Hotel 69 - Sonia Rosa - ebook

Hotel 69 ebook

Rosa Sonia

3,6

49 osób interesuje się tą książką

Opis

Alexander Carlsson, syn szwedzkiego multimilionera i polskiej śpiewaczki operowej, dostaje w prezencie od ojca ekskluzywny hotel w Sopocie. Czy Alex znajdzie w Trójmieście szczęście i miłość? Jakie tajemnice skrywają hotelowe apartamenty?
Przygodny seks, morze alkoholu, nocne awantury i wulgarne wyzwiska – ci, którzy opłacili pokój, nie zawsze grzecznie idą spać…
W Hotelu 69 spotkasz miłość, nienawiść, zazdrość, mroczne sekrety i małe codzienne grzeszki zameldowanych tam gości. W tle świat olbrzymich pieniędzy, sopockich milionerów, trójmiejskiego półświatka i codzienność „szarych” pracowników, dla których ekskluzywne wnętrza pięciogwiazdkowego hotelu nie mają żadnych tajemnic.
Jeśli chcesz się dowiedzieć co ludzie robią w wynajętych pokojach, kiedy myślą, że nikt ich nie widzi, musisz poznać sekrety Hotelu 69!
Gwiazdy porno, rozkapryszone dzieci polityków, prawnicy i biznesmeni – w labiryncie nazwisk i twarzy niemal każdy pragnie ukryć mniejsze lub większe grzeszki…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 328

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

1.

 

Pokój 206

 

 

 

Dochodziła ósma trzydzieści, kiedy zbliżający się do czterdziestki szpakowaty mężczyzna zaklął, brutalnie wyrwany ze snu przez dźwięk budzika. Po tym, jak wyłączył alarm, przez dłuższą chwilę przeciągał się w pościeli. W końcu wysunął stopy spod kołdry i nagi przeszedł przez pokój. Szlafrok wisiał tam, gdzie go zostawił, na oparciu pikowanego fotela. Na balkonie mocno wiało. Chłodne podmuchy targały poły jego frotowego okrycia, ale nie zważając na to, że maj w tym roku zaczął się wyjątkowo paskudnie, przez dłuższą chwilę stał na zewnątrz, przyglądając się widniejącej w dole plaży, kulącym się z zimna ludziom na molo i jachtom cumującym w sopockiej marinie. Kiedy wrócił do pokoju, szeroko ziewnął, zrzucił szlafrok na podłogę i sięgnął po telefon. Jego asystentka odebrała po dwóch dzwonkach, zupełnie jakby nosiła komórkę zawieszoną na szyi. Ale w sumie całkiem mu się to podobało – Anna była czujna, konkretna i profesjonalna, jak lubił.

– Słuchaj, przemyślałem sobie wszystko i już wiem, co robimy. Przede wszystkim zadzwoń do Karwowskiego i przekaż mu, że głęboko w dupie mam jego złodziejską ofertę. A później wyślij kwiaty mojej żonie i zamów mi samochód. Niech kierowca podjedzie pod hotel kwadrans przed dziesiątą.

– Hotel Sześćdziesiąt Dziewięć?

– Tak, przecież już ci mówiłem! – burknął. – A Karwowskiemu przekaż, że jeszcze się spotkamy. Niech ten arogancki buc nie myśli, że będę się przed nim płaszczył, i niech sobie w dupę wsadzi te grosze!

– Jest pan pewien, szefie? Ta oferta mogłaby…

– Tak, jestem, kurwa, pewien! Kończę, muszę się odlać! – warknął i nie czekając na odpowiedź dziewczyny, przerwał połączenie.

Zanim wszedł pod prysznic, zadzwonił do recepcji.

– Potrzebowałbym jeszcze jeden duży ręcznik. Pokój dwieście sześć.

– Oczywiście. Już wysyłam pokojówkę – obiecał recepcjonista.

Kiedy pokojowa zapukała, podszedł do drzwi nagi, ze szklanką whisky w dłoni. Wiedział, że nie powinien pić na czczo, ale podczas wyjazdów służbowych robił wiele rzeczy, które na co dzień nie przeszłyby mu nawet przez myśl.

– Ręcznik dla pana. – Kobieta była ponad czterdziestoletnia, mocno otyła i wyraźnie zszokowana jego nagością.

Skrzywił się i zatrzasnął jej przed nosem drzwi.

– Proszę pana? – Usłyszał zza nich jej niepewny głos, w końcu na korytarzu zapadła cisza.

Do recepcji zadzwonił chwilę później.

– Dzwonię z dwieście sześć, prosiłem o duży ręcznik.

– Proszę wybaczyć, pokojówka jeszcze do pana nie dotarła? Wydałem dyspozycję, więc nie wiem, co się stało… – W głosie młodego recepcjonisty gość usłyszał zmęczenie, a może coś jeszcze.

Poirytowanie? Nie, na to na pewno ten smarkacz by sobie nie pozwolił. Biznesmen uśmiechnął się krzywo.

– Dotarła – powiedział.

– Rozumiem. Czy mogę jeszcze jakoś pomóc?

– Nie rozumie pan… Dotarła, ale mi się nie spodobała! Przyślijcie taką, na widok której nie będę miał nocnych koszmarów! – warknął, po czym się rozłączył.

Przez kolejne cztery minuty nagi kręcił się po pokoju, nerwowo bębniąc palcami o drewniane blaty mebli. Później zerknął w stronę drzwi i złośliwie się uśmiechnął. Nie przyślą żadnej innej? A może jednak?

Pukanie rozległo się kilkanaście sekund później, tym razem znacznie bardziej zdecydowane, głośniejsze.

– Ręcznik dla pana. – Usłyszał, kiedy otworzył.

– No, na ciebie aż miło popatrzeć, słoneczko. – Wyszczerzył się w szerokim uśmiechu, bo stojąca w korytarzu blondynka prezentowała się naprawdę fantastycznie. – Wejdź, kiciu, ogarniesz mi łazienkę.

– Chętnie, pod warunkiem że założy pan szlafrok. – Dziewczyna posłała mu lodowaty uśmiech.

– Dla ciebie wszystko. – Mrugnął do niej i poczłapał w głąb pokoju.

Kiedy wrócił do drzwi, atrakcyjna pokojówka przecierała lustro w łazience.

– To co? Wspólny prysznic? – zapytał.

Sekundę później wyciągnął rękę i bezczelnie złapał ją za pośladek. Odwróciła się gwałtownie i przywarła plecami do ściany.

– Co, kotku? Zgorszyłem cię? Daj spokój, z twoim boskim ciałem musisz codziennie dostawać tego typu propozycje. Zrzuć te łaszki, weź ze mną szybki prysznic, zapłacę. Ile byś chciała? Dwie stówki? Trzy? Pięć? – Oblizał wargi i opuszkami palców musnął jej policzek. – Jesteś cholernie seksowna, zdajesz sobie z tego sprawę?

Nie odpowiedziała. Bez słowa wybiegła z łazienki i pognała w stronę drzwi.

– Daj spokój, chyba się nie obraziłaś?! W waszej broszurze wyczytałem, że spełniacie wszystkie zachcianki gości! – krzyknął przez uchylone drzwi, ale ona zdążyła już wsiąść do windy.

Ochrona zjawiła się kilka minut później. Postawny byczek koło trzydziestki w towarzystwie równie umięśnionego kolegi. Obaj w ciemnych garniakach, pod krawatami, poważni jak śmierć i sztywni jak nieboszczyk w przyciasnym trumiennym garniturze. Tuż za nimi stała panienka, która odmówiła wspólnego prysznica. Czerwona z wściekłości, z oczyma pełnymi łez, roztrzęsiona.

– Proszę wybaczyć najście, ale pani mówi, że zachowywał się pan niestosownie – zagaił ten wyższy.

– Ja? – Biznesmen udawał niewiniątko.

– Tak, pan! – Dziewczyna podniosła głos i dopiero ręka ochroniarza na jej ramieniu nieco ją uspokoiła.

– To ta pani jest nieprofesjonalna! Kiedy tu weszła, zaproponowała lodzika. Chciała mi obciągnąć za stówkę, tak tanio się ceni!

– Człowieku, co ty pieprzysz?! – Dziewczynie w końcu puściły nerwy i z płaczem pobiegła w stronę wind.

– To kurewka, chłopie! Zaproponowała obciąganie, a kiedy pomachałem jej przed nosem obrączką…

– Ani słowa więcej, proszę pana. Proszę teraz grzecznie spakować swoje rzeczy i zejść z nami do recepcji, a my będziemy tak mili, że puścimy ten incydent w niepamięć.

– Teraz to ja zamierzam się wykąpać – warknął gość, posyłając ochroniarzom pełne pogardy spojrzenie. – I radzę lepiej dobierać personel sprzątający, bo tanie kurwy w pięciogwiazdkowcu to jednak żenada. – Uśmiechnął się krzywo, zanim zatrzasnął mężczyznom drzwi przed nosem.

– Skurwysyn! – warknął Sławek, kiedy byli w windzie. – Jeszcze moment, a tak obiłbym mu ryja, że…

– Nie nakręcaj się, znasz politykę firmy. Gość może nam nasrać na głowę i wciąż pozostanie gościem. Idź uspokój Monikę i pamiętaj, że to ty stracisz pracę, kiedy puszczą ci nerwy. On stąd wyjedzie i będzie o tym opowiadał swoim pijanym kumplom przy wódce. Rozumiesz, co mówię? Nie warto. – Dariusz klepnął kumpla w ramię i ruszył w stronę pokoju ochrony.

Monika płakała w środku, uspokajana przez jedną z pokojówek.

– Daj spokój, serio? Beczysz przez kolesia z chujkiem wielkości niedojedzonej parówki? – rzuciła Beata i obie parsknęły nerwowym śmiechem. – Tacy zawsze będą się trafiać, przecież wiesz. Olej go.

– Tak po prostu? Potraktował mnie jak szmatę, rozumiesz?

– A wiesz czemu? – wtrącił Dariusz, zasiadając w fotelu z widokiem na obrazy z kamer wewnętrznego monitoringu. – Dlatego, moja słodka, że jego pewnie też niedawno ktoś zeszmacił. Wydymał go w dupę i to na całego. Ty nawinęłaś mu się chwilę po tym. Proste?

– I tyle? Mam mu darować?! – krzyknęła ciągle roztrzęsiona Monika. – Słyszałeś, co ten burak wygadywał?! Niczego mu nie proponowałam, chyba w to nie uwierzyłeś?!

– Monia, przecież ci mówię. Koleś to jakiś frustrat.

– I to ma mnie pocieszyć?!

– Nie. Ale swoje żale zostaw sobie na po pracy. Piętro czeka na ogarnięcie. – Dariusz łypnął na jeden z monitorów i zastukał palcem w ekran. – Rusz się, zanim stracisz robotę. A tego chujka obgadasz wieczorem z przyjaciółkami.

– Dzięki, naprawdę! Widzę, że bardzo się przejąłeś! – naskoczyła na niego dziewczyna.

– Witamy w Hotelu 69 – mruknął, chociaż ona była już w korytarzu.

– Nie za ostro? – zapytała Beata.

– A co? Ty też zamierzasz się rozpłakać? Pracujesz tu znacznie dłużej niż ona, powinnaś chyba świetnie wiedzieć, na co stać niektórych gości.

– Wiem, ale czasem…

– Piętro czeka – wszedł jej w słowo.

Wsiadając do windy, pomyślała, że kolega zachował się jak dupek, ale złość szybko jej przeszła. To nie jego wina, że świat jest pełen palantów, chamów i zboczeńców.

 

 

 

 

 

 

2.

 

 

 

 

 

Sopot, maj 2019

 

Zakładała trencz, kiedy w leżącej na komodzie torebce rozdzwoniła się jej komórka.

– Iwona, słuchaj, dziś chyba też nie dam rady się z tobą zobaczyć. – W głosie Piotra usłyszała zmęczenie.

– Żartujesz? Specjalnie tak sobie ustawiłam popołudnie, żebyśmy mogli…

– Przepraszam. Coś mi wypadło.

– Ale ty od ponad dwóch tygodni nie znajdujesz czasu, żeby się ze mną spotkać! Przez cały ten okres widzieliśmy się tylko w przelocie, jak obcy ludzie!

– Obcy ludzie nie uprawiają namiętnego seksu w pensjonacie z widokiem na morze – zażartował, ale jej nie było do śmiechu.

– Piotr, co się dzieje? Wycofujesz się? Wytłumacz mi, bo nie bardzo to wszystko ogarniam!

– Wycofuję się? Co ty opowiadasz?! Iwona, czemu zawsze przypierasz mnie do muru?! Kocham cię, przecież wiesz.

– Kochasz mnie, ale nie potrafisz odejść od żony, wiem – parsknęła.

– Kocham cię, ale…

– Nieważne.

– Posłuchaj, muszę kończyć, zaraz mam pacjenta. Zadzwonię po południu.

– Po co? Żeby mi powiedzieć, że nie masz czasu na spotkanie?

– Nie bądź sarkastyczna. Nie znoszę cię takiej.

– Nie? A jaką mnie lubisz?

– Nagą. Leżącą na purpurowej narzucie w naszym pensjonacie.

– Na tamtej źle dopranej, podniszczonej narzucie, na którą spuściły się pewnie przez ostatnie miesiące setki kolesi? Bo ciebie tylko na to stać, na ciąganie mnie po pensjonatach i hotelach, ewentualnie rżnięcie mnie w waszym małżeńskim łóżku, kiedy akurat twojej cholernej żony nie ma w Trójmieście! Ty nigdy nie stworzysz ze mną domu, chociaż wiesz, że dałabym wszystko, żebyś się w końcu przy mnie budził, a nie pędził do niej! – krzyknęła.

– Okay, widzę, że ktoś wstał lewą nogą. Zadzwonię później – mruknął, nie komentując jej słów.

– Jasne! Zawsze potrafiłeś bagatelizować wszystko, co do ciebie mówię! Zawsze byłeś takim pierdolonym dyplomatą, podczas gdy ja… Halo? Halo?! Kurwa! – Iwona cisnęła telefon na komodę i przycupnęła w fotelu przy drzwiach.

„Boże, to wszystko nie ma już najmniejszego sensu” – pomyślała. A jednak nie potrafiła sobie wyobrazić dnia, w którym rozstaje się z Piotrem. Kochała go, szalała za nim, był całym jej światem.

– Mamo? Co ty, beczysz? – Na widok drepczącego po schodach trzynastoletniego Błażeja Iwona szybko otarła łzy z policzków i przecząco pokręciła głową.

– Nie, tylko tak jakoś… Rozmawiałam z koleżanką, ma problemy – skłamała.

– I dlatego tak klęłaś? – Błażej uśmiechnął się krzywo i sięgnął po swoje znoszone tenisówki.

– Podsłuchiwałeś? – zapytała, nieco zbyt ostrym tonem.

– Nie. Po prostu się darłaś. Halo! Halo, kurwa?! – Młody wrednie zarechotał i uskoczył, kiedy matka chciała go szturchnąć w ramię.

– Pospiesz się. Nie mogę się znowu spóźnić, właściciel jest w mieście.

– Czyj właściciel? – Błażej znowu się zaśmiał i zdjął z wieszaka swoją ulubioną bluzę w trupie czaszki i róże.

– Hotelu.

– A myślałem, że niewolników.

– Poniekąd. – Iwona poprawiła synowi kaptur i sięgnęła po swoją torebkę. – Chodźmy, bo znowu się spóźnisz na pierwszą lekcję.

Przed szkołę syna zajechała zatopiona w myślach, przez całą drogę nie zamienili nawet słowa. Młody siedział ze słuchawkami w uszach i ze znudzonym wyrazem twarzy spoglądał przez okno samochodu, ona prowadziła, myśląc o Piotrze i kierunku, w którym zmierzał ich wypalający się romans. Tak, coś się między nimi zmieniło, teraz była już tego pewna. Dystans, z jakim zaczął ją traktować kochanek, jego coraz częstsze wymówki i coraz krótsze telefony to wszystko zdecydowanie nie wróżyło im wspólnej świetlanej przyszłości…

– Wziąłeś kanapki? – zapytała, kiedy syn zaczął się gramolić z jej kilkuletniego opla.

– Zapomniałem.

– Jasna cholera, Błażej! – huknęła na niego, ale chłopak tylko trzasnął tylnymi drzwiami i tyle go widziała.

Zawracając w wąskiej, wysadzanej starymi drzewami uliczce, pomyślała, że po drodze zajrzy do przychodni. Może będzie miała szczęście i chociaż w przelocie zobaczy Piotra? Niestety, na miejscu przypomniała sobie, że we wtorki kochanek przyjmuje w prywatnej klinice w gdańskiej Oliwie, i wyszła z ośrodka, ignorując zaciekawione spojrzenie przyglądającej się jej zza szyby rejestratorki.

Do hotelu dotarła lekko spóźniona, ale tym akurat się nie przejęła. Była w końcu menadżerem, do cholery.

– Iwona, dobrze, że jesteś! – powitał ją stojący na recepcji Igor, kiedy wpinała w klapę żakietu złoconą plakietkę z napisem „I. Jelonek, menadżer”.

– Co jest? – zapytała, sięgając po podaną jej przez chłopaka listę gości.

– Carlsson przyjeżdża.

– Przecież wiem. – Jelonek nerwowo zerknęła przez ramię, jakby spodziewała się, że właściciel hotelu wyłoni się zza którejś z rozstawionych w korytarzu donic z olbrzymimi palmami. – Swoją drogą nieco to dziwne… Nigdy wcześniej nie zjawiał się tak znienacka.

– No więc dzisiaj się zjawi. Nie martw się, postawiłem już na nogi cały personel. W każdym razie chce się z tobą spotkać.

– I niczego więcej nie wiesz?

– Tyle, co ty. Jego asystentka dzwoniła i przekazała mi, że przyjeżdża. Mam po niego wysłać auto na lotnisko.

– Dobrze, jakoś to ogarniemy. Miej oko na wszystko, muszę wypić kawę.

– Jasne. – Igor wziął od niej listę hotelowych gości, którą pobieżnie przejrzała, i wrócił za swój kontuar.

 

* * *

 

Carlsson zjawił się koło południa i tradycyjnie kazał się zameldować w należącym do niego apartamencie na ostatnim piętrze.

– Podeślijcie mi na górę kawę, miętowe lody i czekoladowego rogala – poprosił Igora, który momentalnie sięgnął po słuchawkę, chcąc wydać polecenia szefowi kuchni. – Iwona, miło cię widzieć – zwrócił się do stojącej obok Jelonek i poprosił, żeby wjechała z nim na górę.

Kiedy weszli do olbrzymiego narożnego penthouse’u, menadżerka z napięciem zlustrowała wnętrze ekskluzywnego apartamentu, ale wyglądało na to, że wszystko zostało skrupulatnie przygotowane na przyjazd niespodziewanego gościa. Uchylone okno, żeby pozbyć się zaduchu, świeże lilie w wazonach, czekoladki.

– Usiądź, proszę. – Carlsson podsunął jej jeden z obitych złoconą tkaniną foteli, a sam nalał do szklanek wody z kryształowej karafki i zasiadł naprzeciwko. – Wszystko w porządku? Blado wyglądasz – zauważył starszy Szwed i swoją dziwnie twardą, ale perfekcyjną angielszczyzną dodał, że stres nikomu nie służy.

– To nie stres. Ja tylko… – Iwona nie dokończyła, bo w apartamencie zjawił się szef kuchni, Gennaro, niski, krępy neapolitańczyk, którego Jelonek od początku darzyła sympatią.

– Lody, rogale i kawa. – Włoch postawił posrebrzaną tacę na niskiej ławie z przeszklonym blatem i sięgnął po dzbanek, ale właściciel hotelu powstrzymał go gestem imponująco wypielęgnowanej dłoni.

– Poradzimy sobie – powiedział i Gennaro ruszył w stronę drzwi. – Pewnie się zastanawiasz, co się dzieje? – Carlsson rozlał aromatycznie pachnącą kawę do przyniesionych przez szefa kuchni kruchych porcelanowych filiżanek, a Iwona nagle pomyślała, że może Szwed chce ją zwolnić.

„Chociaż nie, czemu miałby to robić? Hotel świetnie przecież prosperuje, nie powinnam mieć powodów do obaw” – pocieszyła się w duchu, podczas gdy starszy mężczyzna sięgał po cukier.

– Słodzisz? – zapytał.

– Tak. – Jelonek wzięła od niego cukiernicę i wsypała dwie łyżeczki do podanej przez niego kawy. – Dziękuję. – Uśmiechnęła się, siląc na coś więcej niż wymuszony grymas.

– Chodzi o mojego syna Alexandra. Niedługo kończy trzydzieści lat i postanowiłem sprezentować mu ten hotel. Moi prawnicy właśnie zaczynają przygotowywać papiery i niebawem to on będzie formalnym i jedynym właścicielem. Biedak liczył na to, że na trzydziestkę kupię mu maserati, ale dostanie coś o wiele bardziej wymagającego uwagi. – Szwed złośliwie się uśmiechnął i pomieszał kawę. – Wiem, że takie zmiany mogą się wam wydać stresujące, ale myślę, że szybko się dogadacie. Matka Alexandra jest Polką, a on sam świetnie mówi w waszym języku, bo w dzieciństwie wszystkie wakacje spędzał u dziadków, na Kaszubach, a od czasów studiów mieszka w Warszawie. A ja zajmę się innymi inwestycjami i nie będę musiał tak często przylatywać do Polski – wyjaśnił. – I jeszcze jedno… Alexander chciałby urządzić w Sopocie swoją trzydziestkę. Zakładam, że będzie się bawić w którymś z klubów na mieście, ale apartament ma być gotowy. Jego goście też się pewnie tu zatrzymają, wszystko sobie na spokojnie dogadacie.

– O jakiej dacie mówimy?

– O dwudziestym piątym maja.

– Oczywiście, wszystko przygotujemy – obiecała Iwona, starając się nie okazywać tego, jak bardzo poruszyły ją przekazane przez Carlssona wieści.

Nie znała jego syna, ale świetnie potrafiła go sobie wyobrazić. „Bogaty, wychuchany paniczyk, który na urodziny dostaje od ojca hotel, prędko pewnie doprowadzi nas na skraj bankructwa, a przynajmniej ostro da nam popalić” – pomyślała, obserwując, jak Szwed nakładał miętowe lody na talerzyk ze złoconymi brzegami.

– Poczęstujesz się? – zapytał, zanim zanurzył łyżeczkę w lodowej masie.

Odmówiła.

– Nie wyglądasz na zachwyconą – zauważył.

– Nie lubię zmian – przyznała szczerze, za późno gryząc się w język.

„Idiotka! Co ja w ogóle wygaduję?! W czasach, kiedy trzeba być przedsiębiorczym i pod każdym względem elastycznym, ja rzucam takie teksty” – zganiła się w duchu i na dobre zamilkła.

– Alexander przyleci za kilka dni – odezwał się Carlsson, kiedy już rozprawił się z lodami. – Wtedy sobie wszystko dogadacie. A teraz wybacz, chciałbym odpocząć po podróży i uciąć sobie drzemkę. – Szwed odłożył na ławę talerzyk, dopił swoją kawę, wstał i wyciągnął do niej rękę. – Z mojej strony dziękuję ci za wszystko. Jesteś świetna w tym, co robisz. Nie mogłem powierzyć hotelu nikomu lepszemu – powiedział, a Iwona poczuła, jak zaciskająca się na jej sercu metalowa obręcz stresu gwałtownie się poluzowuje, pozwalając jej zaczerpnąć głębszy oddech.

– Dziękuję. To dla mnie piękny komplement. – Uśmiechnęła się.

– Piękne kobiety często powinny słyszeć komplementy – powiedział Szwed.

W windzie oparła się o przeszkloną ścianę i przygryzła wargę, starając się powstrzymać rozbawienie. Piękne kobiety powinny często słyszeć komplementy? Pracowała dla niego od kilku lat, ale nigdy wcześniej nie potraktował jej tak… Sama nie wiedziała, jak miałaby to określić. Frywolnie? Na myśl o jego poufałej uwadze poczuła się znacznie lepiej niż rano, po kłótni z Piotrem. A jednak komuś się jeszcze podoba. I to komu! Szwedzkiemu miliarderowi, potentatowi nieruchomości, który mając taki kaprys, mógłby pewnie wykupić cały Sopot albo i Trójmiasto. Uśmiechnęła się do swojego odbicia i poprawiła sięgające jej do połowy pleców ciemne, mocno kręcone włosy, które zazwyczaj spinała w nieco zbyt luźny kok.

– Penelopa, czekaj! I co? – Wysiadała z windy, kiedy zawołał ją Igor.

Słysząc swoją ksywkę, znowu się uśmiechnęła. Tak, nieco przypominała znaną hollywoodzką aktorkę, chociaż tamta z całą pewnością była bardziej olśniewająca i znacznie szczęśliwsza. A może nie? „Czy szczęście można zmierzyć w dolarach, nawet jeśli liczymy je w milionach?” – przeszło jej przez myśl.

– I co? Czemu stary tak nagle przyleciał? – zapytał Igor konspiracyjnym szeptem.

– Później pogadamy – zbyła go i stukając obcasami o marmurową posadzkę, ruszyła w stronę swojego gabinetu.

 

* * *

 

Wieczorem, w domu, kiedy już zrobiła kolację synowi i pozwoliła mu wyjść do kolegi, przed należącą do niej starą willą pojawił się ciemny samochód Piotra.

– Otworzysz mi? Jesteś sama czy mam spadać? – zapytał przez telefon, a ona podeszła do okna i zerknęła w dół, na zadbany trawnik i ciemną, cichą uliczkę.

– Jestem sama – powiedziała.

I chociaż wciąż czuła się wściekła po ich porannej rozmowie, pozwoliła mu wejść. W korytarzu, kiedy tylko zamknął za sobą masywne drzwi starej, ponad studwudziestoletniej willi, przyciągnął ją do siebie i pocałował w usta.

– Tęskniłem – wyszeptał pomiędzy pocałunkami.

– Chodź.

Pociągnęła go za rękę, chcąc zabrać kochanka na górę, do swojej sypialni, ale on już na półpiętrze zaczął całować ją tak żarliwie, że usiadła na schodach i pozwoliła mu pieścić się ustami, starając się nie myśleć o tym, co będzie, jeśli Błażej postanowi wcześniej wrócić od kolegi z przeciwka.

Ale tym razem mieli szczęście. Orgazm nadszedł nagle, za nim kolejny, nieco słabszy, a Piotr, który klęczał z głową między jej nogami, podniósł wzrok i posłał jej rozbawione spojrzenie.

– Nadal masz czelność twierdzić, że już cię nie pragnę, zła kobieto? – powiedział.

Przyciągnęła go do siebie i pocałowała w usta. Smakował jej sokami i wypitą w przychodni kawą.

– Kocham cię – wyszeptał w jej włosy.

– Ja ciebie też – powiedziała cicho, a on ujął jej twarz w dłonie i delikatnie musnął wargami jej usta.

– Jesteś najpiękniejszą kobietą świata, słyszysz?

– Oprócz twojej żony, co? – wyrwało jej się, ale i tym razem nie dał się sprowokować do kłótni.

– Tak, Alicja kiedyś była naprawdę piękna.

– Kiedyś? – parsknęła. – Nadal jest.

– Może. Ja już tego nie dostrzegam. – Wzruszył ramionami i pocałował ją w szyję. – Możemy się podnieść z tych schodów, zanim znowu coś mi wejdzie w bark? – rzucił żartem.

– Możemy.

W sypialni kochali się na jej niezasłanym łóżku ze skotłowaną pościelą, później wypili resztkę przyniesionego przez nią z dołu wina, a on zapalił papierosa.

– Masz już plany na wakacje? Wyjeżdżasz gdzieś? – zapytała, celowo nie wspominając nic o żonie, która z całą pewnością będzie mu towarzyszyć, dokądkolwiek by się nie udał.

– Pewnie do Chorwacji. Mówiłem ci, że znajomy kardiolog kupił tam domek.

– Nie – powiedziała, strząsając popiół z odebranego mu papierosa do leżącej na jego nagim torsie szklanej popielniczki.

– Mówiłem ci – upierał się, odgarniając z jej czoła kręcony kosmyk.

– Nie mówiłeś, ale mniejsza z tym – powiedziała, zanim ostatni raz zaciągnęła się dymem i dogasiła peta.

– Posłuchaj, w przyszłym roku na pewno poproszę Alicję o rozwód. Jeszcze tylko pierwsza komunia Kornelki i…

– W maju, za rok?! Tyle chcesz czekać?!

– Mówiłem ci przecież, że…

– Piotr, ja tego dłużej nie wytrzymam, słyszysz?! Twoich powrotów do niej, samotnych nocy, świąt, weekendów! – wybuchła.

– Przecież od początku wiedziałaś, że jestem żonaty, niczego przed tobą nie ukrywałem!

– Bo myślałam, że to będzie tylko romans! Nie sądziłam, że aż tak się w tobie zakocham!

– I znowu to robisz. Rujnujesz idealny moment. Leżymy tu sobie, kochaliśmy się, było miło. Pozwól sobie na relaks. – Piotr sięgnął do jej nagiej piersi, ale strąciła jego rękę.

– Spieprzaj! Nie potrafisz ze mną rozmawiać, chcesz tylko jednego!

– Ja chcę tylko jednego? – Zaśmiał się chrapliwie i odwrócony do niej plecami usiadł na łóżku. – Wiesz co, może masz rację? Spieprzam! – rzucił przez zęby, wstał i zaczął zbierać porozrzucane po podłodze ciuchy.

– Przepraszam – powiedziała cicho Iwona, ale nawet na nią nie spojrzał.

Założył bokserki i dżinsy, zapiął koszulę i ze skarpetkami w ręku schylił się po buty.

– Piotr, przepraszam. – Siedząca na łóżku Iwona wyciągnęła do niego rękę, ale nie zareagował.

Wyszedł z sypialni bez słowa pożegnania i po chwili usłyszała tupot jego kroków na starych drewnianych schodach. Był przy samochodzie, kiedy owinięta wełnianym kocem wychyliła się przez okno i zawołała go po imieniu. Spojrzał w górę i uniósł dłoń w geście pożegnania, ale nie zdobył się na nic więcej. Chwilę później wsiadł do swojej terenówki i zniknął jej z oczu. Zeszła więc na dół, zamknęła za nim frontowe drzwi i paląc wyjętego z zapomnianej przez niego paczki przedostatniego papierosa, siedziała za kuchennym stołem, rozpamiętując ich ostatnie wspólne miesiące.

 

* * *

 

– Nie wiem, co robić, Olka – wyżaliła się młodszej siostrze, do której zadzwoniła tuż po powrocie Błażeja, zamknięta z telefonem w łazience, zapłakana i roztrzęsiona. – On już chyba nie wróci, wyglądał na totalnie wkurwionego…

– Mówiłam ci, daruj sobie żonkosia? Mówiłam! – triumfowała Ola.

– Kocham go, nie rozumiesz tego? – syknęła Iwona.

– Ten facet się tobą bawi.

– Gówno prawda! Kochamy się!

– Dziewczyno, gdyby on cię kochał, dawno temu spakowałby swoje bety i ją zostawił. Bez względu na wszystko, słyszysz? On gra na zwłokę, nic więcej.

– Nie umiem się z nim rozstać, nie potrafię… – rozszlochała się Iwona.

– To miotaj się dalej w tym emocjonalnym pierdolniku. Wybacz, muszę kończyć. Mam w cholerę roboty. Tylko sobie nie otwieraj żył, okay? Bo brzmisz naprawdę żałośnie. Kocham cię, siostrzyco.

– Ja ciebie też.

– Pa. Jutro się odezwę – obiecała Ola, po czym przerwała połączenie.

„Jestem taka cholernie samotna – pomyślała Iwona, odkładając telefon na pralkę. – Tak cholernie samotna…”. Kwadrans później wysłała esemesa do Piotra, ale nie odpisał. Wymknęła się więc z domu i korzystając z tego, że syn tkwił przed komputerem, podjechała na Czyżewskiego, przed jego dom. W środku paliło się światło, cały parter był rozświetlony. Złapała za klamkę, ale zdecydowała, że jednak nie wysiądzie. Przyglądała się jedynie sylwetce kręcącej się po salonie Alicji, w końcu przekręciła kluczyk w stacyjce i odjechała.

W nocy, kiedy już w końcu udało jej się zasnąć, śniła, że puka do ich drzwi, a kiedy otwiera mu jego żona, zaciska palce na jej gardle i dusi krztuszącą się, siniejącą na twarzy Alicję, dopóki tamta nie wyda ostatniego tchnienia. Obudziła się zlana potem i bliska płaczu, w końcu wtuliła policzek w poduszkę i zaczęła bezgłośnie szlochać. Tak, czasem wyobrażała sobie, że robi krzywdę jego żonie. Że widzi ją idącą przez pasy i celowo przyspiesza, potrącając ją na przejściu. Że jedzie do należącej do nich kawiarni, łapie za jeden z noży i dźga rywalkę w brzuch, napawając się widokiem szkarłatu na jej jasnej sukience. Że stoi na peronie, tuż za jej plecami, i wpycha ją prosto pod nadjeżdżającą eskaemkę albo dosypuje do jej kawy truciznę. Wyobrażała sobie jej śmierć na wiele różnych sposób, ale wcale nie czuła się dzięki temu lepiej. Wręcz przeciwnie, czuła się jak ostatnia wywłoka, którą przecież była. Tak, od początku świetnie wiedziała, że uwodzi żonatego mężczyznę. Nie miała jednak pojęcia, jak wiele goryczy przyniesie jej coś, co z początku było wyłącznie czystą słodyczą.

 

 

 

 

 

 

3.

 

Pokój 308

 

 

 

– Halo, recepcja? Słyszy mnie pan? Mój chłopak chyba nie żyje… – Damski głos w słuchawce brzmiał nieco bełkotliwie i mocno alarmująco jednocześnie. – Dzwonię z pokoju trzysta osiem.

– Chyba nie żyje? – wyrwało się stojącemu za recepcyjnym kontuarem Igorowi Hoferowi, który jednocześnie skinął na idącego przestronnym korytarzem szefa ochrony, Marcela Lewandowskiego, i gestem dłoni przywołał go do siebie.

– Słyszy mnie pan?! Słyszysz mnie, kurwa?! Mówię ci właśnie, że on chyba nie żyje! – dziewczyna histerycznie krzyknęła i na linii na krótką chwilę zapadła cisza.

– Zaraz kogoś do pani poślę. Proszę zostać w pokoju. – Hofer sięgnął po jedną z niewielkich karteczek z wizerunkiem logo hotelu i zapisał na niej numer apartamentu. – Skocz tam i zobacz, co się dzieje – poprosił Marcela, byłego żołnierza służb powietrzno-desantowych, który w milczeniu przyglądał się rozmawiającemu przez telefon koledze.

– Jakaś afera? – zainteresował się, kiedy Igor odłożył słuchawkę.

– Laska twierdzi, że jej facet nie żyje, ale brzmi tak, jakby była mocno pijana albo naćpana.

– Jedno nie wyklucza drugiego. – Marcel mrugnął do kumpla i ruszył w głąb korytarza.

W windzie Lewandowski poprawił ciemnoszary krawat, przeczesał palcami gęste ciemne włosy i odchrząknął. Od rana bolało go gardło, a zatkane zatoki nie wróżyły niczego dobrego…

Do 308 pukał ze trzy minuty, zanim łaskawie mu otworzono.

– Dobry wieczór, szef ochrony hotelu Marcel Lewandowski. Czy mogę pani jakoś pomóc? – zapytał, starając się nie zerkać na zupełnie nagie, krągłe i pełne piersi młodej dziewczyny, która uchyliła drzwi od pokoju, ubrana jedynie w koronkowe stringi koloru soczystej czerwieni, z rozczochranymi włosami i rozmazanym pod oczyma tuszem. – To pani przed chwilą dzwoniła na dół? – upewnił się.

– Tak, ja – powiedziała młoda blondynka, mierząc Lewandowskiego wzrokiem. – A przystojniaczek z recepcji gdzie? – zapytała, ani odrobinę niespeszona stanem, w jakim się znajduje.

Ale sądząc po tym, ile musiała wypić, nie było chyba w tym nic dziwnego.

– Za kontuarem. Jak mogę pomóc?

– Wejdź, rozgość się. – Dziewczyna złapała Marcela za krawat i wciągnęła go do środka, zupełnie ignorując chłodny dystans, z jakim zazwyczaj zwracał się do gości.

W apartamencie było duszno.

– Wspomniała pani, że pani chłopak nie żyje. – Lewandowski przeszedł przez niewielki pokój i nie pytając o pozwolenie, pchnął uchylone drzwi od łazienki.

Całkiem nagi młody brunet siedział na podłodze, w kałuży własnych wymiocin, i oparty plecami o wykafelkowaną ścianę, palił coś, co wyglądało na ręcznie skręconego papierosa.

– A jednak żyje! Żarcik taki, czaisz?! – Blondynka zaśmiała się chrapliwie i usiadła na obramowaniu wanny. – Ale zanim się porzygał, serio myślałam, że mi tu zszedł, taki zgon na podłodze przy kiblu zaliczył! – Włożyła do ust pasmo długich tlenionych włosów, które zaczęła przeżuwać, huśtając się przy tym w przód i w tył.

W końcu wstała, przeciągnęła się przed lustrem, poprawiła nieco zbyt ciasne czerwone stringi i zwilżonym śliną czubkiem palca zaczęła ścierać rozmazany tusz spod oczu.

– Dobrze się pan czuje? – zapytał Lewandowski, starając się ignorować otaczający go smrodek rzygowin i odbijający się w olbrzymim lustrze widok podskakujących przy każdym jej ruchu jędrnych i na jego oko podrasowanych chirurgicznie piersi dziewczyny.

– Tak, spoko. – Chłopak wzruszył ramionami, jeszcze raz się zaciągnął i zgasił niedopałek w leżącej na podłodze popielniczce. – Tylko trochę wypiłem… – Nagle w jego głosie pojawił się cień zażenowania.

Chyba zdał sobie sprawę, jak żałośnie musi wyglądać, tkwiąc nagim tyłkiem we własnych rzygach.

– Ktoś to dziś posprząta czy mamy spać w tym odorze? – Blondynka, która w przeciwieństwie do swojego towarzysza nie czuła się w żaden sposób zawstydzona, trąciła stopą leżący na podłodze mokry ręcznik i oblizała usta. – Dzwoniłam na dół z nadzieją, że wpadnie tu do nas ten przystojniaczek z recepcji, ale ty też jesteś niczego sobie – zauważyła, kokieteryjnie się uśmiechając.

– Cieszę się – mruknął Marcel i starając się nie wdepnąć w rozpościerającego się na łazienkowej podłodze pawia, wycofał się w stronę drzwi. – Zaraz przyślę do państwa pokojówkę.

– Czekaj, chwila. Już wychodzisz? – Dziewczyna, nie zważając na to, że w łazience siedzi jej facet, dopadła Lewandowskiego przy drzwiach i złapała go za rękę, którą przyłożyła do swojej nagiej piersi. – Może jeszcze zostaniesz? Mam ochotę na coś więcej, niż da mi dziś ten ciul. A ty mi wyglądasz na niezłego ogiera – szepnęła.

Marcel nerwowo przełknął ślinę i dość gwałtownym ruchem wyrwał rękę z jej uścisku.

– Życzę miłego pobytu – powiedział, wychodząc.

– Wszyscy jesteście tacy sami! Nie potraficie się bawić! Nudne, nijakie chujki z was! – krzyknęła w ślad za nim blondyna, niemal nago wychodząc z pokoju.

Zatrzymał się pośrodku korytarza i odwrócił w jej stronę.

– Proszę wejść do środka albo coś na siebie narzucić, bo będę musiał wezwać policję – powiedział Marcel.

Parsknęła śmiechem, odrzucając głowę do tyłu, zachwiała się, wpadła na ścianę i jeszcze głośniej się zaśmiała.

– Policję? Kurwa, prawie sikam ze strachu! CBŚ wezwij albo Jamesa Bonda! – rzuciła chrapliwym głosem, zanim posłała mu nienawistne, pełne urazy spojrzenie wzgardzonej primadonny i zatrzasnęła się w swoim cuchnącym rzygami pokoju.

– Laska z klasą, nie ma co – mruknął pod nosem Marcel, nerwowo poprawiając włosy.

Piętro niżej zbiegł po schodach, gdzie zdołał nieco ochłonąć. Ale chociaż zachowanie pijanej i wulgarnej blondynki mocno go zniesmaczyło, czuł, że długo będzie wspominał widok jej nagich krągłych piersi i ten wyuzdany głód seksu w jasnych oczach. Na półpiętrze się zatrzymał i oparty o ścianę, przez dłuższą chwilę wyobrażał sobie, że wraca do pokoju 308, rzuca ją na łóżko i nie zwracając uwagi na jej pijanego i zarzyganego faceta, rżnie tę małą z takim zapamiętaniem, aż dziewczę zaczyna krzyczeć z rozkoszy, wijąc się pod nim w spazmach kolejnych orgazmów. Tyle że takich rzeczy nie robiło się z gośćmi. W Hotelu 69 każdy gość był nietykalny, niemal święty. Kiedyś nad tym ubolewał, teraz co najwyżej krzywo się uśmiechał na myśl o gorących i niepowtarzalnych okazjach, które przechodziły mu koło nosa… Pijane i rozchichotane druhny, które mocno przeholowały z alkoholem podczas wieczorów panieńskich. Napalone i zaskakująco zadbane czterdziestki, przebywające w Sopocie służbowo. Znudzone menadżerki, szkolące się w ciągu dnia, a nocą szukające okazji do zabawy. Kobiet, które w mniej lub bardziej zawoalowany sposób dawały mu do zrozumienia, że mają na niego chrapkę, nie brakowało. Problem był tylko jeden – wszystkie one były gośćmi. A gości się nie rusza. Goście są jak najdroższy alkohol z najwyższych półek. Pożąda się ich, ale nie dotyka.

– I jak? – Kiedy Lewandowski zszedł do recepcji, Igor wyszedł zza masywnego kontuaru i ruszył w jego stronę.

– Nic wielkiego, pijana w dupę parka. Ona, wulgarna i napalona, powitała mnie w samych stringach, on siedział z fajką w ręku na zarzyganej łazienkowej podłodze.

– Uroczo. – Igor skrzywił się. – Ty, a ty wiesz, co to za jedna?

– Ona? Nie mam pojęcia.

– Córeczka prezydenta miasta, w którym kiedyś ostro zabalowaliśmy w sylwestra. Niedawno było o niej głośno, kiedy nocą na kościelnym murze rozwaliła podarowane jej przez tatusia bmw. Kojarzysz?

– Pieprzysz?! Tatuś polityk, a niegrzeczna dziewczynka szlaja się po hotelach? Ile ona ma lat?

– Nie wiem, jakieś dwadzieścia. Ale to tak między nami, bo wiesz… – Igor, który nagle zdał sobie sprawę, że chlapnął o parę słów za dużo, zdradzając tożsamość jednego z gości, obejrzał się przez ramię i wrócił za swój kontuar. – Ściśle tajne – dodał i mrugnął do kumpla.

– Jasne. – Lewandowski złośliwie się uśmiechnął i łypnął w stronę przeszklonych drzwi, przez które przechodziła właśnie elegancko ubrana starsza para. – Poszukam którejś z dziewczyn. Niech ogarnie ten chlew, zanim całe piętro zacznie cuchnąć rzygowinami – dodał szeptem, po czym ukłonił się idącym przez korytarz gościom i pchnął ciężkie drzwi z napisem „Tylko dla personelu”.

 

 

 

 

 

 

4.

 

 

 

 

 

Warszawa, maj 2019

 

Alexander Carlsson podszedł do siedzącej za biurkiem dziewczyny, odgarnął z jej karku długie jasnorude włosy i pocałował ją w szyję.

– Zaraz kończę, teraz już bez ściemy – obiecała, wprowadzając ostatnie dane do tabelki Excela. – Zaparzyłbyś mi kawy? – poprosiła, nie odrywając wzroku od monitora. – Ślęczałam nad tym do trzeciej nad ranem, a wstałam dziś przed siódmą.

– Przed siódmą? Obłęd. Nie potrafię sobie przypomnieć, kiedy ostatnio wstałem o tak nieludzkiej porze. Chyba na studiach. – Carlsson parsknął śmiechem i ruszył w stronę mikroskopijnej kuchni.

Czekając, aż zagotuje się woda, przejrzał zawieszone na starej lodówce magnesy. Portugalia, Kanary, Chorwacja, Praga, Hel, Sztokholm. Na widok ostatniego lekko się uśmiechnął. Jego rodzinne miasto. Nie miał pojęcia, że je zna.

– Z dwiema łyżeczkami cukru poproszę! – krzyknęła z pokoju Sylwia.

– Robi się! – odkrzyknął.

Garnuszki znalazł w starym drewnianym kredensie, który stał wciśnięty pomiędzy wyłożoną ciemnoniebieskimi kuchennymi płytkami ścianę a przedpotopową lodówkę. Zalewając wrzątkiem rozpuszczalną kawę, pomyślał, że polubił to niewielkie mieszkanie w starym bloku przy Paryskiej, zagracony salonik, pomalowaną na lazurowo sypialnię i tę pyskatą rudą okularnicę, która była tak różna od pustych panienek, z którymi spotykał się w ostatnich latach. Sam fakt, że pracowała jako adiunkt na Uniwersytecie Warszawskim, wyraźnie świadczył o jej inności względem lasek całymi dniami tkwiących w klubach fitness bądź markowych butikach. Ale wszystko, co dobre, szybko się zazwyczaj kończy. Jego warszawskie balety również. Nie był zachwycony, kiedy dowiedział się, że ojciec zwalił na niego prowadzenie swojego sopockiego hotelu, w dodatku nazywając to prezentem, ale nie zamierzał się ze starym wykłócać. Zresztą znał go na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że nic by to nie dało…

– Już! Zrobione! – Sylwia pojawiła się w kuchni, kiedy grzebał po szufladach w poszukiwaniu łyżeczki. – Obawiam się, że wszystkie są w zlewie. – Roześmiała się.

– Moja mała świnka rzadko sprząta? – Alexander przyciągnął ją do siebie i pocałował w usta. – Chodźmy do łóżka. Orzeźwię cię lepiej niż ta lura – mruknął, pieszcząc jej pośladki przez materiał króciutkiej prążkowanej sukienki, którą lubiła nosić po domu.

– Kogo ty właśnie nazwałeś małą świnką, dupku? – Roześmiała się, zanim oddała mu pocałunek.

Chwilę później zrzuciła sukienkę, zdjęła bawełniane majtki w drobne kwiatki i cisnęła ciuchy na dywan. To również mu się w niej podobało, że w żaden sposób nie chciała mu się przypodobać drogą bielizną i kochała swoje ciało, pomimo że nie miała figury idealnej. Wziął ją od tyłu, opartą o parapet, wyobrażając sobie nielicznych przechodniów spoglądających w górę, w okno, w którym stała młoda naga kobieta. Kiedy skończył, długo ją do siebie tulił, napawając się zapachem jej kwiatowych perfum i nutą kokosowego olejku, który lubiła wcierać we włosy.

– Serio będę za tobą tęsknić – powiedział, obejmując ją w pasie. – Gdybyś była kimś innym, zapytałbym, czy pojedziesz ze mną, ale przecież z góry znam odpowiedź. Tu masz pracę, przyjaciół, własne życie.

– Czy pojadę z tobą? – Sylwia parsknęła urywanym śmiechem, odwróciła się twarzą do niego, stanęła na palcach i pocałowała go w usta. – A co z twoją oficjalną narzeczoną? Haremik się marzy, co?

– Daj spokój. Annika to…

– Alex… Było, minęło – weszła mu w słowo. – Świetnie się bawiliśmy, pozostaną miłe wspomnienia.

– I tyle? Będę dla ciebie miłym wspomnieniem?

– A kim chciałbyś dla mnie być?

– Chodzącą erekcją. – Carlsson wyszczerzył się w chłopięcym uśmiechu i pocałował ją w usta. – Jesteś piękna, rudzielcu.

– I cała twoja. Przynajmniej dziś – powiedziała, sięgając po leżące na parapecie papierosy.

– Nie pal tego świństwa. Ja zawsze wolałem trawę. Fajki zabijają.

– Serio? Palenie tytoniu może zmniejszyć przepływ krwi i powodować impotencję – przeczytała napis na paczce i głośno się roześmiała. – W tym akurat wypadku nie czuję się szczególnie przestraszona – dodała, zanim pstryknęła zapalniczką i zaciągnęła się dymem. – Wyjeżdżasz jutro? – zapytała, przysuwając bliżej pełną niedopałków ceramiczną popielniczkę.

– Za kilka dni. Odezwiesz się do mnie, kiedy będziesz w Trójmieście?

– Jasne.

– A kiedy to będzie?

– Nie mam pojęcia.

– Twarda z ciebie sztuka, co? – Uśmiechnął się.

– Trafiła kosa na kamień. – Mrugnęła do niego.

– Nigdy się nie zakochujesz?

– A ty?

– Ja? Ostatnio w Annice, lata temu.

– I co się z wami stało? – zainteresowała się dziewczyna.

– Trudno powiedzieć. Wciąż ją kocham, ale…

– Daj spokój, to nazywasz miłością? Poderwałeś mnie w metrze i zaliczyłeś na drugiej randce. Tak się zachowuje kochający facet?

– Nigdy nie twierdziłem, że jestem wierny. – Uśmiechnął się krzywo.

– Jakie to wygodne. – Sylwia zdusiła niedopałek w przepełnionej popielniczce, spięła włosy znalezioną na parapecie frotką i powiedziała, że idzie pod prysznic. – Przyłączysz się?

– Jasne – powiedział.

W strugach wody, w ciasnej zaparowanej kabinie, mydląc Sylwii plecy, nagle pomyślał o Annice. Wyobraził ją sobie kręcącą się po ich apartamencie, pakującą ostatnie drobiazgi i wypatrującą jego powrotu. Naprawdę jeszcze ją kochał? A może to było tylko przyzwyczajenie? Czasem myślał, że byli jak dwoje wyrzutków, wykorzenionych z miejsca urodzenia, obcych w nowym świecie. Kochał Polskę. Miał tu babcię, jego matka pochodziła z Kaszub. A jednak to Sztokholm przez pierwszych kilkanaście lat jego życia nazywał domem, tak jak Annika. Byli z tego samego rocznika, poznali się na studenckiej imprezie w jednym z klubów na Powiślu. I żeby było śmieszniej, okazało się, że oboje dorastali w Djursholm, najbardziej elitarnych przedmieściach Sztokholmu, ale dowiedzieli się o swoim istnieniu dopiero w Warszawie.

– Zamilkłeś. – Głos Sylwii wyrwał go z zamyślenia.

– Myślałem o Szwecji.

– Tęsknisz?

– Czasem, chociaż to akurat nie problem, bo przecież zawsze mogę lecieć do domu. Bardziej zastanawia mnie to, czy jeszcze gdziekolwiek poczuję się jak u siebie.

– Aż tak? Nie wyglądałeś mi na kogoś dotkniętego traumą – rzuciła Sylwia lekkim tonem.

– To nie trauma. Po prostu dziwne poczucie wykorzenienia.

– Gdzie mieszkałeś w Sztokholmie? – zapytała, sięgając po szampon.

– Na przedmieściach – odpowiedział nieco wymijająco, ale ona wyraźnie zapragnęła drążyć temat.

– A konkretnie?

– W Djursholm.

– Żartujesz? W tej snobistycznej dzielnicy rezydencji z własnymi przystaniami? Czytałam o niej niedawno, przeglądając przewodnik.

– Nie lubisz snobów? – Mrugnął do niej, uchylając drzwiczki od dusznej i zaparowanej kabiny.

– Wow, ty naprawdę jesteś paniczykiem. – Roześmiała się.

– Masz mi za złe, że bocian podrzucił mnie do świata sztokholmskich elit? – zażartował.

– Nie. Po prostu nagle zdałam sobie sprawę, jak wiele nas dzieli.

– Nie zauważyłem, żeby cokolwiek nas dzieliło – powiedział, przyciągając ją do siebie. – Myślisz, że mamy czas na jeszcze jedno bzykanko?

– Wybacz, nie dziś. Za półtorej godziny muszę być na uczelni. Ale na pewno będę czule wspominać twojego ptaka. – Sylwia musnęła dłonią wnętrze jego ud i delikatnie, samymi opuszkami palców pogładziła jego na wpół uniesionego penisa. – Wychodzę, przesuń się – poprosiła chwilę później.

– Hej! Tak się nie zostawia faceta. – Złapał ją za rękę.

Poślizgnęła się i prawie upadła. Podtrzymał ją w ostatnim momencie i zaczęli się całować.

– Tylko szybko. Mówię poważnie, mam dziś rozmowę z dziekanem.

– Będę szybki jak bolid formuły jeden – wymruczał, dociskając wargi do jej wilgotnej szyi.

Chwilę później wbił się w nią i posuwał. Mocno, coraz szybciej, skupiony tylko na przyjemnym cieple w lędźwiach. Skończył w ekspresowym, niemal żenującym tempie. Tym razem nie dbał o jej przyjemność, liczyła się wyłącznie jego chuć.

– Faktycznie. Powiedziałabym, że prześcignąłeś nawet bolid formuły jeden – rzuciła Sylwia z przekąsem.

– Przecież chciałaś szybko.

– Szybko, nie w piętnaście sekund. – Posłała mu złośliwy uśmieszek.

– Uraziłem cię czymś? Zachowujesz się nagle, jakbyś miała mi coś za złe – zauważył, ubodzony jej kąśliwością.

– Nie – mruknęła, nie patrząc mu oczy.

Chwilę później jeszcze raz weszła pod prysznic i zamknęła za sobą zaparowane szklane drzwiczki.

Alexander sięgnął po ręcznik i wytarł się do sucha. Zakładając dżinsy, zastanawiał się, czy to możliwe, że poczuła się oszukana. Fakt, wychował się w rezydencji z własną przystanią i nigdy jej nie zdradził, jak nieziemsko bogata jest jego rodzina, ale to chyba nie powód do rzucenia focha? To w końcu nie jego wina, że stary był jednym z najbogatszych szwedzkich deweloperów?

– Pójdę już – bąknął, kiedy Sylwia wyłoniła się z obłoku pary i stanęła przed lustrem, żeby osuszyć ręcznikiem włosy.

Był w korytarzu, gdy przypomniał sobie o prezencie dla niej i wyjął z kieszeni skórzanej kurtki niewielkie aksamitne puzderko.

– Dla ciebie – powiedział, kiedy ruda pojawiła się w kuchni.

– Co to jest? – Sylwia, która właśnie opasywała się olbrzymim kąpielowym ręcznikiem, zerknęła w stronę prezentu, ale nie wyciągnęła po niego ręki.

– Kolczyki, drobiazg na pamiątkę ostatnich kilku tygodni. Kupiłem je w Wenecji.

– Kiedy byłeś w Wenecji? – zdziwiła się.

– Trzy dni temu. Wpadłem na kilka godzin, spotkałem się z dawnymi znajomymi i wypadłem.

– Czy to Cartier? – Na widok widniejącego na puzderku logo Sylwia na chwilę zaniemówiła. – Wow… Idę o zakład, że są droższe od mojego samochodu.

– Szczerze? Odrobinę. – Uśmiechnął się.

– Nie mogę ich przyjąć. – Zatrzasnęła aksamitne pudełeczko.

– Serio? Ale z czym masz problem? – Alexander wyglądał na kompletnie zaskoczonego.

– Serio. Zabierz je, Alex.

– Są dla ciebie, przecież mówię.

– A ja mówię, że nie przyjmuję takich drogich prezentów! – Podniosła głos. – Spotykałam się z tobą, bo mi się spodobałeś! Wysoki, świetnie zbudowany, o chłodnym, skandynawskim typie urody. Lubię Szwedów, zawsze miałam słabość do postawnych jasnowłosych kolesi. A ty jesteś chodzącym ideałem. Metr dziewięćdziesiąt trzy czystego seksu, maszyna do rżnięcia. Pieprzyłam się z tobą, bo cię wybrałam. Nie dlatego, że kilka razy mnie zaliczyłeś i łaskawie postanowiłeś wynagrodzić błyskotką, zanim wyjedziesz! – krzyknęła.

– Ty mówisz serio?! Uraziłem cię, bo kupiłem ci kolczyki od Cartiera?! – Alexa naprawdę mocno zszokował jej wybuch i skumulowane w tych kilku zdaniach wulgaryzmy, których dotąd używała dość rzadko.

– Właśnie, od Cartiera! Nawet teraz musiałeś to podkreślić!

– Przecież to ty zaczęłaś temat! – wygarnął jej.

– Zabieraj to! – Cisnęła w niego puzderkiem, które upadło na przybrudzony keczupem kuchenny dywanik.

Nie odpowiedział i bez słowa pożegnania ruszył w stronę drzwi. Dogoniła go przy wyjściu.

– Zabieraj te swoje błyskotki! – syknęła, wciskając mu w dłoń aksamitne puzderko.

– Pieprzone feministki! – rzucił przez zęby, chowając biżuterię do kieszeni.

Zatrzasnęła za nim drzwi. Gwałtownie, z furią. Miał ochotę załomotać w nie pięściami i walić w drewno, dopóki dziewczyna mu nie otworzy. A później jeszcze raz ją zerżnąć i włożyć w jej uszy te cholerne kolczyki. Ale tylko rąbnął pięścią w ścianę i zbiegł na parter, wściekły i upokorzony, zastanawiając się, jak to się stało, że po kilku tygodniach sympatycznego romansu właśnie rozstali się w gniewie?

 

* * *

 

Na Wilanów wrócił poirytowany, a widok Anniki, która rozgrzebała trzy spakowane dzień wcześniej walizki, do reszty podniósł mu ciśnienie.

– Co ty odpierdalasz? – warknął.

– Szukam czegoś, chyba widzisz. – Narzeczona, zajęta przegrzebywaniem ciuchów, nawet na niego nie spojrzała.

– Czego? Stringi na tyłku masz, kieckę też! To już było spakowane!

– Odwal się, co?! – krzyknęła.

Chwilę później z malującą się na twarzy wściekłością odepchnęła go, kiedy chciał ją złapać za rękę i wybiegła z pokoju.

Alexander usiadł na sofie i rozejrzał się po olbrzymim salonie. Nigdy nie lubił tego apartamentu, był dla niego zbyt kiczowaty. Kryształowe żyrandole, obrazy ze złoconymi ramami i cały ten glamour tylko go drażniły. On wolałby minimalizm, ale Annika zakochała się w tym miejscu od pierwszego wejrzenia i dosłownie wybłagała go, żeby wynajęli te dwieście metrów kiczu, złoceń, lustrzanych tafli i pieprzonych frędzli. Na szczęście czekała ich wyprowadzka, a penthouse w Hotelu 69 urządzony był w nieco bardziej stonowanym stylu.

– Zamów pizzę! – krzyknęła z głębi mieszkania Annika, a on uśmiechnął się pod nosem.

Zawsze taka była. Wściekała się na niego, trzaskała drzwiami, klęła po szwedzku albo rzucała w niego czym popadnie, a minutę później jak gdyby nigdy nic cała złość dosłownie z niej wyparowywała.

– Pepperoni czy Palermo? – zapytał, wchodząc do olbrzymiej, urządzonej w stalowo szarych tonacjach kuchni.

– Hawajską – powiedziała, przyglądając się swoim paznokciom.

– Przepraszam, byłem chamski. – Przyciągnął ją do siebie i pocałował w czubek nosa. – To dla ciebie. – Alexander wyjął z kieszeni skórzanej kurtki aksamitne puzderko z logo Cartiera i położył je na trawertynowym kuchennym blacie. – Z Wenecji. Pomyślałem, że pasują do twoich oczu.

– To szafiry?! – ucieszyła się Annika.