Wydawca: Harlequin Polska Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Honor oficera - Diane Gaston

Podczas plądrowania miasta Badajoz w 1812 roku przez angielską armię, kapitan Gabriel Deane uratował przed brutalnym gwałtem uroczą wdowę Emmaline. Ukrył ją, a następnie pomógł opuścić miasto. Emmaline uciekła z synem do Belgii, a Gabriel pozostał w Hiszpanii. Trzy lata później ponownie spotykają się w Brukseli, gdzie oddział Gabriela przygotowuje się do ostatecznego starcia z Napoleonem. Kapitan traci serce i głowę dla pięknej wdowy, ale jego oświadczyny zostają odrzucone, ponieważ syn Emmaline, Claude, jest gorącym zwolennikiem Napoleona. Obydwaj mężczyźni spotykają się w bitwie. Gabriel ratuje życie Claude’owi i rannego przywozi do Emmaline. Po raz kolejny kochankowie rozstają się, jak sądzą, tym razem na zawsze. Po zakończeniu wojny Emmaline zjawia się w hotelu, w którym zatrzymał się Gabriel i po raz kolejny prosi go o pomoc.

Opinie o ebooku Honor oficera - Diane Gaston

Fragment ebooka Honor oficera - Diane Gaston

Diane Gaston

Honor oficera

Tłumaczyła Teresa

Pamięci mojego kuzyna Jamesa Getmana, oficera amerykańskiej Straży Przybrzeżnej, oraz wszystkim, którzy stracili życie, służąc swemu krajowi. Jesteśmy

Prolog

Badajoz, Hiszpania, 1812 r.

Nocne ciemności przeszył kobiecy krzyk.

Tej nocy do uszu kapitana Gabriela Deane’a docierały niezliczone odgłosy, brzęk tłuczonego szkła, ryk płomieni i wrzaski rozszalałego żołdactwa. Oblężenie Badajoz dobiegło końca i zaczęło się wielkie plądrowanie.

Sprawcami rozbojów bynajmniej nie byli Francuzi, wróg znany z tego, że bezlitośnie grabił zwyciężonych, lecz dopuszczali się ich Brytyjczycy, towarzysze broni Gabriela. Krążyli po mieście niczym dzikie bestie, rabując, zabijając i gwałcąc. Fałszywe pogłoski, jakoby Wellington pozwalał na takie zachowanie, jeszcze podsyciły przemoc.

Gabriel i jego porucznik Allan Landon zgodnie z rozkazem przybyli do tego piekielnego kotła, nie po to jednak, by powstrzymać zamieszki. Ich zadaniem było odnalezienie pewnego człowieka.

Edwina Tranville’a.

Ojciec Edwina, generał Tranville, kazał im odnaleźć swojego syna, który nieroztropnie dołączył do maruderów. Znalazłszy się jednak w mieście, Gabe i Landon musieli przede wszystkim myśleć o ratowaniu własnej skóry przed atakami pijanych mężczyzn ziejących żądzą krwi.

Krzyk rozległ się ponownie, tyle że nie z oddali, jak bezradne wołania o pomoc płynące z ust niewinnych kobiet i dzieci, lecz gdzieś w pobliżu, całkiem niedaleko.

Pobiegli w tamtą stronę. Rozległ się strzał, po czym z pobliskiego zaułka wybiegło dwóch żołnierzy, niemal na nich wpadając. Gabe z Landonem skręcili tam i wkrótce znaleźli się na placu oświetlonym łuną bijącą od płonącego budynku.

Jakaś kobieta pochylała się nad skuloną postacią w mundurze brytyjskiego oficera. W uniesionej ręce trzymała nóż, który najwyraźniej zamierzała wbić mu w plecy.

Gabe chwycił ją od tyłu i wytrącił jej broń z dłoni.

– Niech pani tego nie robi, senora – ostrzegł.

Jednak okazało się, że to nie ona potrzebowała ratunku.

– Próbowała mnie zabić! – Brytyjski oficer, osłaniając twarz zakrwawionymi rękami, próbował wstać, ale znów osunął się bezwładnie na bruk.

W tym momencie w kręgu światła ukazał się inny człowiek. Porucznik Landon odwrócił się gwałtownie w jego stronę z bronią gotową do strzału.

– Chwileczkę. – Mężczyzna uniósł ręce. – Chorąży Vernon ze wschodniego Essex – przedstawił się, po czym wskazał na leżącego. – On próbował zabić chłopca i zgwałcić tę kobietę. Wszystko widziałem. On i dwóch innych, którzy uciekli.

Czyżby chodziło o tych, którzy ich minęli? Jeśli tak, było za późno, by ich ścigać.

– Chłopca? – Gabe się rozejrzał. Widział tylko kobietę i oficera w czerwonej kurtce, którego omal nie zabiła. Obok, w kałuży krwi, leżało ciało francuskiego żołnierza. Wciąż mocno przytrzymując kobietę, nogą odwrócił jej niedoszłą ofiarę. Twarz mężczyzny była rozcięta od skroni po brodę, ale i tak natychmiast go rozpoznał.

– Dobry Boże, Landon, widzisz, kto to jest?

Zamiast porucznika odpowiedział chorąży Vernon.

– Edwin Tranville. – W jego głosie słychać było nieskrywane obrzydzenie. – Syn generała Tranville’a.

– Edwin Tranville – potwierdził Gabriel. Udało im się go znaleźć.

– Cholerny drań – wycedził Landon przez zęby.

Vernon pokiwał głową.

– Jest kompletnie pijany.

A czy Edwin w ogóle bywał trzeźwy? Gabe miał co do tego poważne wątpliwości.

Nagle kolejna postać wychynęła z cienia i zaskoczony Landon omal nie wypalił do niej z pistoletu.

– Nie strzelaj! – powstrzymał go Vernon. – To chłopiec.

Miał nie więcej niż dwanaście lat.

Rzucił się na ciało francuskiego żołnierza.

– Papa! – zaszlochał.

– Non, non, non, Claude. – Kobieta próbowała się wyrwać z rąk Gabe’a, a kiedy ją puścił, podbiegła do syna.

– Dobry Boże, oni są Francuzami – zdziwił się Gabe. To nie byli mieszkańcy Badajoz, tylko francuska rodzina, która próbowała uciec. Co za diabeł opętał tego nieszczęsnego Francuza, że naraził najbliższych na tak wielkie niebezpieczeństwo? Gabe nie miał zrozumienia dla ludzi, którzy zabierają ze sobą na wojnę kobiety i dzieci.

Uklęknął obok martwego żołnierza i przyłożył mu palce do szyi.

– Nie żyje.

Kobieta podniosła na niego wzrok.

– Mon mari. – To był jej mąż.

Gabe głęboko wciągnął powietrze.

Była piękna mimo malującego się na jej twarzy cierpienia. Włosy miała ciemne jak Hiszpanka, ale cerę o barwie i gładkości alabastru. W świetle płomieni trudno było określić kolor jej wielkich i wyrazistych oczu.

Gabe poczuł, jak wzbiera w nim złość. Czy to możliwe, że Edwin zabił francuskiego żołnierza na oczach jego rodziny? Czy rzeczywiście chciał też zabić chłopca i zgwałcić jego matkę, jak twierdził chorąży Vernon? Co jej zrobili pozostali dwaj mężczyźni, zanim uciekli?

– Papa! Papa! Reuveillez! – szlochał chłopiec.

– Il est mort, Claude.

Niski, miękki głos młodej wdowy wzbudził w Gabrielu wspomnienie matki, gdy uspokajała któregoś z jego braci lub sióstr.

Zaciskając pięści, podszedł do Edwina, gotowy skopać go na krwawą miazgę. Z trudem zatrzymał się krok przed nim. Pijany i ranny, leżał zwinięty w kłębek i cicho pochlipywał.

– To Edwin go zabił? – zwrócił się do Vernona, jednocześnie wskazując na ciało Francuza.

Chorąży bezradnie pokręcił głową.

– Nie widziałem.

– Co teraz z nią będzie? – spytał Gabe bardziej siebie niż swoich towarzyszy.

Kobieta przyciskała syna do piersi, starając się go pocieszyć, gdy w pobliżu znów rozległy się krzyki.

Gabe wyprostował się, błyskawicznie podejmując decyzję.

– Musimy ich stąd zabrać. Landon, odstaw Tranville’a do obozu. – Odwrócił się do Vernona. – Będę potrzebował pańskiej pomocy.

– Chyba jej nie wydasz? – Landon sprawiał wrażenie przerażonego.

– Oczywiście, że nie – odburknął Gabe. – Znajdę jakieś bezpieczne miejsce. Może w kościele. Albo gdzie indziej. – Spojrzał najpierw na Landona, a potem na chorążego. – Ani słowa o tym. Zgoda?

Landon ze złością wskazał na Edwina.

– Powinien za to wisieć.

Gabe całkowicie się z nim zgadzał, ale piętnaście lat służby wojskowej nauczyło go, że zawsze trzeba myśleć praktycznie. Wątpił, by brano takie rozwiązanie pod uwagę wobec któregokolwiek z żołnierzy. Wellington za bardzo ich potrzebował, a stary Tranville z całą pewnością nie chciałby ryzykować życia syna czy jego reputacji. Gabe i Landon musieli się zabezpieczyć na wypadek, gdyby generał chciał się zemścić.

Tym bardziej musieli zadbać o bezpieczeństwo nieszczęsnej Francuzki.

– Edwin jest synem generała – przypomniał Gabe tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Jeśli zawiadomimy o popełnionej przez niego zbrodni, generał dobierze się do nas, nie do niego. – Ruchem głowy wskazał na kobietę. – Może nawet zagrozić jej i chłopcu. – Popatrzył na człowieka, który był sprawcą całego nieszczęścia. – Drań jest tak pijany, że może nawet nie pamiętać, co zrobił. Nic nie powie.

– Pijaństwo niczego nie usprawiedliwia... – Landon urwał gwałtownie, po czym w zadumie pokiwał głową. – Dobrze. Zachowamy to dla siebie.

Kapitan zwrócił się do Vernona:

– Mogę trzymać pana za słowo?

– Tak jest – potwierdził skwapliwie chorąży.

Rozległ się głośny brzęk pękającego szkła, zaraz potem dach płonącego budynku runął, posyłając w niebo snopy iskier.

– Musimy się śpieszyć. – Gabe podał Vernonowi rękę. – Kapitan Deane, a to porucznik Landon. – Odwrócił się do kobiety. – Jest tu w pobliżu jakiś kościół? – Podniósł dłoń do czoła. – Do licha, jak jest kościół po francusku? Glise? To właściwe słowo? glise?

– Non. Nie ma kościoła, capitaine – odpowiedziała kobieta. – Mój... mój maison... mój dom. Chodźmy.

– Mówi pani po angielsku, madame?

– Oui, un peu... trochę.

Landon przerzucił Edwina przez ramię.

– Uważaj na siebie – pożegnał go Gabe.

Porucznik skinął głową, po czym ruszył w kierunku, z którego nadeszli.

– Chcę, żeby pan ze mną poszedł – poprosił Gabe Vernona, zerkając na ciało Francuza. – Będziemy musieli go tu zostawić.

– Tak, sir.

Kobieta popatrzyła na męża, jakby się z trudem powstrzymywała, by nie przypaść do niego. Objęła za ramiona syna, który opierał się, nie chcąc opuszczać ojca. Gabe obserwował ich ze współczuciem.

– Chodźmy – odezwała się w końcu, ponaglając ich gestem.

Ruszyli wąską uliczką, po czym wskazując na otwarte na oścież drewniane drzwi, kobieta powiedziała szeptem:

– Ma maison.

Gabe kazał im pozostać na miejscu i sam wszedł do środka.

Łuny pobliskich pożarów oświetlały wnętrze na tyle, że zobaczył pobojowisko: połamane krzesła, stłuczoną porcelanę, rozrzucone papiery – przedmioty, które kiedyś należały do wygodnego, codziennego życia. Przeszukał największy pokój, żeby sprawdzić, czy nikt się tam nie ukrywa, a następnie zajrzał do niewielkiej kuchni i sypialni. Wszystkie pomieszczenia były gruntownie zdemolowane.

– Nikogo tam nie ma – oznajmił, stając z powrotem w drzwiach.

Vernon przeprowadził matkę i syna przez próg. Na widok spustoszenia kobieta przytknęła dłoń do ust, a Claude przytulił się do niej, chowając twarz w fałdach jej sukni. Trzymając go mocno przy sobie, ostrożnie przeszła do kuchni.

Gabe starał się zapewnić jej choć namiastkę wygody, na jaką pozwalały istniejące warunki. Przeszedł do sypialni i przeciągnął stamtąd resztki materaca do największego pokoju, oczyszczając kawałek miejsca w narożniku. Znalazł podarty koc i ułożył go na materacu.

Kobieta wyłoniła się z kuchni i podała mu wodę w wyszczerbionej filiżance. Syn cały czas kurczowo trzymał się jej spódnicy, niczym małe, przestraszone dziecko.

Gabe uśmiechnął się do niej z wdzięcznością. Przyjmując filiżankę, na moment dotknął jej dłoni, na co jego zmysły odpowiedziały natychmiast. Miał wrażenie, że oblewa go fala gorąca.

– Ci... Anglais zrobili pani krzywdę? – Jak to mogło być po francusku? – Violate? Moleste?

Odebrała od niego naczynie.

– Non. Ils m’ont pas molester.

Pokiwał głową, że rozumie. Nie została zgwałcona. Dzięki Bogu.

– Może pan trzymać straż? – zwrócił się do chorążego Vernona. – Prześpię się z godzinkę i pana zmienię. – Nie zmrużył oka od czasu rozpoczęcia oblężenia, czyli od ponad doby.

– Dobrze, sir.

Zabezpieczyli drzwi, układając barykadę z połamanych sprzętów. Vernonowi udało się znaleźć drewniane krzesło z nienaruszonym siedziskiem i wszystkimi czterema nogami. Ustawił je przy oknie i usiadł na nim, by pełnić straż.

Matka i syn wtuleni w siebie ułożyli się na materacu. Gabe spoczął na podłodze, oparty plecami o ścianę. Popatrzył na kobietę i ich spojrzenia się spotkały. Kontakt wzrokowy trwał tylko chwilę, ale miał siłę uścisku.

Gabe przeraził się własnych odczuć. Zamiast współczuć jej z powodu tych wszystkich potworności, które dopiero co przeżyła, myślał o tym, jaka jest piękna i jak bardzo mu się podoba.

Próbował sobie wmawiać, że być może po prostu go wzrusza swą troskliwością wobec syna, czułością, z jaką tuli dziecko. Często widywał takie gesty u matki, kiedy zajmowała się jego młodszymi siostrami.

A może jej oddanie synowi obudziło w nim jakieś ukryte tęsknoty? Po narodzinach Gabe’a na świat przychodziły same dziewczynki, jedna po drugiej, przez co często był pozostawiany w towarzystwie starszych braci, którym usiłował dotrzymać kroku.

Co się z nim, u diabła, działo? Skąd te niedorzeczne rozpamiętywania? Przecież nigdy nie potrzebował tak wiele uwagi co młodsze siostry. Przeciwnie, szorstka opieka braci tylko pomagała mu zmężnieć.

Zmusił się do zamknięcia oczu. Rozpaczliwie potrzebował snu. Był przekonany, że po godzinnej drzemce znów zacznie myśleć jak żołnierz.

Z zewnątrz wciąż dobiegały odgłosy burd i rozbojów, ale miękki kobiecy głos wypowiadający słowa pociechy do syna w końcu na tyle ukoiły Gabe’a, że zasnął.

Rzeź trwała przez następne dwa dni. Chorąży Vernon, Gabe oraz matka z synem pozostawali we względnie bezpiecznym schronieniu, czyli w jej splądrowanym domu. Wymuszona bezczynność działała Gabe’owi na nerwy, ale miał świadomość, że w zaistniałej sytuacji jego odczucia nie mają znaczenia. Należało przed wszystkim chronić kobietę i dziecko.

Resztki jedzenia, które udało im się znaleźć w ogołoconym domu, oddali chłopcu, który wciąż był głodny. Vernon zabijał czas rysowaniem. Niektóre szkice zachowywał wyłącznie dla siebie, natomiast fantazyjne rysunki zwierząt i różnych innych stworów darował chłopcu, próbując choć trochę poprawić mu nastrój. Claude nic nie mówił, tylko oglądał je, nie okazując przy tym żadnych emocji. Większość czasu spędzał przy boku matki, obserwując Gabe’a i Vernona nieufnym spojrzeniem.

Żadne z nich właściwie się nie odzywało. Gabe mógł zliczyć na palcach jednej ręki słowa, które zdarzyło mu się wymienić z kobietą. Mimo to przez cały czas jego uwaga skupiona była właśnie na niej. Zauważał każdy, nawet najmniejszy jej gest czy zmianę w wyrazie twarzy. Puste godziny wyczekiwania w niczym nie osłabiły jego postanowienia, by zapewnić jej i jej synowi bezpieczeństwo.

Trzeciego dnia w mieście wreszcie przywrócono porządek. Gabe otworzył drzwi i wyszli na zewnątrz. Kobieta tylko raz obejrzała się za siebie, na budynek, który dotąd był jej domem. W powietrzu dało się wyczuć zapach dymu i palonego drewna, jednak zamiast rozdzierających krzyków słychać było jedynie wojskowe komendy i rytmiczny krok maszerujących oddziałów.

Udali się do centrum miasta, gdzie Gabe spodziewał się znaleźć główną kwaterę dowództwa. Dowiedział się tam, w którym budynku zgromadzono innych francuskich cywilów. Odnaleźli ten obiekt, ale Gabe zawahał się przed wprowadzeniem matki i syna do środka. Trudno mu było powierzyć ich los obcym ludziom. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego nagle ta nieznajoma kobieta stała się dla niego tak ważna, ważniejsza niż ktokolwiek inny na świecie. Jednak nie miał wyboru, musiał ją tam zostawić.

– Powinniśmy wejść do środka – powiedział.

– Ja tu zostanę, sir, jeśli pan pozwoli – odezwał się chorąży Vernon.

– Jak pan sobie życzy – odparł Gabe.

– Do widzenia, madame.

Kobieta odpowiedziała na pożegnanie Vernona szybkim skinieniem. Sprawiała wrażenie przestraszonej i jednocześnie zrezygnowanej.

Gabe odprowadził ją i jej syna do końca korytarza, gdzie pełnili straż dwaj żołnierze. W pilnowanym przez nich pomieszczeniu nie było mebli oprócz stołu i krzesła, na którym siedział brytyjski oficer. Poza nim znajdowało się tam około dwudziestu osób, głównie starszych mężczyzn, prawdopodobnie byłych urzędników miejskich, oraz inne kobiety i dzieci, które utraciły swoje rodziny.

Gabe zwrócił się do brytyjskiego oficera, wyjaśniając mu sytuację swoich podopiecznych.

– Co się z nimi stanie? – zapytał na koniec.

– Kobiety i dzieci zostaną odesłane do Francji, o ile mają pieniądze na podróż – odparł.

Gabe odszedł na bok i wyciągnął z wewnętrznej kieszeni munduru sakiewkę pełną monet, które stanowiły prawie cały jego majątek. Rozejrzawszy się ukradkiem, by sprawdzić, czy nikt nie widzi, wcisnął kobiecie pieniądze do ręki.

– Będą pani potrzebne – rzekł cicho.

Popatrzyła na niego szeroko otwartymi oczyma.

– Capitaine... – zaczęła tonem sprzeciwu.

– Żadnych protestów – przerwał, zaciskając palce na jej dłoni trzymającej sakiewkę.

Dotknęła jego ręki i popatrzyła mu w oczy bez słowa. Nie potrafił wytłumaczyć dlaczego, ale żegnając się z nią, miał wrażenie, jakby tracił cząstkę samego siebie.

Nawet nie znał jej imienia.

– Gabriel Deane – przedstawił się, dotykając palcem swojej piersi. Pomyślał, że przynajmniej będzie wiedziała, jak się nazywa, gdyby go potrzebowała.

– Gabriel – powtórzyła szeptem, a zabrzmiało to wyjątkowo melodyjnie, wypowiedziane z pięknym francuskim akcentem. – Merci. Que Dieu vous beunisse.

Gabe ściągnął brwi w wyrazie zakłopotania, ale cóż, zapomniał prawie wszystko, czego nauczył się w szkole.

Na widok jego miny spróbowała znaleźć odpowiednie angielskie słowa.

– Dieu... Bóg... – Zmarszczyła czoło w namyśle. – Beunisse.

– Błogosławi? – domyślił się Gabe.

Przytaknęła skinieniem.

Zrobił krok do tyłu, choć nie przyszło mu to łatwo.

– Au revoir, madame.

Zaciskając zęby, odwrócił się i ruszył do drzwi. Wiedział, że musi wyjść, zanim zrobi coś głupiego. Na przykład ją pocałuje. Albo wyjedzie z nią do Francji. Nie znał jej, był dla niej obcą osobą, tylko w sferze fantazji stała się dla niego kimś bliskim.

– Gabriel!

Przystanął.

Podbiegła do niego.

Ujęła jego twarz i przyciągnęła do siebie, żeby go pocałować w usta.

– Nazywam się Emmaline Mableau – powiedziała z twarzą tuż przy jego twarzy.

Bał się odezwać, żeby nie zdradzić uczuć, jakie nagle wypełniły go bez reszty. Pragnął jej, tak jak mężczyzna pragnie kobiety. To było głupie i niestosowne. Wręcz niehonorowe, bo przecież dopiero co straciła męża z rąk jego towarzyszy broni, więc w pewnym sensie jakby jego własnych.

Przez chwilę patrzył jej w oczy, a potem odwrócił się i uciekł.

A w głowie kołatała mu uporczywie i bez końca tylko jedna myśl: Emmaline Mableau.

Rozdział pierwszy

Bruksela, Belgia, maj 1815 r.

Emmaline Mableau!

Serce Gabe’a zabiło mocniej na widok kobiety, którą poznał i wkrótce potem pożegnał przed trzema laty. Przechodziła szybko wąską brukselską uliczką, niosąc w rękach paczkę.

Był przekonany, że to Emmaline Mableau.

Prawie przekonany...

Zawsze sobie wyobrażał, że wróciła do Francji i mieszka w jakimś małym miasteczku z rodzicami... albo nowym mężem.

Tymczasem była tutaj, w Belgii.

W Brukseli mieszkało wielu Francuzów, było więc całkiem prawdopodobne, że i ona tu osiadła. Dwadzieścia lat francuskich rządów dobiegło końca zaledwie przed rokiem, kiedy Napoleon został pokonany.

Pokonany po raz pierwszy, ponieważ cesarz uciekł z zesłania na Elbie, zebrał armię i właśnie zmierzał do odzyskania swego imperium. Regiment szkocki, w którym służył Gabe, stanowił część armii sprzymierzonych Wellingtona i wkrótce miał się ponownie zmierzyć z wojskami Bonapartego.

Po zawarciu traktatu pokojowego wielu angielskich arystokratów zjechało do Brukseli, uciekając przed wysokimi cenami w ojczyźnie. Chcieli niewielkim kosztem prowadzić wygodne, eleganckie życie. Mimo to Bruksela sprawiała wrażenie przygotowanej na francuskie rządy, jakby jej mieszkańcy oczekiwali, że Napoleon może w każdej chwili wkroczyć do miasta. Niemal wszyscy mówili po francusku, sklepowe szyldy także były w tym języku. Nawet hotel, w którym stacjonował Gabe miał francuską nazwę: Howtel de Flandre.

Gabe wstał wcześnie, żeby rozprostować nogi w rześkim rannym powietrzu. Od jakiegoś czasu miał niewiele obowiązków służbowych, więc spędzał kolejne dni na zwiedzaniu terenów za Parc de Brussels i katedrą. Może jednak było w nim więcej z syna kupca bławatnego, niż przypuszczał, ponieważ najbardziej lubił się przechadzać wąskimi uliczkami pełnymi sklepów.

Dostrzegł Emmaline Mableau, kiedy schodził ze wzgórza, kierując się do centrum miasta. Szybko mijała sklepikarzy, którzy o tej porze podnosili żaluzje w witrynach i otwierali drzwi. Gabe przyśpieszył kroku, żeby mu nie umknęła, bo co i rusz tracił ją z oczu.

Mógł się mylić, brać jakąś obcą kobietę za Emmaline Mableau. Często o niej myślał i chętnie uwierzył, że to naprawdę ona. Wiedział jednak, że nie spocznie, dopóki się nie upewni.

Wyłaniając się zza rogu ulicy, dostrzegł, że śledzona przez niego kobieta wchodzi do drzwi ostatniego z rzędu sklepów. Serce zabiło mu mocniej.

Zwolnił, zbliżając się. Wiszący nad nimi szyld informował, że w środku mieści się Magasin de Dentelle. Okiennice były już otwarte i przez okno dało się zobaczyć zwoje koronki rozłożone na stołach.

Gabe nacisnął klamkę i przestąpił próg, zdejmując z głowy czako.

Zewsząd otaczała go biel. Koronkowe taśmy o różnej szerokości i rodzaju wzorów zwisały ze sznurów rozciągniętych przez całą długość sklepu. Na stołach piętrzyły się bele koronkowych materiałów, obrębianych koronką chusteczek i koronkowych czepków. Ścian nie było widać zza rozwieszonych wszędzie koronkowych firan. Wyraźny aromat lawendy połączony z zapachem tkanin przeniósł go w czasy, gdy dźwigał potężne bele płótna w sklepie ojca.

Poprzez zasłonę z koronkowych wstążek dostrzegł kobiecą postać wyłaniającą się z pomieszczenia na zapleczu. Głowę miała opuszczoną, więc nie widział jej twarzy. Odwrócona do niego plecami zaczęła składać duży prostokąt misternie wydzierganej koronki, której wykonanie musiało zająć niezliczoną ilość mozolnych godzin.

Gabe odetchnął głęboko i zbliżył się do kobiety.

– Madame Mableau?

Zaskoczona Emmaline odwróciła się gwałtownie.

– Mon Dieu!

Rozpoznała go natychmiast, to dzięki jego interwencji i opiece przeżyła w Badajoz i nie popadła w obłęd z rozpaczy. Choć starała się wymazać z pamięci to, co przeżyła po upadku tego hiszpańskiego miasta, postać kapitana Gabriela Deane’a wciąż żywo tkwiła w jej pamięci. Jego brązowe oczy, wówczas czujne, teraz miały w sobie wyraz niepewności, ale cała reszta – mocne rysy, ładnie wykrojone usta i niesforne ciemne włosy wyglądały tak samo jak wówczas.

– Madame. – Skłonił się uprzejmie. – Pamięta mnie pani? Zobaczyłem panią z daleka i nie byłem pewien, czy to pani.

Patrzyła na niego i nie była w stanie się odezwać. Jego czerwona kurtka stanowiła jaskrawą plamę na tle wszechobecnej bieli. Wydawał się nienaturalnie wielki i potężny w tym otoczeniu, jakby wypełniał sobą całą przestrzeń. W Badajoz też miał w sobie jakąś szczególną moc... a może tak jej się tylko wydawało, bo zapewniał im bezpieczeństwo i dawał nadzieję.

– Pardon – zmitygował się Gabe. – Zapomniałem, że mówi pani tylko troszkę po angielsku. Un peu anglais.

Uśmiechnęła się, słysząc słowa, które wypowiedziała do niego w Badajoz.

– Pamiętam pana, naturellement. – Nawet jej się nie śniło, że jeszcze kiedyś go spotka. – Ja... teraz mówię trochę więcej po angielsku. To konieczność. W Brukseli tak wielu Anglików. – Zamilkła, ganiąc się w duchu za niepotrzebne gadulstwo.

– Mam nadzieję, że dobrze się pani miewa? – zapytał, przyglądając jej się uważnie spod ściągniętych brwi.

– Bardzo dobrze. – Wprawdzie w tym momencie trudno jej było oddychać, a nogi miała jak z waty, ale powodem było spotkanie z kapitanem Deane’em, nie choroba.

Odetchnął z ulgą.

– A pani syn?

Emmaline Mableau opuściła wzrok.

– Claude był zdrów, kiedy go ostatnio widziałam.

Gabe wyczuł, że w tej odpowiedzi ukryta jest prawda, której Emmaline Mableau nie ma ochoty mu wyjawić.

– Sądziłem, że będziecie we Francji – odezwał się po chwili zadumy.

– Moja ciotka tu mieszka. To jej sklep. – Rozłożyła ramiona. – Potrzebowała pomocy, a my domu. Vraiment, Belgia jest lepszym miejscem do... jak wy to mówicie... wychowywania Claude’a. – Wierzyła, że życie w Belgii uodporni syna na patriotyczną gorączkę, którą wzbudzał Napoleon, szczególnie u jej rodziny.

Była w błędzie.

Gabriel spojrzał jej w oczy.

– Rozumiem. – Na jego twarzy odmalował się wyraz troski. – Mam nadzieję, że podróż z Hiszpanii nie była dla państwa zbyt ciężka.

To było tak dawno, a jednak... Każdemu krokowi towarzyszył lęk, choć szczęśliwie nikt jej nie zaatakował, więc i Claude nie musiał ryzykować życia, stając w jej obronie. Mimo to na samo wspomnienie przebiegł ją dreszcz.

– Zabrano nas do Lizbony, stamtąd dostaliśmy się na statek do San Sebastian, a potem na drugi, do Francji.

Miała trochę pieniędzy zaszytych w ubraniu, ale bez sakiewki, którą dał jej kapitan Deane, nie miałaby na opłatę za przejazd i łapówki, bez których nie dało się niczego załatwić. Co by się z nimi stało bez tych pieniędzy?

Pieniądze.

Emmaline nagle zrozumiała, po co kapitan przyszedł za nią do sklepu.

– Zwrócę panu mój dług. Jeśli wróci pan tu jutro, to oddam panu całą kwotę. – Oznaczało to, że pozbędzie się wszystkich oszczędności, ale przecież nie tylko to była mu winna.

– Pieniądze w ogóle mnie nie obchodzą – oznajmił, dobitnie akcentując słowa.

Po wyrazie jego oczu zrozumiała, że poczuł się urażony.

– Przepraszam, Gabrielu – powiedziała cicho, rumieniąc się z zakłopotania.

– Zapamiętała pani moje imię. – Wyraźnie się rozpogodził.

Odwzajemniła uśmiech.

– A pan zapamiętał, jak ja się nazywam.

– Nie mógłbym pani zapomnieć, Emmaline Mableau.

Miała wrażenie, że jego dźwięczny, niski głos wpływa jej wprost do serca.

Wszystko w jej pamięci stało się niewyraźne, straciło kontury jedynie poza postacią brytyjskiego kapitana. Przez cały ten czas od spotkania w Badajoz oczyma duszy widziała go tak wyraźnie, że mogłaby zliczyć każdy włos zarostu na jego twarzy. Po kilku dniach czuwania w jej domu przez to, że się nie golił, wyglądał trochę jak pirat albo libertyn. Mimo rozpaczy i strachu zastanawiała się, czy jego broda jest szorstka, czy miękka, i co by czuła, dotykając jej palcami... albo policzkiem. Mogła się usprawiedliwiać jedynie tym, że chwytała się każdej myśli, która odrywała ją od tych wszystkich potworności, których doświadczyła, od śmierci męża i rozdzierającego żalu syna, który musiał patrzeć, jak jego ojciec pada martwy na bruk.

Gabe zamrugał i odwrócił wzrok.

– Może nie powinienem był tu wchodzić.

Odruchowo dotknęła jego ramienia.

– Non, non, Gabrielu. Cieszę się, że pana widzę. Ależ niespodzianka...

Drzwi się otwarły i do środka weszły dwie kobiety.

– Och, cóż za wspaniały sklep – pochwaliła jedna z nich, zdradzając przy okazji swoją narodowość. – Jeszcze nigdy nie widziałam tylu koronek naraz!

Dla takich właśnie klientek Emmaline starała się poprawić swój angielski. Po zakończonej wojnie angielskie damy coraz liczniej przybywały do Brukseli, żeby tu wydawać swoje pieniądze.

Jeśli można było powiedzieć, że wojna się skończyła.

Angielscy żołnierze wciąż stacjonowali w mieście, ponieważ mówiło się, że zbliża się wielka bitwa z Napoleonem. Bez wątpienia Gabriel także tu przybył, żeby wziąć w niej udział.

Angielki zerkały ciekawie w kierunku wysokiego, przystojnego oficera, który bez wątpienia stanowił niecodzienny widok pośród delikatnych, białych koronek.

– Powinienem już iść – powiedział cicho Gabe.

Na dźwięk jego głosu znów zmiękły jej kolana. Nie chciała tracić go z oczu. W każdym razie nie tak szybko...

– Miło wiedzieć, że dobrze się pani miewa. – Skłonił się przed nią i zrobił krok do tyłu.

Miał zamiar odejść!

– Un moment, Gabrielu – odezwała się szybko. – Chciałabym... zaprosić pana, żeby pan zjadł ze mną kolację, ale mam tylko chleb i ser.

Kiedy zajrzał jej w oczy, odniosła wrażenie, że oddech uwiązł jej w piersi. Bała się odetchnąć, czekając na jego odpowiedź.

– Lubię chleb i ser.

Z radości niemal zakręciło jej się w głowie.

– Zamknę sklep o siódmej. Wróci pan, żeby zjeść ze mną chleb z serem?

Ciotka dostałaby zapewne apopleksji, gdyby wiedziała, że Emmaline zaprasza brytyjskiego żołnierza. Istniała jednak nadzieja, że tante Voletta o niczym się nie dowie.

– Przyjdzie pan, Gabrielu? – powtórzyła cicho.

– Wrócę tu o siódmej – oznajmił z nieprzeniknionym wyrazem twarzy, po czym skłonił się i pośpiesznie opuścił sklep, odprowadzany zaciekawionymi spojrzeniami dwóch angielskich dam.

Gdy tylko drzwi się za nim zamknęły, natychmiast przeniosły wzrok na Emmaline, która z wymuszonym uśmiechem starała się zachowywać tak, jakby nic ważnego się nie stało.

– Dzień dobry, mesdames. Mogę czymś paniom służyć?

Pokiwały głowami, wciąż wyraźnie zaintrygowane niedawną sceną, po czym odwróciły się do niej tyłem i zaczęły do siebie szeptać, udając, że oglądają koronkowe czepki.

Emmaline dokończyła składanie koronki, które przerwało jej nadejście Gabriela.

Nie mogła się nadziwić, że zamienienie paru słów z mężczyzną wprawiło ją w stan tak wielkiego ożywienia. Nigdy wcześniej jej się to nie zdarzało. W istocie od śmierci męża bardzo uważała, by nie wzbudzać męskiej uwagi.

Ukryła twarz w miękkiej koronkowej tkaninie, przywołując w pamięci tamtą straszną noc. Wrzaski pijanych żołnierzy i ryk pożarów znów zabrzmiały jej w uszach. Dreszcz wstrząsnął jej ciałem na wspomnienie zapachu krwi, dymu i męskiego potu.

Powinna była wybaczyć swojemu mężowi, że zabrał ją i syna do Hiszpanii, ale nie potrafiła się zdobyć na taki akt wielkoduszności. Przez samolubną decyzję Remy’ego wylądowali w piekle, którym stało się Badajoz.

Emmaline pokręciła głową. Nie, to nie Remy’emu nie mogła wybaczyć, tylko sobie. Powinna była mu się sprzeciwić. Powinna była mu odmówić, kiedy zażądał, by mu towarzyszyli, ponieważ nie chciał się rozstawać z synem. Powinna była przetrzymać jego krzyki, złość i groźby. Gdyby odmówiła, Remy może nadal by żył, a dusza i serca Claude’a nie byłyby przepojone nienawiścią.

Co by czuł Claude, wiedząc, że jego matka zaprasza na kolację brytyjskiego oficera? Już sama rozmowa z Gabrielem Deane’em byłaby w oczach syna zdradą. Jego nienawiść obejmowała wszystko, co angielskie, nie wyłączając człowieka, który stanął w ich obronie i zapewnił im bezpieczeństwo.

Jednak ani ciotka, ani Claude nie mieli się dowiedzieć o jej kolacji z Gabrielem Deane’em, więc postanowiła się tym nie martwić. Próbowała sobie wmawiać, że chce mu się jedynie zrewanżować za przysługę. To właśnie był powód, dla którego go zaprosiła.

Jedyny powód.

Wieczór był przyjemny, pogodny i ciepły, jak przystało na koniec maja. Gabe napawał się świeżym powietrzem, maszerując tak samo szybko jak tego ranka, kiedy śledził Emmaline. Był podekscytowany i pełen oczekiwań, do których nie powinien rościć sobie prawa.

Miał w życiu do czynienia z wieloma kobietami, jak to żołnierz, ale były to tylko krótkie znajomości, wprawdzie przyjemne, lecz niewiele dla niego znaczące. Żadna z tych kobiet nie budziła w nim tego dziwnego zmysłowego napięcia, które odczuwał w obecności Emmaline Mableau.

Zmusił się do zwolnienia kroku, jednocześnie przywołując się do porządku. To ciekawość, jak Emmaline sobie radziła od czasu Badajoz, kazała mu przyjąć zaproszenie. Spędzony razem czas sprawił, że czuł się w pewien sposób przywiązany do niej i jej syna. Dlatego chciał się upewnić, że jest szczęśliwa. Uświadomił sobie w tym momencie, że nie powinien jej nazywać po imieniu, nawet w myślach, ponieważ wytwarzało to poczucie niestosownej intymności.

Tylko że ona także zwracała się do niego po imieniu. Kiedy mówiła „Gabrielu”, miał wrażenie, że słucha muzyki.

Znów przyśpieszył.

Zbliżywszy się do drzwi sklepu, przystanął, starając się zapanować nad wzburzonymi emocjami. Dopiero kiedy uznał, że osiągnął całkowity spokój, nacisnął klamkę i wszedł do środka.

Emmaline stała z klientką przy koronkowych taśmach zawieszonych na sznurze. Spojrzała na niego, gdy stanął w progu.

Klientka była Angielką, podobnie jak dwie kobiety, które odwiedziły sklep tego ranka. Nosiła się jak osoba bardzo zamożna, a jednak głośno narzekała na wysoką cenę towaru. Różnica między ceną podaną przez Emmaline a sumą, którą chciała zapłacić klientka. była doprawdy groszowa.

„Daj jej pełną kwotę”, miał ochotę powiedzieć Gabriel do Angielki. Domyślił się, że Emmaline potrzebuje tych pieniędzy znacznie bardziej niż ona.

– Tres bien, madame – odezwała się z rezygnacją Emmaline, godząc się na obniżkę.

Gabe stanął w kącie, czekając, aż Emmaline zawinie koronkę w papier i obwiąże ją sznurkiem. Opuszczając sklep, angielska dama zmierzyła go wzrokiem, ściągając przy tym usta w wąską kreskę.

Czyżby chciała w ten sposób wyrazić swoją dezaprobatę? Przecież nie miała pojęcia, dlaczego pojawił się w sklepie. Czyżby żołnierz nie miał prawa wstępu do sklepu z kobiecymi akcesoriami?

Kiedy wyszedł na środek, Emmaline uśmiechnęła się do niego, ale zaraz uciekła wzrokiem.

– Będę gotowa za minutę. Muszę zamknąć sklep.

– Proszę powiedzieć, co trzeba zrobić, to pani pomogę. – Wolał już się czymś zająć, niż śledzić każdy jej ruch.

– W takim razie proszę zamknąć okiennice na witrynach. – Zaczęła porządkować rzeczy leżące na stołach.

Gdy zrobił, o co go prosiła, w sklepie zapanował półmrok rozjaśniony jedynie światłem niewielkiej lampy. Koronki, które w porannym słońcu wydawały się śnieżnobiałe, teraz przybrały delikatne odcienie lawendy i szarości. Patrząc, jak Emmaline przechodzi od stołu do stołu, tu coś poprawiając, tam zwijając jakąś wstążkę, miał wrażenie, że to wszystko dzieje się we śnie.

W końcu zatrzymała się przy drzwiach, wyciągnęła z kieszeni klucz i przekręciła go w zamku.

– C’est fait! – oznajmiła. – Gotowe. Proszę za mną. – Poprowadziła go na zaplecze, zabierając kasetkę z utargiem. Przed zgaszeniem lampy odpaliła od niej świeczkę. – Wyjdziemy tylnymi drzwiami.

Gabe wyjął jej z rąk kasetkę.

– Pozwoli pani, że ją poniosę.

Weszli do pomieszczenia oddzielonego zasłoną, równie schludnego jak cały lokal.

Emmaline uniosła świecę, żeby lepiej było widać schody.

– Ma tante... moja ciotka mieszka nad sklepem, ale wyjechała. Niektóre koronczarki mieszkają poza miastem, więc ciotka do nich jeździ i skupuje koronki.

Gabe miał nadzieję, że podróży jej ciotki nie zakłóci przemarsz wojsk zmierzających do Francji. Spodziewał się, że w każdej chwili może paść rozkaz wyruszenia armii sprzymierzonych przeciw Napoleonowi.

– Gdzie jest pani syn? – zapytał. – W szkole? – Jeśli dobrze zapamiętał, Claude mógł mieć najwyżej piętnaście lat, czyli był w wieku, kiedy powinien się uczyć.

– Non – odpowiedziała cicho, pochylając głowę.

Gabe zauważył, że na każdą wzmiankę o synu jej rysy ściągał wyraz cierpienia.

Za sklepem znajdował się niewielki placyk, do którego przylegały inne sklepy, a dalej piętrowy budynek z kamienia. Pod oknami wisiały skrzynki pełne kolorowych kwiatów.

– Ma maison – powiedziała Emmaline, otwierając drzwi kluczem.

Kontrast pomiędzy tym miejscem a jej domem w Badajoz był wprost uderzający. Tam panował chaos i zniszczenie, podczas gdy brukselskie mieszkanie zapraszało przytulnością i nieskazitelnym porządkiem. Gabe wszedł do pomieszczenia, które pełniło rolę zarówno salonu, jak i jadalni, o czym świadczył sposób zaaranżowania przestrzeni. W ścianie przeciwległej do wejścia znajdowały się drzwi do niewielkiej kuchni.

Emmaline zapaliła najpierw jedną lampę, potem drugą, i pokój nagle jakby ożył. Wypolerowaną drewnianą podłogę pokrywał kolorowy dywan. Przed pomalowanym na biało kominkiem stała czerwona tapicerowana sofa i dwa małe stoliki z krzesłami. Stoliki przykryte były białymi koronkowymi obrusami i stały na nich wazony pełne barwnych kwiatów.

– Proszę wejść, Gabrielu – zachęciła. – Otworzę okna.

Gabe zamknął za sobą drzwi i zrobił kilka kroków.

Mieszkanko było jeszcze mniejsze niż chatka, w której mieszkał jego wuj Will, ale panowała w nim ta sama atmosfera ciepła i gościnności. Wuj, najsłabiej prosperujący z całej rodziny Deanów, prowadził farmę w Lancashire. Gabe’owi zdarzało się czasami pracować u jego boku i zachował te chwile w pamięci jako jedne z najszczęśliwszych w życiu. Ogarnęła go nagła tęsknota za tamtymi czasami. I poczucie winy, bo od lat nie pisywał do wuja.

Emmaline odwróciła się od okna. Widząc, że Gabe rozgląda się po wnętrzu, powiedziała tonem wyjaśnienia:

– Jest małe, ale nie potrzebujemy większego.

Wydawało się... bezpieczne. Po Badajoz Emmaline Mableau zasługiwała na bezpieczną przystań.

– Miło tu.

Uniosła lekko ramię, jakby uznała jego słowa za wyraz dezaprobaty.

Chciał jej wytłumaczyć, że mieszkanie podoba mu się aż za bardzo, ale to jeszcze trudniej było ubrać w odpowiednie słowa.

Wzięła od niego kasetkę i umieściła w zamykanej szafce.

– Bardzo żałuję, że nie mogę podać odpowiedniego posiłku, ale rzadko gotuję. Dla samej siebie nie zawsze się chce.

Wynikało z tego, że syn nie mieszka z nią na co dzień.

– Nie ma potrzeby przepraszać, madame. – Przecież przyjął zaproszenie nie na wystawną ucztę, ale z całkiem innego powodu.

– Zatem proszę usiąść, a ja przygotuję jedzenie.

Gabe zajął miejsce przy stole, twarzą do kuchni, żeby obserwować gospodynię.

Postawiła na stole kieliszki i butelkę.

– To francuskie wino. Mam nadzieję, że nie ma pan nic przeciwko temu.

– Brytyjczycy płacą przemytnikom duże pieniądze za taki luksus.

– C’est vrai? – Nie kryła zdumienia. – Nie wiedziałam. Moje wino może nie być aż takie dobre.

Napełniła oba kieliszki, po czym wróciła do kuchni po talerze, obszywane koronką serwetki i sztućce. Następnie przyniosła na drewnianej desce kilka gatunków sera, miseczkę truskawek i jeszcze jedną deskę z bochenkiem chleba.

– Każdy będzie sobie kroił dla siebie, dobrze? – Gestem zachęciła go do spróbowania sera, a sama odkroiła dla siebie kromkę chleba.

Od miesięcy nic mu nie smakowało tak bardzo jak ten niewyszukany posiłek. Wypytywał Emmaline o podróż z Badajoz i odczuł wielką ulgę, gdy usłyszał, że obyło się bez dramatycznych przeżyć, których wcześniej nie szczędził im los. Ona z kolei z wielkim zaciekawieniem wysłuchała opowieści Gabriela o bitwach, w których brał udział po opuszczeniu Badajoz, wypytała go też, co robił w czasie krótkiego pokoju.

Rozmowa toczyła się swobodnie, Gabe pilnował, by kieliszki nie pozostawały puste i wkrótce poczuł się tak, jakby od bardzo dawna razem jadali.

Po posiłku Emmaline zabrała talerze do kuchni, a Gabe zaniósł tam resztę naczyń. Kiedy umieszczał je w zlewie, Emmaline nagle się odwróciła, niechcący ocierając się o jego ramię.

– Dziękuję, Gabrielu.

Przypadkowy dotyk rozpalił mu zmysły. Poczuł zapach jej włosów, które pachniały lawendą, podobnie jak koronki w sklepie. Odchyliła głowę do tyłu, żeby na niego popatrzeć... i wstrzymała oddech, a jej policzki zabarwiły się na różowo.

Czyżby poczuła to samo co on? Że są mężczyzną i kobietą... i że są sami?

Krew uderzyła mu do głowy. Miał przemożną ochotę posmakować jej rozchylonych ust.

Jednak odwróciła się do zlewu, żeby napełnić czajnik wodą.

– Zrobię kawy – oznajmiła zdecydowanie, dodając zaraz przepraszająco: – Przykro mi, ale nie mam herbaty.

– Kawa w zupełności wystarczy. – Gabe odsunął się sztywno, próbując ukryć podniecenie. Przyglądał się, jak Emmaline rozpala ogień w małym piecyku i przygotowuje kawę do zaparzenia. Ustawiwszy kafetierę na piecu, wskazała czerwoną sofę.

– Może usiądziemy?

Naprawdę zamierzała usiąść obok niego? Miał obawy, że jeśli tak się stanie, może nie oprzeć się pragnieniu wzięcia jej w ramiona.

Kawa w końcu się zaparzyła. Emmaline rozlała ją do filiżanek, które ustawiła na tacy i zaniosła na stolik przed sofą. Nie usiadła jednak obok Gabe’a, tylko przysunęła sobie krzesło. Zapytała go, jaką lubi kawę.

Nie bardzo potrafił sobie przypomnieć.

– Z mlekiem i odrobiną cukru – powiedział.

Po chwili podała mu filiżankę.

Przesuwając dłonią po koronkowym obrusie, natrafił na miniaturę leżącą obrazem do dołu. Odwróciwszy ją, ujrzał portret młodego człowieka o ciemnych włosach i niebieskich oczach.

– To pani syn? – Jeśli rzeczywiście to był on, wyrósł na urodziwego młodzieńca, sądząc po wyrazie twarzy posiadającego zdecydowany, buntowniczy charakter.

– Tak. To Claude. – Zamrugała gwałtownie, by ukryć, że oczy jej zwilgotniały.

– Co się z nim stało, Emmaline? – spytał cicho. – Gdzie teraz jest?

Nie patrząc na niego, przesunęła dłonią po policzku, jakby ocierała łzy.

– Nic się nie stało, ale wszystko... – Urwała bezradnie w pół zdania.

Przyglądał jej się w milczeniu.

W końcu zwróciła się do niego ze słabym uśmiechem:

– Claude był taki młody. Nie rozumiał... nie rozumie wojny, tego, że ludzie popełniają różne złe czyny tylko dlatego, że jest wojna. Żołnierze giną na wojnie, ale Claude nie pojmuje, że jego ojciec zginął dlatego, że był żołnierzem...

– Pani mąż zginął, ponieważ nasi ludzie zatracili wszelką przyzwoitość – przerwał jej Gabe.

Uniosła rękę, jakby go chciała uciszyć.

– Przez bitwę, czyż nie? To było ciężkie oblężenie dla Brytyjczyków, tak mówił mój mąż. Remy został zabity, ponieważ panowała wojna.

Gabe pochylił się ku niej.

– Muszę panią o to spytać. Ten człowiek, który próbował panią molestować... to on zabił pani męża?

– Non. Mojego męża zabili inni. On stał z boku, ale jego kompani namawiali go, żeby mnie zgwałcił.

Gabe poczuł się, jakby otrzymał cios w żołądek.

– Tak mi przykro, Emmaline. – Znów zapragnął wziąć ją w ramiona, tym razem po to, by pocieszyć.

Dotknął jej dłoni, lecz zaraz cofnął rękę.

– Uratował nas pan, Gabrielu – powiedziała Emmaline. – Dał nam pan pieniądze. Nie powinno być panu przykro. Nie myślę już o tym zbyt często, koszmary senne też już rzadziej mnie prześladują.

Gabe tylko pokręcił głową.

Emmaline wzięła do ręki miniaturowy portret syna i patrzyła nań ze smutkiem.

– Mówiłam Claude’owi, że to się stało przez wojnę, prosiłam, żeby próbował zapomnieć, ale w ogóle mnie nie słuchał. Obwinia Brytyjczyków. Nienawidzi ich wszystkich. Gdyby wiedział, że pan tu jest, chciałby pana zabić.