Wydawca: Świat Książki Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 295 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Horror Vacui - Katarzyna Gondek

Wielopłaszczyznowa, intrygująca i niepokojąca powieść Katarzyny Gondek to historia dojrzewania młodej kobiety. Gorzki obraz nieszczęśliwej rodziny miesza się z mroczną i groteskową, niedziecięcą fantazją.

Nor(m)a ma grubego, pijanego Ojca i chudą, złą Matkę, którą Ojciec bije. Ale umowy o bycie rodziną nie da się łatwo wypowiedzieć. Nor(m)a ucieka więc z domu, którego nie ma, do szkoły, której nienawidzi, a potem znów ze szkoły do domu. Kiedy w jej życiu pojawia się chora Babka, okazuje się, że jest inna droga wyjścia. Nie, nie na zewnątrz. Do brzucha. W głąb. W światy, które nosi w sobie każdy z nas. Przewodnikiem Nor(m)y będzie w nich nie biały królik, lecz Paw i Wąż, prostytutka i olbrzym, Staruszka i drewniany Jezus. Ale Nor(m)a i tak się zgubi. Po drodze pozna okrutne, dziwne baśnie, które trzeba poznać, żeby wrócić do świata. Do siebie.

Katarzyna Gondek (ur. w 1982 roku w Kłodzku) absolwentka filmoznawstwa na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu oraz kursu dokumentalnego w Mistrzowskiej Szkole Reżyserii Filmowej Andrzeja Wajdy. Autorka wierszy i opowiadań, filmów dokumentalnych i wideoklipów. Na swoim koncie ma nagrodę główną w Konkursie Polskich Krótko- i Średniometrażowych Filmów z Najlepszym Scenariuszem 16. Lata Filmów w Warszawie za dokument Niewidzialni (2010), który zrealizowała z Jarkiem Piekarskim i Andrzejem Doboszem. Nakręciła też Miasteczko – klip do wiersza Tadeusza Różewicza Bystrzyca Kłodzka, który zachwycił jury i widzów 16. edycji festiwalu literackiego PORT WROCŁAW 2011.

„Były święta. Cały dom pachniał jedzeniem przyprawionym szczyptą nienawiści. Jeszcze godzinę temu przez wszystkie betonściany naszej mieszkalnej nory przedzierały się wrzaski i brzęki. Tłuczenie naczyń i mlaśnięcia uderzeń. Matka wiła się we wściekłych pogróżkach, Ojciec obijał powietrze przepitym głosem. Wreszcie wybrzmiało kilka trzaśnięć drzwi i było po sprawie. Teraz, niczym bokserzy po udanej walce, odpoczywali, każde w swoim kącie. Ojciec zasypiał przed telewizorem, a Matka dręczyła naczynia po obiedzie, więc to ja musiałam otworzyć gościom drzwi.”

Fragment książki

Opinie o ebooku Horror Vacui - Katarzyna Gondek

Fragment ebooka Horror Vacui - Katarzyna Gondek

Redaktor prowadzącyKatarzyna Krawczyk

RedakcjaDominika Cieśla-Szymańska

KorektaAgnieszka Trzeszkowska-Bereza Elżbieta Jaroszuk

Copyright © by Katarzyna Gondek, 2013 Copyright © by Świat Książki Sp. z o.o., Warszawa 2013

Świat Książki Warszawa 2013

Świat Książki Sp. z o.o. 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Księgarnia internetowa: Fabryka.pl

Łamanie Akces, Warszawa

Dystrybucja Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o., sp. k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: hurt@olesiejuk.pl tel. 22 721 30 00www.olesiejuk.pl

ISBN 978-83-7943-365-0 Nr 90089285

W serii ukazały się:

Magdalena BielskaMiłośći w zimie

Sylwia ChutnikCwaniary Dzidzia Kieszonkowy atlas kobiet

Piotr CzerwińskiMiędzynaród Pokalanie

Janusz GłowackiGood night, Dżerzi Z głowy

Manuela GretkowskaAgent Kobieta i mężczyźni Miłość po polsku

Henryk GrynbergUchodźcy

Inga IwasiówBambino Ku słońcu Smaki i dotyki

Michał KomarWtajemniczenia

Mariusz MaślankaBidul

Zośka PapużankaSzopka

Jerzy PilchMarsz Polonia Miasto utrapienia Moje pierwsze samobójstwo

Eustachy RylskiCzłowiek w cieniu Na Grobli Warunek Wyspa

Juliusz StrachotaOprócz marzeń warto mieć papierosy

Michał WitkowskiDrwal Lubiewo bez cenzury

Piotr WojciechowskiDoczekaj nowiu

część pierwsza

DO NORY,

Widzę to tak.

Kształt kosmosu odbywającego się pod ludzką skórą jest porządny i prosty. Posiadamy otwory wpuszczające substancje wszechświata, przestrzenie, gdzie są one przechowywane, i otwory wydalające zbędne elementy. Mamy kanały przepływu informacji – żyły. Mamy gęste, pożywne rzeki krwi niosącej co trzeba, gdzie trzeba. Posiadamy miejsce święte – czaszkę, miejsca kultu – organy płciowe i miejsce powszednie, czyli brzuch. I to właśnie brzuch jest najważniejszym obszarem cielesnego kosmosu. To tu dokonują się podstawowe przemiany, to przez jego czyściec musi przejść każda wpuszczona w obieg substancja, włącznie z muzyką, myślą i zapachem. W brzuchu dzieją się rzeczy proste i najważniejsze. Brzuch jest istotą. W brzuchu są istoty.

Tak to rozumiem.

Wokół naszego brzucha odbywa się skręcanie potężnej pępowiny, domykanie kolejnego brzucha nad kolejnym brzuchem. Zrozumieć spiralę przewlekającą się przez poziomy istnień i światów to zrozumieć boskie sprawy.

Ja je rozumiem. Nauczyłam się czytać w ludzkich pępkach, przykładać oko do ich korytarzy, przedzierać się wzrokiem przez gęstwinę skóry. Zaglądać do środka i podpatrywać progi nieskończoności. Nad tobą kosmos, w tobie kosmos. Ty – pępowina. I tyle.

Tak to wygląda.

I jeśli teraz to czytasz, to znaczy, że ty też możesz zrozumieć. Powoli. Słowo po słowie. Patrząc mi w oczy.

Widzisz moją twarz? Wyglądam jak ledwo ludzkie szczenię. Widzisz, co teraz robię? Ściskam i uwalniam powieki. A teraz? Uważaj, daję ci znaki. Szeroko otwieram usta, wystawiam język i wytrzeszczam oczy. Widzisz? Po moim języku, przyjrzyj się uważnie, spaceruje oparta o laskę Staruszka. Boisz się? Przyjrzyj się jej spokojnie.

Trzeba ją stamtąd zabrać.

Ona mi bardzo przeszkadza. Jeśli możesz... tobie nie zrobiłaby krzywdy. Pocałuj mnie. Musisz się pochylić i ustami sięgnąć pępka. Kiedy to zrobisz, daj mi znać, ja wystawię Staruszkę na języku, a ty wciągniesz powietrze. Uratujesz mnie. Mój brzuch, oczy, mózg. Uratujesz moje wewnętrzne powietrze, mnie na zewnątrz powietrza i cały, ale to cały, dobrze skonstruowany ludzki kosmos. Boisz się? Nie rozumiesz?

Opowiem ci od początku i może potem będziemy mogli coś dla siebie zrobić.

* * *

Przyprowadzili ją po ciemku. Wujek, Ciotka, obca Pielęgniarka i Ona wdrapali się pod drzwi naszego domu. Mieszkaliśmy wysoko, więc cała czwórka, zamiast zapukać, sapała przed wejściem.

Były święta. Cały dom pachniał jedzeniem przyprawionym szczyptą nienawiści. Jeszcze godzinę temu przez wszystkie betonściany naszej mieszkalnej nory przedzierały się wrzaski i brzęki. Tłuczenie naczyń i mlaśnięcia uderzeń. Matka wiła się we wściekłych pogróżkach, Ojciec obijał powietrze przepitym głosem. Wreszcie wybrzmiało kilka trzaśnięć drzwi i było po sprawie. Teraz, niczym bokserzy po udanej walce, odpoczywali, każde w swoim kącie. Ojciec zasypiał przed telewizorem, a Matka dręczyła naczynia po obiedzie, więc to ja musiałam otworzyć gościom drzwi.

Od pewnego czasu nie lubiłam grubawej, gderliwej Ciotki, nie lubiłam uległego, tłustawego Wujka, ale zanim w moim domu zrobiło się głośno i brutalnie, lubiłam prawie wszystkie stworzenia. Wujek i Ciotka wydawali mi się wtedy bardzo udanymi ludźmi. Mieszkali w prawdziwym, dużym mieście, którego nie dało się w całości przejść na nogach, więc żeby dotrzeć do ich domu, używaliśmy specjalnych, zawieszonych na długim sznurku pomieszczeń, podobnych do konserwy rybnej. Ciotka robiła najlepsze jajecznice na bezsenność. Kiedy przychodziło się nocą do kuchni, ona, z papierosem w ustach, przerywała nocne płacze i bełtała jajka. Przekonywała, że zasnę chwilę po zjedzeniu, i rzeczywiście zasypiałam. Wujek też nie był zły. Potrafił zwykłą wodą wyleczyć najgłębsze zadrapanie, którego sprawcą był podwórkowy kot. Tak było dawno temu, kiedy jeszcze podobała mi się większość ludzi.

Teraz wiedziałam już, że ludzie bywają całkiem nieprzyjemni. Matki potrafią krzyczeć, a ojcowie bić matki. Mogą to robić, nie zwracając uwagi na innych, mniejszych od siebie ludzi. Umieją nawet nie zauważać czyichś rozsądnych próśb o odrobinę ciszy i spokoju. Są jak byki nasączone trucizną. Ojciec, kiedy jeszcze miałam do niego odrobinę sympatii, pokazywał mi takiego byka w telewizorze. Wielkie czarne zwierzę wypadło z drewnianej budy i popędziło za kolorowym chłopcem. Z byczego tyłka sterczał kawałek drewna, który Ojciec nazwał strzałą i powiedział, że tą właśnie strzałą do byka wpuszcza się truciznę. Tę samą truciznę podaje się kolorowemu chłopcu i w ten sposób nakłania się ich obu do morderczej walki w piaskownicy. Dlaczego w piaskownicy? Bo piasek chętnie pije krew, obficie wydzielaną przez byka i chłopca w momentach wściekłości. Ludzie, którzy patrzą na walkę, też muszą spożyć odrobinę trucizny, bo inaczej smuciłoby ich to całe zabijanie. Pytałam Ojca, po co ludzie, byk i kolorowy chłopiec to robią. Powiedział, że zrozumiem to, jak dorosnę.

Teraz życie jest prostsze: nie podoba mi się moja Matka. Jest chuda i zła na cały świat. Nie podoba mi się Ojciec. Jest gruby i często pijany. Nie lubię Ciotki i Wujka, którzy od niedawna przypominają mi roztrzęsione, gromadzące zapasy stworzenia, coś na kształt pary nerwowych chomików. Ona – chomik władczy i święty, on – chomik pokutny. Nie podobała mi się Szara Pielęgniarka, która przyszła z Chomikami do mojego betonowego domu i przyprowadziła tę przedziwną, pomarszczoną osobę. Nie podoba mi się sufit. Nie podoba mi się pies, którego nie mam, a przecież kiedyś chciałam mieć. Krzywię się ze wstrętem na widok każdej wersji istnienia.

Ale Ona jest zupełnie inna. Jest stara i chyba trochę nieprzytomna. Ma pomiętą twarz. Bruzdy na jej policzkach są tak głębokie, że mogę (i chcę!) zagłębić w nich całe palce. Włosy, zupełnie białe, opadają w bezładzie aż do podkurczonych łokci. Jest prawie przezroczysta, bezbarwna. A jednak cała świeci, tylko coś powstrzymuje ją przed wypuszczeniem z siebie tego światła, tak jakby zaraziła się szarością od cichej, władczej Pielęgniarki.

Kiedy już zdjęli z jej przygarbionego ciała ciężki płaszcz i kolejne warstwy wełnianych sweterków, powoli zaczęła się rozglądać. Jej oczy wydawały się przyzwyczajone do posłusznego niedowidzenia, bo używała ich bardzo nieumiejętnie. Podczas gdy Chomiki witały się z zapuchniętymi oczami Matki i wściekłym powarkiwaniem Ojca, pomarszczona kobieta śledziła wzrokiem linie między ścianą a sufitem, potem ramy okna i wreszcie podłogę. Spodziewałam się, że po tym ściennym maratonie spojrzy na istoty ludzkie, jednak Ona zajęła się przeglądaniem swoich paznokci.

– Jak się mama czuje? – zapytała moja Matka. Przestraszyłam się, że już zupełnie oszalała. Sama siebie pyta, jak się czuje, i to w obecności innych ludzi, którzy od jakiegoś czasu podejrzewają ją o chorobę psychiczną? I jeszcze nieostrożnie posługuje się określeniem, którego kilka miesięcy temu pisemnie zabroniłam jej używać. Po domowej gonitwie z wrzaskiem, jaką rodzice urządzili sobie w dzień moich urodzin, napisałam do nich oficjalny list, w którym poinformowałam o wygaśnięciu ich praw do tytułów Mamy i Taty. Dopisałam, że decyzja jest nieodwołalna, a w razie jej naruszenia ryzykują, że wyprowadzę się z domu. Przez okno. Tym razem jednak postanowiłam wstrzymać się ze spacerem w stronę okna i wraz z rodzicami wpatrywałam się w niezwykłą Staruszkę. Chyba zaczęła coś nucić, jednak nie poruszała przy tym ustami. Przez chwilę wydawało mi się, że słyszę słowa: „ale nuda”.

Zauważyła mnie dopiero po szklance herbaty. Wcześniej, bez większego zainteresowania, przespacerowała się wzrokiem po gębie Ojca, ścianach, po przelatującym gołębiu, mojej Matce i posłusznie reagowała na polecenia rzucane przez Pielęgniarkę i wujostwo. Herbata chyba trochę ją rozgrzała, bo teraz patrzyła mi prosto w oczy i było widać, że właśnie na patrzenie na mnie ma ochotę.

Dorośli reagowali na nią z wyraźnym niepokojem, jakby Starowinka była pomarszczoną bombą, która w każdej chwili może zamanifestować swoje istnienie eksplozją. Każdy czekał, aż ktoś inny zajmie się rozbrojeniem faktu, że Ona, Starowinka, jest wśród nas. I kim jest. Bo przecież każdy kimś tam jest. Nie można być tylko Staruszką, zawsze jest się przynajmniej Staruszką przylepioną do Szarej Pielęgniarki. Jednak Pielęgniarka zbierała się do wyjścia, odbierając Staruszce tymczasową tożsamość, i ktoś inny musiał się zająć nadaniem jej funkcji przy świątecznym stole.

Mogłaby być ubogą krewną albo daleką Ciotką, ale gdyby nią była, miałaby na pomarszczonych ustach wyciśnięte słowa „dziękuję” i „błagam”. A nie miała. Gdyby to zależało ode mnie i gdyby dało się zaklinać ludzkie tożsamości według własnych potrzeb, można by ochrzcić ją „wróżką Staruszką od rzucania uroków na łóżko”. Jako taka wróżka miałaby obowiązek i jednocześnie zaszczyt, by każdego poranka skłaniać łóżko do samopościelenia i każdej nocy prosić je czarami, by się rozścieliło i wstrząsnęło kołdrę przed snem. Ale ja, niestety, w tym świecie nie miałam zbyt wiele do powiedzenia. Trzeba było czekać na wyroki dorosłych. Oni na pewno zrobią z niej kogoś mniej ważnego, żeby tylko nie musieć zwracać na nią uwagi. Na przykład „tę, która siedzi w kącie i obgryza paznokcie”, albo, tak jak robią ostatnio ze mnie, „tę, która jak nie milczy, to krzyczy, jak nie biega, to śpi”.

Ciotka podniosła kuliste cielsko, padł rozkaz i trzeba było zasiąść do kolacji. Zaczęliśmy, jak każe zwyczaj, od krępujących życzeń. Na wszelki wypadek, by nikogo nie urazić, życzyliśmy sobie tego samego, czyli zdrowia. Zdrowie, podobno, zawsze się przyda, życzenia były więc bezpieczne i pożyteczne, a jednak po sposobie ich wypowiadania można było rozpoznać ukryte motywy życzeniodawców. Gdy Matka życzyła zdrowia Ojcu, ja słyszałam, jak żąda, by mniej pił i przestał być tym, kim jest, czyli kimś złym. Ojciec zaś sugerował Matce początki choroby psychicznej i podjęcie prób leczenia. Wujek i Ciotka nawzajem grozili sobie życzeniami. Wujek straszył, że jak ona się pochoruje, to on będzie smutny, Ciotka, że jeśli on się pochoruje, to ona mu pokaże. Życzenia zdrowia dla Staruszki pachniały śmiercią. Czułam, jak słowa wychodzące z ust rodziców i wujostwa łaszą się do tego niebezpiecznego pojęcia.

Nie wiedziałam wtedy, czym jest śmierć. Domyślałam się tylko, że oznacza ona stan całkowitego bezruchu i utraty przyczepności do podłoża, który podglądałam u much, kiedy definitywnie kończyła się ciepła połowa roku.

Życzenia składane mnie samej analizowałam szczególnie dokładnie, mogę więc stwierdzić, że Ojciec życzył mi, bym zdrowo wyrosła na zdrową pannę o zdrowym wyglądzie i żebym jakoś przetrwała to z nimi dorastanie. Matka też chciała dobrze, a mianowicie, bym jakimś sposobem, w zdrowiu psychicznym i fizycznym, uniosła życie przy tym potworze, moim Ojcu. Ciotka życzyła mi zdrowia, czyli normalności, i żebym nie sprawiała kłopotu, bo kłopotów jest na świecie już i tak za dużo. Wujek chciał, bym często biegała po podwórku, bo podwórko to zdrowie, a dom, sama przecież widzę, ze zdrowiem niewiele ma wspólnego. Pielęgniarka na szczęście wyszła do swojego zdrowia rodzinnego i nie musiała dzielić się z nami profesjonalnymi życzeniami zdrowotnymi. A ona? Starowinka nie odezwała się ani słowem. Pochylała się grzecznie pod życzeniami zdrowej śmierci, która ma nastąpić jak najpóźniej, a jednak w rozsądnej perspektywie czasu, i pozwalała się całować po zmarszczonej twarzy, pokornie mrużąc oczy, podsuwając policzek pod życzliwe usta.

Na to właśnie czekałam. Gdy tylko przyszła moja kolej, wyciągnęłam dłonie do jej policzków i całując ją, zagłębiłam palce w miękkich, głębokich zmarszczkach. Tak mi się wtedy zrobiło ciepło pod stopami, tak mi się w brzuchu wszystko rozkleiło, że zawstydzona, z wypiekami na twarzy, odskoczyłam od Starowinki, strącając przy tym wazę zupy ze świątecznego stołu. Wreszcie się uśmiechnęła, pomyślałam, patrząc na Staruszkę, zanim ogłuszył mnie krzyk dorosłych ratujących poparzoną barszczem stopę Wujka.

– Nic się nie stało! Ojej, nic mi nie będzie, nie trzeba... – popłakiwał skrzywdzony Wujek.

Nie będzie zupy, a przecież bez niej nie ma świąt! Przeze mnie „cała magia wsiąka w dywan”, biadolą Matka z Ciotką, nachylone u brzegów wielkiej plamy. Można by przecież wycisnąć obrus, dywan, Wujkową skarpetę i starczyłoby zupy dla wszystkich, pomyślałam, ale wolałam nie wychylać się z całodziennego milczenia. Nie podobam im się teraz, ponieważ popsułam ład. Powinnam oberwać, ale Ojciec jest zajęty, bo panowie, umywając ręce od plam, wypełniają kieliszki płynem, który zawsze bardzo mnie interesował. Pada toast „na zdrowie” i dorośli piją, patrząc na barszcz w dywanie. Ja i Stara wreszcie bez przeszkód patrzymy sobie w oczy. Też byśmy chciały się napić.

Wigilijne wypełnianie ciał to gra wymagająca niezwykłej wytrwałości. Służy ona gwałtownemu oczyszczeniu ciała ze zła, które zbierało się w nim przez cały rok. Zasady gry są proste. Każdy człowiek musi zjeść za dużo. Pożywienie wciskane w ciało do oporu oczyszcza człowieka ze złych myśli, wypychając je poza cielesne granice razem ze strawioną masą jadła. Jedzenie zapełnia przestrzeń trwonioną wcześniej na bezsensowne namysły i cierpienia, a potem wydostaje się wiadomym sposobem, zabierając ze sobą odpady po przykrych emocjach. Trzeba jednak uważać, by nie przesadzić i się nie zapchać. Jeść należy w ilościach proporcjonalnych do wielkości posiadanego ciała i wypełniających je niegrzecznych myśli i uczynków. Gra w przeżarcie to zwyczaj zbiorowy, podzielony na kilka etapów, w których muszą brać udział wszyscy domownicy zebrani przy świątecznym stole. Zabawa się urywa, gdy ktoś wstanie. Wtedy trzeba czekać. Podczas wypełniania ciała należy więc za wszelką cenę zachować zdrowy rozsądek, bo wystarczy, by jedna osoba zapchała się zbyt obficie, i psuje się cała dalsza sekwencja świątecznych wydarzeń. A przecież tuż po obżarstwie odbywa się rytuał zdzierania skóry z prezentów. Jeśli jednak ktoś napełni się nadmiernie, odwleka się to o kolejne bolesne minuty, a nawet godziny, bo trzeba czekać, aż wypchanej osobie wrócą zmysły i wróci z ubikacji.

Tego wieczoru przy stole panował umiar i milczenie. Staruszka jadła bez entuzjazmu, choć widać było, że podoba jej się smak ciepłego jedzenia. Dorośli wypychali się ładnie i łagodnie, bez drażniącej przesady. Kiedy kończyliśmy ostatnie danie, wydawało się, że sprawnie przejdziemy do fazy prezentów, a jednak po odłożeniu sztućców zostałam dyskretnie pogoniona do łóżka.

– Prezenty możesz zabrać ze sobą – ponaglała Matka, zupełnie na mnie nie patrząc.

Widać było, że dorosłym spieszy się do nocnej rozmowy przy kieliszku. Nie podobał mi się taki obrót spraw. Musieli przecież wreszcie wyjaśnić, kim jest Starowinka dostarczona na wigilijną kolację przez suchą Pielęgniarkę. Nie mogli jej tak po prostu przemilczeć. A może mogli? Obawiając się toku wydarzeń, postanowiłam działać.

– Czy Staruszka jest moim prezentem? – zapytałam. Chyba nie zrozumieli.

– Na ciebie już pora – ponaglił mnie Ojciec. – Nie chcesz przed snem zajrzeć pod choinkę?

– Wolę Staruszkę.

– To głupie żarty – zawyrokowała Ciotka.

Ale Starowince chyba się spodobało. Uśmiechnęła się i wreszcie wykonała pierwszy ludzki ruch. Sięgnęła po biedny, ciepłozielony sweterek, pogmerała trochę pod jego skrzydłami i nieśmiało wyciągnęła w moją stronę broszkę w kształcie dużego, czerwonego Pawia. Świecidełka zdobiące jego pióra błysnęły mi w oczy, chłonąc w siebie całe choinkowe światło. Paw był doskonały! Rozłożysty ogon i dumnie uniesiona w górę główka wydawały się pochodzić z innego, znacznie lepiej skonstruowanego świata. Był dla mnie? Matka cicho położyła dłoń na ręce Staruszki i w pół drogi powstrzymała szybujący w moją stronę podarunek.

– Mamo, ona jest za mała. Zgubi.

Staruszka spojrzała na nią półprzytomnie i nagle, z niezwykłą zwinnością, rzuciła Pawia w moją stronę. Zachwycona widokiem pierwszego na świecie latającego Pawia, nieopatrznie pozwoliłam mu wylądować na twardej podłodze. Nie złapałam go. Paw zdechł. Złamał się na pół, dowodząc mojej kompletnej niezdarności.

– Oj – przemówiła Staruszka, zwracając na siebie uwagę niezadowolonych dorosłych.

– Mama coś mówiła? – zdziwił się Ojciec.

Staruszka szybko wróciła do nieprzytomnej pozy, ale zauważyłam, że z niepokojem zerka na rozbite zwierzątko.

Nie wiedziałam, co mogę zrobić. Zasmuciłam Staruszkę, która właśnie zaczęła mi się podobać. Zamordowałam Pawia, który miał być mój. Jedyne, co przyszło mi do głowy, to sztuczne oddychanie. Ojciec kiedyś mi tłumaczył, że jeśli ktoś w mojej obecności nagle przestanie oddychać, powinnam natychmiast, z okrzykiem „ratunku”, rzucić mu się do ust i pompować do nich swoje powietrze.

– Ratunku! – krzyknęłam, rzucając się na maleńki dziób. Nie mogłam trafić, ale dmuchałam z całej siły.

Matka pochyliła się nade mną i z jękiem odciągnęła mnie z miejsca wypadku.

– No, ona jest nienormalna – żachnęła się Ciotka i tym samym rozpoczęła odwieczną awanturę rodzinną.

– Nie waż się tak mówić! – syknęła Matka i po raz kolejny połączyło ją z Ciotką wspólne zajęcie.

Rozpoczęły kłótnię o poczytalność. Wypominały sobie na przemian, jak to jedna mówi do siebie na ulicy (to o Matce) i jak druga tylko modli się i pochłania ciastka, jakby właśnie do tych ciastek się modliła (to o Ciotce).

Chętnie przysłuchałabym się tej wyliczance, ale poczułam przy uchu miękki, ciepły zapach. To Ona pochylała się do mnie, tak by nikt nie zauważył.

– Skleisz go, dobrze? – szepnęła, podając mi Pawia w kawałkach.

– Skleję.

– Dobrze. Nie zapomnij. Nie chcemy, żeby cierpiał całą noc, prawda?

Chwilę potem zaprowadzono mnie i Staruszkę do łóżek. Matka najpierw pomogła Staruszce, którą nazywała swoją matką, a potem przyszła do mojej sypialni, żeby wymusić na mnie sen. Nie trzeba było długo czekać. Od razu po przyłożeniu głowy do poduszki zaczęłam posłusznie udawać. Odczekałam dłuższą chwilę, pozwalając dorosłym otworzyć butelkę wina, po czym wyruszyłam do kuchni po klej. Wiedziałam, gdzie jest ten specjalny, który podobno potrafi zlepić wszystko. Ojciec powiedział kiedyś, że można nim nawet przykleić człowieka do człowieka (dodał, że pewnie ktoś niepotrzebnie wysmarował nim jego i Matkę), więc na jednego małego Pawia też powinien zadziałać. Wracając, przykleiłam się na chwilę do drzwi dorosłych, by wreszcie trafić na ważny dla mnie fragment rozmowy.

– Będzie musiała zostać u was – zadecydowała Ciotka.

– Przecież wy macie więcej miejsca. Cały dom. A my i tak się tu gnieciemy – warknęła Matka.

– My zajęliśmy się Ojcem. A poza tym z jego rodzicami też nie jest już dobrze – skarżyła się Ciotka, wskazując na zbolałą minę Wujka. – Słuchaj, to długo nie potrwa. Widzisz, w jakim ona jest stanie.

– Bóg wie, że to początek końca – wiernie dokończył Wujek.

– Bogiem nam tu nie merdajcie przed oczami. Pijmy. – Ojciec chyba wiedział, że protesty nic nie dadzą, ja jednak czułam, że nie podoba mu się kierunek tej rozmowy.

Długo dyskutowali nad Staruszką, ale wreszcie doszli do wniosku, że mi ją zostawią. Staruszka okazała się moją Babcią. Matką Matki i Ciotki. Od dłuższego czasu nie było jej na świecie, a teraz nagle zaczęła dawać o sobie znać. Babka nie jest zdrowa. Ma w sobie czerwone, uszczypliwe zwierzę, zwane rakiem złośliwym, które niebawem zabierze ją na Tamten Świat. Spodobało mi się określenie „Tamten Świat” i postanowiłam czym prędzej dowiedzieć się, gdzie on jest i w jaki sposób się do niego dociera.

– To był żywy trup. Teraz nagle coś jej się pootwierało na starość i trzeba poczekać, co z tego wyniknie... Jezu, ale mi brzuch pęka – jęknął Wujek.

– Znowu zmieszałeś swojego Boga z żarciem? – zakpił podpitym głosem Ojciec.

Na te słowa – domyślając się, że lada moment Wujek popędzi do ubikacji – umknęłam do pokoju. Ułożywszy pod kołdrą lampkę, złamanego Pawia i tubkę kleju, zabrałam się do naprawiania wyrządzonych szkód.

– Piękne zwierzątko – mówiłam do Pawia, wyciskając mu na ogon odrobinę cieczy. – Biedne stworzonko – szepnęłam, przykładając ułamany ogon do reszty korpusiku. – Zdrowe ptaszątko – dodałam, mocno ściskając ze sobą rozłączone części. Trzymałam go dobrą chwilę, myśląc tylko o tym, by mi się pomyślnie zlepił.

Nagle połączony w całość Paw groźnie otworzył oczy. Nachylił czerwony łebek w moją stronę, fuknął i wyrwał mi się z dłoni. Obrażony, z zadartym dziobem, wyszedł spod kołdry i ustawił się wyczekująco pod drzwiami.

Przyznaję. Zdziwiłam się. Ale przecież nie mogłam mu tego okazać (już i tak wystarczająco go uraziłam, łamiąc mu ogon). Klej dobrze działał. Paw, potrząsając piórami, nakazywał mi otworzyć drzwi sypialni. Usłuchałam go bez słów. Wyszedł i straszliwie obrażony udał się do pokoju, w którym spała Staruszka.

Moja Babcia Staruszka. Nigdy jeszcze nie miałam Babci. Nigdy nie widziałam obrażonego Pawia. Spodobały mi się te odkrycia i zasypiając, modliłam się o kolejne.

Przyjemnie jest modlić się w nocy. Trzeba wpatrywać się w ciemność ukrytą za zamkniętymi oczami i namawiać ją, by odsłoniła światło, kolory, kształty. Nie wiem, czy robię to tak, jak się powinno, ale przecież nie będę pytać o radę dorosłych. Wolałabym nie wiedzieć tego, co oni wiedzą.

* * *

Pewnego dnia, w niepewnej godzinie, Król Złote Czoło zwołał przed swe świetliste oblicze wszystkich mędrców królestwa. Słynący z filozoficznych ciągot Król postanowił zasięgnąć u nich rady co do istoty sfer niebieskich. Zapytał zebranych wprost: „Co tam jest?”. Mówiąc „tam”, miał na myśli niebo, które majestatycznie wskazał królewskim palcem.

Mędrcy dobrze wiedzieli, że Król czeka na odpowiedź trafną i natychmiastową, a jeśli jej nie otrzyma, przywoła swego niestrudzonego sługę, Kata. Mogli odesłać Króla do ksiąg sporządzonych przez światłych astronomów, jednak wiedzieli, że takie rozwiązanie nie usatysfakcjonuje Jego Wysokości. Żadna księga nigdy jeszcze nie przypadła do gustu Złotemu Czołu. „Wszystko, co ważne na tym świecie, kryje się pod kopułą lśniącego sklepienia mej głowy – powiadał Król. – Wy, mędrcy, istniejecie po to, by pomagać w wydobywaniu z niej najważniejszych prawd ludzkości”.

Mędrcy prześcigali się więc w pomysłach, które wydawały się pasować do królewskiej wyobraźni. Jeden zalecił, by na wieży królewskiego zamku postawić śmiałka, który – wpatrując się w nieboskłon – wreszcie uchwyci moment jego prześwitywania i zobaczy nadniebne tereny. Pomysł ten był o tyle trafiony, iż śmiałek mógł zostać zaopatrzony w lunetę i rzeczywiście zobaczyć coś, co zaspokoi królewską ciekawość. Inny Mędrzec zaproponował skonstruowanie wielkiej drabiny, na którą tenże śmiałek mógłby wejść i przyspieszyć tym samym proces poznawczy. Trzeci, dla dodania przedsięwzięciu rozmachu, zaproponował wybudowanie ogromnej wieży, na którą podczas wspaniałej uroczystości wspiąłby się Król Złote Czoło i sam rozwiązał dręczącą go zagadkę.

Na każdy z pomysłów, które podsuwali znający królewski gust mędrcy, Król reagował radosnym okrzykiem: „O tym właśnie myślałem!”. Trzecia propozycja tak bardzo przypadła mu do gustu, że łaskawie przyjął ją jako swoją i rozkazał urzeczywistnić. Niestety, gdy tylko dowiedział się, że zbudowanie wieży potrwa kilka razy dłużej niż jego własne życie, zmuszony był, w majestacie wściekłości, pozbawić głów nieroztropnych mędrców, architektów i budowniczych, którzy przyłożyli rękę do fiaska jego wizji.

Po tych czystkach niepokój mieszkańców królestwa był tak wielki, że na kolejnej naradzie żaden z doradców nie ośmielił się przedstawić Królowi swojego pomysłu na rozwikłanie tajemnicy nieba. Królewski Kat przewidująco ostrzył topór, zgadując, że Król jest coraz bliższy obcięcia głów wszystkim zebranym, gdy wtem z rogu sali cichym głosikiem odezwał się syn Kata, mały Siekierko.

– Królu Złote Czoło, jak Król wie, są na świecie ludzie wysocy i niscy.

– Słusznie mówisz, drogie dziecko. Nie wiem tylko, po co to mówisz i ile cię to będzie kosztowało.

– Królu Złote Czoło, nie dalej niż wczoraj widziałem w lesie człowieka, o którym można powiedzieć, że jest bardzo wysoki.

– Czyżby? Czy jest on wyższy od twojego ojca, gdy podnosi siekierę nad głową skazańca?

– Tak, drogi Królu. Gdyby na uniesionej siekierze mojego ojca postawić kolejnego mojego ojca, a na nim kolejnego i kolejnego, nadal nie sięgaliby do kolan wysokiemu człowiekowi z lasu. Najzłocistszy Królu, czy Król byłby łaskaw nie zabijać mnie i pozwolić, bym przyprowadził mu tego wielkiego podróżnika?

– A po co mi on, głuptasie? Chyba tylko po to, żeby zobaczyć, jak jego głowa upada na królewski bruk tuż obok twojej!

– A jednak, drogi Królu, gdy tylko Król go zobaczy i zażąda, by wyprostował się na pełną wysokość, okaże się, że jego głowa sięga wysoko ponad chmury Złotego Królestwa. Jeśli skłamałem, przysięgam, oddam głowę pod ojcowski topór.

– Jesteś dzielny. Będziesz w przyszłości dobrym katem, oczywiście jeśli przeżyjesz tę noc. Jeszcze dziś wieczorem, chłopcze, przyprowadzisz do mnie podróżnika giganta. Jeśli jednak okaże się, że skłamałeś, spotka cię straszliwa kara. Twój ojciec, Kat, obetnie najpierw twoją, a potem własną głowę. Jeśli masz jakieś rodzeństwo, Matkę, Babkę albo Dziadka, oni też poczują na własnej skórze ostrze jego siekiery.

Siekierko wybiegł z zamku i zdyszany zagłębił się w gęsty las. Biegł tak szybko, jak tylko potrafiły jego młode nóżki, wiedział bowiem, że podróżny, którego wczoraj zauważył podczas leśnych zabaw, trzema krokami zdołałby przemierzyć całe królestwo i mogło go tu już od dawna nie być. Siekierko pędził, odganiając od siebie myśli o tarapatach, w jakie wplątał siebie i swoją rodzinę. Gdyby ktoś – choćby zbłąkany w leśnej gęstwinie lis czy kruk – zapytał go, dlaczego niepytany odzywał się przed królewskim obliczem, nie potrafiłby odpowiedzieć. A jednak odważył się pochwalić leśnym odkryciem i teraz w biegu, przeskakując nad kłodami, rozdzierając ubranie o ostre gałęzie krzewów, wolał nie myśleć o możliwych skutkach tej brawury. Szepnął tylko, gdy zmęczony oparł się o chłodną skałę:

– Głupi Siekierko, zginie pod ojcowską ręką.

Wtedy to poczuł, że skała poruszyła się i uniosła nad jego głową. Wielki cień spoczął nad chłopcem i przemówił:

– Cóż to za głos piszczy wśród zarośli? Czyżbym znów miał omamy?

– To ja, Siekierko, zdaje się, że jestem przy twojej stopie.

– Wczoraj, wpatrując się w stado maleńkich saren, miałem to przykre uczucie, że mówią do mnie zwierzęta. Z tęsknoty za ludzkim głosem pewnie oszalałem...

– Nachyl się. Tu jestem! Pod koronami drzew!

– Czy przemawia do mnie mój własny ukryty w trawie paznokieć?

– To drzewa, pewnie mylisz je z trawą. Odwróć się i schyl!

– Ale w którą stronę?

– Tu, w lewo i w dół, i jeszcze niżej.

– Głosie leśny, chcesz, bym znowu dał się zwieść głupotom opowiadanym przez złośliwe zające, lisy i żaby? Nie pozwolę wam dłużej bawić się moją samotnością, tchórzliwe pchły! Pchły i gady okrutne! – rozpaczał przebudzony Olbrzym.

– Nie jestem pchłą! Jestem królewskim posłańcem! – krzyknął Siekierko, biegnąc w stronę polany, na której stał się dla Olbrzyma odrobinę widoczny.

– Jeśli nie jesteś szkodnikiem albo kłamcą, czemu się ukrywasz?

– Nie ukrywam się, czekam na polanie. – Siekierko wszedł na gorący od słońca kamień.

Olbrzym poprawił słomkowy kapelusz, zanurzył twarz w leśnej gęstwinie i zbliżył ją do maleńkiego chłopca, mrużąc przy tym oczy. Siekierko tylko trochę się przestraszył zbliżającej się doń, większej od polany twarzy, która z bliska okazała się twarzą zmęczoną i starą.

– Miniaturowy człowiek! Tak mali ludzie na pewno nie mogą istnieć. Wstyd, chyba oszalałem! – lamentował gigant.

– Nie obawiaj się, istniałem, zanim mnie zauważyłeś, więc raczej nie jestem omamem. Nazywam się Siekierko i jestem synem kata z tutejszego królestwa.

– Syn kata? Jesteś tak niski, że mógłbyś co najwyżej obcinać mi paznokcie – rozweselił się Olbrzym. – Ale przepraszam, nie chciałbym cię urazić.

– Nie uraziłeś mnie. Nawet kiedy urosnę, nie będę nadawał się na kata.

– A to dlaczego?

– Nie przepadam za tłumem, trochę się boję, kiedy ludzie biją brawo.

– Skoro tak, to pewnie masz rację, wyjątkowo niewielki chłopczyku. Skąd się wziąłeś w tym lesie? Czyżbyś się zagubił?

– Przyszedłem poprosić cię o pomoc w sprawie życia i śmierci. – I tu Siekierko przedstawił sytuację oraz groźbę wiszącą nad nim i jego rodziną.

– Chłopcze, sprawa jest trudna, ale myślę, że mogę ci pomóc nawet bardziej, niż ci się wydaje. Chciałbym jednak i ja móc poprosić ciebie o przysługę.

– Co mogę zrobić dla kogoś o tyle większego i potężniejszego?

– Możesz wysłuchać mojej opowieści. Jesteś, drogi chłopcze, pierwszym człowiekiem, jakiego widzę od tygodni, a może nawet od miesięcy lub lat. Szczerze mówiąc, zaczynałem już przyzwyczajać się do tego, że jestem ostatnim człowiekiem na ziemi.

– Jak to? Przecież ludzi jest wokół całe mnóstwo, można by nawet powiedzieć, że zbyt wielu.

– Gdy powiedziałeś mi, że niebawem znajdziemy się w królestwie pełnym ludzi, uwierzyłem, że jest dla mnie jeszcze nadzieja. Problem jednak w tym, że – jak się domyślam – ludzie, których mi przedstawisz, wzrostem bliżsi są tobie niż mnie.

– Przykro mi, ale nie widziałem jeszcze nikogo tak wielkiego jak ty.

– Więc jestem zgubiony.

Ogromny, stary człowiek, o zmarszczkach głębokich jak gliniane doliny, w przetartym garniturze i uplecionym z wierzbowych gałęzi kapeluszu, usiadł na koronach drzew, położył na kolanie małego Siekierkę i zaczął opowiadać o tym, jak dotknął słońca i stracił ziemię pod nogami.

* * *

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

część druga

W NORZE,

część trzecia

W NORMIE, czyli na granicy skóry i powietrza