Hotel nad oceanem - Colleen Coble - ebook
Opis

PRZYJAZD DO LUKSUSOWEGO HOTELU W MAINE OBUDZI WSPOMNIENIA, KTÓRE ZAGROŻĄ WSZYSTKIEMU, CO W ŻYCIU CENISZ…

Claire Dellamare przyjeżdża do hotelu Tourmaline na wyspie Folly Shoals w stanie Maine na spotkanie biznesowe z ojcem, dyrektorem generalnym ich firmy. Kiedy zaczynają nawiedzać ją dziwne wspomnienia, dowiaduje się, że w 1989 roku zaginęła podczas swoich czwartych urodzin organizowanych właśnie w tym hotelu. Odkrywa także, że rok później pojawiła się w tym samym miejscu z karteczką przypiętą do sukienki. Nikt nie wiedział, gdzie Claire spędziła tamten rok, a ona sama w ogóle nie pamięta, że kiedykolwiek zaginęła.

Luke Rocco stracił matkę w równie niewyjaśnionych okolicznościach, w tym samym czasie, kiedy porwano Claire. Gdy przypadkowe spotkanie ujawnia to niezwykłe powiązanie między nimi, Claire i Luke postanawiają razem odkryć prawdę o wydarzeniach tamtego osnutego tajemnicą roku.

Gdy na granicy jej świadomości pojawiają pojedyncze przebłyski wspomnień, które ze wszystkich sił jej rodzina stara się wymazać, a morderca depcze jej po piętach, życie Claire staje się zależne od tego, czy uda jej się rozszyfrować zagadkę z przeszłości. Ktoś, a być może każdy, skrywa przed nią jakiś sekret i Claire gotowa jest zrobić wszystko, żeby prawda ujrzała światło dzienne.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 413

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Okładka

Strona tytułowa

Colleen ‌Coble

Hotel ‌nad ‌oceanem

Tom I z serii Nad Zatoką

Tłumaczenie ‌Anna ‌Pliś

Strona redakcyjna

Tytuł oryginału:

The ‌Inn at Ocean’s ‌Edge (A ‌Sunset Cove Novel)

Autor:

Colleen ‌Cobble

Tłumaczenie ‌z języka ‌angielskiego:

Anna Pliś

Redakcja:

Lidia ‌Miś-Nowak

Brygida ‌Nowak

Korekta:

Natalia ‌Lechoszest

Skład:

Alicja ‌Malinka

ISBN 978-83-65843-26-5

© 2015 by ‌Colleen Coble ‌by Thomas ‌Nelson, HarperCollins Christian ‌Publishing Inc.

© ‌2016 for ‌the Polish ‌edition by ‌Dreams Wydawnictwo

Dreams Wydawnictwo ‌Lidia Miś-Nowak

ul. ‌Unii Lubelskiej ‌6A, ‌35-310 Rzeszów

www.dreamswydawnictwo.pl

Druk: ‌drukarnia Opolgraf

Wszelkie prawa zastrzeżone. ‌Żadna część ‌tej publikacji ‌nie może ‌być reprodukowana, przechowywana jako ‌źródło danych, ‌przekazywana w jakiejkolwiek mechanicznej, ‌elektronicznej lub ‌innej formie zapisu ‌bez ‌pisemnej zgody ‌wydawcy.

Daisy Hutton, która wielokrotnie ‌inspirowałamnie przy tworzeniu tej ‌opowieści. ‌Dziękuję!A także mojej siostrzenicy Brylee ‌Murphy,którabyła prototypem Claire. ‌Kocham Cię, Skarbie!

PROLOG

4 czerwca ‌1989

Nieopodal ‌rozpościerało się ‌morze. Choć ‌nie mogła go widzieć, ‌czuła ‌zapach ‌słonego powietrza i słyszała ‌huk fal rozbijających się ‌o pobliskie skały. Gałęzie wokół ‌niej rzucały ‌złowieszcze cienie. Las był ‌w tym miejscu bardzo ‌gęsty. Położyła dłoń ‌na chropowatej korze ‌drzewa, które ‌pachniało Bożym ‌Narodzeniem. Mamusia ‌zawsze ‌kazała ‌jej trzymać ‌się z daleka od ‌skał.

Ale gdzie oni są?

Nie ‌wiedziała, było zbyt ‌ciemno. ‌Bała ‌się iść ‌przed ‌siebie, ‌żeby nie ‌spaść z klifu. Marzyła teraz ‌tylko o tym, ‌żeby móc ‌spokojnie łowić ryby.

Wytężyła słuch, aby wychwycić głos mamy, ale do jej uszu docierały jedynie pojedyncze wrzaski ptaków oraz szelest jakichś drobnych stworzeń poruszających się w ściółce. Jej oczy wypełniały łzy, a w gardle czuła nieznośny ucisk. Otarła twarz grzbietem dłoni. Tatuś zawsze powtarzał, że płacz nic nie zmieni. Sprawi jedynie, że będzie ją bolała głowa.

Wiedziała, że mamusia byłaby bardzo niezadowolona, gdyby zobaczyła jej podartą sukienkę. Tata specjalnie ją dla niej kupił i również rozzłościłby się, gdyby widział jej ubłocone rajstopki i lakierki. Gdzieś zapodziała kokardę, którą miała spięte loki i teraz strąki włosów opadały jej na oczy.

Coś leżało pod jej stopami. Pochyliła się i podniosła przedmiot z ziemi. To była pachnąca kwiatami damska apaszka. Zmięła ją w rączce i przestąpiła ponad porzuconą na ścieżce parasolką.

Zatrzymała się nagle i przechyliła głowę. Czyżby słyszała jakieś głosy? Choć pełne gniewu słowa były niewyraźne, wzdrygnęła się na samo ich brzmienie. Wtedy dobiegł ją kobiecy głos i ruszyła w tamtą stronę. Ta pani jej pomoże. A może to nawet jej mamusia.

Igły choinek kłuły ją w twarz, od czego jeszcze bardziej chciało się jej płakać. Ale była przecież duża. Tatuś mówił, że tylko dzidziusie płaczą. Zacisnęła mocno usta i postawiła nogę w zabłoconym buciku na krzaczku, by zrobić kolejny krok w stronę, z której dobiegały głosy.

Kiedy zerknęła przez liście, ujrzała dwie osoby walczące ze sobą pośrodku lasu. Nie widziała ich twarzy, ale drobniejsza postać upadła na ziemię, a mężczyzna naskoczył na nią, zaciskając dłonie na jej szyi.

– Nie rób jej krzywdy! – Gdy tylko krzyk dobył się z jej gardła, z przerażenia szeroko otworzyła oczy.

Mężczyzna odwrócił się i zobaczyła rudą skórkę przypiętą do pasa. Szpiczasty nos zwisał między jego kolanami i kiedy dojrzała rude futro, poczuła, że kręci się jej w głowie. Obróciła się na pięcie i zaczęła uciekać tak szybko, jak tylko umiała, ale kroki za plecami były coraz bliżej. Tuż przed nią było drzewo, na które chciała się wdrapać. Złapała za pień i jej dłoń natknęła się na kryjówkę. Żałowała, że to miejsce nie było wystarczająco duże, żeby mogła tam sama wpełznąć. Zostawiła apaszkę w dziurze i sięgnęła do najniższej gałęzi. Jednak nie zdołała jej chwycić i zachwiała się do przodu.

Nagle jakaś ręka uderzyła ją w plecy i pod siłą tego ciosu upadła na sosnowe szyszki.

JEDEN

Niczym potężny maszt olbrzymiego statku, kamienne mury i wielodzielne okna hotelu Tourmaline górowały ponad pchanymi wiatrem falami i skalistym wybrzeżem wyspy. Ten imponujący budynek wznosił się u brzegu, na wyspie Folly Shoals, na południowy wschód od półwyspu Schoodic, nad klifami z różowego granitu.

Wcale nie było tak łatwo dostać się do tego odległego miejsca. Podróż do skalistego wybrzeża zajęła Claire pięć i pół godziny, plus przejazd promem z Summer Harbor. Zdjęła nogę z pedału gazu i pozwoliła, by auto zwolniło, kiedy ona przyglądała się imponującemu hotelowi. Następnie wjechała na duży, okrągły podjazd.

Parkingowy, ubrany w czarne spodnie i białą koszulę, podszedł i otworzył przed nią drzwi samochodu, gdy tylko zatrzymała swój kabriolet przed okazałym wejściem odbijającym światło od szkła i mosiężnych wykończeń. Zostawiła na sobie okrycie, gdyż majowy wiatr był jeszcze dość chłodny i temperatura oscylowała w okolicach trzynastu stopni.

Uśmiechnęła się do młodego mężczyzny w podziękowaniu, wyszła z białego mercedesa i objęła wzrokiem pięciokondygnacyjny budynek stojący przed nią. Choć nigdy wcześniej tu nie była, poczuła niemiły dreszcz przebiegający w dół pleców. Nie mogła odwrócić wzroku od otaczających wejście kamiennych gzymsów poprzecinanych wstawkami z różowego turmalinu.

To wszystko wyglądało jak podwodny pałac króla mórz i oceanów z Małej Syrenki, z tą jedną różnicą, że znajdował się on na lądzie. Sama zdziwiła się swoim porównaniem, bo przecież nie widziała tej starej bajki Disneya od czasów dzieciństwa.

Przywołała się do porządku i wręczyła parkingowemu klucze do samochodu.

– Claire Dellamare, zostaję na pobyt. – Sięgnąwszy ponad drzwiami mercedesa, chwyciła torebkę z olejowanej skóry.

– Oczywiście, panno Dellamare. Czy ma pani bagaż?

Głos mężczyzny niknął gdzieś w dali. Kiedy nadal wpatrywała się w hotel, w jej wnętrzu narastało napięcie. Wybrukowana ścieżka wiodła przez wypielęgnowane trawniki i ginęła w cieniu gęstego lasu. Ta mroczna okolica przyprawiała ją o ciarki, ale zdołała stłumić drżenie. Poprzez olbrzymie przeszklone okna dojrzała tatę, który stał przy recepcji. Jego widok pokrzepił ją i odetchnęła spokojniej. Zapewne nie będzie zbyt zadowolony z jej niezapowiedzianej wizyty, ale chciała upewnić się, że w wyniku fuzji dostaną tę większą część lotniczego biznesu.

Wyprostowała plecy i zmusiła się, by jeszcze raz uśmiechnąć się do młodego człowieka, który cierpliwie czekał na jej instrukcje.

– W bagażniku znajdują się trzy walizki. – Nie czekając na odpowiedź, minęła portiera, który właśnie otwierał drzwi.

Podłoga pokryta była płytkami z różowego granitu. Jeszcze nigdy nie widziała czegoś podobnego. Czarne żyłki przecinały wielorakie odcienie różu, nadając posadzce jednocześnie głębi i blasku. Namierzyła miejsce, w którym plecami do niej stał jej ojciec i ruszyła w kierunku recepcji, stukając rytmicznie obcasami na kamiennych płytkach.

Drewniane powierzchnie wypolerowane były na błysk, a złocone stropy zamykały się łukami ponad wejściowym holem. Przez całe życie bywała w wielu luksusowych hotelach, ale ten miał w sobie coś wyjątkowego. Za recepcją znajdowały się komfortowe sofy ustawione pod sięgającymi od podłogi do sufitu oknami, przez które widać było las rozciągający się za hotelem. Zatrzymała się i spojrzała na drzewa wznoszące się ku niebu.

Widok gęstych sosen przyprawił ją o mdłości, tak iż miała wrażenie, że zaraz zwróci wszystko na tę wspaniałą granitową powierzchnię. Powietrze zatrzymało się w jej piersi i z całych sił starała się powstrzymać nadchodzący atak paniki.

– Tato – wydusiła z siebie, zanim głos całkowicie uwiązł jej w gardle.

„To tylko las... Oddychaj, oddychaj” – powtarzała sobie w myślach.

Ojciec odwrócił się na dźwięk jej głosu. Na jego czole wyrysował się grymas niezadowolenia.

– Claire, co ty tutaj robisz? – Jego baryton odbijał się od granitowej podłogi.

Mama zawsze mówiła, że tym tonem mógłby zwabić na rękę kolibra. Głębokie brzmienie jego głosu sprawiło, że ogarnął ją chwilowy spokój. Zmusiła się do uśmiechu i musnęła ustami jego gładko wygolony policzek, wdychając zapach wody od Giorgio Armaniego. Jej palce zagłębiły się w miękki rękaw drogiego garnituru i oparła głowę na jego piersi.

Trzymał ją tak przez minutę, a później zwolnił uścisk.

– Źle się czujesz, Claire? – Popatrzył na kobietę stojącą przy biurku. – Proszę natychmiast dać mi klucze do mojego apartamentu.

– Oczywiście, panie Dellamare. Są już przygotowane. Pana i pańskiej córki. – Recepcjonistka, atrakcyjna blondynka po trzydziestce, wręczyła im dwie karty hotelowe.

– Ma pani penthouse obok apartamentów pani rodziców. – Uśmiechnęła się w stronę Claire. – Nazywam się Jenny Bennett, panno Dellamare. Jeśli będzie pani czegokolwiek potrzebowała, proszę się do mnie bezpośrednio zwrócić. Za chwilę kończę zmianę, ale mój numer telefonu znajduje się na wizytówce. – Wetknęła do ręki Claire bilecik.

Claire kiwnęła lekko głową.

– Dziękuję za pomoc, Jenny. – Kobieta sprawnie uwinęła się z przygotowaniem jej apartamentu rano, po tym, jak Claire zdecydowała się tu przyjechać.

– Zostajesz? – Ojciec skierował wzrok na torebkę, którą trzymała w ręku.

– Przyjechałam pomóc ci przy finalizowaniu fuzji. – Drzwi za ich plecami otworzyły się z cichym szmerem, wpuszczając zapach sosen, który uderzył w jej nozdrza. Po raz kolejny poczuła ucisk w piersi.

– Mam odpowiednie kwalifikacje, by to przeprowadzić. – Ojciec ujął Claire za ramię i odwrócił ją w kierunku windy.

Kiedy prowadził ją, oddalając się od głównego wejścia, czuła, jak jej płuca ściskają się coraz bardziej, odcinając dopływ powietrza. Potrzebowała tlenu. Wyrwała się z jego uścisku i szarpnięciem odciągnęła kołnierzyk bluzki od szyi. Jej torebka upadła na ziemię i po podłodze rozsypały się długopisy, kredki artystyczne, szminka i puderniczka. Czuła, że jej twarz i szyja płoną, kiedy pochyliła się, aby zebrać i upchnąć swoje rzeczy z powrotem w torebce. Gdy podniosła się, ponownie ogarnęła ją panika.

– Nie mogę oddychać!

– Claire, mów ciszej. – Ojciec nerwowo rozglądał się wokoło, zauważając zainteresowane spojrzenia gości kierowane w ich stronę.

Jej ręce i ramiona przeszywało mrowienie, a nóg nie czuła w ogóle. Ojciec wyciągnął dłoń w jej stronę, ale ona ją odepchnęła.

– Nie dotykaj mnie! – Jej krzyk odbił się od stropu.

Siwowłosy mężczyzna w granatowym garniturze podszedł, mówiąc:

– Czy mogę jakoś pomóc?

Cofnęła się, a potem odwróciła na pięcie i pognała w kierunku wyjścia. Wydawało jej się, że jej nogi poruszają się jak w smole, a wzrok skupiony miała na jednym punkcie drzwi. Uciekać. Musiała się stąd wydostać. Głosy wołające za nią ledwie do niej docierały. Drzwi stawały się coraz większe, aż wreszcie jednym pchnięciem otworzyła je i zrobiła głęboki wdech, wciągając w płuca słone, morskie powietrze. Oparła twarz o zimny kamień i modliła się, żeby ten atak paniki już się skończył. Co się działo? Czuła ból w lewym ramieniu.

Ojciec wyszedł z hotelu i pospieszył w jej kierunku. Gdy ją dotknął, Claire wzdrygnęła się.

– Nie.

– Co się z tobą dzieje? Nigdy nie robiłaś takich scen, zawsze byłaś opanowana. Twoja matka może mogłaby się tak zachowywać, ale nie ty!

Obruszyła się na potępiający ton jego głosu. Ona nie była jak jej matka. Wzięła wdech i starała się opanować drżenie rąk.

– Czuję ucisk w piersi, a moje lewe ramię piecze z bólu. Ciężko mi oddychać. Mam rozpaloną twarz. Może to zawał serca.

– Claire, masz dwadzieścia dziewięć lat. To mało prawdopodobne, żeby to był zawał. Wydaje mi się, że to jakiś atak paniki. Być może dlatego, że ta fuzja jest dla nas tak istotna. Idź na spacer po plaży i wróć do hotelu, kiedy się opanujesz. Ludzie od razu pomyślą, że przeszłaś jakieś załamanie nerwowe albo coś w tym rodzaju.

Chociaż nie wypowiedział tego na głos, ponownie wyczuła, że porównuje ją do jej matki. „Opanować, muszę się opanować” – skarciła się w myślach.

– Masz rację. Będzie dobrze. Mam za sobą długą podróż z Bostonu. Muszę się po prostu przejść. – Ucisk w jej piersi trochę zelżał. – Czy Ric już jest?

– Jeszcze nie. Ma przyjechać jutro. – Zmrużył oczy, przyglądając się jej uważnie. – On cię lubi. Może to rzeczywiście dobrze, że się tu zjawiłaś.

Coraz łatwiej jej się oddychało.

– Jestem tego pewna, tato. Wrócę za pół godziny.

Portier otworzył drzwi i ojciec zniknął we wnętrzu hotelu. Słone powietrze rozproszyło panikę i Claire odwróciła się w kierunku stopni prowadzących w dół klifu, na piasek. Morze przyniesie jej ukojenie.

Ponad głowami, na niebieskim niebie upstrzonym puszystymi obłokami rozlegały się wrzaski mew. Wiatr mierzwił włosy Luke’a i zdawało się, że zaraz zerwie czapkę z daszkiem z jego głowy, podczas gdy ten kierował swoją łódź w stronę zatoki Sunset Cove na południowej stronie wyspy. Nigdy nie miał dosyć tego widoku. Choć Folly Shoals była jedną z trzech tysięcy wysp na wybrzeżu Maine, to miejsce było szczególne. Majestat morskich klifów, wznoszących się na ponad trzydzieści metrów i cieszących oko różowym granitem, zawsze powodował, że czuł się mały i nieistotny. Wspaniałe sosny i smukłe osiki współzawodniczyły o najbardziej żyzną ziemię, gdy tymczasem dzikie kwiaty spokojnie rozkwitały na uboższych glebach.

Silnik wyrzucił z siebie spaliny, które zmieszały się z zapachem morza, a łódź Luke’a to wznosiła się, to opadała na falach. Jego oddech tworzył smugę w zimnym powietrzu, które wyraźnie ochłodziło się, kiedy tylko słońce zniknęło za półwyspem. Lepiej by zrobił, gdyby założył dzisiaj dżinsy zamiast szortów, ale ratowała go jeszcze kurtka. Spod przymrużonych powiek popatrzył na swoją siostrę. Ubrana w białe krótkie spodenki i naciągniętą na nie czerwoną bluzę, Megan kuliła się pod daszkiem stanowiącym osłonę od słońca, który jednak niewiele chronił przed zimnym wiatrem.

Posłał jej szeroki uśmiech.

– Uśmiechnij się. Przynajmniej mamy dużo ryb na kolację.

– Nie o to chodzi. – Jej zamyślony wzrok spotkał się z jego spojrzeniem. – Muszę ci coś powiedzieć i nie wiem jak.

– Wychodzisz za mąż.

Przewróciła oczami.

– Wróć na ziemię. Jesteś w domu od trzech dni i chyba jakoś nie widziałeś żadnego chłopaka kręcącego się wokół, nie?

Ton jej głosu zgasił uśmiech na jego twarzy.

– Wyglądasz na przerażoną, Meg. Przecież wiesz, że możesz mi wszystko powiedzieć. Nie zjem cię. Brakuje pieniędzy na farmie? Zbankrutujemy? – Jakaś część w nim chyba nawet tego pragnęła. Może to otrzeźwiłoby tego pijanego mężczyznę, który całymi dniami siedział w domu. Nigdy nie był sobą od czasu zaginięcia mamy.

Zaprzeczyła ruchem głowy.

– Z tego, co wiem, to raczej w tym roku będziemy mieć zyski. Produkcja żurawiny przebiega rewelacyjnie.

– W takim razie, o co chodzi?

Wiatr porwał luźny kosmyk włosów, który wypadł z jej kucyka i zawiał go prosto w jej twarz. Odrzuciła go z oczu i powiedziała:

– Dostałam nową ofertę pracy. W Oregonie. – Mówiła szybko, jakby chciała to wszystko z siebie wyrzucić, zanim on jej przerwie. – Otwierają właśnie nowe centrum badawcze. Zajmują się wirusami i ich mutacjami.

Poczuł ucisk w żołądku, ale zdołał się uśmiechnąć i kiwnąć głową.

– Uwielbiałaś to, jak byłaś w college’u.

Jej ciemne oczy wpatrywały się w niego uważnie, jakby chciały wysondować jego reakcję.

– I nareszcie będę mogła wykorzystać moje kosztowne wykształcenie z Vassar [1] .

– Nie było kosztowne. Miałaś przecież stypendium.

Wzruszyła ramionami, kuląc się pod okryciem czerwonej bluzy.

– Wiesz, o co mi chodzi. Ten dyplom jest wiele wart, a ja do tej pory jeszcze go nie wykorzystałam.

– Czerpałaś ze swojej wiedzy dotyczącej uprawy żurawiny, pomagając na farmie. Dzięki temu w tym roku odnotowujemy zyski.

„Przymknij się, Luke” – podsumowała cały ten wywód w myślach. Nie oczekiwała komplementów. Chciała po prostu opuścić Folly Shoals. Jak on mógłby wyrzucać jej to, co sam zrobił niespełna trzy lata temu? Poszedł do szkoły w Ellsworth i pomagał przy żurawinie, ale kiedy tylko ona wróciła z Vassar, był już gotowy na to, by przerzucić cały ciężar na jej ramiona, a sam wstąpił do Straży Przybrzeżnej.

Zamilkła i miał chwilę, by zastanowić się nad sprzeciwem, który sam cisnął mu się na usta. Po ostatnim udarze Pop nie był w stanie zbyt wiele pomóc. Jeśli Megan odejdzie, ktoś będzie musiał przejąć wszystkie sprawy w swoje ręce. Tym kimś mógł być tylko on. Myśl o tym, że spadnie na niego kwestia poradzenia sobie z ojcem, popsuła jego humor. Chociaż Meg właśnie to robiła. I chyba nie było to zbyt uczciwe, by oczekiwać, że nie zmieni się to do końca życia.

– Widzę, że trybiki ostro pracują – powiedziała Megan. – Wiem, co oznacza mój wyjazd. Powinnam odmówić.

Jej zbolały wyraz twarzy sprawił, że siedząc, wyprostował się sztywno.

– Gnijesz na tej wyspie całe swoje życie, Meg. Teraz twoja kolej, żeby wyfrunąć. Nie zamierzam stawać ci na drodze. Może będę mógł ubłagać Straż Przybrzeżną, żebym dostał przydział tutaj. Jest tu ośrodek w Southwest Harbor.

Jej brązowe oczy otworzyły się szeroko.

– Ale czy dasz sobie radę z żurawiną i swoją pracą jednocześnie? W okresie zbiorów – to wariactwo.

– Mogę spróbować. Może pozwolilibyśmy sobie na zatrudnienie kogoś do pomocy. – Starał się, by w jego głosie wybrzmiewała pewność, której tak naprawdę nie czuł, ale zdawał sobie sprawę, że nie może jej pozwolić porzucić tego, czego rzeczywiście pragnęła. – Gdybym tylko wiedział, że nie czujesz się tutaj szczęśliwa, już dawno wypchnąłbym cię z gniazda. Myślałem, że kochasz uprawy i chcesz tu zostać.

Spojrzała na swoje zaczerwienione od zimna dłonie.

– Kiedyś tak było. Ale ostatnio Pop stał się jeszcze... trudniejszy.

Coś w jej głosie ścięło go.

– Mam nadzieję, że nie zaczął cię znowu bić. Myślałem, że skończył z tym, gdy go nastraszyłem, jak miałem osiemnaście lat.

Wtedy to stanął z ojcem twarzą w twarz i zagroził, że zadzwoni po szeryfa, jeśli ten choćby jeszcze jeden raz podniesie rękę na Meg. Ojciec rzucił okiem na twarz Luke’a i cofnął się. Z tego, co wiedział, nie ośmielił się już więcej jej tknąć.

– Robi to od czasu jego udaru. Nie ma nic złego na myśli. Przez tę chorobę jest w gorącej wodzie kąpany. Zawsze potem jest mu przykro. I nigdy nawet nie zostawił siniaka.

Luke zacisnął dłonie w pięści. Nie był pewien, czy umiałby się powstrzymać, gdyby tata był teraz tutaj z nimi.

– Porozmawiam z nim.

Pop zawsze był trudny, zwłaszcza gdy wypił za dużo. Luke pamiętał wiele nocy, kiedy on i Megan chowali się w szafie, a Pop wściekał się, szukając ich po całym domu.

– Nie trzeba. – W oczach Meg widział wyraźny apel o wyrozumiałość. – To nie jest główny powód, dla którego chcę wyjechać. Umiem sobie poradzić z gderliwym staruszkiem. Chodzi po prostu o to, że tutaj się nie rozwijam. Mam dwadzieścia osiem lat i nigdy nie byłam nigdzie, poza collegem. Jeśli zostanę tu jeszcze dłużej, już nigdy nie wyjadę.

Pokiwał głową i skierował łódź w stronę portu.

– Kiedy zaczynasz?

– Za miesiąc. Naprawdę mi w tym pomożesz?

– Chcę, żebyś była szczęśliwa. Coś wymyślę. Od tego są starsi bracia.

Ręką zakreśliła łuk nad skalistą linią brzegową, wskazując w kierunku domu.

– Ty nawet nie lubisz żurawiny. Zostałeś stworzony do Straży Przybrzeżnej. Wyzwania to twój żywioł. A ja wiem dokładnie, co się stanie. Nie zaciągniesz się ponownie, prawda? Nawet jeśli to właśnie chciałeś robić przez całe życie.

– Nie przejmuj się tym. Zrobię, co tylko będzie trzeba. Nie mogę pozwolić, żeby ten biznes tak po prostu zniknął. Należy do naszej rodziny od siedemdziesięciu pięciu lat.

Wyprostowała długie, opalone nogi, wstała i podeszła do brzegu łodzi.

– A co, jeśli on umrze? Jest taki słaby od czasu udaru. Co, jeśli poświęcisz całe swoje życie sprawie, która jest ważna tylko dla niego?

Poczuł, jak gwałtownie przyspiesza mu puls.

– Chcesz powiedzieć, że myślałaś o tym, żebyśmy sprzedali uprawy?

Przeczesała swoje krótkie włosy, tak gęste, proste i czarne jak i jego.

– Chcę, żebyśmy oboje długo i porządnie przemyśleli, co jest dla nas najlepsze. Może to czas, żeby przestać niańczyć Popa i zająć się tym, co naprawdę chcemy robić.

Jak mógł nie zauważyć jej niezadowolenia? Jemu też nie podobała się myśl o sprzedaży rodzinnej farmy.

– Daj mi czas, zobaczę, co da się zrobić z przeniesieniem i potem porozmawiamy. Ale niezależnie od tego, potwierdź, że przyjmujesz tę pracę.

Wepchnęła ręce głęboko w kieszenie bluzy.

– A więc teraz chcesz się mnie pozbyć, bo nie jestem już potrzebna. O to chodzi, tak?

W jej głosie nie było słychać urazy, więc uśmiechnął się szeroko.

– Coś w tym stylu. Może twój syn pokocha pracę na roli. Albo moja córka. – Wcale nie miał perspektyw na małżeństwo, ale drażniła go myśl o harówce przy uprawach. Nadal wierzył, że ich mama mogła być gdzieś tam pochowana.

Megan sięgnęła po termos z kawą.

– Myślisz o zniknięciu mamy, prawda? Jej ciała tam nie ma, i wierz mi, szukałam.

Zawsze potrafiła przejrzeć jego myśli.

– Meg, ona musi gdzieś być.

– Zniknęła dwadzieścia pięć lat temu! Nigdy nie uda nam się znaleźć jej szczątków, nie tutaj. To było zbyt dawno. Cokolwiek się z nią stało, to pozostanie tajemnicą.

– Tak, pewnie masz rację. Ale wiesz, że bardzo chciałbym się dowiedzieć, co się stało. – Łyknął gorącej kawy. – Gotowa na wejście?

Pokiwała głową.

– Przejmij na chwilę stery. Ja przygotuję liny.

Podeszła, by zająć jego miejsce, a on skierował się w stronę sterburty. Coś unosiło się na wodzie około dwa i pół metra od łodzi i Luke przymrużył oczy, by zobaczyć, co to.

– To młoda orka. Wyłącz silnik.

Kiedy Megan wykonała polecenie, chwycił wiosło i zbliżył łódź do zwierzęcia. Młode dryfowało apatycznie, zwróciwszy w jego kierunku jedno oko, jakby chciało prosić o pomoc.

– Jest chora. Strasznie wychudła. – Rozejrzał się uważnie po okolicy. – Ale gdzie jest jej matka?

Oboje wpatrywali się w morze, ale nic nie zobaczyli. Ani matki, ani stada.

– A co, jeśli matka nie żyje? – Megan dołączyła do niego. – Musimy jej pomóc. Nie możemy jej tak po prostu zostawić, żeby cierpiała.

– Moglibyśmy zbudować zagrodę z sieci do czasu, aż skontaktujemy się z organizacją ratującą orki. Mam dodatkowe sieci w lukach.

– Ale jak doprowadzimy ją do brzegu? Ciągnięcie jej w sieci mogłoby ją zabić.

– Będę przy niej – odpowiedział, zrzucając kurtkę i buty. – Sholuję ją.

Chwyciła go za ramię.

– Żartujesz? Jesteśmy prawie pięćset metrów od brzegu, a woda jest lodowata!

– Wiem o tym. Musimy. Po prostu poprowadź łódź do naszego doku. Tam wody są już częściowo odgrodzone od północnej i wschodniej strony. Wystarczy, że domkniemy sieci od południa.

Megan pokiwała głową i wróciła za stery.

– Na pewno dasz sobie radę?

– Tak, będzie dobrze. – Poszedł na koniec łodzi i skoczył za burtę. Zimna woda odebrała mu na chwilę oddech i gwałtownie zaczerpnął powietrza, kiedy wynurzył głowę. Pomachał do siostry, żeby dać znać, że wszystko okej, a potem odbił w kierunku cierpiącego zwierzęcia. Ssak morski obrócił się brzuchem do góry, gdy tylko Luke go dotknął, ale nadal żył. Jego skóra w dotyku była jak ciepła dętka. Głaskał ją pokrzepiająco i mówił:

– Wszystko będzie dobrze, kolego. – Miał nadzieję, że to prawda. To zwierzę wymagało szczególnej opieki.

Chwycił orkę za płetwę grzbietową i zaczął ją holować w stronę zagrody z sieci. Młode trzepotało ogonem, starając się pomóc, ale było tak słabe, że posuwali się bardzo powoli. Czuł, jak palą go mięśnie, a zimna woda dodatkowo potęgowała zmęczenie. Do czasu, gdy dotarli do doku, czuł potężny ucisk w piersi i pragnął jak najszybciej wyjść z wody.

Megan przyczepiła już jeden koniec sieci i płynęła mu na spotkanie. Jeszcze nigdy tak bardzo nie cieszył się z czyjejś obecności.

DWA

Stopnie z różowego granitu prowadziły w dół trzydziestometrowego klifu, w stronę rozciągających się poniżej skał. Claire skorzystała z zejścia i kiedy dotarła do morza, orzeźwiło ją ożywcze, świeże powietrze. Wrzaski mew nad jej głową działały na nią uspokajająco, a ucisk w piersi prawie całkowicie ustąpił i czuła się tak, jak zwykle. Skrzywiła się, rzucając kamyk w delikatne fale uderzające w wybrzeże.

Tam, w holu, to musiała być jakaś chwilowa słabość. Nie miało to nic wspólnego z ciągłymi teatralnymi scenami jej matki. Claire po prostu za dużo ostatnio pracowała i świadomość tego, jak ważna była ta fuzja, sprawiła, że wczoraj nie mogła spać i przewracała się z boku na bok do późnej nocy. To nic takiego.

Pochyliła się i zsunęła z nóg szpilki, a następnie zanurzyła palce w miękki piasek zmieszany z drobnymi kamykami. Z butami zwisającymi w jednej ręce, wędrowała w dół długiego pasa skalistego wybrzeża. Ogarniało ją uczucie zadowolenia, jakby właśnie odnalazła tu część siebie. Przez całe życie ocean zdawał się wypełniać w niej jakąś lukę, jakąś potrzebę, której nie umiała nazwać.

Nagle jej uwagę przykuł głośny okrzyk i zmrużyła oczy, patrząc pod ostre światło popołudniowego słońca w kierunku wąskiej zatoczki. Jakiś mężczyzna i kobieta zabezpieczali żyłkę albo linę na metalowym pierścieniu przyczepionym do małego pomostu, do którego zacumowana była rybacka łódź. Oboje byli cali mokrzy.

Czy potrzebowali pomocy? Claire ruszyła w ich kierunku, ale dojrzała jakiś kształt w wodzie i zatrzymała się. Na początku pomyślała, że to delfin, ale potem rozpoznała charakterystyczne biało-czarne umaszczenie.

Zacisnęła usta i rzuciła się naprzód, żeby zatrzymać ich, zanim wsiądą ponownie na łódź. Słychać było tylko, jak jej bose stopy klapały o chłodne, wilgotne deski molo.

– Hej, wy! Co wy sobie wyobrażacie z tą orką? Nie można jej trzymać w zamknięciu!

Kiedy ujrzała mężczyznę, który odwrócił się, by na nią spojrzeć, najpierw zauważyła jego niewiarygodnie ciemne oczy, które zdawały się wpatrywać prosto w jej duszę. Pasowałby na okładkę jakiejś pirackiej powieści. Miał pewnie około trzydziestu lat i typową włoską urodę – gęste, ciemne włosy i te oczy... Białe szorty wyraźnie podkreślały jego opalone, umięśnione nogi. Wokół jego bosych stóp gromadziła się woda.

Zmierzył ją wzrokiem i zaczerwieniła się, gdy uświadomiła sobie, jak musi wyglądać w swojej obcisłej niebieskiej sukience i na bosaka. Wiatr poważnie naruszył jej staranne uczesanie.

Odrzuciła zbłąkany kosmyk włosów z oczu i spojrzała na niego gniewnie.

– Orki nie powinny przebywać w zamknięciu. Ta z pewnością też ma jakiś matrylineat i stado, które za nią tęskni. – Słysząc to, mężczyzna uniósł wysoko ciemną brew.

– Wielu ludzi nigdy nie słyszało nawet słowa matrylineat. Jesteś jakąś aktywistką na rzecz ratowania orek, czy chciałaś się po prostu popisać swoją wiedzą?

– Udzielam się w organizacji ratującej orki. – Uniosła wyżej brodę wobec jego drwiącego tonu. – Zamykanie tych pięknych zwierząt jest jak więzienie niemowlaków. Podejrzewam, że myślałeś, że zarobisz kupę kasy, sprzedając ją do akwarium.

Jednym szarpnięciem zasunął zamek od swojej niebieskiej bluzy.

– Nie znasz mnie, młoda damo. A poza tym to nie twój interes.

Towarzysząca mu kobieta weszła między nich. Miała taką samą ciemną karnację jak on, ale na jej twarzy widniał pojednawczy uśmiech.

– Cześć, jestem Megan Rocco. A mój brat, Luke, zwykle nie jest taki porywczy. Nie chcemy zrobić krzywdy tej orce. Jest ranna i nawet nie wiem, czy uda nam się jej pomóc. Podejrzewam, że jej matka zmarła, a młode głoduje. Trzymamy ją tutaj dla jej dobra, dopóki nie uda nam się skontaktować z jakąś organizacją, która pomaga orkom.

Claire zrobiło się gorąco na samą myśl, o co ich oskarżała. Co w nią dzisiaj wstąpiło? Najpierw ten atak paniki, a potem wyciąganie nieuzasadnionych wniosków. Przełknęła ślinę, a następnie zerknęła za plecy Megan na Luke’a, próbując dodać sobie odwagi na przeprosiny. Przypatrywała się jemu i jego siostrze. Na jego bluzie dostrzegła symbol Straży Przybrzeżnej, a na jej – logo sklepu dla nurków.

Claire spojrzała na swoje bose stopy, a potem przygryzła wargę, zanim znów odważyła się popatrzeć w te wyjątkowo ciemne oczy.

– Wydaje mi się, że jestem wam obojgu winna przeprosiny.

– Wydaje ci się? – Uniósł brew, a następnie odwrócił się w stronę łodzi.

Niewielka fala uderzyła w brzeg molo i zmoczyła jej stopy. Przesunęła się bliżej środka pomostu.

– Przepraszam. Naprawdę. Zawsze miałam słabość do delfinów i wielorybów. Zdziwiłbyś się, gdybyś wiedział, ilu ludzi nie widzi nic złego w trzymaniu orek w niewoli. A przecież to jeden z niewielu ssaków, które żyją w rodzinach tak przypominających nasze.

Nawet na nią nie spojrzał.

– Nie ucz ojca dzieci robić.

– Czy mogę się chociaż zrekompensować i pomóc wam przy niej? Nie będziecie musieli już wzywać nikogo innego. Wiem, co trzeba robić.

W końcu zaszczycił ją spojrzeniem i zmierzywszy dokładnie wzrokiem, ostatecznie skinął głową.

– Chcę ją po prostu trochę podkarmić i puścić wolno. Ale możesz pomagać, zanim nie wrócisz do swojej przesłodzonej kawusi i prestiżowych kolacji.

Jej twarz płonęła na myśl, jak precyzyjnie ocenił jej zamożność.

– Słuchaj, niezbyt dobrze się zaczęło i nawet nie miałam okazji się przedstawić. – Wyciągnęła w jego kierunku rękę. – Jestem Claire Dellamare.

Jego wzrok stał się jeszcze surowszy.

– Córka Harry’ego Dellamare’a?

– Znasz mojego tatę?

Wymienili z siostrą porozumiewawcze spojrzenia.

– Słyszałem o nim, choć nigdy go nie spotkałem. Byłem dzieckiem, kiedy był tu ostatnim razem. Wtedy, gdy zostałaś odnaleziona.

Potarła czoło w miejscu, gdzie odczuła pulsowanie bólu.

– Odnaleziona? Co masz na myśli?

– No wiesz, wtedy w latach dziewięćdziesiątych. Po tym, jak zniknęłaś na rok gdzieś w lesie. – Wskazał ręką na gęsty las rozciągający się na klifie wzdłuż wybrzeża. Następnie posłał spojrzenie siostrze, zanim z powrotem skupił swoją uwagę na Claire. – Ty w ogóle pamiętasz, gdzie byłaś przez ten rok? A może widziałaś kobietę tej nocy, gdy zniknęłaś?

– Luke, wystarczy! – wtrąciła się Megan.

Krew odpłynęła z twarzy Claire, a nogi miała jak z waty.

– Claire, wszystko w porządku?

Pełen niepokoju głos Megan stał się ledwie słyszalny wobec ogromnego huku w jej uszach. Jakieś wspomnienia błąkały się w jej głowie, ale nie była w stanie ich uchwycić. Pociemniało jej w oczach i zrobiła krok w tył. Zachwiała się na krawędzi molo.

– Uważaj! – Mglista sylwetka Luke’a przesunęła się w jej kierunku.

Wyciągnęła rękę, szukając oparcia, jednak nadaremnie. Straciła równowagę i poczuła chropowate drewno na brzegu stopy, kiedy spadała z krawędzi. Szok w kontakcie z zimną wodą całkowicie oczyścił jej umysł i parskając, wynurzyła się ponad powierzchnię. Coś trąciło ją w bok i zobaczyła orkę pływającą obok, jakby chciała jej pomóc. Dotknęła płetwy piersiowej, a potem się jej chwyciła. Usłyszała plusk wody po swojej lewej stronie i Luke’a mówiącego, żeby była spokojna, i że on już do nich płynie.

Młoda orka popiskiwała i trącała ją, jakby chciała pomóc zmyć wizje mrocznego lasu oraz skał raniących jej stopy. Claire zanurzyła głowę w zimnej wodzie i pozwoliła, żeby woda obmyła włosy opadające jej na twarz, podczas gdy ona pozbywała się przerażających obrazów z pamięci.

Luke złapał ją za ramię.

– Pomóc ci dopłynąć do brzegu?

– Dam sobie radę – odpowiedziała, potrząsając jednocześnie głową.

– Nie wątpię. Sama jesteś jak delfin.

Uśmiechnął się szeroko, kiedy ona puściła orkę i płynąc motylkiem, odbiła w stronę molo. Wcale nie miała ochoty wychodzić z wody, ale musiała porozmawiać z tatą. Nic dziwnego, że była wstrząśnięta, gdy tu przyjechała.

Już kiedyś tutaj była. Zaginiona. A jej rodzice nic jej o tym nie powiedzieli.

Dlaczego nawet nie porozmawiali z nią na ten temat? 1990. Miała pięć lat, kiedy ją znaleziono. Skoro nie było jej przez rok, to znaczy, że miała cztery lata, kiedy się zgubiła. I niczego nie pamiętała. Jak to możliwe?

Chociaż Luke okrył ją suchą kurtką pachnącą morzem, Claire drżała od chłodnej bryzy nadciągającej od wody. Jakaś mewa przydreptała bliżej, przekrzywiając głowę na bok i obserwując ją z zainteresowaniem. Pytania bombardowały jej umysł i dopiero teraz uświadomiła sobie, jak musiała się czuć Alicja, kiedy wpadła do króliczej nory. Wszystko wydawało się inne i nie wiedziała, w jaki sposób ma sobie poradzić z tym nagłym zwrotem jej rzeczywistości.

Tylko Bóg mógł jej powiedzieć.

Podniosła się ze swojego miejsca na molo, mówiąc:

– Muszę już wracać do hotelu. Dziękuję za wszystko.

Na twarzy Megan malowało się zaniepokojenie.

– Jesteś pewna, że dasz radę wrócić sama? Nadal jesteś bardzo blada.

– Jest dobrze. – Claire musiała dowiedzieć się od ojca, co naprawdę stało się w tym miejscu. Orka poruszyła płetwą w wodzie. – Nie będziecie mieli nic przeciwko, jeśli wrócę tu jutro sprawdzić, co u niej?

– Przychodź, kiedy tylko chcesz. – Luke zerknął na siostrę, która nieznacznie zaprzeczyła ruchem głowy.

Claire dostrzegła w jego oczach pytanie, ale nie była jeszcze gotowa, by zmierzyć się z jego ciekawością.

– Zauważyłeś, jak orka próbowała mi pomóc?

Skinął głową, odpowiadając:

– One są bystre. Jestem pewien, że wyczuła twój niepokój. – Jego pięknie zarysowane usta zacisnęły się i wziął głęboki wdech. – Miałem wrażenie, że to, co powiedziałem, wstrząsnęło tobą. Nie pamiętasz, że byłaś tu jako dziecko?

Oczy Megan błysnęły gniewnie.

– Luke, daj jej spokój.

– Przecież już się lepiej czuje. A więc? Pamiętasz coś?

Początkowo nie miała zamiaru odpowiadać na jego pytanie, ale w jego oczach dostrzegła głęboką potrzebę, a nie tylko zwykłą ciekawość.

– Byłam przekonana, że jestem tutaj po raz pierwszy. A-ale miałam jakiś napad w hotelu, ponieważ wydawało mi się, że jest jakoś dziwnie znajomy. – Przełknęła z trudem, bo miała tak ściśnięte gardło. – Wierz mi, mam zamiar teraz zadawać wiele pytań.

Błysk w jego oku przygasł, ale zapytał:

– A więc nie pamiętasz, żebyś spotkała jakąś kobietę tej nocy, kiedy zniknęłaś?

Megan położyła stanowczo rękę na jego ramieniu.

– Luke, wystarczy.

Wetknął ręce do kieszeni.

– Tylko pytam.

– W porządku. Nie, nie pamiętam kobiety. Nic nie pamiętam. No, może poza ciemnymi drzewami. Coś takiego mi się przypomina. – Wręczyła mu z powrotem jego kurtkę. – Chyba już pójdę. Dziękuję za pomoc. Wrócę jutro. – Nieznacznie pomachała i ruszyła plażą w stronę hotelu.

Słońce było już nisko na zachodzie i niknące światło rzucało długie cienie na ścieżce. Jeśli się nie pospieszy, nie zdąży do hotelu, zanim zapadnie zmrok. Ale nawet uświadomienie sobie tego nie sprawiło, że przyspieszyła.

Co ona w ogóle powie ojcu? Jak zacznie tę rozmowę? Okłamywano ją przez całe życie. To, że trzymali coś takiego w tajemnicy przed nią, wydawało się najgorszą zdradą. Torebka ciążyła jej na ramieniu i teraz żałowała, że ją ze sobą wzięła. Nie było jej już dwie godziny i ojciec pewnie się martwił.

Doszła do punktu, w którym Sunset Cove łukiem kierowała się w stronę hotelu. Krab przebiegł po piasku przed jej stopami i rzucił się do jamy, kiedy tylko ją zobaczył. Marszcząc nos na smród i latające wokół muchy, przebrnęła przez stos chrzęszczących wodorostów wyrzuconych przez morze i wysuszonych na słońcu. Mewa krzyknęła na niebie i Claire spojrzała w górę, w stronę skały oddalonej o jakieś trzy metry od jej miejsca.

Dwie postacie walczyły na krawędzi klifu wznoszącego się na wysokość prawie trzydziestu metrów. Kobieta ubrana była w ołówkową spódnicę i bluzkę bez rękawów w kolorze idealnie dopasowanym do ciemniejącego właśnie nieba. Jej sylwetka niemal całkowicie zasłaniała zmagającą się z nią osobę. Kiedy Claire przysłoniła dłonią oczy, dostrzegła drobną figurę kobiety, która starała się obronić przed mężczyzną próbującym zepchnąć ją na skraj klifu.

– Hej, ty! Zostaw ją! – Claire rozglądała się wokół, szukając jakiejś drogi, by wspiąć się na szczyt, ale urwista powierzchnia poszarpanego różowego granitu wznosząca się nad nią nie dawała żadnej możliwości wspinaczki bez odpowiedniego sprzętu.

Ponownie popatrzyła uważnie w górę, tym razem wychwytując wzrokiem postać mężczyzny za kobietą. Miał na sobie kurtkę i jasnobrązowe spodnie myśliwskie. Zdawało jej się, że dostrzega ciemne włosy i prosty nos, ale była zbyt daleko, żeby rozróżnić rysy twarzy. Wyglądało na to, że żadne z nich jej nie zauważyło. Wydała stłumiony okrzyk, kiedy mężczyzna popchnął kobietę jeszcze bliżej krawędzi.

– Dzwonię na policję! – mówiąc to, wyszarpnęła telefon z torebki i wybrała numer alarmowy 112. Zanim dyspozytor odebrał, wrzask zmieszał się zawodzeniem nurów i Claire zdążyła się obrócić, żeby zobaczyć, jak młoda kobieta runęła na ziemię. Uderzyła w piasek z potężnym łoskotem, a potem przestała się ruszać.

– Nie, nie! – Claire rzuciła się w kierunku kobiety, która leżała twarzą w dół z bezładnie rozrzuconymi rękami i nogami. Przyklęknęła przy niej i dotknęła jej przegubu. Brak tętna. Co powinna zrobić? Umiała wykonać resuscytację, ale najpierw trzeba wezwać pomoc. Przyłożyła z powrotem telefon do ucha.

– Słyszy mnie ktoś?

– Tak. Potrzebuje pani pomocy? – odpowiedział dyspozytor zachrypniętym męskim głosem.

– Doszło do morderstwa. Jakiś mężczyzna właśnie zrzucił kobietę z klifu. Byłam świadkiem tego wszystkiego – z trudem wydusiła z siebie te słowa. Ofiara upadła na brzuch, ale głowę zwróconą miała na bok i teraz, kiedy była bliżej, Claire rozpoznała w niej recepcjonistkę. – To Jenny Bennett.

– Powiadomię szeryfa i zaraz tam kogoś poślemy. Gdzie dokładnie się pani znajduje?

– Poniżej stopni prowadzących do hotelu Tourmaline, jakieś czterysta metrów na północ, idąc wzdłuż plaży.

– Trzeba będzie trochę czasu, zanim szeryf tam dotrze. Proszę czekać cierpliwie.

Claire zakończyła rozmowę i pospiesznie obróciła Jenny na plecy. Uklęknęła obok i podjęła resuscytację. Miała wrażenie, że to bez sensu, ale musiała spróbować. Czuła, że po karku przechodzą ją ciarki, ale nie śmiała przerwać, żeby rozejrzeć się wokoło. „Boże, pomóż” – westchnęła w myślach.

Pochyliła się i wykonała dwa oddechy, ale jakiś gwałtowny ruch w krzakach nadmorskiego lasu sprawił, że serce podskoczyło jej do gardła. Nie zdążyła się nawet obrócić, żeby sprawdzić, co to było, gdy tymczasem poczuła mocne uderzenie w tył głowy. Zanim zapadła w ciemność, zobaczyła twarz napastnika.

To był myśliwy z jej koszmarów sennych. Tylko tym razem nie miał lisa przypiętego do pasa.

TRZY

Po zacumowaniu łodzi w porcie rybackim w Summer Haven, Luke wdrapał się do starego pick-upa i z piskiem opon ruszył w kierunku domu przy Cliff Road. Prowadził swojego chevroleta rocznik 75 po błotnistej, nieutwardzonej drodze wzdłuż rozciągających się po obu stronach bagnistych terenów, na których uprawiali żurawinę. Tata Luke’a kupił tego starego grata jeszcze zanim on i jego siostra pojawili się na świecie i auto czuć było dziesięcioleciami transportu ryb, homarów i żurawiny. W Maine było pięć pór roku: lato, jesień, zima, wiosna i błoto. Kiedy tylko stopniał lód i śnieg, wszystkie nieutwardzone drogi zmieniały się w gęste bagno, po którym ślizgały się łyse opony. O tej porze roku wykorzystywał napęd na cztery koła tylko po to, żeby jakoś sobie radzić w tym mule.

Myśli Luke’a wciąż błądziły wokół Claire Dellamare. Czy ona mogła wiedzieć coś o zniknięciu jego mamy? A może oczekiwał zbyt wiele?

Kręcąc korbą, Megan otworzyła okno i wpuściła do środka świeże powietrze.

– Widzę, że czacha dymi. Wypluj to z siebie, Luke.

– Sama musisz przyznać, że chyba niebiosa zesłały nam Claire akurat w tym momencie. Ona może być w posiadaniu kluczowych informacji, których potrzebujemy.

– Widziałeś jej reakcję. Ona nawet nie wiedziała, że kiedykolwiek tutaj była.

– Może.

Jego siostra westchnęła głęboko.

– Aha, znam ten wymijający ton. Zamierzasz z nią porozmawiać jeszcze raz. Jesteś pewien, że to nie tylko dlatego, że ona jest tak niesamowicie słodziutka?

To określenie, używane w Maine, znaczące tyle co „atrakcyjna”, nie było najlepszym dla opisania Claire. „Olśniewająco piękna” pasowałoby lepiej. Jasnobrązowe włosy z miodowymi końcówkami otaczały twarz w kształcie serca i podkreślały największe niebieskie oczy, jakie kiedykolwiek widział. A te dołeczki? Cudowne! Nie brakowało jej też pewności siebie. Kiedy oburzyła się na widok orki, nie wahała się stawić im czoła. Podobał mu się w niej ten ogień. Uśmiechnął się szeroko.

– Chcę się tylko dopytać, co może wiedzieć o zaginięciu mamy. – Opuścił także szybę ze swojej strony. – Naprawdę, Meg, nie intryguje cię to? Pop zawsze uważał, że te dwie sprawy mogą mieć jakiś związek. Wiele lat temu starał się pogadać z jej rodzicami, ale oni go uciszali i nie pozwalali mu porozmawiać z Claire.

– Ona miała tylko cztery lata, kiedy zniknęła. Ile ty pamiętasz z tego okresu życia?

Poruszył brwiami, rzucając jej dziwne spojrzenie.

– Pamiętam, jak spłukałem w toalecie twoją lalkę Barbie. – Słysząc to, walnęła go pięścią w ramię.

– I nigdy nawet mnie za to nie przeprosiłeś!

– Au! – Rozmasowywał mięsień ramienia. – Miałaś ich chyba z miliard!

– Miałam trzy. A tamta była moją ulubioną. – Obdarzyła go wyjątkowo oburzoną miną. – Ale, wracając do naszej rozmowy... Większość ludzi nie pamięta zbyt wiele z czasu, kiedy mieli cztery lata.

I tu ją miał.

– Poza traumatycznymi wydarzeniami. Więc, skoro nadal jesteś zła za Barbie, czy ona nie powinna pamiętać tego, że zaginęła w lesie na cały rok? I nie przyjmuję tu wymawiania się amnezją. Musi coś jeszcze za tym stać, że zapomniała o swoim wcześniejszym pobycie tutaj. Mogę się założyć, że wystarczy tylko trochę podrążyć temat, a wspomnienia wrócą.

Oparł rękę o okno, wystawiając łokieć i rozkoszując się lekkim wiaterkiem i ciepłem słońca na błotnistych wybojach. Objął wzrokiem rozległe pola żurawinowe. Zielone rośliny wyglądały na zdrowe i zadbane. Meg dobrze zrobiła, wycinając winorośla. Za parę miesięcy szkarłatne owoce żurawiny będą pięknie mienić się po obu stronach drogi.

Zmarszczył brwi, kiedy na horyzoncie pojawił się ich rodzinny dom. Na podjeździe stało zaparkowane szare auto, którego nie kojarzył.

– Ktoś tu jest.

Megan mrużyła oczy, patrząc przez przednią szybę.

– To chyba domowa pielęgniarka Popa.

Kątem oka Luke dostrzegł jakiś ruch i odruchowo nadepnął na hamulec. Jimmy Bradley, jeden z ich pracowników, nadbiegał od strony pola. Chociaż dopiero co ukończył liceum, chłopak był bardzo dobrym robotnikiem. Odgarnął blond włosy, łobuzersko wpadające mu do szeroko otwartych oczu, następnie, dysząc, zgiął się wpół i widać było tylko, jak jego klatka piersiowa unosi się i opada. Po chwili wyprostował się, chwycił od góry drzwi samochodu i wciągnął w płuca powietrze.

Luke wysiadł z auta akurat na czas, żeby złapać dzieciaka, zanim ten osunąłby się na ziemię.

– Co się stało?