Wydawca: Erica Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2014

Horyzont zdarzeń. Parabellum ebook

Remigiusz Mróz

4.42857142857143 (7)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 326 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Horyzont zdarzeń. Parabellum - Remigiusz Mróz

Druga część cyklu Parabellum, opisującego niezwykłą tułaczkę dwu braci po ogarniętej wojną Europie. Będą walczyć, zabijać, uciekać przed faszystami i bolszewikami, wplątywać się w afery szpiegowskie… Oraz kochać piękne kobiety.

Październik 1939. Po zdemaskowaniu przez Christiana Leitnera, Staszek i Maria zbiegają z Rawicza, pozostawiając w ratuszu nieprzytomnego Niemca. Postanawiają kontynuować swoją ucieczkę na zachód, pomimo tego, że ich fałszywa tożsamość została spalona. Bez grosza przy duszy, mają do pokonania ponad tysiąc kilometrów.

Tymczasem Leitner rusza w pogoń – nie chodzi tylko o ujęcie przestępców, ale także o jego honor.

 

Po nieudanej próbie odbicia Obelta, kapitan trafia do obozu jenieckiego, zaś jego podkomendni z Bronkiem na czele starają się przebić na Kresy, do Baranowicz. Zaniewski postanawia odnaleźć Anielę… mimo, że na drodze stoi mu Armia Czerwona.

 

Remigiusz Mróz (ur. 1987) jest absolwentem Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie oraz doktorantem na tejże uczelni. W jego dorobku literackim znajdują się dwie opublikowane powieści i szereg artykułów naukowych z dziedziny prawa. Tworzy prozę różnych gatunków – kilkanaście dotychczas nieopublikowanych pozycji oscyluje wokół historii, sci-fi, polityki, horroru, kryminału i sensacji."


Opinie o ebooku Horyzont zdarzeń. Parabellum - Remigiusz Mróz

Fragment ebooka Horyzont zdarzeń. Parabellum - Remigiusz Mróz

H O R Y Z O N T  Z D A R Z E Ń  – minimalna, niezbędna prędkość, jaką musi posiadać obiekt, by opuścić pole grawitacyjne ciała niebieskiego. W przypadku czarnej dziury nawet prędkość światła jest niewystarczająca.

Redakcja: ARTUR SZREJTER
Korekta: EWA CIEŚLAK
Mapy: MICHAŁ SZWAGULIŃSKi
Projekt okładki: MAGDALENA ZAWADZKA
Skład: TOMASZ WOJTANOWICZ
Copyright © by Remigiusz Mróz, 2014 Copyright © by Instytut Wydawniczy Erica, 2014 Wszelkie prawa zastrzeżone
ISBN 978-83-64185-60-1
Instytut Wydawniczy ERICA e-mail:wydawnictwoerica@wp.plwww.WydawnictwoErica.pl Oficjalny sklep www.tetraErica.pl
Konwersja:eLitera s.c.

STOPNIE W WEHRMACHCIE I SS W LATACH 1934–1940

Wehrmacht

SS

polski odpowiednik

Szeregowi

Schütze

SS-Anwärter, SS-Mann

szeregowy, strzelec

Gefrejter

SS-Sturmmann

starszy szeregowy

Obergefreiter

SS-Rottenführer

kapral

Podoficerowie

Unteroffizier

SS-Unterscharführer

plutonowy

Unterfeldwebel

SS-Scharführer

sierżant

Feldwebel

SS-Oberscharführer

starszy sierżant

Oberfeldwebel

SS-Hauptscharführer

(SS-Stabsscharführer)

sierżant sztabowy

Oficerowie młodsi

Leutnant

SS-Untersturmführer

podporucznik

Oberleutnant

SS-Obersturmführer

porucznik

Hauptmann

SS-Hauptsturmführer

kapitan

Oficerowie starsi

Major

SS-Sturmbannführer

major

Oberstleutnant

SS-Obersturmbannführer

podpułkownik

Oberst

SS-Standartenführer

pułkownik

(brak odpowiednika)

SS-Oberführer

pułkownik liniowy/brygadier

Generałowie

Generalmajor

SS-Brigadeführer

generał brygady

Generalleutnant

SS-Gruppenführer

generał dywizji

General

SS-Obergruppenführer

generał broni

Generalfeldmarschall

SS-Reichsführer

(Heinrich Himmler)

marszałek

Cum tacent, clamant.

– Milcząc, wołają.

MAREK TULIUSZ CYCERON

POSEN, OBECNIE W RZESZY, 1 PAŹDZIERNIKA 1939ROKU

Do kwatery Gestapo weszła dwudziestopięcioletnia, ładna dziewczyna o kasztanowych włosach i skórze trochę zbyt śniadej jak na porę roku ubogą w promienie słoneczne.

Wkraczała do budynku, znanego jeszcze miesiąc wcześniej jako Dom Żołnierza, z duszą na ramieniu. W ciągu kilku ostatnich dni rozeszły się plotki, które mówiły o sali tortur, znajdującej się w piwnicy. Podobno działy się tam makabryczne rzeczy, a funkcjonariusze Gestapo nie znali litości w trakcie prowadzenia dochodzeń.

Dom Żołnierza został oddany do użytku w marcu tego roku. Służył jako ośrodek kulturalny, choć jeszcze częściej – rozrywkowy. Posiadał ogromne audytorium z balkonami po obu stronach i dwukondygnacyjną widownię, na której mieściło się siedemset osób.

Od dwunastego września budynek znajdował się w rękach Gestapo. Większa część przesłuchiwanych nie wychodziła z niego żywa, a nieliczni szczęśliwcy nie byli w stanie opuścić go o własnych siłach.

Dziewczyna natomiast z własnej woli weszła do paszczy lwa. Nie była przekonana, czy robi dobrze, ale przestrzegała otrzymanych wskazówek, więc miała nadzieję, że nic jej nie grozi.

– Czego? – od niechcenia zapytał siedzący przy wejściu strażnik.

– Nazywam się Aleksandra Knoll.

– No i?

– Byłam umówiona.

Wartownik wstał i obszedł ją, po czym dokładnie zmierzył wzrokiem jej apetyczną sylwetkę.

– Z kim?

– Z SS-Sturmbannführerem.

– Aha – odparł znudzonym głosem, po czym znów usiadł na krześle i dodał:

– Zmywaj się stąd.

Aleksandra czuła, jak potęguje się jej strach.

– Byłam umówiona, proszę sprawdzić.

Z wyraźnym niezadowoleniem otworzył jakiś notatnik i zaczął kartkować strony. Nie miał najmniejszej ochoty kiwnąć palcem, ale jeśli na dziewczynę naprawdę czeka sturmbannführer, lepiej to sprawdzić, niż później pluć sobie w brodę.

Po chwili podniósł brwi i powiedział:

– Rzeczywiście. Proszę zostawić tutaj wszystkie swoje rzeczy, łącznie z płaszczem.

Wykonała polecenie, po czym została poprowadzona do tymczasowego biura, które zajmował oczekujący na nią człowiek.

– Witam, pani Aleksandro. Cieszę się, że tak szybko pani dotarła.

– Heil Hitler, Herr Sturmbannführer.

– Zapomniała pani o „SS”. SS-Sturmbannführer.

– Przepraszam najmocniej.

Oficer SD, służby bezpieczeństwa SS, zaprosił pannę Knoll, by usiadła w jednym z wygodnych foteli, po czym odezwał się szorstkim głosem:

– To, co przedstawiła mi pani w trakcie rozmowy telefonicznej, brzmi dosyć wiarygodnie.

– Bo to prawda, choć przyznaję to z przykrością. Ma pan może papierosa?

– Tak, tak. Już podaję.

Sturmbannführer sięgnął do szuflady i wyjął papierośnicę, choć robił to z niechęcią. Ta Polka, a może nawet Żydówka, nie zasługiwała na takie względy. Chciał jednak, by poczuła się bezpiecznie i swobodnie, więc musiał stwarzać wrażenie przyjaznego.

– Niech pani opowiada wszystko od początku. Proszę nie pominąć żadnego szczegółu.

– Tak, proszę pana – odparła posłusznie, a Niemiec był zadowolony, że połknęła haczyk.

Gdyby miała choć trochę oleju w głowie, zapewne domyśliłaby się, że po tej miłej rozmowie trafi do piwnicy, gdzie albo po prostu pozbędzie się jej jakiś niezainteresowany sprawą gestapowiec, albo zostanie przesłuchana, by wydobyć z niej jak najwięcej informacji.

– Na początek proszę powiedzieć, czy są świadkowie?

– Owszem, jeden albo dwóch.

– Dobrze, do rzeczy w takim razie.

Kiedy Knoll zaczęła relacjonować sturmbannführerowi swoje przeżycia, początkowo zaczął się poważnie niepokoić, jednak szybko dostrzegł okazję, którą w przyszłości mógłby wykorzystać.

Wysłuchał jej uważnie, choć od pewnego momentu było to dla niego straszliwie męczące, po czym wstał i powiedział:

– Dziękuję. A korzystając z okazji, chciałbym o coś zapytać.

– Tak? Proszę pytać.

– Jakie pogłoski krążą po mieście o tym, co się dzieje w tym budynku?

– Słyszałam to i owo, nic godnego uwagi. Trudno coś wywnioskować z tego, co mówią ludzie.

– No tak.

Oficer SD zrobił pauzę, po czym dodał:

– To będziesz miała okazję przekonać się sama.

Aleksandra nie zdążyła nawet zareagować na tę informację, kiedy Heller kopnął w jej fotel, który wraz z kobietą przewrócił się do tyłu. Słysząc huk, do pokoju wpadło dwóch funkcjonariuszy. Na rozkaz sturmbannführera zabrali Knoll do piwnicy.

Rüdiger Heller podniósł słuchawkę telefonu i wybrał numer ratusza w Rawitschu.

Wciąż nie mógł uwierzyć, jak porządny i przykładny kapitan Wehrmachtu mógł współżyć z tą brudną Żydówką.

Nikt nie odbierał telefonu.

Rawitsch, obecnie w Rzeszy, początek października 1939 roku

Christian otworzył oczy i pierwszym, co ujrzał, był spód swojej skrytki na broń. Przez dłuższą chwilę nie mógł zebrać myśli. W końcu uprzytomnił sobie, że tkwi związany w pozycji embrionalnej pod swoim mahoniowym biurkiem.

„Gina” – pomyślał z bólem serca. Przyłożyła mu w tył głowy prawdopodobnie popielniczką, którą wcześniej zostawił na parapecie okna. Zaklął w duchu i stwierdził, że powinien być bardziej uważny.

Zaczął kołysać się w lewo i prawo, aż w końcu wytoczył się spod biurka. Na jego blacie niemiłosiernie głośno brzęczał telefon i nie chciał przestać. Ktoś usilnie starał się z nim skontaktować, ale Leitnera zupełnie to nie obchodziło – choć uparcie dzwoniący telefon działał mu na nerwy.

Pamiętał, że na skraju blatu leżał nożyk do papieru, więc chcąc go strącić na podłogę, zaczął kopać w biurko. Niestety, jego wysiłki spełzły na niczym. Nie słyszał nawet, by nożyk się przesuwał. Domyślił się, że zabrała go Gina z Gottwinem.

Poświęcił na myśli o nich dłuższą chwilę, kiedy leżał bokiem na podłodze, z zaklejonymi ustami i związanymi kończynami. Patrząc na całą sytuację ze swojej obecnej perspektywy, nie mógł nadziwić się, jakim cudem tej kobiecie udało się go tak zwieść. Jego, Christiana Leitnera, który nigdy nie był podatny na urok żadnej niewiasty z wyjątkiem swojej żony. Zagryzł mocno zęby i przeklął swoją nieoczekiwaną słabość do dziennikarki. Poprzysiągł sobie, że choćby cały świat zmierzał ku końcowi, zrobi wszystko, by odnaleźć tę kobietę.

Odgłosy kopania w biurko najwyraźniej zaciekawiły strażnika, gdyż wszedł bez pukania do biura Leitnera. Kiedy zobaczył dowódcę skrępowanego na podłodze, rzucił się w jego stronę.

Po chwili Christian był wolny. Odnotował, że brakuje jego pistoletu oraz sztyletu żołnierskiego.

– Herr Hauptmann, wszystko w porządku? – spytał wartownik.

– Ogłosić alarm. Gina Henckel von Donnersmarck i Gottwin Stöxen mają zostać natychmiast ujęci. – Leitner zbył jego troskę.

– Tak jest, panie kapitanie.

– Żywi – dodał, gdy żołnierz opuszczał jego biuro.

Otworzył zamykane na klucz drzwiczki w szafie i wyciągnął zapasową broń, mausera C96, pistolet pamiętający wielką wojnę[1].

Kilkakrotnie dotknął potylicy i stwierdził, że nie miał krwawiącej rany, ale na wszelki wypadek każe się zbadać lekarzowi najprędzej, jak to będzie możliwe. Zabrał płaszcz i skierował się szybkim krokiem schodami w dół.

W ratuszu trwała już mobilizacja żołnierzy. Któryś z zastępców kapitana najwyraźniej wydał rozkaz, by przeszukać wszystkie pomieszczenia w budynku. Christian uznał to za mało pożyteczne, choć nie mógł wykluczyć, że przebiegła Gina mogła ukryć się ze swoim towarzyszem w gmachu, sądząc, że Leitner będzie szukał ich wszędzie, tylko nie pod własnym nosem. Na myśl o niej jego umysł wypełnił się sprzecznymi myślami. Obiecał sobie, że nigdy w towarzystwie kobiety, która go pociąga, nie opuści gardy i będzie czujny na wszelkie przejawy manipulacji. Mimowolnie z zakamarków jego umysłu wychyliła się myśl o Mateuszu Katnerze i Heinlem, który najprawdopodobniej wrobił Polaka w podpalenie, a zwiedziony tym Leitner pozbawił Katnera życia. „Popełniałem błąd za błędem” – pomyślał. Kiwnął głową na trzech żołnierzy, w tym stojącego na warcie kaprala. W ich eskorcie wyszedł na dziedziniec ratusza.

– Marvin... – zaczął, gdy zobaczył, że przyjaciel biegnie w jego stronę.

– Próbowałem się do ciebie... do pana dobić w sprawie Heinlego, Giny i... tego drugiego, no wiesz – Rodemeyer był tak zdyszany, że nie potrafił sklecić zdania.

– Uspokój się. O co chodzi?

– Ten fotograf, Wendt.

– Tak? – spytał Leitner, rozglądając się dookoła. Poświęcał leutnantowi jedynie połowiczną uwagę, gdyż starał się domyślić, dokąd Gina mogła uciec. Pomyślał o lesie, w którym czasem odbywał biegi lub spacery i szybko wydał rozkaz trzem żołnierzom, by się tam udali.

– Posłuchaj – Rodemeyer upomniał się o jego uwagę.

– Słucham, Marvin, mów.

– To Torsten Blankenburg.

– Co takiego?

– Nie wierzę, że wcześniej nie skojarzyłem jego twarzy. Wprawdzie ostatni raz widziałem go z siedem lat temu, ale przecież ta morda jest tak charakterystyczna!

– Jak to możliwe, Marvin? Przecież ten człowiek nie żyje – odparł kapitan, wreszcie skupiony na słowach przyjaciela.

– Nie wiem, może upozorował swoją śmierć.

Christian przez chwilę się zastanawiał, rozglądając machinalnie na wszystkie strony.

– Jeśli to rzeczywiście on, nie dziwi mnie profesjonalizm, z jakim dokonał morderstw.

– Musimy go dorwać, Leiner.

– Teraz to niewykonalne. Pewnie jest już kilkadziesiąt kilometrów stąd. Skup się na Ginie i Gottwinie, choć wątpię, by to były ich prawdziwe imiona.

Narzeczeni zaczęli biec, gdy tylko usłyszeli dochodzący od strony Rawicza dźwięk syreny alarmowej. Był ledwie słyszalny, jednak w ich obecnej sytuacji nadmiar ostrożności był wysoce wskazany. Chcieli jak najszybciej oddalić się od miasta w kierunku zachodnim, kontynuując swój pierwotny plan.

Po piętnastu minutach biegu Maria była tak wyczerpana, że złapała Staszka za ramię i dała mu znak, by się zatrzymał. Wziął ją na ręce i wszedł głębiej w las. Protestowała, ale zbył to milczeniem, wszystkie siły przeznaczając na dotarcie w miejsce, które uzna za bezpieczne. Musiał w duchu przyznać, że mimo dobrej kondycji brak mu sił, by nieść ukochaną. Kiedy tylko znów mogła spokojnie nabrać powietrza do płuc, zeskoczyła z jego rąk i spokojniejszym już krokiem ruszyli w dalszą drogę. Niedługo potem dotarli do jeziora otoczonego zewsząd drzewami i schowali się niedaleko brzegu.

– Co my teraz zrobimy? Christian zaraz roześle listy gończe, nigdy nie przejdziemy przez Rzeszę – powiedziała Maria, poprawiając włosy, koszmarnie zwichrzone podczas przedzierania się przez las.

– Nasze tożsamości też są spalone.

– Masz jakiś pomysł?

Wgapiając się ze sfrustrowaną miną w spokojną taflę jeziora, Staszek pokręcił przecząco głową.

– W takim razie idziemy dalej.

– Zawrócić nie możemy. Oddalmy się od Rawicza, a potem będziemy myśleć.

Kiwnęła głową. Wypalili po papierosie i ruszyli w dalszą drogę, tym razem już wolniej. Nie słyszeli odgłosów pogoni. Wszystko wskazywało na to, że udało im się uciec wystarczająco daleko, zanim ktoś odnalazł Leitnera.

Od momentu, kiedy Christian zaproponował Zaniewskiemu papierosa, ten gotował się w środku ze złości, przeklinając swoją lekkomyślność. Próbował wmówić sobie, że był to odruch bezwarunkowy. Chwila dekoncentracji. Pokręcił głową, gdyż nie przekonała go własna argumentacja – zwyczajnie nawalił na całej linii i będzie musiał się z tym pogodzić.

Popatrzył na błyszczący na ręce Marii pierścionek zaręczynowy. Wydał na niego wszystkie zaoszczędzone pieniądze i zaciągnął kredyt u ojca. Przed chwilą, gdy siedzieli pod drzewem, ukochana założyła go z powrotem na palec. Był to jedyny miły akcent podczas ich ucieczki z miasta...

Niespodziewanie wyszli z lasu na nieduże pole. Na horyzoncie widniały wiejskie zabudowania.

– Gdzie mógł pójść Holzer? – zapytała Maria, zwracając głowę w stronę narzeczonego.

– Prosto do piekła, zapewne.

– Barani łeb – szepnęła i szturchnęła go w ramię.

– Nie wiem, może w głąb Rzeszy? Może na północ, w stronę morza?

– A może siedzi w Rawiczu i z jakiegoś strychu obserwuje akcję poszukiwawczą, którą zarządził Christian.

Staszek nie mógł nie zauważyć, że zawsze mówiła o niemieckim oficerze, używając jego imienia, a ton jej głosu zdradzał sympatię, która jemu wydawała się zupełnie irracjonalna i nieuzasadniona.

– Niewykluczone. Ale wspominałaś, że kiedyś robił jakieś interesy w Niemczech, więc może ma tam kontakty.

– Może. Ale teraz najchętniej podziękowałabym mu za zabicie Heinlego, a jednocześnie walnęła prosto w nos za bagno, w którym nas zostawił.

Kiwnął głową, po czym wskazał na krzywy, zrobiony z patyka i deski znak drogowy, stojący tuż przy wiejskiej dróżce.

– „Wehrse”.

– „Wiiize” – poprawiła go Maria.

– Jeden grzyb. Proponuję ominąć tę wieś szerokim łukiem.

– Staszek... Dlaczego ten napis jest po niemiecku?

Ponownie rzucił okiem na drogowskaz. Wyglądał, jakby stał tutaj od dobrych kilku lat. Drewno było zniszczone, a napis słabo czytelny. Oboje popatrzyli na siebie i stwierdzili, że musieli przekroczyć dawną granicę Polski z Rzeszą. Wkraczali do legowiska nazistowskiej bestii.

JABŁONOWA, OBECNIE W ZSRR, POCZĄTEK PAŹDZIERNIKA 1939ROKU

Osmund Kremmer przechadzał się po szopie, która stała się dla niego namacalnym dowodem na to, że bezpowrotnie stracił swój dom w Beniowej. Zastanawiał się nad tym czy hitlerowcy zajęli dworek i urządzili sobie w nim kwaterę, czy też zrabowali go doszczętnie i spalili. Dla czystej zabawy.

– O czym pan tak myśli, panie Kremmer? – spytał Bronek.

– Snuję rozważania nad naszym losem, szanowny panie sierżancie.

– To niech pan podziękuje Bogu, bo mamy wyjątkowe szczęście – rzucił Chwieduszko.

– Ma zacny chorąży na myśli kapitana Obelta, któremu fortuna nie sprzyja?

– A kogo innego, co?

Stary ziemianin przyjął zatroskaną minę, a Zaniewski popatrzył na ojca Rufina i zapytał:

– Twój syn nadal będzie w stanie przekazywać nam informacje?

– Tego pewnie nie wie nawet on sam. Ostatnie, co przekazał majorowi Mikorskiemu, to że zabierają kapitana do któregoś oflagu i że Blankenburg nie jest z tego powodu zadowolony. Rufin podsłuchał, jak ten potwór szeptał do swojego ulubionego podoficera, że taki rozkaz przyszedł z góry.

– Gdyby mógł, pewnie zakatowałby go w tym zamku – odparł warszawiak, a Kremmer spytał:

– Oflag? Cóż to takiego?

– Offizierslager, obóz jeniecki dla oficerów – odparł Zaniewski.

– Przeżyje tam? – spytał Kiljan.

– Na pewno będzie miał lepsze warunki niż w celi Blankenburga.

Chwieduszko wstał i skierował się do wyjścia. Na odchodnym rzucił:

– Nie rozumiem, jak ten chłopak mógł się, kurwa, pomylić. Miał jedno proste zadanie do wykonania.

Ojciec Rufina popatrzył na chorążego ze złością, ale Bronek położył mu rękę na ramieniu i pokręcił głową, więc mężczyzna dał spokój.

Po stracie majora, Chwieduszko był spośród nich najwyższy stopniem, choć nie był nawet oficerem. Nadal stojąc w progu, powiedział:

– Sierżancie, szeregowy, przygotować się jutro do wymarszu. Reszta niech robi, co chce.

Popatrzyli po sobie, a Kiljan spytał:

– Dokąd idziemy, chorąży? Nigdy nie znajdziemy kapitana.

– I dlatego nie będziemy go szukać. Musi poradzić sobie sam. Wiem, że da radę. My idziemy na północ.

Oczy warszawiaka zapłonęły nadzieją, a gdy popatrzył na Chwieduszkę, ten porozumiewawczo kiwnął głową.

Kiedy zapadł zmrok, obaj zasiedli na skraju wsi, z dala od innych członków GOR-u, który miał rozpaść się niedługo po swoich narodzinach. Dłuższy czas spędzili w zupełnej ciszy. Obaj jej potrzebowali, by poukładać myśli.

– Dzięki – odezwał się w końcu Zaniewski.

– Niby za co?

– Idziemy do Baranowicz, prawda?

– Tak. Ale nie masz za co dziękować, furiacie. Nie robię tego dla ciebie. Ty i Kiljan będziecie moją obstawą.

Bronek uśmiechnął się i pokiwał głową. Wyciągnął paczkę papierosów i poczęstował towarzysza.

– Mam swoje – chorąży zrobił dłuższą pauzę, po czym zmienił zdanie i wziął jednego.

– Myślisz, że uda nam się tam dostać?

– O co ty mnie w ogóle pytasz, Zaniewski? Skąd mam wiedzieć?

Nastała chwila ciszy, po czym odezwał się młodzieniec:

– Zostawiamy tu Kremmera?

– Może zabrać swoje stare dupsko z nami, jeśli życie mu niemiłe.

– Może nam się przydać.

– Jako środek nasenny.

– Widziałeś, jak cisnął granatem między tych motocyklistów?

Chwieduszko roześmiał się – chyba po raz pierwszy warszawiak widział, jak starszy podoficer się śmieje. Wprawdzie szybko się zmitygował i przybrał właściwą sobie minę, ale jakaś granica w ich relacjach została przekroczona.

– Skąd ty w ogóle jesteś, Zaniewski?

Bronek namyślał się zastanawiająco długo, po czym odparł:

– Duszą z Warszawy, ciałem obecnie z Jabłonowej, a sercem z Baranowicz.

– Jakie to, kurwa, głębokie – skwitował Chwieduszko, szeroko otwierając oczy.

Kiedy sierżant położył się na sienniku, który codziennie starała się poprawiać kobieta użyczająca im szopy, przywołał w myślach sytuację mającą miejsce przed wojną w „Szai”. Wspominał ją teraz z uśmiechem, choć wtedy nie należała do najprzyjemniejszych.

Zajął z Maniurą stolik, który najczęściej okupowali, i wyczekiwał momentu, gdy podejdzie do nich Aniela. Jej szef, Janusz, coraz częściej pozwalał jej brać wolne, wiedząc, że Bronek niedługo wyjeżdża, by patrolować wschodnią granicę. Dlatego Zaniewski, choć nigdy nie miał okazji rozmawiać z tym człowiekiem, żywił do niego sympatię. Poza tym, jako szef traktował Anielę i resztę pracowników po przyjacielsku, a czasem otaczał opieką niczym młodszych członków rodziny.

Tamtego wieczoru podeszła do jego stolika i tradycyjnie zapytała:

– Piwko dla starszego sierżanta? – po czym pocałowała go i z uśmiechem posłała całusa Maniurze.

– Poproszę, przyszła pani starsza sierżantowo – odparł nomen omen, rozanielony, a jego świeżo upieczona narzeczona udała się na zaplecze, by poprosić Janusza o wolny wieczór. Nie była pewna czy go dostanie, bo ruch w „Szai” był duży, ale szef zgodził się, choć najpierw wygłosił krótki wykład o tym, jak będzie nadrabiała godziny po wyjeździe ukochanego.

– Ale sobie ustrzelił gąskę – powiedział Wacek.

– Zabierz się lepiej do organizowania piwa, bo moja gąska nie może usługiwać takim dwóm gburom jak my – odparł Bronek ze śmiechem.

– A zabiorę. Jak mnie na świadka weźmie.

– Maniura, ile razy mam ci powtarzać? Biorę brata.

– Ja jestem jego bratem tak samo, tylko nie z krwi.

– Idziesz po to piwo?

– Jak weźmie na świadka.

Zaniewski pokręcił głową.

– Wezmę cię na świadka morderstwa. A ofiarą będziesz ty sam.

– To może wziąć brata ze krwi na ojca chrzestnego, o. A mnie, brata broni, na...

– Nie odpuścisz, co?

– Prędzej Bełt założy koloratkę i zatknie lufę swojego karabinu kwiatkiem, niż odpuszczę ja.

Mówiąc to, Maniura wstał i podszedł do jednej z kelnerek. Bronek zabrał przepełnioną popielniczkę ze stolika obok, postawił przed sobą i zapalił papierosa. W tym samym czasie przy innym stoliku usiadł Chwieduszko i wbił wzrok w starszego sierżanta.

Aniela wróciła i odgarnęła z czoła kosmyk rudych włosów. Zaniewski spoglądał na tę prozaiczną czynność z zachwytem, jakby obserwował damę w najbardziej wykwintnej warszawskiej restauracji.

– No, co słychować? – spytała wesoło, po czym bez ostrzeżenia wyrwała papierosa z ręki narzeczonego i zgasiła go z impetem. Ten chwycił paczkę, by wyciągnąć następnego, ale szybko mu ją zabrała i schowała w kieszeni.

– Miałem dziś kolejną rundę nienawiści z tym tam. – Delikatnie kiwnął głową w stronę Chwieduszki.

– Chorąży to taki miły człowiek, nie wiem, czemu musicie się ciągle kłócić – powiedziała, tym razem bez wschodniego akcentu.

– Bo zazdrosny – wtrącił Wacek, który usiadł, stawiając dwa piwa.

Bronek popatrzył na niego spode łba, więc grubawy sierżant wstał i poszedł po trzecie piwo.

W tym czasie do stolika podszedł chwiejnym krokiem Chwieduszko. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów pozwolił sobie na przyjęcie sporej dawki alkoholu. Wcześniej tego wieczoru udał się na ławkę w parku i otworzył butelkę wódki. Miał ochotę zalać się w trupa, bo dowiedział się, że cholerny Zaniewski poprosił Anielę o rękę, a ona przyjęła oświadczyny z radością.

– Co się, kurwa, gapisz? – powiedział nieco bełkotliwie do warszawiaka.

– Chorąży! – odezwała się Aniela. – Nie przystoi podoficerowi tak się zwracać do drugiego.

– Przepraszam, że... że w obecności damy – zdołał odpowiedzieć.

Zaniewski popatrzył na niego, z trudem opanowując narastający gniew.

– Długo nam tu będziesz truć? – spytał.

– Odzywaj się odpowiednio do... – chorąży beknął – ...wyższego stopniem.

– Idź w cholerę.

Chwieduszko zamachnął się, chcąc otwartą dłonią trafić młodzieńca w głowę, ale ten spokojnie zrobił unik, wskutek czego podpity mężczyzna zakręcił się wokół własnej osi i padł na siedzących obok żołnierzy. Zaczęli głośno rechotać, ale postawili chorążego na nogi, licząc na ciąg dalszy. Chwieduszce głowa kiwała się delikatnie i wyglądał, jakby miał zaraz upaść ponownie, tym razem bez niczyjej pomocy.

Zrobił krok w kierunku Bronka, a ten wstał od stolika, nie mając zamiaru dłużej znosić zaczepek.

Między nimi jak spod ziemi wyrosła Aniela, która stanęła tak, by móc obydwu powstrzymywać dłońmi, które położyła na ich klatkach piersiowych. Na twarzy chorążego zarysował się pijacki uśmiech – wszystko wskazywało na to, że podoficer niezbyt orientuje się, co się wokół niego dzieje.

Zaniewski kiwnął na kilku żołnierzy, którzy byli od niego niżsi stopniem:

– Odprowadzić chorążego na poligon.

Chwieduszko bełkotał coś pod nosem i protestował, choć nikt z zebranych nie mógł zrozumieć, co mówi. W końcu opadł z sił i z na wpół zamkniętymi powiekami pozwolił się wyprowadzić z „Szai”.

Następnego dnia niewiele pamiętał z ostatniej nocy. Wiedział, że spotkało go jakieś upokorzenie i że związane było z cholernym warszawiakiem, ale nic więcej nie mógł sobie przypomnieć. Ostatni raz upił się tak pięć lat temu, na weselu dalekiego kuzyna.

Tamtego ranka w Baranowiczach, gdy obudził się z przeraźliwym bólem głowy, obiecał sobie dwie rzeczy. Po pierwsze, już nigdy więcej nie wypije aż tyle – standardowe przyrzeczenie na kacu. Po drugie, zatruje życie pieprzonemu Zaniewskiemu tak, że ten będzie miał go dosyć.

RAWITSCH, POCZĄTEK PAŹDZIERNIKA 1939ROKU

Kiedy szeregowy, którego zadaniem było pilnowanie drzwi do gabinetu, przyniósł nowy nóż do papieru, Christian długo obracał go w rękach. „Nie tylko to mi zabrałaś, Gino” – pomyślał, po czym położył nożyk na biurku. Wstał i zajął pozycję przy oknie, trwając w postawie zasadniczej, jak gdyby znajdował się przed obliczem samego Wodza. Pokręcił głową i stwierdził, że musi zamówić zasłony.

Otworzył zamykane na klucz drzwiczki wysokiej szafy i wyciągnął czarny, galowy mundur SS oraz sztylet tej formacji z napisem Meine Ehre heißt Treue. Stwierdził, że najwyższy czas przymierzyć uniform, zanim odpowie na zaproszenie Hellera. Przez chwilę zastanawiał się, co podkusiło oficera SD, by wysłać mu mundur wzoru z trzydziestego czwartego roku – w takich Leitner od lat nie widywał członków SS. Stwierdził, że może to przypomnienie, że jego kariera nie jest jeszcze przesądzona, a uniform ma posłużyć jedynie celom ceremonialnym podczas balu w Posen. Jeszcze raz przeczytał kartkę wetkniętą w kieszeń marynarki mundurowej. Bal organizowany jest przez Arthura Greisera, który odpowiadał za rządy cywilne w mieście, a niegdyś był prezydentem Wolnego Miasta Gdańska.

Christian sporo słyszał o tym człowieku i nie darzył go sympatią. Wydawał mu się prostakiem i pieniaczem. Kilkanaście lat temu próbował wyrzucić z domów wszystkich mieszkańców Gdańska, którzy nie byli Niemcami. Leitner uznał to za bezcelowe, wynikające ze ślepej nienawiści działanie. Sam na jego miejscu nie zrażałby do siebie Polaków, tylko zachęcałby ich do pracy, z której owoce mogłaby czerpać niemiecka ludność. W czasie pokoju trzeba było uprawiać przemyślaną politykę manipulacji, by teraz, po wybuchu wojny, Polacy chętnie poddali się rządom niemieckim. Zamiast tego, kierowano się wyłącznie celami propagandowymi i rasowymi, wskutek czego Rzesza Wielkoniemiecka napotkała wzmożony opór i – przynajmniej ekonomicznie – traciła.

Westchnął i przymierzył jasnobrązową koszulę. Zawiązał czarny krawat i naciągnął spodnie w takim samym kolorze, po czym stanął przed lustrem. Po chwili rozległ się dzwonek telefonu, więc niespiesznie podniósł słuchawkę.

– Leitner, słucham?

– Heil Hitler, Herr Hauptmann. SS-Sturmbannführer Rüdiger Heller z tej strony.

– Heil Hitler. W jakiej sprawie pan dzwoni?

– Tonie pan w problemach, kapitanie.

Christian dłuższą chwilę nie odpowiadał.

– Co ma pan na myśli?

– Chociażby to, że wypuścił pan z rąk Torstena Blankenburga.

Kapitan zaczął zastanawiać się, jakim cudem w przeciągu jednego dnia ta wiadomość dotarła do Hellera w Posen. Wiedziało o niej tylko kilku żołnierzy, nie licząc jego i Marvina Rodemeyera, który z całą pewnością nie był w kontakcie z SD, Gestapo czy skąd ten Heller był.

– Gdybym wiedział, że to on, pozbawiłbym go życia w ułamku sekundy.

– No tak, jestem pewien.

Sturmbannführer wypowiedział parę niezrozumiałych słów. Leitner domyślił się, że tamten zasłania dłonią słuchawkę i mówi do kogoś innego. Czekał bez słowa na dalszy ciąg.

– Jest pan tam? – spytał w końcu Heller. – Przepraszam, musiałem coś załatwić.

– Nie ma problemu.

– Słuchaj, Christian. – Kapitan z niezadowoleniem przyjął fakt, że wysoki rangą oficer SD zdecydował się najwyraźniej na nieformalną rozmowę, przechodząc na „ty”. Nie odezwał się, więc jego rozmówca kontynuował:

– Była u mnie kobieta, Alexandra Knoll. Żydówka.

Heller urwał, więc Chrisitan stwierdził, że teraz nadszedł czas, by on coś powiedział. Mimo to trwał w milczeniu.

– Znane jest ci to nazwisko?

– Nie.

– To interesujące. Widzisz, ona twierdzi, że wielokrotnie się z nią spotykałeś.

– Nie znam kobiety o takim nazwisku.

– Mówi, że utrzymywaliście stałe kontakty seksualne. Opisała mi dokładnie twoje biuro, jego wyposażenie i wnętrze ratusza. Wszystko jest zgodne z prawdą.

– To brednie, Herr Sturmbannführer, nigdy nie dotknąłem innej kobiety niż moja żona.

– Oczywiście, oczywiście – odparł tamten, rozbawiony, po czym dodał:

– Johanna jest tak piękna, że trudno oderwać od niej wzrok, nieprawdaż?

Leitner przez chwilę nie odpowiadał, zastanawiając się, skąd funkcjonariusz SD zna imię jego żony.

– Tak. To musi być prowokacja, domagam się wszczęcia oficjalnego śledztwa.

– Oj.

– Słucham?

– Obawiam się, Christian, że to byłoby dla ciebie nieciekawe rozwiązanie. Jej historia jest dosyć wiarygodna, zresztą ma świadków.

– Jakich świadków? Przecież...

– Tego nie wiem, nie zdążyłem zapytać – przerwał mu rozbawionym głosem oficer z Posen.

– Skoro nie będzie śledztwa, to co pan zamierza z tą sprawą zrobić? Chciałbym, by została wyjaśniona – ton kapitana zrobił się bardziej agresywny, a Heller po drugiej stronie linii westchnął głośno i nabrał powietrza w płuca, by jego głos zabrzmiał bardziej dobitnie:

– Słuchaj, masz przesrane. Rozumiesz? Pierdoliłeś Żydówkę. Wiesz, co grozi Aryjczykowi za kontakty seksualne z podludźmi?

Leitner milczał, a złość się w nim wzbierała coraz bardziej. Nie trawił ludzi, którzy są na tyle głupi, by nie odróżniać propagandy od prawdziwej polityki.

– Tak – odparł krótko tonem tak osobliwym, że Hellera zmroziło, dlatego kontynuował już bardziej uprzejmie:

– To znaczy, miałbyś przesrane, gdyby nie ja. Ta Żydówka zdechła z mojej ręki. Wyrządziłem ci wielką przysługę i masz u mnie dług wdzięczności. Mam nadzieję, że to jasne.

– Tak jest, Herr Sturmbannführer.

„Co jest takiego w jego tonie, że człowiek zaczyna się bać?” – pomyślał oficer SD i ucieszył się, że rozmawia z zarządcą Rawitscha przez telefon, nie widząc świdrującego duszę spojrzenia kapitana. Odchrząknął, po czym powiedział:

– Nie przyzwyczajaj się do insygniów na kołnierzu. Zostaniesz zdegradowany do stopnia SS-Obersturmführera.

– Rozumiem – powiedział Leitner, wiedząc, że jest to odpowiednik porucznika w Wehrmachcie.

– Pakuj się.

– Otrzymałem rozkaz przybycia do Posen dopiero pojutrze.

– Otrzymujesz właśnie nowy. Pakuj się i przyjeżdżaj najszybciej, jak to możliwe.

– Tak jest – odparł i odłożył słuchawkę, nie czekając na odpowiedź Hellera.

Wstał od biurka i założył resztę nowego munduru: czarną marynarkę z czerwoną opaską ze swastyką na lewym przedramieniu oraz czapkę oficerską ze srebrnym niemieckim orłem na przodzie. Popatrzył na swoje odbicie w lustrze, dynamicznie się odwrócił i wściekłym ruchem strącił telefon z biurka. Rozległo się pukanie do drzwi.

– Nie wchodzić – powiedział donośnym głosem.

Ocenił stan aparatu, po czym znów umieścił go na biurku. Pożałował tego wybuchu emocji.

Podniósł słuchawkę i powiedział:

– Przysłać do mnie leutnanta Rodemeyera.

Marvin całkiem szybko zjawił się w jego biurze.

– Heil... – zaczął i urwał, widząc Christiana siedzącego za biurkiem w pełnym umundurowaniu galowym SS. Czarny jak śmierć mundur podkreślał surowość oblicza oficera.

– Siadaj – kapitan rzucił krótko.

– Pasuje ci.

– Daruj sobie przytyki. Wyjeżdżam do Posen, będziesz dowodził pod moją nieobecność.

– Tak jest, Herr Hauptmann – odparł Marvin, delikatnie się uśmiechając.

– Już niedługo. Od jutra zapewne SS-Obersturmführer.

– Degradują cię? Dlaczego? – Przyjaciel otworzył szeroko oczy. Był niebywale zaskoczony taką informacją. Od kiedy Leitner powiedział mu o przeniesieniu do SS, był przekonany, że ten dostanie awans. Tymczasem stało się coś zupełnie odwrotnego.

– Za wypuszczenie z garści Blankenburga, pewnie też ucieczkę dwójki ludzi sprzed mojego nosa, którzy mogliby pomóc w jego ujęciu.

– Przecież to nie twoja wina.

– Oni widzą to nieco inaczej. Dodatkowo pojawiła się jakaś Żydówka, która twierdzi, że odbywałem z nią stosunki seksualne – odparł Christian i zrelacjonował mu wszystko, co mówił Heller.

– Nie rozumiem. Komu zależałoby na twojej kompromitacji?

Marvin chwilę się zastanawiał, podczas gdy Leitner wodził wzrokiem po książkach, które dwa dni wcześniej oglądał Gottwin.

– Heinle? – spytał Rodemeyer.

– Najprawdopodobniej. Teraz w każdym razie już się tego nie dowiemy.

Rozmawiali jeszcze chwilę o Hellerze i jego wiedzy na temat Johanny, po czym Christian zakończył:

– Słuchaj, Marvin, masz zdobyć wszystkie informacje o Blankenburgu, jakie są dostępne. Wszystkie. To jest twój priorytet, gdy mnie nie będzie. Dzwoń wszędzie, gdzie się da, żądaj wysłania dokumentów.

– Tak jest.

– Gdyby ktoś miał opory, powiedz, że działasz z rozkazu sturmbannführera Rüdigera Hellera z Sicherheitsdienst.

Okolice wsi Neu Wiersenwitz, Rzesza, początek października 1939 roku

Staszek rozłożył mapę na mchu i przesuwał po niej palcem. Maria stała obok i kręciła nosem. Jej narzeczony miał wiele pozytywnych cech, które czyniły z niego cudownego człowieka i świetnego kandydata na męża. Niestety, nie zaliczała się do nich umiejętność orientacji w terenie.

– Chyba musimy skręcić na południe, czyli... – przerwał i zaczął rozglądać się po okolicy, mrużąc oczy, jakby to miało nadać jego twarzy bardziej skupiony wyraz.

– Tam. – Wskazała ręką. – Nie rozumiem tylko, po co chcesz iść na południe?

Przechyliła się przez jego ramię i wskazała palcem jakiś punkt.

– Tu jesteśmy – oznajmiła.

– Hmmm – odparł, zdezorientowany.

– Musimy iść na zachód, do tego punktu: Lübchen. Minęliśmy już, dzięki twoim wybitnym umiejętnościom przewodnika, jeden dworzec, więc proponuję iść do następnego, zamiast zawracać.

– Myślisz, że jest tam dworzec kolejowy? Wygląda na miejsce, gdzie diabeł mówi gute Nacht.

– Tory ją przecinają. Pociąg się zatrzyma, jak nas zobaczy. Chodź, to koło dziesięciu kilometrów.

– Prędzej ja nauczę się niemieckiego, niż pociąg zatrzyma się dla dwójki obdarciuchów.

– To wskoczymy do wagonu towarowego. Kein problem.

Kiedy Staszek przyjął pełną dezaprobaty minę, zlustrowała go wzrokiem i oceniła jego ubiór. Od Rawicza dzieliło ich dwadzieścia parę kilometrów, które przeszli głównie lasami i polami. Musieli też pokonać rzekę opisaną na mapie jako Bartsch, a po polsku nazywającą się Barycz. W rzeczywistości okazała się nie rzeką, a trudną do przebycia bagnistą przeszkodą.

W rezultacie ich ubrania nie nadawały się do użytku, a już z całą pewnością nie wyglądali w nich na porządnych obywateli Rzeszy. Maria stwierdziła na początku ucieczki, że jeśli będą wyglądać dostatecznie dobrze, to po przekroczeniu dawnej granicy nikt nie powinien zainteresować się nimi na tyle, by prosić o dokumenty. Dlatego starali się utrzymać ubrania w dobrym stanie, ale okazało się to niemożliwe. A już taplanie się w błotach Baryczy zrobiło z nich prawdziwych brudasów i obdartusów.

Do Lübchen nie prowadziła żadna bezpośrednia droga. Musieli przemierzyć gęsty las, by znaleźć się we wsi.

Największym problemem jednak było to, co zrobią gdy tam dotrą i okaże się, że na transport koleją nie mają co liczyć. Po drodze do Lübchen zahaczyli o punkt oznaczony na mapie jako Eichkretscham, który znajdował się w samym środku lasu. Jego nazwa napisana była pochyłą czcionką, więc nie wiedzieli czy to wieś, czy naturalny punkt orientacyjny. Kiedy tam dotarli, okazało się, że nie różni się niczym od otaczających go terenów. Usiedli pod drzewami, by zrobić sobie przerwę.

Staszek wyciągnął lugera, którego zabrał z biura Leitnera, a Maria spojrzała na narzeczonego z miną, jakby patrzyła na niemowlę trzymające w rękach rozprawę filozoficzną.

– Wymyśliłeś, co zamierzasz z tym zrobić?

– Możemy dzięki niemu zdobyć jakieś ubrania albo trochę marek.

– O tak, patrz, wokół ubrań i pieniędzy jest w bród. A to pierwsza ofiara twojego zbójnictwa. – Uśmiechnęła się i wskazała na wiewiórkę, która przyglądała się dwójce intruzów.

– Przyjdzie moment, że będziemy musieli wybierać między moralnością a własnym bezpieczeństwem – odparł.

– Oby tak się nie stało.

– Nie mówię, że użyjemy broni, ale na jej widok ludzie mogą okazać się bardziej skłonni, by oddać nam swoje rzeczy.

– Co ty wygadujesz? Chcesz, żebyśmy zachowywali się jak pospolici złodzieje?

Opuścił głowę i wzruszył rękoma. Zaczął przyglądać się pistoletowi i stwierdził, że ten model wygląda po prostu ohydnie. W porównaniu z polskim visem, który budził szacunek już samym wyglądem, luger sprawiał wrażenie nieudanej zabawki na wodę. Cienka lufa i magazynek sterczący pod kątem nie sprawiały solidnego wrażenia. Staszek nie znał się na broni, ale bez wahania oddałby lugera za cokolwiek choćby przypominającego colta.

Ojciec kilkakrotnie zabierał jego i Bronka do podwarszawskich lasów, by nauczyć synów strzelać. Staszek przypomniał sobie pierwszą taką wycieczkę, która była dla niego zwykłą stratą czasu.

Z niechęcią wysłuchiwał frazesów, że „mężczyzna musi umieć posługiwać się bronią”, a już szczególnie, gdy „na Ojczyznę z dwóch stron czyhają śliniące się hieny”. Bronek patrzył na ojca z uwielbieniem, ale młodszy z braci tylko przestępował z nogi na nogę, czekając na powrót do Warszawy.

Władysław Zaniewski był dumnym posiadaczem remingtona 51, który nie był tanim pistoletem. Pierwszeństwo w strzelaniu, z racji wieku, zawsze miał Bronek, więc ojciec wręczał mu broń, a syn wystrzeliwał cały magazynek. I szeroko się przy tym uśmiechał. Szybko nauczył się trafiać w cel. Staszkowi natomiast trzeba było niemal siłą wciskać pistolet do ręki, a na dodatek mozolnie, wciąż na nowo tłumaczyć technikę strzelania. Siedząc teraz w lesie na terenach Rzeszy, młodzieniec żałował, że nie słuchał ojca uważniej.

Maria zauważyła, że narzeczony odfrunął myślami daleko w czasie i przestrzeni, bo nie udzielił odpowiedzi na jej pytanie. Uśmiechnęła się w duchu i stwierdziła, że kiedy patrzy na zamyślonego Staszka, czuje niebywały wewnętrzny spokój. Kiedy uznała, że czas ruszać dalej, szturchnęła go w ramię i powiedziała:

– No i nie ma tu nic ciekawego. Może nazwa jest zapisana pochyłym pismem, bo Niemcy planują coś tu wybudować.

– Ciekawe – odparł, wyrwany z rozmyślań.

– Co takiego chodziło ci po głowie?

– Nic szczególnego. Myślałem o tym, jak ohydny jest ten pistolet.

Popatrzyła na broń i uśmiechnęła się.

– Czy ja wiem? Pistolet jak pistolet.

O zachodzie słońca dotarli do Lübchen. Na obrzeżu wsi zastali niewielki punkt przeładunkowy, najprawdopodobniej węgla kamiennego, gdyż wokół widzieli rozrzucone małe bryłki.

Usiedli na krótkim, kamiennym podeście przy torach, a Staszek wyciągnął zgniecioną paczkę salemów gold i wyjął z niej dwa papierosy. Maria popatrzyła na niego z rezygnacją.

– Miałeś swoje papierosy, ale musiałeś skorzystać z propozycji Christiana?

Wzruszył ramionami i odparł:

– Lepiej zastanów się, czy idziemy do wsi czy czekamy tutaj na pociąg.

– Myślę, że powinniśmy czekać.

– Może przyjechać za godzinę albo za tydzień, a tyle tutaj nie wysiedzimy.

– We wsi też nie mamy czego szukać. Od razu wywołamy sensację.

– To zostańmy tutaj do jutra, a jeśli nic nie przyjedzie, pójdziemy dalej na piechotę.

Maria przypomniała sobie odciski i gangliona, których nabawiła się podczas ich długiego marszu z Warszawy na zachód. Z niepokojem stwierdziła, że przecież wtedy miała na nogach buty bardziej odpowiednie do długiej wędrówki. Teraz nosiła niewygodne pantofle, które kupiła w jedynym czynnym sklepie w Rawiczu, by prezentować się dobrze jako Gina Henckel von Donnersmarck.

Spędzili noc niedaleko torów, ukryci za ścianą lasu. Było im potwornie zimno, mimo że mocno przytulili się do siebie. Nie byli przygotowani na październikowe temperatury. Uciekając z miasta, nie wrócili do kwatery po ciepłe ubrania. Wzięli tylko płaszcze, które mieli podczas wizyty w biurze Leitnera. Ledwo nadawały się na wieczorne przechadzki po mieście, a co dopiero mówić o spaniu w lesie.

Marię obudziło w środku nocy wycie jakiegoś zwierzęcia. Zerwała się, myśląc, że to wilk, więc zaczęła nerwowo się rozglądać. Nie zauważyła żadnego ruchu, ale przez mleczną ścianę mgły trudno było cokolwiek zobaczyć. Przeszły ją ciarki, gdy obserwowała powolny ruch białego oparu, który z niezrozumiałych powodów budził w niej przeszywający lęk.

Staszek też się rozbudził i przez chwilę wyglądał, jakby nie wiedział, gdzie się znajduje. Popatrzył na nią i spytał:

– Nie możesz spać? – Po czym przytulił ją mocniej.

– Coś wyło w lesie.

– Nie przejmuj się tym, mamy szkaradnego lugera – odparł cicho.

– Z którego żadne z nas nie umie strzelać.

– Nie gadaj, śpij.

Jabłonowa, początek października 1939 roku

Ojciec Rufina popatrzył na czterech mężczyzn, którzy najwyraźniej mieli nierówno pod sufitem. A może po prostu chcieli popełnić samobójstwo. Prezentowali się osobliwie. Młody sierżant, dość przystojny i o pewnym siebie wyrazie twarzy, starszy człowiek, który wyglądał, jakby znalazł się tu z innej bajki, młokos bez trzech palców u jednej ręki i podstarzały chorąży, który usilnie starał się zakręcić swoje wąsy do góry, by nadać twarzy poważniejszego wyglądu.

– Wprawdzie uszczuplacie grono Gwardii Obrony Rzeczypospolitej o czterech cennych ludzi, ale życzę wam szczęścia i powodzenia w drodze do celu.

Zgromadzeni przed szopą pozostali żołnierze GOR-u zaczęli ściskać im ręce i klepać po plecach.

– Zostajecie tutaj? – spytał Bronek.

Ojciec Rufina kiwnął głową i powiedział:

– I tak nie mamy dokąd wracać. Poza tym, są tu jeszcze Niemcy, na których warto zapolować. Nie mówiąc o Ukraińcach.

– Bądźcie ostrożni, teraz będzie was szukał każdy oddział Wehrmachtu – stwierdził Chwieduszko.

– Wolę spróbować szczęścia tutaj, niż z wami w tej samobójczej misji. Po co w ogóle idziecie na północ?

– Załatwić niedokończone sprawy – odparł z uśmiechem Bronek.

– W takim razie uważajcie na siebie. Może jeszcze kiedyś się spotkamy.

– Mam taką nadzieję – odparł chorąży bez przekonania.

Wsiedli do półciężarówki CWS-T1, z której nie tak dawno temu wyciągnął ich oddział Mikorskiego. Gdy odjeżdżali, Kremmer wychylił się z paki i wesoło pomachał gorowcom.

– Ubiją ich w ciągu kilku dni – odezwał się chorąży do Zaniewskiego, który prowadził samochód.

– Może nie. Mają dobrą kryjówkę i świetnie znają okolicę. Poza tym, pewnie na żadnej niemieckiej mapie nie figuruje taka wioszczyna jak Jabłonowa.

– Zaczynasz przekonywać mnie, że warto zawrócić i siedzieć tam na dupie?

– Nie wierzę, żebym miał aż taki wpływ na ciebie.

Chorąży popatrzył na niego, prawie się uśmiechając.

– Ależ rzuca! – rozległ się krzyk Kremmera, kiedy podskakiwali na wertepach „kurzowej” drogi, jak określał takie trakty stary ziemianin. Chwilę później Kiljan wykonał akrobatyczną sztuczkę, próbując przez małe okienko włożyć głowę do kabiny.

– Sierżancie, nie da się jakoś spokojniej? Na pace tak nami rzuca, że zaraz świat znów zobaczy zupę, jaką dostaliśmy na odchodne z Jabłonowej.

– Siedź spokojnie i nie narzekaj, szeregowy – rozkazał Zaniewski, a Chwieduszko dodał:

– Wolisz iść na piechotę?

Roman skrzywił się i cofnął głowę.

– Nie zmieniamy się z nimi do samych Baranowicz – entuzjastycznym tonem oznajmił chorąży, a Bronek uśmiechnął się, unosząc lewy kącik ust.

Chwieduszko, obserwując drogę, pomyślał, że po raz pierwszy w życiu może powiedzieć, iż czuje się dobrze w towarzystwie jakiejkolwiek grupy ludzi. Nawet pośród rodziny nigdy nie mógł znaleźć swojego miejsca. Już w dzieciństwie wiecznie kłócił się z innymi. Nie wynikało to z jego złej woli, a raczej nieumiejętności zachowywania się w sposób akceptowalny społecznie.

– Jak Obelt – odezwał się.

– Co?

– Obelt uśmiechał się tak jak ty – smutno odparł chorąży, orientując się szybko, że mimowolnie użył czasu przeszłego.

Bronek przywołał w myślach obraz kapitana i stwierdził, że faktycznie tak było. Chyba nieświadomie przejął tę minę dowódcy, choć nie gościła często na jego obliczu.

– Myślisz, że on żyje? – spytał.

– Na pewno – Chwieduszko zrobił pauzę, jakby zastanawiał się nad własnymi słowami. W końcu dodał, już pewniejszym głosem: – Na pewno. Rufin w ostatniej rozmowie z Mikorskim mówił, że kapitan nie zdradził im niczego. Będą go dalej przesłuchiwać.

– Ale już nie w naszej sprawie.

– Pewnie nie. Nami najwyraźniej zajmowało się SS.

Obaj poczuli satysfakcję, że Niemcy za punkt honoru postawili sobie ujęcie grupy, która rozbiła ich dwie jednostki.

– A teraz czmychnęli z podkulonymi ogonami na zachód. Mamy spokój – powiedział warszawiak.

– Przynajmniej ze strony Niemców. Ale jak dorwą nas Ruscy, też będziemy mieli przesrane.

Wprawdzie cała ich czwórka nosiła cywilne ubrania, ale na pace, oprócz Kremmera i Kiljana, znajdowała się broń. Zgromadzony przez nich arsenał składał się przede wszystkim z niemieckiego sprzętu, zdobytego na einsatzgruppe w Beniowej. Jeśli zostaną skontrolowani przez sowieckich żołnierzy, nijak nie zdołają wytłumaczyć przewożenia takiej ilości broni. Zresztą, z pewnością nawet jeden pistolet wystarczyłby, by znaleźli się w następnym transporcie do obozów jenieckich lub na Sybir.

Tymczasem Obelt przeżywał swą podróż znacznie gorzej niż Kiljan czy Kremmer. Hitlerowcy transportowali go w ciężarówce razem z kilkunastoma innymi oficerami Wojska Polskiego. Jechali bussing-nagiem 454, który był cywilnym samochodem, pospiesznie zaadaptowanym do roli nieopancerzonego transportera wojskowego. Kapitan obserwował wyjeżdżające z zamku w Lesku samochody i stwierdził, że Niemcom przydałoby się trochę konsekwencji w doborze taboru. Co pojazd, to z innej parafii.

Cieszył się, że został oddany w ręce Wehrmachtu, regularnego wojska, w którym, z tego co widział, status jeńca miał jakieś znaczenie. Teraz Blankenburg ani żaden inny esesman nie powinien stanąć na jego drodze, choć nie mógł mieć pewności, czy w oflagu nie spotka kolejnego psychopaty. Rzesza zdawała się obfitować w takowych.

Choć były wyjątki. Jeszcze w zamku Klaas, ładując go do auta, wcisnął mu do ręki kawałek niemieckiej kiełbasy i gazę nasączoną wodą. Równocześnie Obelt zauważył, że jest obserwowany przez Rufina, który dzień wcześniej zapowiedział mu akcję gorowców. Kiedy opuszczono plandekę paki, kapitan natychmiast przyłożył gazę do ust i wycisnął z niej wodę. Ledwie jednak potem zaczął łapczywie pochłaniać kiełbasę, plandeka znów się uniosła i na pakę wrzucono kolejnego jeńca.

– Czemu ta świnia to żre? – spytał stojący niedaleko Blankenburg.

– Nie wiem, Herr Obersturmführer.

Oprawca wyrwał Obeltowi z ręki kiełbasę i rzucił ją na ziemię. Ten patrzył za nią smutnym wzrokiem, a potem odwrócił się, by nie oglądać oficera SD, ale ten złapał go za kołnierz i wyciągnął z ciężarówki.

– Dokąd jedzie ten transport? – spytał Klaasa.

– Osterode.

– W takim razie zaszła pomyłka. Właduj go do tamtego wozu. – Blankenburg wskazał na bussing-naga.

– Słucham? Nie takie dostaliśmy rozkazy.

Obersturmführer popatrzył na podoficera zawiedzionym wzrokiem.

– Słuchaj, Alex – podniósł głos, po czym kontynuował już spokojniej: – Dostaliśmy rozkaz wysłania go do oflagu i tak zrobimy. Pojedzie do Murnau.

– Dlaczego?

– Bo w papierach jako miejsce przeznaczenia tego psa figuruje Osterode. Jeśli zaś jacyś brudni Polacy dorwą się do tych dokumentów, będą go szukać w Osterode, a nie w Murnau, rozumiesz?

– Rozumiem, Herr Obersturmführer.

– To świetnie. Teraz ładuj tego kundla na pakę.

Blankenburg marzył, by dostać więcej czasu na zajmowanie się więźniem. Pół nocy spędził na wymyślaniu skomplikowanych i okrutnych tortur, których mógłby użyć dla przezwyciężenia oporu pierwszego człowieka, którego nie zdołał złamać. Zastanawiał się, czy trafił mu się taki wybitny żołnierz, czy też może Polacy są tacy z natury.

Kiedy Alexander Klaas podniósł Obelta, Blankenburg niespodziewanie wyjął sztylet i ugodził jeńca między żebra. Gdyby nawet młody esesman miał czas zareagować, i tak nie zrobiłby nic, by zapobiec ciosowi. Wiedział co prawda o rozkazie wprost z Berlina, który nakazywał umieszczenie tego człowieka w oflagu żywego, ale nie śmiałby sprzeciwić się dowódcy.

Polak otworzył oczy ze zdumienia. „Ty skurwielu, po tym wszystkim jeszcze ci mało” – pomyślał, po czym odgiął głowę maksymalnie do tyłu, by po chwili z impetem wystrzelić nią do przodu, trafiając prosto w zęby Blankenburga. Ten nie zdążył zrobić uniku.

Obersturmführer otarł krew i popatrzył na jeńca wściekłym wzrokiem. Schował sztylet, po czym mocno przytknął palec wskazujący do rany, którą nim zadał.

– To na pamiątkę. Przeżyj, jeśli jesteś na tyle silny. Zdechnij, jeśli jesteś gównem, za jakie cię mam.

Kiedy Obelt został wrzucony do samochodu, wydawało mu się, że zawył z bólu i dał swojemu oprawcy wyczekiwaną satysfakcję. W rzeczywistości wydał tylko cichy pomruk, usłyszany jedynie przez siedzącego tuż obok człowieka.

Podniósł wzrok i zobaczył jakiegoś porucznika, który wstał i z pomocą dwóch innych żołnierzy podniósł kapitana, po czym posadził go na wolnym miejscu. Kiedy samochód ruszył, zabezpieczyli jego ranę czyjąś onucą.

Początkowo milczeli, ale szybko zaczęli wymieniać się swoimi doświadczeniami z przesłuchań. Z ich relacji Obelt zrozumiał, że miał wyjątkowego pecha, trafiając w ręce SS.

Po upływie kilkunastu minut, podczas których samochód nieprzerwanie i nieznośnie podskakiwał na nierównościach terenu, kapitan zaczął odczuwać dotkliwy ból rany zadanej przez Blankenburga. Powoli też tracił nadzieję na odbicie z rąk Niemców, gdyż z każdą chwilą przybywało w kolumnie samochodów, także opancerzonych. Stwierdził, że najlepszą okazją na atak był moment wyjazdu z zamku. Właśnie wtedy rozległ się pojedynczy strzał, potem włączyły się inne karabiny. W przeciągu minuty gdzieś w oddali rozpętało się istne piekło.

Polski