z ostatnich czterdziestu lat. Ten niezwykły wędrowiec zabiera nas nie tylko do ukochanej Hiszpanii; odwiedza także Irlandię, Niemcy, Szwajcarię, Holandię, Włochy, Iran. Raz prowadzi nas do letniej rezydencji królów hiszpańskich Aranjuez, kiedy indziej pokazuje szlaki pielgrzymek do japońskich klasztorów, po czym zaprasza na wspólny spacer na cmentarz, do odwiedzenia pubu czy pójścia na koncert, do poszukania roślin widzianych tylko na filmach. Zamyka oczy i buduje hotel idealny, łącząc znane mu elementy z różnych stron świata. Snuje rozważania, których punktem wyjścia są informacje z gazet, zastanawia się nad zmianami cywilizacyjnymi, nad podróżowaniem jako formą medytacji i samopoznania, wreszcie nad samym aktem pisania, nad sztuką słowa. Pokazuje, jak można patrzeć na świat.

 

Nadal buduję swój hotel, tę nieistniejącą budowlę, która egzystuje jedynie w mojej głowie, hotel z bliskiego i dalekiego świata, z miasta i ciszy, z zimna i upału. Nieistniejące okna, które wychodzą na ogrody i betonowe place, na parki i pustynie. Łóżka unoszą się w powietrzu, ściany powstały z materii, z jakiej zrobione są sny, telefony rozmawiają wyłącznie ze sobą, pokoje są z powietrza, a w każdym z nich pisałem - książki, listy, notatki, opowieści o rzeczach, miejscach, które zobaczyłem. O miastach i wierszach, o książkach i wystawach, o podróżach i zdjęciach.

Cees Nooteboom

 

Klejnot wśród książek podróżniczych, bezpretensjonalna, pełna przygód, świeża dzięki dziecięcemu zadziwieniu światem.

„The Guardian"

Opinie o ebooku Hotel nomadów - Cees Nooteboom

Fragment ebooka Hotel nomadów - Cees Nooteboom

Cees Nooteboom

hotel nomadów

z niderlandzkiego przełożyła Alicja Oczko

Wydawca dziękuje za wsparcie finansowe Dutch Foundation for Literature

Tytuł oryginału: Nooteboom’s Hotel

Copyright © C. Nooteboom

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo W.A.B., 2012

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo W.A.B., 2012

Wydanie I

Warszawa 2012

w oku cyklonu

Początkiem bytu jest ruch. Nie może więc istnieć w nim żaden bezruch, bo jeśli byt byłby nieruchomy, powróciłby do swojego początku, którym jest Nicość. Dlatego podróżowanie nigdy się nie kończy, ani w świecie wyższym, ani niższym.

Te słowa dwunastowiecznego arabskiego filozofa Ibn al-Arabiego (1165–1240) pochodzą z jego traktatu o podróżowaniu, Kitâb al-isfâr. Księgi wyjawienia efektów podróżowania, mistycznej i głęboko religijnej rozprawy, w której wszystko – Bóg, wszechświat, dusza – stoi pod znakiem ruchu, który stale, w całej księdze, jest określany jako „podróż”. Nie jestem wierzącym muzułmaninem, kupiłem tę książkę kiedyś w Paryżu, ponieważ występowało w niej słowo voyage, po arabsku safar, liczba mnoga asfâr, gdyż było to wydanie dwujęzyczne, a mnie bardzo podoba się arabskie pismo, a także dlatego, że gdy pobieżnie ją przejrzałem w pewnej paryskiej księgarni, moją uwagę przykuło we wstępie parę rzeczy, które zajmują każdego prawdziwego podróżnika bez względu na to, czy żyje w wieku dwunastym, czy dwudziestym. Tłumacz, a zarazem autor wstępu, Denis Gril napisał, że słowo „efekty” mógł równie dobrze przetłumaczyć jako „owoce” – z jednej strony, aby podkreślić pozytywny aspekt podróżowania, z drugiej – ponieważ arabskie słowo natâ’ij za sprawą swojego rdzenia wywołuje skojarzenie z wydawaniem na świat, co nasuwa myśl o umysłowych, duchowych owocach podróżowania: podróż, mówi tekst, jest tak nazywana, ponieważ dzięki niej objawiają się charaktery ludzi albo tłumacząc w prosty sposób komuś, kto podróżuje samotnie: dlatego że w podróży poznaje się siebie.

W tymże wstępie rzuca się w oczy jeszcze jedno słowo, mające być może związek z moim zauroczeniem Santiago de Compostela: siyâha, pielgrzymowanie. Jego definicja brzmi: Parcourir la terre pour pratiquer la méditation – i’tibâr – et se rapprocher de Dieu, jeździć po świecie, medytować i zbliżać się do Boga. W moim przypadku to ostatnie byłoby pozą, ale jeśli słowo „Bóg” zastąpię słowem „zagadka”, to mogę się pod tym podpisać. Jak to się zaczęło? Kiedyś, pewnego dnia – wiem, jak romantycznie i staroświecko to brzmi, ale w moim życiu tak to się rozegrało – spakowałem plecak, pożegnałem się z matką i wsiadłem do pociągu do Bredy – w retoryce coś takiego nazywa się apokoinou – a godzinę później stanąłem przy drodze na granicy z Belgią i wyciągnąłem rękę, i właściwie nigdy nie przestałem tego robić. W tamtym momencie była mi obca jakakolwiek myśl medytacyjna, jakiekolwiek roszczenia do metafizyki, takie rzeczy przychodzą dopiero później. To tak jak z młynkiem modlitewnym Tybetańczyków: ruch poprzedza myśl. Innymi słowy, nigdy już nie zrezygnowałem z ruchu, a z czasem zacząłem przy tym myśleć, i kto chce, może to myślenie nazywać medytowaniem.

Ten, kto nieustannie podróżuje, we własnym odczuciu zawsze jest gdzie indziej, czyli nigdy go nie ma – w odczuciu innych, przyjaciół; bo wprawdzie we własnym odczuciu jest się gdzie indziej, więc tym samym gdzieś cię nie ma, ale też nieustannie gdzieś się jest, a mianowicie u siebie. I jakkolwiek proste się to wydaje, upływa sporo czasu, nim człowiek w pełni to sobie uświadomi. Nie wiem, jak często przyszło mi słyszeć powiedzenie Pascala: „Nieszczęście świata bierze się stąd, że ludzie nie wytrzymują przez dwadzieścia cztery godziny w jednym pomieszczeniu”, zanim powoli stało się dla mnie jasne, że to właśnie ja jestem tym, który zawsze jest w domu, czyli u siebie. Podróżujące ja było jednak wciąż na nowo konfrontowane z pytaniami tych, którzy pozostawali w domu, a jedno z tych pytań bezwzględnie powracało w każdym wywiadzie, i to tak często, że nie pamiętam, ile razy skłamałem, odpowiadając na nie: „Dlaczego pan podróżuje, dlaczego podróżuje pan tak dużo?”, po czym, z przyganą w głosie: „Czy to ucieczka przed czymś?”, a w domyśle niezmiennie: przed samym sobą, ja zaś od razu widzę demoniczne, patetyczne, rozdarte ja, które w kółko gna mnie na pustynię albo na morze, bo rzeczywista odpowiedź, związana z uczeniem się i medytowaniem, z ciekawością i zdumieniem, nie jest wystarczająco spektakularna. W 1957 roku, skończywszy dwadzieścia cztery lata, wyruszyłem jako marynarz praktykant na frachtowcu „Gran Rio” przez Lizbonę, Trynidad i Georgetown do Surinamu. Opowiadania z tej pierwszej wielkiej podróży złożyły się w 1993 roku na książkę zatytułowaną De koning van Suriname [Król Surinamu]. Niemal czterdzieści lat później, rozmyślając o tych wczesnych doświadczeniach z tropików, napisałem:

Również podróżowanie jest czymś, czego trzeba się nauczyć, to nieustanna transakcja z innymi, w której zarazem jest się samotnym. Właśnie na tym polega paradoks: podróżuje się samotnie po świecie zarządzanym przez innych. To do nich należy pensjonat, w którym prosisz o pokój, to oni decydują, czy znajdzie się jeszcze dla ciebie miejsce w samolocie odlatującym raz w tygodniu, to oni są biedniejsi i mogą na tobie coś zarobić, to oni są potężniejsi, ponieważ mogą odmówić ci pieczątki lub dokumentu, mówią językami, których nie rozumiesz, stoją obok ciebie na promie albo siedzą w autobusie, sprzedają ci jedzenie na targu i kierują we właściwą lub niewłaściwą stronę, czasem są niebezpieczni, ale zazwyczaj nie są – i tego wszystkiego trzeba się nauczyć: co należy robić, czego nie należy robić i czego nigdy nie należy robić; musisz się nauczyć, jak sobie radzić z pijaństwem ich i własnym, musisz potrafić rozpoznać gest i spojrzenie, bo choć podróżujesz zupełnie sam, zawsze będą cię otaczać inni, ich wzrok, podejście, pogarda, oczekiwanie, a wszędzie jest inaczej i nigdzie nie jest tak, jak się do tego przyzwyczaiłeś w kraju, z którego pochodzisz. Ta powolna nauka wszystkiego, co później tak bardzo przydało mi się w Birmie i Mali, w Iranie i Peru, tam się zaczęła, wtedy jeszcze tego nie wiedziałem, za bardzo byłem pochłonięty nadmiarem wrażeń, nie miałem czasu, żeby się zastanawiać nad sobą, podróżowałem i pisałem jak ktoś jeszcze niepotrafiący podróżować ani pisać. Umiałem zaledwie patrzeć i próbowałem słowami krążyć wokół tego, co zobaczyłem, nie miałem żadnych teorii na temat świata, którymi mógłbym sprawdzić otaczającą mnie zawiłą rzeczywistość, a wszystko, czego jeszcze nie potrafiłem, widać w tych opowiadaniach.

Być może jest tak, że prawdziwy podróżnik zawsze znajduje się w oku cyklonu. Cyklonem jest świat, a okiem to, czym podróżnik na ten świat patrzy. Z meteorologii wiemy, że w oku cyklonu jest cicho, może nawet równie cicho, jak w klasztornej celi. Ten, kto nauczy się patrzeć tym okiem, nauczy się też być może oddzielać rzeczy istotne od nieistotnych, choćby poprzez dostrzeganie, w czym sprawy i ludzie się różnią, a w czym są tacy sami. Baudelaire pisał, że podróżnicy wyruszają w drogę dla samego wyruszania, pisał też o błędnych wyobrażeniach, jakimi żyją, rozpoczynając wędrówkę, oraz o „gorzkiej wiedzy”, jaka pozostaje im po podróżach, o „małym, monotonnym świecie, który wczoraj, dzisiaj, jutro pokazuje nam obraz nas samych: oazę przerażenia na pustyni nudów”. Ale jeśli tak na to spojrzeć, to być może właśnie ten, kto zostaje w domu, w dobrze sobie znanej rzeczywistości codziennego życia, jest tym, kto ucieka, nie mogąc znieść tej gorzkiej wiedzy. W moim odczuciu rzecz nie w tym, kto tu jest bohaterem, ale kto idzie za głosem swego serca – bez względu na cenę.

Kiedyś, kiedy jeszcze nie wiedziałem tego co teraz, wybrałem ruch, a później, kiedy wiedziałem więcej, zrozumiałem, że w obrębie tego ruchu mogę znaleźć ciszę niezbędną do pisania, że ruch i cisza, tworząc jedność przeciwieństw, wzajemnie utrzymują się w równowadze, że świat z całym swoim dramatyzmem, śmiesznym pięknem i oszałamiającą różnorodnością krajów, ludzi i historii sam jest podróżnym w nieustannie podróżującym uniwersum, podróżnym w drodze do nowych podróży albo jak powiedział Ibn al-Arabi: „Gdy tylko ujrzysz dom, mówisz, chcę tu zostać, ale ledwo do niego dotrzesz, znów go opuszczasz, żeby udać się w drogę”. O drodze jako przeznaczeniu, powołaniu albo pokusie napisałem kiedyś wiersz, który próbuje oddać ten wieczny cykliczny ruch. Dlatego został zatytułowany:

Droga

Jestem drogą

Niczym drogowskaz

wskazuję dal,

lecz w dali

niknę.

Jeśli za mną pójdziesz,

tędy tamtędy tędy,

dotrzesz,

tak czy owak.

Droga jest drogą.

podróże

hotel Nootebooma

1981

Opowiadanie o hotelach można oczywiście napisać tylko w hotelu. Hotel jest zamkniętym światem, ograniczonym terytorium, claustrum, miejscem, do którego wstępuje się dobrowolnie. Przebywający w nim goście nie są przypadkowi, są członkami zakonu. Ich pokój, skromny czy luksusowy, jest ich celą. Kiedy zamknąwszy za sobą drzwi, znajdą się po jego wewnętrznej stronie, odcinają się od świata.

Hotel, w którym ma powstać opowieść o hotelach, należy wybrać starannie. Zdecydowałem się na Ritza w Barcelonie, ale równie dobrze mogłem wziąć Brown’s w Londynie, Santa Luzię w Viana do Castello, Reid’s na Maderze, Hofmana w Bandungu czy Albergo Nazionale w Rzymie. Łączy je zapach minionych czasów, który lubię. Staroświeckie nie zawsze działające krany, portier, którego chciałoby się mieć za ojca, kolory, które wyszły z mody, nadmiar luster, łuszcząca się gdzieniegdzie farba, cieniutkie jak włos pęknięcia na porcelanie, ślady na dywanach wytartych przez sto tysięcy butów, które zniknęły, winda, która krótko, lecz zawsze, się waha, zanim ruszy w przestrzeń powietrzną, pokój wykluczający swoją ciszą istnienie wszystkich innych pokoi.

Ten, w którym teraz przebywam, został urządzony w odcieniu najbledszej grenlandzkiej zieleni i ma numer 523 – czasem myślę, że wszystkie numery pokoi we wszystkich hotelach, w których w swoim życiu nocowałem, zsumowane zawierają zaszyfrowaną wiadomość o moim losie i charakterze pobytu, jednak nigdy nie poznam tej kabalistycznej, zapewne istniejącej liczby, ponieważ nie zapisywałem tych numerów. Niewiara się mści.

Jak na kogoś, kto w hotelach spędza nawet całe miesiące w roku, mam fatalną cechę: boję się pożaru. Nie pamiętam już, kiedy dokładnie to się zaczęło, ale przypominam sobie sceny z pożaru hotelu w Tokio. Spadające ciała, machający ludzie, których zamiarem nie było pozdrawianie kogokolwiek, unoszone podmuchem zasłony, powiązane ze sobą prześcieradła, wskazujące drogę w przepaść, chmury dymu. Dwa lata temu o jeden dzień spóźniłem się na wielki pożar w Corona de Aragón w Saragossie. Uratowano wdowę po Franco, kilku oficerów leżało w basenie na dachu, dopóki nie przyleciały helikoptery, ale zginęło osiemdziesiąt jeden osób. W moich koszmarach czasem jeszcze powracają zdjęcia, które publikowała hiszpańska prasa. Pożary hoteli widzę w gazetach na tej samej zasadzie, na jakiej ktoś, kto bojąc się latać, katastrofę samolotu dostrzega szybciej niż wszelkie inne wiadomości, jako potwierdzenie racjonalności swojego strachu. Ale w kwestii latania statystyki są uspokajające, a w kwestii pożarów hotelowych – nie. Mimo to nie posuwam się tak daleko jak jeden z moich znajomych, który zawsze ma przy sobie długą linę z węzłami i żelazny hak. Amor fati.

Przyczyną pożaru w Saragossie był płomień na patelni podczas smażenia churros, porannych podłużnych pączków, które stanowią składnik hiszpańskiego śniadania. Nie podoba mi się, że mój los mógłby od tego zależeć, i dlatego zawsze najpierw czytam przepisy przeciwpożarowe. Te w Ritzu uspokajają, choćby dlatego, że spisano je po katalońsku, w języku, którym nie mówię, ale w którym potrafię czytać. Dlatego brzmią trochę jak palimpsest, upomnienie w martwym języku; wydaje się, że być może pożar, o którym mowa, wydarzył się kiedyś w Państwie Środka, nie teraz, nie tu. Ja w każdym razie nie muszę się go już obawiać. Non perdeu la serenitat, czytam, „nie trać spokoju”. Widocznie od gości Ritza wymaga się nie tylko tego, żeby z zasady mieli tenże punkt na podorędziu, lecz także by go w razie wykrycia zarzewia ognia nie utracili. Dobrze. No correu, ni crideu – „nie krzycz i nie biegaj”. W milczeniu, opanowany, wolnym krokiem oddalam się od ognia. Si es cala foc a la vostra roba, estireu-vos a terra i rodoleu. Angielski jest tu nieco bardziej powściągliwy: „Gdy zapali się państwu ubranie, stop, drop and roll”. Stop, drop, rock and roll. En cas de molt fum, gategeu? Nad tym muszę się chwilę zastanowić. „W razie pojawienia się dużej ilości dymu, gategeu?” Zastąp „g” literą „k”, resztę opuść, a otrzymasz: skradaj się jak kot, on all fours. O tym, jak wówczas otworzyć drzwi, nie ma ani słowa, ale może wcale nie trzeba ich otwierać, tylko w milczeniu i ze spokojem oczekiwać nieuniknionego końca. Ecrivain fumé au Ritz.

Rozglądając się, widzę, że są gorsze miejsca do umierania. Dywan ma kolor zardzewiałego żelaza. Na lewo od łóżka znajduje się duża wyblakła szafa, do drzwi jest przymocowane lustro wielkości człowieka. Drzwi szafy z lustrem otwierają się w stronę łóżka. Leżąc, można się więc oglądać w cudownej samotności lub jeśli tak się zdarzy, w towarzystwie, niczym tableau vivant érotique. To Ritz pozostawia już swoim gościom. Oczywiście równie dobrze można te drzwi po prostu zamknąć. A jednak mnie martwią. Czy to ja jestem perwersyjny, czy ten, kto w epoce edwardiańskiej otwierał je w stronę łóżka? Szacuję, że od początku istnienia hotelu przez ten pokój przewinęło się ponad pięćdziesiąt tysięcy ludzi. Statystycznie rzecz ujmując, to i owo znalazło więc odbicie w tymże lustrze, lecz ono milczy jak grób, w którym spoczęło już tak wielu z tych gości.

Kaloryfer wykonała firma Guitart. Ma cztery żeberka i oceniam je na rok 1912. Zimą prawdopodobnie tyka. Klimatyzacja jest wprawdzie młodsza, ale też już leciwa. Gdy ją włączam, warkocze jak DC-3, potem się wycisza, imitując odległe wzdychanie parowca oceanicznego. Na wpół pogrążony we śnie myślę, że znajduję się na statku, lecz skąd dokąd?

Kosz na śmieci stanowi pierwszy prawdziwy anachronizm. Jest z brązowego plastiku. Nie podoba mi się, więc niczego ode mnie nie dostaje. Natomiast zamki i uchwyty są miedziane. W przejściu do łazienki znajdują się drzwiczki sięgające mi do pasa. Gdy je otwieram, moim oczom ukazują się wnętrzności hotelu, bulgoczące rury – westchnienia i szmery z podziemnego świata – oraz, co bardzo pikantne, rolka papieru toaletowego sąsiada z dołu. Patrząc na lampę, ponownie stwierdzam, że pisanie jest łatwiejsze niż opisywanie. Z metalowego przedmiotu w kształcie rozety, którego nie potrafię nazwać, zwisa ona z sufitu na trzech linkach jak odwrócony wazon ze światłem w środku. Trzy linki, niech takie określenie pozostanie, są przymocowane do metalowej sfałdowanej opaski (?) z kokardkami i innymi najwyraźniej bezsensownymi ornamentami. A jednak ktoś to wszystko wymyślił, i nie tylko wymyślił, lecz także zaprojektował. Kto? Nieboszczyk, bez dwóch zdań. Zmarły bezimiennie, nadal żyjący w lampie. Poniżej wisi osobliwy stylizowany owoc otoczony dwunastoma (tak, dwunastoma, dorosły mężczyzna wstał, żeby je policzyć, to na pewno wpływ nouveau roman) trójkącikami.

Bar, łóżko, tralki, łazienka. Po prawej stronie łóżka, obok owalnej lampki z miedzianą podstawą – telefon. Blady, beżowy, plastikowy. I ślepy, bo nie ma na nim cyfr. Gdy się podnosi słuchawkę, lekko przełyka. Potem pojawia się niewyraźny oceaniczny szmer i jeśli ma się szczęście, odzywa się hiszpański głos, który mówi diga albodiga-me! – „powiedz mi!”. Powiedz mi co? To, co dla Hiszpanów jest zwykłą formułką przy odbieraniu telefonu, dla mnie stanowi istotę hoteli. Oczywiście są hotele z telefonem w pokoju i bez oraz takie, gdzie nikt nie odbiera albo gdzie telefon po prostu nie działa, ale istotą pobytu w hotelach, sednem sprawy, jest to, że ty możesz „ich”, to znaczy innych, o coś zapytać, a „oni” ciebie nie. Po drugiej stronie tego telefonu znajduje się woda, jedzenie, pomocna dłoń, wiedza. Żadnej z tych niewidzialnych osób, mieszkających po drugiej stronie, nie przyszłoby do głowy, żeby zadzwonić do mnie z prośbą o wyczyszczenie jej butów, przyniesienie whisky czy wody mineralnej, załatwienie biletów do opery, wybranie numeru telefonu w Atenach. Ja to wszystko mogę, kupiłem to, ponieważ kupiłem prawo do przebywania tej nocy w pokoju numer 523. Jednak czasem oddają cios, o wpół do szóstej rano, ponieważ ich o to poprosiłem, żeby zdążyć na niewyobrażalny samolot. Wtedy w środku mrocznego snu na chwilę pojawia się panika, ręka sięga do alarmującego dźwięku, a głos kogoś, kto wstał o wiele wcześniej, woła z niejaką perfidią: „Dzień dobry! Jest wpół do szóstej!”. Może być jeszcze gorzej. Właściciel wesołego głosu pomylił się i wprawdzie wiadomość się zgadza (jest wpół do szóstej), lecz nie była przeznaczona dla mnie.

Kto oprócz ludzi będących w podróży dla przyjemności mieszka w hotelach? Politycy, urzędnicy, call girls, szachiści, kupcy, pośrednicy, muzycy, bankierzy, dziennikarze. Lista jest o wiele dłuższa, ale to najważniejsze kategorie. Łączy ich to, że ponownie ujmując rzecz ogólnie, w domu nie są sami, a w hotelu owszem. Może temu zaradzić gazeta, książka, alkohol, przypadkowe lub umówione spotkania – albo nie. Nie pamiętam już, w ilu hotelach przebywałem. Fotograf Eddy Posthuma de Boer, który towarzyszył mi podczas wielu podróży, prowadzi notatki na ten temat: z kim, gdzie, kiedy, który numer pokoju. Gdy „NRC”1 zwrócił się do mnie z prośbą o stworzenie jednego hotelu ze wszystkich, w jakich kiedykolwiek nocowałem, albo raczej z tego, co mi się w tych hotelach najbardziej podobało, opierałem się, mówiąc, że byłoby to snobistyczne ćwiczenie, ponieważ gdy się buduje idealny hotel, pomija się to, co najbardziej przykre. Poza tym musiałby on być większy niż Lelystad, w końcu mam czterdzieści osiem lat, a podróżuję przez pół życia. To nie stanowiło żadnej przeszkody.

Zszedłem wówczas długimi schodami do swojej mglistej pamięci i okazało się, że jest ona dokładnie taka, jak mówię: mglista. Labirynt pokoi z numerami, pokoi, gdzie za szybą pada śnieg, lecz gdzie mimo to noszę tropikalne ubranie, skromne hotele na Borneo i w Mali czy Nigrze, które nawet nie mają nazwy, niepasujące do fasad balkony, korytarze z nieczytelnymi napisami, sale klubowe z równiną z jednej strony, a masywem wysokogórskim z drugiej, uprzejmi azjatyccy kelnerzy nad zamarzniętymi rzekami, windy dojeżdżające na dach, chaos. Żeby w tym labiryncie trzymać się przynajmniej jakiejś nici, poprosiłem Posthumę de Boera o sporządzenie listy hoteli, w których byliśmy razem i które miały nazwy. Przesłał następujący spis: Sucre Palace Hotel, La Paz; Grand Hotel Bamako, Mali; Motel Sevarés, Mopti; Terminus, Niamey, Niger; Los Almohades, Agadir; Hotel Salam, Tarudant; Hotel du Sud, Tinerhir; Hotel Mamounia, Marrakesz; Hotel Boumian, Les Saintes Maries de la Mer; Hotel Jules César, Arles; Hotel Semiramis, Puerto de la Cruz; Hotel Mencey, Santa Cruz de Tenerife; Arrecife Gran Hotel, Arrecife na Lanzarote; Hotel Victoria, Madryt; Hotel Cruzeiro, Bragansç; Atlantic Hotel, Bandżul w Gambii; Apollo Hotel, Bandżul w Gambii; Palmeras Playa, Teneryfa; Hotel Mayantigo, Santa Cruz de la Palma; Pacific Hotel, Tokio; Royal Hotel, Osaka; Hagi Grand Hotel, Hagi; Traveller’s Inn Hotel, Anchorage na Alasce; Dai-Ichi Shimbashi Hotel, Tokio, ale gdy teraz przepisuję tę listę jak litanię dni utraconych, dostrzegam, że i ona nie jest kompletna, bo gdzie się podziały Lima, Brazylia, Bahia de San Salvador, gdzie są Copacabana w Rio, Tusculum w Berlinie, Michelet-Odéon w Paryżu? A gdzie Eastern & Oriental w Penangu i bezimienny obecnie, niski budynek w Malakce, gdzie szukaliśmy grobów zmarłych przodków z Kompanii Wschodnioindyjskiej, gdzie się podział ten nonsensowny hotel Hyatt w Kuala Lumpur i idiotyczne, nadmiernie rozrośnięte sale hotelu Raffles w Singapurze, w których kipah u sufitu kręcą w kółko upalnym powietrzem, jakby w podłodze ponad nimi tkwiły skierowane prosto w dół jednosilnikowe samoloty?

No dobrze, idealny hotel to Hotel Nootebooma, ulica Rajska 1, Shangri La, Ultima Thule, obok restauracji Chez Bóg. Leżaki na elizejskich łąkach w ogrodzie Allaha, lód polarny podzwaniający w kielichach nektaru, posągi Buddy pod świętymi drzewami chlebowca, hurysy z faszerowanymi gołąbkami na misternie kutych tacach autorstwa Ertégo, a wszystko to opakowane w galaktyczną ciszę. Coś takiego? Może jednak lepiej zacząć z innej strony: od tego, czego nie chcę. Nie chcę chrapania sąsiada, śladów czyichś żądz ani odgłosów tychże, nie chcę pokoi, w których ktoś prawdopodobnie popełnił samobójstwo, nie chcę narzędzia tortur w postaci guta cadenda z cieknącego kranu i aksjomatycznej pewności, że następna kropla również spadnie, i następna, i następna. Tego wszystkiego nie chcę. Nie chcę masażystki w Bangkoku, która o niewłaściwej godzinie puka do niewłaściwych drzwi, mówiąc: Sir, you speak me come? Ani pokusy lodówki z odpowiednim piwem i dobrą whisky. Ani też dźwięku odkurzacza na korytarzu, który przypomina o pracy. Nie chcę porannego światła, które jak promień lasera wdziera się do środka freudowskiej prowincji, w której właśnie przebywam, ponieważ dla mnie jest jeszcze noc. Ani głosów dwóch kobiet w średnim wieku rozmawiających w dialekcie z Finneganów trenu, drwiących ze mnie, ponieważ jeszcze leżę w łóżku. Żadnej telewizji. Żadnej telewizji? Toto nazywa siebie dziennikarzem! Żadnej telewizji! A wszystkie te noce, kiedy w motelu w Nevadzie czy Arizonie... ŻADNEJ TELEWIZJI! Samotność, cisza, medytacja, sen. Za to zapłaciłem.

Gdzie się zaczyna terytorium hotelu? Tu, w Ritzu, wody terytorialne rozciągają się tak daleko, jak sięga wzrok portiera. Jest przystojny, dobrze skrojony uniform, koloru café au lait, elegancka nieniemiecka czapeczka, kamizelka, biała muszka. Jego wzrok ogarnia odległe fragmenty Gran Via oraz Calle Roger de Lluria i ze strumienia pojazdów wyłapuje taksówki. Mniejsi bogowie potrzebują do tego gwizdka. Gwizdki pasują do cylindrów, do Palmer House w Chicago, do Carlton Ritz w Montrealu. Żadnych gwizdków i przebierania, to dobre dla piłki nożnej. Już lepiej wziąć pensjonat. Prawdziwy portier macha ręką, portier absolutny – wykonuje ruch powieką. I raz jeszcze, uczciwy podróżny chce tylko spać. Reszta to circumstance, a tym, co jeszcze pozostanie, jest pompa. Pompą jest to, co się dzieje, gdy ktoś inny opłaca ci hotel, tak jak teraz. Siedzę pod przyczerniałą Florą z zaginionej pasterskiej sielanki, pod dwiema palmami, i spoglądam na perski tkany gazon, na którym w uporządkowanych rabatkach stoją bordowoczerwone krzesła w stylu Ludwika, który nigdy nie istniał. Kruche staruszki drzemią w bezruchu, za chwilę zostanie podana darjeeling, a potemoloroso, wszystko się zgadza.

Zamykam oczy i buduję swój idealny hotel. Pracuje przez pięć pór roku, na czterech kontynentach. Tego portiera zatrzymam, ale gdy się odwraca i zagląda do środka, ogarnia go przerażenie, bo widzi lounge Royal Grove Hotel w Waikiki w Honolulu. Ten hotel kosztuje dwadzieścia pięć dolarów, prowadzi go rodzina Fong, a jej członkowie albo siedzą za kontuarem, albo stoją za ladą maleńkiego sklepiku obok, gdzie sprzedają puszki z corned beef, który przyrządzam sobie na jednopalnikowej kuchence gazowej w pokoju numer 26. Ale wezmę tylko lounge, ponieważ będę miał wtedy wrażenie, że wieczorami wracam do domu. Good evelin, mistel Nutebum. Mój pokój pochodzi z Bali, to nie pokój, lecz chata. Stoi zwyczajnie na ziemi, jednak wchodzę do niego po schodach, schodach przeznaczonych dla szlacheckich hiszpańskich stóp (czasem je mam), po schodach Hotelu de los Reyes Católicos w Santiago de Compostela. Wspięliśmy się na górę, owiewa nas jesienny galisyjski wiatr, ale dotarliśmy teraz na parter na Bali, Lechian Beach Hotel, Kuta. Słyszę gekona na dworze i cieszę się, bo wiem, że przynosi szczęście. Panuje upał, wiatraczek napędzają bawoły, a z oddali dochodzi odgłos przyboju. Wstaję w środku nocy i jak zawsze wyglądam na zewnątrz. Nie po to, żeby zobaczyć, gdzie jestem, lecz żeby się upewnić, że świat istnieje – a więc i ja. Starsza generacja hoteli potrzebowała do tego ścian pełnych luster. Nocny Manhattan, część nowojorskiego portu ze Statuą Wolności. Bossert Hotel na Brooklynie, ósme piętro. Po drugiej stronie niezdobyte drapacze chmur w szyku bojowym, oświetlone. Żadnego ruchu. Wizja zagłady: spadła już bomba neutronowa, tylko zmarli zapomnieli przed śmiercią zgasić światło. Kiedyś była to holenderska wysepka. To wszystko nasza wina. Mieszka tam mamona, która w tych pustych wieżach zapisała swoje „pamiętaj o śmierci”. Chowam się w pościeli, czekam na nadejście poranka, a następnie wsiadam w paryskim Bristolu do windy jadącej w dół. Świadczy to o mojej niedoskonałości, ponieważ winda jest niebiańska, przeznaczona wyłącznie do wznoszenia się i docierania tam, skąd nigdy nie będzie się chciało odejść. Jednak ja jestem już na dole i z belle époque wychodzę naprzeciw porannemu, tropikalnemu zapachowi ogrodu przy Hotel Village N’Gor w Dakarze. Ponownie ocean, inny, ten sam. Noc odjechała swoim szybkim karawanem, pozostawiając łzy na szerokich liściach palmowych. Wkrótce słońce głęboko wbije w nie swój nóż, ale wtedy mnie tam już nie będzie, jem śniadanie w dużej jadalni Parador Nacional de la Concordia w Alcañiz. Średniowieczna sień otoczonego murami zamku świeci pustkami. Jest zima, na północy Hiszpanii pada śnieg. Jestem jedynym gościem i siedzę pod flagą Don Alfonso de Aragón y de Foix. Kawa, churros, twarde słodkie ciasteczka. Jak ma się sprawa monstrum, które zbudowałem? Wielki hol prowadzący do salonu rodziny Fong, pokój wysoko szybujący ponad blankami, winda prowadząca donikąd. To nie ja, lecz wielki włoski architekt Barbieri powinien był zaprojektować ten hotel, ktoś, kto nie pisze, lecz buduje. Co zrobię z salonem Infante de Sagres w Porto? Gdzie moi goście będą jedli tort Sachera, gdzie wychylą kieliszeczek na dobranoc, jeśli nie ma tam baru z Amstel Hotel? A przy okazji, gdzie jest moja fasada? Rozmyślając, żuję churro – i wtedy z bardzo daleka słyszę wołanie mojej samotnej walizki. Idąc za tym głosem, docieram tam, gdzie już byłem, do pokoju 523. Jest wysoki, bladozielony, cichy. Na lśniącym stoliku stoi moja maszyna do pisania i wspólnie robimy to, co zawsze w takich pomieszczeniach – piszemy opowiadanie dla innych ludzi.

2001

Napisane dwadzieścia lat temu, żadnych zmian. Nadal stawiam swój hotel, tę nieistniejącą budowlę, która istnieje jedynie w mojej głowie, hotel z bliskiego i dalekiego świata, z miasta i ciszy, z zimna i upału. Nieistniejące okna, które wychodzą na ogrody z tyłu i wybetonowane place, na parki i pustynie. Łóżka unoszą się w powietrzu, ściany powstały z materii, z której utkane są sny, telefony rozmawiają wyłącznie ze sobą, pokoje są z powietrza, a w każdym z nich pisałem – książki, listy, notatki, opowieści o rzeczach, o miejscach, które widziałem. O miastach i wierszach, książkach i wystawach, o podróżach i zdjęciach. O podróżowaniu, które zaczęło się prawie pięćdziesiąt lat temu i dla mnie zawsze łączyło się z pisaniem, czytaniem, a przede wszystkim z widzeniem, jak wspomniałem na początku tej książki, w rozdziale W oku cyklonu. Nic, jak sądzę, zasadniczo się nie zmieniło. Wiodąc życie nomady, nauczyłem się, być może, kim jestem, a kim nie. Dziś rano, w pierwszym styczniu tego wieku, przeczytałem historię pewnej młodej polskiej artystki, która mieszka w Amsterdamie i realizuje projekt zatytułowany Wyrzeczenie, polegający na tym, że przez najbliższe sześćdziesiąt dni każdy dzień chce spędzić w innym hotelu w mieście, odbywając ćwiczenia w wyrzekaniu się, swoiste exercitio spiritualis, które – Bóg to wie – spotkałoby się z aprobatą Ignacego Loyoli. Nie jestem pewien, czy uznałbym cel tego przedsięwzięcia, odnoszę raczej wrażenie, że coś podobnego robiłem przez całe życie, choć, niemalże przez przypadek, zwyczajnie podążając za swoją gwiazdą. A jednak mnie to przejęło, tak jak może przejąć twarz pośrodku anonimowego tłumu, spojrzenie, które uczepia się twojego, ktoś, z kim łączy cię coś fundamentalnego, co nigdy nie zostanie wypowiedziane. Być może nomada jest tytułem honorowym, którego nie powinienem sobie przywłaszczać, nie jestem Tuaregiem, nie jestem średniowiecznym pielgrzymem udającym się na piechotę do Jerozolimy czy Santiago, nie jestem Aborygenem wędrującym przez bezkresną australijską pustynię, na której umarłbym w ciągu kilku dni z pragnienia i głodu, ponieważ w przeciwieństwie do nich nie potrafię w ukrytych znakach dostrzec wody ani pożywienia. Trudno wyrazić słowami wzruszenie na widok takich ludzi. Hiszpański pasterz, który gdy zmieniają się pory roku podczas przegonu stad, i wciąż jeszcze istniejącymi, średniowiecznymi ścieżkami, przemierza ze swoją trzodą wielkie odległości; zagubieni Aborygeni, odrzuceni przez swoje plemię, wyobcowani z życia, gnani niczym szczątki wraku na peryferie miast, karawana, która po wielu tygodniach przekracza północną granicę Nigru czy Mali; spojrzenie zaprzyjaźnionej Włoszki, docierającej po prawie czterdziestu dniach marszu do katedry w Santiago de Compostela – to, co w tym wszystkim wspólne, wiąże się z odległością i mam tu na myśli nie tylko odległość geometryczną, ale również tę inną, łączącą się z dalą i pożegnaniem, wyrzeczeniem i oddaleniem.

Po niderlandzku można nie tylko afstand afleggen [pokonać dystans], lecz także afstand houden [zachować dystans] lub afstand scheppen [stwarzać dystans], można również afstand doen [zrzec się, zrezygnować z czegoś]. Człowiek zrzeka się czasem korony, ale niekiedy też rezygnuje z poczucia bezpieczeństwa, pewności, stabilitas loci. Często nieodłączne są wówczas zamęt, lęk i zwątpienie. Nawet doświadczony podróżnik może się bać dźwięków, których nie zna, podobnie jak musi przywyknąć do tego, że każda cisza jest inna. Język, którego się nie rozumie, przeraża lub zwodzi, niepewne spojrzenia mogą prowadzić do nieporozumień, których nie da się zażegnać, a wszystko to składa się na ervaring, doświadczenie, gdzievaren, płynąć, zostało wplecione pozornie tak lekko, że niemal można by zapomnieć, iż każdemu doświadczeniu towarzyszy ruch.

Sześćdziesiąt hoteli chciała odwiedzić ta Polka w ciągu sześćdziesięciu dni: oznacza to, o czym wiem, przekroczenie przynajmniej sześćdziesiąt razy progu obcego pomieszczenia. Ludzie są biegli w ukrywaniu emocji, również przed samymi sobą, ale jeśli ktoś kiedykolwiek obserwował, jak kot rozpoznaje przestrzeń, której nigdy wcześniej nie widział, wie, co się wtedy dzieje. Przestrzeń tę, tak czy owak, trzeba zdobyć. Stosuje się w związku z tym odpowiednie strategie i rytuały, choćby dlatego, że podróżnik, zwłaszcza samotny podróżnik, czuje, nawet jeśli sobie tego za bardzo nie uświadamia, że w tym obcym otoczeniu odda się czynności pozbawionej zupełnie ochrony, jaką jest sen.

Z moich bezsensownych zbiorów hotelowego papieru listowego odczytuję poezję tych wszystkich noclegów, Ang’s Hotel w Brunei, Ti Eithne na Inishmore, Aggie Grey’s Hotel na Samoa, Port Vila w Vanuatu, gdzie wspiąłem się na wysokie wzgórze z grobem Stevensona, Dateline Hotel w Nuku’alofa w Tonga, wyspiarskim królestwie na Pacyfiku, gdzie fikcyjny czas tego świata dzielony jest na pół, podczas gdy ogłasza się nowe milenium, stare jeszcze nie umarło – te wszystkie nazwy śpiewają z pożółkłego papieru listowego, utrwalają moje dawne kroki. We wszystkich tych pokojach pewnego razu zapadła dla mnie noc, skrywała moje zapomniane i przypomniane marzenia, a teraz, wraz z innymi hotelami w Birmie, Nigrze czy Wirginii, dotąd bezimiennymi, stały się częścią tego innego, wymyślonego hotelu, w którym jest ciepło i zimno, gdzie słychać albo nie słychać żądz lub cierpienia sąsiadów, ale w nim wciąż na nowo, jak teraz, przychodzą słowa, które wyjeżdżając, zabiorę ze sobą do domu.

Jak wyglądają mieszkańcy mojego hotelu? Właściwie nigdy się nad tym nie zastanawiałem, może dlatego, że w mojej wyobraźni zawsze byłem w tym nieistniejącym hotelu sam. Dotarło to do mnie dopiero wtedy, gdy przyjaciel, malarz Max Neumann, z którym w 1993 roku przygotowałem książkę Zelfportret van een ander [Autoportret kogoś innego], podarował mi rysunek, który dwa lata później znalazł się na okładce holenderskiego wydania Hotelu nomadów. Nie powiedział, że to mój portret, i być może wcale też nim nie jest, ale ja się od razu na nim rozpoznałem. Tak powinien wyglądać mieszkaniec mojego hotelu, globus jako twarz, południki jako zmarszczki, a ten znaczek w kształcie krzyżyka jak plaster na ustach, ponieważ zawsze pozostaje coś, czego nie sposób wyrazić, tajemnica, którą noszą w sobie wszyscy goście hotelowi i która otacza ich w korytarzach czy w windzie, tych miejscach, gdzie obce sobie osoby są zmuszane do krótkotrwałej bliskości, z którą większość ludzi nie potrafi sobie poradzić. Znajomy, który zobaczył ten portret, powiedział: „Wygląda jak Kriegsverwundeter”, i miał rację, nie tylko dlatego, że każdy, kto przeżył wojnę, w pewnym sensie na zawsze pozostaje Kriegsverwundeter [inwalidą wojennym], lecz także z tego powodu, że dystans od wojny, w przestrzeni i czasie, zostaje nieraz zapisany na twarzy tak bezlitosnym pismem, że nawet kapelusz na nic się nie zda.

Napisałem kiedyś w Rytuałach:

W ogóle uważał, że nie należało żyć w drugiej połowie wieku, a z obecnym wiekiem z pewnością coś było nie w porządku. Nad tymi latami wisiało coś smutnego i śmiesznego zarazem, i doklejano je do siebie do wypełnienia dekady, w czym była też sprzeczność: by dobić do setki, a w tym przypadku jeszcze i tysiąca, który należało uzupełnić, trzeba było dodawać, tymczasem uczucie, jakie się z tym wiązało, miało w sobie raczej coś z odliczania, jakby nikt, ale przede wszystkim sam czas, nie mógł czekać, aż te coraz bardziej zakurzone, wysokie liczby przez rewolucję pewnych siebie, świetlistych, jasnych, perfekcyjnie ukształtowanych zer zostaną obwieszczone nicością i przetworzone na kompost historii. Jedynymi osobami, które w tych dniach zabobonnego oczekiwania zdawały się czuć pewnie, byli papież, szósty już tego imienia, pewien Włoch odziany w biel, o niezwykle męczeńskiej twarzy, nieco podobnej do twarzy Eichmanna, oraz pewna liczba terrorystów różnych przekonań, którzy bezskutecznie usiłowali wyprzedzać wielkie palenie czarownic.2

Może dlatego, gdy w końcu nadszedł ten czas, nie potrafiłem wzbudzić w sobie żadnego szczególnego uczucia. Udało się właściwie dopiero wtedy, gdy w ciągu dwóch ostatnich tygodni tego zgubnego wieku, także mojego wieku, spotkałem dwóch mężczyzn, którzy w jakimś sensie trzymali się z dala od zgiełku i wrzawy świata, obaj mieszkali kiedyś albo jeszcze i wtedy w pełnym treści otoczeniu kamieni i ubóstwa, pośród ludzi, których nie mogła dotąd dosięgnąć Seinsvergessenheit [niepamięć bycia] proroka ze Schwarzwaldu. Jak trzymać się z dala od świata? W klasztorze Kartuzów czy anonimowości milionowego miasta, nie ma na to recepty, również podróżnik może sobie zbudować celę wokół siebie. Ale tych dwóch mężczyzn, z których realnie spotkałem tylko jednego, znalazło dla siebie wyspę.

Pierwszy z nich nazywał się Tim Robinson i od dłuższego czasu mieszkał na Inishmore, największej z wysp Aran u zachodnich wybrzeży Irlandii, kawałku skały, na którym ledwo co rośnie i w który ocean uderza z siłą zbieraną od Nowej Fundlandii, aż się wydaje, że świat się kończy. Opowieść o tym pisarzu, kartografie, malarzu i matematyku, który wygląda jak skrzyżowanie zakonnika z późnym samurajem, zawarta jest w tej książce, w rozdziale o Aranach.

Do zakonnika był też podobny drugi, o wiele starszy mężczyzna, którego widziałem tylko w filmie, za to na trzech ekranach równocześnie.

Zurych, hotel, którego pokoje sygnowane są nazwiskami pisarzy. Jak na ostatni hotel tamtego wieku, wydało mi się to bardzo odpowiednie. Dostałem Canettiego. Nad łóżkiem wisiał jego portret, w całym pokoju leżały jego książki. Nie wybrał sobie mojego towarzystwa, ale mnie cieszyło jego i przeczytałem to, co napisał o śmierci ojca, zbyt wczesnej, o swoim nieukojeniu. Również i ja za wcześnie straciłem ojca, w czasie wojny, miałem wrażenie, jakby Canetti napisał to dla mnie, i oczywiście tak też jest: rzecz napisana jest zawsze dla tego, kto ją czyta.

Przyjechałem do Zurychu, żeby zobaczyć wystawę o Wyroczni, ale była zamknięta, z wróżby nici. Przyszło mi wejść w nowy wiek bez przypowieści i znaków. Przez śnieżne zaspy udałem się do Kunsthaus i wszedłem do salki, gdzie na trzech ekranach pokazywano trzy różne, powiązane ze sobą filmy. Three Windows. Znowu